Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 31 marca 2012
Arcykapłana Kajfasza proroctwo ekumeniczne

Ewangelia Jana 11,47-53
„Arcykapłani i faryzeusze zwołali Najwyższą Radę i rzekli: - Cóż my zrobimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w niego i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród. Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który był w owym roku najwyższym kapłanem, rzekł do nich: - Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród. Tego jednak nie powiedział od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. Tego więc dnia postanowili go zabić.”

Dla mnie najważniejsze jest tu przesłanie najszerzej ekumeniczne: Jezus ma zjednoczyć wszystkie dzieci Boże, czyli właściwie ludzkość całą. Ewangelia robi tu nieświadomego proroka z dość cynicznego dostojnika, spokojnie proponującego śmierć niewinnego człowieka w imię jakichś wyższych celów. A swoją drogą ciągle mi się wydaje, że ówczesna elita żydowska bała się wtedy bardziej czegoś innego i ten argument strategiczny był trochę pretekstem: lękała się, że Chrystus swoimi gromami podważy ich władzę religijną, rujnując autorytet u ludu.

08:38, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 30 marca 2012
O nieprzyjaciołach - jak to „nie” kasować... Komisarz Alex!

Psalm 18,2-4
„Miłuję Cię, Panie, mocy moja,
Panie, opoko moja i twierdzo, mój wybawicielu.
Boże, skało moja, na którą się chronię,
tarczo moja, mocy zbawienia niego i moja obrono.
Wzywam Pana, godnego chwały,
i wyzwolony będę od moich nieprzyjaciół.”

Gdy opoką jest nie kto inny, jak Bóg, trzeba uważać używając słowo „nieprzyjaciele”. Bo przecież wyzwolenie od nich powinno polegać na wyzwoleniu od złych uczuć do nich. „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”... Czekamy na podobny gest wobec braci zza Buga, tym razem dowodzący otwarcia obu stron od razu. Ale to „de publicis”: każdy (-a) z nas ma swojego wroga, którego warto pozbawić tego statusu...

PS. Luźne skojarzenie: pies najlepszym przyjacielem człowieka (szczególnie ludzi, którym przyjaźń w ramach naszego gatunku jakoś się nie udaje), zatem teraz o sobotnim serialu telewizyjnym „Komisarz Alex”: bardzo przypadł mi do gustu. Świetnie grane, pomysły i reżyseria też perfekcyjna. No i właśnie ta przyjaźń międzygatunkowa. Brawo!

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 29 marca 2012
Mieć Boga Abrama, Abrahama

Księga Rodzaju 17, 3-6
„Abram padł na oblicze, a Bóg tak do niego mówił: - Oto moje przymierze z Tobą: staniesz się ojcem mnóstwa narodów. Nie będziesz więc odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów. Sprawię, że będziesz niezmiernie płodny, tak że staniesz się ojcem narodów i pochodzić będą od ciebie królowie".

Płodność biologiczna Abrahama nie okazała się olbrzymia, ale duchowa kolosalna. Pochodzi od niego nie jedna religia, ale trzy i te dwie inne są największe w dzisiejszym świecie. Znamiona główne religii Abrahamowej? Oczywiście Bóg jeden i transcendenty, ale również immanenty w tym sensie, że bliski człowiekowi, opiekuńczy, sprzymierzony z nim jakoś. No i Bóg Dekalogu: Strażnik etyki. A myśląc o Abramie Abrahamie to też Bóg taki, którego szukać trzeba stale i wszędzie: aż w dalekiej krainie. I ten, którego znajdziesz, nie będzie Nim całkiem, albowiem nikt Go nie chwyci za połę i nie zrobi sobie zeń posągu ze szczerego złota.

23:48, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 28 marca 2012
O jaki nierząd tu chodzi?

Ewangelia Jana 8,39-41
„Rzekł do nich Jezus: - Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to dokonalibyście czynów Abrahama. Teraz usiłujecie mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy dokonujecie czynów ojca waszego. Rzekli do Niego: - „Myśmy się nie urodzili z nierządu, jednego mamy ojca - Boga".

Urodzenie z nierządu: w komentarzach katolickich wyczytałem, że u proroków nierząd oznacza niewierność religijną, ale mój biblistyczny przyjaciel i mistrz, pastor Mieczysław Kwiecień, powiedział mi o jeszcze jednej możliwej egzegezie. Chodziłoby tu mianowicie o rzekomy nierząd Miriam z Nazaretu. Byłaby to aluzja do antyewangelii, w której byłaby ona kochanką niejakiego Pantery czy Pandery, a potem wręcz prostytutką. W niezwykle solidnym studium profesora Jana Iluka z Gdańska wyczytałem, że słynący ze swego antyjudaizmu św. Jan Chryzostom odparowywał zarzuty, jakie polemiści żydowscy stawiali chrześcijaństwu. Czynili to też potem w różnych wersjach dzieła pt. „Toledot Jeszu" (”Dokonania Jezusa - ironiczna aluzja do Dziejów Apostolskich, czyli dosłownie dokonań apostołów). Profesor Iluk streścił ową antyewangelię, a ja ją jeszcze streściłem tak oto.

Według niej Jezus nie narodził się bynajmniej z dziewicy: był wręcz nieślubnym dzieckiem. Gdy cudzołóstwo wyszło na jaw, mąż Miriam, cieśla Jochanan wyrzuca ją z domu. Zostaje prostytutką i nałożnicą Pantery. Jeszu rodzi się w Betlejem, Miriam oddaje go na naukę do pewnego rabina, gdzie wyróżnia się zdolnościami. Żąda od swego nauczyciela, aby ogłosił go Bogiem, rabin natomiast przepowiada mu haniebną śmierć. Nie skutkuje to jednak opamiętaniem, Jeszu gra z bezbożnymi w piłkę w dniu szabatu i nie chce pokłonić się mędrcom. Wychodzi na jaw, że jest bękartem. Wymusza na matce wyjawienie prawdy o swoim poczęciu, ucieka do Jerozolimy, potem do Aleksandrii. Jego dawny nauczyciel nakłada nań klątwę. Wraca w ukryciu do Jerozolimy, wchodzi do świątyni, wykrada stamtąd zapis Imienia Boga i jego moc sprawczą. Różni bezbożnicy skupiają się koło niego. Odrzuca zarzut nieprawego i nieczystego pochodzenia, głosi, że jest Synem Bożym, Mesjaszem i narodzonym z dziewicy. Uczniowie żądają odeń cudów jako znaku Mesjasza: po wymówieniu tajemnych słów Imienia Boga uzdrawia chromego i trędowatego, uczniowie widzą w nim rzeczywiście Syna Bożego, powiększa się ich grono. Powstaje niepokój wśród mędrców jeden z nich odsyła schwytanego Jeszu do Jerozolimy przed oblicze jakiejś królowej Heleny. Mędrcy żądają, by wypędziła go z kraju, on jednak przekonuje ją do siebie. Twierdzi, że potrafi wskrzeszać umarłych, co też udowadnia. Poruszona świadectwem jego mocy Helena oświadcza mędrcom, że jest on istotnie Synem Boga. Powstają rozruchy, Jeszu ze swymi zwolennikami opanuje Górną Galileę. Teraz jednak nakłoniona przez mędrców królowa oddaje sprawę Jeszu w ich ręce. Chce zbiec do Aleksandrii, ale zostaje schwytany. Mieszkańcy Galilei próbują go ratować, on czyni kolejne cuda, Galilejczycy składają mu pokłon jako Bogu. Sprawa jego boskości staje znów przed Heleną, która sprzyja Jehu, ale mędrcy działają. Rabin Jehuda `isz Bartota otrzymuje polecenie pójścia do Świątyni, aby mógł poznać Imię Boga, co też czyni bez przeszkód. Jeszu oświadcza, że uniesie się do swego Ojca, który jest w niebie, i lewituje, ale na rozkaz mędrców lewituje także rabin Jehuda. Co więcej, czyni on Jeszu nieczystym. Trzystu jego uczniów wraz z nim ucieka do Antiochii, ale mędrcy go łapią, maltretują i wloką do królowej Heleny, która w końcu wydaje im go i orzeka karę śmierci. Jeszu zostaje poddany torturom z koroną cierniową na głowie. Wybucha wojna domowa między jego zwolennikami a przeciwnikami. Ulega mędrcom i prosi o łagodną śmierć, strażnik podaje mu ocet do picia - skazany jednak ucieka z więzienia. Wjeżdża do Jerozolimy wraz ze zwolennikami, wszyscy w jednakowych szatach, ale zdradza go jeden z jego otoczenia, niejaki Gaisa. Staje przed sądem. Świadkowie potwierdzają zarzut oddawania czci bożkom, zostaje skazany na ukamienowanie i powieszenie na drzewie, ale jego bezbożni uczniowie uwalniają go z więzienia. Ucieka znów, czyni kolejne cuda, ale Jehuda wskazuje pocałunkiem jego osobę, ponowne aresztowanie. Znowu Helena rozsądza sprawę, w końcu skazuje Jeszu, zostaje ukamienowany w przeddzień Paschy. Drzewo nie przyjmuje jego ciała, ale udaje się je powiesić na głąbie kapusty. Uczniowie pilnują jego grobu, ale Jehuda je wykrada i zakopuje w swoim ogrodzie. Znalazłszy pusty grób, uczniowie uznają, że wstąpił do nieba. Powiadamiają o tym radośnie Helenę, która wzywa uczonych i Sanhedryn, aby postawić zarzut zamordowania Jeszu. Jednak rabin Tanchuma odnajduje jego ciało i królowa przyznaje ostatecznie rację mędrcom. Skazani na śmierć zostają także schwytani uczniowie Jehu, inni rozpraszają się po całym świecie. Chrześcijaństwo rozrasta się i zaczynają się pogromy Żydów.

Zauważamy oczywiste podobieństwa do ewangelii, także w niektórych szczegółach (zdrada jednego z uczniów, korona cierniowa, ocet do picia), również fakt, że owa polemika żydowska bynajmniej nie wypiera się używania siły, jak też nie kwestionuje tego, że Jezus czynił cuda. Jest to chyba jakby trochę parodia ewangelii, ale też wyraz przekonania, że takiego bezbożnika, jakim był Jezus, trzeba było zwalczać, jak się tylko dało. Historia wzajemnych relacji dwóch religii potoczyła się poza polemikami tak, że najpierw była przemoc elity żydowskiej (inspirowanie władzy okupacyjnej), potem bardzo długie wieki tysiąc razy większej przemocy chrześcijan, uwieńczonej Zagładą - i teraz wreszcie Szalom.

18:24, jan.turnau
Link Komentarze (57) »
wtorek, 27 marca 2012
Wysłuchaj modlitwę moją

Psalm 102,2-3
„Panie, wysłuchaj modlitwę moją,
a wołanie moje niech do Ciebie przyjdzie.
Nie ukrywaj przede mną swojego oblicza
w dniu mego utrapienia.
Nakłoń do mnie Twego ucha,
w dniu, w którym Cię wzywam, szybko mnie wysłuchaj!”

Wysłuchaj mojej stałej prośby o mądrość. Wzorem Salomona o nią jedną Cię proszę. Oczywiście nie o uczoność, ale o mądrość życiową, która jest równoznaczna z etyką.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 26 marca 2012
„I poczęła z Ducha Świętego"

Ewangelia Łukasza 1,26-38
Uroczystość Zwiastowania Pańskiego, przeniesiona z niedzieli, uroczystości jeszcze ważniejszej. Zwiastowanie. Słowo stało się ciałem i rozbiło namiot wśród nas: tak brzmi dosłownie odpowiedni werset z prologu do ewangelii Jana. W tym tłumaczeniu można wyczytać myśl, żeśmy na ziemi podróżnikami tylko, zmierzamy dalej, ale w tej eskapadzie mamy towarzysza bardzo opiekuńczego, przewodnika znającego drogę znakomicie. A chrześcijanie wierzą, że to Jego towarzyszenie zaczęło się już w chwili poczęcia, co zapowiedział Maryi anioł Gabriel w Nazarecie.

I poczęcie nie dokonało się w normalnym związku mężczyzny i kobiety, ale „za sprawą" Ducha Świętego. Wielki teolog ewangelicko-reformowany (kalwiński) Karl Barth „podkreśla, że ze słów wiary nie wynika, by Duch Święty był niejako ojcem Jezusa Chrystusa. Wyrażona jest przez to, ściśle biorąc, wyłącznie negacja: człowiek Jezus Chrystus nie ma ojca. Jego poczęcie nie miało przebiegu identycznego z zawiązywaniem się istnienia ludzkiego; ta ludzka egzystencja bowiem zaczyna się w wolności samego Boga, w swobodzie, w której Ojciec i Syn są jednym w więzi miłości, w Duchu Świętym". Zacytowałem Bartha z tekstu innego Karola, Karskiego, też ewangelika (ale luteranina), z książki pt.„Credo. Symbol naszej wiary", wydanej ongiś przez Znak. Karski reprezentuje tam protestantyzm, ks. Henryk Paprocki prawosławie, a ks. Wacław Hryniewicz - katolicyzm. Sławny katolicki teolog polski przedstawia jednak stan współczesnej biblistyki, która nie boi się wątpliwości. Oto, co pisze.

„Nicejskie wyznanie wiary mówi o dziewictwie Maryi. Chrześcijanie wyznają, że ten sam, «który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami», jest także Jej Synem, przychodzącym na ten świat. Wiara w dziewictwo Maryi napotyka jednak obecnie wśród chrześcijan poważne trudności. W Biblii istnieje wiele pokładów znaczeniowych, które wymagają różnych sposobów interpretacji. W tekstach o dzieciństwie Jezusa mowa jest o snach i aniołach. Anioł pojawia się w samej scenie Zwiastowania. Krytyczny czytelnik Biblii pyta dzisiaj, czy takie opowiadania, teologicznie motywowane, są wiarygodne z historycznego punktu widzenia i jaki jest sens tych opowieści. Mają one przede wszystkim charakter wyznania i służą przepowiadaniu Dobrej Nowiny o Jezusie jako Mesjaszu. Zaczerpnięte zostały prawdopodobnie od wspólnot judeochrześcijańskich i umieszczone przez Mateusza i Łukasza na początku ich Ewangelii. Wiadomo również, iż mit narodzin z dziewicy był szeroko rozpowszechniony w starożytności, zwłaszcza w Egipcie i mitologii grecko-hellenistycznej. Czy zatem sens opowiadania o dziecięctwie Jezusa i Jego dziewiczych narodzinach można uczynić bardziej zrozumiałym dla ludzi współczesnych? Dla wielu istotne pozostaje pytanie, czy jego dziewicze narodziny rzeczywiście miały miejsce. Biolodzy zdecydowanie odrzucają w tym wypadku możliwość partenogenezy (gr. parthénos - dziewica). Czy chrześcijanin musi zatem powołać się na cud wbrew wszelkim prawom przyrody? Co mówią historyczno-krytyczne badania nad Biblią?
Niektórzy sądzą, że cudowne narodzenie Jezusa byłoby niezgodne z działaniem Boga w ludzkich dziejach. Inni nie odrzucają a priori Jego cudownego działania, ale w Nowym Testamencie nie znajdują wystarczającego potwierdzenia tej prawdy. Uważają, że literacka forma opowieści o dzieciństwie Jezusa w Ewangelii Mateusza i Łukasza nie daje podstaw ku temu, aby wierzyć w biologiczne dziewictwo Jego Matki. Nie jest ono centralnym elementem Ewangelii i nauki chrześcijańskiej. Celem tych opowieści jest potwierdzenie Boskiego pochodzenia i synostwa Chrystusa, a nie wyjaśnienie sposobu dokonania się Jego wcielenia. Ewangeliści posłużyli się motywem dziewiczych narodzin Jezusa jako podaniem, które miało potwierdzić czy nawet uzasadnić Jego Boże synostwo.

Trzeba przyznać, że scena Zwiastowania opisana przez Łukasza odznacza się dużą dyskrecją i uduchowieniem. Wszystko dokonuje się w słowach i pozbawione jest jakichkolwiek elementów erotycznych. Duch Święty ukazany jest jako «Moc Najwyższego» (Łk l, 35) działająca przy poczęciu Jezusa. W opisie biblijnym nie pojawia się On nawet w postaci gołębicy. Żydowska kobieta Miriam daje świadectwo o rzeczywistym człowieczeństwie Jezusa oraz Jego pochodzeniu od Boga.
Poza wspomnianymi dwoma Ewangeliami w Nowym Testamencie nie ma żadnej informacji o narodzinach Jezusa z dziewicy. W najwcześniejszych pismach, którymi są listy Pawła Apostoła, pojawia się jedynie lakoniczna wzmianka o Jego narodzinach z «niewiasty» (Ga 4, 4), co miało podkreślić rzeczywiste człowieczeństwo Jezusa. Natomiast w najstarszej Ewangelii, świętego Marka, nie ma ani słowa o historii Jego narodzin. Ewangelista przechodzi od razu do opisu wystąpienia Jana Chrzciciela i chrztu Jezusa w Jordanie. Późno napisana (około roku 100) Ewangelia według świętego Jana również nie wspomina o Jego narodzinach z Dziewicy. Oznacza to, że wiara w Chrystusa jako Syna Bożego jest niezależna od wiary w dziewicze narodziny.
Badania biblijne wykazują, że opowiadania o narodzinach z dziewicy nie są historyczną relacją o biologicznym dziewictwie Maryi, lecz teologicznym symbolem nowego początku, który dokonał się w dziejach świata mocą Boga za pośrednictwem Jezusa Chrystusa. Wydarzenia tego nie sposób wyjaśnić na podstawie normalnego rozwoju doczesnej historii ludzkości. Chrześcijanin wyznaje, że trzeba je pojmować w świetle działania samego Boga. Bez tego odniesienia nie zrozumie się początku ziemskiej historii Jezusa i jej znaczenia dla losu całego świata. Połączenie w jednym zdaniu Credo roli Ducha Świętego i «Maryi Dziewicy» jest wyznaniem, że Jezus Chrystus jest zarówno Bogiem, jak i człowiekiem.”

Trzeba tylko dodać, że Łukasz sugeruje dziewicze poczęcie Jezusa też poza swoją „ewangelią dzieciństwa". Zaraz po niej w rozdziale 3 (23) pisze, że był On - „jak mniemano - synem Józefa”. Ale to u Łukasza. U Marka (ani u Jana, skądinąd bardzo interesującego się Marią) istotnie ani słowa o tej sprawie. Nie jest to jednak brak zdecydowanie podważający prastarą wiarę chrześcijan.

17:25, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
niedziela, 25 marca 2012
Nie moja wola, ale Twoja...

List do Hebrajczyków 5,7-8
„Chrystus głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił gorące prośby do tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał.”

Dziwne słowa. W ogóle zresztą dziwna księga. Właściwie jedyna w Nowym Testamencie, która nie tylko nie ma oczywistego autora, ale nawet mocnej hipotezy na ten temat. Pojawiła się jakaś w ciągu dziejów, przypisywano dzieło samemu Pawłowi, ale ten pomysł nie wytrzymuje krytyki. Może księgę napisał któryś z jego uczniów, zresztą wielu poza Jerozolimą było pod jakimś jego wpływem, ale styl oraz niektóre idee teologiczne wyraźnie nie są Pawłowe. Język różni się od greki potocznej, „koine” innych ksiąg. To greka klasyczna, elegancka, literacka. No i właśnie są inne twierdzenia teologiczne (choć nie wręcz doktrynalne) czasem dziwne. Jezus został wysłuchany przez Tego, który mógł Go wybawić od śmierci? Jak to, przecież umarł - i to w potwornej męce? Jedyna zgodna z całą tradycją chrześcijańską egzegeza jest taka, że chodzi o śmierć moralną, polegającą na zaprzeczeniu własnej misji. „Nauczył się posłuszeństwa”? Jako Syn Boży raczej nie miał się czego uczyć, jako syn człowieczy ćwiczył się w posłuszeństwie, w decyzji, żeby nie Jego, ale Ojca stała się wola. Herezja monoteletyzmu polegała na twierdzeniu, że Jezus miał jedną wolę, co wydaje się na pozór oczywiste. Może jednak właśnie Jego wola człowiecza pchała Go do uniknięcia śmierci przez użycie siły nadludzkiej, ale wola Boska kazała Mu cierpieć. Dać przykład tego, co nazywa się dzisiaj „non violence”.

10:19, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
sobota, 24 marca 2012
Nic dobrego z żadnej Galilei

Ewangelia Jana 7,52
„Żaden prorok nie powstaje z Galilei”.

Tak argumentowali inni faryzeusze, gdy jeden z nich, Nikodem, odważył się bronić Jezusa. W tejże ewangelii w rozdziale 1 bardzo podobnie myśli Natanael: „Czy może być coś dobrego z Nazaretu.” No właśnie: klasyczny przykład przekonania, że pewne role społeczne są zarezerwowane dla wybrańców, że nie ma wśród ludzi równości. Dopiero niedawno wymyślono, że krew jest zawsze czerwona, nigdy nie jest niebieska ani fioletowa (takie są najwyżej szaty niektórych). Że takie podziały szanuje nawet sam Bóg. Św. Faustyna słyszy od swojej przełożonej, Janiny Bartkiewicz: „Niech siostra sobie wybije z głowy, żeby Pan Jezus miał z siostrą tak poufale przestawać, z taką nędzną, z taką niedoskonałą. Z taką kuchtą... Nowa książka Ewy K. Czaczkowskiej o tej świętej ukazuje klasowo-religijne myślenie jakże podobne do tamtego w wydaniu faryzeuszy.

10:02, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
piątek, 23 marca 2012
Godzina

Ewangelia Jana 7,30
„Zamierzali więc Go pojmać, jednakże nikt nie podniósł na Niego ręki, ponieważ godzina Jego jeszcze nie nadeszła.”

Godzina. To samo słowo mamy w tej samej ewangelii w rozdziale 2, w opowieści o cudownym rozmnożeniu wina. Jezus odpowiada swojej matce, że jeszcze nie nadeszła Jego godzina. Opiera się jej prośbie o cud, bo wie, czym on grozi: przyniesie Mu sławę, ale będzie to sława śmiercionośna. Widzi jasno swoją przyszłość, jak każdy człowiek boi się potwornego końca. ale jest wierny swojej mesjańskiej misji. Na razie jeszcze się nie skończyła, choć ma już zdecydowanych wrogów. W słowie „godzina” widać wiarę, że nasz los nie jest wynikiem sił bezrozumnych, że rządzi nim Ktoś, że los ma jakiś sens. Jednak. Mimo całej swojej niepojętej potworności. Albowiem jeszcze trudniej uwierzyć niektórym w Bezsens.

20:50, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 marca 2012
To też bożek, nie Bóg prawdziwy

Księga Wyjścia 32,8
„Bardzo szybko zawrócili z drogi, którą im iść nakazałem, i utworzyli sobie posąg cielca ulany z metalu, i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary.”

Tak było z Izraelem w drodze do Ziemi Obiecanej, ale z nami też bywa podobnie. Nasze bożki to oczywiście mamona i seks, władza i ziemska chwała, ale coś jeszcze innego. Myślę o wyobrażeniu Boga, które czyni z Niego zaprzeczenie Miłości absolutnej, jaką przecież jest. Które robi zeń bezlitosnego sędziego, co nic, tylko przymierza nas do moralnego wzorca i gorszy się odstępstwami od owej dokładnej miary. Który jest urzędnikiem pilnującym ślepo Prawa, a nie najserdeczniejszym z tatusiów. Który nie kocha. Którego Syn nie stał się człowiekiem, żeby nas zbawić przez swoją mękę i śmierć najstraszniejszą z możliwych. Który jest właśnie posągiem z metalu, twardym i zimnym, głuchym na wołanie z naszej ziemskiej niedoli.

17:30, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
środa, 21 marca 2012
Starotestamentalna Ewangelia. Mesjasz cierpiący dla Żydów?

Księga Izajasza 49,13-15
„Zabrzmijcie weselem, niebiosa! Raduj się, ziemio! Góry, wybuchnijcie radosnym okrzykiem! Albowiem Pan pocieszył swój lud, zlitował się nad jego biednymi. Mówił Syjon: »Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał«. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie!”
Oto pocieszenie z księgi biblijnej wielorako niezwykłej. Składa się z trzech części powstałych w bardzo różnym czasie (od VIII do VI wieku przed Chrystusem) i oczywiście napisanych przez różnych autorów. Numer marcowy miesięcznika „BIBLIA - Krok po Kroku” analizuje zaskakujące „Pieśni o Słudze Pańskim” w części drugiej.

Któż jest owym sługą? Chrześcijanie widzą w nim Chrystusa nazywając proroczą księgę starotestamentalną Ewangelią. Historycy - raczej perskiego króla Cyrusa, który wyzwolił Judejczyków (mieszkańców południowego królestwa Judy) z niewoli, w jaką wzięli ich Babilończycy, wywożąc do swego kraju. Ale król perski nie miał przecież nic wspólnego ze sługą cierpiącym z dalszych pieśni. Tam właśnie mamy obrazy, które kojarzą ową postać z Chrystusem: wizje kogoś pohańbionego i zamordowanego. Byłby to natomiast Mesjasz dla Żydów? Dla nich to raczej, inaczej niż dla chrześcijan, postać zwycięska już na tym świecie. Może jednak trzeba kojarzyć mesjaństwo z cierpieniem nie na podstawie Księgi Izajasza, ale dzieła innego, Księgi Zachariasza? Przedstawia ona Mesjasza jako króla, który zostanie zabity, ale jego ofiara odnowi przymierze Izraela z JHWH. Wciąż to wszakże koncepcja bliska chrześcijanom, Żydzi wolą widzieć tu cały Izrael, szczególnie po Holocauście. Chociaż nie wszyscy: niektórzy widzą tu mimo wszystko Mesjasza, który swoją ofiarą zbawia cały Izrael.

Informacje te i opinie wybiegają daleko poza dzisiejszy passus biblijny. Chyba że opisaną tu miłość JHWH i dawaną przezeń radość skojarzymy właśnie z ofiarniczym cierpieniem, które jest w Jego niepojętym planie sposobem na największe szczęście.

16:42, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 marca 2012
Werset 4 skasowany. Etyka litery i etyka ducha. Koty a etyka, koty jak ludzie

Ewangelia Jana 5,13a. 5-16

Jezus uzdrawia nad Sadzawką Owczą paralityka, który nie zdążał stale wejść do wody uzdrawiającej. Co do jej cudownej mocy, mamy tu problem biblistyczny. Otóż w nowszych wydaniach Biblii w ogóle nie ma słów „czekających na poruszenie wody" z wersetu 3 i całego wersetu 4: „bo anioł zstępował w stosownym czasie i poruszał wodą, a kto pierwszy wchodził po poruszeniu wody, doznawał uzdrowienia niezależnie od tego, na jaką cierpiał chorobę". Dzisiejsi bibliści skasowali te zdania, ponieważ - jak czytam w przypisie Biblii Poznańskiej - „opuszczają je najważniejsze kodeksy oraz przekłady, toteż autentyczność ich jest co najmniej wątpliwa. W wersecie 4 to prawdopodobnie ludowe tłumaczenie poruszeń wody i jej leczniczych właściwości". No cóż, kopiści mieli wobec tekstu biblijnego ambicje kreacyjne oraz nie byli tak nieufni wobec ludowych wierzeń, jak ewangeliści. Skądinąd jednak Poznanianka przypuszcza, że ”woda tej sadzawki tryskała z podziemnego źródła i posiadała jakieś właściwości lecznicze, zwłaszcza wtedy, gdy źródło zaczynało bić i napełniało sadzawkę wodą". Czyli może coś było na rzeczy, ale nie zaraz anioł.

Tyle biblistyki: wejrzeliśmy trochę w warsztat dzisiejszych „uczonych w Piśmie". W tekście czytamy również o reakcji „Żydów", czyli też zapewne jakichś ówczesnych specjalistów od Bożego prawa. Powiedzieli oni uzdrowionemu: „Dziś jest szabat, nie wolno ci nieść twojego łoża". Zacytowałem Tysiąclatkę, ale nie było to przecież łoże, czyli coś bardzo ciężkiego, raczej „nosze" Poznanianki lub „posłanie" Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół. Tak czy inaczej mamy tu jeden z ewangelijnych obrazów konfliktu między etyką litery a etyką ducha.

A etyki i dziś są różne. W ostatnim numerze krakowskiego katolickiego miesięcznika „List" poświęconego sumieniu jego naczelna Ela Konderak napisała na wstępie pod tytułem „Ile ludzi, tyle sumień" tak oto:
”Sokrates postrzegał szczęście jako przyjemność pozbawioną wyrzutów sumienia. Ale gdy człowiek pozmaga się trochę z życiem, przestaje myśleć o przyjemności, bo samo życie wolne od wyrzutów sumienia już jest szczęściem i przyjemnością.
Pewna pani, sympatyczna i dobra z natury, choć może o nie najlepszej reputacji, doznała wylewu i została zabrana przez pogotowie. A że była osobą samotną i zdarzenie miało miejsce w jej mieszkaniu, policja musiała wyważyć drzwi. Po tygodniu właścicielka pobliskiego sklepiku opowiedziała mi o tym zdarzeniu i o kotce, dla której wspomniana pani kupowała jedzenie. Pewnego dnia kupując to jedzenie zwierzyła się, że wszyscy ją opuścili i teraz rozmawia już tylko ze swoją kotką - jest szczęśliwa, że ją ma. «Więc co się stało z tą kotką?» - pytała sprzedawczyni - pewnie umiera tam z głodu". Chcąc nie chcąc, odpychając od siebie natrętne pytania: «Dlaczego znowu ja?», zadzwoniłam na policję z pytaniem: „Co z tą kotką". Funkcjonariusz, który był obecny podczas wejścia do mieszkania kobiety, powiedział, że nic nie wie o żadnej kotce. Na moją prośbę o sprawdzenie odpowiedział, że kotki nie było, i że on nie może tam wejść, bo nie ma klucza, a jak mam wątpliwości, to powinnam zadzwonić na 112. Zadzwoniłam, przejęli się bardzo i powiedzieli, że rano wyślą do policji krakowskiej zlecenie sprawdzenia sytuacji. Rano niestety nic się nie zmieniło. Kotki nie ma, policja nie będzie się tym zajmować. Postanowiłam odpuścić, ale przechodząc następnego dnia obok kamienicy, gdzie może jest kotka (może już nie żyje, może właśnie umiera?) poczułam, że nigdy już tędy spokojnie nie przejdę, jeśli tego nie sprawdzę. Zadzwoniłam do Magdy, mojej koleżanki jeszcze z duszpasterstwa akademickiego, która robi w telewizji programy o zwierzętach i jest znaną w Krakowie obrończynią praw zwierząt. Przez tydzień wspólnie usiłowałyśmy ratować kotkę, ze świadomością, że być może jej tam nie ma albo już nie żyje. Policja była nieugięta, więc poruszyłyśmy niebo i ziemię: Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt, Schronisko dla Zwierząt, w końcu prokuratora i pewną siostrę zakonną, która opiekowała się właścicielką kotki jeszcze przed wylewem (niezwykła siostra, bardzo pomogła w tej sprawie). Przez chwilę myślałyśmy nawet o włamaniu - wyrok za to niewielki.
Po dwóch tygodniach policja w końcu weszła do mieszkania i kotka została uwolniona. Przeżyła. Nie chcę opowiadać wszystkich barwnych szczegółów tego zamieszania. Myślę wciąż tylko o dwóch zdarzeniach. Pierwsze to spotkanie z osobami, które były na tyle blisko właścicielki kota, że mogły szybko pomóc (nie ma ludzi zupełnie samotnych), ale uważały, że teraz należy się zająć duszą chorej, a nie jakimś kotem, który pewnie i tak już nie żyje. To bardzo pobożni ludzie, więc usłyszałam o egzorcyzmach nad kobietą i o odmawianych różańcach, coś o życiu wiecznym i o tym, że ludźmi się trzeba zajmować, nie zwierzętami. Jak to się mówi: święta prawda, aczkolwiek z tymi egzorcyzmami to chyba przesada. Czy to wypada określać kogokolwiek jako godnego egzorcyzmów? A drugie zdarzenie to spotkanie z właścicielką kota, którą odwiedziłyśmy w szpitalu. Była przytomna, ale straciła mowę, leżała bez ruchu, patrząc na nas szeroko otwartymi oczami. Na pytanie o kota, który być może został w mieszkaniu, z jej oczu na nieruchomą twarz popłynęły łzy jak grochy. Nigdy takich łez nie widziałam, to były całe strumienie ogromnych łez. Płynęły i nie chciały przestać płynąć. Nie wiedziałam, jak się zachować i co myśleć. Po dłuższej chwili z ogromnym wysiłkiem chora wyszeptała: «kici, kici» i utkwiła wzrok w suficie. Przestraszyłam się, że wzruszenie może jej zaszkodzić.
Wspominając całą tę historię, wszystkich zamieszanych w nią ludzi myślę sobie: ile ludzi, tyle sumień. A o duszę właścicielki kota jakoś się nie martwię.”

Ja też mam większe zmartwienia, cieszę się natomiast z przesłania pani Konderak, jakże różnego od publicystyki w licznych mediach katolickich... A opowieść o kocie przypomniała mi anegdotę, którą od dominikanina Marka Pieńkowskiego usłyszałem parę dni temu na IX Zjeździe Gnieźnieńskim. Spotykają się dwa koty na pustyni, jeden zwierza się drugiemu: w tej przepastnej kuwecie jestem zupełnie zagubiony... My ludzie też: w dzisiejszym świecie jak w kuwecie.

14:02, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 19 marca 2012
Być ojcem Boga

Ewangelia Łukasza 2, 41-51a

Dziś w kalendarzu liturgicznym rzymskokatolickim i w kalendarzu zwyczajnym dzień Józefa, przybranego ojca Jezusa Chrystusa. Przybranego ojca: no właśnie. W tych dwóch słowach mamy cały, jedyny w swoim rodzaju i jedyny w historii chrześcijaństwa dramat człowieka. Adopcja niebywała, by tak rzecz: absolutna. Zwyczajność ludzka spotkała się z Bożą nadzwyczajnością, ziemia sięgnęła Nieba czy też raczej Ono dotknęło i awansowało nieskończenie doczesność.

Zacząłem patetycznie, teraz po prostu napiszę, że nie tylko Maria z Nazaretu, ale i jej formalny mąż stanął przed zadaniem niesłychanym. Ona dała Mu maksimum tego, co może dać dziecku matka. Niemniej wychowaniem dzieci, a już szczególnie synów, powinien zajmować się także ojciec. W tamtych czasach i miejscach ta rola tym bardziej musiała być spełniana i była zawsze spełniana w rodzinie przecież patriarchalnej. Józef na pewno poczuwał się do obowiązku przygotowania syna do życia w społeczeństwie. Wiedział, że Jezus nie jest zwykłym człowiekiem, ale co z tego praktycznie wynika, było dla niego zagadką.

Przeznaczono nam na dzisiaj opowieść Mateusza o jedynej w swoim rodzaju rozterce Józefa, gdy się dowiedział o macierzyństwie Maryi, oraz Łukaszową o tym, jak dwunastoletni Jezus wszedł w świat dorosłych zupełnie nie jako cieśla i jak Jego rodzice zostali tym zaskoczeni. Łukasz opowiada głównie o Maryi, nie Józefie, bohaterze ewangelii Mateusza, ale o obojgu napisał, że nie zrozumieli, co się tam w Jerozolimie zaczęło. Patriarchalna rodzina po trosze przestała już być takową, choć Jezus „powrócił do Nazaretu i był im poddany". Nie mogło być inaczej: Józef był przecież ojcem kogoś, kto Go nieskończenie przewyższał. Mówiąc mało precyzyjnie, był ojcem Boga.         

Teraz ”duszna” wiadomość. Na koniec Wielkiego Postu jezuici z Warszawy i Rzymu proponują rekolekcje  „Życie to nie teatr” , w których można wziąć udział przez YouTube i Facebook . Strona owych rekolekcji: www.sztukalatania.org

Jezuici po raz kolejny organizują "wirtualne" rekolekcje. Po doświadczeniach poprzednich postanowili kontynuować tę formę ewangelizacji i formacji. Tegoroczne rekolekcje rozpoczną się 25 marca, a zakoń czą 1 kwietnia 2012 r. Każdego dnia publikowany będzie krótki filmik z konferencją o. Wacława Oszajcy SJ, który proponuje zatrzymać się nad tematem relacji międzyludzkich i tego, w jaki sposób przekładają się one na naszą relację z Bogiem. Rekolekcje skierowane są do wszystkich, którzy widzą potrzebę zmiany i chcą, żeby ich życie nabierało niepowtarzalnego smaku. Nie chodzi o przekonywanie nikogo do czegokolwiek, ale zaproszenie odbiorcy do zastanowienia się nad swoimi relacjami i nad tym, co rzeczywiście jest ważne w życiu. Oprócz konferencji jezuici zapraszają uczestników do konkretnych ćwiczeń, dzięki którym każdy będzie dla siebie w jakiejś mierze prowadzącym swoje rekolekcje, także do dyskusji i dzielenia się własnymi doświadczeniami.

12:40, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
niedziela, 18 marca 2012
Każdy z nas bywa faryzeuszem

Ewangelia Łukasza 18, 9-14
Przypowieść o faryzeuszu i celniku. Fałsz moralny tego pierwszego jest niby to oczywisty, ale tylko niby, jeżeli popatrzymy krytycznie na siebie. Żeby poprawić sobie samopoczucie, porównujemy się z którymś z bliźnich i dochodzimy łatwo do wniosku, żeśmy lepsi od niego. Może to i prawda, może trzeba jakoś dbać o autoafirmację, żeby nie zwariować, ale ta „autopsychotechnika" jest bardzo ryzykowna. Łatwo wtedy uwierzyć, żeśmy całkiem OK.

10:23, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
sobota, 17 marca 2012
Jeruzalem, ojczyzno moja...

Psalm 137,1-6
”Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy i płakali
wspominając Syjon.
Na topolach tamtej krainy
zawiesiliśmy nasze harfy.
Bo ci, którzy nas uprowadzili,
żądali od nas pieśni.
Nasi gnębiciele żądali pieśni radosnej:
«Zaśpiewajcie nam którąś z pieśni syjońskich».
Jakże możemy śpiewać pieśń Pańską
w obcej krainie?
Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie,
niech uschnie moja prawica.
Niech mi język przyschnie do gardła,
jeśli nie będę o tobie pamiętał,
jeśli nie wyniosę Jeruzalem
ponad wszystką swą radość.”

„Na topolach tamtej krainy zawiesiliśmy nasze harfy" - poezja to jakże żydowska: każdy Żyd gra na jakimś instrumencie... A ten rozkaz radosnego śpiewania przypomina esesmańskie pomysły dwa i pół tysiąca lat później.
”Żyd wieczny tułacz” cierpiał tym dotkliwiej, że ukochał swoją ziemię szczególnie mocno, jak żaden chyba naród.

08:30, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
piątek, 16 marca 2012
Będziesz miłował - to wystarczy

Ewangelia Marka 12, 28b-34
”Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: - Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: - Pierwsze jest: «Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą». Drugie jest to: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego». Nie ma innego przykazania większego od tych. Rzekł Mu uczony w Piśmie: - Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego, jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary. Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: - Niedaleko jesteś od królestwa Bożego. I nikt już nie odważył się więcej Go pytać.”

„Bo Jeden jest i nie ma innego": jest tylko jedno Dobro Absolutne, nieuwarunkowane żadną partykularną etyką. Należy Je miłować z całej siły. Cóż to jednak znaczy? Ano to, że każdy rytualizm, formalizm religijny albo i laicki to rzecz wtórna - grunt to wrażliwość na potrzeby bliźnich. Czyli tylko drugie przykazanie? Nie, przede wszystkim a nawet wyłącznie pierwsze, ponieważ podstawowym sprawdzianem miłości Boga jest stosunek do innych ludzi. Kto miłuje bliźnich, miłuje Boga, kto nie miłuje, ma Go w istocie w nosie. Sprawdzian ściśle empiryczny: albowiem bliźnich widać, są zgoła namacalni, a Bóg - wyjąwszy mistyków - widoczny jedynie wiarą.

15:28, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
czwartek, 15 marca 2012
Czy jest coś nowego pod słońcem?

Księga Jeremiasza 7, 25-26
Psalm 95,8-9
„Od dnia, kiedy przodkowie wasi wyszli z ziemi egipskiej, do dnia dzisiejszego posyłałem wam wszystkie moje sługi, proroków, bezustannie, lecz nie usłuchali mnie ani nie nadstawiali swych uszu. Uczynili twardym swój kark, stali się gorszymi niż ich przodkowie".

Tak już jest, że prorocy nawołują. Księża, kaznodzieje zupełnie świeccy... Nie lubimy morałów, ale nasza moralność jaka jest, każdy widzi, trzeba zatem wołać. Zastanawiam się wciąż jednak, czyśmy na pewno gorsi niż przodkowie nasi, o czym słyszy się przede wszystkim w kościołach, ale czasem też z ambon zupełnie laickich. Na pewno jesteśmy inni, mniej wrażliwi w niektórych dziedzinach, ale przecież bardziej w innych. Takie porównywanie z przodkami jest jakby pewną manierą retoryczną, stosowaną od wieków. Co do młodzieży, to narzekania na nią zdarzały się już podobno w starożytnym Egipcie...

Jan XXIII, papież pełen optymizmu, otwierając Sobór Watykański II skrytykował podobne chwalstwo wieków minionych poprzez narzekanie na dzisiejsze. Psalmista argumentuje inaczej:
„Nie zatwardzajcie serc waszych jak w Meriba, jak na pustyni w dniu Massa, gdzie mnie kusili wasi ojcowie, doświadczali mnie, choć widzieli moje dzieła".
Bo też nic nowego pod słońcem...

13:19, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 14 marca 2012
Co z tą jotą?

Ewangelia Mateusza 5,17-19

Perykopa zaprawdę zastanawiająca. „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejsze, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim”.

Zdania kontrowersyjne: przecież nauczanie Jezusa doprowadziło do rewolucji moralnej. Olbrzymi system prawny, a przez to etyczny przestał obowiązywać Jego uczniów. Dokonało się to nie Jego słowami explicite, ale był to skutek tego rewolucyjnego nauczania. Biblia Poznańska tłumaczy, że „bezokolicznik plerosai wyraża więcej, aniżeli polskie »wypełnić«, które w zestawieniu z Prawem oznacza zadośćuczynienie jego wymogom. Czasownik grecki natomiast zawiera pojęcie uzupełnienia i udoskonalenia”. Może i tak. Uzupełnienie nie w sensie ilościowym, zgoła nie przez mnożenie przepisów, ale przez radykalizację wymagań. Właściwie tylko jednego podwójnego: miłości Boga i bliźniego. Kochania Boga w bliźnich, co jest najtrudniejsze.

A styl Jezusa jest właśnie prorocki: przesada, paradoks. Sylogizmu ani na lekarstwo, on pokaże się dopiero u Pawła, który był po trochu Hellenem, w każdym razie mówił do Hellenów. Wiedząc, że nie są z rodu Sokratesa, Platona, Arystotelesa...

15:03, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
wtorek, 13 marca 2012
Przebaczać zawsze, o przebaczenie prosić. „Więź” wiosenna: młodzież!

Ewangelia Mateusza 18,21-35
Przebaczenie. I tutaj Jezus stawia wymagania radykalne. Piotr pyta Go, ile razy ma wybaczać bratu: aż siedem razy? Uważał, że to potwornie dużo, ponieważ rabini mówili o trzech razach, tyle miałby przebaczać Bóg. Siedem oznacza w Biblii pewną doskonałość, zatem siedmiokrotne przebaczenie to taka stała postawa duchowa. A Chrystus w sposób sobie właściwy radykalizuje ten radykalizm: trzeba przebaczać siedemdziesiąt razy (można też przetłumaczyć: siedemdziesiąt razy siedem)! I mamy dalej przypowieść o dłużniku, któremu pan darował olbrzymi dług, ale on sam nie chciał darować komuś milion razy mniejszego.

Dobrym sposobem na przebaczenie jest zastanowienie się, czy przypadkiem winy nie są trochę obustronne, czy może nie jest tak, że również mój bliźni ma prawo mi coś zarzucać. Episkopat Polski dał wielki przykład takiego rachunku narodowego sumienia, gdy napisał do biskupów niemieckich: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Niestety tamci hierarchowie nie okazali chęci do podobnej rewizji moralnej. Bywa tak w życiu: ręka wyciągnięta do zgody nie zawisa w próżni, zostaje uściśnięta, owszem, ale bardzo chłodno.

Lektury: „Więź", luty-marzec 2012. Kolejne zeszyty warszawskiego periodyku inteligencji katolickiej zawsze ciekawe. W numerze wiosennym dominuje pokolenie wchodzące w świat. Na wstępie obszerne studium dwóch młodych redaktorek, Ewy Karabin i Ewy Kiedio, pod tytułem „Cynizm, sarkazm i orgazm. Młodzież wobec wartości". Teza główna chyba taka, że młodzi wierzą rzadziej, ale jeżeli już, to głębiej. Potem mamy rzecz socjologów Sławomira Mandesa i Marii Rogaczewskiej „Religijność bardziej intymna", a za nią podsumowanie redakcyjnej ankiety „Mój bunt". Nie podejmuję się roli rzetelnego sprawozdawcy: kto chce, niech czyta, na pewno nie straci. Niech też przestudiuje mocny esej Krzysztofa Dorosza „Chrześcijan nie może nie żyć nadzieją”. I niech podkreśli sobie niektóre myśli tego wyróżnienia godne, tak jak ja to uczynię niniejszym. Przyjąwszy założenie, że krytyka dźwignią rozwoju: dla Kościoła katolickiego i dla laickiej kultury współczesnej. Zatem o tym pierwszym dwie panie Ewy piszą na przykład tak oto:
”Wśród młodych ludzi może budzić konsternację fakt, że w Kościele stale słyszą debaty o embrionach i olbrzymiej wadze moralnej in vitro, a tak rzadko wspomina się chociażby o tym, że na świecie co 6 sekund z głodu umiera jedno dziecko. Zaskakujące może być zjawisko olbrzymiej krajowej debaty o krzyżu na Krakowskim Przedmieściu w momencie, gdy 14,6% Polaków żyje poniżej ustawowej granicy ubóstwa, bezrobocie w niektórych regionach przekroczyło już 20 proc. i nadal całe społeczności (jak np. Romowie) funkcjonują na marginesie życia społecznego.” Święte słowa dwóch Jejmości.

Ale o laickiej kulturze współczesnej piórem Dorosza jeszcze ostrzej.
”Dobro - to dobro, które starożytni Grecy określali mianem agathon i które w świadomości wielu myślicieli było równoznaczne z Bogiem - przeniknęło do całej naszej kultury. Przeniknęło w swojej wersji chrześcijańskiej, jeszcze w niej istnieje i jeszcze oddziaływa, choć ulega coraz większej erozji. Humaniści i niewierzący nadal zeń czerpią i nadal żyją nadzieją - nadzieją na sprawiedliwość, ład, wolność, pokój i radość. Niestety, coraz rzadziej. (...)
Z pomroków mojej pamięci wyłania się mocno już rozmyta brakiem właściwości twarz pewnego wziętego pisarza, która na sam dźwięk słowa «piękno» przybierała wyraz tak głębokiego niesmaku, że mdłości opiewane przez Sartre'a zdawały się liryczną sielanką. Niestety, nic w tym nie ma dziwnego. Pretensjonalne uwielbienie bezsensu, filozoficzna pochwała mordobicia, kłanianie się w pas nicości, niepojęta lekkość bytu kultury, która duchowej pustce, psychologicznej bezradności czy artystycznemu zagubieniu bez namysłu nadaje miano metafizyki, cały ten rzucany o ścianę ontologiczny groch z kapustą czyni z nas ludzi bez właściwości i skazuje na poznawczy płacz i zgrzytanie zębów.” No, no...

14:26, jan.turnau
Link Komentarze (39) »
O rodaku nieznośnie zarozumiałym. Rok Piotra Skargi: spokój ojców jezuitów. Serdeczny głos kardynała Dziwisza!

Wpis na poniedziałek 12 marca 2012
2 Księga Królewska 5,1-15a
Ewangelia Łukasza 4,24-30
Dzisiejsza „lekcja" starotestamentalna opowiada o cudownym uzdrowieniu z trądu wodza syryjskiego Naamana. Zajrzałem do Biblii Poznańskiej, by douczyć się na temat tekstu.

Zacznę od medycyny. Otóż zdaniem biblisty z Poznanianki ów Syryjczyk (Aramejczyk) nie był chory na trąd: cierpiał na inną dokuczliwą chorobę skóry, „gdyż w przeciwnym razie nie mógłby absolutnie spotykać się z ludźmi, a tym bardziej nadal piastować zajmowanego stanowiska". Biblista zakłada, zapewne słusznie (nie mnie laikowi sądzić), że przepisy higieniczne żydowskie były podobne do zasad ludów ościennych.

Fabuła perykopy jest następująca. Aramejczycy (Syryjczycy) uprowadzili kiedyś dziewczynkę izraelską, która w rezultacie została służącą żony Naamana i z czasem oddała swemu panu ogromną przysługę. Powiedziała mianowicie, że mógłby go uzdrowić prorok mieszkający w Samarii (chodziło o Elizeusza), i tak się faktycznie stało. Odbyło się to najpierw na szczeblu najwyższym: król Aramu (Syrii) uważał zapewne, że Elizeusz jest nadwornym drużbitą i sprawę należy załatwić poprzez samego monarchę izraelskiego (władcę północnego królestwa żydowskiego). Ten nie rozumiał, czemu tamten do niego się zwraca, podejrzewał jakąś prowokację, ale uspokoił go Elizeusz, każąc przysłać chorego do siebie. Naaman z kolei nie miał ochoty na aż siedmiokrotną kąpiel zaleconą przez proroka: liczył na jeden gest uzdrawiający, kwestionując moc wody w Jordanie (czyżby rzeki Damaszku były gorsze?). Dał się jednak przekonać swoim sługom, wykąpał się, został uzdrowiony i przekonał się, że „na całej ziemi nie ma Boga poza Izraelem", czyli według Poznanianki wręcz przeszedł na jahwizm.

Dzisiejszy tekst ewangelijny prowadzi w inną stronę myślową. W swoim rodzinnym Nazarecie w synagodze Jezus wypowiada zdanie przysłowiowe: „żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie". Argumentuje uzdrowieniem przez Eliasza syna wdowy poganki (1 Księga Królewska 17) i owym cudem Elizeusza, dokonanym również dla poganina. Słuchacze dobrze zrozumieli sens Jego słów: inni ludzie są bliżsi prorokom niż Jego rodacy. Na tę prowokację nazaretanie odpowiedzieli nieudanym zamachem na Jego życie. Prowokację? Jezus prorokował? Nie, jednak to niedobre określenie. Tak by tu mogło wyglądać, ale tekst nie jest jasny; żeby go lepiej zrozumieć, trzeba zajrzeć do wersetów poprzedzających: „Wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęła z ust Jego", ale „mówili: - Czyż nie jest to syn Józefa? Wtedy rzekł do nich: - Z pewnością powiecie mi tu przysłowie »Lekarzu, ulecz samego siebie«, dokonaj i tu, w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum". I dopiero tu padają słowa, które stały się skrzydlate w wersji: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. „Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu" trzech biblistów polskich słusznie chyba domyśla się, że rodacy wątpili w Jego niezwykłą moc. W tym pytaniu o Jego pochodzenie można było wyczytać podejrzenie, że tu, gdzie Go wszyscy znają, nie mógłby dokonać cudów, które sprawił rzekomo w Kafarnaum. No cóż: zwyczajny nazaretanin, nielepszy od nas, a jeszcze do tego twierdzi, żeśmy gorsi od pogan! Postawa jakże częsta nie tylko w tamtej wiosce. Gdyby tak ktoś z naszego rodzeństwa niespodziewanie zabłysł niesamowicie, a jeszcze do tego rąbnął nam w oczy najostrzejszą krytyką...

No i mamy rok Piotra Skargi. Pomysł wzbudził duże opory: nie dlatego, że ksiądz, nie że jezuita (ciekawe, ilu jeszcze ludzi boi się tych agentów Watykanu...), ale że był to człowiek, co myślową tolerancją nie grzeszył (choć do rozniecania stosów nie wzywał). Spodobał mi się dzisiejszy sposób mówienia o nim jego zakonnych współbraci. Przeczytałem najpierw wywiad na jego temat z profesorem Januszem Tazbirem w „Przeglądzie Powszechnym". Jak na to, że to miesięcznik, jakby nie było, kościelny i to jezuicki właśnie, jest to publikacja bardzo od hagiografii daleka. Zdecydował sam wybór rozmówcy, ale i zachowanie wywiadowcy, redaktora naczelnego, ks. Krzysztofa Ołdakowskiego, który Skargi wcale nie broni. A z kolei rozmówca potrafi też dostrzec zasługi owej postaci: „Skarga pierwszy zaczął używać słowa »ojczyzna« i współtworzył polską mowę religijną. Z czasem najważniejsze dla nas będą jego zasługi na polu filantropii i rozwoju polszczyzny". Bo też niedolę chłopów przedstawiał płomiennie.

Spokojnie też o nim mówił historyk jezuicki (nazwiska nie dosłyszałem) w katolickiej radiowej „Jedynce familijnej": żeby nie oceniać go według wartości dzisiejszych; był człowiekiem swojej epoki, w której szalały wojny religijne, płonęły stosy. Warto jednak wiedzieć też - mówił to profesor Tazbir - że w wieku XIX panował istny kult tego proroka: nie wypadało pisać o nim krytycznie. Taki wtedy był katolicyzm, chociaż i taka Polska, krytycznie patrząca na „złotą wolność", którą Skarga słusznie piętnował.

Inna moja lektura, na temat zasadniczy. Kardynał Stanisław Dziwisz zamieścił w ostatniej weekendowej „Rzeczpospolitej” osobisty tekst pod tytułem „Dlaczego tyle pretensji?” Dlaczego wciąż tyle pretensji do Kościoła? Kardynał pisze, że mają one różne źródła: „Jedne wynikają z mody na krytykowanie Kościoła, inne stanowią usprawiedliwienie swoich etycznych braków, jeszcze inne tkwią w niewiedzy i braku świadomości”. W tym miejscu trudno mi nie zapytać, czy nie ma innych przyczyn owych krytyk, jak tylko moda, własne grzechy krytykujących albo po prostu ich ignorancja. Kardynał sam jednak podaje czwartą przyczynę: „Oczywiście są i takie, których zarzewie znajduje się w grzechu ludzi Kościoła”. I o tym grzechu jest w tekście najbliższego współpracownika Papieża słów dużo. Słów, których było tyle w wypowiedziach Jana Pawła II i których nie brak u jego następcy, a których jest tak mało u naszych biskupów. Ten kościelny samokrytycyzm Kardynała każe mi wziąć sobie do serca to, co mówi o krytykujących Kościół. O kościelnej niewierności Ewangelii pisze przecież niedwuznacznie. Nawet tak: „Pochylamy się z uwagą nad każdą krytyką Kościoła, choć może nie zawsze jest to oczywiste”. Tak, nie zawsze, nie dla wszystkich jest to oczywiste.

Rozumiem Księdza Kardynała, gdy tłumaczy, że duchowni są jak lekarze: ci niegrzeczni też mogą przecież polecać lekarstwa skuteczne. Ale proszę też o zrozumienie, że forma recepty jest niezmiennie ważna. Z księżmi, którzy uważają się za uzdrowicieli dusz, jest niemal dokładnie tak, jak z lekarzami medycyny. Język, styl pracy jednych i drugich to wręcz połowa terapii. Opowiedziała mi kiedyś pewna dziennikarka, że pisząc reportaż o kościelnej walce z aborcją pojechała do Krakowa i trafiła tam do duchownego zgoła niezwykłego. Przedstawiła mu się jako kobieta wahająca się, czy urodzić dziecko, a on tak miło przekonywał ją, by tego nie robiła, że gdyby rzeczywiście stała pod podobnym wyborem, dokonałaby zgodnego z nauczaniem Kościoła. Ksiądz Kardynał pisze, że w pewnych sprawach Kościół nie może ustąpić. I tu też go rozumiem, ale proszę o zrozumienie, że językiem Kościoła musi być dialog, a nie anatema.

Rozumiem również księdza Kardynała, gdy przekonuje, że członkowie Kościoła nie mogą czuć się odpowiedzialni za niego tylko „na poziomie krytyki”. Jeżeli ktoś uważa się dalej za katolika, to oczywiście powinien Kościołowi służyć nie tylko słowną krytyką. Bierność polskich katolików świeckich jest na pewno ich własnym grzechem. Jednak grzechy duchownych oraz brak samokrytyki wypraszają wielu z tej instytucji. Przede wszystkim młodych – Palikot jedzie na tym rozczarowaniu – ale starszych również. Co do mnie, dziękuję Bogu, że zawsze znajdowałem mądrych księży i środowiska świeckich, którzy pokazywali mi dobrą, jasną twarz katolicyzmu. Nie każdy jednak ma tyle szczęścia, ile ja miałem i mam dalej. Uważam natomiast wypowiedź Księdza Kardynała za swoje osobiste szczęście. Jest to styl Jana Pawła II, jest to naprawdę głos dialogowy. Dziękuję.

14:24, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
niedziela, 11 marca 2012
Dekalog dobrze odczytany

Księga Wyjścia 20,1-17

Dziesięć przykazań. Jestem tu katolikiem na sto dwa, a nie protestantem: dogmatyczny ikonoklazm mi nie odpowiada. Zresztą nie zdecydował się na niego nawet Luter: świątynie luterańskie mają obrazy, choć oczywiście nie w prawosławnej obfitości. Naturalnie należy wyraźnie mówić, że dekalog katechizmowy różni się od biblijnego, ale chrześcijaństwo bez ikony byłoby nieporównanie uboższe. Obecnie jest bardzo bogate wielością stylów: surowość świątyń ewangelickich również jest piękna, ale wystrój cerkwi to przecież nie pogaństwo.

A swoją drogą trzeba się cieszyć, że mamy w Biblii również dekalog z Księgi Powtórzonego Prawa, w którym pożądanie żony oddzielono od tego dotyczącego wołu i osła. Można było to szczęśliwie wykorzystać także do stworzenia osobnego przykazania, potrzebnego ze względów liczbowych, gdy zabrakło tamtego o obrazach.

07:49, jan.turnau
Link Komentarze (48) »
sobota, 10 marca 2012
Przypowieść o synu niemiłosiernym

Ewangelia Łukasza 15,1-3.11-32

Przypowieść o miłosiernym ojcu i mniej miłosiernym bracie. Przesłanie tego tekstu jest inne niż jego potoczny odbiór przez wieki: już sama potoczna nazwa, przypowieść o synu marnotrawnym, o czymś świadczy. Przecież bohaterem negatywnym jest tu w istocie raczej rozżalony braciszek utracjusza. Symbolizuje on wszak oponentów Chrystusa gorszących się Jego otwarciem wobec różnych „popaprańców”. A cóż my, dzisiejsi czytelnicy? Nie gorszymy się, niemniej nas też na miejscu porządnego syna wzięłaby chyba cholera. 

18:12, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
piątek, 09 marca 2012
Różne losy proroków

Ewangelia Mateusza 21,45-46
„Arcykapłani i faryzeusze słuchając Jego przypowieści poznali, że o nich mówi. Toteż starali się Go ująć, lecz bali się tłumów, ponieważ Go miały za proroka.”

Zastanawiam się nad losem proroków dzisiejszych. To, że podpadają władzom politycznym czy kościelnym, to rzecz oczywista, ale czy mają aż taki autorytet w szerokich masach? Dziwny był ten lud wybrany: w żadnym innym chyba wtedy ani dzisiaj instytucja proroka nie była tak potężna. Chłostali naród bezlitośnie, a on ich teksty uznał za święte, włączył do swego dzieciństwa doktrynalnego. Choć już nie teksty Jezusa z Nazaretu: tu historia potoczyła się całkiem inaczej. Trochę tak, jak w Indiach, gdzie również mędrzec zainicjował ostatecznie nową religię. Co dziwniejsze, nie stał się bohaterem narodowym również Jan Chrzciciel, choć miał takie wzięcie również u niektórych kapłanów. Może dlatego, że sam ograniczył swoją rolę do zapowiadania kogoś innego? A to, że zginął z ręki Heroda? Może ówczesny establishment żydowski za dobrze żył z królami tego rodzaju, żeby owa śmierć mogła umieścić olbrzymiego Jana w narodowym panteonie.

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 08 marca 2012
Ubodzy są bardziej u Boga, choć raczej ubodzy „duchem”. Książka o siostrze Faustynie

Ewangelia Łukasza 16,19-31
Przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Ściśle biorąc, o żebraku imieniem Łazarz. Rzecz ciekawa - bogacz jest bezimienny, tylko przeciwstawiony mu nędzarz ma imię. I to imię występujące również gdzie indziej w Biblii, mianowicie w opowieści (nie przypowieści) Janowej o wskrzeszeniu człowieka też tego imienia. „Encyklopedia biblijna” zwraca uwagę na zbieżność nie tylko imienną: Łazarz Janowy jest bratem Marii i Marty, a są to postacie biblijne występujące tylko w tych dwóch ewangeliach, choć u Łukasza w tym Łazarz kontekście się nie pojawia.

Przesłanie dzisiejszej perykopy jest poniekąd religijnie oczywiste. „Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi tam od razu” - to, co prawda, Mickiewiczowskie „Dziady”, nie Ewangelia, ale Wieszcz jest tu jej bardzo bliski. Szczególnie właśnie wersji Łukasza., w której różni biedacy, przede wszystkim ludzie bez pieniędzy, czyli ubodzy - są u Boga.

Oczywiście trzeba zachować umiar w sądach. U Łukasza w „błogosławieństwach” mamy po prostu ubogich, u Mateusza z precyzacją: ubogich „duchem”. Czyli moralnie nie liczy się grubość portfela, może on bowiem być gruby, ale skóra właściciela cienka, wrażliwość na biedę bliźnich wielka. Oczywiście też bolszewicka demagogia „klasowa” była moralnie obrzydliwa, wiadomo, do czego doprowadziła. W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” jezuita Fabian Błaszkiewicz twierdzi nawet, że Jezus żył dostatnio, o czym świadczy na przykład Jego szata tak cenna, że rzymskim żołnierzom nie opłacało się jej dzielić, woleli rzucić o nią losy. I faktycznie Chrystus nie uprawiał jakiejś szczególnej ascezy, w rodzaju tej u Jana Chrzciciela, dawał się zaprosić na ucztę do bogaczy, na apostoła wziął także celnika itd. A przecież poradził majętnemu młodzieńcowi, by swe bogactwo rozdał ubogim, i byli Mu oni szczególnie bliscy.

Tak też powinno być zawsze w Kościele. Bóg „nie ma względu na osoby”, a ludzie go mają na ogół. Zawsze grozi pokusa, żeby pana ubranego elegancko potraktować lepiej niż gości bez krawata. Trudno nie zauważyć, jak liczy się w Kościele człowiek na świeckim urzędzie. Coś trochę à propos: otrzymałem dziś właśnie z Wydawnictwa „Znak” książkę Ewy K. Czaczkowskiej o siostrze Faustynie (egzemplarz nie do sprzedaży, bo rzecz ukaże się w sprzedaży dopiero za miesiąc). Przypadek tej świętej jest „w tym temacie” klasyczny. Wiadomo, jak jej zakonnym towarzyszkom trudno było uwierzyć w autentyczność jej wizji: sądzę, że byłoby dużo łatwiej, gdyby nie była siostrą „drugiego chóru”, czyli zakonnicą gorszego gatunku z racji - trudno to nazwać inaczej - klasowych. Kto by tam wierzył kuchcie... Na szczęście „dwuchórowość” już przeszła do niepięknej historii, chyba jednak pozostało, podświadome może tylko, przekonanie, że w sprawach religijnych liczy się nieodzownie świeckie wykształcenie. Owszem, ułatwia ono krytycyzm, który i w sprawach duchowych jest bardzo potrzebny, ale miał przecież rację skądinąd dobrze wykształcony Paweł z Tarsu, gdy ironizował na temat mądrości Greków. Mądrość chrześcijańska jest swoistą głupotą, tak jak bogactwo ubóstwem. Z wyboru.

No i dziś Dzień Kobiet. Z feminizmem jest jak z każdym buntem biedaków, ludzi źle traktowanych. Bunt pokrzywdzonych rodzi przesadę: psychologia wiele tłumaczy, nawet usprawiedliwia. Także nadwrażliwość językową. Owszem, osoba to także mężczyzna, tak jak człowiek to też kobieta, ale dajmy spokój podobnym polemikom. W każdym razie dzisiaj. Idźmy po kwiaty, niech będzie chociaż ten symbol.

20:17, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
środa, 07 marca 2012
Niewolnictwo z własnej woli. Książka o ojcu Wiśniewskim

Ewangelia Mateusza 20, 17-28
”Mając udać się do Jerozolimy, Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: - Oto idziemy do Jerozolimy: tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom na wyszydzenie, ubiczowanie i ukrzyżowanie, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i upadając Mu do nóg, o coś Go prosiła. On ją zapytał: - Czego pragniesz? Rzekła Mu: - Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej  stronie. Odpowiadając Jezus rzekł: - Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić? Odpowiedzieli Mu: - Możemy. On rzekł do nich: - Kielich mój pić będziecie. Nie do mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował. Gdy dziesięciu to usłyszało, oburzyli się na tych dwóch braci. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: - Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie waszym niewolnikiem. Na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.”

Mamy tu właściwie syntezę całego przesłania Ewangelii. Przedstawioną jednak w scenie, która pokazuje, jak trudno było je wytłumaczyć nawet ludziom najbliższym Jezusowi. On mówi im, co Go czeka, a oni swoje. Tak jakby włączyli się dopiero, gdy pada słowo „zmartwychwstanie", czyli jednak optymistyczna puenta zapowiedzi totalnej klęski. Wysłali do Chrystusa mamusię, aby nie wyglądało, że sami dopominają się o awans (Ewangelia Marka 10,35-45 pomija fakt owej manipulacyjki), ale przyszli wraz z nią i bronią się już sami. Chyba nie rozumieli, o jakim kielichu im powiedział. Nic dziwnego, że reszta Dwunastu oburzyła się na dwóch Jezusowych przybocznych. U Marka mamy zresztą w rozdziale poprzednim zapowiedź owego lobbingu: podaje on, że uczniowie dyskutowali, kto z nich jest największy. Widać synowie Zebedeusza chcieli uzyskać u Jezusa potwierdzenie, że najwięksi są właśnie oni. A On w jednym zdaniu zaznaczył różnicę między sposobem sprawowania władzy w otaczającym świecie a tym, który usiłuje im włożyć do głowy.

Włożył w końcu do głowy im samym, choć dopiero po zmartwychwstaniu, ale nie ich następcom w Kościele i w świeckiej społeczności. Minęły trzy wieki, chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej i samo przybrało stopniowo styl świeckiej władzy. Bo też przeraźliwie trudno być niewolnikiem z własnej nieprzymuszonej woli...

Bywają jednak ludzie naprawdę służebni. W zeszłym roku zabłysnął wśród szerszej publiczności pewien dominikanin starszego pokolenia (1936), ojciec Ludwik Wiśniewski. „Gazeta Wyborcza" ujawniła jego bardzo krytyczną diagnozę katolicyzmu polskiego, jaką napisał w liście do nuncjusza Celestina Migliorego. Był to głos bardzo odważny, wywołał ostrą dyskusję. Pokazał, że ów duchowny dzielnie walczący z „komuną" potrafi również powiedzieć dzisiaj śmiało, co myśli o instytucji, której sam ofiarnie służy. Dzięki tamtej dawniejszej śmiałości ma autorytet, ma prawo mówić bez ogródek o tym, co go dziś boli w jego instytucji.

Bardzo dobrze, że ukazała się właśnie w Znaku książkowa rozmowa z nim, przeprowadzona przez jedną z jego religijnych współpracowniczek, Bożenę Szaynok. Rozmówczyni jest doktorem habilitowanym historii na Uniwersytecie Wrocławskim, w książce widać jej rzetelność i zapał poważnej badaczki przeszłości: nie tylko nagrała wypowiedzi ojca Wiśniewskiego, zebrała także inny materiał historyczny: wiele opinii na jego temat. Znało go wielu ludzi szerzej znanych: był duszpasterzem akademickim w kilku wielkich miastach, a owe duszpasterstwa to przecież wówczas ośrodki pracy nie tylko ściśle religijnej, także w ogóle intelektualnej, społecznej, politycznej. W książce widać historię Polski, walkę o jej wolność w całym swoim skomplikowaniu: różne jej ideowe nurty. Widać też - i to jest dla mnie najciekawsze - jak wybitny duchowny radzi sobie jako spowiednik z ludzkimi drogami duchowymi. A radzi sobie dobrze, bo daleko mu do jakiegokolwiek inkwizytorstwa, do duchowego łamania podopiecznych. Lektura cenna także (przede wszystkim) dla młodych duchownych! Niech uczą się od starego!

14:24, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2
Archiwum