Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 31 marca 2011
Kto jest z Nim?

Ewangelia Łukasza 11,23
„Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, a kto nie zbiera ze mną, rozprasza.”

Długie wieki słowa te zapalały stosy. Aż zajrzeliśmy do Ewangelii Mateusza, rozdział 25, gdzie Jezus ogłasza, że jest w każdym bliźnim potrzebującym pomocy. Zatem każdy, kto pomaga drugiemu, jest z Nim, z Nim zbiera, tworzy komunię.

12:57, jan.turnau
Link Komentarze (53) »
środa, 30 marca 2011
Mój Bóg lepszy

Księga Powtórzonego Prawa 4,7
„Bo któryż naród wielki ma bogów tak bliskich, jak Bóg nasz, Pan, ilekroć Go prosimy?”

Nieśmiertelny problem modlitw niewysłuchanych: Gdzie był Bóg...? Jedno jest pewne: inni bogowie, bożki pogan i blichtru, jeszcze bardziej zawodni. Sensowniej jest uwierzyć, że jednak jest Sens, absolut Dobra, Prawdy i Piękna.

12:58, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Nie zawstydź mnie, Boże. Wielki wyraz na k. Moje tajemnice żydowskie

Wpis na wtorek 29 marca 2911
Księga Daniela 3,41-42
„Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia.”
Prośba o miłosierdzie, jak w niemal każdej modlitwie, ale tutaj też o zawstydzaniu. Przypomniała mi się opowieść któregoś sławnego pisarza anglojęzycznego o tym, jak bohater jego tekstu stanął na sądzie przed Bogiem. Błagał tylko o jedno: niech On nie ujawnia pewnego grzechu potwornie wstydliwego.
Może jednak nie ma grzechów niewstydliwych?

PS. Teraz jeszcze co do grzechu z dziedziny nie tyle etyki, ile estetyki, elegancji. Co do słowa na k.
Mrożek napisał gdzieś, że jest to słowo tak ojczyste, iż Konstytucja RP bez niej w istocie polska nie jest. Do Cieplic, gdzie pracujemy nad Ekumenicznym Przekładem Przyjaciół, przyjeżdża do domu prawosławnego na kolonie młodzież niby to polska, ale nie całkiem: grają w gola jakby językowo niedouczeni...
Ksiądz Tischner opowiedział kiedyś Papieżowi (ku jego zadowoleniu) taki dowcip, genialny w swej celności. Wchodzi góral do karczmy, postury potężnej i pyta: - Kto, k?! - Wstaje jeszcze większy: - Jo, k! - Tamten wycofuje się, mrucząc: - O, k... Pewna zakonnica z Lasek opowiedziała natomiast koleżance z „Gazety” dowcip bardziej abstrakcyjny. Do owego sławnego ośrodka podwarszawskiego przyjeżdżał prymas Wyszyński pograć w tenisa, ale że nikt tam nie umiał, więc zabierał zawsze jakiegoś kleryka. Raz przyjechał z takim, co grał lepiej od niego. Prymas stale pudłował, co gorsza, za każdym razem przeklinał głośno: - O k., chybiłem! Za trzecim razem kleryk nie wytrzymał i poprosił Boga o interwencję. Został wysłuchany, spadł piorun i trafił... w kleryka. Ale odezwał się głos z Nieba: - O k. chybiłem!
A wspaniały mistyk, ojciec Joachim Badeni, też czasem tak sobie folgował. Ja zresztą również.

Teraz znów na poważnie. Wspomnienia w związku z kolejną książką Grossa.
Moje tajemnice żydowskie. Pierwsza: jestem trochę Żydem. Dowiedziałem się o tym dopiero, gdy dorosłem, nie dlatego, że moi rodzice nie chcieli mnie uświadomić za wcześnie. Nie wiedzieli. Nie mógł wiedzieć mój ojciec, że jego ojciec był pół krwi Żydem, bo był gadułą i gdyby wiedział, nie robiłby z tego tajemnicy. Dowiedziałem się o tym później od trochę dalszej rodziny, która to odkryła w genealogii familijnej, gdy ojciec już nie żył. Takie pochodzenie było ukrywane.
Tajemnica druga: rodzice przechowywali zaprzyjaźnionych Żydów w swoim majątku ziemskim we Wlonicach w rejonie Sandomierza. Nie bardzo chyba długo, w stogach siana. Starsze rodzeństwo nosiło im jedzenie, ja byłem jeszcze za mały. Chyba to przede mną ukrywano, w każdym razie dowiedziałem się o tym też długo po wojnie. Ale jest to tajemnica, która trochę trwa dotąd. Gdyby teraz rodzice żyli, zapytałbym ich, czy na przykład nie bali się denuncjacji przez kogoś z tak zwanej służby folwarcznej. Nikt by z niej o tym nie wiedział? Niemożliwe.
Tajemnica trzecia, też długotrwała. Dopiero po śmierci rodziców od starszej siostry dowiedziałem się, co zawdzięczam Żydom, których rodzice ukrywali. Zaraz po wojnie dzięki nim miałem z bratem wspaniałe wczasy na wsi w majątku PGR na Dolnym Śląsku. Ja, wciąż głupi smarkacz, nie wiedziałem, od kogo ten dar.

Rodzice nie żyją, rodzeństwo nie żyje. Ile bym chciał wiedzieć teraz. Spieszmy się pytać ludzi, tak szybko odchodzą...

12:57, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 28 marca 2011
Jak łania... Jak być starym

Psalm 42,2-3; Psalm 43,3-4
”Jak łania pragnie wody ze strumieni,
tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże.
Dusza moja Boga pragnie, Boga żywego,
kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?
Ześlij światłość i wierność swoją,
niech one mnie wiodą,
niech mnie zaprowadzą na Twą górę świętą
i do Twoich przybytków.
I przystąpię do ołtarza Bożego,
do Boga, który jest moim weselem i radością,
i będę Cię wielbił przy dźwiękach lutni,
Boże, mój Boże.”


Psalm 43 zawołał do mnie z głębokiej przeszłości. Słowa „Ześlij światłość i wierność swoją” znam z dzieciństwa, w wersji „Ześlij światłość swoją i prawdę swoją” („Emitte lucem Tuam et veritatem Tuam”). Też następne: „I przystąpię...” („Et introibo ad altare Dei, ad Deum, qui laetificat iuventutem meam”). Była to stała część Mszy, tak zwany introit, wypowiadany przez kapłana zaraz na wstępie.
Tak, pamiętam „ministranturę”, także teksty celebransa, choć tym ołtarzowym pomocnikiem właściwie nie byłem, chyba już za pierwszym razem zemdlałem (post ścisły całonocny) i matka mnie wycofała.
Czas poleciał, psalm pozostał. Cud metafory: ta łania... Żona widziała ją kiedyś w lesie, ja nigdy.

Naprawdę pragnę Boga, to znaczy nie chcę być tępym egoistą, durnym „dopępkowiczem”. Wiem, że więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu (słowa Jezusa wyjątkowo nie z ewangelii, przekazane przez Pawła). „Ego” jest nienasycone; z bliźnimi też różnie bywa, ale przynajmniej mamy z ich radości subtelniejszą niż zadowolenie z własnego sukcesu.

PS. A kto zna trochę łacinę, zauważy, że tutejsze (z Tysiąclatki) tłumaczenie Psalmu 43 jest troszkę inne niż tamto z liturgii przedsoborowej. Pewnie to ”zasługa” Wulgaty, która przecież była niemal do Soboru świętością (tak jak i Wujek: przez parę wieków nie wolno było go modernizować). Mnie jednak żal tego „uweselania młodości”. Minęła mi ona już dawno, teraz tęsknię za niejedną cechą młodzieńca: przede wszystkim za ów tamtoczesny idealizm. Teraz wydaję się sobie na pewno roztropniejszy, ale jakby za bardzo. Starcza „ciężkomyślność”, niechęć do jakiegokolwiek ruchu, ryzyka to nie grzech ciężki, ale i nie cnota. A już sprawa poważniejsza, gdy starzec za dużo liczy. To zresztą pewnie „autorewelacja”, myśl nie pierwszej świeżości. Pewnie nie pierwszy raz pojawia się takowa „hic et nunc”.

18:19, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
niedziela, 27 marca 2011
Pokonać tę trudność

List do Rzymian 5,7
„A nawet za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością”.

A jednak byli, są i będą tacy naśladowcy Chrystusa. Myślę o wszystkich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, szczególnie o zamordowanej za ukrywanie Żydów rodzinie Ulmów, o których słyszę właśnie, że rozpoczął się ich proces beatyfikacyjny. Ale też o ojcu Kolbem, który nie tylko ryzykował życie: poszedł na pewną śmierć w warunkach obozowych, które podobno jeszcze utrudniały taką decyzję, stymulując instynkt samozachowawczy.

14:45, jan.turnau
Link Komentarze (56) »
sobota, 26 marca 2011
Miłosierdzie Krzyża

Księga Micheasza 7,14-15.18-20
Psalm 103, 1-4.9-12
Ewangelia Łukasza 15,1-3.11-12

Redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski komentuje zawsze w „Gościu Niedzielnym” czytania biblijne sobotnie, a ja często daję mu się zainspirować. Dziś także. Mamy dziś „sobotę Miłosierdzia”, bo wszystkie teksty biblijne są o tym. Również oba starotestamentalne. Nosowski komentuje: „Czasem łatwo przeciwstawiamy nauczanie Jezusa wizji Boga w Starym Testamencie. Przeciw Bogu, który jakoby interesuje się tylko sprawiedliwością, stawiamy Boga bogatego w miłosierdzie. Tymczasem prorok Micheasz osiem wieków przed Chrystusem jasno mówi, że Bóg «upodobał sobie miłosierdzie». Jezus nie przeciwstawiał, lecz oczyszczał wizję Boga z ludzkich naleciałości i wypełniał ją. Miłosierdzie to sama istota podejścia Boga do człowieka. A w dzisiejszej Ewangelii - przypowieść o miłosiernym ojcu i marnotrawnym synu. Czytałem ją tyle razy, a dopiero dzisiaj odkryłem, w jakiej sytuacji Jezus ją opowiedział - gdy spotkał się z zarzutami: «Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi». Odpowiedzią Boga na zarzut, że jest zbyt łagodny, że wszystkich bezwarunkowo przygarnia, jest opowieść o miłosierdziu.”

Nic dodać, nic ująć. Co najwyżej, doprecyzować, że Jezus wypełnił wizję miłosiernego Boga Krzyżem.

09:14, jan.turnau
Link Komentarze (44) »
piątek, 25 marca 2011
Błogosławiona strata? Świadectwo

Psalm 40,7-11
Ewangelia Łukasza 1,26-38

Najpierw w związku z dzisiejszym psalmem taka myśl może niegłupia. Otóż werset siódmy brzmi:
„Nie chciałeś ofiary krwawej ani płodów ziemi, lecz otwarłeś mi uszy.” Wyobrażam sobie, co by było, gdyby w Świątyni niezburzonej trwały ofiary krwawe. Jak bardzo nie pasują one do naszych czasów. Są oczywiście nasze „chrześcijańskie” rzeźnie niesakralne, ludy niejedne czczą pewnie w ten sposób swoich bogów, ale raczej nie monoteiści swojego. Słyszałem, że polscy Ormianie (katolicy) mieli problem, bo zachował się u nich obowiązek publicznego zabicia czarnego barana, gdy wspólnotę wizytuje zwierzchnik. Było to jeszcze za PRL-u, dostojnik kościelny przyjechał bodaj do Gliwic, na szczęście jakoś udało się obejść to miniprzykazanie, bo byłaby awantura także polityczna (co to byłaby za gratka dla ateizmu państwowego!). Owszem, muzułmanie polscy w święto Bajram zabijają zbiorowo czarnego byka, ale to też - czytałem - jest jakoś ograniczane przez samych wyznawców.

Na szczęście mamy judaizm synagogalny, intelektualny, w którym Żydzi nadstawiają uszy na głos Biblii.
Perykopa ewangelijna jest o Zwiastowaniu, bo dziś to święto chrześcijańskie. Napisało mi się takie coś w „Gazecie Wyborczej”.
25 marca: święto Zwiastowania. Pamiątka dnia, w którym - opowiada Ewangelia Łukasza - Maria z Nazaretu dowiedziała się, że będzie matką Chrystusa. Wtedy - wierzą chrześcijanie - zaczęło się Jego ziemskie życie. Nie chcę tej wiary narzucać nikomu, nikomu nie wciskam w ogóle mojej wiary religijnej. Nie chcę też nikomu narzucać przekonania, że życie ludzkie zaczyna się już wtedy, gdy powstaje jego zarodek. To jest tylko moja wiara, moje radykalne świadectwo na rzecz ochrony życia ludzkiego. Nie przeczę, że jest radykalne, szanuję inne poglądy, inny rachunek wartości. Chcę być jednak tak radykalnym świadkiem idei ochrony życia, jak na przykład hinduiści, którzy nie zabijają krów, żywicielek ludzi. Myślę, że tacy świadkowie, jak na przykład ja, też są potrzebni. Byleby świadczyli spokojnie, bez agresji.

19:27, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Bóg, badacz jedyny. Benedykt Bibliofil

Wpis na piątek 24 marca 2011
Księga Jeremiasza 17, 9-10
„Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne. Któż je zgłębi? Ja, Pan, badam serce i doświadczam sumienie, bym mógł każdemu oddać stosownie do jego postępowania, według owocu jego uczynków".
Biblia Poznańska ma w wersie 10 trochę inaczej, może piękniej:
„Ja, Jahwe, przenikam serce i doświadczam nerki,
by oddać każdemu według dróg jego,
według owoców jego uczynków"
.

Tak czy inaczej nieomylnym sędzią sumień jest tylko Bóg i jedynie On ma stosowny aparat rentgenowski. O ileż lepiej byłoby na tym świecie, gdybyśmy choć trochę wątpili w takie nasze zdolności poznawcze.
O chrześcijańskich kłopotach z Księgą i na ich tle o nowej książce biblistycznej Benedykta XVI napisałem do najbliższej „Arki Noego" mniej więcej tak.
Książka papieża pewnie zdziwi niejednego Polaka-katolika. Bo kwestia prawdziwości Biblii wygląda tam inaczej, niż przywykliśmy myśleć
Biblia to dla chrześcijan i Żydów siła, ale i kłopot. Siła, bo to główne źródło naszej wiary jest literackim arcydziełem. Nie każda z jego licznych ksiąg jest klasy zerowej, w sumie jednak mało ma ludzkość tekstów tej artystycznej miary. Nie tylko patyna historii zdobi to dzieło, nie tylko wyznawcy zachwycają się narracją Księgi Rodzaju, językiem Izajasza i Psalmów, prostotą Ewangelii. Co prawda, zdarzają się czasem „paleoateiści”, którzy twierdzą, że rzecz jest bez wartości, bo w niej ciągle o Bogu, a przecież go nie ma - lecz to gust wyjątkowy. Biblia jakoś łączy.

Ale nam, wierzącym, sprawia również problemy. Niewierzącym wystarcza jako lektura porównywalna z Iliadą i Odyseą. Nie muszą się martwić, bo to nie ich problem, czy był naprawdę jakiś Abraham, Mojżesz albo i Jezus. Zapewne byli, ale na przykład ten trzeci na pewno nie był Bogiem. Tak jak bogowie Homera są to postacie literackie i tyle.
Religie zaś muszą się z takimi problemami mierzyć. Islam odrzuca możliwość krytycznej lektury Koranu, inaczej jednak traktuje Biblię, część jej przekazów uznając za sfałszowane (Jezus nie został zabity, nie był Synem Bożym itp.). Judaizm jest w ogóle podzielony, też w tej kwestii biblijnej. Chrześcijaństwo również - choć inaczej. Także dlatego, że jest podzielone wyznaniowo, ale również różne są poglądy wewnątrz samych Kościołów. Uczeni swoje, biskupi - szczególnie Watykan - swoje. I sami uczeni też chóru nie cierpią.
Bibliści katoliccy, niewątpliwie pod wpływem protestanckich, przyjęli na ogół pogląd, że nie wszystko w Piśmie Świętym jest prawdą naukową. Można wspomnieć sprawę Galileusza, beznadziejną obronę kościelną geocentryzmu (była to zresztą walka dość solidarnie chrześcijańska), ale mamy kłopoty o wiele większe. Teksty biblijne są nieraz jawnie sprzeczne także ze świecką historią.
Co więcej, między sobą też nieraz zgodne nie są. Jest to najpierw sprawa Starego Testamentu. Tamtejsi autorzy czy raczej redaktorzy tekstów spokojnie kompilowali różne źródła, nie przejmując się, że różnią się one w wielu szczegółach. Nie są to różnice fundamentalne Na przykład to, że Mojżesz miał jedną żonę, ale teściów jakby dwóch. Zdarzają się czasem po prostu dziwne powtórki (dwa kolejne opisy stworzenia świata w Księdze Rodzaju), inna jest tendencja historyczna Ksiąg Kronik niż Królewskich. Literalna nieomylność Pisma Świętego uznawana jest już dzisiaj głównie przez biblijnych fundamentalistów neoprotestanckich, którzy kontestują na przykład teorię ewolucji, bo Biblia mówi inaczej.

A mój rzymskokatolicki Kościół? Kwitł w nim podobny fundamentalizm aż do naszych czasów. Małego przełomu dokonał już skądinąd mocno przedsoborowy Pius XII, a otworzyło się szerzej na naukę biblistyczną rewolucyjne Vaticanum Secundum. Powstało pojęcie prawdy zbawczej. Pismo Święte ma służyć tylko i wyłącznie zbawieniu, nie żadnej świeckiej informacji. Jest jednocześnie dziełem Bożym i ludzkim. Czyli może się mylić tam, gdzie zahacza o naukę.
Dowcip jednak w tym, na ile w ogóle mylić się może. Dla chrześcijan sprawa staje się szczególnie drażliwa, gdy biblisty szkiełko i oko spogląda krytycznie na Nowy Testament. Tu bowiem mamy w sprawie najważniejszej, życia i myśli Chrystusa, cztery różne relacje. Co prawda, trzy pierwsze historycznie ewangelie - Marka, Mateusza i Łukasza - różnią się stosunkowo niewiele, bo oparto je w dużej mierze na tych samych źródłach. Dzieło noszące imię Jana stara się natomiast nie powtarzać poprzednich nie tylko tematycznie: różnice bywają merytoryczne.

Dla tradycyjnie myślącego czytelnika w ogóle pojęcie źródła tekstowego Biblii jest jakąś nowością. Wyobrażenie potoczne pracy pisarskiej ewangelistów jako nadstawianie ucha Duchowi Świętemu, który usiadł człowiekowi na ramieniu w postaci gołębicy, oczywiście jest dziś bajkowe. Ewangelie powstawały jak każdy ludzki tekst: był materiał, był autor pierwszej wersji (czy na pewno akurat Mateusz albo Jan, czy owe imiona to nie są zdobiące tekst autorytety, to inna sprawa), byli pracowici redaktorzy.
I wszyscy po kolei byli jakoś - by tak rzec - tendencyjni. Ukuto, przyjęte też przez władzę kościelną twierdzenie, że ewangelie nie są życiorysami Jezusa, ale przekazami właśnie Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, iż zostaliśmy zbawieni. Każdy z ewangelistów przekazuje tę nowinę po swojemu, ma własną teologię. Co powoduje, że podaje nieraz inne szczegóły. Ot, choćby w Ewangelii Mateusza Jezus urodził się tak jak i u Łukasza w Betlejem, Jego rodzice jednak nigdy przedtem nie mieszkali w Nazarecie, osiedli tam dopiero później. Tak jakby nie było Zwiastowania w tym galilejskim miasteczku. Ojciec Józefa z Nazaretu nazywa się inaczej u Łukasza niż u Mateusza. U trzech pierwszych ewangelistów Jezus podróżował do Jerozolimy raz, u Jana trzy razy.

U autorów biblijnych widać w ogóle dziwną dziś dla nas, swoistą troskę o prawdę pisarską, jaka przejmowała pisarzy starożytnych: morał był ważniejszy niż reportażowa dokładność.
Z Plutarchem to nie kłopot, gorzej z ewangelistami czy Pawłem z Tarsu. A może jednak nie gorzej? Może ten nasz nowy obraz biblijnych autorów jako ludzi swojego czasu jest jakoś bardziej ludzki, bliższy naszej człowieczej kondycji? Tacy już jesteśmy, my też uwarunkowani swoim czasem i miejscem.
Biblistyka jest jednak „enfant terrible” teologii, w ogóle Kościoła. Kwestionowane jest właściwie wszystko, łącznie z wiarą, że Jezus był Synem Bożym, czyli jedną z trzech Osób Trójcy. Może Go tylko deifikowali chrześcijanie po Jego śmierci? Bo też pewnie w ogóle nie zmartwychwstał?
W tym stanie rzeczy do biblistyki wchodzi papież. Nie urzędowymi przyhamowaniami uczonej myśli w dekretach i dokumentach, co też się mu zdarza, ale własną książką. Zupełnie własną: Jan Paweł II też pisał takowe, ale jak zmienił imię, to zmienił, a jego następca występuje na dwóch już tomach „Jezusa z Nazaretu” jako Joseph Ratzinger-Benedykt XVI. Profesor nie chce być na wieki wieków papieżem, przy czym jasno rozróżnia role. Jak chyba nigdy dotąd, chce być teologiem ze specjalnością biblistyczną. Bo Pismem Świętym interesuje się szczególnie i je kocha.
To oczywiście dobrze, a jeszcze lepiej, że jest Niemcem, a nie Polakiem. Mieli poglądy podobne, ale nie całkiem, bo szkoły teologiczne kończyli całkiem różne. Jeden był uczniem wielkiego teologa Karla Rahnera, który wychylał się za bardzo, więc nie został kardynałem, drugi krakowskiego profesora Ignacego Różyckiego, który przypisywał nieomylność encyklice „Humanae vitae” (wbrew właśnie Ratzingerowi). Otóż Karol Wojtyła nie był biblistą i to może dobrze, bo byłby pewnie bardziej ostrożny niż Joseph Ratzinger.

Biblista, który został papieżem, uważa oczywiście, że Jezus był Bogiem (i człowiekiem), że zmartwychwstał, nawet że Jego grób był pusty (co niektórzy bibliści podają w wątpliwość). Niemniej twierdzenie pewnego uczonego polskiego, jakoby była to frontalna polemika z biblistyką „pozytywistyczną”, wynika chyba z lektury innej książki niż ta, którą czytałem.
Benedykt XVI wchodzi w sam środek biblistyki współczesnej (także protestanckiej, która nie zawsze jest bardziej „postępowa” niż katolicka). Książka wręcz roi się od cytatów z dzieł uczonych zachodnich. Oczywiście sama ich ilość nie czyni wiosny, ważne jest też to, kogo i co się cytuje, ale klimat myślowy dzieła nie trąci mi bynajmniej jakąś generalną rozprawą ze śmiałkami. Wystarczy powiedzieć, że często i bez obrzydzenia cytowany jest Rudolf Bultmann, autor terminu „demitologizacja Biblii”, straszak teologii polskiej.

Najważniejsze jednak jest to, że papież biblista bynajmniej nie kryje, iż Pismo Święte nie jest merytorycznym monolitem. Spokojnie stwierdza, że tu rację ma Jan, nie „synoptycy” (trzej pierwsi ewangeliści), tam, że Łukasz, nie Mateusz. Nie akcentuje tych różnic, ale ich nie zaciera. Przykład w opisie dramatycznej modlitwy w Ogrójcu. Papież: „Mateusz i Marek mówią nam, że Jezus padł na ziemię, (...) Łukasz natomiast mówi, że Jezus modli się na kolanach”. Brak apologetyki, że to wychodzi na jedno, że nie ma żadnej różnicy. Reportażową dokładność Biblii Benedykt XVI kwestionuje na przykład tak: „Nie ma tutaj potrzeby dyskutować problemu, czy mowa ta została wygłoszona przez Piotra, czy przez kogoś innego, i kto jest jej redaktorem, jak również tego, gdzie i kiedy ona dokładnie powstała.” A przecież Dzieje Apostolskie w rozdziale drugim mówią to dość wyraźnie. Wreszcie takie zdanie w sprawie nagłośnionej przez dziennikarzy, czyli rzekomego antysemityzmu Ewangelii. Autor książki wyraźnie neguje prawdziwość twierdzenia Ewangelii Mateusza, że „cały tłum” żądał śmierci Jezusa. ”Mateusz nie podaje tu z pewnością faktu historycznego. Jak w tym momencie mógł tam być obecny cały lud i domagać się śmierci Jezusa? W sposób poprawny rzeczywistość historyczna jest ukazana u Jana i Marka.” Co do Jana i jego stosunku do sprawy biblijno-żydowskiej, odsyłam do mojej ”Pocztówki do Poncjusza Piłata”, zamieszczonej w poprzedniej ”Arce Noego” (chociaż mi jeszcze nie odpisał).

Można powiedzieć, że to przecież „normalka”, inaczej papież wyszedłby na tępego kaznodzieję, nie współczesnego uczonego. Ja jednak patrzę na wszystko znad Wisły i myślę o reakcjach na tę lekturę przeciętnego Polaka-katolika, który w ogóle o Biblii ma pojęcie raczej blade, a jeżeli jasne, to błędne. Zdziwi się, gdy też wyczyta, że zmartwychwstanie Chrystusa nie było faktem historycznym w tym sensie, co Jego narodzenie i śmierć. To była według papieża „mutacja”, coś zgoła innego niż przywrócenie do życia ziemskiego. To bytowanie absolutnie nowe. Ba, ów Polak zmiesza się jeszcze bardziej, gdy autor tej książki przyznaje się, że nie wie, jak wytłumaczyć dziwne pierwsze zakończenie Ewangelii Marka. Kobiety, które przyszły do grobu Jezusa i dowiedziały się od anioła, że On zmartwychwstał, dostały polecenie, żeby to powiedziały apostołom, ale „nikomu nie oznajmiły, bo się bały”. Do tej przedziwnej puenty dopisano później to, co mówią inne ewangelie, że jednak powiedziały - ale „pierwodruk” tekstu był taki. To zastanawia, nawet niektórym biblistom każe na tej podstawie twierdzić, że zmartwychwstania w ogóle nie było. Ale to już skrajność nie do przyjęcia nie tylko dla papieża, także dla mnie. Bo to jest sedno naszej chrześcijańskiej wiary, bez tego nie miałaby sensu. Na tym polega nasza wiara w nieśmiertelność. Nie wdaję się jednak w apologetykę, odsyłam do książki : artykuł jest o podstawowych nowościach biblistycznych, nie o tym, dlaczego jestem chrześcijaninem.

Z książki polski czytelnik dowie się również rzeczy mniejszej rangi, też jednak sprzecznych z wyobrażeniami „kościółkowymi”. Na przykład to, że Barabasz, Żyd uwolniony zamiast Jezusa, nie był zapewne po prostu bandytą, tylko antyrzymskim terrorystą. Ba, dwaj ukrzyżowani z nim „łotrzy”, „złoczyńcy” czy jak tam ich zwą ewangelie, też nie byli może kryminalistami, tylko zaciekłymi bojownikami o wolność narodu. No i że katastrofalne zburzenie Świątyni zaczęło się od tego, że pobili tam się owi bojownicy różnej maści.

Katolicy polscy, czytajcie „Jezusa z Nazaretu", bo warto. Książka analizuje, informuje, ale oczywiście też wzmacnia wiarę, choć nie tę naiwną.
Joseph Ratzinger- Benedykt XVI, „Jezus z Nazaretu, część II. Od wjazdu do Jerozolimy do Zmartwychwstania”, przeł. Wiesław Szymona OP, wyd. Jedność, Kielce, 2011 r.

19:24, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
środa, 23 marca 2011
Władza, prawda, papież

Ewangelia Mateusza 20
„A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: - Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.”
Wiedzieli to uczniowie, wiemy my pewnie jeszcze lepiej. Wie też Joseph Ratzinger-Benedykt XVI i w drugiej części swej książki „Jezus z Nazaretu” napisał refleksyjnie:

”Czy polityka może uznać prawdę za element swej struktury? Czy też musi prawdę, jako coś niedostępnego, pozostawić sferze podmiotowej, a zamiast niej szukać sposobów zaprowadzania pokoju i sprawiedliwości w posługiwaniu się instrumentami dostępnymi władzy? Jeśli weźmiemy pod uwagę niemożność znalezienia konsensu w prawdzie, to czy opierająca się na niej polityka nie stanie się narzędziem pewnych tradycji, które w rzeczywistości są tylko sposobami dochodzenia do władzy?

Z drugiej strony jednak, co dzieje się wtedy, gdy prawda się nie liczy? Jaka sprawiedliwość jest wtedy możliwa? Czy nie są tu konieczne wspólne kryteria, które rzeczywiście dają wszystkim gwarancję sprawiedliwości - kryteria, które nie są zależne od dowolności zmieniających się poglądów i koncentracji władzy? Czy nie jest prawdą, że wielkie dyktatury utrzymywały się przy życiu dzięki potędze kłamstwa, i że wyzwalać mogła tylko prawda?”

17:32, jan.turnau
Link Komentarze (53) »
wtorek, 22 marca 2011
I ojciec, i święty

Ewangelia Mateusza 23,9
„Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten, który jest w niebie.”
Między innymi w tym wersecie (jeszcze bardziej w Ewangelii Jana 17,11) jest biblijny powód do zakwestionowania papieskiego tytułu „Ojciec Święty” przez ewangelików i katolików bardziej wrażliwych na słowa Ewangelii. Można tutaj, co prawda, uważniej popatrzeć w kontekst, gdzie Jezus krytykuje nie tyle konkretne określenia, ile w ogóle wynoszenie się ponad zwykły lud uczonych w Piśmie i faryzeuszy. Kwestionowany jest także ”mistrz” i ”rabbi”. Niezgodna z Biblią widzi mi się w ogóle sakralizująca tytulatura kościelna katolicka i prawosławna, którą niestety zaraziliśmy protestujących przeciw niej ewangelików: nawet tam słychać już czasem o ekscelencjach i eminencjach...
A papież? Pamiętam niedokładnie fraszkę Kochanowskiego: „Świętym cię nie nazwę, ojcem się nie wstydzę, mój miły papieżu, gdy twe dzieci widzę”. Tytuł oczywiście niewłaściwy, choć dzisiejsi papieże zachowują celibat. Pasuje jednak przynajmniej do papieża, którego uważam za świętego i był naszym ojcem najtroskliwszym.

PS. Obejrzałem wczoraj wyrywkowo dyskusję „żydowską” u Lisa. Przyrównuję postawę obrońców Grossa do zachowania dobrego penitenta w konfesjonale: nie spowiada się z własnych grzechów z zastrzeżeniem, że bliźni są jeszcze gorsi. Cóż z tego, że na przykład Francuzi mają na sumieniu dużo więcej, o Niemcach nie wspominając?

19:55, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 21 marca 2011
Nie sądźcie, bo was osądzą. Nie chowajcie Biblii pod korcem (ani pod kocem)

Ewangelia Łukasza 6, 37
„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni".
Na podstawie autorefleksji wymyśliłem kiedyś sposób na realizację powyższej maksymy: gdy na przykład przyjdzie na Ciebie myśl, że Iksiński jest gadułą niewytrzymywalną, przyjrzyj się samemu sobie: nie zobaczysz może belki w oku swoim, ale za to w buzi swojej ozorek wielce dynamiczny.

Mój organ mowy wciąż mi służy za dobrze, ale długopis też niezgorzej, więc ogłaszam, dlaczego głównie zrobiłem sobie w blogowaniu pauzę tygodniową. Otóż, jak już napisałem tu zaraz po fakcie, nasz bibliofil najmiłościwszy Ryszard Tomaszewski wydał nam kolejną książkę z Pismem Świętym, mianowicie listy Pawła wszystkie trzynaście.

Liczba podobno feralna (dlatego może istniała w moim Kościele przejściowa skłonność do dołączania do tzw. „corpus paulinum" na pewno nie Pawłowego Listu do Hebrajczyków...), dla mnie jednak przeszczęśliwa. Zadałem mianowicie w „Metrze" zagadkę, co to za listopis wciąż tłumaczony i drukowany, którego „pisanki" wyszły właśnie w moim paroprocentowym przekładzie. Obiecałem jako nagrodę dla tych, co zgadli, rzeczoną tu publikację. Spodziewałem się maksimum pięciu dobrych odpowiedzi, przyszło jednak złych najwyżej pięć, a dobrych ze sto. Mało co się skrywa pod korcem, a już Biblię nigdy, więc mam robotę wysyłkową wielką (o tutejszej PT Ewie nie zapomnę, gdy ujawni swój adres na jan.turnau@agora.pl). Ale mimo jej czasochłonności do blogowania wracam, bo chyba się przydaje nie tylko mnie.

Co zaś do owego korca, to pewien działacz podziemia podkręcał był drugiego, dominikanina dziś wspaniałego, żeby ten nie skrywał czegoś pod kocem. Drugi jednak odciął się uwagą, że w Biblii o nic pod kocem nie chodzi, tylko o... Ten pierwszy myśli, myśli: - Pod kołdrą! Może jednak żartował, w każdym razie byczo jest, bo wśród lektorów „Metra" bibliofilów legion!

PS. A w związku z nową książką BXVI napisałem w ”Arce Noego” tak.

Pocztówka do Poncjusza Piłata
Poncjuszowi Piłatowi Jan Turnau pozdrowienia w zaświaty śle.

Prokuratorze czcigodny, z tamtego świata widzisz, co się dzieje na ziemskim podwórku. Wiesz, że od wielu wieków jesteś bohaterem wyznania wiary wielkiej religii, która się na Twoich oczach zaczynała. W naszym ”Credo” występujesz, co prawda, w roli czarnego charakteru: mówimy, że Jezus Chrystus został umęczony „pod Ponckim Piłatem". Gdy jednak zajrzymy do naszego głównego źródła wiary, do Biblii, szczególnie do Ewangelii św. Jana, nie wypadasz wcale najgorzej. Zgadzasz się w końcu na ukrzyżowanie Jezusa, ale dlatego, że żąda tego żydowska elita władzy. Że straszy cię gniewem cezara, bo Jezus uważał się za króla żydowskiego, czyli władzę cesarską rzekomo kwestionował. Sam Jezus tam Ci mówi, że większy grzech mają owi Żydzi.

Otóż wielu biblistów uważa, że ten obraz Żydów i Rzymian, wybielający tych drugich, został przez pierwotny Kościół namalowany tendencyjnie. Skonfliktowani już potężnie z żydowskimi elitami władzy, chcieliśmy się dla równowagi przypodobać władzy cesarskiej, wybielając jej przedstawiciela, czyli Ciebie, chociaż historycy Tobie współcześni mają Cię za okrutnego cynika. Papież Benedykt XVI w swojej nowej książce o Jezusie z Nazaretu kwestionuje taką interpretację biblistów. Nie żeby uważał każde zdanie Biblii za zgodne z historią, ale w tej sprawie sądzi co innego. Przypomina, że przecież Księga Apokalipsy, która powstała mniej więcej w tym samym czasie, co Ewangelia św. Jana, jest ostro antyrzymska, bo też Rzym bardzo już wtedy prześladował chrześcijan. Można na to, co prawda, odpowiedzieć, że przecież w ogóle różne księgi Biblii mają różny wydźwięk: Księga Apokalipsy zwalczała Rzym, a Ewangelia Jana starała się go obłaskawić. Niemniej staję raczej po stronie papieża. Nie jestem historykiem ani fachowym biblistą, więc powinienem milczeć, niemniej muszę napisać, że przekonuje mnie raczej papieska argumentacja - ale też po prostu cieszy. Chciałbym nie tylko lepiej myśleć o moich ówczesnych współwyznawcach, ale też żebyś Ty uchodził za lepszego. Porusza mnie Twój ewangelijny wizerunek człowieka strachliwego, oczywiście oportunistę, ale nie bez dobrych uczuć i jakiegoś jednak poczucia sprawiedliwości. Jako jednego z nas, całkiem zwykłych zjadaczy chleba...
Powiedz nam, jak było naprawdę, Poncki Piłacie.

e sądźcie, bo was osądzą. Nie chowajcie Biblii pod korcem (ani pod kocem).

Ewangelia Łukasza 6, 37

„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni".

Na podstawie autorefleksji wymyśliłem kiedyś sposób na realizację powyższej maksymy: gdy na przykład przyjdzie na Ciebie myśl, że Iksiński jest gadułą niewytrzymywalną, przyjrzyj się samemu sobie: nie zobaczysz może belki w oku swoim, ale za to w buzi swojej ozorek wielce dynamiczny.

Mój organ mowy wciąż mi służy za dobrze, ale długopis też niezgorzej, więc ogłaszam, dlaczego głównie zrobiłem sobie w blogowaniu pauzę tygodniową. Otóż, jak już napisałem tu zaraz po fakcie, nasz bibliofil najmiłościwszy Ryszard Tomaszewski wydał nam kolejną książkę z Pismem Świętym, mianowicie listy Pawła wszystkie trzynaście.

Liczba podobno feralna (dlatego może istniała w moim Kościele przejściowa skłonność do dołączania do tzw. „corpus paulinum" na pewno nie Pawłowego Listu do Hebrajczyków...), dla mnie jednak przeszczęśliwa. Zadałem mianowicie w „Metrze" zagadkę, co to za listopis wciąż tłumaczony i drukowany, którego „pisanki" wyszły właśnie w moim paroprocentowym przekładzie. Obiecałem jako nagrodę dla tych, co zgadli, rzeczoną tu publikację. Spodziewałem się maksimum pięciu dobrych odpowiedzi, przyszło jednak złych najwyżej pięć, a dobrych ze sto. Mało co się skrywa pod korcem, a już Biblię nigdy, więc mam robotę wysyłkową wielką (o tutejszej PT Ewie nie zapomnę, gdy ujawni swój adres na jan.turnau@agora.pl). Ale mimo jej czasochłonności do blogowania wracam, bo chyba się przydaje nie tylko mnie.

Co zaś do owego korca, to pewien działacz podziemia podkręcał był drugiego, dominikanina dziś wspaniałego, żeby ten nie skrywał czegoś pod kocem. Drugi jednak odciął się uwagą, że w Biblii o nic pod kocem nie chodzi, tylko o... Ten pierwszy myśli, myśli: - Pod kołdrą! Może jednak żartował, w każdym razie byczo jest, bo wśród lektorów „Metra" bibliofilów legion!

PS. A w związku z nową książką BXVI napisałem w ”Arce Noego” tak.

Pocztówka do Poncjusza Piłata

Poncjuszowi Piłatowi Jan Turnau pozdrowienia w zaświaty śle.

Prokuratorze czcigodny, z tamtego świata widzisz, co się dzieje na ziemskim podwórku. Wiesz, że od wielu wieków jesteś bohaterem wyznania wiary wielkiej religii, która się na Twoich oczach zaczynała. W naszym ”Credo” występujesz, co prawda, w roli czarnego charakteru: mówimy, że Jezus Chrystus został umęczony „pod Ponckim Piłatem". Gdy jednak zajrzymy do naszego głównego źródła wiary, do Biblii, szczególnie do Ewangelii św. Jana, nie wypadasz wcale najgorzej. Zgadzasz się w końcu na ukrzyżowanie Jezusa, ale dlatego, że żąda tego żydowska elita władzy. Że straszy cię gniewem cezara, bo Jezus uważał się za króla żydowskiego, czyli władzę cesarską rzekomo kwestionował. Sam Jezus tam Ci mówi, że większy grzech mają owi Żydzi.

Otóż wielu biblistów uważa, że ten obraz Żydów i Rzymian, wybielający tych drugich, został przez pierwotny Kościół namalowany tendencyjnie. Skonfliktowani już potężnie z żydowskimi elitami władzy, chcieliśmy się dla równowagi przypodobać władzy cesarskiej, wybielając jej przedstawiciela, czyli Ciebie, chociaż historycy Tobie współcześni mają Cię za okrutnego cynika. Papież Benedykt XVI w swojej nowej książce o Jezusie z Nazaretu kwestionuje taką interpretację biblistów. Nie żeby uważał każde zdanie Biblii za zgodne z historią, ale w tej sprawie sądzi co innego. Przypomina, że przecież Księga Apokalipsy, która powstała mniej więcej w tym samym czasie, co Ewangelia św. Jana, jest ostro antyrzymska, bo też Rzym bardzo już wtedy prześladował chrześcijan. Można na to, co prawda, odpowiedzieć, że przecież w ogóle różne księgi Biblii mają różny wydźwięk: Księga Apokalipsy zwalczała Rzym, a Ewangelia Jana starała się go obłaskawić. Niemniej staję raczej po stronie papieża. Nie jestem historykiem ani fachowym biblistą, więc powinienem milczeć, niemniej muszę napisać, że przekonuje mnie raczej papieska argumentacja - ale też po prostu cieszy. Chciałbym nie tylko lepiej myśleć o moich ówczesnych współwyznawcach, ale też żebyś Ty uchodził za lepszego. Porusza mnie Twój ewangelijny wizerunek człowieka strachliwego, oczywiście oportunistę, ale nie bez dobrych uczuć i jakiegoś jednak poczucia sprawiedliwości. Jako jednego z nas, całkiem zwykłych zjadaczy chleba...

Powiedz nam, jak było naprawdę, Poncki Piłacie.

17:20, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 14 marca 2011
Drogi do Boga, nie bezdroża. Krzysztofa Kozłowskiego pochwała prywatna

Ewangelia Mateusza 25,31-46
Wizja Sądu Ostatecznego niezmiernie ważna doktrynalnie, bo podająca kryteria owego osądzania. Otóż są one zupełnie nie konfesyjne: po prostu etyczne. Rządzi nimi zasada: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili". Zasada zaiste rewolucyjna, będąca podstawą do radykalnego otwarcia na wszystkie światopoglądy, wszystkie religie, a w każdym razie wszystkich ich wyznawców, jeżeli tylko są zdania, że bliźniemu należy pomagać, i pogląd ów w czyn obracają.
Tu jednak pewien problem zoologiczno-antropologiczny. Otóż w tej ewangelijnej wizji Chrystus dzieli narody albo też raczej konkretnych ludzi na dobrych i złych. Pierwszych umieszcza na prawicy, drugich na lewicy, co oczywiście nie ma nic wspólnego z polityką, oraz pierwszych zwie owcami, drugich kozłami.
Nie ma to z kolei wiele wspólnego z naukową zoologią (baran też bywa niebezpieczny), a już na pewno żaden Baranowski nie jest z zasady lepszy od Kozłowskiego. Dowcipkuję w ten sposób, by następnie wyrazić moją wdzięczność dla Krzysztofa o tym nazwisku, z powodu pewnego dobrego czynu, o który go prosiłem, i który wykonał z nawiązką. Drogi Krzysztofie, Bóg zapłać!

Na koniec wybiórcze omówienie książki o trzech religiach. O trzech drogach do Boga, nie będących żadną miarą bezdrożami, jeżeli tylko ich wyznawcy miłują bliźnich swoich jakby Boga samego.
Nota bibliograficzna: Beata Deskur, Tomasz Królak: „Drogi do Boga. Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie o sobie”. Edycja Świętego Pawła. Częstochowa 2011.
Najpierw zamyślenie nad tytułem. Drogi do Boga... Kto twierdzi, że w Kościele nic się nie zmienia, ślepy jest albo oczy swej duszy ręką starannie zasłania. Bo czyż jeszcze pół wieku temu wydawnictwo katolickie (albo i inne chrześcijańskie) zgodziłoby się na taki tytuł swojej książki. Przecież dopiero parę lat później Sobór Watykański II ogłosił swoją Deklarację o religiach niechrześcijańskich „Nostra aetate”, w której zapewnił, że owe religie „nierzadko odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi”. Dziś takie słowa wydają się zaledwie promyczkiem światła, które oświeca teraz ciemnogrody religijne, ale jeszcze niedawno królowała duchowa i myślowa ciasnota.

Co do Żydów - wiadomo. Holokaust był, co prawda, dziełem diabelstwa, które uderzyło w obie religie (choć w judaizm oczywiście bardziej), ale chrześcijaństwo nie było tu bez winy: uczyło pogardy wobec tych, których dziś nazywa się starszymi braćmi w wierze, i była to nieraz pogarda krwiożercza. Co do muzułmanów, był to przede wszystkim wróg wojenny: groźny militarnie. Doktrynalnie oczywiście obcy, zresztą słabo znamy, co wciąż widać w używaniu terminu „mahometanin”, choć islam uparcie podkreśla , że Muhammad był tylko prorokiem, acz ostatnim i definitywnym.
Dzisiaj obowiązuje dialog. A żeby rozmawiać, wymieniać poglądy, uczyć się trochę od innych, trzeba wiedzieć, w co wierzą, co myślą. Wiedzieć, jakie są te inne drogi do Boga, nie bezdroża. Forma książki dziennikarska: wywiady z trzydziestoma przedstawicielami tych trzech religii, dziesięcioma z każdej. Podzielono między nich tematy: Bóg i człowiek, święta i kluczowe momenty życia, modlitwa, kobieta-mężczyzna, rodzina-małżeństwo, seks-prokreacja-antykoncepcja, bioetyka, zło-grzech-szatan, śmierć i sprawy ostateczne, stosunek do innych religii.

Stanowisko Żydów i muzułmanów w różnych sprawach konkretnych jest dla nas ciekawe, szczególnie gdy dotyczy kwestii bardziej „życiowych” oraz tak kontrowersyjnych, jak antykoncepcja i bioetyka. Jeszcze ciekawsze wydawało mi się jednak pytanie: jeśli inna religia, to jednak droga a nie bezdroże, to jaka jest jej jakość? Autostrada czy zaledwie kiepski asfalt na dwóch metrach szerokości?

Stanowisko chrześcijańskie, raczej konkretnie katolickie, przedstawia katolicki współprzewodniczący Polskiej Rady Katolików i Muzułmanów, islamolog, wykładowca KUL-u, ks. Adam Wąs. Są w teologii katolickiej trzy główne kierunki. Ekskluzywizm: jedna prawdziwa religia, inne fałszywe. Inkluzywizm: jedna religia ma charakter nadrzędny, ale w innych są elementy prawdy. Oraz pluralizm: wszystkie religie są równe, żadna nie ma prymatu, wszystkie są komplementarnymi drogami prowadzącymi do tej samej transcendentnej rzeczywistości. Ksiądz Wąs uważa za przewrót myślowy wręcz kopernikowski rezygnację Kościoła rzymskokatolickiego z radykalnego ekskluzywizmu, dokonaną dopiero na Soborze Watykańskim II. Co do mnie, myślę, że był to - jeśli nie jest jeszcze gdzie niegdzie - ekskluzywizm w ogóle chrześcijański. U tego teologa można wyczytać również, że watykańska deklaracja „Dominus Jezus” daleka jest od stanowiska pluralistycznego: „W teologii i dialogu międzyreligijnym nie może być osłabiony wyjątkowy i absolutny charakter zbawienia dokonanego w Jezusie Chrystusie. W deklaracji podkreślono również daleko idącą zależność zbawienia otrzymanego przez wyznawców religii pozachrześcijańskich od zbawienia dokonanego w Chrystusie.” Oznacza to zapewne - uwaga moja - zakwestionowanie na przykład hipotezy któregoś z niepolskich teologów katolickich, że Słowo Boże wcieliło się w konkretnego człowieka Jezusa z Nazaretu, ale to nie znaczy, że w jakiś inny sposób nie może działać nie przez to Słowo w innych religiach. Tamto stwierdzenie watykańskiej deklaracji - powiada dalej, jakby delikatnie dystansując się, ks. Wąs - „wywołało wiele kontrowersji i sprawia spore trudności interpretacyjne”. I sam dodaje jeszcze jedną koncepcję. Tak zwana teoria wypełnienia głosi, że wyznawcy innych religii „podlegali działania łaski Bożej, zaś ich zbawienie było wynikiem ukrytego działania Chrystusa.” Jeśli jednak to było - jak czytamy u ks. Wąsa - tylko przygotowanie do chrześcijaństwa, to chyba znaczy, że teraz czas na jego przyjęcie.
Czyli właśnie problem zasadniczy: nawracać czy nie nawracać? Bo każda droga jakoś dobra, ale autostrada nie ma sobie równych.
O stosunku judaizmu do innych religii opowiada w „Drogach do Boga” intelektualista żydowski, profesor Stanisław Krajewski, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Przeczytałem: „W monoteizmie mamy do czynienia ze stwierdzeniami, które funkcjonują jako niewątpliwie prawdziwe w ramach jednej, ale już nie innej religii. W ramach judaizmu takim twierdzeniem jest np. to, że Żydzi byli i są wybrani w szczególny sposób; w ramach chrześcijaństwa, że Jezus jest Bogiem; w ramach islamu, że Mahomet jest największym i ostatecznym prorokiem. Przenoszenie takich przeświadczeń do innych religii daje fałsz. Istnieje wewnętrzna prawdziwość w ramach narracji konkretnej tradycji, a ponieważ nie ma narracji absolutnej, obowiązującej wszystkich, więc nie ma także absolutnej prawdziwości. Ale nie znaczy to, że wszystko jest względne i nie można mówić o prawdziwości. Takie stwierdzenia są prawdziwe, niejako stają się prawdziwe w ramach żyjącej tradycji.” To chyba właśnie religioznawczy pluralizm.
Na koniec religia najmłodsza. O islamie opowiada imam Ali Abi Issa, dyrektor Muzułmańskiego Centrum Kulturalno-Oświatowego we Wrocławiu. Na pytanie, „czy i w jaki sposób Koran odnosi się do chrześcijan”, imam odpowiada tak: „Koran prezentuje tu dwojakie stanowisko: raz mówi o wyznawcach Chrystusa dobrze, a w innych miejscach - krytycznie. Jako teolog rozumiem to tak: w pozytywnym sensie Koran przedstawił tych chrześcijan, którzy byli wierni doktrynie usłyszanej od Issy, czyli Jezusa. Stanowi ona, że on jest jedynie prorokiem, a Ojciec jest jedynym Bogiem. Zwolennikami tej doktryny byli nazarejczycy, później ebionici itd. aż do VIII wieku, kiedy to - jak podaje „Encyklopedia katolicka” - zostali chłonięci przez islam, bowiem doktryna chrześcijańska była podobna do ich przekonań.” Czyli Jezus nie twierdził, że jest Bogiem. Dalej tak: „Trójcy Świętej nie sposób pogodzić z monoteizmem, zatem islam uważa, że ci, którzy wierzą w Trójcę Świętą, odeszli od wiary w jednego Boga (...) Ale przypominam: wobec różnic między »ludźmi Księgi« Bóg zaleca w Koranie, aby różnice te pozostawić Mu do rozstrzygnięcia w dniu Sądu Ostatecznego. Natomiast tu, na ziemi, należy rywalizować na rzecz dobra.” Imam uważa, że Benedykt XVI w przeciwieństwie do Jana Pawła II jest doktrynerem, ale przyznaje, że „wśród muzułmanów też są doktrynerzy.”. To mądre słowa: dialog wymaga autokrytyki.

„Drogi do Boga” to nie kieszonkowy leksykon, to poważna lektura religioznawcza, jakich u nas wciąż nie za wiele. Wyłapałem jeden mały błąd: starożytny król (Antioch IV) Epifanes nie był Persem, raczej Grekiem (Hellenem), ale to zupełny detal. Wiedza w książce i tak naprawdę wielka.
A na koniec ostateczny wiadomość, że zawieszam moje blogowanie na cały tydzień: wiosenne zmęczenie, nawał zajęć innych, przede wszystkim lektura nowej biblistycznej książki BXVI, ale również ożywiona korespondencja z czytelnikami mego felietonu w „Metrze", których - okazuje się - mam zaprawdę legion!

16:22, jan.turnau
Link Komentarze (95) »
niedziela, 13 marca 2011
Adam i Ewa, czyli my wszyscy

Księga Rodzaju 2,7-9.3,1-7
List do Rzymian 3,12-19
Zanim zacznę komentować, chcę o czymś poinformować. Otóż nasz czteroosobowy Zespół Ekumeniczny, tworzący Ekumeniczny Przekład Przyjaciół, dorobił się już wydania wszystkich listów św. Pawła (czyli także głównego: Listu do Rzymian, który dziś czytamy). jest to, rzecz jasna, dzieło Pawła, ale też po trosze Michała, ks. Czajkowskiego, który ma w tym tomie najwięcej z nas tekstów komentarzowych. Książkę myślę chętnie gratis każdemu, kto uchyli rąbka tajemnicy swego adresu.
A dziś czytamy o pewnej tajemnicy, całkiem innej niż lokalizacyjna. Nie o tym, co gdzie, ale skąd. Mianowicie skąd zło: „unde malum”? Bo przecież o tym jest dzisiejsza perykopa z Księgi Rodzaju: opowiadanie o grzechu Adama i Ewy. Wtedy zło zalęgło się na naszej planecie, bo ta ludzka para zamiast spożyć przewrotnego węża dała się przezeń zdemoralizować.
Z tą perykopą jest ten problem, żeby nie potraktować jej jako reportażu, ale zarazem nie zlekceważyć dokumentnie. Owszem, obśmiewać trochę można, rzecz jest żydowska, a Żydzi sami z wszystkiego robią tak zwane jaja. W teatrzyku Gałczyńskiego „Zielona gęś” był taki dramacik. Ewa: udało mi się zerwać pyszne jabłko. Adam: daj ugryźć. Ewa: nie dam! Adam: daj, proszę cię! Ewa: nie chcę! Narrator: cała Biblia na nic...
Nie wylewajmy jednak Biblii z kąpielą żadnego dowcipu. W końcu gołym okiem widać, że coś z nami nie tak. Czy zaczęło się od dwojga w Raju, czy od wielorga w gorszych warunkach, to inna sprawa. W dzisiejszym tekście Pawłowym mowa jest zresztą nawet o jednym człowieku, nie dwóch ludziach. Nie dlatego, że ów autor uznał Ewę za niewinną albo za nieczłowieka: jeden, przez którego grzech (i śmierć) przyszedł na wszystkich był mu w takiej liczbie potrzebny, by go porównać z też jednym, przez którego „o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży.”
Czy wszystko zaczęło się od tamtych dwojga? Na pewno w każdym razie na nich się nie skończyło: wszyscyśmy tacy, jak oni.

09:37, jan.turnau
Link Komentarze (54) »
sobota, 12 marca 2011
Jeść i pić z taką hołotą

Ewangelia Łukasza 5,30
„Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?”
Komentarz redaktora naczelnego „Więzi” Zbigniewa Nosowskiego dla „Gościa Niedzielnego”: „Dzisiaj pytają z oburzeniem: dlaczego zadajecie się z ludźmi oddalonymi od Kościoła?
Postawa Jezusa niezmiennie niepokoi ludzi rozmiłowanych w rytualnej czystości i wąsko rozumianej pobożności. Wtedy pytali: «Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?». Dzisiaj szemrzą i pytają z tym samym oburzeniem: dlaczego zadajecie się z ludźmi oddalonymi od Kościoła? Dlaczego swoim towarzystwem uwiarygodniacie wrogów Pana Boga? Dlaczego uśmiechacie się życzliwie do ludzi krytycznych wobec chrześcijaństwa? Dlaczego pisujecie w ich gazetach? Dlaczego występujecie w ich stacjach telewizyjnych? Dlaczego bywacie w ich domach? Dlaczego podejmujecie z nimi dialog? Dlaczego się od nich jasno nie odetniecie? A przecież jadanie «z celnikami i grzesznikami», ciepłe ludzkie kontakty z nimi, to i przejaw zwykłej ludzkiej braterskiej życzliwości, i przecieranie szlaków do ich serc dla Boga.”

No właśnie, na przykład redaktor Nosowski nie wypluwa z ust swoich nawet „Gazety Wyborczej”... A może to kwestia smaku? Może niektórzy wolą konsumować z niekatolikami niż z katolikami szczególnej maści? Omasty ciężko strawnej... Może niektórzy wręcz pamiętają, że pierwsi mogą być ostatnimi, a ostatni pierwszymi?

Zbyszku drogi, Bóg zapłać! Za przecieranie szlaków.

09:01, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
piątek, 11 marca 2011
Rozerwać kajdany zła

Księga Izajasza 58,4-7
”Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich waszych robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów i wśród bicia niegodziwą pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż ja taki post jak ten wybieram sobie w dniu, w którym się człowiek umartwia? Czy zwiesić głowę jak sitowie i użyć woru z popiołem za posłanie, czyż to nazwiesz postem i dniem miłym dla Pana? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać? Dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków?”

Wielka poezja na temat postu. Księga Izajasza (zapewne dzieło trzech kolejnych autorów) prześwituje Ewangelią na kilka wieków przed Chrystusem. Myślę o uciskaniu pracowników przez bardzo pobożnych katolików: niech pomyślą trochę etycznie na przykład właściciele megasamów. Chociażby przez te parę tygodni postu zwanego wielkim. Żeby on naprawdę był taki.

09:30, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
czwartek, 10 marca 2011
Się

Ewangelia Łukasza 9,23
„Jeśli ktoś chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie.”

Zaprzeć się siebie... Kwadratura koła. Wyciągnąć samego siebie z jakiejś topieli, ciągnąc się za włosy.
A przecież chodzi tylko o to, żeby się nie ubóstwiać. O tę szczególną formę bałwochwalstwa.

Egoizm i egocentryzm to nie całkiem to samo. Ludzie na swój sposób oddani innym potrafią zanudzać na śmierć bliźnich opowieścią o sobie samych, natomiast egoista potrafi świetnie zabawiać słuchaczy. Ale już słuchanie mu raczej nie idzie.

Praca nad sobą - pojęcie trochę zapomniane. Napisałem „trochę”, bo nie lubię narzekania na dzisiejsze czasy, młodzież dzisiejszą, na różne luzy. Niemniej prezerwatywa nikogo nie zbawi: trzeba techniki, ale też trochę etyki, poczucia odpowiedzialności czy po prostu kultury. Ogromna mogłaby być rola kolorowych pism dla młodzieży. Dotąd raczej demoralizowały, czego skutki dobrze widać (publikacje w ”Wysokich Obcasach). Seksmoda robi swoje.

Przemoc najpotworniejsza: opanować SIĘ.

21:41, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
środa, 09 marca 2011
Sprawy ducha, a nie brzucha

Księga Joela 2,12-13
„Tak mówi Pan: nawróćcie się do mnie całym sercem, przez post, płacz i lament. Rozdzierajcie wasze serca a nie szaty”.
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim Środa Popielcowa: początek sześciotygodniowego czasu refleksji duchowej, zwanego Wielkim Postem. Czasu przygotowującego do święta Paschy, do głębszego przeżywania pamiątki śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Przygotowanie to odbywa się w Polsce wciąż tradycyjnie przez post ilościowy oraz jakościowy (ryba zamiast innych zwierząt), ale ta asceza gastronomiczna nie może być najważniejsza. Post jest przede wszystkim sprawą serca, czyli ducha, a nie brzucha. Serdeczność wobec bliźniego, pogodzenie się z nim po długotrwałym konflikcie, cierpliwsze znoszenie jego gadulstwa ważniejsze są od tego, co na talerzu, od wszelkich znaków zewnętrznych. A jeżeli już ograniczenia żywnościowe, to nie czysto formalne w stylu: ryba, czyli łosoś droższy, mniej ascetyczny przecież od kurczaka. Sensowniejsza etycznie jest na przykład rezygnacja z czekolady czy innych przysmaków niż podobne rozróżnianie między kręgowcami.

Każda religia ma skłonność do formalizowania zasad, ale chrześcijaństwo powstało właśnie z buntu przeciw formalnym rygorom judaizmu, między innymi również gastronomicznym!
Bądźmy konsekwentni, uwierzmy Ewangelii!
Post jest pomysłem ogólnochrześcijańskim i nie tylko chrześcijańskim. Praktykowany jest w innych religiach. Co więcej, prawosławie stosuje tradycyjne zasady postne o wiele bardziej rygorystycznie niż katolicyzm, ewangelicy jednak zrezygnowali z nich przykładnie. Nie róbmy z zasad kościelnych czegoś w rodzaju kodeksu drogowego!

15:18, jan.turnau
Link Komentarze (44) »
wtorek, 08 marca 2011
Mężczyźni i kobiety. Papież i Żydzi

Księga Tobiasza 2,10-23 Wlg
„Zdarzyło się, że pewnego dnia Tobiasz, będąc znużony grzebaniem zmarłych, powróciwszy do swego domu, położył się przy ścianie i zasnął. Podczas gdy spał, spadł z gniazda jaskółczego ciepły gnój na jego oczy, i zaniewidział. Pan dopuścił, aby mu się przytrafiło to doświadczenie, aby potomnym był dany przykład jego cierpliwości jak Joba świętego. Ponieważ od dzieciństwa bał się Boga i zachowywał Jego przykazania, nie szemrał przeciw Bogu, że go dotknęło nieszczęście ślepoty, lecz pozostał nieporuszony w bojaźni Bożej, składając Bogu dzięki przez wszystkie dni swego życia. Jak bowiem przełożeni rodów urągali błogosławionemu Jobowi, tak krewni i przyjaciele naśmiewali się z życia Tobiasza mówiąc: - Co się stało z twoją nadzieją, dla której dawałeś jałmużny i sprawiałeś pogrzeb zmarłym? Tobiasz zaś karcił ich, mówiąc: - Nie mówcie tak: jesteśmy bowiem dziećmi świętych i oczekujemy tego życia, które Bóg da tym, co nigdy w stosunku do Niego nie zmienią swej wiary. Anna zaś, jego żona, chodziła codziennie na pracę tkacką i z pracy rąk swoich, co mogła zarobić, przynosiła na pożywienie. I przytrafiło się, że otrzymawszy koźlę, przyniosła domu. Mąż jej, słysząc beczenie koźlęcia, rzekł: - Baczcie, czy czasem owo koźlę nie zostało skradzione, a oddajcie je jego panu; nie godzi się nam bowiem spożywać czegoś z kradzieży ani nawet dotykać. Na to żona jego z gniewem odpowiedziała: - Jest oczywiste, że twoja nadzieja stała się próżną; oto, co ci przyniosły twoje jałmużny! Urągała mu tymi i podobnymi słowami”.

”Błogosławiony Job” to oczywiście Hiob. Z jego nazwaniem mamy jednak kłopot, bo imię jego było właściwie Ijjob (albo Ijjow), co nie bardzo wiadomo, jak w polskim tekście napisać. Skrót „Wlg” przy ”namiarach” tekstu znaczy natomiast, że jest to polskie tłumaczenie przekładu łacińskiego księgi, zwanego Wulgatą, do niedawna królującego w moim Kościele. A ów przekład jest chwilami wręcz parafrazą, zawiera dodatki czasem całkiem spore.

Tutaj jednak są niewielkie, opowieść jest właściwie taka sama. No i jest w niej coś jakby na dzień dzisiejszy w kalendarzu zupełnie świeckim (choć niekoniecznie komunistycznym): na Święto Kobiet. Oczywiście żartuję, płci pięknej nie utożsamiam z żoniną swarliwością. A zresztą czyż pani Tobiaszowa nie miała prawa zezłościć się na męża, gdy wydziwiał moralnie zamiast podziękować jej, że zastępowała go w jego obowiązkach finansowych?

Mój komentarz ogólnofeministyczny jest natomiast taki, że z kobietami jak, nie przymierzając, z mniejszościami religijnymi. Nie dlatego, że pań jest mniej niż panów, bo na ogół na szczęście tyle samo, ale z powodu męskiej dominacji, podobnej do tej, którą uskuteczniają religijne większości. No i podobne są kompleksy dominowanych, ich żale, pretensje; może czasem przesadne, ale psychologicznie zrozumiałe.

Żydzi tylko w swojej staro-nowej ojczyźnie są większością, więc nie zmienię radykalnie tematu, gdy wpiszę tutaj komentarz, który wymyśliłem wczoraj na temat zdrowo filosemickich twierdzeń w nowej książce Papieża (dałem najpierw wyborczej.pl) .

Nie jest to w Kościele katolickim rewolucja pojęciowa. Dokonał jej już Sobór Watykański II w roku 1965. Ogłosił wtedy ”Deklarację o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich”, w której stwierdził: ”Pomimo że przywódcy Żydów wraz ze swymi zwolennikami usilnie domagali się śmierci Chrystusa, to jednak tym, co wydarzyło się w czasie Jego męki, nie można obciążać ani wszystkich bez różnicy Żydów, którzy wówczas żyli, ani Żydów dzisiejszych. Chociaż bowiem Kościół jest nowym Ludem Bożym, to jednak Żydzi nie mogą być przedstawiani ani jako odrzuceni przez Boga, ani jako przeklęci, co jakoby wynika z Pisma Świętego”.

Otóż w swojej nowej książce, która ukaże się po polsku lada dzień, papież Benedykt XVI zajął się teraz między innymi tym, co wynika w tej sprawie z Biblii, oczywiście z jej części chrześcijańskiej. Jest tam mianowicie w Ewangelii według św. Jana powiedziane, że Piłat pokazał zgromadzonym przed jego pałacem Żydom Jezusa zmaltretowanego, w koronie cierniowej, licząc na to, że widzów wzruszy i przekona, iż ukarał Go dostatecznie. Jednak ”gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: «Ukrzyżuj! Ukrzyżuj»”. I potem dalej tak nalegali na broniącego Jezusa Piłata. W Ewangelii Mateusza jest wręcz powiedziane, że Jego śmierci domagał się ”cały lud”.

Otóż papież argumentuje tu tak, jak większość dzisiejszych biblistów katolickich. Pyta retorycznie, jak cały ówczesny lud izraelski mógł być wtedy na tamtym miejscu. Odpowiada, że odpowiedzialność ponosi arystokracja świątynna oraz zwolennicy Barabasza. Był to uwięziony przez Rzymian radykalny przeciwnik tego okupanta: w Ewangelii Mateusza powiedziane jest zresztą, że to właśnie owi arcykapłani namówili tłumy, by żądały od Piłata uwolnienia Barabasza, a ukrzyżowania Jezusa. Czyli zawiniła tylko żydowska elita władzy.

Niektórzy bibliści katoliccy idą dalej, twierdząc, że te dwie ewangelie późniejsze są tendencyjne: żeby mieć z okupantem lepsze stosunki, starają się usprawiedliwić Rzymian, niesłusznie obciążając Żydów. Papież odpiera jednak ten zarzut: ”Powiada się często, że ewangelie z powodów politycznych faworyzując Rzymian, przedstawiały Piłata coraz bardziej pozytywnie, stopniowo zrzucając na Żydów coraz większą odpowiedzialność za śmierć Jezusa” . Benedykt XVI kwestionuje możliwość takiej tendencji wśród ewangelistów.

Tak czy inaczej, jest to kolejny konieczny krok w dialogu dwóch ludów Biblii. Kolejna obrona Żydów przed potwornym zarzutem, który miał skutki ludobójcze, przyczyniając się do Zagłady. Teraz można porównywać Żydów do Greków, Jezusa do Sokratesa: kiedyś przecież też elita tamtego narodu spowodowała śmierć swego wielkiego syna. Owszem, bardzo dawno temu go zrehabilitowała. Ale i po stronie żydowskiej widać coraz większe otwarcie: stopniowe docenianie proroka Jezusa z Nazaretu.

20:53, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 07 marca 2011
Na przykład ksiądz Bogdański

Psalm 112,1
„Szczęśliwy, kto się boi Pana
i kocha Jego przykazania.”
Przekład ekumeniczny 11 Kościołów polskich. Biblia Tysiąclecia ma tutaj jednak: „Błogosławiony człowiek, który boi się Pana i wielką radość znajduje w Jego przykazaniach.” Pierwsze tłumaczenie pasuje mi bardziej, bo jest zwięzłe i ma określenie „szczęśliwy”, nie „błogosławiony”. Dowcip polega na tym, że w biblijnej hebrajszczyźnie i grece są dwa takie terminy bliskoznaczne, przy czym drugi zdaje się wypierać pierwszy i pada w przekładach polskich tam, gdzie mamy dosłownie „szczęśliwego”. Tak jest w przesławnych „błogosławieństwach” ewangelicznych, gdzie mowa jest literalnie o szczęśliwcach, i tutaj podobnie.

Czy jednak człowiek, którego błogosławią, czyli wysławiają liczni bliźni, jest zawsze szczęśliwy? Rzecz w tym, że szczęście to sprawa nieprosta, równie wielka, jak względna. Między innymi dlatego, że gdy jedni błogosławią, inni dokuczają dotkliwie.

W ostatnich „Wysokich Obcasach” oraz w sobotę w Radiu TOK FM występował franciszkanin ojciec Łazarz Żukowski z Głubczyc nad granicą czeską, który jest naprawdę ojcem i to wielu dzieci., choć nie biologicznym. Raczej ekologicznym, ponieważ wpadł na genialny pomysł, by siedzącym w domu matkom małych dzieci stworzyć w samym klasztorze, a jakże, „wyjściowe” środowisko. Świetny facet, otwarty, opiekuńczy i bardzo odważny, poradził sobie z klasztornymi krytykami tej inicjatywy. Wielbiciel macierzyństwa, bez żadnych pruderyjnych skłonności, po prostu niezwykle mądry, a zarazem działacz zapalony. Wzór dla wszystkich duchownych polskich i zagranicznych!

Podobnych niekonwencjonalnych, zatem idealnych księży wciąż jest trochę. W „Metrze” co rusz przedstawiam takich, co dzisiaj „boją się Pana”, ale znacznie mniej swoich konserwatywnych konfratrów. Podobni byli też dawniej. Dowiedziałem się trochę o mojej rodzinnej legendzie, księdzu Antonim Bogdańskim. Nie poznałem go osobiście, gdy proboszczował koło moich rodzinnych Wlonic we wsi Sobótka, byłem wtedy jeszcze dzieckiem w kolebce, ale znam go z zachowanej fotografii i zachwytów na jego temat. Wspominali go moi nieżyjący już dziś rodzice oraz znacznie starsza ode mnie siostra. Skądinąd agnostyczka i antyklerykałka, opowiadała mi o jego uroczej prostocie. Gdy go zapytała, co ma pod sutanną, uśmiechnął się i pokazał końcówkę spodni. W owej Sobótce „dziedzicem” był pan W., można rzec, że lekkich obyczajów. Dowcipkował nieparlamentarnie, ktoś więc zapytał proboszcza, który się z nim przyjaźnił, co on na to; ksiądz Bogdański odpowiedział, że Pan Bóg lubi wesołych ludzi. W. nie tylko „używał wyrazów”, także w ogóle życia: gdy znudziła mu się pierwsza żona, zaopatrzył się w drugą. Ksiądz Antoni oczywiście wspierał duchowo pierwszą, ale pana W. nie wypluł całkiem z ust swoich.

Parę lat temu napisałem o nim w „Arce Noego”, co przeczytał przyjaciel mój z Wrocławia profesor Kazimierz Czapliński, który ma wspomnienie z dzieciństwa zadziwiająco podobne. Przy jego rodzinie był również taki niezwykły kapłan, co w końcu samo w sobie nie dziwne, bo wprawdzie są księża i księżyska, ale właśnie bywają też ci pierwsi. Tylko że tamten też się nazywał Antoni Bogdański, natomiast w zbiorze jego listów żadnej Sobótki Kazik nie mógł zrazu znaleźć, nie ma też wzmianki o niej w biogramie „Encyklopedii Katolickiej”. Wszelako Biblia powiada „szukajcie, a znajdziecie” - znalazła się w końcu taka ”sobótkowa” informacja.

Z listów wynika jednak również, że życie miał niełatwe. Bywał proboszczem wiejskim, ale działał także w samej Warszawie. Organizacyjnie i wychowawczo: był między innymi naczelnym kapelanem harcerstwa oraz redaktorem prasy katolickiej. Nie pasował do tamtejszych poglądów „ultrakatolickich”, do tamtych „fanatycznych i egzaltowanych głów”, odróżniał się od nich swoją zasadą, „żeby uczyć, a nie chłostać, podnosić więcej dobro, a mniej piętnować zło”. Pisał w listach o „hipokryzji katolickiej”, o tym, że „został wezwany do Kardynała [najpewniej Kakowskiego] i publicznie zmaltretowany wprost jako »ultraradykał«.” Z harcerstwa został przez innego księdza wywalony, miał również ciężkie życie w miesięczniku „Pro Christo”, o którym napisał, że ”staje się ekspozyturą partyjną”. Skądinąd, z dzieła Michała Jagiełły „Próba rozmowy” wiem, że owo czasopismo nie odstawało zgoła od agresywnie nacjonalistycznego stylu przedwojennego katolicyzmu polskiego. Ksiądz Bogdański odstawał. Do tego wszystkiego był bardzo chorowity, słaby, potwornie zapracowany, bo pewnie nie umiał „olewać” kapłańskich obowiązków.

Czy był szczęśliwy? Po ludzku myśląc - żadną miarą. Na pewno tylko błogosławiony przez ludzi podobnego ducha. A jeszcze pewniej przez Tego, którego bał się w sensie tego słowa biblijnym. Świadczył o Nim świecąc światłem swej dobroci.

PS. A oto ów biogram w „Encyklopedii Katolickiej”.
„Bogdański Antoni ks., ur. 14 IX 1981 r. w Małuszynie (k. Konina), działacz religijny.
Do gimnazjum uczęszczał w Warszawie, uczestniczył 1905 w strajku szkolnym; seminarium duchowne ukończył we Włocławku, 1913-19 odbył studia teologiczne na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim; 1914 przyjął święcenia kapł., przeszczepił na teren pol. ideę wspólnego życia duchowieństwa diec.; razem z kilkoma kolegami księżmi urzeczywistnił ją w diecezji włocł., zakładając stow. charystów, którego był pierwszym przew.; do 1926 przebywał we Włocławku, pracując na wielu placówkach, m.in. wykładał teologię w seminarium (1919-1920), był dyr. Liceum im. Piusa X (niższe seminarium duch.), kapelanem wojskowym (1920), wizytatorem religii w szkołach, komendantem harcerskiej chorągwi kujaw.; 1925-1929 był naczelnym kapelanem harcerstwa, mieszkał wówczas w Warszawie i należał jednocześnie do redakcji mies. „Pro Christo” oraz dzienników „Polak-Katolik” i „Polska”. 1930 został członkiem Kwatery Głównej oraz Rady Głównej Harcerstwa Pol.; w tymże roku udał się do Waszyngtonu, gdzie m.in. zapoczątkował pol. wydawnictwo religijne księży marianów; po powrocie pracował w duszpasterstwie, kolejno w kilku parafiach; był także członkiem zarządu PCK i in. organizacji; ogłosił „Promienie słońca” (Wł 1929), gdzie przedstawił sylwetki świętych, i kilka broszur o harcerstwie, np. „Harcerstwo jako czynnik odrodzenia katolickiego i narodowego” (W-wa 1927).
ArWł Sygn. AKWD pers. kart. 95, „Czy wiesz, kto to jest?”, W-wa 1938, 56.
Stanisław Librowski

17:43, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 marca 2011
Bądź mi skałą schronienia

Psalm 31,2-4.17.25
”Panie, do Ciebie się uciekam:
niech nigdy nie doznam zawodu,
wybaw mnie w sprawiedliwości Twojej!
Nakłoń ku mnie Twe ucho,
pośpiesz, aby mnie ocalić!
Bądź dla mnie skałą schronienia,
warownią, która ocala.
Ty bowiem jesteś moją skałą i twierdzą,
kieruj mną i prowadź przez wzgląd na swe imię.
Niech Twoje oblicze zajaśnieje nad Twym sługą:
wybaw mnie w swym miłosierdziu.
Bądźcie dzielni i mężnego serca,
wszyscy, którzy ufacie Panu.”

Bez komentarza.

10:59, jan.turnau
Link Komentarze (65) »
sobota, 05 marca 2011
Wciąż o mądrości, bo w tym darze wszystko

Księga Syracydesa 51,14
Przydział starotestamentalny dzisiejszy jest prawie taki jak wczoraj (51,12-20), choć wziąłem z niego inny werset: wtedy przepisano nam tekst z okazji Kazimierza Mądrego, dziś dano w ramach stopniowego poznawania Biblii. Syracydes powiada o mądrości: „U bram świątyni prosiłem o nią i aż do końca szukać jej będę.”
Ja też codziennie wstępuję do mojej świątynki parafialnej i modlę się tylko o to dobro. Wystarczy mi ono. Skutki tej modlitwy nie mnie oczywiście oceniać.

08:19, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
piątek, 04 marca 2011
Mądrzenie się na temat mądrości

Księga Syracydesa 51,13
„Będąc jeszcze młodym, zanim zacząłem podróżować, szukałem jawnie mądrości w modlitwie.”
No i wciąż mądrość. ”Encyklopedia biblijna” objaśnia: „Odpowiedni termin w Biblii hebrajskiej oznacza wiele rzeczy - od technicznej biegłości rzemieślnika (Wj 36,8) aż po sztukę rządzenia (1 Krl 3,12.28). Oznacza również zwyczajny spryt (2 Sm 4,2), szczególnie praktyczną umiejętność dawania sobie rady w życiu (Prz 1;5;11;14) oraz dążenie do prowadzenia moralnego życia (Prz 2,9-11 i in.). Mądrość jest również widziana jako przymiot samego Boga (Hi 28), kojarzony z aktem stworzenia (Prz 8,22-31), a nawet utożsamiana z Torą, czyli Prawem (Syr 24,23).”

Niedzisiejszy to trochę termin. Uczony to nie mędrzec, ale właśnie uczony, zresztą też coraz rzadziej tak się nazywa „pracowników nauki”, bo renesansowa wszechstronność to melodia przeszłości zamierzchłej: specjalizacja we wszystkim, także w nauce, osiąga szczyty. A facet wyspecjalizowany w porządnym życiu to w Kościele katolickim oficjalnie sługa Boży, potem błogosławiony, potem święty; dla innych chrześcijan to po biblijnemu - człowiek sprawiedliwy, dla ludzi bez religijnej wiary - człowiek wielkiej prawości albo też po prostu bardzo dobry.
Mówimy jednak czasem o kimś, że jest mądry (że głupi - o wiele częściej...). To człowiek, co wie, jak postępować. Nie w sensie po prostu etyki, moralności. Żeby żyć, jak trzeba, należy też sporo wiedzieć. Zresztą dalej Syracydes powiada, że otrzymawszy mądrość, „znalazł dla siebie rozległą wiedzę”. Pomijając bezmiar wiedzy o rzeczach, potrzebna jest zawsze też znajomość człowieka. Kłania się psychologia, pedagogika. Tak zwane doświadczenie życiowe też niziutko: ciężkomyślność starcza nasza.

No i teraz, po myślach ogólnoludzkich co nieco banalnych, refleksja moja mniej powszednia, ponieważ religijna: że dobrze jest się jak dzisiejszy mędrzec o mądrość trochę pomodlić, poprosić o pomoc Oświeciciela.
A o szukaniu jej od młodych lat czytamy dzisiaj, bo mamy na Litwie i w Polsce Kaziuki, dzień świętego Kazimierza. Postać bardzo polska, choć jak to często wówczas bywało wśród władców, czysto polskiej krwi nie miał w sobie wcale. Czemu zwie się świętym? Według „Encyklopedii Katolickiej” „uchodził za uosobienie ideału księcia chrześcijańskiego”. Pewnie wyróżniał się prawością na tle ówczesnych możnych, nie tylko tym, że prawdopodobnie złożył ślub dozgonnego dziewictwa. Były to przecież czasy dużo bardziej zasługujące na miano „cywilizacji śmierci” niż dzisiejsze: wojenka, którą toczył, była „normalką”. Wszelakie cudzołóstwo również, ucisk poddanych takoż, a on właśnie był litościwy. Czy w ogóle mądry? Pojęcie - jak wszystkie - względne: pośród wielu ówczesnych durniów - tak. Choć na przykład ekumenizmem podobno nie grzeszył, prawosławnych brzydko gnębił. Tempora mutantur...

19:19, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 marca 2011
Miłość zaprawdę totalna

Psalm 33,5
„On miłuje prawo i sprawiedliwość".
Tak, na pewno miłuje: i prawo, i sprawiedliwość, i partię, co się tak zowie, i różne inne partie. Albowiem taki już jest, że miłuje Wszystko. Tyle tylko, że z różną wzajemnością.

20:49, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
środa, 02 marca 2011
Opowieść o dwóch takich, co myśleli tylko o jednym

Ewangelia Marka 10, 32-45

Historia dość niesamowita. Zamiast ją zacytować, opowiem własnymi słowami, oczywiście nie dlatego, że mam się za lepszego pisarza niż autor Ewangelii. Marek referuje beznamiętnie, ja pozwolę sobie na mowę przesyconą komentarzem.

Otóż było tak, że zdążając do Jerozolimy, naturalnie z uczniami, Jezus ich wyprzedził. Z Ewangelii nie wynika, jakoby był szybkobiegaczem i każdego piechura miał za marudera. Znacznie bardziej prawdopodobna jest hipoteza, że ogarnęły Go myśli najczarniejsze i wolał je odpędzić na osobności. Apostołowie coś czuli, byli tym Jego zachowaniem strwożeni, oczywiście jednak tematyka przerastała ich o tysiąc głów. Zdobył się zatem na zwierzenia: „Oto idziemy do Jerozolimy. Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie". Reakcja ich była, prawdę rzekłszy, poniżej wszelkiej krytyki. Przepraszam, nie wszystkich, tylko dwóch z nich, ale wszak czołówki tego Jezusowego sztabu: Jakuba i Jana. Ci synowie Zebedeusza byli przecież w tym gronie najważniejsi, obok Piotra oczywiście (ale już nie jego brata Andrzeja: powtórzę tu rzecz dla mnie dziwną - ten „pierwszy powołany" jest rzadziej niż oni wyróżniany przez Mistrza, nie ma go na górze Przemienienia ani w Ogrójcu). Może dlatego kompletnie przewróciło im się w głowie i w tej chwili, w której Chrystus zwierza im się ze swoich potwornych wizji, występują ze sprawą egocentryczną do sześcianu. Interesuje ich wyłącznie to, co będzie, gdy Jezus już przejdzie przez piekło męczarni i śmierci, gdy będzie miał z powrotem władzę; myślą wyłącznie o własnym pępku, usiłują zaklepać sobie odpowiedni szczebel w karierze.

Owszem, można psychologizować czy raczej „historyzować": można przypomnieć, że parę perykop wcześniej 8, 31 Jezus powiedział im już właściwie o tym, co Go czeka. Można by ich próbować tłumaczyć mówiąc, że przecież nie usłyszeli żadnej rewelacji i teraz tylko pomyśleli, by z tej powtórzonej informacji wyciągnąć praktyczne wnioski. Niemniej oczywiście ów praktycyzm ma święte prawo gorszyć. Przedtem też sam Piotr zachował się niewzorowo, tyle że zupełnie inaczej: wtedy jednak nie pomyślał o sobie, tylko o Nim.

Zareagował, co prawda, jakby to on był mistrzem, a Jezus uczniem. Zaczął Go „odwodzić" albo „upominać", albo wręcz „przywoływać do porządku": jakby nie tłumaczyć grekę, można nawet psychologizować mówiąc, że swą bezczelnością zezłościł Jezusa, który dlatego nawymyślał mu od szatanów. W każdym razie chyba nie był tak łasy na zaszczyty, jak tamci dwaj, choć jest z kolei faktem, że się Go potem zaparł. Ciekawe, że Jezus nie skarcił obu kochających zaszczyty, uczyniło to natomiast pozostałych dziesięciu. Może nie skarcił, bo do Jana miał słabość szczególną.

Biblia jest przeraźliwie realistyczna: jej bohaterowie są ludzcy nie według sentencji: człowiek to brzmi dumnie. Pobożne retusze to nie styl Pisma Świętego. Jakub i Jan to ambicjonerzy, Piotr - opoka nie z granitu, Paweł - inkwizytor. Tyle że ważne jest, co było z ich sumieniami potem. Świętość przecież od kolebki nieczęsta, choć zdarza się: sam znam jednego takiego człowieka (nie, nie myślę tutaj o JP II).

PS. Jak streszczenie, to streszczenie: powinienem przecież napisać, co było w tej dzisiejszej „czytance" biblijnej dalej: otóż był wykład etyki władzy. „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie będzie tak między wami. Lecz kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich". Komentarz oczywiście zbyteczny.

21:49, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
wtorek, 01 marca 2011
Szczęście pośród prześladowań

Ewangelia Marka 10,28-31
”Piotr powiedział do Jezusa: - Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Jezus odpowiedział: - Zaprawdę powiadam wam: nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi.”

U Mateusza nagroda ziemska nie jest tak rozbudowana: powiedziane jest tylko że „każdy, kto dla mojego imienia opuścił domy, braci, siostry. ojca, matkę, dzieci lub pola, stokrotnie więcej otrzyma i odziedziczy życie wieczne (19,29). Można by sądzić nawet, że chodzi tu tylko o to, co po śmierci, Marek jednak zaznacza wyraźnie, że idzie o „ten czas”, czyli doczesność. Drzemiąca w świadomości redaktora Ewangelii pozostałość starotestamentalnej wiary w powodzenie ziemskie jako skutek dobrego życia? W każdym razie szczęście jest rzeczą tak względną, że sensowne jest dosłowne rozumienie słów Ewangelii Marka. Bywamy nieraz o wiele szczęśliwsi, gdy jesteśmy pod wozem, niż potem, po zwycięstwie. Jak cudownie było, gdy brakowało nam niemal wszystkiego, ale byliśmy zgodni, solidarni, zjednoczeni walką z wspólnym wrogiem, niż gdy później staliśmy się wrogami sobie nawzajem.

15:33, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2
Archiwum