Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 09 marca 2014
O pokuszeniach

Ewangelia Mateusza 4,1-11
Opowieść o Jezusowych pokusach na pustyni. Można zapytać, skąd ewangeliści (napisali o tym także Łukasz i Marek króciutko) wiedzieli, co tam się działo. Niewątpliwie przy tym nie byli, Jezus chyba się nie zwierzał. Czy nie jest to więc zupełna biblijna beletrystyka, z przesłaniem teologicznym oczywiście? Jednak Biblia Jerozolimska, także w wydaniu polskim, powiada: „Biblijne przedstawienie tego epizodu nie przeszkadza przyjąć go jako historyczny”. Napiszę swoimi słowami, co mi tłumaczył mój mentor biblistyczny. Otóż jest to obrazowa synteza historycznych faktów: Jezus niewątpliwie był kuszony w ciągu swego ziemskiego życia wiele razy. Przecież u Łukasza (4,13) czytamy, że diabeł odstąpił od niego „do czasu”. Był kuszony także w sposób swoisty, ale w sprawie podobnej tych dzisiejszych, przez Szymona Piotra (Mt 16,23). Trudno żeby mając moc duchową tak olbrzymią, nie miał czasem ochoty zadziałać siłą. Był kuszony, bo stał się człowiekiem po to, żeby być nim na sto procent, ale żeby dać przykład odrzucenia przemocy najradykalniejszy z możliwych.
A ja zawieszam to blogowe pisanie na czas jakiś. Jako wierny uczeń ks. Bozowskiego, który swoim penitentom dawał czasem za pokutę odpoczynek, rezygnuję chwilowo z tej mojej działalności. Zresztą także po to, by zająć się intensywnie innymi sprawami, ale w ogóle żeby dać sobie trochę luzu. W końcu też przezwyciężyć pokusę codziennego wymądrzania się.

14:21, jan.turnau
Link Komentarze (894) »
sobota, 08 marca 2014
Rozkosz szabatu. Oraz lektury „Kontaktu”! „Czarne jest czarne” ojca Musiała. Dzień Kobiet

Księga Izajasza 58,13-14
„Jeśli powściągniesz swe nogi od przekroczenia szabatu, żeby w dzień mój święty spraw swoich nie załatwiać, jeśli nazwiesz szabat rozkoszą, a dzień święty Pana czcigodnym, jeśli go uszanujesz przez unikanie podróży, tak by nie przeprowadzać swej woli ani nie omawiać spraw swoich, wtedy znajdziesz twą rozkosz w Panu.”
O szabacie czytamy w ten święty dzień właśnie, dobrze się złożyło. Człowiek nie jest dla szabatu, ale szabat dla człowieka (Mk 2,27), czyli nie został ustanowiony po to, żeby nam szkodzić, ale aby pomagać - niemniej właśnie pomaga! Naprawdę trzeba czasem odpocząć po biegu (tytuł powieści Władysława Terleckiego). Trzeba czasem odłożyć załatwianie spraw różnych, „ubijania swoich interesów” (Biblia Paulistów), pohamować swoją ruchliwość (szczególną u ludzi Wschodu, ale niemałą też u nas). Absolutnie nietypowy duszpasterz warszawski, świętej naprawdę pamięci ks. Bronisław Bozowski „miał w zwyczaju zadawać za pokutę wyspanie się albo zrobienie sobie wolnej niedzieli”. To powiedzieli w rozmowie o spowiedzi z rektorem sławnego warszawskiego kościoła św. Marcina na Piwnej, ks. Andrzejem Gałką, redaktorzy „Kontaktu”, kwartalnika młodzieży z warszawskiego KIK-u, Tomek Kaczor i Ignacy Dudkiewicz. I tu maksymalna pochwała tego periodyku! Znać w nim młodzieńczą pomysłowość, pewnie najbardziej w rewelacyjnej szacie graficznej (nie opiszę jej, trzeba zobaczyć!), ale też w tematyce oraz „tetyce” (od słowa „teza”). Ks. Gałka wyznał, że tylko dwa razy w swoim spowiadaniu nie udzielił rozgrzeszenia (raz, bo facet przyszedł tylko po kartkę przed ślubem, oczywiście bez żadnej skruchy). Mówi natomiast mocno o grzechach spowiedników: traktowaniu z góry penitenta, albo, nie daj Boże, wścibstwie.
Ta rozmowa jest w najnowszym, 24. numerze „Kontaktu”, a w poprzednim też wywiad, Konstancji Święcickiej i Ignacego Dudkiewicza, z księdzem niemieckim, pallotynem Johannesem Koppem, mistrzem Zen. Za Odrą i Nysą takie mistrzostwo katolickie jest możliwe, w pełni akceptowane przez miejscowego biskupa oraz wspólnotę zakonną, albowiem co kraj to obyczaj – także kościelny. Zaznaczam jednak, że ks. Kopp zaznacza, iż tak joga, jak i droga Zen może być dla chrześcijanina zagrożeniem, jeżeli będzie on łączył te ćwiczenia z praktykami i modlitwami innych religii. Ma się modlić po chrześcijańsku. A co do Zenu, to odnotuję księdza Koppa skojarzenie tamtejszego pojęcia Oddechu ze Świętym Oddechem, a więc Duchem Świętym.
Polecam również przeczytanie tekstu sąsiedniego, teologa dr hab. Piotra Sikory. Jest tam teza, że Bóg ujawnia się powszechnie, w całym stworzeniu, nie tylko w chrześcijaństwie. Prolog Ewangelii Jana stwierdza o Boskim Logosie, że jest światłem, „które oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1,9). W Liście do Efezjan czytamy, iż Chrystus Zmartwychwstały „napełnia wszystko na wszelki sposób” (Ef 1,23). Autor Listu do Kolosan określa Go „obrazem Boga niewidzialnego”, w którym „wszystko istnieje” i nazywa „arche” całej rzeczywistości (por. Kol 1,15-18).
Oczywiście jednak młodzi KIK-owcy kontaktują się nie tylko z Kościołem: jest na łamach ich organu także politologia i socjologia, ekonomia i kultura (bywają też bardzo zgrabne tytuły: „Polskość niezgody” – o patriotyzmie krytycznym). Ich pismo stanęło dzielnie obok starszych od nich o pokolenia periodyków katolików w rodzaju „Więzi” czy „Znaku”. Myślą czasem trochę inaczej: na szczęście! Są naszą dobrą przyszłością.
Gdy jesteśmy przy mediach tych środowisk, odnotuję publikację sprzed paru dni: piękny tekst Małgorzaty Skowrońskiej o ojcu Stanisławie Musiale w „Tygodniku Powszechnym”. W dziesiątą rocznicę jego śmierci przeczytałem o autorze sławnego artykułu „Czarne jest czarne” na temat polskiego antysemityzmu takie słowa celne: „Jeśli był buntownikiem, to takim, któremu walka nie sprawiała satysfakcji. Jeśli radykałem, to dlatego, że – jak to ujął Adam Boniecki podczas jego pogrzebu – walczył o miłość drugiego człowieka. Przylgnęła do niego łatka niepokornego księdza i naczelnego krytyka kościelnej hierarchii, choć to, co robił, pisał i mówił, wynikało z wielkiej pokory i wrażliwości wiary”. Bo był to ktoś święty, choć o stempel kościelny dla tego niełatwo.
A dzisiaj Dzień Kobiet. W ubiegłą sobotę przygotowałem się do niego uczestnicząc trochę w dostojnym Pałacu Staszica w spotkaniu na temat ”Kobieta liderka w Kościołach i wspólnotach religijnych”. Musiałem po godzinie wrócić do domu na rodzinny obiad, więc wysłuchałem tylko wykładu wstępnego dr Anny Szwed pt. „Nie ma Kościoła bez kobiety. O postrzeganiu kobiecej aktywności w Kościele wśród księży diecezjalnych” i zrobiłem sobie z tego słuchania dla „Magazynu Świątecznego” i tego blogu poniższe notatki.
Anna Szwed przebadała pod tym kątem prezbiterów z diecezji krakowskiej, twierdząc słusznie, że Małopolska to mniej więcej Polska. Otóż w naszym kraju feminizm nie w modzie, w każdym razie wcale nie w kapłańskim stanie. Kobiety są oczywiście Kościołowi ogromnie potrzebne: niech zapełniają po staremu świątynie w dni powszednie, gdy tam płci męskiej tylko na lekarstwo. Jako bardziej pobożne niechaj swoich mężów stale nawracają, niech w ogóle w rodzinach o religię dbają, bo też życie domowe to ich zwykła przestrzeń. Jako ze swej natury bardziej opiekuńcze, niech o wszystkie takie sprawy zawsze wciąż się troszczą. Kobita jest kobitą jednak, a chłop chłopem: przy ołtarzu niewiasta to przecież dziwoląg, nawet i dzieweczka jako ministrantka. Ministranci są wszak także po to, by szły powołania, kapłańskie, nie małżeńskie raczej, koedukacyjność przy ołtarzu takiej sprawie szkodzi. Pomysł, żeby niewiasty kapłanami były? Za bardzo lubią plotki, więc co ze spowiedzią? Co z pogrzebami: za bardzo uczuciowe, a jak się rozpłaczą? Jak też przy ołtarzu ciąża, menstruacja? Kapłaństwo życia rodzinnego to ich rola święta.

11:06, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
piątek, 07 marca 2014
Rozerwać kajdany zła!

Księga Izajasza 58,1-9
Dano mi dzisiaj do czytania na temat postu kapitalny passus z genialnej księgi starotestamentalnej, a tak nowotestamentalnej w antyrytualizmie swoim. Są tam między inny takie słowa Pana: „Czy zwiesić głowę jak sitowie i użyć woru z popiołem za posłanie, czyż to nazwiesz postem i dniem miłym dla Pana? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać?”
Zapewne zatem jest bardziej postem pozostać strażnikiem wolności na Majdanie niż wygodniutko w kijowskim mieszkaniu nie konsumować żadnego mięsiwa.

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 marca 2014
Wyprzeć się siebie

Ewangelia Łukasza 9,23
„Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyprze samego siebie, niech codziennie bierze swój krzyż i niech Mnie naśladuje.”
Tłumaczenie Biblii księży paulistów.
Codziennie trzeba próbować takiego wyparcia. Wczoraj, w samą Środę Popielcową, zachowałem się w innym stylu. Ktoś zatelefonował, gdy oglądaliśmy z żoną „Fakty”, powiedziałem, że oglądamy, i oddałem słuchawkę żonie - a trzeba było przecież porozmawiać samemu, nie informując, co robimy: telewizja nie liturgia...
Ortografia: cytując zachowałem duże litery Paulistki w zaimkach „Mną”, „Mnie”, choć dziwnie mi wyglądają w słowach Jezusa o takim wyparciu się siebie, o jakimś zatem samolekceważeniu. Ortografia jednak nie ortodoksja: można pisać różnie.

19:40, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 05 marca 2014
Jeżeli coś rozdzierać, to tylko serca

Księga Joela 2,12-13a
Ewangelia Mateusza 6,1-6.16-18
Prorok Joel napisał krótko i węzłowato: „Nawróćcie się do mnie całym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty!” A w ewangelii Mateusza dużo mocnych słów o obłudnikach, którzy z wszystkiego robią autoreklamę: także z jałmużny, modlitwy, postu.
A to wszystko do czytania dzisiaj, bo niemal w całym chrześcijaństwie (nie tylko w Kościele katolickim, jak uparcie słyszymy w mediach!) zaczyna się czas zwany Wielkim Postem lub Czasem Pasyjnym, jak u ewangelików, ale zawsze chodzi o jakąś przemianę duchową. Na Zachodzie początek dzisiaj, w środę zwaną Popielcową, na Wschodzie post zaczął się już w poniedziałek (w tym roku zaczynamy myśleć o przemianie niemal w tym samym czasie, ponieważ Wielkanoc świętujemy w tym samym terminie, a przecież chodzi o przygotowanie do niej). W katolicyzmie i prawosławiu jest tradycja rygorów gastronomicznych, ewangelicy ich nie stosują, choć nie lekceważą w ogóle ascezy tego rodzaju, czasem nawet trwają dzień cały o „chlebie i wodzie”. W każdym Kościele jednak oczywiste jest, że nie formy są najważniejsze: jeśli już coś rozdzierać, to raczej serca. By pozwolić sobie na kalambur, napiszę, że szat na pewno rozdzierać nie należy (oszczędność), ale też nie należy, nawet nie wolno rozdzierać się na bliźniego swego. Znacznie już lepiej spożyć mięso kręgowca innego niż rybę niż zawinić pyskówką wobec członka rodziny, kolegi z pracy, by o kierowcy na ulicy nie wspomnieć. Amen!

17:45, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
Kazimierz Dobre Serce

                                                                  Wpis na wtorek 4 marca 2014

Psalm 16,7
„Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek, bo serce napomina mnie nawet nocą.”
Z tym rozsądkiem tu w Biblii Tysiąclecia jest problem: oryginał hebrajski stwarza różne możliwości tłumaczenia. Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów mówi bowiem natomiast o darze dobrej rady, co katolikom brzmi znajomo (Maria z Nazaretu – Matka Dobrej Rady) i radę też tu kojarzą Biblia Warszawska oraz francuska Jerozolimska. Chodzi w każdym razie o coś całkiem innego niż zimny rozsądek, bo przecież dalej mowa o sercu (w przypisie do Przekładu Ekumenicznego powiedziano, że w oryginale są wręcz nerki, bo tam umiejscawiano ludzkie uczucia). Rzecz po prostu w tym, żeby współczuć i to nie tylko sobie. Taki alterocentryzm przypisuje się w moim Kościele królewiczowi Kazimierzowi (1458-1484), wyniesionemu na katolickie ołtarze i wspominanemu liturgicznie dzisiaj. Zaskarbił sobie serca poddanych w Radomiu, potem w Wilnie, zwłaszcza ubogich i pokrzywdzonych. Rezydował kolejno w obu tych miastach będąc pełnomocnikiem swego ojca, króla Kazimierza IV Jagiellończyka. Uchodził za uosobienie ideału księcia chrześcijańskiego; zaliczano go do najbardziej wykształconych książąt ówczesnej Europy, władał biegle językiem niemieckim i łaciną. Ten pierwszy język znał najpewniej jako syn cesarskiej córki Elżbiety Rakuszanki, gdy zaś jesteśmy przy sprawach rodzinnych, wywnioskowałem kiedyś, że nie miał w swoich żyłach (oraz tętnicach) ani kropli krwi polskiej: takie to były w on czas kosmopolityczne obyczaje koligacyjne. Bardzo pobożny, złożył prawdopodobnie ślub dozgonnego dziewictwa, oddając się „w niewolę Maryi” (to też był obyczaj ówczesny, wprowadzony potem anachronicznie przez prymasa Wyszyńskiego).

01:43, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 03 marca 2014
Pokusa złotego sedesu. Hołownia moja krew!

Ewangelia Marka 10, 17-27
„Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarby w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną”. Nic dziwnego, że ów bogacz „spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości”. Bo też przecież rada Jezusowa nie miała rangi przykazania Dekalogu. Bliższa może była instrukcjom o wyłupywaniu oka czy obcinaniu członków. Przecież powiedziane jest dalej: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność”, czyli nie wszystkim majętnym. Oczywiste bowiem jest, było dla Jezusa, że można dorobić się majątku i nie zakochać się w nim, nie złocić sobie sedesów. Niemniej istnieje taka pokusa: prosta psychologia uczy, że facet „nadziany” bardzo nie lubi się z tym nadzieniem w jakikolwiek sposób rozstawać, pomagać innym; że mniej zamożnymi po prostu gardzi, uważa ich za zwyczajnych leni. No i w ogóle wydaje mu się, że miarą człowieka jest wartość jego samochodu. A człowiek uboższy jest bardziej ofiarny? Jest tu bardzo często podobnie, jak w ewangelijnej opowieści o biednej wdowie i bogatych dostojnikach: datek tej pierwszej był proporcjonalnie nieporównanie większy niż tamtych, ponieważ oni dawali tylko to, co im zbywało. Dlatego też jest dzisiaj społeczno-ekonomiczny problem wysokości podatku: czy ma być jedynie „liniowy”, proporcjonalnie większy dla więcej mających, ale procentowo ten sam, czy też pomnożony bardziej. Jak wiadomo, liczni ekonomiści optują za podatkiem liniowym tłumacząc, że uderzenie w ludzi bogatych trafia pośrednio w biednych, bo tamci muszą mieć pieniądze, by tworzyć miejsca pracy. Wchodzimy już tutaj w sprawy ściśle ekonomiczne, polityczne, partyjne, ale czy ściśle „techniczne” właśnie? Czy „neutralne etycznie”?
PS. A zamiast przeglądu prasy moja kolosalna pochwała Szymona Hołowni, który któryś już raz w „Rzeczpospolitej” propaguje katolicyzm w stylu papieża Franciszka: ewangelizację miodem skuteczniejszą niż octem. Otóż to moja recepta od bardzo dawna; dziękuję Bogu, że mam na tamtych łamach pięknego sojusznika!

13:55, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
Autonomia sumienia nieabsolutna

                                                               Wpis na niedzielę 2 marca 2014 r.

1 List do Koryntian 4,4-5
„Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Moim sędzią jest Pan.”
Ja te słowa Pawła rozumiem jako stwierdzenie, że sumienie może mylić. Trzeba je szanować, szanować sumienia cudze (także w konfesjonale), trzeba iść samemu za tym swoim wewnętrznym głosem, ale bez jakiejś jego absolutyzacji. Można bowiem zagłuszać wszystkie jego wyrzuty całkiem skutecznie, zresztą ogromna jest siła emocji, a uwarunkowania myślowe epoki to już determinanty bezwzględne. Tylko jeden Bóg, który „zna nerki i serce człowieka”, przenika nas na wylot i wie, ile w nas winy. „Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc”. Spodziewamy się wtedy rychłego Jego powrotu. I ciekawe jest zdanie następne: „Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę” – chyba pochwała ta będzie różnej wielkości.

13:48, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 marca 2014
Dzieci jak dzieci

Ewangelia Marka 10,13-16
„Przynosili do Niego dzieci, aby je dotknął, uczniowie zaś odpędzali je. Co widząc, Jezus oburzył się i powiedział: - Dopuśćcie do mnie dzieci, nie przeszkadzajcie im, takich bowiem jest Królestwo Boże. Amen, powiadam: kto nie przyjmie Królestwa Bożego po dziecięcemu, ten do niego nie wejdzie. Po czym przytulał je i błogosławił, kładąc na nie ręce.”
To mi przypomina niedzielną mszę dla rodziców z małymi dziećmi o godz. 11 w mojej warszawskiej parafii na Chełmskiej. Dzieci tam idealne zgoła nie są, celebrans poprosił więc rodziców, by na nie mocniej wpływali, i nie pomogło. Otóż prosił niezwykle delikatnie, niemal przepraszając za tę prośbę, a pod koniec mszy powiedział bardzo mądrze, że może jednak najważniejsza jest podczas nabożeństwa wspólna radość. Jakież to Franciszkowe! A dzieci po prostu nie wytrzymują obrzędu mszalnego za długiego dla nich, bo są, jakie są. Jezus to rozumiał, uczniowie nie bardzo, tak jak cała ówczesna pedagogia, dla której dzieci to nie byli ludzie.

10:33, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
Archiwum