Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 31 marca 2015
Dla innych wierzących w dialogu nasze światło

Księga Izajasza 49,6
„Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”. Biblia Tysiąclecia.
Chrześcijanie te słowa skierowane przez JHWH do Izajasza odnoszą do Chrystusa. Skojarzyło to mi się z toczącą się dzisiaj dyskusją na temat relacji chrystianizmu do innych wielkich religii. Wypowiada się w tej sprawie ekumenista sławny ks. Wacław Hryniewicz we wspomnianej już tu wczoraj książce „Wiara rodzi się w dialogu” (WAM). Wyważa, ale jak zawsze bez myślowej ospałości. Można by powiedzieć, że zajmuje stanowisko centrowe Napisał na stronach 118-119: „Istnieje wiele dróg do Boga, ale tylko jeden cel. Jest tylko jedno zbawienie, wspólne wszystkim ludziom jako cel ostateczny. Zbawienie to urzeczywistnia się na wielu drogach. Dlatego bliski mi jest tzw. pluralizm inkluzywny, który nie idzie po linii pluralistycznego modelu wielu teologów zwanych dzisiaj pluralistami [głoszą oni, że wszystkie religie są równe - JT]. Wierzę, że decydujący charakter wcielenia Chrystusa bynajmniej nie pomniejsza powszechnego działania Bożego Logosu i suwerennej obecności Bożego Ducha od początku w dziejach ludzi i różnych religii. Jezus Chrystus nie jest postacią tylko jednostkową, partykularną i niepowtarzalną, ale także uniwersalną. Choć tylko On jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15), Boski Logos może oświecać także inne zbawcze postacie, a Boży Duch inspirować je, aby stały się znakami zbawienia dla swoich wyznawców, zgodnie z całym Boskim planem zbawienia ludzkości. Różnymi drogami zmierzamy do tego samego celu ostatecznego. Ostateczna pełnia Bożego Królestwa jest wspólnym spełnieniem dla wszystkich, zarówno dla chrześcijaństwa, jak i dla innych religii.”
A parę stron dalej powiada tak: „Roszczenie chrześcijaństwa do absolutnej wyjątkowości wznosi mur chłodu i obcości, budzi niechęć i sprzeciw. Jedynie w autentycznym nurcie przyjaznego dialogu, w poczuciu wspólnego ludzkiego losu, również inne religie mogą przyswajać sobie pewne aspekty myśli i rzeczywistości chrześcijaństwa.” Taki przyjazny dialog uprawiają uczeni teologowie i mnisi rzymskokatoliccy w Azji, ci pierwsi spotykają się nieraz z niechęcią urzędników watykańskich. Rozpoczęte przez Sobór Watykański II myślowe otwieranie jednak zatrzymać trudno.

15:33, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 30 marca 2015
O Marii z Betanii i Judaszu Iskariocie. Nowa książka ks. Hryniewicza!

Ewangelia Jana 12,1-11
Scena z Betanii, podjerozolimskiego miasteczka (wsi raczej: „Encyklopedia Biblijna” powiada, że na podstawie tekstu biblijnego trudno takie osiedle nazwać, niemniej Betanię wsią nazywa). Mieszkali tam przyjaciele Jezusa: Marta i Maria oraz Łazarz. Dopiero co został wskrzeszony, siostry urządziły dla niego ucztę. Podział ról był taki, jak ten, który opisał w swojej ewangelii Łukasz (10,38-42): tu też Marta usługiwała gościom, Maria zajęła się samym Jezusem, w tej perykopie jednak nieproszona przez siostrę o pomoc. A było zapewne kogo obsługiwać, bo bohaterem opowieści jest również Judasz, czyli Mistrz przybył ze swoimi uczniami.
Otóż Iskariota skrytykował Marię, uznał bowiem, że to, co zrobiła, było marnotrawstwem: cały funt (ok. 325 g) drogiego olejku wylała na nogi Jezusa, aby je (własnymi włosami) namaścić. Skomentował: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?” (Biblia Tysiąclecia). Pytanie to ewangelista Jan opatruje z kolei komentarzem: „Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano”. Jezus stanął w obronie Marii swoiście: „Zostaw ją! Przechowała to, aby mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale mnie nie zawsze macie.” Działo się to mianowicie już na sześć dni przed Paschą, czyli przed Jego śmiercią; Józef z Arymatei z Nikodemem urządzają Mu pogrzeb, na który Nikodem przynosi aż sto funtów mieszaniny mirry i aloesu.
Perykopa kończy się informacją, że do Betanii przybył wtedy wielki tłum Żydów: nie tylko ze względu na Jezusa, ale też aby zobaczyć Łazarza cudownie przywróconego do życia. Arcykapłani postanowili zatem stracić także jego, ponieważ - tłumaczy Biblia Tysiąclecia - wskrzeszenie go spowodowało odłączenie się wielu od Żydów i uwierzenie w Jezusa. Żydzi odłączyli się od Żydów? Mamy tu tę nazwę narodu w dwóch znaczeniach: w drugim przypadku, jak w tej ewangelii często, nie chodzi o cały naród ani o mieszkańców Judei, ale o religijno-polityczne władze. Moi bibliści z EPP uniknęli tutaj dwuznaczności Tysiąclatki, tłumacząc: „Wielu bowiem Żydów z jego powodu odeszło”.
Zreferowałem dzisiejszy tekst, choć nie czynię tak na ogół z ewangelijnymi, uważając, że każdy je zna, a jeśli nawet nie zna lub nie pamięta, zajrzeć do dzieła może. Założenie jednak dyskusyjne, a zresztą sam niemal każdą perykopę czytając, znajduję szczegóły, których nie pamiętałem. A mój komentarz do perykopy dzisiejszej ? Co do Marii: także ją posądzono o tożsamość z „jawnogrzesznicą” z ewangelii Łukasza (7,36-50), nie tylko z Marią Magdaleną, do której ta moralna etykietka przykleiła się niemal na amen. Co do Judasza: niejeden teolog, u nas przede wszystkim ksiądz Wacław Hryniewicz, bronił tego apostoła przed jego tradycyjną niemal demonizacją. Że w każdym razie pochopne jest umieszczanie go w piekle (jeżeli w ogóle, co podaje w wątpliwość nasz wielki teolog, jest ono na pewno wieczne). Dwa argumenty wydają mi się tutaj szczególnie mocne. Nie jestem pewien, czy świadczy o jego potępieniu na wieki powiedzenie Jezusa: „Biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził” (Mt 26,24). Może to tylko prorocka przesada, tak często w innych przypadkach. No i Judaszowe samobójstwo: nikt już dzisiaj przytomny nie uważa takiego czynu za grzech śmiertelny (to wynik skrajnej depresji), co więcej, Judaszowa rozpacz dowodzić przecież może jego strasznych wyrzutów sumienia, czyli moralnego nawrócenia.
Padło nazwisko ks. Hryniewicza: czytam właśnie jego kolejną książkę, wydaną tym razem przez WAM. Rzecz zwie się „Wiara rodzi się w dialogu” i stanowi zapis dialogu rzeczywiście. Teolog świecki Robert M. Rynkowski zredagował w ten sposób obfite komentarze zamieszczane pod tekstami profesora na blogu teologicznym „Kleofas” i jego tam odpowiedzi. Tematy niektóre: bożek wolności i Bóg miłości, czyli o nadziei powszechnego zbawienia, odwieczna życzliwość, czyli o grzechu pierworodnym, krzyk w ciemności, czyli o pokorze wobec cierpienia, nie poniżajmy ateizmu, czyli o dialogu wiary z niewiarą. Później napiszę o tym więcej, póki co, taki sygnalik, zachęta.

14:13, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
niedziela, 29 marca 2015
To nie Judasz zdradził...

Ewangelia Marka 14,1-15,47
Opis procesu, męki i śmierci. Przed reformą liturgiczną takie bardzo obszerne teksty ewangelijne czytane były chyba czterokrotnie, także w Wielki Wtorek, Wielką Środę i Wielki Piątek, obecnie tylko dzisiaj, w Niedzielę Palmową, czyli Męki Pańskiej, i w Wielki Piątek.
Jednym z bohaterów tych tekstów jest Judasz. Jak jednak naprawdę, czyli w oryginale greckim, miał na imię ów apostoł zdrajca? Mało kto wie, że dokładnie tak jak inny Juda (Tadeusz)! W przekładach zmienia się mu imię, żeby go odróżnić negatywnie od innych biblijnych Judów, co wydaje mi się dyskusyjne (choć nie dla moich tłumaczy z EPP). Szczególnie, że jest w Dziejach Apostolskich 5,37 Judasz niewątpliwy, tak się nazywający w oryginale samym.

12:42, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 28 marca 2015
Pasterzowanie z zapytania znakiem

Księga Jeremiasza 31,10
„Ten, co rozproszył, zgromadzi Izraela i będzie czuwał nad nim jak pasterz nad swą trzodą.” Biblia Tysiąclecia.
A Zagłada? Niezbadane są Boże wyroki, trudny do pojęcia Jego pasterzowania sposób. Przypomina mi się ten rabin, który powiedział, że wolałby, aby w taki sposób Bóg wybrał sobie jakiś inny naród. Dotykamy tutaj jednak ogólnego problemu „unde malum?”: skąd zło, jeśli Bóg jest wszechmocny i wszechmiłosierny, a tylko taki Jego obraz jest dzisiaj do przyjęcia, przecież nie pogańskich bożków. Ale jeżeli nie ma Go w ogóle, to świat jest bez Sensu. Wybieram Sens.

19:05, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
piątek, 27 marca 2015
Żadnego znaku nie uczynił... „Cuda” do poduszki

Ewangelia Jana 10,41-42
„Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło.” Biblia Tysiąclecia.

To było za Jordanem, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu. Żydzi oczekiwali od niego znaku – tacy już byli, ale my nie lepsi, też cuda wzmagają w nas wiarę czy wręcz dopiero ją budzą. Gdy jestem przy znakach, czyli cudach praktycznie, to sygnalizuję „buch” (stron prawie pięćset) przez Znak wydany pod tytułem „Cuda” właśnie, tłumaczenie książki autora amerykańskiego Erica Metaxasa, napisane niebywale potoczyście, przez Łukasza Müllera dobrze przetłumaczone. Co do różnych tez dzieła, pomyśleć jeszcze muszę, w każdym razie lektura do poduszki niemal.

19:58, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
czwartek, 26 marca 2015
W tym także pluralizm

Księga Rodzaju 17,3
„Abram padł na oblicze.”
Jeszcze pod dawnym imieniem, zanim Bóg mu je zmieni w swojej przemowie, patriarcha oddaje Mu cześć w ten sposób. Można to czynić rozmaicie, zależnie od obyczaju, a ten się zmienia jak wszystko na ziemi. Mamy dziś w Polsce problem z Komunią na rękę niestety kontrowersyjny. Już nie z postawą klęczącą czy stojącą, bo procesja eucharystyczna zyskała prawo obywatelstwa, ale z czymś nowszym. A nowość w Polsce kościelnej często brzmi podejrzanie. Biskupi nasi nowego sposobu ostatecznie nie wykluczyli, ale zdarza się to niestety poszczególnym księżom. Co do mnie, już wieki temu tłumaczył mi w katolickiej „Więzi” kolega krotochwilny Stefan Bakinowski, że tylko dwóm ludziom wypada pokazać język: lekarzowi i księdzu. Łatwo to przyjąłem do tak zwanej pozytywnej wiadomości i teraz rękę wyciągam śmiało, choć z malutkim lękiem w nowej świątyni. Nie miałem prawie nigdy kłopotów, choć zdarzają się nieprzyjemnie innym polskim nowator(k)om. Argumentem bywa to, że papież Benedykt sobie tego podczas swoich mszy nie życzył, chociaż nigdy nie oponował przeciw zwyczajowi już przecież powszechnemu. Córka mieszkająca we Francji mówiła mi, że tam panuje w tej mierze pluralizm, także wśród tubylców są tutaj konserwatyści. A profesor liturgiki ks. Bogusław Nadolski wydał w jezuickim WAM-ie wyjaśniającą broszurkę pod tytułem „Komunia święta «na rękę»” już dziesięć lat temu.

21:32, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
środa, 25 marca 2015
Bez dogmatu

Księga Izajasza 7,10-14
Ewangelia Łukasza 1,26-38
Dziś w Kościele rzymskokatolickim i w niektórych innych Kościołach uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Upamiętnienie liturgiczne wizji, w której anioł oznajmia Marii z Nazaretu, że będzie matką Syna Bożego, i że dokona się to nadnaturalnie, cudownie, bez udziału mężczyzny. Jak tu pisałem nieraz, współcześni teologowie, także rzymskokatoliccy, mają co do tego dziewiczego poczęcia wątpliwości. Trudno się młodziutkiemu Kościołowi dziwić, że pojawienie się Chrystusa pośród naszych przyziemności wyobraził sobie jako coś zupełnie niezwykłego, jako dzieło Tego, który w sposób niezwykły przenika wszystko. Niemniej – powiada ks. Wacław Hryniewicz – „W Biblii istnieje wiele pokładów znaczeniowych, które wymagają różnych sposobów interpretacji”. Chodzi o to, że nie możemy rozumieć jej tekstów zawsze w sposób dosłowny. Zawsze są jakoś uwarunkowane miejscem i czasem. Tamten czas sprzyjał „nadnaturalnej” interpretacji różnych wydarzeń, poza tym nasiąkał powoli przychodzącą z różnych stron niechęcią do „ciała”, do czynnika materialnego w człowieku, do wiązanego wyłącznie z ciałem życia seksualnego. „Wiadomo również – pisze dalej ks. Hryniewicz – iż mit narodzin z dziewicy był szeroko rozpowszechniony w starożytności, zwłaszcza w Egipcie i mitologii grecko-hellenistycznej. Czy zatem sens opowiadania o dziecięctwie Jezusa i Jego dziewiczych narodzinach można uczynić bardziej zrozumiałym dla ludzi współczesnych? Czy Jego dziewicze narodziny rzeczywiście miały miejsce? Biolodzy zdecydowanie odrzucają w tym wypadku możliwość partenogenezy. Czy chrześcijanin musi zatem powołać się na cud wbrew wszelkim prawom przyrody?” Można odpowiedzieć, że prawa przyrody to dla nas dzisiaj pojęcie niewiele mniej staroświeckie niż wiara w cuda: ileż takich praw kwestionuje współczesna fizyka! Dzisiejsza medycyna nie umie wytłumaczyć tylu niespodziewanych uzdrowień: być może wyjaśnią się z czasem, czy aby na pewno jednak tamto narodzenie bez udziału mężczyzny nigdy nie wyda się mniej biologicznie niezwykłe?
Ks. Hryniewicz przedstawia niemniej dzisiejsze, historyczno-krytyczne badania nad Biblią w tej sprawie. Otóż wiara w dziewicze poczęcie została zaznaczona tylko w dwóch ewangeliach: nie znajdujemy jej ani w pierwszej historycznie, Markowej, ani w najpóźniejszej – przypisywanej apostołowi Janowi. Tym bardziej nie czytamy nic na ten temat w listach Pawłowych i w żadnym innym tekście nowotestamentalnym: tak zwane Ewangelie Dzieciństwa poprzedzają tylko dzieła Mateusza i Łukasza. Biologiczne dziewictwo Matki Jezusa – stwierdza ks. Hryniewicz – nie jest centralnym elementem Ewangelii, a przez to wiary chrześcijańskiej. „Wiara w Chrystusa jako Syna Bożego jest niezależna od wiary w dziewicze narodziny.” Nie jest jej koniecznym warunkiem. Co nie znaczy, że ta druga wiara nie ma żadnego związku z pierwszą, fundamentalną. Opowieści o niezwykłych narodzinach Jezusa z Nazaretu są „teologicznym symbolem nowego początku, który dokonał się w dziejach świata mocą Boga za pośrednictwem Jego Syna. Wydarzenia tego nie sposób wyjaśnić na podstawie normalnego rozwoju doczesnej historii ludzkości.” Ówczesnym ludziom symbol narodzin z dziewicy był do całej wiary chrześcijańskiej niezbędny, nam chyba konieczny nie jest. Nie kwestionujmy jednak dogmatu w sposób dogmatyczny: jeżeli uznajemy istnienie Boga, to musimy zgodzić się ze słowami anioła z dzisiejszego fragmentu ewangelii, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego”.
Na koniec informuję, że w dzisiejszym fragmencie Księgi Izajasza mamy sławne słowa uważane za prorocze: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie go imieniem Emmanuel, to znaczy Bóg z nami”. W tekście hebrajskim mogło chodzić o młodą mężatkę, ale w żydowskim przekładzie Biblii na grekę Septuagincie (280 - 130 r. przed Chrystusem) odpowiedni termin oznacza już wyłącznie dziewicę. Daje to do myślenia.

15:31, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 24 marca 2015
Bóg litościwy absolutnie . Ksiądz Hryniewicz pocieszyciel wielki. „Tygodnik Powszechny” ortododoks, nie beton

Księga Liczb 21,9
„Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”. Biblia Tysiąclecia.
Żydzi tracą cierpliwość, narzekają niewdzięcznie, JHWH też ją traci, zsyła gady mordercze. Ale włącza się Mojżesz, adwokat nieustanny, otrzymują wędrowcy węża miedzianego, którego sam widok uzdrawia. Biblia Jerozolimska wyjaśnia, skąd być może pomysł taki: na trasie tamtej wędrówki były kopalnie miedzi już w XIII wieku przed Chrystusem i na tamtych terenach znaleziono talizmany w postaci wężyków z owego krużcu, chroniących rzekomo przed gadami żywymi. Autorzy biblijni czerpią pełnymi garściami z dostępnych im źródeł myślowych i wykorzystują je spokojnie, historii dokładnej nie pisząc. Nie baczą na to, że na przykład tutaj kwestionują zasadę niewyobrażalności materialnej Boga, oczywiście też przedstawiają Go bardzo antropomorficznie, jako kierującego się zupełnie ludzkimi uczuciami, rozgniewanego straszliwie. Ale dochodzi również do głosu pojmowanie Go jako litościwego, promyczek malutki owego teologicznego światła, jakie zabłyśnie w Testamencie naszym Nowym.
Potem jednak w myśli postbiblijnej do obrazu Boga jako Miłości była droga poplątana potwornie. Piekło jako kara bez końca... WAM wydał szczęśliwie kolejną z tak licznych już książek ojca Wacława Hryniewicza („Wiara rodzi się w dialogu”). Czytam ją po trochu i zachwycam się uporem Autora niezłomnym, żeby ciągle bronić NADZIEI. Tej, co każe nawet Szatana przedstawiać jako słabszego niż Boża miłość, niemająca żadnych przeszkód, by nawet jego do siebie przyciągnąć.
Dziś „Tygodnik Powszechny” kończy 70 lat. Tyle czasu troski o wersję katolicyzmu otwartą szeroko, ortodoksyjną nie w sensie myślowego betonu. Sam Bóg przecież jest Inteligencją, nie myślową tępotą!

15:27, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Sojusz w sprawie szóstego przykazania. Kultura klerykalna przyczyną pedofilii!

Wpis na poniedziałek 23 marca 2015
Księga Daniela 13,41-62
Ewangelia Jana 8,1-11
„Lekcja” z Księgi Daniela wyjątkowo długa, ale czyta się ją dobrze, bo to opowieść „z ikrą”. O Zuzannie, starcach i proroku Danielu, który znakomitym chwytem adwokackim ratuje niewinną, fałszywie oskarżaną przez dwóch zbereźników. Przyszła mi przy tej lekturze myśl taka dialogowa.
Otóż obserwujemy w laickiej kulturze dzisiejszej coś, co zbliża ją nieoczekiwanie do etyki chrześcijańskiej. Owa obrona kobiety przed męską agresją seksualną to przecież coś, co przychodzi w sukurs rzecznikom szóstego przykazania. Tego, które brzmi: nie cudzołóż, czyli – rozszerzając tematykę biblijnego zakazu – hamuj w ogóle swój zaborczy popęd. Zupełnie świecka walka z molestowaniem seksualnym między innymi w miejscu pracy to przecież niemal to samo.
W dzisiejszym fragmencie ewangelii Janowej Jezus ratuje przed linczem kobietę przyłapaną na cudzołóstwie. Oczywiście musiało mieć ono dwoje sprawców, mężczyźnie było wolno więcej, ale chcę tu zauważyć przede wszystkim co innego. Otóż warto wiedzieć, że perykopa ta była na swoistym indeksie przez parę wieków, ponieważ uważano, że faktycznie sprzyja łamaniu przykazania. Odzywało się w ten sposób przekonanie, przez długie późniejsze wieki ciążące nad chrześcijańską moralnością, że seks zagraża jej całkiem szczególnie. Reakcją na to była druga skrajność, laicki liberalizm w tej dziedzinie, może więc teraz nadszedł czas jakiegoś dialogu, większego wzajemnego zrozumienia w tych sprawach Kościołów i pozakościelnego świata? Tak sobie głośno pomyślałem. Ale na temat seksu również mój ewentualny felieton do „Miś”-a.
Głośne myślenie
Kultura klerykalna przyczyną pedofilii
Jonasz
Najnowszy wiosenny numer kwartalnika „Więź”. Tekstów do omówienia multum, wybrałem wręcz rewelacyjny. Napisała go Ewa Kusz, seksuolog i psychoterapeutka, w moim Kościele niezwykła świecka, bo członkini tak zwanego instytutu świeckiego, czyli nie zakonnica wprawdzie, ale również „osoba konsekrowana”. Dwukrotnie wybierana na przewodniczącą Światowej Konferencji Instytutów Świeckich, wicedyrektor Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum. Czyli ktoś, kogo trudniej posądzić o uporczywy antyklerykalizm, a można by było, bo już sam tytuł tekstu brzmi: „Kultura klerykalna a pedofilia”, czyli związek wzajemny. Refleksja na temat instytucjonalnych uwarunkowań tych karygodnych czynów.
Autorka zaznacza na wstępie, że nie ma żadnego istotnego związku między kapłaństwem a wykorzystywaniem seksualnym osób małoletnich, nie ma podstaw twierdzenie, że Kościół ze swej istoty temu sprzyja. „Istnieje jednak specyficzne rozumienie kapłaństwa oraz pewien sposób funkcjonowania w kapłaństwie, który sprzyja nadużyciom – zresztą nie tylko seksualnym. Zjawisko to określa się mianem kultury klerykalnej. Mają w niej udział tak duchowni, jak i świeccy.”
Cechą zasadniczą owej kultury jest poczucie szeroko rozumianej wyższości duchowieństwa nad resztą ludu Bożego. Kościelna struktura hierarchiczna otrzymuje w ten sposób formę uprzywilejowania i władzy. Wzmacnia to poczucie przynależności do „ekskluzywnego klubu klerykalnego”. Broni się zatem tego, co się osiągnęło, ochrania się za wszelką cenę własny dobry obraz. Sposób sprawowania władzy przez duchowieństwo jest autorytarny, a poczucie wyjątkowości sprzyja postawom narcystycznym.
Paradoksalnie kultura klerykalna charakteryzuje także, a nawet czasem bardziej, ludzi świeckich: tych, co uważają stan kapłański i zakonny za doskonalszy. Wszystko zatem, co ksiądz robi, nie podlega krytyce, bo jest czynione dla naszego dobra. Tu dodam myśl swoją, że zapewne stąd się bierze duchowne przekonanie, że media mają prawo krytykować wszystkie inne instytucje publiczne, ale nie Kościół. Każda krytyka instytucji kościelnej, jako całości czy też któregoś z jej funkcjonariuszy odbierana jest jako atak. Autorka rozwija swoje tezy obszernie i wnikliwie, chciałoby się cytować całe akapity, ale felieton ma swoje ograniczenia. Spróbuję dalej streszczać, gęsto cytując.
Trudno ofierze przeciwstawić się kapłanowi, który ma taki autorytet, trudno też uwierzyć, że to, co proponuje, jest złe. Ofiara skarży raczej samą siebie. Fatalne było ukrywanie takich przestępstw przez kościelne władze, faktyczny priorytet obrony instytucji przed obroną ofiar. „Według części przełożonych skandal ma miejsce wtedy, gdy wiedza o niewłaściwym zachowaniu osoby duchownej staje się publiczna. Ich wysiłek jest skierowany głównie na to, by sprawa nie wypłynęła (...) Jeśli tak się rozumie skandal, przed którym trzeba chronić duchowieństwo i wiernych, to wszystko, co upublicznia skandaliczny czyn, staje się atakiem na Kościół, a atak na Kościół jest często interpretowany jako atak na samą wiarę.” No właśnie! „Ofiara ma o wiele słabszą pozycję. Ona oskarża, staje się przeciwnikiem. Przełożeni i jego ludzie mogą nie zauważyć cierpiącego człowieka, bo widzą w nim oskarżyciela i zajmują się rozwiązaniem «t rudnego przypadku » .”
No i znowu coś o mediach bez apologii, ale też bez demonizacji. „Wydaje się, że mechanizm związany z postawieniem przede wszystkim na ochronę dobrego imienia Kościoła wyjaśnia wiele napięć, jakich jesteśmy świadkami w Polsce. Przy negatywnym wizerunku Kościoła w mediach, na co mają wpływ również przypadki wykorzystywania seksualnego, przełożeni czują się bardziej zobowiązani do działań w imię obrony instytucji Kościoła niż do wsłuchania się w głos tych członków Kościoła, którzy doznali krzywdy od duchownych. Nie dziwią więc oczekiwania – nie tylko ze strony osób, które doświadczyły wykorzystywania seksualnego – aby standardy postępowania polskich przełożonych były takie, jakie wskazywał Benedykt XVI czy o które obecnie apeluje papież Franciszek”.
Święte słowa odważnej specjalistki.

15:27, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 22 marca 2015
Zapowiedź Ogrójca

Ewangelia Jana 12,27
„Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę.” Biblia Tysiąclecia.
Zapowiedź modlitwy w Ogrodzie Oliwnym. Prorocy nie samobójcy, nie żadni cierpiętnicy, modlą się o wybawienie, ale przyjmują Bożą misję. Dają przykład zwykłym zjadaczom chleba.
PS. „Godzina” to tutaj w języku Biblii specjalny punkt w czasie wyznaczony przez Boga.

13:20, jan.turnau
Link Komentarze (55) »
sobota, 21 marca 2015
Niedobrze urodzeni

Ewangelia Jana 7,40-42.52b
„Wśród tłumów słuchających Jezusa odezwały się głosy:- Ten prawdziwie jest prorokiem. Inni mówili: - To jest Mesjasz. Jeszcze inni mówili: - Czy Mesjasz przyjdzie z Galilei? Czyż Pismo nie mówi, że Mesjasz będzie pochodził z potomstwa Dawidowego i z miasteczka Betlejem?(...) Żaden prorok nie powstał z Galilei.” Biblia Tysiąclecia.
Żeby mieć rację, trzeba posiadać również legitymację dobrego pochodzenia. Bez tego często ani rusz.

08:39, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
piątek, 20 marca 2015
Niewygodni

Księga Mądrości 1a.12-13
„Mylnie rozumując, bezbożni mówią sobie: - Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim.” Biblia Tysiąclecia.
Niejedyny w Biblii opis niedoli proroka: sprawiedliwość, czyli w języku starożytnych Żydów moralna prawość, kole w oczy bardzo niebezpiecznie. Szczególnie jeśli kole także krytyka niesprawiedliwości i przyznawanie się do bardzo bliskich relacji z Bogiem. Mamy tu nieświadomą zapowiedź misji Chrystusa.

12:56, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 19 marca 2015
Potomkowie patriarchy. Dwa bratanki religijne

List do Rzymian 4,18
„On wbrew nadziei uwierzył nadziei”. EPP.
To o Abrahamie, który uwierzył, że będzie miał potomstwo ogromne. Na pewno wielkie jest również jego potomstwo duchowe, albowiem wielu jest w różnych religiach i poza nimi takich, co mają tę nadzieję najgłębszą wbrew temu wszystkiemu, co chce im ją odebrać.
Dalej znowu załącznik felietonowy, tekścik do „MiŚ-a” na szabat najbliższy.
Głośne myślenie
Buddyzm i chrystianizm – dwa bratanki
Jonasz
Przeczytałem ciekawy zbiór tekstów publicysty „Polityki” Adama Szostkiewicza pt. „Wielkie nieba”, wydany przez jego firmę przepięknie. Zawiera informacji i komentarzy ogrom, ale ja zajmę się tylko jednym tekstem pt. „Wiszący Chrystus i leżący Budda”, nawet tylko jednym cytatem. I spróbuję pogodzić ogień z wodą.
Szostkiewicz cytuje wybitnego buddyjskiego myśliciela, Japończyka Suzuki, jego słowa takowe: „Ilekroć widzę rozpiętą na krzyżu postać Chrystusa, nieodparcie nasuwa mi się myśl o przepaści dzielącej chrześcijaństwo od buddyzmu. Przepaść ta jest symbolem różnic dzielących Wschód od Zachodu. Na Zachodzie indywidualne ego przejawia się bardzo silnie. Wschód nie zna ego. Ego nie istnieje, a jako nieistniejące nie może być ukrzyżowane. Ukrzyżowany Chrystus przedstawia straszny widok; nieodparcie kojarzy mi się to z sadystycznym impulsem chorego psychicznie mózgu. Chrześcijanin odpowie, że ukrzyżowanie oznacza ukrzyżowanie siebie i swego ciała, gdyż bez zwycięstwa nad sobą nie możemy osiągnąć moralnej doskonałości. W tym właśnie leży różnica między buddyzmem a chrześcijaństwem.
Buddyzm głosi, że od samego początku nie ma żadnego ja, które by mogło być ukrzyżowane. Przypuszczenie, że ja istnieje, jest źródłem wszelkiego błędu i zła. Ignorancja leży u korzeni wszystkich rzeczy, które kończą się niepowodzeniem. Skoro nie istnieje żadne ja, nie ma potrzeby ukrzyżowania, wyzwalania sadyzmu. Chrześcijaństwo akcentuje cielesność naszej egzystencji. Stąd jej ukrzyżowanie, stąd symbolika spożywania ciała i picia krwi. Dla niechrześcijanina sama myśl o piciu krwi jest wstrętna.
Czyż to, że Chrystus umarł zawieszony pionowo na krzyżu, podczas gdy Budda skonał w pozycji poziomej, nie jest symbolem podstawowej różnicy – nie w jednym tylko znaczeniu – między buddyzmem a chrześcijaństwem? Pozycja pionowa wyraża działanie, bojowość, ekskluzywizm, pozycja pozioma natomiast spokój, tolerancję i szerokie poglądy. Chrześcijaństwo, będąc aktywne, ma w sobie coś, co pobudza, wstrząsa i niepokoi. Będąc wojownicze i ekskluzywne, chce dzierżyć autokratyczną, niekiedy despotyczną władzę nad innymi, choć głosi demokrację i powszechne braterstwo. Pod tym względem buddyzm okazuje się całkowitym przeciwieństwem chrześcijaństwa”.
Szostkiewicz podaje jednak, że sam Suzuki widział podobieństwo między duchowością zen i chrześcijańskich mistyków średniowiecznych, a zasypujących ową przepaść jest w ogóle wielu. Dołączę do nich swą myślą radykalną: Chrystus na krzyżu zachował się tak, jakby Jego „ja” nie istniało. Filozofię buddyzmu zrealizował swoim męczeństwem. Owszem, mało który Jego uczeń idzie prosto za głosem Mistrza. Chrześcijaństwo było autokratyczne i despotyczne, zgadza się. Niemniej to już raczej historia, najważniejszy jednak jest krzyż. Filozofia filozofią, a życie życiem. Życie absolutnie przeciwne przemocy.

12:38, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 18 marca 2015
Nieskory do gniewu... Mój kościelny optymizm

Psalm 145,8
„Łaskawy jest Jahwe i miłosierny,
nieskory do gniewu i łaski pełen.”
Tłumaczenie Biblii Poznańskiej, która nie zmienia imienia hebrajskiego „Jahwe” wzorem greki („Kyrios) na „Pan”. A mamy w całym dzisiejszym fragmencie psalmu obraz Boga bardzo łagodnego, spotykający się czasem w Psałterzu z obrazem innym, Boga surowego, groźnego. Obrazy i pojęcia ewoluują, aż przychodzi czas na wizję Ojca, który Syna swojego dał... W Kościele moim też wtórna ewolucja: teraz na szczęście Franciszek głosi, woła wciąż, że jest On Miłosierdziem, nie zmęczy się przebaczaniem nigdy!
A teraz o sprawach „postbiblijnych”. Napisałem do „GW” taki felietonik, zanim się ukaże, wklejam go tutaj.
Mój kościelny optymizm
Napisała we wtorek w „Gazecie Wyborczej” Katarzyna Wiśniewska o spowodowanych sprawą in vitro podziałach w polskim episkopacie. Dowodem na nie jest przede wszystkim nowatorskie oświadczenie episkopalnego prezydium z 4 marca. W tamtym tekście nie było w sumie totalnego zakwestionowania moralności owej metody, tylko zastrzeżenie szczegółowe, postulat, by była dostępna tylko dla małżeństw. Wnet jednak - przypomina Wiśniewska - sekretarz Episkopatu bp Artur Miziński, który się pod tamtym oświadczeniem podpisał, złożył swój podpis również pod komunikatem z późniejszych obrad episkopalnych. Był to z powrotem tekst znacznie ostrzejszy, negujący metodę całkowicie, co więcej stwierdzający, że tamto oświadczenie zostało źle zrozumiane.
Otóż powiedziałbym wręcz, że tekst pierwszego dokumentu był dziwny, jakoś sprzeczny wewnętrznie. Najpierw była zupełna dezaprobata metody, później jednak akapit jakby jej niekwestionujący, zgłaszający jedynie zastrzeżenie szczegółowe. Katarzyna Wiśniewska słusznie napisała w każdym razie, że te poważne wahania w stanowisku mojego lokalnego Kościoła są dowodem dużych różnic poglądów. Od jednego z biskupów zdobyła potwierdzenie takiej opinii, nawet nazwiska hierarchów, którzy są zwolennikami łagodniejszego kursu. Wśród nich znajdują się kardynałowie Kazimierz Nycz i Stanisław Dziwisz, także sam biskup Miziński i sporo biskupów pomocniczych, nie chcą oni jednak ujawniać swoich stanowisk. Dodam od siebie przypuszczenie, że powstrzymuje ich lęk właściwy każdej mniejszości oraz troska o zewnętrzną jedność Kościoła lokalnego. Jestem jednak optymistą: nie od razu Kraków oraz Warszawę zbudowano. Jest przede wszystkim w tej sprawie Stolica Apostolska, która pod rządami Franciszka dba przecież tak bardzo o dialog z pozakościelnym światem. Krople drążą kamienie dzielnie, amen!

15:28, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
wtorek, 17 marca 2015
Nie bać się nie da

Psalm 46,2-3
„Bóg naszą ucieczką i mocą,
okazał się niezawodną pomocą w ucisku.
Dlatego nie znamy trwogi, choćby się ziemię zapadła,
choćby góry runęły w samo serce morza.” Biblia Poznańska.
Nie bać się nie da, trzęsiemy się wraz z ziemią nieuniknienie. Chodzi tylko (aż) oto, żeby gdzieś najgłębiej w nas tliła się nieziemska nadzieja, że On to wszystko widzi i troszczy się o nas wszechmocnie i wszechmiłosiernie. A jeśli przeznacza nam koniec ziemskiego bytowania, to przyjmie nas w niebie tym serdeczniej, im cięższy zaplanował nam los. Jakby zawstydzony, że tak straszliwy stworzył ziemski świat.

15:47, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 16 marca 2015
Wiara, nadzieja i radość. Ludwik Wiśniewski, Józefa Hennelowa

Księga Izajasza 65,17-21
Ewangelia Jana 4,43-54
W czwartej ewangelii czytany, że „Jezus wyszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt.” Biblia Tysiąclecia.
Mamy tutaj odniesienie do poprzednich ewangelii albo wprost do wydarzenia w rodzinnym Nazarecie, które Jan znał z autopsji (ja z kolei odsyłam do mojego wpisu sprzed dokładnie tygodnia, gdzie komentowałem trudno zrozumiałą perykopę Łukaszową 4,24-30). W każdym razie Jezus odwiedza w Galilei Kanę|, gdzie – wspomina Jan wydarzenie, które wcześniej opisał, czyli przemianę wody w wino - a potem idzie do Kafarnaum. Tu uzdrawia syna urzędnika królewskiego (Herodowego). Przedtem powiedział ojcu: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie”. Biblia Poznańska odnosi te słowa do otaczającego Jezusa tłumu, bo przecież z tekstu wynika, że ów urzędnik uwierzył, zanim zobaczył swoje dziecko zdrowe. Ważne jest tu w każdym razie oczekiwanie na „znaki i cuda” (greka ma tutaj dwa słowa różne, choć rzeczy chyba te same). Czekali Żydzi i my również czekamy na podobne wzmocnienie wiary: taka już jest nasza człowiecza natura. W tej wierze jest nadzieja: na „nowe niebiosa i nową ziemi”, o których czytamy dzisiaj w Księdze Izajasza. Bez nadziei nie ma radości: muszą mieć tej pierwszej sporo uczestnicy „Wiary i Tęczy”, z którymi spotkałem się w piątek w Warszawie. To wspólnota ruchu LGTB, w jego ramach ludzi, którzy godzą swoje orientacje seksualne z wiarą chrześcijańską. Godzą, czego nie ułatwia im jednak Kościół rzymskokatolicki. Inne Kościoły też nie za bardzo, choć tam już to łatwiejsze, jak też łatwiejsze na tzw. Zachodzie niż jeszcze wciąż u nas. Ale ci ludzie są – jak przystało na gejów, czyli po angielsku wesołych – niebywale radośni: tam przy ulicy Żurawiej bez przerwy wybuchali śmiechem.
Są zachwyceni książeczką ojca Ludwika Wiśniewskiego „Blask wolności”, dołączoną do ostatniego numeru „Tygodnika Powszechnego”; jego tezą, tak przecież w zasadzie ortodoksyjną, że nic nie zastąpi sumienia człowieka, nawet Kościół. Sławny swym duszpasterstwem akademickim za „komuny”, jak i publikacjami równie odważnymi teraz, gdy chodzi z kolei o wolność w Kościele, dzielny dominikanin dowodzi tam swoich poglądów w oparciu o Tomasza z Akwinu, nie mówiąc o Pawle z Tarsu. Zacytuję jeden akapit, odsyłając do pozostałych, których też sporo wydrukował w sobotę „MiŚ”: „Trzeba na właściwym miejscu postawić z jednej strony Magisterium, a z drugiej sumienie indywidualnego człowieka. Można powiedzieć, że jest suwerenność Magisterium i jest suwerenność sumienia. Kościół określa, jaka jest jego świadomość moralna dotycząca konkretnych czynów. Nie może zrezygnować z ogłaszania, co uznaje za dobro, a co za zło moralne. Takie świadectwo jest niezbędne, bo choć człowiek posiada naturalną skłonność poznania dobra i zła, to często popada w różne« nienaturalne» choroby, utrudniające mu właściwe, naturalne działanie. Ale takie świadectwo Kościoła ma «otworzyć» , może także «uzdrowić» naturalne dynamizmy ludzkie i samego człowieka, nie zaś je zastępować. Nikt nie może zastąpić podmiotu-człowieka w podjęciu decyzji moralnej. On sam musi konkretnie dobro dostrzec, ukochać i działać.” Szczególnie, że – też chyba coś takiego napisał ojciec Ludwik – z czasem może okazać się, że racja jest po stronie indywidualnego człowieka. A w każdym razie etyka katolicka ma być oparta nie na powinności – autor wywodzi to uczenie – ale na ukochaniu dobra. A do miłości – to już uwaga moja – nikogo zmusić się nie da. No i przestrzega przed atmosferą przymusu papież Franciszek: w Kościele akcent pada wciąż czasem na nakazy i zakazy szczegółowe, nie na ogólny sens chrześcijańskiego powołania. Ludwik Wiśniewski wchodzi w rolę Józefa Tischnera, zastępuje go przedstawiając myśl katolicką w taki sposób, żeby mogła trafić do człowieka dzisiejszego, opętanego ideą wolności. Napotyka tak jak i Tischner na duże opory, ale ma poczucie misji. Trzeba nam takich ludzi bardzo, bardzo.
Rocznik 1936, ten także papieża Franciszka. Sporo starsza jest od nich pani Józefa Hennelowa: 1 kwietnia kończy lat 90. Działalność jej tyloletnią w „Tygodniku Powszechnym” symbolizuje tytuł niedawnego zbioru jej tekstów pod tytułem „Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć”. Może, bo nie wszyscy zgadzają się na wizję Kościoła jako otwartego, ponieważ powszechnego: wolą, by był zamknięty w jednym, jedynym kształcie. Pani Józefa szła zawsze pryncypialnie swoją drogą i idzie dalej, teraz jako publicystka „Znaku”. W przejmujących tamtejszych notatkach napisała w ostatnim numerze, że „milczenie starych ludzi może być tak pogodne, jak pogodna jest mądrość, nawet jeśli nie błyszczy żadnym refleksem urody”. Pani Ziuto, dziękujemy za Pani mądrość dawną i nową.
PS. Teraz jeszcze w sprawie przykładu działania niemądrego, czyli plakatu lubelskiego „Konkubinat to grzech”. Skrytykował go biskup Solarczyk, także „Tygodnik Powszechny”, ja niegodny skrytykowałem również tutaj niedawno i jeszcze dzisiaj dopowiem. Ojciec mój, Galicjanin, opowiadał nam, że władza cesarsko-królewska austrowęgierska wyprodukowała kiedyś plakat z tekstem „Nie wolno mówić: « austriackie gadanie » ”. Skutek był zapewne taki, jak i z plakatu tamtego. A serial TVP „Ranczo” także w tej sprawie łóżkowej oglądać naprawdę warto.

14:34, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 marca 2015
W co Pan Bóg bogaty jest?

List do Efezjan 2,4
„Bóg będąc bogaty w miłosierdzie...” Tysiąclatka.
Encyklika Jana Pawła II, przesłanie uparte Franciszka. Straszeniem nie nawrócił nikt nikogo: dla duszpasterza niejednego to mostek ośli wciąż.

18:44, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 marca 2015
Chwalipięctwo śmieszy

Ewangelia Łukasza 8,14
„Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.” Biblia Tysiąclecia.
Ewangelii najkrótsze streszczenie, ale i poniekąd oczywistość. Chwalipięctwo śmieszy nie tylko w szkole, autoreklama antyreklamą nawet w kampanii wyborczej.

06:30, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
piątek, 13 marca 2015
Uczony w Piśmie dobrze nauczony. Papież Franciszek Magister genialny!

Ewangelia Marka 12,28b-34
Perykopa etycznie fundamentalna: które przykazanie najważniejszejest ? Uczony w Piśmie pyta Jezusa, On mu odpowiada, egzaminujący Go daje Mu piątkę i sam rozwija temat, Jezus też go na końcu chwali, słowami, iż niedaleko jest od Królestwa Bożego. Mamy w ewangeliach czasem faryzeuszy sympatycznych, uczonych takich też. A zgadzają się, że fundamentem wszystkiego jest miłość, Boga i (czyli - JT) bliźniego, nie zakaz żaden ani nakaz szczegółowy. Czego nie rozumieli na przykład autorzy plakatu „Konkubinat to grzech”, co im biskup pomocniczy warszawsko-praski Marek Solarczyk słusznie wyperswadować w serwisie KAI próbował był. Jest bowiem coś takiego, jak strategia pastoralna, w której Franciszek arcymistrzem jest, Magisterium genialnie uprawiając, w detale wdając się niechętnie, nawet takie jak sprawa aborcji. I tak to do jego dzisiejszego dwulecia gładko sobie przeszedłem. Oto składanka z moich komentarzy dzisiejszych w „Metrze” i „GW”.
I natychmiast zaczął rozrabiać: nazwał się Franciszkiem, czyli za swój wzór przyjął Biedaczynę z Asyżu, i w centrum swego nauczania postawił tych, którym się w życiu nie udaje. Postanowił się od nich nie wyróżniać za bardzo. Od razu zlekceważył watykański pałac i zamieszkał w kościelnym hotelu, wszystko robi na to, żeby wyglądało, iż jest całkiem zwyczajnym człowiekiem. Zachowuje się jak proboszcz z serialu „Rancza”, który zostawszy biskupem nie rozumie, że nie może jeździć autobusem. A duchownych, którym od tego urzędowania przewróciło się w głowie, papież ten ciągle przywraca do moralnego pionu. Jan Paweł II też nie cierpiał święconej wody sodowej, ale Franciszek nie znosi jej wręcz patologicznie. I rozumie coś, co niektórym wydaje się matematyką najwyższą: że od Kościoła odpędza najbardziej nie podobno kościołożercza prasa, tylko niektórzy kościelni funkcjonariusze, ci sprawami swojej kasy chorobliwie przejęci.
Ale jest jeszcze coś. Zaczęło się to już 57 lat temu za Jana XXIII, jego słynnymi kwiatkami. Było to ściąganie papieskiego urzędu z niebieskiej wysokości. Było to cichutkie podkopywanie przekonania, że Ojciec Święty jest nie tylko święty, ale i obdarzony rozumem nadludzkim, nieomylny właściwie w każdym słowie starannie cyzelowanych tekstów. Bo przecież jest nie tylko następcą Piotra, także namiestnikiem Chrystusa. Potem Jan Paweł II przekłuwał ten balonik instytucjonalnej pychy również swoimi dowcipami („papież - łupież”), ale i częstym waleniem się w eklezjalne piersi. A teraz mamy Franciszka. Ten schodzi na ziemię sprowadzając tam do moralnego pionu cały, by tak rzec po komunistycznemu, aparat - kościelny. Czego on nie wygaduje, jakimi słowami nie ochrzania kardynałów, biskupów, proboszczów, z kurialistami rzymskimi na czele. Tak jakby tylko oni byli nieświęci, grzeszni, jakby nie był o wiele okropniejszy tłum ludzi świeckich zwanych wiernymi (księża są niewierni?). Tak jakby ten Franciszek znał polski „hymn pesymistów”, śpiewany przed przeszło pół wiekiem na obozie młodzieżowym katolickiej „Więzi” , napisany również przez jezuitę, ojca Tomasza Rostworowskiego: „I laikat nie pomoże, gdy kler niszczy dzieło Boże.” Ale się w Kościele Bożym narobiło, Jezus, Maria!
Franciszku, tak trzymaj dalej z Bożą pomocą największą!

12:36, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
czwartek, 12 marca 2015
Kark twardy homo sapiens. Szczególnie pewnego księdza sławnego

Księga Jeremiasza 7,26
„Uczynili twardym swój kark, stali się gorszymi niż ich przodkowie.” Tysiąclatka.
Chodzi oczywiście o naród żydowski, o którym jego księga Biblia mówi zupełnie bez apologii. Można jednak powiedzieć nie żeby go usprawiedliwiać, iż jest to cecha anatomiczno-moralna sporej części gatunku ludzkiego. A żeby być dalej przy tym określeniu, to zachwalę tutaj mocno książkę Dariusza Rosiaka „Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela”, wydaną przez Wydawnictwo Czarne w zeszłym roku, a przeczytaną przeze mnie wczoraj jednym tchem. A jednym dlatego, że Temata znam od wieków i wszystko o nim interesuje mnie ogromnie. Przyznam się jednak, że nie wiedziałem o nim tyle, ile książki autor, tylu rzeczy istotnych. Polecam bardzo!
Teraz załącznik: prawie cały plik felietonu, jaki z pomocą Bożą i „MiŚ”-a ukaże się w szabat w „Gazecie Wyborczej”.
Głośne myślenie
Tajemnic żydowskich legion
Jonasz
Tytuł spotkania wymyślili organizatorzy taki: „Ksiądz, Żyd, świadek Boży”. Trzeba dodać: Romuald Jakub Weksler-Waszkinel. Przyjechał z Izraela (pracuje tam w Instytucie Jad Waszem), by odebrać nagrodę im. ks. Stanisław Musiała, przyznaną mu przez krakowski Klub Chrześcijan i Żydów „Przymierze”. W niedzielę, żeby go posłuchać, do Muzeum Żydów Polskich waliły tłumy. Dobrze, że nie było informacji w „Wyborczej”: jeszcze by ktoś zemdlał na stojąco.
Imprezę prowadziła Anna Wacławik-Orpik z Radia TOK FM. Męczyła księdza o opinię na temat jego własny, czyli o stosunki polsko-żydowskie w ojczyźnie naszej. Odpowiadał gryząc się w język, ale wyznał, że dialog, owszem jest, ale powierzchowny. Że Dni Judaizmu przypominają mu trochę zebrania niegdysiejszego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej: uczucia na szczytach miłe, ale w narodzie inaczej. Mamy bowiem już coś takiego, jak kościelną poprawność polityczną. Ale biskupa Rysia chwalił pod niebiosy i mówił, że pewnie jest takich hierarchów polskich więcej.
Dalej było o nim samym, czyli owego dialogu symbolu chodzącym. Słyszałem ową biografię wiele razy, niemniej wzruszałem się aż do łez rzęsistych. Były zatem opowieści rodzinne o tym, jak to jego matka biologiczna, pani Wekslerowa, przed śmiercią przekonała matkę przybraną, panią Waszkinelową, by usynowiła jej synka, któremu też grozi Zagłada: - Przecież wasz Jezus był Żydem, a Jakub zostanie ochrzczony i będzie księdzem. Przepowiedziała jego los z taką dokładnością! Było potem ukrywanie długie jego żydostwa, rozpacz przybranego ojca, gdy się dowiedział, że Romek chce być księdzem. Pan Waszkinel wiedział, co mu grozi, i nie mylił się... Jak by się mylił, to ksiądz zostałby pewnie w kraju jako KUL-owski wykładowca filozofii emerytowany. No i jeszcze taka opowieść o Romku siedmioletnim. W pierwszej klasie szkoły powszechnej w Pasłęku na Mazurach jest w klasie pierwszej dziewczynka Niemka, śliczna czarnulka Marysia. Dokuczają jej uczennice i uczniowie potwornie, Romek opowiada o tym z zadowoleniem ojcu, a ten uczy go na całe życie, że nie ma Niemców i Polaków, są tylko ludzie dobrzy i źli. Gdy chłopaczek zaczął Marysi bronić, dostało mu się od kolegów potężnie, ale dowiedziała się wreszcie nauczycielka i zrobiła porządek. Puenta tej historii jest jednak dopiero po latach: okazało się, że Marysia jest półżydówką.
O moim żydowskim pochodzeniu (pradziadek Henryk Turnau czystej krwi Jezusowej) dowiedziałem się od dalszej rodziny też po wielu latach. Ojciec ani matka nie mogli mi powiedzieć, bo sami nie wiedzieli. Granica informacji oddzielała dziwnie Galicję od Kongresówki, tam w Małopolsce rodzeństwo ojca wiedziało, nawet niektóre ich dzieci, on nie. Tajemnic żydowskich legion.

14:43, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 11 marca 2015
Czy na pewno ani jota?

Ewangelia Mateusza 5,17-19
Relacje między Prawem, czyli właściwie etyką Starego i Nowego Przymierza. Jezus powiada, że nie przyszedł nic zmienić, ba, nawet źle się wyraża o takim, co by zniósł (EPP: unieważnił) choćby jedno przykazanie najmniejsze. Można oczywiście zapytać: czyli tamte przeszło sześćset nakazów i zakazów obowiązuje także Jego uczniów? Wolne żarty, a gdzież tam ... To jednak jeszcze jedna Jego wypowiedź prorocka, świadomie nieprecyzyjna, swoiście polemiczna wobec zarzutów faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Jezus powiada, że nie znosi, ale wypełnia. Wypełnienie według Poznanianki oznacza tu w Jego ustach udoskonalenie: może i można tak powiedzieć, kiedy drobiazgowy regulamin życiowej wędrówki zamienia się w jej podstawowy drogowskaz.

13:21, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 10 marca 2015
Pamięć nie sługa

Ewangelia Mateusza 18,21-22
„Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: - Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: -Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.” Biblia Tysiąclecia.
Powiada się, że przebaczenie to nie zapomnienie, bo to drugie, jak w ogóle myślenie czy raczej czucie, właściwie nie w naszej mocy. Pewnie to nie to samo, zauważę jednak najpierw, że „baczyć” to „brać pod uwagę”, czyli czynność psychiczna, niekoniecznie moralna. A poza tym są resentymenty, psychiczne urazy, a z nimi sprawa cholernie ciężka. Można przebaczyć, ale zły osad zostaje. Mam pomysł: przebaczenie sprawdza się w czynie. Bliźniemu temu nie szkodzić zatem językiem ani żadną decyzją nieżyczliwą.
No i informacja biblistyczna, że tekst znaczy 77 albo 70 x 7, czyli w nieskończoność. Albowiem - jak przekonuje uparcie Franciszek z Argentyny - Bóg się przebaczaniem nie męczy zupełnie, czyli i my się mamy takim czymś jednak - bośmy tylko ludzie - obowiązkowo męczyć.

13:11, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 09 marca 2015
Czemu ludzie nie lubią proroków? Spór o dzisiejsze prześladowania chrześcijan

Ewangelia Łukasza 4,25-30
„Amen, mówię wam, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.”
Jezus powiedział to w swoim rodzinnym Nazarecie, gdzie został przyjęty niegościnnie zgoła: wręcz chciano Go zamordować. Z tekstu ewangelii nie wynika, jakie były właściwie przyczyny konfliktu, czemu Jezus oskarżył swoich ziomków o wrogość wobec Niego, dając im za dobry przykład jakichś pogan paskudnych. Może to dziwne w Ewangelii Łukasza, pisarza o ambicjach i kwalifikacjach literackich, ale u niego właśnie zdarzają się takie niedoróbki redakcyjne. W odpowiednich fragmentach ewangelii Mateusza i Marka (13,53-58 i 6,1-6) przedstawiono po prostu sceptycyzm wobec Niego nazaretan, którym nie mieściło się w głowie, że ten znany im cieśla może tak górować nad nimi wielkością duchową, nie ma tam natomiast nic o ich morderczej wściekłości. Łukasz chciał tu przedstawić w ten sposób cały życiowy dramat Chrystusa, ale mu to nie wyszło za bardzo. Albowiem jak tutaj wyjaśniałem nieraz, Duch Święty jest Pisma Świętego jakoś współautorem, nie współadiustatorem jednak, nie ma na głowie redakcyjnych detali.
Lektura weekendowa: wydana u nas przez jezuicki WAM, książka dziennikarza amerykańskiego Johna L. Allena jr. pt. „Globalna wojna z chrześcijanami. Wstrząsający obraz współczesnych prześladowań”. Obraz faktycznie wstrząsnąć może. Samym kolosalnym materiałem: autor zebrał olbrzymią ilość informacji z krajów najprzeróżniejszych. Wiadomości szczegółowych: kto, gdzie i kiedy został zabity albo mocno pobity, ponieważ był chrześcijaninem z tego lub innego Kościoła. Takich ludzi rozmaitych legion. Prześladowcy są też rozmaici, różnego wyznania, religii albo ich braku, wiary religijnej albo niewiary, też tej agresywnej, wspartej aparatem administracyjnym państwa komunistycznego.
Autor się napracował. Co prawda, zaznacza zaraz na wstępie, że zdecydowana większość informacji nie jest owocem jego własnej pracy reporterskiej. Otrzymał je od organizacji, mediów i ekspertów, od zajmującej się wyłącznie tą tematyką Open Doors, od katolickich agencji prasowych, ale w ten sposób zebrał danych imponujący ogrom. Nie dość znanych, bo różni ludzie na tzw. Zachodzie nie kwapią się do takiego informowania. A przecież ewangelicka grupa Open Doors ocenia, że około stu milionów wierzących w Chrystusa jest w tej chwili gdzieś na świecie przesłuchiwanych, aresztowanych, torturowanych, a nawet zabijanych ze względu na swoje przekonania religijne. Protestancki badacz Todd Johnson ocenia, że w pierwszej dekadzie XXI wieku ginęło co roku sto tysięcy chrześcijan. Zatem – konkluduje Allen – przez dziesięć lat co godzinę zabijano jedenastu chrześcijan.
I tutaj zapaliło mi się krytyczne światełko, przeczytałem bowiem w numerze zimowym 2014 znakomitego kwartalnika „Więź” artykuł katolickiego księdza z KUL-u Stanisława Grodzia na tenże prześladowczy temat: teolog ten do tego rodzaju statystyk odnosi się z dużym dystansem (zreferowałem króciutko jego tekst niedawno). Powołując się na dziennikarkę BBC Ruth Alexander napisał Grodź, że tamta liczba 100 tysięcy wzięła się z innej, z miliona chrześcijan rzekomo zamordowanych w lata 200-2010. Otóż 900 tysięcy z owego miliona pochodziła z terenów Demokratycznej Republiki Konga, gdzie od wielu lat toczy się wojna, ale jest to kraj zamieszkały w przeważającej większości przez samych chrześcijan, zatem zabijają się oni nawzajem. Posłusznie zajrzałem zatem, co Allen pisze o DRK. Nie ukrywa bynajmniej, że Kongo owo to 95 proc. wyznawcy Chrystusa, niemniej szeroko opisuje działalność tamtejszych band mordujących zwolenników prezydenta Josepha Kabili będących, owszem, chrześcijanami. O wyznaniu religijnym bandytów jednak jakoś nie pisze. Inny przykład polemiczny księdza Grodzia: niektórzy autorzy alarmują o takich prześladowaniach w Indonezji, a przecież ci sami sprawcy mordują tam muzułmanów, buddystów i wyznawców innych religii. Znowu zajrzałem do omawianego tu przeze mnie amerykańskiego dzieła: Allen przyznaje, że Indonezja długo szczyciła się swoją tolerancyjnością, ale to się niestety zmienia, i podaje przykłady takich zabójstw dokonanych przez islamistówniewątpliwych.
No cóż, do rozsądzenia takiego sporu absolutnie brak mi kompetencji. Jedno, co mogę napisać, to myśl takową. Allen twierdzi, że ważna jest nie tylko motywacja morderców, także ich okrutnych ofiar. Otóż ofiary owe cierpią prześladowania, ponieważ występują w obronie wartości ewangelicznych. Nie tylko specyficznie religijnych, także takich, jak pokój czy sprawiedliwość. W imię ich zginął jednak np. arcybiskup Romero, którego zabili ludzie uważający się zapewne za arcykatolików, może więc w takim razie należałoby mówić nie tyle o globalnej wojnie z chrześcijanami, ile ogólniej z samym przesłaniem Ewangelii. W końcu prawa człowieka to zgoła nie tylko sprawa samych chrześcijan. Byłoby w ten sposób w tego rodzaju statystykach myślowo o wiele poprawniej.
W swym autorskim zapale Allen przesadza, ale zaznaczam, że wyważa. Mam mu za dobre, że na przykład twardo broni muzułmanów, o których pisze się, jakby to oni głównie chrześcijan prześladowali i w ogóle byli ze swej religijnej natury nietolerancyjni (oczywiście bronił ich też ks. Grodź). A w ogóle ów dziennikarz amerykański daleki jest od skłonności myślowych niektórych moich rodaków, którzy o nietolerancji zachodnioeuropejskich fundamentalistów ateistycznych piszą niemal tak, jakby na przykład Francja i Anglia były krajami podobnymi trochę do Korei Północnej. Słyszałem, co więcej, że pewna polska katoliczka zaliczyła Polskę do krajów prześladujących naszych współwyznawców, ponieważ do pewnego kościoła w Łodzi wszedł kiedyś jakiś zupełny golas...
Napisałem o wielkiej sprawie krótko, węzłowato, nieoceniająco: felieton ma swoje ograniczenia, recenzją także nie jest. Odnotowałem obszerną książkę, fachowcom zostawiając obiektywny osąd.

14:20, jan.turnau
Link Komentarze (39) »
niedziela, 08 marca 2015
Żona, niewolnik, osioł, wół...

Księga Wyjścia 20,1-17
Wersja Dekalogu wcześniejsza niż tamta z Księgi Powtórzonego Prawa 5, która na dzień dzisiejszy bardziej pasowałaby, bo żona wymieniona jest tam już osobno, przed całym „domem”, czyli własnością mężczyzny. Biblia jest zapisem dialogu człowieka z Bogiem, w którym Jego głos brzmi coraz głośniej. Dialogu zapisywanego potem w historii Kościoła, która tamten ponury patriarchalizm powolutku w „partneryzm” zamienia. Bardzo powoli, nie da się tego ukryć.

20:36, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
sobota, 07 marca 2015
Jak tu nie być zazdrośnikiem

Ewangelia Łukasza 15,1-3.11-32
W odpowiedzi na zarzut faryzeuszy i uczonych w Piśmie, że przestaje z celnikami i (jawno)grzesznikami, Jezus opowiedział przypowieść o synu marnotrawnym. Uważana jest słusznie raczej za przypowieść o ojcu miłosiernym i synu, owszem, poprawnym, ale zazdrosnym o to miłosierdzie ojcowskie. Mamy tu oczywiście rzecz o faryzeuszach oraz różnych moralnie niepoprawnych, jednak przykładnie pokutujących, ale dla nas dzisiaj jest tutaj też Jego nauka. Albowiem zazdrość między rodzeństwem jakże częsta jest, trwa nieraz niemal do samej śmierci. Bo też chyba tylko święty nie poczułby się urażony ucztą, jaką wyprawił ojciec synowi, który się przecież łajdaczył niepoślednio, a porządnego nie dopieścił nigdy. Ojcowanie sztuka niełatwa.

17:25, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum