Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 31 marca 2009
Święty wąż, czyli o ikonach
Księga Liczb 21,4-9

Streszczę trochę na wesoło, bo prawie w rocznicę Papieża, co żarty święcie kochał. Było tak. 
Żydzi zdążający do Ziemi Obiecanej zbiesili się. Zaczęli znów wymawiać Bogu i Mojżeszowi, że ich wyprowadził z Egiptu, bo teraz na pustyni nie mają chleba ani wody; sprzykrzył im się pokarm, którym ich zaczął karmić Bóg, gdy poprzednio szemrali (czyli przepiórki i manna). Pan Bóg zatem zezłościł się na nich i zesłał im węże jadowite, które wielu zabiły. Co otrzeźwiło tęskniących za niewolą i poprosili Mojżesza o wstawiennictwo. Owszem, skuteczne: Bóg dał ludowi swemu innego węża, miedzianego: ukąszony który nań spojrzał, ocalał.

Historia dziwna. Do Bożego mężobójstwa pilny czytelnik Biblii przywykł, więc i to „wężobójstwo" takiego lektora nie razi. Tutaj jednak figurą ozdrowicielską jest wąż, gad i dla nas mało sympatyczny, a w biblijnych dziejach ludzkości ab ovo okropny. Wszelako bibliści uczą, że tamten rajski „został dopiero znacznie później utożsamiony z Szatanem czy diabłem" („Encyklopedia biblijna"), a w ogóle w świecie starożytnym był ów zwierz symbolem ambiwalentnym, także pozytywnym (na przykład bóg Asklepios, symbol lecznictwa). Nawet sam Jezus kazał nam być roztropnymi jak węże. Zatem ów miedziany (może raczej z brązu) to nie dziwota. W 2 Księdze Królewskiej 18,4 mamy wzmiankę o kulcie tejże figurki , który zlikwidował król Ezechiasz.

Rozwój religii, także żydowskiej, jest faktem oczywistym. Jak pewne jest również, że zakaz obrazów (rzeźb) w Starym Przymierzu nie był konsekwentny, zatem w Nowym ikonoklazm (walka z ikonami) staro- i nowożytny jest teologicznie wątpliwy. Najmądrzej powiedział Luter: że to adiafora, sprawy doktrynalnie obojętne. Na mój gust są kwestią gustu właśnie: pustka świątyń protestanckich mnie nie razi (w luterańskich jest trochę obrazów, w kalwińskich i neoprotestanckich ani jednego), ikony też nie, jeno martwi okropność kiczu. A trzeba wiedzieć, że prawosławni tak czczą ikony, że adorują je jak my Hostie w monstrancji. Bo są dla nich, jak ów wąż: uzdrawiają patrzących.
14:16, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 marca 2009
De sexto alias sexo. Antykoncepcja itp.
Księga Daniela 13,41-62
Ewangelia Jana 8,1-11

Dziś temat seksowny. Z Księgi Daniela opowieść o Zuzannie i obrzydliwie lubieżnych starcach oraz o przenikliwym młodzieńcu Danielu, który udowodnił, że paskudnie kłamią. A z Ewangelii Jana perykopa o uratowaniu przez Jezusa cudzołożnicy z zagadkowym obrazem Jezusowego pisania na piasku.

Grzechy „nieczyste": inne zatem czyste... Główny temat sporu etyki chrześcijańskiej (nie tylko katolickiej!) z laicką: czy ta przyjemność jest całkiem neutralna moralnie? Na szczęście, przynajmniej w moim Kościele, widać zbliżenie. Po tej stronie upadła doktryna (nie dogmat, ale jeden z dogmacików, czyli przekonań krążących w Kościele, szczególnie w konfesjonałach, jako pewniki), że każdy grzech przeciw szóstemu przykazaniu należy do kategorii ciężkich. Zbliżenie po drugiej stronie? Niech mówią sami tamci stronnicy.

Wracam do mego Kościoła. Polecam marcowy numer „Listu", robionego z polotem krakowskiego magazynu katolickiego. Robionego już od 25 lat: gratulacje i życzenia na dalsze 75 wiosen! Pomocy Bożej i ludzkiej! 
Ów numer marcowy ma hasło „Poradnik penitenta, czyli jak się spowiadać" i zawiera w szczególności świetny wywiad z ojcem Janem Andrzejem Kłoczowskim, dominikaninem, filozofem i znanym duszpasterzem (sławne „dwunastki" w Krakowie!). Wycytuję najpierw to, co napisał na biblijny temat dzisiejszego dnia.

”Gdy ktoś mówi, że jego myśli krążyły wokół tematów seksualnych, zawsze podkreślam, że grzechem jest świadome i dobrowolne przekroczenie Bożego przykazania, a w wypadku grzechu ciężkiego - w ważnej materii. W głowie pojawiają «się» jakieś myśli - to krótkie słówko «się» wskazuje na to, że to nie jest świadomy akt. Gorzej, jeśli pod wpływem tych myśli ułożyłeś sobie bardzo chytry plan uwiedzenia cudzej żony. Nawet jeżeli, mimo twoich usilnych starań, plan się nie powiódł, bo dostałeś od kobiety po pysku, to grzech jest. Nie jej - bo słusznie ci dała po gębie, ale twój - bo byłeś gotów popełnić zły czyn. Za to, że się nie udało, chwała wiernej małżonce. Kiedy idziesz ulicą, zobaczysz dziewczynę i pomyślisz: - Ładna!, to podziękuj Panu Bogu, że stworzył nie tylko tak brzydkie dla nas zwierzęta jak ropuchy, ale i piękne kobiety. Skądinąd jest to dowód Jego dużego poczucia humoru. (...) Granicę wyznacza ustalenie okoliczności czynu. Ktoś wyznaje np.: zgrzeszyłem nieczystością. Co to znaczy? Jest różnica, czy ktoś zrobił to sam, z osobą wolną czy z zamężną, a może z zakonnicą? Podaję te przykłady, by uświadomić, że okoliczności są ważne.”

Ale wywiad błyszczy przede wszystkim anegdotami, których spowiednik od wielu lat nazbierał sporo, bo ludzie w owej kościelnej szafie mówią jeszcze głupiej niż gdzie indziej. Najlepsze jest wyznanie: „Mieszkam sama, grzechów nie mam", ale też odpowiedź na pytanie księdza: „A modlisz się za męża?" - „Nie. On jeszcze żyje." Jak również telefon do tegoż spowiednika o czwartej rano: spał w najlepsze, a tu słyszy wyznanie, że ktoś nie może spać, bo zaklął w samochodzie - obraził Pana Boga i nie wie, czy ma grzech ciężki... Ojciec Kłoczowski odpowiedział facetowi „Masz grzech, bo mnie obudziłeś", choć zaznacza, że to powiedział później, trochę żartobliwie. Moim zdaniem mógłby powiedzieć tylko to na serio, ale rozumiem, że ludzi trzeba oświecać.

Czasem są sprawy naprawdę trudne. Na przedzie numeru taki list czytelniczki.
”(...)Piszę do Was, ponieważ chciałabym prosić o numer LISTU poświęcony tematowi regulacji poczęć i związanej z nim antykoncepcji. Jestem młodą osobą która w niedalekiej przyszłości planuje ślub. Niedługo także stanę przed poważnym dylematem - w jaki sposób mam podejść do kwestii regulacji poczęć. Jest to bardzo ważny dylemat nie tylko dla mnie, ale również dla wielu ludzi, którzy chcą być blisko Boga, żyć zgodnie z Jego przykazaniami, ale jednocześnie móc cieszyć się życiem intymnym ze swoim mężem/żoną, bez obaw, że będą mieli nieplanowane dziecko. Bardzo chciałabym być matką, ale na razie przede mną wiele przeszkód. Dopiero kończę studia, niebawem będę szukać pracy, nie mam jeszcze swojego mieszkania i zupełnie nie miałabym w tej chwili warunków i pieniędzy na to, by wychować dziecko. Jednocześnie z moim narzeczonym, z którym jestem od kilku lat, chcielibyśmy w końcu wziąć ślub. W tej sytuacji pojawia się problem - Kościół dopuszcza jedynie stosowanie naturalnych metod, jednak są one mało skuteczne, zwłaszcza dla osób z nieregularnym cyklem miesiączkowym. Wiarygodności tym metodom nie dodają osoby szkolące w zakresie naturalnej regulacji poczęć - z reguły mają od czwórki dzieci wzwyż. Dziecko to nie «skutek uboczny» zabezpieczenia się przed ciążą, to człowiek, którego poczęcie wiąże się z koniecznością wychowania i utrzymania. W wielu przypadkach, dla kobiet dopiero rozpoczynających pracę, zajście w ciążę po kilku miesiącach od podpisania umowy kończy się zwolnieniem. Większość młodych małżeństw zaciąga potężny kredyt mieszkaniowy, co pociąga za sobą znaczne obciążenie finansowe. Dlatego w pierwszym roku po ślubie nie będę mogła pozwolić sobie na takie ryzyko. Z drugiej strony Kościół odrzuca wszelką antykoncepcję, łącznie ze stosowaniem prezerwatyw. Co ma więc w takiej sytuacji zrobić młody katolik, który czeka długie lata w czystości przedmałżeńskiej na ślub z ukochaną osobą, a potem nie może się cieszyć bliskością fizyczną z nią, ponieważ każde zbliżenie może skończyć się zajściem w ciążę? Chciałabym przy tej okazji poruszyć temat strasznej hipokryzji, jaką na co dzień obserwuję. Większość małżeństw regularnie stosuje antykoncepcję, ponieważ zawiodła ich metoda naturalna, a nie mogą sobie pozwolić na kolejne dziecko. Jednocześnie, co niedzielę, duży odsetek tychże małżeństw przystępuje do Komunii św. Część z nich nie spowiada się z tego grzechu, ponieważ uważają, że to ich osobista sprawa i Kościół nie powinien w tak intymne rzeczy ingerować. Część z nich spowiada się, ale nie ma w nich postanowienia poprawy - dalej stosują antykoncepcję, wskutek czego spowiedzi są nieważne. Myślę, że księża są tego świadomi, udzielając Komunii św., ale co mają zrobić? Problem staje się w obecnych czasach coraz poważniejszy i myślę, że Kościół powinien zająć jasne stanowisko w tej sprawie, bo przecież nie może być tak, że połowa osób przyjmujących Komunię św. przyjmuje ją z grzechem ciężkim albo z brakiem postanowienia poprawy Ja dopiero za jakiś czas zmierzę się bezpośrednio z tym problemem, jednak już teraz chciałabym prosić Redakcję o szczegółowe omówienie tego tematu na łamach LISTU”

Redaktor Sławomir Rusin „Listu" odpowiedział tak:
”Zgadzam się z Panią, że ze względów ekonomicznych wielu młodym małżeństwom bardzo trudno zdecydować się na rodzicielstwo. Jednocześnie stres, szybki rytm życia powodują, ze wiele kobiet ma coraz większe kłopoty ze zdrowiem, co utrudnia stosowanie naturalnych metod planowania rodziny Stanowisko Kościoła w sprawie antykoncepcji staraliśmy się przedstawić, najlepiej jak umiemy, kilka lat temu, w lutym 2004 r. w dziale «LISTOWA szkoła wiary». Odsyłam do lektury tego numeru Być może t nadszedł czas, byśmy znów podjęli się tego tematu...”
Co do mnie, myślę tak, jak większość teologów i duszpasterzy katolickich (zachodnich: Polska jest Polską), a i sporej liczbie biskupów, nawet purpurowych: życie ludzkie zaczyna się z powstaniem zarodka, nie wcześniej, a „naturalność" jest pojęciem mętnym, gdy brakuje już tylko sztucznych mózgów (choć może niejednemu by się przydał taki implant), a całkiem polski ksiądz Knotz powiada, że żaden seks, łącznie z oralnym, nie jest grzechem w łóżku małżonków. I tyle - choć dla niektórych spowiedników aż tyle. I dla Kościoła nauczającego, który na szczęście nie ponawia twardo zakazów, bo jest głęboko podzielony. Również na szczęście taki pogląd zdobywa prawo do druku w prasie katolickiej, choć jak dotąd chyba tylko w „Tygodniku Powszechnym" (czekam na stosowny numer „Listu").
Do tego zaś numeru dołączono dodatek pod tytułem „Biblia - krok po kroku". Na szczęście to numer zerowy czy też pierwszy (na temat: stworzenie świata), będą dalsze. „Gazeta Wyborcza" też nie gorsza, co się już wnet okaże. Biblia nie jest lekturą łatwą, nie bujajmy, ale kapitalną. Błogosławieni wszyscy, co do niej zachęcają i ją ułatwiają, amen.
Na koniec rocznica: 25 lat temu zmarł jeden z największych teologów ubiegłego wieku, jezuita niemiecki Karl Rahner. Był w Kościele swoim postacią dość kontrowersyjną. Wśród wielkich teologów przygotowujących swoją myślą Vaticanum Secundum, takich jak Yves Congar czy Henri de Lubac, był jedynym, który nie otrzymał kardynalskiego kapelusza. Można ogólnie powiedzieć, że niepokoił konserwatystów swoim egzystencjalizmem: mistrzem był mu Heidegger. Co gorsza, pisał wyjątkowo trudno. Gdy jednak przeczytałem jego książkę „O możliwości wiary dzisiaj" w upraszczającym tłumaczeniu Anny Morawskiej (parę wydań Znaku), to tamta lektura religijna stała się dla mnie jedną z najważniejszych w moim duchowym życiu.
14:15, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 29 marca 2009
Jezus kochał życie
Ewangelia Jana 12,25

„Kto miłuje duszę swoją, traci ją; kto zaś nienawidzi duszy swojej na tym świecie, na życie wieczne zachowuje ją."


Przyjęliśmy Wujkową „duszę" (łacińską „animę" Wulgaty), choć grecka „psyche" to nie dusza w platonizującej antropologii chrześcijańskiej, osobna część osoby ludzkiej. To owo „życie" u innych tłumaczy, pierwiastek życia doczesnego: natomiast „życie wieczne" to w oryginale inne wyrażenie, który mamy z kolei w źródłosłowie zoologii. Myśl Ewangelii jest taka, że życie ziemskie nie jest najwyższą wartością. Niech jednak nikt nie interpretuje tej nienawiści do duszy jako jakiegoś manichejskiego czy gnostyckiego gardzenia ciałem, w ogóle materią. Greka oryginału zawiera semityzmy, między innymi ową przesadę. Jezus nie nienawidził życia ziemskiego, kochał je: ale bardziej kochał życie wieczne.
14:17, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
sobota, 28 marca 2009
Domniemanie niewinności
Ewangelia Jana 7,50-51

„Mówi do nich Nikodem, który przedtem przyszedł do Niego, będący jednym z nich: czy nasze Prawo osądza człowieka, jeśli go wpierw nie wysłucha i nie rozpozna jego uczynków?"

Tłumaczenie nasze: ks. Michała Czajkowskiego, arcybiskupa Jeremiasza, pastora Mieczysława Kwietnia i moje. Staram się tutaj unikać polityki, ale są sprawy polityczne najgłębiej etyczne i taką jest lustracja. Zresztą nie trzeba tu moralności, wystarczy cywilizowana zasada prawna, żeby stosować domniemanie niewinności. A tu osądza się bez uprzedniego wysłuchania: tak, osądza się, i to na podstawie zeznań świadków, do których prawdomówności trudno mieć zaufanie. Przecież cały tamten ustrój był przeżarty kłamstwem! Pamiętam ze swojej pracy we wrocławskim urzędzie wojewódzkim, że raz szefowa planowania gospodarczego Dolnego Śląska odrzuciła solidne opracowanie demograficzne, bo nie pasowało do jej planu politycznego. Tam planowało się z sufitu! Czemu policja miałaby być wyjątkiem? Pracowali tam na ogół ludzie najgorsi moralnie.
19:18, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 marca 2009
Nie chciał umierać
Ewangelia Jana 7,10

„Kiedy zaś Jego bracia poszli na święto, wtedy i On poszedł, nie jawnie, lecz [jakby] I po kryjomu."

Tłumaczenie naszej bandy czworga. Dodaliśmy słówko „jakby", bo autor Ewangelii wiedział przecież, że tajemniczość tej podróży musiała być względna: za bardzo był znany. I zresztą wnet, w połowie świąt, wszedł do Świątyni i zaczął nauczać.
Ale nie chciał umierać: nie śpieszyło Mu się. Trzeba zrozumieć sens Jego śmierci: On nie był żadnym cierpiętnikiem. Ofiarniczy charakter tej śmierci nie polegał na tym, że On jej chciał. Nie chciał jej też Jego Ojciec: nie upraszczajmy teologii. Chcieli jej tylko przywódcy żydowscy i rzymscy. Ofiara Jezusa polegała na tym, że nie użył boskiej siły - zrobił, jak tego chciał Ojciec. Non violence w wymiarach Absolutu.
14:03, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
środa, 25 marca 2009
Słowo rozbiło namiot. Dekalog dla teściowej
Ewangelia Jana 1,14ab
Ewangelia Łukasza 1,26-38

„A Słowo ciałem się stało i rozbiło namiot wśród nas."

Uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Udało mi się przekonać moich trzech trójwyznaniowych mędrców, by w naszym ekumenicznym tłumaczeniu zachować namiotowy archaizm, dosłowną wersję zdania z prologu Ewangelii Janowej, przypominającego koczowniczą przeszłość ówczesnych ludów. Słowo, nieprzetłumaczalny właściwie filozoficzny termin grecki Logos (Mądrość?), został przez czwartą Ewangelię użyty dla nazwania Syna Bożego, który od sceny opisanej w Ewangelii Łukasza stał się synem Miriam z Nazaretu.

Oczywiście można datować Wcielenie w ten sposób tylko wtedy, gdy się uważa za początek życia człowieka już jego stan embrionalny. Tak jednak sądzili ci chrześcijanie, co najpierw na Wschodzie (V wiek), potem na Zachodzie (przełom V i VI wieku) przyjęli jako datę tego nazaretańskiego wydarzenia dzień poprzedzający dziewięć miesięcy Boże Narodzenie. Najpierw święto to miało wysoką rangę, bo było świętem samego Chrystusa. Z czasem jednak stało się świętem Maryjnym i to nie najważniejszym, Matką Bożą wiosenną (co brzmi swoiście w naszych klimatycznych warunkach). Nie wiem właściwie dlaczego - jeśli tak walczymy z aborcją.

A walczyć trzeba najmniej wojowniczo, słowem łagodnym - a czynem mocnym. Bardzo mi się podobają owe Okna Życia. Choć wiem, że adopcja to nie fraszka, problem poważny prawny, gdy rodzice absolutnie anonimowi, i potem kwestie pedagogiczne zgoła nie wydumane. Nie można zapewne ukrywać sprawy przed dzieckiem, ale kusi mocno rzucić ją w niebyt z naiwną wiarą, że tajemnica przetrwa żywot, bo nikt się nie wygada.

I tak doszedłem niechcący do spraw rodzinnych, więc jest malutkie a propos, by zareklamować książkę Wydawnictwa Księży Marianów MIC pod niewątpliwie familijnym tytułem „Jak być teściową?" (ilustracje: Jacek Frankowski). Autorzy, Marek i Wojciech Wareccy, których podręcznik ojcostwa tu kiedyś sygnalizowałem, nie mają tym razem szans na zabłyśnięcie własnym przykładem, ale są psychologami fachowymi i można im wierzyć. Szczególnie że mają poczucie humoru: nie cytują żadnego dowcipu o teściowej, ale na dzień bez tego dowcipu proponują 29 lutego...
Książeczka ma wśród innych ten walor, że kończy się streszczeniem, które tu ochotnie zamieszczam.
”Dekalog teściowej
I
Nigdy nie stawaj pomiędzy swoim dzieckiem a jego współmałżonkiem.
II
Nie przypisuj sobie roli ostatecznego autorytetu we wszystkich sprawach.
III 
Codziennie miej dla synowej dobre słowo.
IV
Wspieraj ich małżeństwo z całych swych sił.
V
Nie bądź despotyczna i agresywna.
VI
Dbaj, aby zawsze byli razem.
VII
Nie zabieraj im czasu i wolności.
VIII
Nie obmawiaj zięcia lub synowej w rodzinie ani poza nią.
IX 
Zrezygnuj z kontroli nad swoim dorosłym dzieckiem.

Jego związkiem i jego sprawami, ale bądź zawsze gotowa - ku budowaniu zgody - nieść pomoc i radę.”
Wracam do święta: wszystkim dzisiejszym Solenizantkom składam tutaj najlepsze życzenia pomocy Bożej i ludzkiej we wszystkich ich sprawach. Życzenia szczególne ślę pani Marii Wosiowej, znakomitej wrocławskiej dziennikarce radiowej, naszej kochanej Myszce!
15:30, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 marca 2009
Woda, woda, woda. Praca, praca, praca

Księga Ezechiela 47, 1-9.12
Ewangelia Jana 5, 1-3a. 5-16

Deszcz skontaminowany ze śniegiem pada od paru dni niemal ciurkiem, co więcej, parę dni temu mieliśmy światowy Dzień Wody, więc dzisiejsze czytania pasują, jak ulał (wodę). 

W księdze Ezechiela mamy opowieść o tym, jak anioł prowadził narratora od źródła spod Świątyni niewielkim potokiem, który zamienia się z czasem w życiodajną rzekę. A u Jana rzecz dzieje się przy sadzawce Betezda też poniekąd życiodajnej; co jakiś czas zstępował do niej anioł i poruszał w niej wodę tak skutecznie, że kto pierwszy się zanurzył, odzyskiwał zdrowie. A były to wyścigi ludzi ślepych, chromych, sparaliżowanych, więc skazanych na wieczną porażkę, jeśli nie mieli pomocnika. Otóż Jezus uzdrowił takiego właśnie człowieka nie mogącego samemu biec po szczęście. A że był szabat, więc Żydzi (niektórzy: nienawidzący Jezusa, ubóstwiający ów dzień), mieli pretensję do uzdrowionego, że pracował, bo potem niósł swoją matę (posłanie), i do Jezusa, bo też cud uznali za pracę. 

Tak to z każdej słusznej rzeczy, też z życiodajnego odpoczynku, zrobić można tępy zakaz, szczególnie jeśli się kogoś ma za strasznego wroga. Ale na koniec jeszcze coś, trochę biblijnej uczoności.
Otóż bibliści różnych wyznań pracują nad tekstem nie tylko, żeby go zrozumieć, także by ustalić jego autentyczną wersję. Przed wiekami podzielono go na rozdziały i wersety, aż tu mozolny namysł wykazywał, że w pewnym przypadku paru słów nie ma w większości rękopisów albo są tylko w późniejszych, więc to glosa i trzeba ją z tekstu kanonicznego usunąć. Tu pracowici bibliści postąpili tak z wersetem czwartym, opowiadającym o owym aniele, który cudownie poruszał wodę, albowiem uznali to za glosę pochodzącą zapewne z żydowskiego folkloru. Nie kierował nimi jednak antysemityzm ani woda sodowa w głowach uczonych ich.

14:09, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 marca 2009
Prorocy we własnym kraju. Kościele, Kościele...

Ewangelia Jana 4,43-45

„Jezus wyszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ wiedzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto."

Dla odmiany najpierw trochę filologii. Zacznę od tego, że spodobało mi się to rzadkie u Jana odwołanie się do synoptyków, do gorzkich słów Jezusa o niedoli proroka we własnej ojczyźnie. No i to odwołanie zaczyna się rzadkim w Ewangeliach słówkiem „wprawdzie". W tym rzecz jednak właśnie, czy mamy tu to słowo (lub „chociaż"), czy też - jak w wielu innych tłumaczeniach - „bowiem". Oryginał grecki ma spójnik „gar", który znaczy właśnie „bowiem", jednak wtedy sens jest mocno niejasny. Zatelefonowałem do ks. Czajkowskiego i przypomniał sobie, że ów „gar" może też znaczyć „wprawdzie". Zajrzałem potem do naszego tłumaczenia ekumenicznego i tam znalazłem „albowiem", także jednak zdaniem księdza Michała „wprawdzie" jest nieporównanie lepsze, bo właśnie zdania muszą jednak mieć sens, także te biblijne...

Teraz o proroku dzisiejszym. Rocznica śmierci Papieża już niedługo, Prószyński i Ska wraz z Centrum Myśli Jana Pawła II wydał właśnie reportaż książkowy Jakuba P. Kulawczuka pt. „Czas zatrzymany: 1-8 kwietnia 2005". Jest to zbiór wypowiedzi ponad 80 osób z całej Polski, od Wałęsy poprzez Szewacha Weissa do buddystki Małgorzaty Braunek i walczącej feministki Agnieszki Graff. Przegląd postaw pasjonujący, bo utarło się przekonanie, że cała Polska płacze po śmierci Papieża. Były ostre sygnały, że nie cała, ale mimo wszystko można było myśleć, że nastała ogólna żałoba narodowa. Otóż - nie.

Paweł Bravo, dziennikarz, lat 38:
”Stojąc tak na Krakowskim Przedmieściu, nagle postrzegłem niezwykle znamienny widok. Dosłownie po drugiej stronie ulicy zauważyłem bardzo dużo ludzi, którzy w pełnej beztrosce przemieszczali się z knajpy do knajpy. Po prostu z imprezy na imprezę, bo to był przecież wiosenny sobotni wieczór. Miałem wrażenie, że pomiędzy tymi dwoma światami istnieje jakaś niewidzialna linia. Po jednej stronie silny i gorący strumień ludzi trwających w skupieniu i modlitwie, po drugiej zaś równie silny strumień ludzi krążących od klubu do klubu. I zrozumiałem coś bardzo ważnego, że wspólnota kościelna w polskim społeczeństwie jest bytem niezmiernie istotnym i silnym, który w podobnych chwilach potrafi wykrzesać z siebie olbrzymią energię i zjednoczyć niesamowite rzesze. Ale druga część społeczeństwa - wcale nie mniejsza, porównywalna - kompletnie nie podziela tych doznań i w nich nie uczestniczy.”

Mamy skłonności do socjologii Pana Zagłoby: - ja tak myślę i tuzin znajomych, zatem cała Polska. Podobnie było po wiktorii 4 czerwca 1989, kiedy mówiło się, że naród odrzucił komunizm, a to była przecież tylko połowa i trochę, bo prawie 40 procent nie poszło głosować.

Książka Kulawczuka kapitalnie pokazuje także późniejsze znudzenie żałobną monotonią mediów, będącą zapewne czymś zgoła sztucznym, nie wynikającym nieraz z autentycznych przeżyć redaktorów. Temat stał się wtedy towarem, jak to w którejś dyskusji celnie ocenił Tadeusz Fredro-Boniecki. Było też wtedy - to znów myśl Pawła Bravo - dużo niemądrego optymizmu.
”To niezwykłe, że Papież, umierając, tak ludźmi wstrząsnął, że chociaż na chwilę potrafili zrzucić maski kiboli. Ale śmieszne było, że natychmiast pojawiło się wiele komentarzy, iż tak już będzie zawsze. Za absurd odpowiedzialni byli ci, którzy próbowali to sprzedać. Wierzyłem, że zachowanie kibiców było w tym momencie szczere i spontaniczne, ale dorabianie do tego jakichś niestworzonych przepowiedni było albo cyniczne, albo potwornie naiwne! Od samego początku było to dla mnie nadęte i obłudne. Wydawało mi się, że jest to próba zapełniania na siłę czasu antenowego czy miejsca w gazetach. Myślę, że gdybym pracował w jakieś redakcji, to patrzyłbym na swoich kolegów ze współczuciem, że muszą takie głupoty wypisywać. To znaczyło, że oni kompletnie nie potrafią odróżnić tego, co jest ważne i prawdziwe w danym momencie, od prozy życia - że człowiek, nawet bardzo prymitywny, potrafi przeżywać momenty uniesienia i rzeczywiście tak to nim wstrząsa, że na chwilę odkłada łom!”
I ci burdelbiznesmeni z Zakopanego, którzy udali nawróconych, ale tylko przenieśli interes do Białego Dunajca. 
Wreszcie bardzo wiele autentycznego przeżycia, spowiedzi, zniczy na alei Jana Pawła II, ale z kolei niemal obojętność niektórych księży:
Kamil Brzózka, reżyser, lat 26:
  ”Po drodze spotkaliśmy dwie koleżanki, które wcześniej były u nas, ale wyszły zaraz po informacji o śmierci Papieża. Jak się okazało, właśnie wracały z kościoła. Od razu nam powiedziały, żebyśmy sobie odpuścili, bo tylko się zdenerwujemy. Podobno wyszedł ksiądz, powiedział, że ma jutro mszę o szóstej rano i prosi o opuszczenie kościoła. Jak dotarliśmy na miejsce, to ksiądz stał już przy furtce. Tam jest figurka Matki Bożej i przy niej modliło się może piętnaście osób. Dołączyliśmy się do nich, żeby chociaż przez chwilę się wspólnie pomodlić. Po chwili usłyszeliśmy głos księdza: - Kochani, słuchajcie, ja naprawdę was proszę. Idźcie już do domu! Już, już, proszę was bardzo. Nikt się nie odezwał. Wszyscy rozeszli się w milczeniu.”
Nie pierwsza to relacja z tamtych dni. Antoni Pieńkowski napisał i wydał w r. 2007 w wydawnictwie „Vis-a-vis etiuda" książeczkę pt. „Polska żegna Papieża (2-8 kwietnia 2005 r.). Reportaż literacki". Ale to już nie tak krwiste jak tamto Kulawczuka.

PS. W przydziale dziennym dzisiaj jak zawsze psalm, mianowicie 137, wersety 1-6.
”Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy i płakali 
wspominając Syjon.
Na topolach tamtej krainy 
zawiesiliśmy nasze harfy.
Bo ci, którzy nas uprowadzili, 
żądali od nas pieśni.
Nasi gnębiciele żądali pieśni radosnej: - 
Zaśpiewajcie nam którąś z pieśni syjońskich!
Jakże możemy śpiewać pieśń Pańską 
w obcej krainie?
Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie, 
niech uschnie moja prawica.
Niech mi język przyschnie do gardła, 
jeśli nie będę o tobie pamiętał,
jeśli nie wyniosę Jeruzalem 
ponad wszystką swą radość.”


Tekst cudownie obrazowy, te harfy zawieszone (inny tłumacz woli: „ukryte") na topoli, to żądanie wrogów, żebyśmy pognębieni wyśpiewywali radość, jak parędziesiąt wieków później, gdy hitlerowcy rozkazywali Żydom weselić się śpiewem. Ale refrenem, który mój Kościół każe dodawać do tego żydowskiego tekstu, są słowa: „Kościele święty, nie zapomnę ciebie". Ni w pięć, ni w dziewięć, ni przypiął, ni przyłatał? Tak, chyba że pamięć o świętym Kościele oznacza tu coś na kształt wspominania Jeruzalem przez starożytnych Żydów nad rzekami Babilonu: jako ojczyzny. Kościół jest moją ojczyzną, co jednak oznacza identyfikację - nie kanonizację.

14:54, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 22 marca 2009
Czy diabeł może być zbawiony?


List do Efezjan 2,4

To tutaj mamy określenie, że Bóg jest „bogaty w miłosierdzie", które zrobiło karierę, bo stało się tytułem i tezą encykliki Jana Pawła II. Stawiam sobie wciąż pytanie o granice Bożego miłosierdzia. Czy aby na pewno nie sięga ono poza śmierć, czy możliwe jest, żeby klamka zapadała za ziemskiego życia, żeby potem mogło być coś takiego, jak wieczne odrzucenie Boga przez człowieka. Czy - pytam - Bóg mógł stworzyć świat z taką czarną dziurą? Uszanowanie wolnej woli człowieka za taką potworną cenę?

Daje mi natomiast do myślenia to, co napisał w marcowym „Przeglądzie Powszechnym" Zbigniew Danielewicz, nie całkiem zgadzając się z totalną nadzieją powszechnego zbawienia, wyznawaną przez ks. Hryniewicza. Wyłącza on (Danielewicz) z tej nadziei Szatana. Ciekawa jest jego argumentacja, że niewiadomo, czy owe upadłe anioły to w ogóle osoby. A jeśli tak - to już wniosek mój - może nie ma problemu wiecznej męki jakichś osobowych istnień. Kto zresztą twierdził, że diabły w piekle się męczą? To jednak nie uchyla pytania, po co właściwie Bóg stwarzał ową czarną, choć bezosobową dziurę?

11:46, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
sobota, 21 marca 2009
Etyka jako autolustracja
Ewangelia Łukasza 18,9-14
Przypowieść o faryzeuszu i celniku. Trzeba stale lustrować siebie: czy nie ma w nas zbyt dobrego mniemania o sobie w zestawieniu z kimś innym, kto wydaje nam się gorszy.
 Zapał lustratorów, którym jakby wydaje się, że gdyby ich dopadła esbecja, zachowaliby się przykładowo. Zapał każdego z nas, mój, by niemal podświadomie oceniać się lepiej niż bliźniego swego.
Chyba cytowałem tu już duchownego mariawickiego (skądinąd profesora astronomii) brata Pawła (czyli Konrada Rudnickiego), który w mariawickim „aperiodyku" „Praca nad sobą" (nr 50) słusznie twierdzi, że jeśli mamy się z kimś porównywać dla samooceny, to raczej z kimś, kogo uważamy za bardziej od nas wartościowego, bo taka „komparastyka" celująca w ludzi, którzy są naszym zdaniem gorsi od nas, niczemu innemu nie może służyć niż samozadowoleniu.
10:34, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 marca 2009
Etyka bez kodeksu II

 Ewangelia Marka 12,28b-34

 ”Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: - Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział - Pierwsze jest: «Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą». Drugie jest to: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego». Nie ma innego przykazania większego od tych. Rzekł Mu uczony w Piśmie: - Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary. Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: - Niedaleko jesteś od królestwa Bożego. I nikt już nie odważył się więcej Go pytać.”
Podałem powyżej pełny tekst dzisiejszej perykopy, bo krótka a bardzo ważna. Mówi o podstawach, sednie etyki ewangelijnej.
Miłość Boga i (czyli) bliźniego jest pierwszym, czyli najważniejszym, podstawowym przykazaniem. O wiele ważniejszym niż „całopalenia i ofiary", czyli czynności sakralne, nie sensu stricto etyczne. I to jest w odniesieniu do etyki chrześcijańskiej oczywiste: na przykład zostanie z człowiekiem wymagającym opieki ważniejsze jest niż pójście na mszę. Problem dla mnie zaczyna się, gdy zastanawiam się, co ten prymat przykazania podstawowego, ogólnego oznacza dla przykazań szczegółowych. Albo inaczej: czy można wobec tego powiedzieć, że gdy swoim działaniem nie szkodzę bliźniemu, jeśli niczego na nim nie wymuszam, to mogę robić, co chcę.
Sprawa nie jest jednak tak prosta. Może prosta jest prawnie: nie wolno spółkować z nieletnim, ale jak „letni" chce, to nie ma przestępstwa. Ale etycznie przecież jest problem, czy każdy może z każdą, jeśli oboje mają w tym kierunku wolną i nieprzymuszoną wolę. Tu etyka liberalno-laicka inna jest raczej niż chrześcijańska.
Cóż to więc konkretnie znaczy: „miłuj bliźniego swego jak siebie samego"? Pytanie nieoryginalne, notuję tu ad hoc myśli, które mnie „hic et nunc" dręczą.

20:07, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 marca 2009
Moje pytania do świętego Józefa
Ewangelia Mateusza 1,16.18-21.24a albo Ewangelia Łukasza 2,41-51a

Dziś uroczystość św. Józefa, oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. W Kościele katolickim to duże święto, według niektórych nawet na jeden dzień przerywające Wielki Post. Napisało mi się komentarz w taki oto, może grafomański sposób (ale jeśli była piosenka z pytaniami do tego patrona, to może być też wpis do blogu). 

Józefie, najpierw trochę genealogii. Jak miał na imię Twój ojciec: Jakub (Ewangelia Mateusza) czy Heli (Łukasz)? Nie jest to dla mnie najważniejsze, nie gorszę się też ani nawet nie dziwię, że ewangeliści nie dbali o takie szczegóły, że to w ogóle były dla nich szczegóły. No i wiem, że mogli korzystać z różnych tradycji, czyli że nie były to zapewne ich decyzje „nomenklaturowe", tylko jakichś wcześniejszych autorów. Może któryś z nich był źle poinformowany, a może takie właśnie imię pasowało mu do jego koncepcji teologicznej. Rodowody w obu ewangeliach różnią się przecież w ogóle sporo. Wszystko to wiem, chciałbym jednak wiedzieć jeszcze ten właśnie szczegół: jak naprawdę zwał się Twój ojciec?
Dalej w sprawie dużo dla mnie ciekawszej. Co pomyślałeś sobie, gdy dowiedziałeś się, że Miriam spodziewa się nietwojego dziecka? Straszliwe rozczarowanie? Rozglądanie się wokół, kto mógł być ojcem?

Co właściwie chciałeś zrobić „oddalając ją potajemnie" albo - jak tłumaczy na przykład Poznanianka - „po cichu się z nią rozstając". Ta moja bardzo sympatyczna Biblia Poznańska tłumaczy także, że zamierzałeś „zerwać zaręczyny przez danie ojcu listu rozwodowego, który wracał jej wolność". Jednak zaręczyny były faktem znanym ich otoczeniu, więc i ich zerwanie nie mogło ujść jego uwadze. Co więcej, „Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu" twierdzi, że wolny stawał się, owszem, w takim przypadku narzeczony, ale była narzeczona była okryta hańbą. Nie groziła jej - tak to rozumiem - śmierć za wiarołomność, ale jednak hańba. Może zatem Józef chciał nie ją oddalić, ale sam się oddalić, po prostu zniknąć tak dokumentnie, żeby nie musiał wyjaśniać, czyje to dziecko: jego czy nie jego? Czy jednak w tamtych warunkach można było praktycznie tak się „anihilować"?

No i pytanie w związku z tekstem Łukasza: od dwunastego roku życia, owego Jezusowego występu w Świątyni, było widać, że jest On kimś niezwykłym. Józefie, powiedz, jak znosiłeś to, że Twój syn przerastał cię intelektualnie o trzy głowy? Pewnie dzielnie pomagał Ci w Twojej pracy rzemieślniczej, ale byłeś zeń tylko dumny, nigdy nie zazdrosny?
Lektury: załapałem się na dwunasty tom ”Encyklopedii Katolickiej” (hasła: ”Maryja - Modlitwa”). Dzieło to monumentalne, wszelkiej, nie tylko religijnej scjencji pełne, a dwanaście jest liczbą świętą, więc autorom, redaktorom i wydawcy (Towarzystwu Naukowemu KUL) gratuluję i życzę na przyszłość najserdeczniej.
15:44, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 18 marca 2009
Etyka bez kodeksu
Ewangelia Mateusza 5,17-19

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejsze, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim"

Można (trzeba) zapytać: co to znaczy? Przecież Jezus dokonał etycznej rewolucji: skutek jej jest taki, że my, chrześcijanie nie przestrzegamy kilkuset nakazów i zakazów prawa żydowskiego. Wyjaśnianie tej sprawy przez uczonych biblistów nie zadowala mnie w stu procentach, ważne jest jednak ich tłumaczenie, że słowo „wypełnić" ma tu sens: uzupełnić, udoskonalić, doprowadzić do pełni. A - tu już moje pisanie - ta pełnia oznacza radykalizm ewangeliczny, który w istocie nic nie odejmuje, tylko dodaje. Wypowiedź Jezusa nie dotyczy w ogóle przepisów higienicznych i gastronomicznych, to nie jest tu w istocie ważne: ważna jest miłość Boga i (czyli) bliźniego. W ogóle jest przecież problem, że w ewangeliach jest mało czegoś, co nazywa się fachowo: „ipsissima verba Jesu", dosłownych cytatów, „autentyków", a poza tym doszukiwanie się w tekstach Biblii precyzji jurydycznej czy wręcz logicznej nie ma sensu. To jest myśl Wschodu, o wiele bardziej ”literacka” niż nasza ”naukowość”. Trzeba o tym pamiętać czytając dzisiejszą perykopę.

Co zaś do różnych przepisów, które nie tyle sam Jezus, ile Kościół pierwotny nam odpuścił, to sprawa skojarzyła mi się z papieżem w Afryce, z problemem AIDS, czyli prezerwatywy. Jestem prawie od pół wieku w ogóle za zniesieniem zakazu antykoncepcji, bo nie wytrzymuje on poważnej krytyki wielu wybitnych teologów nie tylko ze względu na straszliwe niebezpieczeństwo chorobowe, ale nie wyśmiewam też opinii kościelnej, którą ostatnio słyszałem, że kondom nic nie pomoże, bo Murzyn i tak go nie założy: jest na to zbyt spontaniczny. A reklama, wręcz wciskanie prezerwatyw tylko zachęca do seksu. 

Muszę to przemyśleć, a przede wszystkim skonsultować z „afrykanologami". Co tam naprawdę skutkuje? Bo pewien misjonarz katolicki twierdził wręcz, że właśnie metody „naturalne". Co już jednak wydaje mi się mocno wątpliwe.
16:01, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 17 marca 2009
Nie rób drugiemu...
Ewangelia Mateusza 18,21-35

Czasem wpisuję tu tekst ewangeliczny, ale może niepotrzebnie, bo przecież każda Czytelniczka i każdy Czytelnik ma Biblię w domu i jak będzie chciał, to zajrzy. Zresztą są perykopy bardzo znane, takie, jak ta dzisiejsza. Jak przypowieść o królu, który ulitował się nad sługą winnym mu 10.000 talentów (suma symboliczna w swoim ogromie) i darował ten dług. Sługa spotkał jednak kolegę, który był mu winien tylko 100 denarów, i okazał się nielitościwy: dusił go, po czym wtrącił do więzienia. Gdy król dowiedział się o tym, owemu nielitościwcowi cofnął swoją darowiznę i „kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda". Dalej jest w tekście oczywisty morał: „Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeśli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu."

Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe - oto ogólnoludzka wersja ewangelijnego przesłania. Równie bezdyskusyjna, jak trudna w praktyce. Dowcip bowiem polega na tym, że „drugi" nie jest pierwszym, czyli mną. Może ma rację buddyzm (i hinduizm) w swoim - by tak rzec - apersonalizmie. Ale rację praktyczną mają wszyscy wrażliwcy radykalni. Na przykład ojciec Stanisław Musiał - pomyślałem akurat o nim, bo była jego rocznica i drukowałem jego listy w „Arce Noego".
Lektury. We wczorajszym „Dużym Formacie" reportaż Rafała Kalukina o Michale Bonim, który „z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjmuje różaniec. - Nigdy się z nim nie rozstaję. Wolne chwile poświęcam na rozmowę z Bogiem. Dzięki temu mogę funkcjonować." Pamiętam sprzed wielu lat esej Boniego w „Więzi" o prymasie Wyszyńskim: wtedy wydał mi się zbyt entuzjastyczny, ale teraz pewnie oceniłbym go inaczej. Tymczasem zrozumiałem, że Prymas był tradycjonalistą czasem zabawnym (krytykował spódniczki „mini"), ale może gdyby nie on, jego walka w obronie Kościoła, nie byłoby co reformować.

W książce Leszka Kostrzewskiego i Piotra Miączyńskiego (Biblioteka „Gazety Wyborczej") o wirtuozach polskiego biznesu rozmowa również z Romanem Kluską. Tego człowieka, symbolu niszczenia młodego polskiego biznesu przez kretyńskich a chyba i wrednych urzędników, ratowała w niedoli wiara religijna. Modlił się: powtarzał „Jezu, ufam Tobie". Dzięki zaufaniu do Boga nie miał myśli samobójczych, wręcz przeciwnie: stawał się coraz lepszy i silniejszy. Trzeba wiedzieć, że to on sfinansował budowę świątyni Miłosierdzia w Łagiewnikach.
Tak to wiara przenosi góry a choćby i pagórki. Chciałbym mieć taką, ja, „etatowy katolik" „GW".
14:22, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 marca 2009
Jak łania. Papież, jaki był. Wilczyce

Psalmy 42,2-3 i 43,3-4

”Jak łania pragnie wody ze strumieni,
tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże.
Dusza moja Boga pragnie, Boga Żywego,
kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?
Ześlij światłość i wierność swoją,
niech one mnie wiodą,
niech mnie zaprowadzą na Twą górę świętą
i do Twoich przybytków.
I przystąpię do ołtarza Bożego,
do Boga, który jest moim weselem i radością,
i będę Cię wielbił przy dźwiękach lutni,
Boże, mój Boże”
.

Gdy łaziliśmy po Karkonoszach, przystanąłem, a żona poszła dalej i zobaczyła łanię z jelonkiem. Zazdroszczę. 
Pragnę Boga, który oświeciłby mnie, rozpędził mroki mojej duszy, przepędził chorobliwą chęć zabłyśnięcia na łamach, samolubstwo nie dające żyć, po prostu głupotę. Pragnę Boga, który dałby mi trochę mądrości. Albo inaczej: pragnę Boga, który nauczyłby mnie się modlić. Bo to przecież jedyne lekarstwo na czarną durnotę.
On był taki, bo się modlił. Dzięki temu stał się Janem Pawłem Wielkim. Były jego sekretarz Jan Paweł II, dziś arcybiskup metropolita lwowski Mieczysław Mokrzycki nie mówi tego w opublikowanym wnet wywiadzie-książce „Najbardziej lubił wtorki" (Wydawnictwo M), zrobionym przez Brygidę Grysiak, ale to moja hipoteza oparta między innymi na tej opowieści. Bo człowiek, który codziennie raniutko na czczo odmawiał różaniec leżąc krzyżem, musiał mieć wielką siłę ducha. Arcybiskup określił swego Mistrza słowami: „masyw modlitwy".
Modlił się wielokrotnie w ciągu dnia. Do kaplicy wstępował przed każdym posiłkiem i po posiłku. Przed audiencjami - adoracja Najświętszego Sakramentu. W każdy czwartek modlitwa do Ducha Świętego, w każdy piątek - droga krzyżowa na tarasie. Modlił się, tak jak oddychał, albo na odwrót, oddychał, tak jak się modlił - w każdym razie często nagle zapadał w modlitwę. Naprawdę - jak kiedyś powiedział - modlił się za cały świat: codziennie sekretarze kładli mu na klęczniku 30, 40 próśb o modlitwę, z datą, nazwiskiem, krajem, intencją. Czy to skutkowało? Arcybiskup opowiedział o pewnym przypadku naprawdę niezwykłym (a wiadomo skądinąd o wielu innych). Jego Msza była dla uczestników przeżyciem niesłychanym.
Książka jest pasjonująca. Kardynał Dziwisz skąpi wspomnień, których ma o tyle więcej, o ile lat z Papieżem, Mokrzycki sekretarzował tylko dziewięć, ale podaje mnóstwo szczegółów, ciekawych nie tylko dla tych, co wciąż wołają: „Santo subito".

Co do spraw duchowych jeszcze: nie był wylewny, wiadomo, że wolał słuchać niż mówić, więc nigdy nie powiedział, dlaczego wybrał na swoją główną rozmówczynię Matkę Jezusa. Widać było, że czci relikwie: miał ich dużo w swojej prywatnej kaplicy: św. Stanisława, Piotra i Pawła, włos św. Maksymiliana Kolbego.... Całował je zawsze, kiedy koło nich przechodził.
W każdy Wielki Piątek przez ostatnią chorobą spowiadał kilkanaście osób, zaproszonych z kolejki do konfesjonałów w bazylice Piotrowej. Ciekawe, że nie wszyscy, którym to proponowano, zgadzali się - i arcybiskup nie dziwi się temu: może bali się spowiadać u Papieża? Kto go spowiadał? Miał swego prywatnego spowiednika, w ciągu pontyfikatu było ich kilku, nie jego sekretarze, ale raczej ktoś z Polaków w Rzymie. Spowiadał się co tydzień. 
Był mistykiem - i komikiem. Jego żarty mają już swoją książkę Janusza Poniewierskiego: „Kwiatki Jana Pawła II" (parę wydań obcojęzycznych). Z książki pani Brygidy nieznany dowcip. Gdy dzisiejszy arcybiskup został prałatem, co daje różne kolorki na sutannie, Papież zrobił do tego aluzję, po czym zapytał: - Prała-cię matka? Arcybiskup przyznaje, że nie od razu zrozumiał kalambur; ja też nie, choć znam grę półsłówek: prucie chałata...
Polityka. Polska: martwił się zwycięstwem komunistów po odzyskaniu wolności, dla tych działaczy był uprzejmy, ale nie tak, jak dla Mazowieckiego i Wałęsy, szczególnie dla tego drugiego. A Kwaśniewskiego do papamobila zaprosił nie Papież, tylko dzisiejszy kardynał Dziwisz, i to ze względów czysto grzecznościowych (żeby prezydent z małżonką nie musieli kilkaset metrów iść na piechotę), nie politycznych. „Potem była wielka krytyka, dyplomacja watykańska była oburzona. Ojciec Święty milczał, nie komentował całej sprawy. A ksiądz Stanisław nawet przepraszał Ojca Świętego za ten nieprzemyślany, niepotrzebny gest, który wielu zrozumiało opacznie." Arcybiskup mocno podkreśla, że nie był to żaden symboliczny gest pojednania, nowego otwarcia. „Relata refero": wydaje mi się jednak, że czasem trzeba okazać ciepło także ludziom duchowo obcym. Nawet jeśli może być to zrozumiane politycznie.
Co do innych prezydentów: arcybiskup potwierdza, że Putin zaprosił Papieża do Rosji, choć zaraz powiedział, że prawosławie jeszcze do tego nie dojrzało. Wyjątkowo bliski był mu agnostyk prezydent Włoch, imiennik Ciampi. Kilka dni przed śmiercią Papieża, gdy już mówił z trudem, zdołał mu jakoś wyszeptać: „Zobaczymy się w raju. Pan na niego zasługuje." (relacja oczywiście Ciampiego).
Szczególną sympatią darzył Arafata, natomiast Mokrzycki twierdzi, że Papieżowi musiało być przykro, że Ali Agca nie ukazał żadnej skruchy.
Matkę Teresę chciał od razu kanonizować, ale mu to wyperswadowano ze względów jurydycznych.
Bardzo, bardzo lubił słodycze.

Na koniec inna książka, całkiem inna, choć też wspomnienia. Mojej ciotki, stryjecznej siostry mojej matki, więc też z domu Świeżyńskiej, Zofii Malanowskiej. Z ziemiańskiego domu w Wilczycach koło Sandomierza, dlatego książka, wydana pięknie w Bibliotece „Więzi", nazywa się „Wilczyckie wspomnienia". Autorka przestała być ziemianką w roku 1945, gdy rozgromiono „obszarników", natomiast z czasem stała się artystką. Malarką, „tkaczką" i wreszcie „hafciarką". Jej dzieła ilustrują książkę, jest to jednak rzecz nie „historyczno-sztuczna", tylko literacka. Jest trochę jak „Pan Tadeusz": widzę i opisuję, bo tęsknię.
Autorka jest - jak się rzekło - malarką, co też widać w jej pisarstwie. Ma talent narracyjny, ale przede wszystkim „obrazopisarski". Pamięta każdy kwiat w parku wilczyckim, jego barwę i kształt.
Opowiadanie jest pełne anegdot, nieraz przesmacznych, i one są bardzo ważne, bo uzupełniają obraz ziemiańskich dworów na przełomie epok. Bez nich ta epika byłaby zbyt słodka, czyli po prostu nie byłaby sobą. Na podstawie tych samych żartów można by jednak napisać pamflet, satyrę albo wręcz filippikę polityczną - ale to jest właśnie epika.
To opowieść o pewnej klasie społecznej, którą komunizm chciał zniszczyć i udało to mu się materialnie, ale nie moralnie. Jest w książce parę zdań niezwykle ważnych politycznie i wręcz historycznie, naukowo: o tym, że ziemianie znieśli uderzenie w nich bardzo dzielnie i pięknie. Tak też zachowywali się moi rodzice. Ludzie wyzbyci wszystkiego, którym wciąż wypominano dawne dobra, narzekali naprawdę niewiele. Może to wpływ działalności duszpasterskiej, Akcji Katolickiej, ojca Ziei - ale była w tym jakaś wspaniałomyślność, może szlachectwo właśnie.
Autorka jest jakby między dwoma środowiskami, całkiem różnymi: ziemiańskim i artystycznym (jeszcze bardziej był w takim rozkroku jej kuzyn, ksiądz Jerzy Wolff, który nie pasował również do duchowieństwa). O tej różnicy mówi bez ogródek, choć tak, jak o wszystkim: bez cienia złośliwości. Jej postawa duchowa, coraz wyraźniej widoczna, wzrusza nie mniej niż epicka tęsknota. Postawa chrześcijańska. Jest osobą głęboko religijną, choć krytyczną: wielbicielką świętej nadziei ojca Hryniewicza.

16:41, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 marca 2009
Nie będziesz pracoholił
Księga Wyjścia 20,1-17

”W owych dniach mówił Bóg wszystkie te słowa.

Ja jestem Pan, twój Bóg, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie.

Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja, Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i strzegą moich przykazań.

Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci twego Boga, Pana. Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych bram. Bo w sześciu dniach uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest na nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uznał go za święty.

Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą twój Bóg, Pan, da tobie.

Nie będziesz zabijał.

Nie będziesz cudzołożył.

Nie będziesz kradł.

Nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadek.

Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego"
.

Fundament etyki. Oto pomysł parafrazy.

I. Nie będziesz miał cudzych bogów obok mnie, czyli nie będzie bożkiem twym pieniądz ani poklask ludzki, przyjemność ani panowanie.

II. Nie będziesz czcił żadnych rzeczy, nie będziesz widział w nich świętości, niczego ważniejszego od człowieka, istnienia świętszego i piękniejszego niż jakiekolwiek martwe arcydzieło.

III. Strzeż się patosu, świętego sosu, gdy potrawa bardzo zwyczajna.

IV. Nie będziesz „pracoholił".

V. Czcij rodziców, opiekunów, nauczycieli...Wyobraź sobie, że kiedyś sam będziesz staruszkiem proszącym o szacunek.

VI. Nie zabijaj żadnego żywego istnienia, jeżeli naprawdę nie musisz.

VII. Nie zapominaj, że jest taka cnota, jak wierność.

VIII. Nie kradnij. Bliźniemu swemu, krajowi swemu.

IX. Nie oczerniaj nigdy bliźniego swego. Oraz podziwiaj bohatera Żeromskiego, który powiedział: „Nam, skautom, kłamać nie wolno" - i dał się rozstrzelać.

X. Co nie twoje, to nie twoje. Kto nie twój, nie twój. Powstrzymuj mocno pożądliwość swoją.
09:30, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
sobota, 14 marca 2009
Przypowieść o marnotrawstwie? Nie, o miłosierdziu.
Ewangelia Łukasza 15,1-3.11-32

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: - Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść.

Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: - Ojcze, daj mi  część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek miedzy nich. Niedługo potem młodszy syn, zebrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, które jadały świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: - Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: - Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: - Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: - Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: - Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: - Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: - Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się".


Znów opowieść o czwartym grzechu głównym, zazdrości. Trudno się dziwić bratu niemarnotrawnemu: kto z nas weseliłby się hucznie, gdyby jego ojciec wyprawił ucztę na cześć brata hulaki i utracjusza, gdy ten w końcu przypomniał sobie, że ma rodzinę? Ale opowieść nie jest o żadnym z braci, tylko o ojcu nieskończenie miłosiernym, Tym w niebie. Łukasz jest niezrównanym piewcą Miłosierdzia.
09:43, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 marca 2009
Czwarte: zazdrość

Księga Rodzaju 37,3-28

”Jisrael kochał Josefa bardziej niż wszystkich innych swoich synów, bo był on dzieckiem, [które urodziło mu się na] starości. I sprawił mu kolorowe ubranie. Jego bracia widzieli, że ich ojciec kocha go najbardziej ze wszystkich braci, [dlatego] znienawidzili go i nie potrafili rozmawiać z nim przyjaźnie. Josef miał sen i opowiedział go swoim braciom I jeszcze bardziej go znienawidzili. Powiedział do nich: - Posłuchajcie, proszę, tego snu, który śniłem. Związywaliśmy snopy na środku pola, nagle mój snop podźwignął się i powstał, a wasze snopy zebrały się dookoła [mojego] i pokłoniły się mojemu snopowi. I odpowiedzieli mu bracia:-  Czy będziesz królował nad nami? Będziesz nami rządził? I jeszcze bardziej go znienawidzili za jego sen i za jego słowa. Miał znowu inny sen i opowiedział go swoim braciom. Powiedział: -[Właśnie] znowu miałem sen. Słońce, księżyc i jedenaście gwiazd oddawało mi pokłon. Opowiedział [to] swojemu ojcu i swoim braciom; jego ojciec go skarcił i powiedział mu:- Cóż to za sen, który śniłeś?! Czy przyjdziemy ja i twoja matka i twoi bracia, żeby ci oddawać pokłon do ziemi?! Jego bracia byli zazdrośni o niego, ale jego ojciec zapamiętał tę sprawę. Jego bracia poszli, by paść stado ich ojca w Szechem. A Jisrael powiedział do Josefa: Czy twoi bracia nie pasą w Szechem? Poślę cię do nich. I odpowiedział mu:-  Tak! Powiedział mu: - Idź, proszę, zobacz, jak się mają twoi bracia i jak się ma trzoda i przynieś mi wiadomość. Wysłał go z doliny Hebronu do Szechem. I ktoś go znalazł, błąkającego się po polu. I zapytał go ten [człowiek]: - Czego szukasz? Odpowiedział:-  Szukam moich braci. Powiedz mi, proszę, gdzie oni pasą. I powiedział ten człowiek:-  Poszli stąd, bo słyszałem, jak mówili - Chodźmy do Dotan.
Josef poszedł za swoimi braćmi i znalazł ich w Dotan. Zobaczyli go z daleka i zanim się do nich zbliżył, uradzili, że należy mu się śmierć. Powiedzieli jeden do drugiego: - Patrzcie, idzie «mistrz snów». Chodźmy, zabijmy go, wrzućmy go do jednej ze studni i powiedzmy, że pożarło go dzikie zwierzę. Zobaczymy, co będzie z jego snów. Usłyszał [to] Reuwen i wybawił go z ich rąk i powiedział: - Nie zabijajmy go. Powiedział do nich Reuwen:-  Nie rozlewajcie krwi, wrzućcie go do tej studni, która jest na pustyni, ale nie podnoście na niego ręki. [Chciał] uratować go z ich rąk i zwrócić go jego ojcu. I stało się tak, że gdy Josef przyszedł do swoich braci - zdarli z Josefa jego ubranie, to kolorowe ubranie, które miał na sobie, wzięli go i wrzucili do studni. A studnia była pusta, nie było w niej wody. I usiedli, aby jeść chleb, podnieśli wzrok i zobaczyli, że karawana Iszmaelitów szła z Gileadu, z wielbłądami obładowanymi przyprawami, balsamem i żywicą, schodzili do Egiptu. I powiedział Jehuda do braci:-  Jaki będzie pożytek, jeśli zabijemy naszego brata i ukryjemy jego krew? Chodźmy, sprzedajmy go Iszmaelitom i nie [skrzywdzimy] go naszą ręką, bo [jednak] jest naszym bratem, naszym ciałem .
I bracia go posłuchali. Przechodzili kupcy Midianici. [Więc] wyciągnęli Josefa ze studni i sprzedali Josefa Iszmaelitom za dwadziescia [sztuk] srebra
.

Współczesny żydowski przekład Tory pod redakcją rabina Sachy Pecarica (Fundacja Ronalda S. Laudera).
No cóż, bardzo trudno wychować dzieci, a już najtrudniej, żeby sobie nie zazdrościły nawzajem. O co najłatwiej, gdy ulubieniec ojca jest, co gorsza, chwalipiętą.
Niezrównaną historię Józefa i jego braci przerobił na piękną powieść Tomasz Mann.

18:22, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 marca 2009
Ilu było Łazarzów?
12 marca 2009

Ewangelia Łukasza 16, 19-31

„Jezus powiedział do faryzeuszów:- Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz, i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: - Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: - Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł:- Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: - Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. - Nie, ojcze Abrahamie, odrzekł tamten, lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: - Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą".

Pozytywny bohater tej perykopy ma imię brata Marty i Marii, którego Jezus wskrzesił (Ewangelia Jana). Ciekawe, że mowa jest na końcu tej opowieści o umarłym, którego ostrzeżenia też nic by nie dały: umarłym wskrzeszonym oczywiście. Może Łukasz zrobił aluzję do przekazu o wskrzeszeniu, który potem wykorzystał Jan.

Jedno jest pewne, że bogacz cierpi straszliwie nie za sam stan majątkowy, tylko duchowy: w podtekście jest informacja, że nie przejmował się gorzej sytuowanymi. Przesłanie jest trochę takie, jak w Mickiewiczowskim „Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi tam od razu".

Nie chodzi tu o męki bez końca, to nie jest argument za wiecznością piekła: podeprę się nie tylko księdzem Hryniewiczem, także Benedyktem XVI, który choć w ogóle nie podziela nadziei ojca Wacława, w encyklice „Spe salvi" (p. 44 i 45) wyraźnie twierdzi, że tu chodzi o czyściec. A bogacz jest tutaj uosobieniem grzechu, bo Łukasz był wśród ewangelistów jakby socjaldemokratą: szczególnie mocno martwił się o ubogich.
16:05, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 11 marca 2009
Niewolnikiem być
Ewangelia Mateusza 20,17-28

”Mając udać się do Jerozolimy, Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich:- Oto idziemy do Jerozolimy: tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom na wyszydzenie, ubiczowanie i ukrzyżowanie; a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i upadając Mu do nóg, o coś Go prosiła. On ją zapytał: - Czego pragniesz?. Rzekła Mu:- Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie. Odpowiadając Jezus rzekł:-  Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić? Odpowiedzieli Mu - : Możemy. On rzekł do nich: - Kielich mój pić będziecie. Nie do mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował. Gdy dziesięciu to usłyszało, oburzyli się na tych dwóch braci. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: - Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie waszym niewolnikiem. Na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.”

Znowu kwintesencja Ewangelii: rzecz o władzy, wielkości - i służbie.
Bardzo ciekawy obrazek apostołów ukazujący chorobliwe ambicje dwóch z nich przecież tak bardzo wyróżnianych przez Jezusa, najbliższych Mu obok Piotra i Andrzeja. Zadziwiający realizm krytyczny Ewangelii, samokrytycyzm pierwotnego Kościoła, który nie bał się pokazać swoich filarów jako ludzi niegdyś miernych duchowo.

Mamy tu też teologię polityczną w pigułce: gorzkie słowa o władcach narodów. No i przykazanie dla ludzi rządzących w Kościele, żeby byli niewolnikami innych. Hierarchia odwrócona do góry nogami. Bywają tacy hierarchowie, ale by nie spysznieć od władzy, trzeba świętości.
13:41, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
wtorek, 10 marca 2009
Największy kłopot na ziemi: „ja"
Ewangelia Mateusza 23,12

„Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony."

Można powiedzieć, że to najkrótsze streszczenie całej Ewangelii. To nie tylko przesłanie moralne, to nie tylko „imperatyw etyczny", to także „indykatyw zbawczy" (przepraszam za uczoność języka). Ewangelia nie tylko moralizuje, ona jest dobrą nowiną, czyli raduje, pokrzepia. Nie mówi jednak, że poniżający się zostaną wywyższeni już tu, na ziemi. „Jak w banku" mają tylko za grobem zwycięstwo. Tak przecież było z głównym bohaterem czterech ewangelii i innych ksiąg Nowego Testamentu.

Co więcej, co to właściwie znaczy „wywyższać się"? Mieć tak potężny kompleks niższości, że nigdy nie postawić na swoim, nie uznać, że mam rację, że jestem mądrzejszy niż ktoś inny, bardziej nadaję się na wyższe stanowisko? Przecież nie o to chodzi. Więc o co?

Może zaufać osądowi bliźnich, otoczenia, wyższej władzy. Ale to też nie jest recepta uniwersalna: z tą wyższą władzą wiadomo, jak bywa, z demokratycznym wyborem też.

Zatem chodzi tylko o to, żeby się nie pchać. I naprawdę bywają ludzie, którzy nie kwapią się awansować. Powiadają księża, że nigdy nie brakuje powołań biskupich, choć z kapłańskimi różnie bywa - ale znam wypadek, że kandydat do infuły się wzbraniał, a nawet pewien biskup nie cieszył się, że pewnie zostanie papieżem.

Ale o świętych trudno. Bo po prostu trudno nie czuć się mądrzejszym, zdolniejszym, sprawniejszym niż mój bliźni, nawet gdy nie jest to wcale oczywiste. Niełatwo starać się usilnie w słusznej sprawie, ale nie tak, żeby samemu zabłysnąć, tylko żeby ona sama wygrała. Być „szarą eminencją", ale dlatego, że szarą, nie z racji przemożnej władzy: to też bardzo trudno. Dać się przekonać, uznać swój błąd myślowy, nawet moralny. Co piszę też sobie robiąc rachunek sumienia.
„Ja" nie daje nam żyć.
13:22, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 09 marca 2009
Pamiętaj o wicewersie! Ukraina, Ukraina... Ekumenia, ekumenia...

Ewangelia Łukasza 6,37

„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.”

Musimy częściej patrzyć w lustro. Sprawdzać tam, jacy naprawdę jesteśmy. Albowiem wydajemy się sobie inni niż bliźnim swoim. Jest to prawidłowość nie do uniknięcia: też swój głos słyszymy inaczej niż jest on słyszany przez innych ludzi. Co prawda, teraz jest sporo takich, którym wystarczy radio, żeby się usłyszeli od zewnątrz, a telewizja, żeby się zobaczyli jeszcze lepiej niż w lustrze. Ba, we wszystkich mediach widać nawet, co sądzą inni nie tylko o ciele niektórych z nas, ale i o duszy: słupki popularności są niezłym zwierciadłem.

Nasza nieodparta chęć oceniania innych jest rzeczą ogólnoludzką. Sądzimy innych, ale z tak zwaną wicewersą: inni też sądzą nas. Też potępiają, też nie kwapią się odpuszczać! Grzeszą? My też.

Osądzamy się wzajemnie, tłuczemy nawzajem. Prawie już tysiąc lat temu chrześcijaństwo podzieliło się ostatecznie na wschodnie i zachodnie. Można by powiedzieć, że ten rozłam (schizma) była nie do uniknięcia. Politycznie: były przecież dwa cesarstwa; kulturowo: były dwa języki a wraz z  nimi dwie mentalności. Oddzielenie religii od polityki jest wynalazkiem zgoła współczesnym, a religii od kultury jeszcze nie dojrzało do dzisiaj: dopiero powoli zyskuje uznanie w Kościołach pogląd, że dla celów misyjnych konieczna jest inkulturacja, ponieważ w ogóle doktryna chrześcijańska, jej wyznaniowe wersje, ich cały język, są przesiąknięte głęboko różnymi kulturami.

Jednak rozłam uwierał po obu stronach. Imperializm islamski zaganiał do zgody: tak zawarto u schyłku średniowiecza unię florencką. Było jednak już za późno, różnice za głębokie. Rozłam przeszkadzał szczególnie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, powstała zatem na jej ziemiach myśl zjednoczeniowa, która zaowocowała w formie unii brzeskiej ( r. 1596). Niestety miała ona w sobie błąd fundamentalny: zakładała dogadanie się Rzymu tylko z częścią prawosławia. Pomysł unijny polegał na powrocie do jedności z Rzymem tylko niektórych Cerkwi lokalnych: tych nad Bugiem, Dniestrem, Dnieprem. A rezultat starań unijnych był, co gorsza, taki, że nawet chrześcijaństwo wschodnie Rzeczypospolitej zostało rozłamane na pół, a unia uznana przez prawosławnych za rzymskokatolicką okropność moralną, rozbijanie jedności Cerkwi przez żądne władzy papiestwo.

Ocena unii brzeskiej nie jest kwestią historycznie oczywistą. Historycy z obu stron spierają się, w jakiej mierze była to akcja dobrowolna. Chyba jest oczywiste, że dogadali się z Rzymem (niektórzy) biskupi, ale na nich się prawosławie nie kończy. Na ocenę katolicką nakładają się wydarzenia późniejsze: carskie prześladowania unitów w wieku XIX i stalinowskie sto lat później. Trudno nam zrozumieć, że przedtem było raczej na odwrót. A w każdym razie było krwawo: konflikt religijny zaciążył w ogóle na losach Rzeczypospolitej, stymulując wojny ogniem i mieczem. Jeszcze jedna moja złota myśl ogólna: dogadanie się całego katolicyzmu z całym prawosławiem było niemożliwe w czasach, gdy oba wyznania uważały się nawzajem za pogrążone w okropnym błędzie. Pewnemu duchownemu unickiemu w rozmowie ze mną wypsnęło się nawet sformułowanie, że unia była wyciągnięciem prawosławnych z błota. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni: z kolei prawosławni mieli nielepsze zdanie o „rzymskich”. W katolickiej optyce możliwy był tylko „powrót do Rzymu”, czyli pod jego kuratelę, cztery wieki temu nie śniło się prawie nikomu, że dążenia zjednoczeniowe mają polegać na wspólnym, od różnych stron dążeniu do Chrystusa. Nazywaliśmy się nawzajem schizmatykami, oni nas też, a jakże, nawet dotąd, choć także  oni powściągają dzisiaj języki.

Po tym wstępie przechodzę do tego, co dzisiaj, do moich lektur ostatnich. W reklamowanym już tutaj numerze marcowym „Przeglądu Powszechnego” mamy zarysowany obraz chrześcijaństwa na Ukrainie i Zakarpaciu. Wypowiada się jezuita birytualny ks. Marek Blaza, biskup zakarpacki Milan Szaszik, intelektualista ukraiński profesor Mirosław Marynowicz.

A jest to stan głębokiego rozbicia, rozproszkowania wręcz. Mamy bowiem na Ukrainie Kościół katolicki obrządku łacińskiego, greckokatolicki (osobny na Zakarpaciu) oraz potężnie podzielone prawosławie. Największy odłam to Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego, wobec władzy moskiewskiej autonomiczny, ale nie całkiem samodzielny, czyli nie mający autokefalii. Chcą ją natomiast posiadać inni prawosławni i to nawet liczni, gruntownie jednak skłóceni. Metropolita Filaret, władyka kijowski przed upadkiem Związku Sowieckiego (nie mylić z Filaretem białoruskim) stoi na czele Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego. Rzecz jednak w tym, że istnienie czegoś takiego, jak ten patriarchat, jest mocno wątpliwe. Filaret nie otrzymał nawet autokefalii: starał się o nią oczywiście nie w Moskwie, tylko w Konstantynopolu, ale bez skutku. Nie dał jej tamten ośrodek również innym ukraińskim petentom. Od przed wojny starały się o nią środowiska krajowe bądź emigracyjne, ale nie tylko jej nie dostały, nie były nawet w stanie stworzyć jednej struktury eklezjalnej: jest ich aż pięć.

Stosunki prawosławno-unickie są złe. Walki o świątynie osłabły, ale wzajemna niechęć nie zmalała. Wigoru jej dodają greckokatolicy (czyli unici) przeniósłszy swoją centralę ze Lwowa do Kijowa, choć są niemal tylko na Ukrainie Zachodniej, i zabiegają dla swego Kościoła o status patriarchatu, co do reszty gniewa Moskwę. Idea tego patriarchatu jest bowiem oczywiście taka, że byłby on jeden dla wszystkich ukraińskich chrześcijan wschodnich. Co prawda, obecny „arcybiskup większy” (to właśnie mniej niż patriarcha) ukraińskich grekokatolików kardynał Ludomyr podczas swojej wizyty w „Gazecie Wyborczej” mówił nam, że on nie pretenduje do tego ogólnoukraińskiego stanowiska (mógłby to być na przykład Filaret), ale to dla Moskwy nie ma znaczenia. Nie zgadza się ona, co więcej, na ideę ukraińskich unitów, którą zaakceptował Konstantynopol, żeby Cerkiew ukraińska była wspólnotą-pomostem między Wschodem i Zachodem, była w jedności tak z prawosławiem, jak i Rzymem.

„Tak to ludzie tracą lata, gdy nie są jak brat dla brata” - rymował Boy dla hecy, ale myśl jest niewątpliwie ewangeliczna.
Ale historia „uniatyzmu” (tak to się zwie, nie unityzm) to nie tylko pasmo konfliktów unicko-prawosławnych. To też walka wewnątrz wieloobrządkowego katolicyzmu. Wielo- bo Kościołów unickich, czyli wschodnich, ale podległych Watykanowi, jest przecież wiele: na przykład na Bliskim Wschodzie. Tam jednak z różnych przyczyn nie jest tak wyznaniowo burzliwie.
Bo na Ukrainie wojna wszystkich ze wszystkimi. W Wydawnictwach Uniwersytetu Warszawskiego ukazała się ważna praca Bernadetty Wójtowicz-Huber pt. „Ojcowie narodu”. Podtytuł: „Duchowieństwo greckokatolickie w ruchu narodowym Rusinów galicyjskich (1867-1918)”. Dzieło bardzo ciekawe, bo pełne szczegółowej wiedzy o ruskim ruchu narodowym w Galicji drugiej połowy XIX wieku i początku XX-ego, ale nie gubiące się w szczegółach. Autorka ukazuje dobitnie dwutorowość tych dążeń: tendencję moskwofilską czy też rusofilską oraz ukrainofilską. Paralelna wobec tych dwóch tendencji jest dwoistość religijna: prawosławie i unia. Pani Wójtowicz-Huber stwierdza też wielki udział w tej emancypacji narodowej greckokatolickiego (unickiego) duchowieństwa. Takie nastawienie miało jednak duchowieństwo niższe, bo wyższe wolało być wierne wiedeńskiej dynastii. Autorka tłumaczy również bardzo dla mnie ciekawie, skąd się brały wśród ludności ruskiej Galicji tendencje rusofilskie: brały się między innymi ni mniej, ni więcej, tylko z liturgii. Mamy tu bowiem cały dramat unii brzeskiej: Rzym zgodził się formalnie na odrębność liturgiczną, ale „łacinnikom” bardzo nie w smak była ta religijna inność. Latynizowano unitów likwidując ikonostasy, rugując krzyże trójramienne, wprowadzając „łacińskie” nabożeństwa paraliturgiczne. Akcja  wywoływała reakcję, bo lud nie cierpi zmian w formie nabożeństwa, po latynizacji przyszła kolej na „delatynizację”, na walkę o czystość greckiego obrządku. W formie czystej istniał on w prawosławiu, stąd zatem spojrzenie w tamtą kościelną, a więc i narodową, polityczną stronę. Doszło do tego, że w pewnym momencie jedna z parafii galicyjskich postanowiła przejść do prawosławia, a niektórzy duchowni uniccy zaczęli uciekać z Galicji do prawosławnej diecezji chełmskiej w zaborze rosyjskim. Był to, co prawda, ruch dwustronny, bo stamtąd z kolei też szli religijni uciekinierzy do Galicji - ale dające do myślenia jest to nieodparte dążenie rzymskokatolickie, by rugować wszystko, co zakłóca religijną jednolitość. Oczywiście prawosławie też nie kocha wewnętrznego zróżnicowania, szczególnie w sprawie liturgii, która tam jest niemal wszystkim - ale centralizm wraz z uniformizmem jest grzechem głównym mojego Kościoła.

Jak ekumenizm, to też w kierunku zachodnim. Byłem wczoraj na spotkaniu luteran(ów) warszawskich w podziemiach ich wspaniałej świątyni pod wezwaniem Świętej Trójcy. Promowano tam książkę „Ewangelicy w dziejach Warszawy”. Dzieło skomponowano z tekstów przygotowanych na sesję naukową, jaka odbyła się w czerwcu ub.r. Początki luterańskie w stolicy były - wyczytałem w książce - burzliwe ponad dzisiejszą wyobraźnię. Pogrzeby luterańskie po chamsku zakłócano, był jednak również tumult sprowokowany przez ewangelika. Co prawda, nie luteranin, ale „kalwin” (tak nazywa się też dzisiaj ewangelików reformowanych) „obraz najświętszej Bogarodzice na wielką wzgardę przy patrzących na to katolickich (...) do tyłu swego, jakby mającego się podcierać, przyłożył” (relacja tamtoczesna oczywiście katolicka). A dzisiaj wspólne nabożeństwa, w Warszawie miesięcznie przynajmniej trzy, dwa u katolików, jedno u luteran (w drugiej ich parafii, przy placu Unii Lubelskiej). Czasy zmieniają się i my z nimi, jak mówili starożytni Rzymianie.
A w TVP I od wczoraj nowa seria „Rancza”. Na początek problematyka religijna, nawet wręcz teologiczna. Nawiedzony wikary egzaminuje parafian ze swego przedmiotu i przeżywa szok, bo poziom okropny. Zgrywa, też dzięki świetnej grze, niezła (co to Dekalog - waga elektroniczna). No i rozmowa czterech pijaczków: - Że też tyle religii, a tylko nasza słuszna. I stąd wojny religijne, bo inni nam zazdroszczą...

22:14, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 marca 2009
Taki był w on czas obraz Boga
Księga Rodzaju 22,1-18

”Bóg wystawił Abrahama na próbę i rzekł do niego: - Abrahamie! A gdy on odpowiedział: - Oto jestem, powiedział: - Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jaki ci wskażę. A gdy przyszedł na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: - Abrahamie, Abrahamie!. A on rzekł - Oto jestem. Powiedział mu:-  Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś mi nawet twego jedynego syna. Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył go w ofierze całopalnej zamiast swego syna. Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: - Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu".

Opowieść niezwykła, okropna - jeśli rozumieć ją zbyt dosłownie. Co z tego, że Bóg w końcu uratował Abrahama przed dzieciobójstwem, jeśli pochwalił go i nagrodził, bo nie odmówił Mu tej ofiary? Tłumaczy się, wiem, że chodzi tu o posłuszeństwo Bogu jako takie i że przesłanie tej perykopy jest też takie, że ofiar z dzieci czynić nie wolno.  Coś tu jednak nie gra, przesłania owego nie raczej nie widać. Wolę egzegezę bardziej radykalną. Bóg przecież w Biblii Starego (Pierwszego) Przymierza nieraz nakazuje mordowanie ludzi, tyle że nie własnych dzieci, tylko cudzych. Po prostu Abrahamowi - jak też autorowi owej opowieści - wydawało się tylko, że Bóg każe mu zabić Izaaka, tak jak innym bohaterom (i autorom) Biblii wydawało się, że trzeba wycinać w pień mieszkańców Kanaanu, zdobywszy ich warownie. Biblia jest księgą boską, ale ludzką też, a jakże.

Wszystkim Czytelniczkom najlepsze życzenia, dziś szczególnie serdeczne!
09:03, jan.turnau
Link Komentarze (42) »
sobota, 07 marca 2009
Miłujcie przyjaciół swoich
Ewangelia Mateusza 5,43-48

”Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził». A Ja wam powiadam: miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski".

Miłujcie nieprzyjaciół... Nawet nieprzyjaciół.

Ale z przyjaciółmi też nieraz ciężko. Są różne powiedzenia na ten temat, a ja chcę tu powiedzieć coś takiego: żeby wytrwać w przyjaźni trzeba troszczyć się o własną kondycję psychiczną. Odnosi się to zresztą do relacji międzyludzkich w ogóle: małżeńskich, rodzicielskich, zawodowych - wszędzie trzeba wspomagać swoje „ja" nie tylko własną mocą. Także mocą Kogoś Innego. Nie tyle w stylu: „Boże, broń nas od przyjaciół, bo z nieprzyjaciółmi sami sobie poradzimy" - bardziej pozytywnie. Boże, powiedz, jak ocalić moją przyjaźń, małżeństwo...

Modlitwa, ale też coś supernaturalnego: psychiatria. Musimy wreszcie zrozumieć, że nie tylko „soma", ale i „psyche" wymaga lekarza i leków. Naprawdę.
12:03, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
piątek, 06 marca 2009
Antykomunia
Ewangelia Mateusza 5,23-24

„Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i ofiaruj dar swój."

No właśnie: Msza, Eucharystia jest takim obrzędem, w którym nie mieści się żadna niechęć do współuczestnika. Robiąc rachunek sumienia przed Komunią, pomyślmy, czy nie ma obok nas kogoś, kto ma żal do nas albo my do niego. Na szczęście jest znak pokoju - przekazanie go bardziej serdeczne może być próbą pojednania. Tyle jeśli chodzi o to, co między świeckimi - jest jeszcze problem tego, co się dzieje w centrum misterium, co mówi się od ołtarza. Dlatego tak antykomunijna jest na ambonie polityka, gdy straszy partyjnością.

Informacja kalendarzowa, może trochę à propos: dziś dzień teściowej. To nie zawsze źródło konfliktów, na co miałem dowód we własnym życiu i mam dalej w Księdze Rut.

Lektury: czytam dalej „Przegląd Powszechny". Bardzo ciekawy - dla mnie: ciekawość jest pojęciem bardzo subiektywnym - blok tekstów na temat Ukrainy. Leszek Jerzy Jasiński pisze na temat tamtejszych problemów gospodarczych, Marek Bernacki o przyjaźni Miłosza z Vincenzem, piewcą Huculszczyzny, a więc okolic bliskich Ukrainie (Vincenz był dla naszego noblisty życzliwym mentorem), ale mamy przede wszystkim materiały religijne. Nad Bugiem, Dniestrem, Dnieprem i Donem były i są dzisiaj szczególne sprawy bosko-ludzkie: od Unii Brzeskiej, powstania Kościoła wschodniego i zachodniego zarazem, bo podległego papiestwu, ciągnie się skomplikowana historia stosunków unicko-prawosławnych. Dwa Kościoły bliskie sobie formą modlitwy, dalekie treścią nie tyle teologii, ile władzy, podobne do siebie, ale przez to właśnie głęboko skonfliktowane - oto, co mamy u naszych braci zza Buga. Ściśle biorąc, nie chodzi o dwa Kościoły, ale trzy: bo również o rzymskokatolicki, z trudem zdobywający się na wewnętrzną różnorodność, wciąż ulegający pokusie, żeby wszystko urządzać na jedno kopyto.
21:48, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum