Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 25 marca 2018
Opuścił Go Bóg. Aborcja, etyka, polityka

Ewangelia Marka 15,34

Niedziela zwana Palmową albo jednak już Męki Pańskiej: w dzisiejszych tekstach biblijnych są podstawy do obu nazw. Samą mszę poprzedza bowiem procesja, a przed nią czyta się z Ewangelii Marka 11, 1-10 lub też Jana 12, 12-16 opis triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, podczas którego życzliwy Mu wtedy entuzjastycznie tłum wielbi Go gałązkami palmowymi czy jakimiś innymi. Natomiast podczas samej mszy mamy dzisiaj z Ewangelii Marka  elację o dalszych, już całkiem innych wydarzeniach. Tylko u Mateusza i Marka jest zapis Jego słów z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Słowa zaskakujące: Syn Boży czuje się przez Boga Ojca opuszczony? Biblia Paulińska przyznaje, że Ukrzyżowany „odczuwał bolesne ludzkie opuszczenie także ze strony Boga”, ale zaraz dodaje, że „słowa te należy interpretować w kontekście całego psalmu 22 [są na samym jego początku], z którego bije głęboka nadzieja ostatecznego zwycięstwa Boga i wdzięczność za okazane miłosierdzie”. Uważałbym to może za niepotrzebne wygładzanie ewangelijnego tekstu, ale podobny komentarz przeczytałem kiedyś w wydanym także w Polsce dziele „Jezus Chrystus” ks. Waltera Kaspera, teologa niemieckiego, a ci przecież na ogół nie boją się śmiałych interpretacji. Wyjaśnił, że słowa Jezusa, pochodzące może od redaktorów tekstu, „ wcale nie są krzykiem rozpaczy, lecz modlitwą, modlitwą, która ma pewność, że będzie wysłuchana, i wierzy, że królestwo Boże jest bliskie”. Można dodać, że ówczesny czytelnik Ewangelii Mateusza, a pewnie i Marka znał dobrze Biblię i całą treść tamtego psalmu. A modlitwa jest nieraz jakąś dyskusją: „Ojcze, odwróć ode mnie ten  ielich”. Co zaś jeszcze do Kaspera, tego dzisiejszego kardynała, to daje przecież dowody myślowej odwagi, gdy wspiera radą papieża Franciszka w jego kościelnej rewolucji. 
Na koniec coś bardzo aktualnego, felieton do „Magazynu Świątecznego”, już teraz jeszcze uaktualniony dopiskiem.  
Głośne myślenie 
Aborcja, etyka, polityka 
Jonasz
Jak można było przewidzieć, dyskusja o aborcji rozgorzała w mediach na nowo. Włączę się do niej. Otóż pisze się, że zakwestionowanie przesłanki eugenicznej mogłoby oznaczać zakaz tej operacji w ogóle, bo jej najczęstsza przyczyna to właśnie ta oto: „gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. I tu właśnie nie tylko moja wątpliwość pierwsza: czy w praktyce nie tracą w ten sposób życia płody, z których urodzą się dzieci z zespołem Downa? Trudno powiedzieć o nich, jak się mówi ogólnie o przypadkach owych chorób: że powodują one, iż ci urodzeni do końca życia  wymagają  całodobowej opieki: są to przecież ludzie zdolni na przykład do twórczości artystycznej. Niezwykle serdeczni, iloraz inteligencji mają niski, iloraz serca jak szczyt K2. Przesłanka eugeniczna jest zatem sformułowana bardzo nieprecyzyjnie i to przede wszystkim winno być przedmiotem dyskusji. 
Kwestia następna jest filozoficzna jakby. Otóż spór jest także o to, jak nazwać ów dyskusyjny embrion: człowiek to czy nie człowiek? Słowo to jest bowiem wieloznaczne: oznacza, że można mówić od razu o osobie ludzkiej czy jednak tylko w ogóle o ludzkim życiu. Mamy tu jakiś problem semantyczny: bo czy na przykład larwa jest motylem? Już embrion stanowi jakieś stadium rozwoju jednostki ludzkiego gatunku i pogardliwe mówienie o nim, że to tylko parę komórek, precyzyjne nie jest. Jest to duże upraszczanie poważnej sprawy etycznej. 
Ale myślę sobie także, że po pierwsze, człowiekowi niosącemu ogromny ciężar trzeba zawsze oddawać głos przed tym, który idzie sobie obok leciutki. Sprawa aborcji jest przede wszystkim sprawą kobiet! Jeżeli wymaga heroizmu, to od nich, nie od nas. Po drugie, jest nieodzownie sprawą polityczną, nic więc dziwnego, że w partyjnych celach przez rządzonych ochoczo wykorzystywaną. Prawu i Sprawiedliwości opłaca się bardzo mieć dobre stosunki z hierarchią kościelną i z polityczną prawicą, więc zrobi wiele, żeby wykoncypowane przezeń prawo było zgodne z ich postulatami. Ale liczą się też słupki poparcia, więc nie jestem pewien, czy zaryzykuje PiS, że obniżą się mocno. Po trzecie, ryzykuje niebezpiecznie swoim naleganiem Episkopat Polski. Naraża się na zarzut, że wtrąca się do polityki, a skutek nowego zapisu prawnego może być taki, że liczba aborcji realnie nie spadnie, natomiast liczba obywateli na Kościół rozwścieczonych wzrośnie całkiem sporo. Liczy się sam zapis prawny czy raczej ten w ludzkich umysłach i sercach? Będą jego nauczanie lekceważyć jeszcze bardziej niż dotąd. Jeżeli taka linia ewangelizacyjna jest jednak słuszna, bo nie należy ulegać w ten sposób światu, to na pewno Franciszkowa nie jest. Biskupi niechaj odłożą swój bat duszpasterski do eklezjalnego lamusa. 
PS. A partia Kaczyńskiego już prace nad ustawą wstrzymała.

20:04, jan.turnau
Link Komentarze (127) »
niedziela, 18 marca 2018
Prawo Boże jest najgłębiej w nas

Księga Jeremiasza 31,33b
„Złożę Prawo moje w ich wnętrzu
i wypiszę je w ich sercu!
I będę ich Bogiem,
a oni będą mi ludem!”
Tak to przetłumaczyła Biblia Poznańska i nie ma tu raczej problemów translatorskich, ja mam natomiast interpretacyjny. Mam własne, choć też prawowierne rozumienie tych słów Pisma Świętego w taki oto sposób. Autor mówi tutaj o ludzie żydowskim, ale należy jego „narrację” odnosić do całej ludzkości. Bo wszyscy mamy coś, co nazywa się sumieniem, jakiś radar moralny wewnętrzny, który kieruje naszym postępowaniem. Jednak nie tylko coś, co podpowiada nam, jak się w tym życiu najlepiej urządzić: także wewnętrzne urządzenie pozwalające nam na przykład zauważać innych ludzi nie tylko jako instrumenty własnego szczęścia, również może tamtego „ichniego”. Żeby im, bliźnim przynajmniej nie szkodzić.
Jedni mają ten drugi radar bardziej rozwinięty, inni mniej, jeszcze inni w stanie szczątkowym, wręcz jakiegoś uśpienia (albo i diabelskiego opętania jak Hitler i Stalin), ale chyba każdy ma w sercu pewien podobny zapis. Niemniej różnimy się w kwestii owego boskiego pisarza. Czy on aby na pewno istnieje? Przez bardzo długie wieki dla wszystkich, może prawie wszystkich oczywiste raczej było istnienie stwórcy świata, Pierwszej Przyczyny wszystkiego, co jest. Tak jak i to, że ci, co w Boga nie wierzą, nie tylko błądzą myślowo, ale i moralnie, ponieważ nie są przez ten najwyższy autorytet przynaglani do dobrego życia.
Historia pokazała z czasem, że sprawa nie jest żadną miarą prosta. Są przecież ludzie, którzy deklarują ateizm czy w każdym razie agnostycyzm, a żyją równie moralnie, jak ci religijni. Heroiczne postawy zdarzają się niezależnie od myślowego środowiska. Owszem, ludzie spoza Kościołów miewają inne poglądy na niektóre kwestie etyczne, głównie te dotyczące jakoś życia seksualnego, na przykład rozwodów, aborcji, stawiają w podobnych sprawach mniej ostre wymagania, ale nawet papieże przyznają dzisiaj, że po stronie katolickiej wiele było tutaj przesady, Franciszek mówi wręcz o neurotycznej tematycznej obsesji. A jeżeli chodzi o etyczną praktykę, to coraz wyraźniej widać, że deklarowany „teizm” nie zabezpiecza przed podłością także w sprawach „poniżej pasa”. Molestują seksualnie dzieci także duchowni i takie zachowania były przez władze kościelne praktycznie tolerowane, księży deprawatorów nie pozbawiano kontaktów umożliwiających podobne okropności. Religia i etyka to zatem sprawy odrębne, choć nie zupełnie inne. Już sporo lat temu wymyślono zatem po stronie katolickiej takie określenia jak „chrześcijaństwo anonimowe”, wiara (religijna) „implicite” itp., po to, żeby od tamtych osądów moralnych  radykalnie się odciąć. Co zaś do tego, czy Bóg istnieje, czasem wydaje mi się, że dla niektórych ludzi ważna jest tutaj nie tyle filozofia lub kościelna apologetyka, ile socjologia osobista: jestem ateistką, bo Kościół okropny.

20:22, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
środa, 14 marca 2018
Woda, żywioł życiodajny. Pięciolecie pontyfikatu

Wpis na wtorek 13 marca

Księga Ezechiela 47, 1-9.12
Psalm 46,2-3.5-6.8-9
Ewangelia Jana 5,1-16
Przeznaczone na dzisiaj przez mój Kościół teksty łączy woda. Żywioł nieopisanie życiodajny, warunek powstania życia i jego trwania. W Księdze Ezechiela jest to poniekąd bohater perykopy, bo anioł prowadzi narratora przez wypływające spod świątyni potoki coraz głębsze. Zaznaczono, że woda ta zapewnia urodzajność, bo pochodzi z sanktuarium. Mamy o owym żywiole wzmiankę także w psalmie: „Nurty rzeki rozweselają miasto Boże”, a w Ewangelii Jana Jezus uzdrawia paralityka, któremu nie udaje uleczyć się w sadzawce Betesda. Nadmiar czegokolwiek szczęściu nie służy (o powodziach, bo o potopie jest także w Biblii), niemniej woda służy zawsze czystości, także duchowej (sakrament chrztu). 
Trzynasty dzień marca to imieniny licznych Krystyn. Otóż imię to w języku niemieckim kojarzy się mocno z samym chrześcijaństwem (Christine - Krystyna, Christin - chrześcijanka), a mnie przyszło do głowy, żeby to asocjacją przejść z kolei do dzisiejszej bardzo ważnej rocznicy. Pięć lat temu kardynałowie wybrali na papieża arcybiskupa Bergoglia z Argentyny i ten zaczął chrystianizować swój Kościół. Jeżeli przez to słowo rozumie się sięganie do samego sedna naszej religii.
Kościół ubogich, bo sam ubogi. Papieski przykład: mieszkanie i buty zwyczajne, samochód też bez luksusu. Powiedzenia w rodzaju, że pieniądz to łajno szatana. Ewangeliczna pokora: Franciszek podkreśla nieraz, że sam jest grzesznikiem, a jeszczeczęściej krytykuje kościelne karierowiczostwo, także oczywiście biskupie. Chrześcijańska miłość bliźniego: W marcowym „Znaku”, zredagowanym bardzo ciekawie na tę rocznicę, Janusz Poniewierski cytuje opinię ratownika imigrantów płynących nielegalnie do Europy, Oscara Campsa, że „papież jest jedynym światowym przywódcą, który konkretnie i w sposób odpowiedzialny zajmuje się dziś problemem uchodźców”.
Niemniej Franciszek rozrabia w różnych kierunkach. Dokonała się przecież w tak krótkim czasie niezła rewolucja. Stała się dziwna zmiana ról. Papieża wychwalają „postępowcy”, zwolennicy zmian, wielu zresztą spoza jego Kościoła, krytykują go natomiast ci, co niedawno świętego urzędu z oburzeniem bronili. Owszem, tak było już za Jana XXIII, który głęboką reformę zainicjował, Jan Paweł II też podpadał czasem konserwie, ale Franciszek idzie nieporównanie dalej. Niektórzy kardynałowie buntują się jawnie, nawet do niedawna urzędowy strażnik doktryny dystansuje się od nauczania Ojca Świętego, za co ten nie przedłuża mu mandatu szefa najświętszej kongregacji. Kościół wre.
O co chodzi? Może w istocie o kwestię teologiczną z najwyższej półki: kim jest właściwie Bóg? Mówili to poprzedni papieże, ale biskup rzymski dzisiejszy mocniej akcentuje ów Boży obraz. Bóg jest miłosierny absolutnie, On wręcz jest Miłosierdziem. Kościół powinien leczyć ludzkie rany raczej niż moralizować, a jeżeli już, to nie bez ustanku na temat życia seksualnego: podobną monotematyczność nazywa Franciszek neurotyczną obsesją. Stąd też bierze się, nie tylko z ewangelicznej miłosierności, jego otwartość wobec „rozwodników” w słynnej już adhortacji „Amoris laetitia”.
Papież zmienia doktrynę? Zależy, co się przez to słowo rozumie, w każdym razie gdzie indziej słyszymy, że nie można jej trzymać w naftalinie, a główny doradca papieski kardynał Kasper tłumaczy, że doktryna jest jak rzeka. Może właśnie jak ta woda dzisiejsza, która jak może, to płynie. Według Franciszka pasterze powinni pachnieć swoim owcami, które nie są przecież głupimi baranami, rozumieją czasem chrześcijaństwo lepiej niż ich przewodnicy. 
Słyszy się w Watykanie pomysł, że trzeba Kościół mocno zdecentralizować, przyznać episkopatom krajowym także jakiś autorytet doktrynalny. Komentatorzy z prawa ostrzegają, że wyniknie z tego sytuacja, w której „rozwodnik” w jednym kraju będzie mógł przystąpić doKomunii, w innym nie. Pewnie tak będzie, nawet bywa tak już i Franciszek to dopuszcza, tyle że powstaje fundamentalne pytanie, czy Kościół musi być na jedno kopyto. Nie było tak przecież „ab Ecclesia condita”, zanim centralizacja osiągnęła szczyt na Soborze Watykańskim Pierwszym: w dogmacie o prymacie i nieomylności papieża, rozumianym potem tak, jakby tylko biskup rzymski był naprawdę biskupem, a reszta to po prostu jego podwładni.
Vaticanum Secundum musiało to potem mocno doprecyzować. Ale przecież - wojował będzie ktoś - nie może być różna tu i tam sama doktryna. Odpowiem tutaj tak: za decyzją lokalnego biskupa, że nikogo z „rozwodników” nie można dopuścić do tego sakramentu, chyba że nowe małżeństwo obywa się bez seksu (a tak stawiają sprawę za Janem Pawłem II przeciwnicy Franciszka) kryje się sporo teologii i antropologii innej od tej papieskiej. 
Gdy jestem przy tym sporze fundamentalnym, pochwalę polskie pisma katolickie zasadniczo propapieskie, które potraktowały poważnie tę rocznicę, powiedziały także, co się Franciszkowi zarzuca. „W drodze” lutowe, „Znak” marcowy, „Tygodnik Powszechny” z datą 11 marca pokazały wspólnie dużą wątpliwość. Mniej więcej taką, jaką wyraził amerykański autor, redaktor naczelny konserwatywnego miesięcznika „First Things” Russel Ronald Reno: „Martwię się o atmosferę dezorientacji i wieloznaczności, która otacza papieża Franciszka. W większości przypadków rodzi ona podziały i konflikt, a nie prowadzi do rozstrzygających i jasnych świadectw jego papieskiej władzy”. No cóż, chyba w tym właśnie rzecz, że Franciszek nie jest zupełnie dyktatorem. Choć czasem on albo raczej jego kurialni współpracownicy zachowują się jakby inaczej. A w ogóle to sytuacja wymaga właśnie ujawniającej podziały dyskusji, bo tylko w niej uda się znaleźć sposób, by natchnąć chrześcijańską wiarą i nadzieją świat laicki tak bardzo od nich daleki. Na koniec jeszcze dwie wypowiedzi w serwisie Katolickiej Agencji Informacyjnej, w tamtejszym cyklu wypowiedzi na temat „Czy(m) papież Franciszek odmienił Kościół?”.
Biskup Wiesław Śmigiel, ordynariusz toruński: Niewątpliwie papież Franciszek odmienił Kościół, zresztą jak jego wielcy poprzednicy. Przyszedł przecież z dalekiego kraju, z otrzymanymi charyzmatami i własnym doświadczeniem wspólnoty Kościoła.
Nie można mówić o rewolucyjnej zmianie, która zakłada zerwanie z tradycją, raczej jest to kontynuacja nauczania i misjipoprzedników – św. Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. W jednym wszakże przypadku jest to papież zerwania, a mianowicie odcinasię od tryumfalnej wizji Kościoła. 
Po prostu nasz Ojciec Święty nieco inaczej rozkłada akcenty.
Przede wszystkim podkreśla ewangelizację, która jest głoszeniem Dobrej Nowiny. Ponadto zwraca uwagę na peryferie, czylidowartościowanie tego, co słabe, skromne, pokorne, często zapomniane lub zagubione. Stąd troska papieża Franciszka o nowyzapał misyjny, bo poszukiwać, odnajdywać, towarzyszyć i pomagać w powrocie tym, którzy się z różnych powodów zagubili.Papież Franciszek otwiera drzwi Kościoła na poranionych i poszukuje dróg ich powrotu. Stąd troska o duszpasterstwo związków niesakramentalnych. Jest to również papież szerzący Miłosierdzie Boże, w tym nawiązuje do przesłania św. Jana Pawła II. 
Jednak w misji miłosierdzia podkreśla, że jedną z jego istotnych form jest pomoc biednym, zmarginalizowanym i potrzebującym.To papież rozdający chleb ubogim!
A teraz teolog paulin ojciec Michał Legan: „Mam wrażenie, że bardzo wielu z nas, wiernych Kościoła w Polsce, przyjęło prostą strategię: przeczekać, ten pontyfikat, przecież (wkrótce/kiedyś) się skończy… Niektórzy postulują pilne wprowadzenie dogmatu o omylności papieża w samolocie, inni wściekają się za promowanie polityki otwartych drzwi dla uchodźców, środowiska Tradycji nie cierpią Franciszka programowo, obrońcy małżeństwa widzą (niesłusznie) zagrożenie dla dziedzictwa i nauczania JPII. Podczas, gdy angielsko- i włoskojęzyczny Youtube po wpisaniu frazy «papież Franciszek» wyświetla w pierwszych dziesięciu wynikach «podróże apostolskie» i «audiencje środowe», w polskim YT pierwsze dziesięć filmików to montażówki na temat przynależności papieża do masonerii, jego herezji i czci oddawanej lucyferowi. 
Wszystko bzdury, ale popularne bzdury. Jednym słowem: dzieje się dokładnie to, co obiecywał swoim uczniom Jezus Chrystus. Papież Franciszek jest oskarżany, osądzany, odrzucany we własnym domu jak niechciany prorok, obrażany, ignorowany, wyśmiewany i biczowany. Tak właśnie realizuje się najważniejszy rys każdego pontyfikatu – znak sprzeciwu. Od czasów Piotra przybitego do odwróconego krzyża.
Czym Franciszek odmienił Kościół? Sobą. Swoim przenikliwym rozumieniem rdzenia Ewangelii. Papieże nie są od odmienianiaKościoła, bo co (na miły Bóg) może uczynić jeden – nawet tak uprawniony - człowiek wobec tej gigantycznej Instytucji, w której poruszenie kolejnych hierarchicznych struktur i poziomów jest niemalże niemożliwe? Jak przemieniać Kościół sobą uczy nas Franciszek, gdy na oczach całego świata klęka przy kratkach konfesjonału, gdy przytula przeraźliwie zniekształcone twarze, gdy głaszcze jasnogórską ikonę, gdy wybija nas z dobrego samopoczucia i gdy powtarza: miłosierdzie, miłosierdzie!”

10:17, jan.turnau
Link Komentarze (73) »
niedziela, 11 marca 2018
Ktoś nas bardzo kocha. Moje tajemnice żydowskie. „Więź” ma już 60 lat! Przeprośmy także wszystkie kobiety

List do Efezjan 2,4
Napisał główny doradca papieża Franciszka, kardynał Walter Kasper, że mamy dzisiaj w teologii do czynienia ze zmianą paradygmatu: należy na nowo zadać najbardziej fundamentalne ze wszystkich pytań teologicznych: kim naprawdę jest Bóg. Zacytowałem potężnie kontrowersyjnego nie tylko w Polsce teologa niemieckiego za Januszem Poniewierskim, który w marcowym „Znaku” napisał o Franciszku już na pięciolecie pontyfikatu (13 marca br.). Tak, rzeczywiście: mówi się dzisiaj, że jest nie tylko problem, czy jest Bóg, ale i jaki jest, w jakiego Boga mamy wierzyć. Czy w owego bardzo groźnego Sędziego, który karze za każdą grzeszną myśl, czy jednak raczej tego „bogatego w miłosierdzie”, jak Go nazywa poetycko polecony nam dzisiaj List do Efezjan. Nie tylko bogatego w to dobro duchowe, ale wręcz będącego tym właśnie dobrem. Samym miłosierdziem, miłością absolutną! Można z kolei zadać inne pytanie równie fundamentalne, a pewnie i równie stare: „unde malum”, skąd zło? Jak pogodzić wiarę w Bożą dobroć z tamtą w Jego wszechmoc? Kiedy to jedno tsunami potworne goni przecież drugie, a Boże stworzenia mordują się, ile wlezie. W każdym niemniej razie On taki miłosierny jest albo nie ma Go wcale. W innego uwierzyć dzisiaj nie sposób.
Lecą dni wspomnień o Marcu 68`. Ja też miałem swoje tajemnice żydowskie. Pierwsza: jestem trochę Żydem. Dowiedziałem się o tym, dopiero gdy dorosłem, nie dlatego, że moi rodzice nie chcieli mnie uświadomić za wcześnie. Nie wiedzieli. Nie mógł wiedzieć mój ojciec, że jego ojciec był półkrwi Żydem, bo był gadułą i gdyby wiedział, nie robiłby z tego tajemnicy. Dowiedziałem się o tym później od trochę dalszej rodziny, która to odkryła w genealogii familijnej, gdy ojciec już nie żył. Takie pochodzenie było ukrywane. Ziemianin i Żyd ...?
Tajemnica druga: rodzice przechowywali zaprzyjaźnionych Żydów w swoim majątku ziemskim we Wlonicach w rejonie Sandomierza. Nie bardzo chyba długo, w stogach siana. Starsze rodzeństwo nosiło im jedzenie, ja byłem jeszcze za mały. Chyba to przede mną ukrywano, w każdym razie dowiedziałem się o tym też długo po wojnie. Ale jest to tajemnica, która trochę trwa dotąd. Gdyby teraz rodzice żyli, zapytałbym ich, czy na przykład nie bali się denuncjacji przez kogoś z tak zwanej służby folwarcznej. Nikt by z niej o tym nie wiedział? Niemożliwe.
Tajemnica trzecia, też długotrwała. Dopiero po śmierci rodziców od starszej siostry dowiedziałem się, co zawdzięczam Żydom, których rodzice ukrywali. Zaraz po wojnie dzięki nim zapewne miałem z bratem wspaniałe wczasy na wsi w majątku PGR na Dolnym Śląsku. Ja, wciąż głupi smarkacz, nie wiedziałem, od kogo ten dar. To w związku z tym, co było pół wieku temu, ale minęła rocznica jeszcze jedna. 60 lat temu ukazał się pierwszy numer warszawskiego katolickiego miesięcznika „Więź”. Moi tamtejsi przyjaciele, koledzy z pracy dawnej, przeszło 30-letniej, wydali swój numer nazwany wiosennym (bo to już teraz, by było taniej, kwartalnik, mam nadzieję, że przejściowo). Dołączyli doń tamten prastary, najpierwszy, w pomysłowym także graficznie skrócie. Jako zbiór cytatów z niektórych artykułów tamtejszych, a jeden tekst w całości: programowy wstępny pod tytułem „Rozdroża i wartości” . Otóż w numerze dzisiejszym nawiązanie do tamtego historycznego: rzecz pt. „Inne rozdroża, te same wartości”. Rozdroża inne i inni redaktorzy, inne pokolenie, ale wartości nie zmieniły się: katolicyzm otwarty, choć nie rozwarty, patriotyzm, choć nie nacjonalizm, dialog, nie pyskówka.  Temat aktualny jeszcze jeden: ten z 8 bm., na czasie naszym zresztą od dawna. I trudno się dziwić, bo patriarchalizm przeraźliwy, dzisiaj zgoła niepojęty, panował tak bardzo długo. I trudno się dziwić, że nasze panie wychodzą na ulice. Że wołają, co wołają, nieraz zbyt ostro, przesadnie: feminizm w każdej formie jest naturalnym wynikiem tego, co było. I za co my, mężczyźni, przepraszać powinniśmy na duchowych klęczkach najserdeczniej.

22:27, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
niedziela, 04 marca 2018
Dziesięć Bożych przykazań

Księga Wyjścia 20,1-17
Do tego biblijnego Dekalogu mój komentarz taki oto. Przyjąłem wersję przykazań katolicko-katechizmową, bo Pismo jest święte, co nie znaczy, że takie jest każde jego słowo.
I. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną. Kontrolujmy się stale: może nasz Bóg jest już w gruncie rzeczy Bogiem cudzym, może nie jest to już ten, którego objawił nam Jezus Chrystus. Może jest Bogiem na nasz własny obraz i podobieństwo, np. na podobieństwo naszej ciasnoty albo też naszego neurotycznego lęku? Czy nie jest to ciągle jeszcze starszy pan z siwą brodą, w jakiego wierzyliśmy jako dzieci? Co gorsza, z ogniem gniewu zamiast największej miłości w oczach. Czy w ogóle nasz Bóg jest jeszcze Bogiem naprawdę żywym?
W obu wersjach dekalogu biblijnego (także z Księgi Powtórzonego Prawa 5) mamy po pierwszym przykazaniu zakaz tworzenia i kultu obrazów. Szanując inne interpretacje, nie rozumiem jednak tego prawa dosłownie. Choć nie neguję w zaparte niebezpieczeństwa ikonolatrii, straszy mnie ono mniej, odkąd znam nieco lepiej prawosławnych, tamtejszą cześć dla ikon. Bałwochwalcy to przecież nie są. Istnieją natomiast w chrześcijaństwie dwie wrażliwości w tej dziedzinie. I bardzo dobrze, że tak jest. Na różnorodności zyskuje nie tylko kultura, także w pewnej mierze religia. Ja jestem ciągle w tej mierze raczej protestancki (nawias: cieszyłbym się, gdyby zniknął zwyczaj dodatkowego ubierania Maryi z Dzieciątkiem w korony i królewskie suknie. Przecież jest to faktyczne zasłanianie jej wizerunku, jakieś w praktyce minimalizowanie go). Zastanówmy się natomiast tutaj nad jakimś sensem przenośnym biblijnego przykazania. Odnieśmy go np. do obrazów Boga, jakimi są sformułowania teologiczne: o ileż mniej byłoby sporów i rozłamów, gdybyśmy pamiętali, że owe sformułowania to zawsze tylko nieudolne obrazy Rzeczywistości, a nie ona sama, że zatem z natury rzeczy mogą być różne.
II. Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno. Cytat z „Przygodyżycia” Luise Rinser, powieści, która dała mi wiele do myślenia: „ (...) językzrutynizowany, zużyta, zakurzona, stęchła mowa (...). Niektóre wyrazy tego językapowtarzają się za często, jak na mój gust: Bóg, ofiara, miłość, cnota, krzyż,cierpienie, pokora. Nie znaczy to, że odczuwam wstręt do tych słów. Lecz mieszcząone w sobie wszystkie tajemnice i aczkolwiek pojmuje się je zaledwie w postaci domysłów, nie można używać ich tak sobie zwyczajnie, jak wymawia się np. słowa:ścierka, szczotka, łóżko czy samolot (...). To wszystko, w czym byłam biegła, przezswoje spowszednienie stało się niezrozumiałe.”Cenne jest to wyznanie bohaterki powieści. Nie będziesz nadużywał imienia PanaBoga... Nie mówiło się kiedyś w Polsce o Nim publicznie, teraz jest na ustach wielu, z niektórymi politykami na czele. Opłaca się to im, tylko czy na pewno w Niebiesiech.
III. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. W Dekalogu biblijnym jest to oczywiście szabat, sobota. Szanując inne zwyczaje, czcimy jednak jako cotygodniowe święto niedzielę - dzień Zmartwychwstania. Niemniej nie wybór dnia jest tu najważniejszy, ale to, żeby w ogóle były stale takie dni w naszym życiu. Dni, w których jesteśmy beztroscy, odprężeni, weseli. Czy wolno w niedzielę pracować? Zapytajmy może raczej, czy wolno w niedzielę być ponurym, zatroskanym codziennością. Oczywiście nie jest to propozycja nowego jurydyzmu: nie lansuję idei śmiechu na komendę! Po prostu zastanawiam się nad tym, jak moglibyśmy autentycznie przeżywać ów dzień niepowszedni.
IV. Czcij ojca swego i matkę swoją. Z ojcami gorzej, bo lubią przecież odchodzić w całkiem siną dal. Czy dzisiaj w rodzinach partnerskich tak samo często jak dawniej? Bo przecież na mojej codziennej trasie do pracy, gdzie jest po drodze przychodnia lekarska, widzę tylu młodych ludzi z wózkami, czasem z dwójką potomstwa. Czcij poza tym również dzieła poprzednich pokoleń, także idee, którymi żyły. Nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść - napisał Adam Asnyk. Z czasem zresztą zrozumiesz, że doskonałość ta jest względna; historia kultury zna już tyle powrotów! Tak jak poszczególny człowiek dochodzi nieraz do wniosku, że jego rodzice mieli rację w niejednym, tak i każde pokolenie przeżywa swoje rewaloryzacje.
V. Nie zabijaj. Bądź konsekwentny: czy można być bardzo liberalnym wobec tzw. przerywania ciąży, jeśli się rygorystycznie zabrania eutanazji? Odpowiesz być może tak jak ja – że nie. Twoja wrażliwość moralna w tych sprawach musi jednak również przejawiać się jakoś w sprawie kary śmierci i udziału w wojnie. Dla wielu ludzi o innej tradycji etycznej dopiero wtedy staniesz się w pełni wiarygodny.
VI. Nie cudzołóż. Najkrótsza recenzja ze sławnego filmu „Sceny z życia małżeńskiego”: olbrzymie łóżko niemal wypełniające ekran. Trochę tak jak w niektórych tradycyjnych ujęciach teologii moralnej. Nihil novi sub Jove. Łożnica wciążna piedestale.
VII. Nie kradnij. Etyka zawodowa, obywatelska: ileż może tu zdziałać Kościół! Siódme przykazanie niby zaraz po szóstym, a w duszpasterstwie jakby sto mil po nim. Podatki. Który spowiednik pyta o nie jak o regulację poczęć? Trzeba tu czasem naprawdę heroizmu, by nie dać się zdemoralizować – ale któż jest powołany do heroizmu, jeżeli nie chrześcijanin?
VIII. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Przykazanie to – i w Biblii, i w katechezie - brzmi tak właśnie. Czyli że w przykazaniu rozumianym potocznie jako „nie kłam” najważniejsze jest, by nie krzywdzić bliźniego. Oczywiście, wierność prawdzie sama przez się jest wartością, lecz przecież nie absolutną. Pamiętając o tym sensie biblijnego zakazu, nie będziemy sobie zaprzątali głowy problemami w rodzaju, czy walcząc o dobrą sprawę (np. z okupantem), można okłamywać policję w czasie tzw. przesłuchania, a zajmiemy się raczej np. kwestią, ile razy mówimy prawdę przeciw bliźniemu swemu, obgadując go na prawo i lewo.
IX. Nie pożądaj żony bliźniego swego. Jest taki szmonces ironiczny: Icek pyta rabina, jaka musi być żona. Ładna? – Niekoniecznie. Mądra? – Nie zawadzi, ale obejdzie się. A zatem dobra? – Przydałoby się, oczywiście, ale i to nie jest konieczne. Obowiązkowo natomiast musi być cudza...
X. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. Z takiego pożądania brały się i biorą też różne wojny. Zawsze zazdrość piekielna, że on ma, a ja nie.

17:34, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
czwartek, 01 marca 2018
Kto był w niebie już za ziemskiego życia... Noblista napisał o Jezusie

Ewangelia Łukasza 16,19-31
Perykopa o bogaczu i Łazarzu. Przesłanie takie, jak w „Dziadach”, Mickiewicz czytał Biblię: „Kto za życia chociaż raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi tam od razu”. Tu majętnemu szczęściło się nawet permanentnie, nie może się zatem w Otchłani (piekle może nie wiecznym, niemniej niewątpliwie ognistym) doprosić u Boga o kroplę litości, Łazarz natomiast spoczywa na łonie Abrahama. W domyśle jest najpewniej założenie, że samo bogactwo nie grzech, ale niewrażliwość na nędzę bliźniego, i to w istocie mówi też tutaj Ewangelia. Łukasz „socjaldemokratyzował”, ale nie aż tak radykalnie. Zauważał przecież dobrych, a majętnych, i łajdaczków, którym się nie przelewa, los im w ogóle już za życia nie sprzyja. Mnie natomiast napisało się do „GW” taki felieton o dwóch literackich nowościach. Współczesnych apokryfów sporo, zaliczę do nich również „Dzieciństwo Jezusa” i „Lata szkolne Jezusa” J.M. Coetzeego, wydane właśnie przez Znak. Taka kwalifikacja tych książek noblisty jest oczywiście dyskusyjna. Ryzykuję ją, choć jako publicysta religijny mogę być posądzony łatwo o tego rodzaju misjonarstwo. Że zasugerowałem się informacją Anny Sak w miesięczniku „Znak” (nr 631/2007), iż urodzony w Polsce pradziadek autora Baltazar Dubiel, zanim wyemigrował do Afryki, kształcił się chyba na misjonarza. Pisarz zresztą odwiedził, a jakże, swoją praojczyznę, prarodzinny Odolanów i swego przyjaciela Ryszarda Kapuścińskiego. Wracam do mojej egzegezy powieści.Apokryf to naturalnie w sensie słowa szerokim. Można by nawet upierać się, że sześcioletni bohater nie ma z tą religijną postacią właściwie nic wspólnego. Tyle że jest dzieckiem dosyć niezwykłym, jednak zwyczajnie nieznośnym, wiedzącym wszystko lepiej niż jego przybrani rodzice, upierającym się przy swoich pomysłach. Ja wszelako, nie tylko dlatego, że to moja tematyczna inklinacja, obstaję przy poglądzie, że tytuły tych książek mają zasadnicze znaczenie. Moim zdaniem ów David to jednak jakoś dziecię Jezus. Jego opiekunowie też są postaciami dziwnymi. Uchodźcy, to normalne w dzisiejszym świecie, ale zupełnie nie wiadomo, skąd, bez pamięci o przeszłości. Nie przypominają raczej Maryi i Józefa, Dawidek natomiast podkreśla sam swoją szczególność. Owszem, nie swoją boską osobowość, trzeba wszelako wiedzieć, że bibliści dzisiejsi nie twierdzą wcale, że Chrystus czuł się Synem Bożym już dzieckiem w kolebce: „Czynił postępy w mądrości, w łasce u Boga i u ludzi” - powiada Łukasz (2,52). To dziecko ma u Coetzeego samoświadomość niejasną, ale całkiem niezwykłą. Autor zaznacza to, głównie w drugim tomie, wielokrotnie. Nie twierdzę, rzecz jasna, że jest to tak zwana powieść katolicka czy chrześcijańska, nie wciskam tu żadnego apologetycznego kitu. Dodam tylko, że zachowanie Dawidka, choć nie przypomina on zgoła łagodniutkiego baranka, świadczy o jego niezwykłej duchowej wrażliwości na cudzą niedolę. Nie dowodzę swojego dalej, odsyłam do tekstu, radzę własną lekturę. Można natomiast zapytać, czy David jest opowieści bohaterem głównym. Najwięcej niewątpliwie jest o jego opiekunie Simonie. Ten człowiek znalazł chłopca, opiekuje się nim niezmiernie troskliwie, w drodze jakiegoś dziwnego natchnienia znajduje mu matkę, uznaje za nią niejaką Ines i skutecznie przekonuje ją do tej roli. Niezwykłości podobnych, w tej skądinąd „normalnej”, wręcz staroświeckiej narracji, sporo. Co zaś do Simona, to on nadzwyczajności podopiecznego chyba nie rozumie, choć zakończenie drugiego tomu jest dla mnie wieloznaczne. Religia jako taniec? Poczekajmy na tom trzeci, bo to podobno trylogia.

14:27, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
Archiwum