Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 31 marca 2010
Czego chciał zdrajca Juda?

Ewangelia Mateusza 26,14-25

”Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: - Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: - Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On rzekł: - Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: - Nauczyciel mówi: czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: - Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi. Zasmuceni tym bardzo, zaczęli pytać jeden przez drugiego: - Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: - Ten, który ze mną rękę zanurza w misie, on mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane; lecz biada jemu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: - Czy nie ja Rabbi? Mówi mu: - Tak jest, ty.”

Znowu Judasz. Sprawa owych przysłowiowych trzydziestu srebrników. Komentatorzy powiadają, że była to suma stosunkowo mała: tyle mógł zarobić niewykwalifikowany robotnik w ciągu czterech miesięcy oraz tyle kosztował niewolnik albo nawet płacono zań więcej. Trudno zatem przypuścić, żeby to był główny motyw działania Judasza, stąd też różne hipotezy zdejmujące zeń piętno zwyczajnego chciwca. W swoim poruszającym eseju o nim ks. Wacław Hryniewicz pisze tak:

”Judasz mógł stać się ofiarą fałszywej ideologii mesjańskiej. W tym przypadku, wydając Jezusa w ręce wrogów, chciał nakłonić Go do wkroczenia na drogę mocy i cudu, a w ten sposób przyśpieszyć godzinę należnej Mu chwały dla zbawienia świata. Czyż nie taka była również pokusa Piotra (Mt 16, 21—23)? Decydując się na wydanie Mistrza w ręce wrogów, Judasz uległ podszeptom Szatana. W tym tkwił jego błąd, związany raczej ze sferą kalkulacji rozumu niż serca i woli. W swoich intencjach Apostoł mógł pozostać wierny Jezusowi. Na tym właśnie polega wspomniana już dwoistość czy wewnętrzna sprzeczność w postaci i tragicznym losie tego Apostoła.”

Co oznaczają słowa: „biada temu człowiekowi...."? Kiedyś komentowano, że wynika z nich, iż przynajmniej on na pewno smaży się w piekle. Jednak jest to jedna z teorii zapoznających specyfikę stylu biblijnego, pełnego takich ostrych sądów czy rozkazów („jeśli gorszy cię oko, wyłup je"), których nie można przecież traktować dosłownie. Biblia zawiera również precyzyjne teksty prawnicze, ale jest w sumie raczej literaturą piękną, w której wiele rozmaitych ozdób stylistycznych, między innymi owych „przesadyzmów". Zresztą w ogóle abstrahując od losu pośmiertnego Judasza, przecież już ten doczesny był potworny.

Ks. Hryniewicz pisze dalej tak:

”Trzeba wniknąć we wszystkie motywy postępowania. Innej drogi nie ma. Z pewnością miłosierdzie Boże objęłoby Judasza także wówczas, gdyby działał w złej intencji i z niskich pobudek, takich jak wspomniana w Ewangeliach chciwość i chęć zysku. Judasza nie trzeba usprawiedliwiać. Tylko Bóg zna naprawdę jego intencje. Na miłosierdzie Boga może liczyć każdy człowiek — także wtedy gdy ciąży na nim czyn popełniony ze złej woli. Potrzeba tylko skruchy. Próba zrozumienia losu Judasza i jego intencji nie pomniejsza tej nadziei. Jest to nadzieja wszystkich grzeszników tej ziemi.

Czy jednak Judasz w końcu „skruszał"? Przecież gdyby było inaczej, nie wpadłby w tę potworną rozpacz! Na co się jednak mówi, że do jednego grzechu dodał drugi, samobójstwo: ależ to fatalny błąd psychologiczno-moralny! Dziś już wiadomo, że zamach na własne życie musi być wynikiem skrajnej depresji, czyli choroby psychicznej, która odbiera człowiekowi rozum i czyni go nieodpowiedzialnym moralnie. Pewnie, że rozpacz nie jest cnotą, jest nią jej przeciwieństwo: nadzieja - ale jak można ciężko winić kogoś tak makabrycznie nieszczęśliwego? Wydaje mi się niemożliwe, żeby Bóg wyłączył Judasza ze swego nieskończonego miłosierdzia.

Także ten Juda (tak się on nazywa w oryginale greckim, przyrostek w imieniu otrzymał później) został zbawiony obok tylu swoich imienników, na czele z tym, od którego pochodzi imię całego narodu.

PS. A o postaci tak zagadkowej i dramatycznej różnych hipotez wiele, mniej lub bardziej zgodnych z tekstem biblijnym. Dr Jan Bigaj nadesłał mi swój tekst, w którym Judasz jest człowiekiem dość bogatym, bo ma sklepik w tym swoim Kariocie. Majątek jego służy finansowaniu działalności Mesjasza (przecież musieli coś jeść), co zamiast wdzięczności budzi zazdrość pozostałych apostołów: stąd podejrzenia o nieuczciwość. Pełnił w tym gronie rolę akwizytora i w ogóle organizatora różnych pomocy w rodzaju noclegów. A Sanhedrynowi po prostu dał się nabrać: nie domyślił się, po co chcą mieć jego mistrza.

17:39, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
wtorek, 30 marca 2010
Zanim kur zapieje...

Ewangelia Jana 13,36-38

„Mówi Mu Szymon Piotr - Panie, dokąd idziesz? Odpowiedział Jezus: - Dokąd idę, ty nie możesz iść ze mną teraz, pójdziesz zaś później. Mówi Mu Piotr: - Panie, dlaczego nie mogę iść za Tobą teraz? Duszę moją za Ciebie ofiaruję. Odpowiedział [mu] Jezus: - Duszę swoją za mnie ofiarujesz? Amen, amen, mówię ci: zanim kur zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz."

Najpierw o sprawach przekładowych. Tłumaczenie bandy czworga, teraz trochę o różnicach między nami a Tysiąclatką. Drobiazg językoznawczy: są oczywiście w dzisiejszej polszczyźnie słowa poprawne, ale jakoś przebrzmiałe, do których należy spójnik „zaś". Był u nas mały spór o ten wyraz: pastor Kwiecień twierdzi, że brzmi on śmiesznie. Rzeczywiście jest to regionalizm, „wielkopolanizm", mazowszanin Tadeusz Mazowiecki też go zwalcza. Stanęło na tym, że greckie de, którego w ewangeliach multum, a które można przekładać jako ”zaś” albo ”a”, ”ale”, będziemy tłumaczyć raz ”zaś”, raz inaczej. Dalej: „dusza". Greckie psyche ją oznacza, ale w antropologii biblijnej nie kieruje myśli po platońsku na osobną (i lepszą) część człowieka, tylko na coś ożywiającego, ”życie” - i je wybrała Biblia Tysiąclecia. Jej prawo, choć nasz wybór też niebłędny. „Amen" - to tyle, co „zaprawdę", znane świetnie z Wujka i Biblii Gdańskiej, choć ten termin hebrajski kojarzy się nam trochę inaczej. Zostawiliśmy go, niech zadziwia Czytelniczki i Czytelników, tak jak mnie zadziwił kiedyś, gdy jeszcze nie wiedziałem, co znaczy w ewangeliach. No i problem „kura". Zostawiliśmy ten archaizm, bo czasem trzeba uszanować tradycję, także translatorską.

Po lingwistyce psychologia. Piotr przechwalał się, bo nie zdawał sobie sprawy z mocy strachu. On ma nie tylko wielkie oczy, czasem nie tyle powiększa zagrożenie, ile wymusza zachowania oportunistyczne. Człowiek częściej bywa trzciną niż dębem, choć homo sapiens czasem też bywa herosem.

14:54, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 29 marca 2010
Trzcina maxime sapiens. Judasz mamonożerca?

Księga Izajasza 42,3

Ewangelia Jana 12,4-6

„Nie złamie trzciny nadłamanej".

Kiedy Pascal napisał, żeśmy trzcinami myślącymi, miał chyba „z tyłu głowy" liczne biblijne odniesienia do tej rośliny. Tu cytat z Księgi Izajasza, z części drugiej tego zbioru, z tak zwanego Deuteroizajasza, z pieśni proroczo antycypujących ewangelie, bo opiewających Sługę Pana dającego się zamordować. Są jeszcze te słowa Jezusa, że Jan Chrzciciel nie jest trzciną chwiejącą się na wietrze (Mateusz 11,7). My natomiast chwiejemy się, łamiemy się, dajemy się złamać, łamiemy innych.

Wówczas Judasz Iskariota, jeden z Jego uczniów, ten, który miał Go wydać, powiedział: - Dlaczego nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim. Powiedział zaś to dlatego, że był złodziejem, i mając sakiewkę, wykradał z niej, co składano."

Zatem mały złodziejaszek, który poszkapił się też na większą sumę. Czarny obraz Judasza w Ewangelii przypisanej innemu uczniowi. Czy rzeczywiście Judasz był tak ”mamonożerny”? Apostołowie niekoniecznie lubili się nawzajem, ambicje grały ogromnie, co zacytowałem wczoraj - a ambicja to rywalizacja, a rywalizacja to wzajemne oskarżenia. Wielki reformator potocznego myślenia religijnego, ks. Wacław Hryniewicz, w swoim szkicu o Judaszu (książeczka Znaku „Dwunastu apostołów") powiada, że „nie był on chyba zdrajcą jedynie z chciwości i zaślepionej żądzy pieniądza. Ewangeliczny obraz Judasza nie jest wolny od tego rodzaju uproszczeń (J 12,6), niezgodnych zresztą z faktami (Mt 27,3-5) i tragiczną wielkością wydarzeń". U Mateusza mamy faktycznie informację, że Judasz opamiętał się i „rzucił pieniądze w stronę przybytku". Ale to właśnie wtedy, gdy się opamiętał i pojął nikczemność mamony. Niemniej jest postacią zagadkową, to na pewno.

20:05, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 28 marca 2010
Czytając pamflety na Apostołów...

Ewangelia Łukasza 22,24.36.45

Dziś niedziela zwana Palmową albo Męki Pańskiej. U nas w Warszawie palma w środku miasta, niech przypomina tamten aplauz, wnet zamieniony w wołanie o mękę. Inna sprawa, że wcale nie wiadomo, czy jedni i ci sami bili brawo i niedługo potem - podpuszczeni przez wrogów Jezusa - gardłowali przeciw Niemu.

Czytamy dzisiaj opowieść Łukasza między innymi o tym, że Jezus polecił uczniom sprzedać płaszcz i kupić sobie miecz. Kto w Biblii wietrzy wyłącznie sprzeczności, zdziwi się złośliwie, że Jezus kazał uczniom zbroić się w miecze, aby potem jeden z nich użył owej broni i mógł On zabłysnąć wspaniałomyślnym cudem. Ależ to była metafora: miecz Jego uczniom potrzebny, ale taki, co ma głównie krzyżową rękojeść.

Wcześniej Ewangelia notuje, że „powstał spór między nimi, który z nich zdaje się być największy". Myśmy przetłumaczyli: „kto z nich ma być uważany za największego". Tak czy inaczej, komentarz zbyteczny. A jeżeli już, to tylko taki, że Ewangelie wciąż zadziwiają troską, żeby nie beatyfikować swoich bohaterów.

Niemniej Łukasz dalej ich broni. Twierdzi, że gdy On szamotał się duchowo w Ogrójcu, oni spali „ze smutku". Inni synoptycy sugerują raczej beztroskę (naturalną zresztą, przecież nie wiedzieli, co się stanie).

12:54, jan.turnau
Link Komentarze (53) »
sobota, 27 marca 2010
Wszędzie widzę ekumenizm...

Ewangelia Jana 11,47-52

”Zebrali zatem arcykapłani i faryzeusze Sanhedryn i mówili: - Cóż uczynimy? Człowiek ten bowiem czyni rozliczne znaki.
Jeśli go tak zostawimy, wszyscy uwierzą w niego, przyjdą Rzymianie i wezmą to miejsce nasze i naród. Jeden zaś z nich, Kajfasz, arcykapłanem będąc w tym właśnie roku, powiedział im: - Wy nic nie wiecie ani nie zastanawiacie się nad tym, że lepiej byłoby dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, a nie cały naród zginął. Tego zaś od siebie nie powiedział, lecz będąc arcykapłanem w tym właśnie roku, wygłosił proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród. A nie za naród jedynie, lecz aby i rozproszone dzieci Boga zgromadził w jedno.”


Tłumaczenie bandy czworga. Passus podwójnie ekumeniczny.

Po pierwsze, wynika zeń być może (choć Jan był bardzo niechętny Synagodze), że elita Narodu Wybranego czyhała na Jezusa nie tylko dlatego, że uważał się za Syna Bożego (on, przybłęda z Galilei), że tę elitę niemiłosiernie krytykował. Może Sanhedryn był dużo bardziej ideowy, niż zwykło się myśleć wśród chrześcijan. Może bał się zagłady nie tylko siebie samych.

Po drugie, mamy tu pożywkę dla wszelakiego ekumenizmu: jednoczenia ludzkiego gatunku.

PS. Dodatek ”Tygodnika Powszechnego” pt. ”Żydownik Powszechny” znakomity! Pokazuje walkę krakowskiego pisma z antysemityzmem przez prawie cały 65-letni jego (tygodnika) żywot. A tytuł dodatku to oczywiście autoironia: takie ma zasłużone przezwisko. Kochani Koledzy, gratulacje! Za tę długą walkę i za ten dzisiejszy pomysł (numer znikł z kiosków jak kamfora)!

09:14, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
piątek, 26 marca 2010
Boże, Ojcze zadżumionych!

Psalm 18,3
„Miłuję Cię Panie, mocy moja,
Panie, opoko moja i twierdzo, mój wybawicielu.
Boże, skało moja, za którą się chronię,
tarczo moja, mocy zbawienia mego i moja obrono"
.

Bywają sytuacje, gdy innej obrony nie ma znikąd, jak tylko od Niego - jeśli Jest.

I wtedy jest możliwy stoicki heroizm z „Dżumy" Camusa, w którym nie ma chyba strasznej rozpaczy, bo samo sumienie broni przed nią, ile może, nie ma też jednak wyraźnej nadziei.

A druga możliwość to „nadzieja wbrew nadziei", że jednak jest Sens. Nie widać go gołym okiem, mikroskopem ani teleskopem, nie wynika z żadnego rachunku. Tyle że bez tego filozoficznego założenia wali się wszystko: według Kołakowskiego upada nie tylko etyka, także nauka, która przecież zakłada, że świat jest uporządkowany racjonalnie i dlatego poznawalny.

Tak czy inaczej, trzeba walczyć z dżumą, ile sił. Pomyślałem sobie o lekarzu zaprawdę świętym, profesorze Bogdanie Michałowiczu ze szpitala w Warszawie na Banacha, co leczył wszystkich od nikogo za żadne skarby nie biorąc grosza, a teraz sam choruje bardzo ciężko. Są tacy ludzie, takie znaki, że On jest.

11:49, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Osłonięcie

Wpis na czwartek 25 marca

Ewangelia Łukasza 1,26-38

Święto Zwiastowania. „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię": tak anioł, identyfikowany potem z archaniołem Gabrielem, tłumaczył Marii z Nazaretu, jak to się stanie, że urodzi Syna Bożego, jeżeli „nie zna męża". Znajomość męża to w języku Biblii znajomość poniekąd najgłębsza, cielesno-duchowa. A to osłonięcie to metafora oznaczająca tamten jedyny w Historii związek Bożego z ludzkim.

Tysiąclatka ma „osłoni", może być też „okryje" albo „ocieni", ale ja sobie skojarzyłem to pierwsze słowo z obroną tej „panny z dzieckiem" przed natrętną ciekawością sąsiadów. Bibliści poniektórzy powiadają, co prawda, że poczęcie dziecka w czasie pierwszego etapu zaślubin (niesłusznie nazywanego narzeczeństwem) nie było w tamtym miejscu i czasie niczym dziwnym (pisałem o tym 19 bm.), niemniej ludzkie języki bywają bezlitosne. Nie było zdziwienia, że Jezus całkiem niepodobny do Józefa? Może jednak był podobny i w ogóle Opatrzność strzegła spokoju Matki, aż zagroziły mu dalsze wydarzenia, te dopiero po trzydziestu latach. Póki co, było może spokojnie; pomijając epizod, opisany też przez Łukasza, zagubienia się Jezusa w Jerozolimie, Jego występu w Świątyni, gdy miał lat dwanaście.

Wpadłem jednak w dywagacje beletrystyczne: Ewangelie nie są biografią Jezusa, gdyby tak było, znalibyśmy różne inne wydarzenia. Tych, co są opisane, wystarczy dla przesłania, że Bóg stał się człowiekiem, aby on mógł się stać, jeżeli zechce, Bożym obrazem i podobieństwem.

11:47, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 24 marca 2010
Jeśli Boga nie ma...

Księga Daniela 3, 14-20.91-92.95

Izraelici Szadrak, Meszak i Abed-Nego nie chcieli pokłonić się złotemu posągowi, który król babiloński Nabuchodonozor zrobił miernikiem lojalności podwładnych. Zostali za karę wrzuceni do pieca „rozpalonego siedem razy więcej niż było trzeba", ale nic złego im się tam nie stało. Skłoniło to króla do uznania kultu ich Boga za jedynie dozwolony.

Bohaterstwo bywa czasem nagradzane happy endem już za życia (Biblia mówi dalej nawet, że awansowali na wysokich urzędników królewskich), ale niepokorni częściej giną w różnorakim ogniu. Władza komunistyczna nawróciłaby się może widząc cudowne ocalenie, ale o cud niełatwo, zresztą czy Stalin przestałby działać szatańsko zobaczywszy łagiernika w coraz lepszej kondycji?

A przyszedł mi do głowy ów demon komunistyczny, bo zapadła mi w pamięć niedawna opowieść Karola Modzelewskiego o jego oburzeniu na ojca. Gdy odeń usłyszał, co on naprawdę myśli o reżymie, musiał się mocno bić z myślą, że powinien donieść na wroga ludu we własnej rodzinie. Poza aparatem strachu bywają jeszcze maszyny rozwadniające mózgi. Doświadczyłem czegoś takiego w tamtych czasach i wiem, że wcale niełatwo mieć lwie serce i nieraz równie trudno nie dać się zidiocić.

Inne moje dzisiejsze skojarzenie z tamtymi czasami wiedzie do książeczki dla dzieci Patrika Lindenforsa „Boga przecież nie ma" (Wydawnictwo „Czarna Owca", tłum. Elza Jaszczuk, Warszawa 2010). Rzecz zabawnie ilustrowana, ale w moim odczuciu trochę prymitywna. Na pewno nie trzeba mówić dzieciom, że Bóg jest, aby wyrosły na porządnych ludzi, ale po co ośmieszać w ten sposób światopogląd religijny? Przepraszam, ale przypomniała mi się propaganda ateistyczna spod znaku czerwonej gwiazdy. Oraz powiedzenie Dostojewskiego „Jeśli Boga nie ma, można wszystko", które zdaniem wielkich umysłów sprawdziło się w kraju rosyjskiego pisarza. Wiem, to nie takie proste, można mordować pod różnymi znakami, niemniej wiara, że On jest i jest Miłością to fundament etyczny niewarty takiego potraktowania.

15:59, jan.turnau
Link Komentarze (70) »
wtorek, 23 marca 2010
Sens węża

Księga Liczb 21,8
„Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: - Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu"

Biblia Paulińska objaśnia, że w wierzeniach ówczesnych „podobizna (amulet) chroniła przed tym, co przedstawia". To coś na kształt dzisiejszej szczepionki? Wtedy potrzeba lekarstwa wzięła się stąd, że Bóg rozgniewał się na Izraelitów, którym przestały już wystarczać przepiórki z manną i zaczęli narzekać na wyprowadzenie ich z Egiptu (ogólnoludzkie chwalstwo wieków minionych, których braki bledną bardzo szybko). Karą Bożą była według autora księgi opisana przezeń plaga węży jadowitych, która zabiła wielu: komentator Biblii Paulińskiej dystansuje się jednak lekko od takiego obrazu Boga, który jest Miłością: pisze, że wtedy wielkie zbiorowisko węży „zostało uznane" za Jego karę (pamiętamy biskupa sufragana austriackiego, który tak tłumaczył tsunami).

Lek na jad wężowy w opowieści Biblii trochę dziwny: czym wąż miedziany lepszy od byka złotego, bo przecież nie tańszym surowcem? Otóż przede wszystkim jest to dowód na względność zakazu „obrazu rytego". Widać nie zawsze rzeźba była obrazą Boga, czasem wręcz obrazem Jego miłosierdzia. Tu też trzeba zauważyć względność ”image`u” owego gada: występuje on w roli czarnego charakteru w opowieści o grzechu Adama i Ewy, ale jego utożsamienie z Szatanem jest późniejsze, a nawet i w Nowym Testamencie skojarzenia z wężem nie są jednolite. Wreszcie należy odnotować finał sprawy gada na palu: w 2 Księdze Królewskiej (18, 4) czytamy, że król Ezechiasz „roztrzaskał miedzianego węża wykonanego przez Mojżesza, gdyż aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne". Co za dużo, to niezdrowo.

Niestety jest rzeczą ludzką mylić znaki czegoś wielkiego z tym, co one znaczą. Prowadzi to nie tylko do bałwochwalstwa. Tak to na przykład ojczyzna jest z pewnością świętością, ale już symbole polskości, jeśli wymagają szacunku, to nie aż takiego, jak ona sama. Dowcip z biało-czerwoną miniflagą wsadzoną w psią kupę nie miał nic wspólnego z miłością ojczyzny: jedynie z jej czystością.

16:35, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Na początku bywa chuć. „Rozwodnicy”, czyli ”Miłość z odzysku” (świetna książka Znaku!) cz. 2.

Wszyscy chrześcijanie powołują się na Biblię. Dla rozwodów można tam znaleźć właściwie tylko jeden argument, tylko w jednej księdze Nowego Testamentu: Ewangelii Mateusza. W tekście analogicznym do zakazu rozwodów u Marka (10,11-12) i Łukasza (16,18) mamy nawiasowy dodatek, którego nie ma w dwóch pozostałych ewangeliach ani w odpowiednim miejscu Pawłowego 1 Listu do Koryntian (7,10-11).

Wersja Mateuszowa brzmi zatem tak (cytuję przekład ekumeniczny 11 Kościołów polskich, w tym rzymskokatolickiego, wydany przez Towarzystwo Biblijne w Polsce): „Powiedziano także: »Kto chce oddalić swoją żonę, niech jej wręczy list rozwodowy«. A ja wam mówię: każdy, kto oddala swoją żonę, poza przypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo, a kto oddaloną poślubia, cudzołoży" (5,31-32). Ewangelia Mateusza wraca do tej sprawy w rozdziale 19,3-12 i tu wypowiedź Jezusa jest nawet obszerniejsza. Cytuję całą: „Wtedy przyszli do Niego faryzeusze i chcąc wystawić Go na próbę, pytali: - Czy wolno mężczyźnie rozwieść się z żoną z jakiegokolwiek powodu. On im odpowiedział: - Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku uczynił ich »jako mężczyznę i kobietę«. I oznajmił: - Dlatego mężczyzna opuści ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. Tak więc już nie są dwoje, lecz stanowią jedno. Co zatem Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Oni jednak zapytali: - To dlaczego Mojżesz pozwolił dać żonie »list rozwodowy i się rozwieść? Opowiedział im: - Mojżesz pozwolił wam na rozwód z powodu zatwardziałości waszych serc. Na początku jednak tak nie było. Mówię wam: kto oddaliłby swoją żonę z innego powodu niż nierząd i poślubił inną, cudzołoży. Wtedy odezwali się Jego uczniowie: - Jeśli tak przedstawia się sprawa między mężem a żoną, to nie warto się żenić. On jednak im odpowiedział: - Nie wszyscy to rozumieją, ale tylko ci, którym jest dane." Można by sądzić, że Jezus przyznaje, iż Jego zakaz rozwodów jest trudny do pojęcia, ale z dalszego ciągu tekstu wynika wyraźnie, że chodzi Mu o trudną do pojęcia wyższość celibatu nad małżeństwem. Jeżeli gdzieś tu mamy jakiś „luz" moralny, to w słowach o nierządzie: to właśnie jest ten dodatek Mateuszowy, o którym napisałem. Tyle tylko, że jest on różnie rozumiany. Czy ów „nierząd" to po prostu cudzołóstwo (ewentualnie z mnogością owych cudzych łóżek), czy też to małżeństwo z punktu widzenia żydowskiego prawa nielegalne (a takie były). Na tę drugą ewentualność wskazywałby fakt, że ów dodatek „liberalizujący" jest tylko w Ewangelii Mateusza, pisanej dla Żydów.

Mamy zatem w chrześcijaństwie w tej sprawie (jak i w wielu innych) dwie drogi. Zgodziłbym się je nazwać rygorystyczną i liberalną, gdyby nie to, że sprawa wydaje mi się głębsza. Jest bowiem oczywiste, że Zachód (w tym przypadku tylko katolicyzm) w przeciwieństwie do Wschodu jest w sprawach duchowych o wiele bardziej prawniczy. W końcu prawo rzymskie rzymskie jest! Stąd też dwa sposoby ułatwiania życia ludziom, którym się ono okropnie pokręciło. Kościół rzymskokatolicki znalazł sposób w prawie, prawosławny - w miłości. W znakomitej książce dwóch autorów mamy taki akapit również znakomitego teologa prawosławnego ks. Henryka Paprockiego. „Najważniejsza różnica między katolickim a prawosławnym rozumieniem małżeństwa dotyczy materii sakramentu. W katolicyzmie jest nią przysięga. W prawosławiu miłość małżonków. W wiekach V i VI toczyły się w chrześcijaństwie spory o definicję małżeństwa. Dla katolicyzmu istotną rolę odegrała definicja rzymskiego prawnika Modestyna, podkreślająca zobowiązujący charakter przysięgi, która miała dbać o majątek małżonków. Ta forma przysięgi jest niemal taka sama jak w pogańskim Cesarstwie Rzymskim. Natomiast definicja, według której to miłość czyni sakrament małżeństwa, jest autorstwa wcale nie duchownego czy teologa, ale wschodniorzymskiego cesarza Justyniana. A więc nie ma miłości, nie ma sakramentu.

Prawosławie przyjmuje, że ze względu na ułomność człowieka małżeństwo nie może być prawidłowo realizowane. Chrystus wypowiada tak zwaną klauzulę nierządu. Nierząd to szerokie pojęcie: greckie słowo porneia to nie zdrada małżeńska wprost, ale też na przykład chorobliwe zainteresowanie przeciwną płcią. W prawosławiu zdrada niszczy małżeństwo, bo podważa lub przekreśla miłość. Kościół może wtedy skonstatować ustanie łaski sakramentalnej. Małżeństwo przestało być małżeństwem chrześcijańskim: czyli związkiem opartym na łasce Bożej i miłości dwojga ludzi. Ta praktyka funkcjonowała na Wschodzie od początku istnienia chrześcijaństwa na tych terenach. Istnieją świadectwa rozwiązywania małżeństw nie tylko z powodu zdrady, ale też wieloletniej nieobecności, zaginięcia. Oczywiście, jeśli małżonkowie decydują się trwać w małżeństwie po zdradzie, ich związek nadal istnieje.

Kiedy małżonkowie czują, że ich miłość się wypaliła, informują o tym swojego proboszcza. Sprawa trafia do kurii, która decyduje, czy faktycznie można powiedzieć, czy miłość w tym związku się wypaliła i czy w wyniku tego nie jest to już małżeństwo. Prawosławie zezwala po rozwodzie na zawarcie nowego związku, który jednak już nie jest sakramentalnym małżeństwem, ale błogosławionym związkiem. Ceremonia jego zawarcia nie ma wówczas charakteru radosnego, ale pokutny (...) Warto podkreślić, że prawosławie dopuszcza tylko trzykrotny związek."

To ostatnie istotnie warto podkreślić, bo dwie pomyłki to nie jedna i owa potrójność psuje mi trochę koncepcję prawosławną. Nie bardzo jednak: w końcu jeśli zasadą jest miłość a nie prawo, to można nawet pytać, czemu trzy a nie cztery. Nie ironizuję. Koncepcja prawosławna wydaje mi się mądrzejsza. Rzecz w tym bowiem, że mój Kościół również zdaje sobie sprawę, że ciągnięcie małżeństwa „na siłę" nie ma sensu. Stwierdzanie nieważności związku, szczególnie po obecnym poluzowaniu, pomnożeniu przyczyn owej nieważności, też przecież służy usankcjonowaniu nowego „cywilnego" małżeństwa. Zapewne nie może być to tak łatwe, jak w prawosławiu, ale furtek nie brak. A samo ujęcie owej tak skomplikowanej, głębokiej psychicznie i duchowo sprawy w sztywne rygory prawnych paragrafów wydaje mi się szczytem owego jurydyzmu, który prawosławni zarzucają mojemu Kościołowi. Chodzi mi nie tylko o to, że w takich sprawach trzeba więcej czegoś, co się w prawosławiu nazywa „ekonomią", a co jest przeciwieństwem rachunkowego, zimnego rozumienia tego słowa w terminologii zachodniej. Po prostu odbieram rzymskokatolickie procedury w tej materii jako przysłowiowe „jezuickie wykręty".

Co więcej, wydaje mi się, że ewolucja katolickiej „teologii pastoralnej", czyli teorii i praktyki duszpasterskiej „w tym temacie" nieuchronnie prowadzi do zmiany całej teologii małżeństwa. Bo jeżeli - jak się dziś z uporem podkreśla - „rozwodnicy" są dalej w Kościele, Eucharystia jest sednem Kościoła, a ekskomunika eksmisją zeń, to dlaczego nie mogą uczestniczyć w Komunii? Jest tu jakaś logiczna sprzeczność. W książce, którą tu po swojemu omawiam, ks. Jacek Prusak SJ pisze przytomnie tak:

„Odpowiedzialność za rozpad małżeństwa ponoszą zawsze dwie strony, choć z pewnością w różnym zakresie. Ponieważ nowego związku Kościół nie błogosławi, to życie w nim może być oceniane z perspektywy wiary jako »pokuta«. Tylko że jej zakończeniem, poza przypadkiem śmierci, jest albo opuszczenie takiego związku, albo potraktowanie go jako »białego małżeństwa« - na co większość takich osób się nie decyduje. Pokuta powinna mieć charakter pedagogiczny i leczniczy a nie karny - jak wyrok z dożywociem." Otóż to! A u odważnego zawsze współredaktora „Tygodnika Powszechnego" jest też takie oczywiście prawosławne zdanie: „Wydaje mi się, że powinno się podkreślać, że materią sakramentu jest miłość małżonków a nie przysięga."

Rozumiem: wierność jako wielka cnota. Rozumiem też mądrą myśl mojej kuzynki Maryjki (nie radiomaryjnej jednak), że gdy człowiek zakłada, że małżeństwo jest nierozerwalne, to tak sobie je układa, żeby się nie rozerwało. Tyle że właśnie w żelazną nierozerwalność żaden Kościół już nie wierzy.

Oczywiście powyższe poglądy nie wynikają z książki Müllera i Ponikły, gdzie katoliccy księża mówią niemal jednogłośnie to, co mój Kościół hierarchiczny. A zabierają tam głos głównie bardzo otwarci duszpasterze małżeństw niesakramentalnych i to pionierzy tego ruchu, jak np. ks. Mirosław Paciuszkiewicz SJ. Oraz mój przyjaciel mądry a odważny, Józef Puciłowski OP, kończy takiż wywiad dla lutowego „Listu" poświęconego w całości niesakramentalnym, zamykającym sprawę akapitem: „Nie sądzę, żeby Kościół zmienił nauczanie w tej kwestii. Dzięki Bogu od kilkuset lat trzyma się tradycji, owszem, rozwija nauczanie, ale w pewnych sprawach na pewno nie powinien ustępować, bo nie może!"

Na koniec jeszcze o obfitym materiale narracyjnym książki: jest pasjonujący: Przedstawia historie ludzkie różne: od buntu przeciw rygorom do akceptacji „białego małżeństwa". Samo życie.

17:27, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
Na początku bywa chuć. „Rozwodnicy”, czyli ”Miłość z odzysku” (świetna książka Znaku!) cz.1.

Księga Daniela 13,41-62
”Na wygnaniu w Babilonie zgromadzenie Izraela skazało na śmierć Zuzannę, fałszywie oskarżoną przez dwóch starców. Wtedy Zuzanna zawołała donośnym głosem: - Wiekuisty Boże, który poznajesz to, co jest ukryte, i wiesz wszystko, zanim się stanie. Ty wiesz, że złożyli fałszywe oskarżenie przeciw mnie. Oto umieram, chociaż nie uczyniłam nic z tego, o co mię: ci złośliwie obwiniają. A Pan wysłuchał jej głosu. Gdy ją prowadzono na stracenie, wzbudził Bóg świętego ducha w młodzieńcu imieniem Daniel. Zawołał on donośnym głosem: - Jestem czysty od jej krwi! Cały zaś lud zwrócił się do niego, mówiąc: - Co oznacza to słowo, które wypowiedziałeś? On zaś powstawszy wśród nich powiedział: - Czy tak bardzo jesteście nierozumni, synowie Izraela, że skazujecie córkę izraelską bez dochodzenia i pewności? Wróćcie do sądu, bo ci ją fałszywie obwinili. Cały lud powrócił spiesznie. Starcy zaś powiedzieli: - Usiądź tu wśród nas i wyjaśnij nam, bo tobie dał Bóg przywilej starszeństwa! Daniel powiedział do nich: - Oddzielcie ich, jednego daleko od drugiego, a osądzę ich. Gdy zaś zostali oddzieleni od siebie, zawołał jednego z nich i powiedział do niego: - Zestarzałeś się w przewrotności, a teraz wychodzą na jaw twe grzechy, jakie poprzednio popełniałeś, wydając niesprawiedliwe wyroki. Potępiałeś niewinnych i uwalniałeś winnych, chociaż Pan powiedział: «Nie przyczynisz się do śmierci niewinnego i sprawiedliwego». Teraz więc, jeśli ją rzeczywiście widziałeś, powiedz, pod jakim drzewem widziałeś ich obcujących ze sobą?. On zaś powiedział: - Pod lentyszkiem. Daniel odrzekł: - Dobrze! Skłamałeś na swą własną zgubę. Już bowiem anioł Boży otrzymał od Boga wyrok na ciebie, by cię rozedrzeć na dwoje! Odesławszy go rozkazał przyprowadzić drugiego i powiedział do niego: - Potomku kananejski, a nie judzki, piękność sprowadziła cię na bezdroża, a żądza uczyniła twe serce przewrotnym. Tak postępowaliście z córkami izraelskimi, one zaś bojąc się obcowały z wami. Córka judzka jednak nie zgodziła się na waszą nieprawość. Powiedz mi więc teraz, pod jakim drzewem spotkałeś ich obcujących ze sobą?. On zaś powiedział: - Pod dębem. Wtedy Daniel powiedział do niego: - Dobrze! Skłamałeś i ty na swoją własną zgubę. Czeka bowiem anioł Boży z mieczem w ręku, by rozciąć cię na dwoje, by was wytępić! Całe zgromadzenie zawołało głośno i wychwalało Boga, że ocala tych, co pokładają w Nim nadzieję. Zwrócili się następnie przeciw obu starcom, ponieważ Daniel wykazał na podstawie ich własnych słów nieprawdziwość oskarżenia. Postąpiono z nimi według miary zła, wyrządzonego przez nich bliźnim, zabijając ich według prawa Mojżeszowego. W dniu tym ocalono krew niewinną.”

Przeznaczono na dzisiaj „lekcję" ze Starego Testamentu bardzo obszerną, ale trzeba jeszcze zrobić do niej wstęp, bo nie każdy zna tę seksowną opowieść biblijną. Otóż w starym piecu diabeł pali: niestety chucie lubią długo trwać i mącić umysły ludziom, którzy powinni być z racji wieku wolni od takich poruszeń. Dwa starcy, na domiar złego wybrani na sędziów, zapałali żądzą do pewnej pięknej żony niewątpliwie cudzej imieniem Zuzanna. Naszli ją, gdy się kapała w ogrodzie, i postanowili zgwałcić szantażem: nie oddasz się nam, to oskarżymy cię o cudzołóstwo z młodym mężczyzną. Zuzanna nie uległa im, choć wiedziała, że odmowa grozi śmiercią, i o mało co rzeczywiście czystość przypłaciłaby życiem. Na szczęście zjawia się Daniel, bohater też księgi występujący w różnych ważnych i dobroczynnych rolach (i w różnych językach tej księgi: ta opowieść jest tylko po grecku, nie weszła zatem do Biblii żydowskiej ani - tym śladem - ewangelickiej). Okazuje się znowu mędrcem nad mędrcami i oto mamy happy end.

Rzecz jest o grzechu podwójnym. Chuć chucią, humana est, a że dosięga starców, to może „wina" Opatrzności, iż dopuszcza takie młodzieńcze zdrowie u starców. Jednak chuć cudzołożna to już świństwo, a posługująca się szantażem wręcz skrajne draństwo. To też zostaje ukarane po ówczesnemu.

Skojarzenie nieuchronne mam współczesne - kościelne. No cóż, popęd seksualny musi być potężny, bo inaczej by nas nie było: gdybyśmy rozmnażali się przez pączkowanie, pewnie nie palilibyśmy się tak do prokreacji. Ale potęga to nieraz szaleńcza, skutkuje czasem zbrodniczo. Również w Kościele, również wśród jego ludzi na świeczniku, powołanych do pilnowania, żeby emocje miały tamy. Najgorzej jest, gdy zboczeniom towarzyszy mentalność korporacyjna duchowieństwa, połączona ściśle ze skłonnością do ratowania autorytetu przez nadużywanie dywanów. Do robienia tajemnicy ze wszystkiego, z grzechem na szczytach na czele.

Oczywiście pedofilia nie jest żadną miarą specjalnością eklezjalną: procenty są te same albo nawet i mniejsze niż w innych grupach społecznych. Ale od ludzi Kościoła wymaga się więcej, bo - co więcej - w sprawach seksu chrześcijaństwo jest bardziej rygorystyczne niż liberalny „świat". Świat tu winien, bo zrewolucjonizował etykę tych zachowań? Jeżeli nawet, to słabe to usprawiedliwienie, choćby dlatego, że etyka liberalna pozwala na wiele, ale z gwałtem walczy. We przedwczorajszym liście papież słusznie mówi o kryzysie Kościoła: ambona musi być czysta, tym bardziej ołtarz. Kiedy do USA i krajów europejskich dołączy Polska? Oby od razu bez mydlenia oczu, z mocnym mea culpa.

Od seksu niedaleko do małżeństwa - choć to tylko jeden z jego czynników. A ono przedsięwzięciem bardzo poważnym, jeśli się chce wytrwać w miłości. Dwa wspomnienia.

Z majątku „obszarniczego" W. do innych zaprzyjaźnionych przejeżdżało się, bo tak było najprościej, przez podwórze ”pańskie” w S. Ale właściciel S. zmienił żonę na młodszą, mając z poprzednią ślub, a jakże, katolicki, więc trzeba było jego dwór omijać łukiem. „Rozwodników" kwalifikowano używając terminologii łacińskiej: żyją w permanentnym grzechu. To było przed wojną, po wojnie jednak pewna była ziemianka miała problem moralny, bo jej syn się rozwiódł i ożenił ponownie „cywilnie". Z wdową - niemniej i ona przecież winna, więc zgodzić się na wizytę czy nie?

By myśleć mądrze o Kościele katolickim dzisiaj, trzeba znać jego historię, także najnowszą. Przed rewolucją Vaticanum Secundum. W sprawie „rozwodników" przełom na szczycie watykańskim nastąpił na początku pontyfikatu Jana Pawła II. Po Synodzie Biskupów na temat rodziny w opracowanej na jego materiale dokumencie papieskim, zwanym fachowo „adhortacją apostolską", papież z Polski napisał, że rozwiedzeni nie mogą czuć się odłączeni od Kościoła. Zaczął się jeszcze jeden swoisty proces ekumeniczny.

Dwaj dziennikarze i redaktorzy „Tygodnika Powszechnego", Maciej Müller i Tomasz Ponikło, wydali w Znaku książkę zaprawdę znakomitą. Misteria konstrukcja przeplata wykłady wiedzy z przykładami z życia. Wątek pierwszy dostarcza wiadomości historycznych: - jak powstała dzisiejsza katolicka koncepcja teologiczna i prawna małżeństwa - z jej dość obszerną prezentacją dokonywaną ustami teologów, kanonistów i duszpasterzy polskich. Dalej mamy dużo informacji o dyskusji na ten temat w Kościele (katolickim), między innymi o wspólnym nowatorskim stanowisku trzech biskupów niemieckich.

W książce jest też rozdział bardzo ważny: jak sprawa wygląda w prawosławiu. Kwestia istotna, bo wprawdzie tak prawosławni, jak i protestanci dopuszczają rozwody, ale ci pierwsi legitymują się równie starą, jak katolicy tradycją, też uważają małżeństwo za sakrament, Watykan nie odmawia im kościelności, w ogóle są partnerem dyskusji znacznie dla Kościoła katolickiego poważniejszym. A są właśnie innego zdania.

17:26, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 marca 2010
Grzech główny: autobeatyfikacja

Ewangelia Jana 8,7

„Ten, kto z was bezgrzeszny, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem".

Przekład bandy czworga. Grzech mniemania o sobie, że jestem poczęty bez grzechu pierworodnego. A przynajmniej święty. No, to może za dużo, ale błogosławiony. Tak czy inaczej, na ołtarz się nadaję.

12:57, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
sobota, 20 marca 2010
Grzech główny: stronniczość

Ewangelia Jana 7,52

„Żaden prorok nie powstaje z Galilei."

Są w Biblii powiedzenia, w których kryje się jakiś poważny grzech. Tu mamy stronniczość. Brak obiektywizmu w ocenie ludzi. Ktoś jest gorszy już przez to samo, że nie jest „z naszych". To ostatnie powiedzenie jest, co prawda, żydowskie (przypisane Żydom, załóżmy, że słusznie), ale nie jest przecież antysemitą ten, co widzi grzechy także żydowskie. Stronniczość „humana est". I groźna, bo z niej biorą się walki, żeby tylko partyjne. Stąd bierze się rasizm. Odmawianie wręcz człowieczeństwa: kiedyś Indianom i Murzynom, potem już tylko Murzynom, potem nagle Żydom. Czy nagle Żydom? Czy w owym nauczaniu pogardy dla tego narodu nie było zalążku rasizmu?

Mamy stronniczość nawet w takich powiedzeniach, jak: „On jest porządny człowiek mimo że z....". A może w ogóle „porządność" to co innego niż poglądy polityczne? Bardzo łatwo pomylić te dwie różne sprawy.

08:52, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 marca 2010
Święty Józef rozdwojony w sobie

Ewangelia Mateusza 1,16.18-21.24a

”Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: - Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański.”

Dziś dzień w Kościele moim niepośledni, bo świętego pierwszej klasy: Józefa z Nazaretu. Może i zaraz po Marii najważniejszego: tak w praktyce w katolicyzmie sprawa wygląda. Inaczej w prawosławiu, gdzie kolosalna jest rola mojego patrona: Chrzciciel niemal dorównuje Maryi, ma swoich świąt aż pięć, każdy wtorek, na Wschodzie też chyba powstało przypuszczenie, że - podobnie jak ona - nie skaził go grzech zwany pierworodnym.

U nas zatem Józef bardzo święty. Ale z Ewangelii wynika, że to postać dramatyczna, człowiek „rozdwojony w sobie", jakby powiedział o nim Sęp Szarzyński. W kościele pod Józefowym wezwaniem w dolnośląskim Krzeszowie mamy cykl obrazów na jego temat, wśród nich również taki, na którym Józef siedzi wielce strapiony. Miał powody. W końcu Ewangelia Mateusza, której jest w tych sprawach głównym bohaterem (u Łukasza - Maria), wyraźnie powiada, że nie od razu wiedział, skąd się w łonie Maryi wzięło to dziecko, przecież nie jego, choć było już po zaślubinach. Ewangelia nie mówi nic o jego pretensjach do żony, choć trudno sobie wyobrazić, by takowych nie czuł. Tu jednak zaraz problem, których z Józefem legion. Dotąd zawsze i wszędzie czytałem, że Maria była jego narzeczoną, nie żoną, bo stała się nią dopiero, gdy zamieszkali razem. Tymczasem w „Niedzieli" z 14 marca w swoim stałym felietonie biblijnym ks. prof. Mariusz Rosik pisze, co następuje: „W Palestynie za czasów Józefa i Maryi małżeństwo zawierano na dwuetapowej drodze. Etap pierwszy, zwany erusin, porównywany jest niekiedy (niezbyt szczęśliwie) do zaręczyn. Małżonkowie mieszkali po nim oddzielnie przez dwanaście miesięcy. Drugi etap zaślubin to uroczyste przeprowadzenie pani młodej do domu pana młodego. Józef i Maryja mieszkali jeszcze osobno, gdy Ona zaczęła oczekiwać na narodziny Jezusa. Jednak dziecko poczęte przed wspólnym zamieszkaniem uważane było za prawowite. Dla historycznej prawdy należałoby więc wyciąć z filmów fabularne kadry ukazujące mieszkańców Nazaretu z kamieniami w rękach, wymierzonymi w Maryję.”

Ks. Rosik oczywiście przyznaje jednak, że Józef wiedział, iż to nie jego dziecko. A pierworodny jego (Józefa) pomysł, jak sprawę załatwić nie narażając Maryi na zniesławienie (jeśli nie na ukamienowanie, gdyby się wyparł ojcostwa), biblista tłumaczy tak: „Nie rozumiał całej sprawy i postanowił potajemnie oddalić Maryję. Zgodnie z Prawem powinien Jej wręczyć get, list rozwodowy". A mógł to uczynić dyskretnie, bo - jak to gdzieś wyczytałem - można było dwóch świadków tego prawnego aktu zobowiązać do dyskrecji. Taka egzegeza jest jednak dla innych biblistów wątpliwa, dla mnie również. Po pierwsze, jak można było ukryć fakt rozwodu. Po drugie, Maryja rozwiedziona stawała się wolna, ale pozostawał problem ojcostwa dziecka. Wolę lekcję tekstu „oddalić się potajemnie", czyli samemu zniknąć i nie musieć odpowiadać na pytania, czyje to potomstwo.

Dalszy problem to dziewictwo Maryi po urodzeniu Jezusa. Katolicy i prawosławni, ale już nie protestanci, głoszą, że trwało dalej: tekst grecki dopuszcza ich zdaniem takie rozumienie dalszego ciągu dzisiejszego tekstu: „wziął swoją małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus". „Aż" nie oznaczałoby wtedy początku nowej sytuacji, a wspominani w ewangeliach bracia i siostry Jezusa byliby Jego braćmi przyrodnimi, ciotecznymi czy stryjecznymi.

No i problem Józef, który widać w poleconej na dzisiaj alternatywnie perykopie z kolei Łukaszowej (2, 41-51a). Jest to opowieść o zatrzymaniu się Jezusa w Świątyni i Jego pytaniu potem: „Czemuście mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?" No właśnie, Józef nie był faktycznie ojcem Jezusa, co nie było tylko problemem biologicznym, także swoiście pedagogicznym. Nie jest łatwo żyć z wzrastającą świadomością ojczyma, że pasierb go przerasta: boskim rodowodem i powołaniem.

11:43, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 18 marca 2010
Co znaczył złoty cielec?

Psalm 106, 19-23
”U stóp Horebu zrobili cielca
i pokłon oddawali bożkowi odlanemu ze złota.
I zamienili swą chwałę
na podobiznę cielca jedzącego siano.
Zapomnieli Boga, który ich ocalił,
który wielkich rzeczy dokonał w Egipcie,
rzeczy przedziwnych w krainie Chama,
zdumiewających nad Morzem Czerwonym.
Postanowił ich zatem wytracić,
gdyby nie Mojżesz, Jego wybraniec;
on wstawił się do Niego,
aby odwrócił swój gniew, by ich nie niszczył.”

Psalmista opiera tu wydarzenie opisane w Księdze Wyjścia 32,7-14, którą to perykopę też nam na dzisiaj polecono. Podkreślam, że zakwestionowana została dawna egzegeza, jakoby nasi starsi bracia w wierze ubóstwili w on czas po prostu cielca (byczka!) żywiącego się sianem. Chcieli mieć tylko własny znak, symbol, obraz Boga, gdy Jego przedstawiciel podział się gdzieś na 40 dni i nocy. A że był to posąg zbyt podobny do pogańskich obiektów kultu, to inna sprawa - i o nią właśnie „rozpalił się gniew Pana", jak opowiada Księga Wyjścia (tam nawet Pan mówi Mojżeszowi: „Zostaw mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich" - urocza antromorfizacja z psychologizacją do spółki).

Warto też wiedzieć z Biblii Paulińskiej, że byczek został odlany ze złota, które miało posłużyć do budowy pierwszej świątyni (Księga Wyjścia 25, 1-3.8). Budynek takowy nadawał się do ortodoksyjnego kultu lepiej niż jakaś rzeźba.

Czcić Boga można sztuką rozmaitą. Świątynie religii wywodzących się od Abrahama przestrzegają twardo takiej ascezy artystycznej (judaizm, islam, protestanci wszyscy poza luteranami) albo mają ikony (prawosławni), także i rzeźby (katolicy). Do Boga niejedna droga, zatem i sztuka dobra niejedna.
A nasze bożki dzisiejsze to, wiadomo, jak największa mamona z seksem połączona, sława oraz władza nad wszystkim, co się rusza.

19:25, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Upaść w ręce Boga

Wpis na środę 17 marca

Psalm 145, 14
„Pan podtrzymuje wszystkich upadających, podnosi wszystkich zgnębionych."

Te słowa Biblii skojarzyły mi się z tym, co powiedziała niedawno była już pani biskup niemiecka Margot Kässman. Zamykając swoją ostatnią konferencję prasową w roli luterańskiego biskupa ”landowego” oraz przewodniczącej Rady Ewangelickich Kościołów Niemiec (luterańskich, reformowanych i unijnego), wygłosiła taką złotą myśl teologiczną: „Nie możesz upaść niżej niż w ręce Boga". Co - jak rozumiem - oznacza ufność, że w każdej sytuacji jesteśmy jakoś pod Bożą opieką.

19:23, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 marca 2010
Woda, woda, woda

Psalm 46,5
„Nurty rzeki rozweselają miasto Boże."

Woda rozwesela. Jest życiodajna wszędzie, a tam, gdzie jej brak, urasta on do rangi niemal sakralnej. Ciekawe, czy gdyby chrześcijaństwo (przedtem judaizm) zaistniało w klimacie bardziej umiarkowanym, jego podstawowy sakrament byłby fizycznie zanurzeniem w wodzie. Pewnie też, bo grzech wszędzie kojarzy się z brudem, a H2O rozpuszcza wiele jego odmian. W każdym razie mamy dzisiaj teksty biblijne „hydrauliczne". Z Księgi Ezechiela (47, 9) czytamy o wodzie wypływającej spod progu Świątyni: „Wszystkie też istoty żyjące, od których się tam roi, dokądkolwiek potok wpłynie, pozostaną przy życiu: będą też tam niezliczone ryby, bo dokądkolwiek dotrą te wody, wszystko będzie uzdrowione".
A z Ewangelii Jana (5, 1-3a.5-16) czytamy o uzdrowieniu inwalidy, który chciał się wyleczyć zanurzeniem w Sadzawce Owczej, ale nie miał nikogo, kto by go tam zaniósł na czas. Niektóre rękopisy Ewangelii mają wyjaśnienie, o jaki wyścig tu chodzi, które uważa się za interpolację: „Od czasu do czasu zstępował anioł Pana do sadzawki i poruszał wodę. Kto pierwszy wszedł do wody po jej poruszeniu, zostawał uzdrowiony z każdej choroby". Wiarę w taką przyczynę uzdrowień bibliści uważają za żydowski folklor ludowy. Co wiem z Biblii Paulińskiej, a z Poznańskiej jeszcze to, że „woda tej sadzawki tryskała z podziemnego źródła i posiadała jakieś własności lecznicze, zwłaszcza wtedy, gdy źródło zaczynało bić i napełniało sadzawkę wodą".
Lecznicze własności niektórych gatunków wód to problem osobny, czasem zahaczający o teologię. Tu miejsce na wiadomość, że już niedługo będzie w „Gazecie Wyborczej" w każdy czwartek dodatek na temat zjawisk niezwykłych wydarzających się w kontekście religijnym. Redaktorem tej naszej kolejnej kolekcji religijnej będzie znów Grzegorz Polak, ja znów będę pisał felietoniki wstępne.

13:17, jan.turnau
Link Komentarze (101) »
poniedziałek, 15 marca 2010
Między trzciną o osiołkiem

Ewangelia Jana 4,43-45
„A po dwóch dniach udał się stamtąd do Galilei. Jezus bowiem sam potwierdził, że żaden prorok nie ma uznania w swojej ojczyźnie [Mt13,57,Łk 4,24], gdy jednak przyszedł do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, bo widzieli wszystko, co czynił w Jerozolimie podczas święto." (Przekład bandy czworga.)

Przyjęli Go, choć przedtem niektórzy w Nazaret wręcz chcieli Go zabić (Ewangelia Łukasza 4,29). Czy tamci w wiosce rodzinnej zmienili stosunek do swego krajana? Mogło być tak: przecież ewangelie notują niechętny stosunek do Niego nawet braci (przyrodnich, kuzynów?), którzy potem (Jakub, Juda) docenili Go. Podobno tylko krowa nie zmienia poglądów (teoria wymaga weryfikacji przez jakiegoś zoologa), ludzie indziej - zdrada.
Nie być chwiejnym jak trzcina na wietrze, ale też nie upartym jak osioł (znów skonsultujmy się u fachowca) - oto złoty środek intelektualny i moralny.

19:00, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
niedziela, 14 marca 2010
Kto jest bez tego grzechu...

Ewangelia Łukasza 15,1-3.11-32
Mówi się, że ta dzisiejsza przypowieść jest nie tyle o synu marnotrawnym, ile o ojcu miłosiernym. I słusznie. Można nawet powiedzieć, że w równej mierze o synu brzydko zazdrosnym. Ale zaraz dodając: kto będąc na miejscu owego syna niemarnotrawnego nie obruszyłby się na ojca arcymiłosiernego, niech w owego zazdrośnika rzuci kamieniem...

11:56, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
sobota, 13 marca 2010
Celnicy są wśród nas

13 marca 2010 
Ewangelia Łukasza 18,9-14
”Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: - Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: - Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: - Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".

Kogo tu wstawimy w miejsce celników? Byli kolaborantami: może zatem niektórych funkcjonariuszy partyjnych i państwowych (z ubekami i esbekami łącznie), którzy uwikławszy się w podłe zależności starali się jednak najmniej szkodzić bliźnim, a nawet odważnie pomagać. Pamiętam sam takich ludzi wśród „aparatu" PRL. Przede wszystkim profesora Samuela Sandlera, który pomógł mi kiedyś wspaniale na polonistyce we Wrocławiu (była z nim rozmowa Teresy Torańskiej w „Dużym Formacie", napisałem też coś do tego pisma na temat mego dobroczyńcy, czekam na druk).
Albo może tu wstawimy kogoś innej niż nasza politycznej barwy już z dzisiejszych podziałów. Patrzę na niego pogardliwie, a on wcale nie jest przekonany, że wszystkie rozumy pojadł. Może ma moherowy beret na głowie i szczerze prosi Boga o oświecenie, czemu ludzie tak nie lubią ojca Rydzyka? A może to „rozwodnik”, któremu życie ułożyło się fatalnie przed laty, teraz ma z nową żoną wzorową rodzinę, ale drogę do Komunii zamkniętą przez prawo kościelne.

Polecam wstrząsającą, kapitalną książkę „Miłość z odzysku" Macieja Müllera i Tomasza Ponikły („Znak").
Jedno z tej dzisiejszej Ewangelii wynika na pewno: „Kto się wywyższa...."
PS. Dziś dzień wielu Krystyn (nie wszystkich: inne mają imieniny 24 lipca). Imię święte: w języku niemieckim niemal identyczne ze słowem „chrześcijanka" (ona zwie się tam „Christin", Krystyna - „Christine"). Gdy to powiedziałem pewnej dzisiejszej solenizantce, bardzo była przejęta. Słusznie. Życzenia serdeczne.

09:53, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 12 marca 2010
Będziesz miał swojego Boga

Psalm 81,10
„Nie będziesz miał obcego boga,
cudzemu bogu nie będziesz się kłaniał."


Strasznie byli antyekumeniczni ci nasi starsi bracia: powinni byli otworzyć się na okolicznych pogan, na ich religię...
To była uwaga po trosze ironiczna: bo jednak monoteizm hebrajski był jakimś osiągnięciem myślowym na tle kultów ościennych. Nawet zakładając, że tamte też nie były prostym czczeniem byków itp., że za tamtymi „bałwanami" były w myślach ludów sąsiednich jakieś wierzenia poważniejsze. No i nie wykluczając wpływu np. myśli egipskiej na jej wychowanka Mojżesza. Między Żydami i ich sąsiadami była jakaś religijna osmoza. Niemniej wiara Biblii nie była po prostu jedną z wielu i cześć! To był jakiś ważny wyjątek.

Tyle o Starym Przymierzu. Albowiem można przeskoczyć do Nowego z tą samą problematyką. Wyjątkowość chrześcijaństwa. Problem ogromny i na wskroś aktualny. O to przecież wojują teologowie przejęci myślą religijną głównie azjatycką z ostrożniackim Watykanem. Stawiają wręcz pytanie, czy Słowo nie mogło się wcielić, owszem, w Jezusa z Nazaretu, ale oprócz tego jakoś oświecać ludy inne niż te znad Jordanu i jeziora Genezaret. Ekluzywizm teologiczny czy inkluzywizm: jest na ten temat już na szczęście też u nas spora literatura. I ja - katolik otwarty, jeśli nie rozwarty - jestem po stronie owym inkluzywistów.

Tyle, że jest chyba przecież w chrystianizmie (tak się dawniej ładnie mówiło) coś wyjątkowego: ten Bóg, co na tym świecie tak sromotnie przegrał. Ale może i to przekonanie niektórzy podważają.

17:11, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 11 marca 2010
Biblia niespodzianek pełna

Księga Jeremiasza 7,23-28
”To mówi Pan: - Dałem im przykazanie: »Słuchajcie głosu mojego, a będę wam Bogiem, wy zaś będziecie mi narodem. Chodźcie każdą drogą, którą wam rozkażę, aby się wam dobrze powodziło«. Ale nie usłuchali ani nie chcieli słuchać i poszli według zatwardziałości swego przewrotnego serca; odwrócili się plecami, a nie twarzą. Od dnia, kiedy przodkowie wasi wyszli z ziemi egipskiej, do dnia dzisiejszego posyłałem wam wszystkie moje sługi, proroków, bezustannie, lecz nie usłuchali mnie ani nie nadstawiali swych uszu. Uczynili twardym swój kark, stali się gorszymi niż ich przodkowie. Powiesz im wszystkie te słowa, ale cię nie usłuchają; będziesz wołał do nich, lecz nie dadzą ci odpowiedzi. I odezwiesz się do nich: »To jest naród, który nie usłuchał głosu Pana, swego Boga, i nie przyjął pouczenia. Przepadła wierność, znikła z ich ust«".

Biblia wciąż zaskakuje. Bywa wstrętnie ksenofobiczna, gdy jeden z jej przeróżnych autorów wkłada w usta Boga wezwania do ludobójstwa. Bywa pięknie „ksenofiliczna", gdy każe opiekować się cudzoziemcami. Bywa ostro krytyczna wobec swego narodu, gdy jeden z jej przeróżnych autorów powołując się na Boga mówi o niedoli proroków, których ten naród nie słucha.
Naród Wybrany taki był: wydawał na świat proroków i takich, co się ich krwawo pozbywali. A naród polski jaki jest? Chyba można by powiedzieć, że nie aż tak rozdarty między skrajnościami.

12:46, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
środa, 10 marca 2010
Naprawdę ani jota? Arcybiskup Michalik: trzeba nam proroków

Ewangelia Mateusza 5,17-19
”Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejsze, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim".

Słowa dziwne. Bo przecież chrześcijaństwo, przede wszystkim dzięki Pawłowi, właściwie pognębiło Prawo. W końcu nie przestrzegamy zgoła 613 przykazań Starego Przymierza, od obrzezania do ogromnego problemu koszerności. Bibliści powiadają tu między innymi, że termin grecki „plerosai" znaczy nie tyle „wypełnić", ile „dopełnić", udoskonalić. Bo też etyka Nowego Przymierza dopełnia Stare, czyli je radykalizuje niewątpliwie. Szczegółowych przepisów nieporównanie mniej, więcej natomiast ogólnego otwarcia na bliźniego. A swoją drogą redaktor Ewangelii zachował się tutaj mało dyplomatycznie: raczej ostro polemicznie - ale takie już jest pisarstwo biblijne.

Wracam do wczorajszych tekstów. Do Ewangelii według Mateusza, gdzie w rozdziale 18 Jezus powiada, że trzeba przebaczać nie aż siedem razy, ale aż siedemdziesiąt siedem (albo wręcz 70 razy 7: można przekładać różnie). To mi przypomniało sprawę wspólnego tekstu Episkopatu Polski i Patriarchatu Moskiewskiego, szczególnie przedwczorajszą wypowiedź przewodniczącego tej pierwszej instytucji, arcybiskupa Józefa Michalika, że owa sprawa wymaga odwagi proroków. Bardzo to pięknie powiedziane, właśnie odważnie!

17:53, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 09 marca 2010
Polubić Pana Boga

Księga Daniela 3, 35
„Nie odwracaj od nas swojego miłosierdzia przez wzgląd na Twego przyjaciela, Abrahama, sługę Twego Izaaka i Twego świętego Izraela".

Izrael to tutaj nie cały Naród Wybrany, tylko trzeci z jego patriarchów, Jakub. Określenie Abrahama jako Bożego przyjaciela brzmi niebanalnie. Może być też, co prawda, inne tłumaczenie. Biblia Poznańska przekłada: „ze względu na Abrahama, przez Ciebie umiłowanego", co już dźwięczy zwyczajniej, ale jest też i tamta możliwość translatorska.
Zaprzyjaźnić się z Bogiem. Pisałem tu ostatnio o biblijnym Bogu, z którym można się spierać: można, bo kto się czubi, ten się lubi. Polubić Pana Boga. Lubili go mistycy: od Abrahama do Wojtyły.

15:07, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 08 marca 2010
Budziki

Ewangelia Łukasza 4,24
„Zaprawdę powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie."
Banda czworga poszła na lekkie sparafrazowanie tych słów Jezusa (co robimy rzadko, bo chcemy być oryginalni, trzymając się jednak oryginału) i napisaliśmy: „Amen, mówiąc wam: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju". Ewangelia zaowocowała przysłowiami, ale to przedstawia paradoks: kochamy siebie samych całym sercem i całą duszą, zawsze znajdujemy dość siły, by znieść cierpienia bliźnich (gorzkie słowa mędrca francuskiego), cenimy sobie swojskość, ksenofobia jest jedną z fobii najgroźniejszych - ale swoich proroków nie uwielbiamy. Może gdyby tylko przepowiadali przyszłość, teraźniejszość zostawiali w spokoju, dawalibyśmy im spokój - ale prorok biblijny to poruszyciel sumień przede wszystkim swojego narodu; owszem, przez wizje przyszłości, ale raczej straszące karą Bożą za podłości teraźniejsze. Prorok biblijny to sumienie swojej wspólnoty i to mocno przebudzone. 
W chrześcijaństwie proroków na szczęście nie brak. Uśpienie duchowe „humanum est", więc każdy wiek ma swoje ludzkie budziki. Ruchy protestanckie, z których powstawały Kościoły zwane najczęściej ewangelikalnymi, określane są właśnie jako przebudzeniowe.
Najpotężniejsze są zielonoświątkowe.

Chcę tu krótko zaprezentować pismo polskie tego wyznania, „Chrześcijanin", które świętowało swój jubileusz: ma już 80 lat. Przedtem wyjaśnienie terminologiczne: odpowiednikiem słowa „zielonoświątkowy" jest obcy termin „pentekostalny". Nie ma on z kolorem zielonym nic wspólnego, choć nawiązuje do tego samego święta. W Polsce zwane jest potocznie „Zielonymi Świątkami", na Zachodzie słyszymy w tamtejszych językach termin grecki odpowiadający nazwie żydowskiego święta „Pięćdziesiątnica", obchodzonego 50 dni po święcie Paschy. Tyleż dni po Wielkanocy wobec zgromadzonych w Jerozolimie Żydów z różnych krajów zstąpił z różnych krajów zstąpił na apostołów Duch Święty. Wpadli w religijny entuzjazm, zaczęli mówić językami zrozumiałymi dla tamtejszej publiczności. Ruch zielonoświątkowy zwany jest też „chrześcijaństwem entuzjastycznym": z chłodnym spokojem religijnym tradycyjnych chrześcijan nie ma nic wspólnego.
Co zaś do „Chrześcijanina", jest to teoretycznie miesięcznik, ale dziś pogoda nie dla periodyków: jubileuszowy numer tego pisma sygnowany jest jako nr 01-04(684-687)2009. Tematy bardzo różne. Od wstępnego: „Kiedy przychodzi przebudzenie" (artykuł Pawła Biedziaka, redaktora pisma, znanego jako, byłego już, rzecznika polskiej policji), poprzez informacje o ruchu zielonoświątkowym w Polsce i w Brazylii oraz o niedoli chrześcijan w Indiach, do problemów lustracji. W środku numeru dwa teksty porównujące doktrynę zielonoświątkową z katolicką. Rozmowę redakcyjną z pastorem Edwardem Czajko przytoczę tu w całości, bo ciekawa i troszcząca się o obiektywizm, ekumeniczna.
Redakcja: ”Żyjemy w kraju, w którym dominującym wyznaniem jest katolicyzm. Większość zielonoświątkowców pochodzi z rodzin katolickich. Jakie są zasadnicze różnice między nauczaniem Kościoła katolickiego a nauczaniem Kościoła zielonoświątkowego?
Edward Czajko: W naszym Kościele zasadniczo trzymamy się podstawowych zasad reformacji.
Czyli?
Źródłem wiary jest tylko Biblia. Tylko w Chrystusie jest usprawiedliwienie. Usprawiedliwienie to akt łaski i aby je osiągnąć wystarczy przyjęć ten dar w wierze. I tylko Bogu należy oddawać chwałę.
Jak odpowiedziałby na to katolik?
Pewnie tak, że oprócz Biblii źródłem wiary jest tradycja i wpisane w nią nauczanie Kościoła, że w zbawieniu mogą pomóc osoby przez tę wspólnotę uznane za święte. One wraz z Marią z Nazaretu wypraszają łaski. No i że bez dobrych uczynków nie można zostać zbawionym.
Pośrednictwo świętych i Marii to raczej wyraz pobożności, bo doktrynalnie katolicy zgodzili się z protestantami, że zbawienie - protestanci wolą słowo usprawiedliwienie - to łaska, a więc dar i to bez zasług, którego źródłem jest wyłącznie śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.
Obawiam się, że deklarację tę zna niewielka grupa katolików. Nie lekceważyłbym pobożności. Ona wyraża treści wiary. Treści te są przeżywane w praktyce. A jaka jest praktyka? Pełna pośrednictwa świętych. Pośrednictwa Marii. Kościół katolicki jest bardzo skoncentrowany na jej osobie. W tak niebezpieczny sposób, że Maria otaczana bywa czcią, jaka przynależy się tylko Bogu. Wręcz wydaje się, choć rzeczywiście bardziej w praktyce duszpasterskiej niż w oficjalnej doktrynie, że Kościół katolicki mówi, a jego wierni wierzą, iż Święci, a zwłaszcza Maria, mogą pośredniczyć w usprawiedliwieniu. Mogą mieć wpływ na zbawienie człowieka.
A jeśli to brak precyzji w rozumieniu głoszonych prawd? Mówimy innymi językami. Katolicy mogą rozumieć to pośrednictwo inaczej. Nie jest to zastępowanie Jezusa. Święci i Maria nie wchodzą w rolę Jezusa. Tylko On jest jedyną drogą do Ojca i nikt nie przychodzi inaczej do Boga, jak tylko dzięki Chrystusowi, dzięki jego śmierci i zmartwychwstaniu. A święci, w tym Maria z Nazaretu, modlą się za wiernymi, aby tę drogę odkryli, skorzystali z niej, przyjęli dar usprawiedliwienia. I tylko w tym sensie mają wpływ na zbawienie. To raczej wstawiennictwo, czasem nazywane pośrednictwem, ale w znaczeniu modlenia się za proszącymi o modlitwę.
To i tak znacznie odbiega od tego, co mówi Biblia. Pismo Święte nie wskazuje nam na ten rodzaj wstawiennictwa. Ci, którzy odeszli ze świata, mają się za nas modlić? Biblia nic o tym nie mówi. Wręcz przeciwnie. Uczy, aby nie kontaktować się ze światem zmarłych. Oni są w rękach Boga. A poza tym obrazy i figury Marii, przedstawiające Matkę bez Syna oraz sposób jej prezentowania na przykład w kazaniach albo pieśniach, może sugerować, że rzeczywiście jest ona bliżej człowieka i lepiej go rozumie niż Bóg. Stad już bardzo blisko do bałwochwalstwa.
Bałwochwalstwa związanego z obrazami i figurami?
To też, ale bardziej z rolą Marii, która wkracza w miejsce Boga. Zajmuje w sercach wiernych miejsce należne Bogu. Zaczyna przesłaniać Chrystusa. Gdy tymczasem była to wspaniała kobieta z Nazaretu, która usuwała się w cień, aby jej Syn był na pierwszym miejscu, jak w Kanie Galilejskiej. Czasem nie wszystko mogła pojąć, ale zawsze wiernie Synowi towarzyszyła. Zawsze na drugim, albo trzecim planie. Wierna do końca. Wierna pod krzyżem.
Ale tam właśnie - mówią katolicy - Jezus dał ją ludziom jako duchową Matkę, mówiąc do Jana: „Oto matka twoja".
To zdanie jest wezwaniem do miłości wzajemnej. Jezus z krzyża przypomina swoje najważniejsze przesłanie. Tak rozumiemy ten tekst. Ja, Syn Boży troszczę się o was, nawet w godzinie śmierci.
Troszczcie się więc o siebie wzajemnie. Bo jak pisze Paweł w Liście do Tymoteusza: „jeśli kto o swoich, zwłaszcza o domowników nie ma starania, ten zaparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego."
Wróćmy do różnic. Gdzie jeszcze występują?
My, na podstawie Biblii, wiemy, że zbawienie jest za darmo, z łaski Bożej. Katolicy stale wspominają zaś o konieczności zasłużenia sobie na usprawiedliwienie. Dlatego kazania katolickie i codzienne nauczanie koncentrują się na moralności. Trzeba wypełniać przykazania, aby zostać zbawionym. Dobre uczynki są kluczem do usprawiedliwienia. To może w takim razie śmierć Chrystusa była niepotrzebna, skoro człowiek może zbawić się dzięki przestrzeganiu Bożego Prawa? Biblia twierdzi zgoła inaczej. Dzięki krwi Chrystusa zostaliśmy usprawiedliwieni. To ona obmywa nas z grzechów, a nie nasze uczynki. Uczynki nie wymazują naszych win. Grzech powoduje wieczną śmierć. Powinniśmy umrzeć na zawsze. Ale Jezus bierze te grzechy na siebie i umiera za nas. I przeprowadza nas do nowego życia. Daje nam je za darmo, bez naszych zasług. Tak mówi Biblia.
Nie byłbym taki pewien, że katolicy tak bardzo upierają się przy dobrych uczynkach jako drodze do zbawienia. Raczej zwracają uwagę, że wiara, dzięki której przyjmujemy usprawiedliwienie, nie może być tylko deklaracją słowną, a powinna wyrażać się także poprzez czyny. Tak przecież też twierdzi Biblia.
Najpierw Chrystus przychodzi do nas. Możemy Go przyjąć do naszego życia dzięki wierze. Jeśli Go przyjmujemy, to otrzymujemy za darmo, jeszcze zanim cokolwiek zrobimy, zupełnie niezasłużenie, dar zbawienia, dar życia wiecznego. I dalej, żyjąc z Chrystusem, wzrastamy w wierze i jak gałąź wszczepiona w krzew przynosimy owoce dobrych czynów, owoce przestrzegania przykazań. Biblia pisze o takiej kolejności. Najpierw spotkanie z Jezusem, przyjęcie go przez wiarę do swojego życia. I już wtedy człowiek otrzymuje zbawienie. Owocem tego przyjęcia Jezusa, spotkania ze Zmartwychwstałym, owocem żywej wiary jest przemienione życie.
Inne różnice. Różni nas chrzest?
Raczej moment jego przyjęcia. Uważamy, że poprzedzać go powinna wiara. „Kto uwierzy i zostanie ochrzczony, będzie zbawiony" - takie słowa Jezusa zapisał w swojej Ewangelii Marek. Jesteśmy wierni temu porządkowi. Kolejność jest taka: uwierzyć, a następnie przyjąć chrzest, czyli dać wyraz swojej wierze, zanurzając się w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. To jest droga do zbawienia.
Pastorze, ale wiara jest łaską. Darmowym podarunkiem od Boga. Może być maleńka jak ziarno gorczycy. Niemowlak dostaje ją od Boga jak dar życia. I rodzice pomagają mu w rozwijaniu tych darów - życia i wiary. A więc porządek biblijny nie zostaje zachwiany, gdy chrzci się niemowlęta.
Biblia wyraźnie opisuje chrzty dorosłych.
Ale są w niej opisy chrztu wiernych razem z ich domem, czyli można domniemywać, że chodzi o wszystkich domowników, w tym także dzieci.
Domniemania i domysły nie powinny być źródłem nauczania. Chrzest dzieci wyrastał z lęku, że jeśli umrą bez chrztu, mogą nie zostać zbawione. Bóg miałby być tak okrutny? To niemożliwe. My po narodzeniu dzieci przynosimy je do Boga. Wszyscy się za nie modlimy. I Bóg je błogosławi, aby rozwijały się, dojrzewały. Aby kiedyś świadomie podjęły decyzję i o przyjęciu Jezusa do swojego życia. Aby wyznały, że On, który umarł i za nie i zmartwychwstał dla nich, jest Panem ich życia. Ten akt wiary będzie wystarczający do udzielenia chrztu. Ale trzeba powiedzieć wyraźnie, że co do istoty chrztu nie ma różnic między protestantami, w tym zielonoświątkowcami, a katolikami. Wszyscy wierzymy, że zanurzając się w wodzie, zanurzamy się w Chrystusie, w jego śmierci, a wynurzając, powstajemy z Nim i do nowego życia. Dlatego lepiej, aby chrzest odbywał się przez zanurzenie, a nie pokropienie.
W rozumieniu eucharystii, wieczerzy pańskiej też nie różnimy się zbytnio.
To zależy. My wierzymy w prawdziwą, ale duchową obecność Chrystusa. Spożywając chleb i wino, mamy społeczność, wspólnotę, duchowo uczestniczymy w Ciele i Krwi Chrystusa, gdy na pamiątkę Jego śmierci i zmartwychwstania spotykamy się, tak jak to polecił, na Wieczerzy. To nawiązuje do żydowskiej wieczerzy paschalnej. Żydzi wspominają wówczas wyzwolenie z niewoli egipskiej. My wspominamy uwolnienie od grzechu i śmierci. I wspominając, uczestniczymy w tych zbawczych wydarzeniach. Duchowo, prawdziwie mamy społeczność, czyli związek, więź, spotkanie z Jezusem. Stajemy pod krzyżem. Duchowo. I odwiedzamy pusty grób. Duchowo. Prawdziwie, duchowo spotykamy Jezusa zmartwychwstałego. Ale nie mówimy tak jak katolicy, że chleb przemienia się w swojej istocie w ciało Jezusa albo że wino przeistacza się w krew. To są spekulacje filozoficzne rodem ze świata greckiego, obce duchowi Biblii.
Wciąż Pastor przywołuje Biblię.
Bo to nasze jedyne źródło wiary. Tradycję pozabiblijną, pisma pierwszych chrześcijan, ustalenia pierwszych soborów traktujemy wybiórczo, stosując kryterium zgodności z Biblią.
Tyle wspólnot chrześcijańskich powołuje się tylko na Biblię, ale niestety różnice w jej odczytywaniu i interpretowaniu sprawiły, że wciąż dochodziło i dochodzi do podziałów.
Ważne, aby wszystko działo się w miłości, we wzajemnym poszanowaniu. Protestantyzm był reakcją na zeświecczenie Kościoła katolickiego, na jego koncentrację na sprawach materialnych, na grzech, na zapomnienie Biblii. To było wielkie pragnienie odnowy, powrotu do źródeł. Sądzę, że ten nurt chrześcijaństwa wydał i wydaje wciąż dobre owoce. Pełne życia. A i w reakcji na protestantyzm Kościół katolicki w wielu dziedzinach przeżył swoje odnowienie. Oczywiście protestanci nie mają wspólnego przywódcy. Swojego papieża. I może dlatego wydają się tak podzieleni, choć są to głównie różnice natury etycznej. W dodatku powstały zupełnie niedawno. Jedność duchowa, jedność w fundamentach wiary ważniejsza jest jednak od jedności organizacyjnej. A w zasadniczych sprawach wspólnoty wywodzące się z nurtu protestanckiego są zgodne. Tylko Biblia. Tylko łaska. Tyłka wiara. Tylko Chrystus. Tylko Bogu chwała.”

Dziś Dzień Pań. Życzę im wszystkim wszystkiego najlepszego, wspominając wierszyk w ”Przekroju” sprzed pół wieku: ”Od oseska aż do starca uczcij panie w ósmy marca!”.

15:13, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum