Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 31 grudnia 2014
Antychryści są wśród nas

1 List Jana 2,18a
„Dzieci, jest już ostatnia godzina i tak jak słyszeliście, Antychryst nadchodzi, bo oto teraz właśnie pojawiło się wielu antychrystów.” Biblia Tysiąclecia.
Mam uczucie, że twórcy islamskiego kalifatu w swoim motywowanym religijnie ludobójczym fanatyzmie coś mają z antychrystów. Czy już jest godzina ostatnia, nie wiem, wiem, że dzieje się religijna potworność.

15:27, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
wtorek, 30 grudnia 2014
Dorastanie do roli olbrzymiej

Ewangelia Łukasza 2,40
„A Dziecko dorastało i umacniało się, pełne mądrości, i łaska Boża była na nim.” EPP.
Podobne zdanie mamy dwanaście wersetów później: „A Jezus wzrastał w mądrości, w latach oraz w łasce u Boga i u ludzi.” Można, co prawda, upierać się, że tu pełnia mądrości, a tam dopiero wzrastanie w niej, ale wystarczy zajrzeć do przekładu filologicznego Popowskiego i Wojciechowskiego, gdzie mamy „wypełniając się mądrością” (podobnie w Tysiąclatce), by spokojnie zająć się refleksją.
Jezus, Syn Boży, nie miał od urodzenia tej wiedzy, jaką nabył potem przez około trzydziestu lat swojego dalszego życia, jaką już miał, gdy rozpoczynał życie publiczne. Chodzi tylko o wiedzę ludzką, jako Syn Boży wiedzę Bożą miał zawsze? Jeśli można coś powiedzieć na ten temat, to chyba to, co gdzieś wyczytałem, że wręcz Jego świadomość Bożego synostwa rozwijała się stopniowo, uwarunkowana rozwojem ludzkim. Dorastał stopniowo do roli ponadludzkiej.

23:42, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Choroby duchowe, także urzędowe. Znów o książce księdza Wąska

1 List Jana 2,3-11
„A po tym poznajemy, że Go znamy, iż trzymamy się Jego przykazań.” Tak ten werset przetłumaczyliśmy i trudno o inny przekład, jest co najwyżej kwestia interpretacji. Bo na przykład przykazania kojarzą się w ogóle nienajlepiej: z jakimś moralnym rygoryzmem, sprowadzaniem wiary w Jezusa, osobistego stosunku do Niego, do samej moralności, co tak krytykują dzisiaj rzecznicy nowej ewangelizacji z samym papieżem Franciszkiem na czele. Czytajmy jednak dalej, aż natrafimy na zdanie: „Kto mówi, że jest w światłości, a brata swego nienawidzi, w ciemności jest aż dotąd. Kto brata swego kocha, trwa w światłości i nie ma w nim zgorszenia. A kto brata swego nienawidzi, w ciemności jest i w ciemności postępuje, i nie wie, dokąd idzie, gdyż ciemność zakryła jego oczy.”

Sprawa przykazań to zatem kwestia moralna oczywista dla wszystkich: kim jest dla mnie drugi człowiek. Napisano na ten temat od czasu ksiąg biblijnych po myśl Lévinasa tyle, że nie rozwinę tego tematu, nie wpadnę w banał ani w nieznośny dydaktyzm. Nie jest natomiast przecież jednym ani drugim to, co powiedział Franciszek do swego dworu, czyli Rzymskiej Kurii (według „Encyklopedii Katolickiej” kuria to dwór najpierw, potem dopiero jakiś zarząd). Głośne przemówienie sprzed kilku dni streścił w serwisie KAI dominikanin Stanisław Tasiemski, a ja tego tekst streszczę dalej, wyliczając kurialnych duchowych chorób piętnaście: poczucie nieśmiertelności i niezbędności swojej, pracowitość nadmierna, znieczulenie umysłowe i duchowe, planowanie nadmierne, koordynacja fatalna, duchowy alzheimer, rywalizacja i zarozumiałość, egzystencjalna schizofrenia, obmowa i plotki, szefów ubóstwianie, wobec innych obojętność zimna, mina pogrzebowa, majątku zbijanie, własnego kręgu z czasem uwielbianie, zysku doczesnego miłość przede wszystkim. Fatalna koordynacja i planowanie nadmierne z nienawiści do bliźniego niby nie wynikają, bo też końska kuracja, którą wobec swojej kurii papież zaczął, nie była leczeniem duchowym ludzi w ogóle, tylko pewnej machiny biurokratycznej. Tyle że przez to po trosze każdej biurokracji, a ta z kolei nawet w organizacyjnych niesprawnościach jakichś odbiega jakoś od ideału międzyludzkich relacji.

Co do owej rzymskiej machiny: czytam pilnie pracę, którą już tu tydzień temu zareklamowałem: ks. Damiana Wąska z krakowskiego Uniwersytetu Papieskiego o „nowej wizji zarządzania Kościołem”. W rozdziale „Konkluzje” takie między innymi myśli. „Wydaje się, że bez większych teologicznych przeszkód można w przyszłości potraktować tendencję monarchistyczne w ramach sprawowania prymatu papieskiego jako element kontekstu historycznego, zwracając się w stronę modelu kolegialnego w zakresie dużo szerszym niż ten wynikający z dokumentów Soboru Watykańskiego II.” Czyli po prostu rezygnacja z monarchii absolutnej i decentralizacja. Cytuję dalej. „W ramach takiego zwrotu konieczne byłoby przeniesienie maksymalnej ilości kompetencji na jak najniższe szczeble struktur kościelnych, pozwalając poszczególnym biskupom na daleko idącą swobodę w kształtowaniu życia pastoralnego”, czyli – znów mówiąc prościej – na rządy według własnego pomysłu. Tu oczywiście zaświeciło mi się ostrzegawcze światełko: pisałem już sporo razy, że centralistyczny monolit oczywiście niedobry, ale decentralizacja gdzie niegdzie niebezpieczna. Grozi szczególnie dzisiaj tym, że niektóre Kościoły krajowe zostałyby w stanie dotychczasowym, czyli bez Franciszkowego ducha. Na szczęście czytam dalej coś uspokajającego: „Rolę spajającą Kościół odgrywałyby konferencje episkopatów krajowych, synody biskupów obradujące na szczeblu patriarchatu kulturowego [to struktura chyba dopiero przyszłościowa] oraz papież współpracujący ściśle z kolegium biskupów”. W kolegium owym poglądy bywają przeróżne, ale sądząc z przebiegu ostatniego synodu watykańskiego zaśniedziałości myślowej tam raczej niewiele, a u tego papieża ani trochę.

Są to sprawy kościelne ogólniejsze, ale w rzeczonej książce jest również cały rozdział na temat owej kurii nad kuriami. Znowu cytacik: „Wśród aktualnych problemów związanych z hierarchią w Kościele katolickim często wymienia on [papież Franciszek] karierowiczostwo. Wydaje się, że z uwagi na możliwość awansu ta przypadłość jest szczególnie obecna w Kurii Rzymskiej. Lekarstwem mógłby być kategoryczny zakaz udzielania sakry biskupiej pracownikom tej instytucji.” Otóż trzeba wiedzieć, że jest to praktyka dosyć niedawna, bo ustalona przed półwiekiem, wymyślona przez dzielnie reformatorskiego papieża Jana XXIII: konsekrował on mianowicie na biskupów kardynałów-diakonów, czyli dostojników kurialnych, mających pierwszeństwo przed biskupami, a nawet patriarchami, po to, żeby prastary urząd biskupi nie był przez owo pierwszeństwo jakoś lekceważony. Za tym poszły konsekracje nuncjuszy, aby nie byli niżsi rangą od biskupów miejscowych, wobec których reprezentują władzę, jakiej tamci przecież podlegają. Nie był to raczej awans kurialnych urzędników, bo władzy im nie przybyło – ale i nie ubyło zgoła. Ubytek takowy proponuje im ks. Wąsek, w duchu Franciszkowym niewątpliwie: mają przestać się szarogęsić. Książkę jego (przez WAM wydaną) bardzo cenić trzeba, jako że u nas papież ów nie za bardzo jest poważany faktycznie. Bo też chociaż w sprawie „rozwodników” oraz gejów nic na razie formalnie nie zmienił, to autorytet niższej władzy kościelnej na pozór nieźle nadszarpnął. Na pozór, bo w istocie swoją osobą i swoim nauczaniem potężnie go podbudował. 

21:05, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 28 grudnia 2014
Odziejcie się w miłosierdzie

List do Kolosan 3,12-14
„Jako wybrańcy Boga – święci umiłowani – okryjcie się głębokim miłosierdziem, łagodnością, pokorą, delikatnością, cierpliwością. Żyjcie ze sobą w zgodzie i przebaczajcie sobie wzajemnie, gdy macie coś przeciw drugiemu. Jak Pan wam przebaczył, również i wy tak czyńcie. A wszystko to z miłością, która jest więzią doskonałości.”
Dzisiaj także Paulistka. Takie słowa, bo dziś uroczystość Świętej Rodziny, czyli także naszych mniej świętych. No właśnie: przebaczajcie sobie wzajemnie. Odziejcie się w miłosierdzie także wobec najbliższych („Bo rodzina, bądźcie pewni, także ludzie, chociaż krewni” - Aleksander hrabia Fredro). Amen.

14:34, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
sobota, 27 grudnia 2014
„Inny uczeń”, czyli Jan Teolog

Ewangelia Jana 20,8
„Wtedy wszedł ten inny uczeń, który dotarł wcześniej do grobu. A gdy zobaczył, uwierzył.”
Biblia paulistów.
Inny, czyli nie Szymon Piotr, nienazwany, bo wolał zawsze być anonimowy. Święto jego dzisiaj. Nie był tak śmiały, jak tamten ich przywódca, wahał się, czy przekroczyć tamten próg niesamowity. Ale gdy wszedł – uwierzył. Czy wtedy on tylko, bo Piotr, czyli Opoka, jeszcze nie? W każdym razie doznał ten Jan wtedy fundamentalnego oświecenia. Stał się, jak go nazywa chrześcijański Wschód, Janem Teologiem. Nie tylko jednak wielkim myślicielem religijnym, odpowiednikiem na Wschodzie apostoła Pawła. W jego ewangelii tyle szczegółów, które wyglądają na relacje świadka, jak na przykład w tej właśnie opowieści o wizycie u Grobu dwóch wielkich uczniów. Dyskredytowanie wartości historycznej jego dzieła widzi mi się, nie tylko mnie, aprioryzmem sporym.

13:43, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 grudnia 2014
I jak tu im przebaczyć...

Dzieje Apostolskie 7,60
„Padając na kolana, zawołał: - Panie, nie obciążaj ich tym grzechem.”
Biblia paulistów.
To o pierwszym męczenniku chrześcijańskim Szczepanie, którego dzisiaj dzień. Nam trudno przebaczyć krzywdy mniejsze nieporównanie.

11:23, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 25 grudnia 2014
Ludzie Jego gustu

Ewangelia Łukasza 2,14
„Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał.”
Biblia paulistów.
Wujek za Wulgatą ma tutaj „ludzi dobrej woli” i to są słowa skrzydlate, ale nie ewangelijne. Biblia jest tu nie tylko bardziej religijna, również bardziej precyzyjna. Bo sprawa czyjejś dobrej woli niejasna, któż ją oceni? Ale zapytać też trzeba, któż z ludzi powie, kto się Bogu podoba? Oczywiście poznać takiego nie po deklaracjach, także religijnych - po czynach! Alleluja!

10:59, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 24 grudnia 2014
Jutrzenka chrześcijan najjaśniejsza

Ewangelia Łukasza 1,78
„Dzięki miłosiernej litości naszego Boga nawiedzi nas z wysoka Wschodzące Słońce.”
To Biblia księży paulistów, EPP ma „Światłość Poranną”, czyli po prostu Jutrzenkę. Jutrzenkę swobody, jak u Mickiewicza, ale w duchu Ewangelii. Życzę takiej wolności wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom, tej od pęt wszelakich, wewnętrznych i zewnętrznych.

09:27, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 grudnia 2014
Bóg Zastępów, także harcerskich

Księga Malachiasza 3,1-4.23-24
„Oto nadejdzie - mówi Pan Zastępów.”
Tekst dzisiejszy jest o tym, że nadejdzie Pan, czyli Bóg. W różnym sensie i czasie, także na końcu czasu, także wcześniej jako prorok Eliasz, na którego ponowne przyjście naród wybrany czekał. Narody chrześcijańskie widzą go w Janie Chrzcicielu, także w samym Jezusie z Nazaretu. A ja skupiam się na problemiku translatorskim z „Panem Zastępów”: krewny mój wybrzydzał na to określenie, jego zdaniem śmiesznie harcerskie, ale się z nim nie zgadzałem. Chodzi tu o wszystkie możliwe siły wojskowe, nadziemskie i ziemskie, ale napisać „dywizje” jeszcze śmieszniej. Niech tu będą, owszem, harcerze, co jak co roku Światło Betlejemskie także do Polski sympatycznie przynieśli.

12:38, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Zwana słusznie szczęśliwą. Prezentów pod choinkę prezentacja: przede wszystkim „WIĘŹ”!

Ewangelia Łukasza 1,48
„Oto bowiem szczęśliwą zwać mnie będą wszystkie pokolenia.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Z uporem maniaka wracam do translatorskiego dylematu „szczęśliwy(-a)” czy „błogosławiony(a)”. Przypominam, że język grecki podobnie jak właśnie polski ma tutaj dwa odpowiednie terminy: „makarios(-a)” i „eulogetos(-e)” bądź „eulogemenos(-e)”, czyli nie ma powodu obstawać przy polskim jednym. Akurat w dzisiejszym przypadku nie jest to przymiotnik grecki, ale czasownik „makariousin”, który trzeba tłumaczyć raczej właśnie, jak tośmy to powyżej zrobili, a nie „błogosławić mnie będą”, jak w Biblii Tysiąclecia. Tu na szczęście udało mi się przekonać moich trzech biblistycznych mędrców, żeby byli bardziej oryginalni w tłumaczeniu zgodnym z oryginałem; w przypadku słynnych błogosławieństw w „kazaniu na górze” już nie odniosłem takiego sukcesu, ale dobre i to. Ja nie wariuję, nie upieram się na przykład, żeby w 1 Liście do Tymoteusza 1,11 mówiło się o Bogu szczęśliwym, nie błogosławionym: Bóg jest oczywiście szczęśliwy, ale można by rzec, że jest to oczywistość nadmierna i chodzi tu raczej o to, że my Go błogosławimy, czyli wychwalamy. Co więcej traktuję ten przypadek jako dający mi do myślenia, czy mam rację rozdzielając wyraźnie te dwa znaczenia, póki co jednak upieram się, że matka Jezusa była przede wszystkim szczęśliwa z powodu swojej roli macierzyńskiej (choć była to róża zgoła nie bez kolców), a dopiero wtórnie błogosławiona, czyli za tę rolę chwalona. Jeszcze trochę głośnego myślenia mariologicznego. Jeszcze trochę o jej szczęśliwości – i nieszczęśliwości. Napisałem parę dni temu, że jej szczególne biologicznie macierzyństwo mimo Józefowej adopcji musiało być chyba powodem plotek: syn do ojca tak niepodobny... Z samego tekstu ewangelijnego wynika jednak, że problemem było również boskie pochodzenie Jezusa: wprawdzie Łukasz zaznacza, że po Jego zgubieniu się w Jerozolimie był rodzicom posłuszny, ale przecież jeśli już jako dwunastolatek przewyższał ich kompetencjami teologicznymi, to co mogło być potem. Nawet przy idealnej delikatności taka intelektualna różnica nie mogła nie utrudniać relacji.
Wigilia choinkowa już tuż, tuż, więc zaprezentuję kilka książek jako właśnie gwiazdkowe prezenty. Koszula najbliższa ciału, zacznę zatem od wydawcy mojego rodzinnego, czyli „Więzi”, miesięcznika, teraz kwartalnika, w którym przepracowałem 31 lat i w którego radzie redakcyjnej mam przyjemność zasiadać. Otóż w numerze już zimowym 2014 na samym przedzie blok artykułów islamskich, naprawdę bardzo ciekawy. Teza kilku autorów główna: islamscy terroryści różnych rodzajów, w szczególności „kalifatyści”, działający w Iraku i Syrii, to absolutnie żadna reprezentacja tej religii! Dla nazywania Państwa Islamskiego „Więź” przyjęła tetragram ISIS: otóż „ISIS to trockiści islamu” – dowodzi sam muzułmanin, sufita polski Andrzej Saramowicz. Według niego ten ludobójczy twór polityczno-militarny jest zjawiskiem rzadkim w historii islamu, który był na ogół tolerancyjny: ISIS ewidentnie łamie podstawowe zasady tej religii. „Prawdziwym celem islamu nie jest bowiem zmienianie zewnętrznego świata, ale kształtowanie ludzkiego charakteru, wewnętrzna transformacja człowieka i jego duchowa przemiana”. Autor przyznaje, że „w islamie nie rozdziela się sacrum od profanum, a religia przenika całe życie wyznawcy. Idea państwa świeckiego jest więc – przynajmniej teoretycznie – islamowi obca, zwłaszcza, że taka sytuacja nie stwarza najlepszych warunków do pełnej praktyki i życia według zasad prawa religijnego.” Co napisawszy, Saramowicz twierdzi jednak, że islam, „jak pokazuje historia, może funkcjonować pod świeckimi rządami. Dziś większość krajów muzułmańskich to nie teokracje”. A przykład polskich Tatarów dowodzi, że katolicko-muzułmańska wielokulturowość dobrze funkcjonować może. Inny muzułmanin, tym razem brytyjski, Dilwar Hussain, głosi, że „wartości europejskie to wartości muzułmańskie”. Znany katolicki intelektualista i działacz włoski Andrea Riccardi przekonuje, że „to nie jest wojna islamu z Zachodem: większość muzułmanów się od tego odżegnuje”. Powiadają, że są większością, która stała się zakładnikiem mniejszości. Dokumentuje to iranistka i arabistka z UW Agata Skowron-Nalborczyk, współprzewodnicząca ze strony katolickiej Rady Wspólnej Katolików i Muzułmanów, której z drugiej strony współprzewodniczy Andrzej Saramowicz.
Wyłowiłem tezy takowe z tekstów bogato informacyjnych, tłumaczących różne zjawiska, na przykład dlaczego ISIS odnosi takie sukcesy, przede wszystkim jednak opisujących „odcinanie się” odeń muzułmanów bez żadnego noża w zębach. Cytowałem, będąc w pełni świadom, że ową autoapologię łatwo skontrować można. Że jest to zapewne większość, ale dotąd wciąż jednak raczej milcząca, a zresztą na przykład Arabia Saudyjska rzeczywiście sprzymierzyła się przeciw ISIS z muzułmańskimi liberałami z Europy i USA, ale w tym państwie arabskim żadnej zgoła tolerancji religijnej nie ma. Że nawet o samym dżihadzie mówi się, że to przede wszystkim walka moralna wewnątrz wyznawcy islamu, ale w rzeczywistości nieraz zupełnie na zewnątrz i to z okrucieństwem przecież przeraźliwym. Ale ja mam na to wszystko od dawna jedną i tą samą odpowiedź: że islam jest teraz taki, jakie było chrześcijaństwo niemal do naszych czasów, chociaż zapewne był kiedyś podobny do naszej religii dzisiaj.
Jest wszelako w tej „Więzi” zimowej jednej artykuł nowatorski absolutnie. Doktor teologii i magister islamistyki z KUL-u ks. Stanisław Grodź bierze mianowicie pod lupę problem dzisiejszego prześladowania chrześcijan, twierdzenie, że co roku umiera męczeńsko sto tysięcy wyznawców Chrystusa. Powiedział tak nawet arcybiskup Silvano Maria Tomasi, stały przedstawiciel Stolicy Apostolskiej przy ONZ, co zresztą zostało sprecyzowane przez niektórych jako sto tysięcy ofiar prześladowań muzułmańskich. Otóż liczba ta wzięła się z twierdzenia, że w latach 2000-2010 było męczenników chrześcijańskich około miliona, które to twierdzenie ks. Grodź opatruje krytycznym komentarzem. Przecież z tego około 900 tysięcy pochodziło z terenów Demokratycznej Republiki Konga, gdzie toczy się wojna. Jeśli nawet 20 proc. z 4,5 miliona ofiar tej wojny oddało życie z powodów religijnych, to faktem jest, że DRK zamieszkują w większości chrześcijanie, czyli zabijają jedni drugich. Z kolei Indonezja nie jest krajem krwawych prześladowań chrześcijan, jak ktoś twierdził: są tam rzeczywiście regiony, gdzie spotyka ich przemoc, ale stosuje się nią również wobec muzułmanów, buddystów i wyznawców innych religii. A co do buddystów, to żadni fanatycy tej religii nie mordują chrześcijan w Indiach: to jeszcze jeden „bałach”. Owszem, bojówki indentyfikujące się z buddystami atakują wyznawców Chrystusa na Sri Lance, ale to w ogóle wyspa wieloletniej wojny domowej niereligijnej bynajmniej. Ks. Grodź ostrzega, że podobna informacyjna przesada dialogowi religijnemu nie służy. Werbista, zakonnik od misji i tegoż dialogu, podkreśla, że owszem, krew leje się tu i tam czasem, ale dużo też zgodnej współpracy. Chociaż problem narasta, są to raczej złe wyjątki od reguły. Miło to słyszeć przed Wigilią.
Tyle o „Więzi”. Mogłoby być znacznie więcej, tom najnowszy jest wielki i gruby, tekstów ciekawych w nim legion, a kosztuje tylko 2 zł (nawet bez jednego), więc prezent arcyekonomiczny! Teraz o podarkach innych.
Kogo franciszkowa odnowa Kościoła choć trochę podnieca, musi koniecznie nabyć bardzo ważną, bo odważną i bogato dokumentowaną książkę teologa z krakowskiego UPJP II, Damiana Wąska. Tytuł może sugerować, że chodzi o problemy raczej „techniczne”, prawno-administracyjne, albowiem brzmi „Nowa wizja zarządzania Kościołem” (WAM), ale dotyczy spraw superteologicznych. Muszę ją omówić osobno, póki co, notuję tylko jedną informację z tysiąca cennych, że gdy kończyło się „Vaticanum Secundum”, opracowując jeden z dokumentów, zrezygnowano z określenia biskupa Rzymu jako głowy Kościoła: jest nią przecież wyłącznie Chrystus.
Co do papieskiego Kościołem rządzenia, to jest rzecz Znaku jeszcze nie do kupienia, dopiero od 29 stycznia 2015, ale już warto łykać ślinkę przed lekturą dziennikarską supersmaczną: Johna Thavisa „Dziennika watykańskiego (Władza, ludzie, polityka)”. Jest rozdział pt. „Seks”, ale i inne interesujące wielce.
Wracając do jezuickiego WAM-u, wydał on coś dla filosemitów: „Sentencje ojców”: z hebrajskiego przełożył Michał Friedman, z komentarzem Pawła Śpiewaka, złotych trzydzieści bez groszy dziesięciu.
Również już do nabycia do kompletu jako tom wreszcie finalny, równo dwudziesty „Encyklopedii katolickiej”, dzieła pomnikowego KUL-u. „Buch” przeogromny, 1663 strony, zapłaciłem złotych chyba aż 179, ale nie żałuję, przyda się nie tylko po to, żebym miał całość. Hasła od „Vác” do „Żywy Różaniec”.
Na sam koniec książeczka Frondy „Folwark zwierzęcy. Reaktywacja”. Autor oczywiście nie George Orwell, tylko Nigel Bryant, rzecz klasy mniejszej wiele, świeżutka, z tegorocznej jesieni. Dalej rządzą świnie, Putin zwie się Lancelot. Przeczytałem do poduszki.

14:27, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 grudnia 2014
Czy robimy Bogu łaskę?

Ewangelia Łukasza 1,28
„Anioł wszedł do niej i rzekł: - Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z tobą.”
Biblia Tysiąclecia. A może lepiej, jak w EPP, „łaską obdarowana”? Zastanawiam się od pradawna nad słowem „łaska”. Po pierwsze, sprawa złych skojarzeń. W naszych demokratycznych czasach termin ten, sugerujący wyższość obdarowującego nad obdarowywanym, nie brzmi najlepiej. Stąd też może buntownicze powiedzenie „bez łaski!” Wolimy przyjmować tylko coś, co nam się należy, żeby nie czuć się zobowiązanym. Ale teologia tego biblijnego pojęcia jest wyraźna: Bóg daje nam swoje dary darmo; zresztą przecież rdzeń tych słów nie przez przypadek jest jednakowy. A Bóg jest od nas wyższy z samej definicji: jako Najwyższy, jako Absolut. I tylko jest problem, ile naszej zasługi w tym, że coś od Niego dostajemy. Polski „Leksykon teologii fundamentalnej” piórem teologa z KUL-u, dziś biskupa z Opola, Andrzeja Czai, wyjaśnia, że gdy człowiek odrzuca wezwanie Boga, spełnia własny czyn, ale gdy je przyjmuje, zawdzięcza to tylko Bogu. Choćby tylko z tego względu, że zasługa nasza tu żadna, łaski Bogu nie robimy: przyjęcie daru ze swej istoty nie jest przecież zasługą.

10:35, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
sobota, 20 grudnia 2014
Papieski znak zapytania

Ewangelia Łukasza 1,34
„Maryja rzekła do anioła: - Jakże się to stanie, skoro nie znam męża”.
Biblia Tysiąclecia.
Werset bardzo zagadkowy, choć dowiedziałem się tego dopiero z dzieła Josepha Ratzingera-Benedykta XVI: nie wyczytałem nigdzie przedtem tej wątpliwości. Papież, pancerny doktrynalnie kardynał, okazuje się naprawdę uczonym, badaczem, odważnym poszukiwaczem prawdy. Nie ukrywa, że coś jest w tekście biblijnym niejasne.
Napisał: „Pytanie to [Maryi] wydaje się niezrozumiałe, ponieważ Maryja była poślubiona i zgodnie z prawem żydowskim była odtąd uważana za równą małżonce, nawet jeśli nie zamieszkała jeszcze z mężem i nie rozpoczęła się małżeńska wspólnota.
Poczynając od Augustyna, kwestię tę wyjaśniano w tym sensie, że Maryja złożyła ślub dziewictwa i zgodziła się na zaślubiny tylko po to, żeby mieć opiekuna swego dziewictwa. Rekonstrukcja ta jest jednak całkowicie obca dla świata judaizmu za czasów Jezusa i wydaje się niewyobrażalna w tym kontekście. Co więc znaczą te słowa? Nowożytna egzegeza nie znalazła przekonującej odpowiedzi. Mówi się, że Maryja - jako że nie została „wprowadzona do domu” – w tym momencie nie miała jeszcze żadnego kontaktu z mężczyzną i uważała, że zadanie to należy natychmiast wykonać. To jednak nie przekonuje, ponieważ moment rozpoczęcia wspólnego życia nie mógł już być zbyt daleki. Inni egzegeci chcą uznać to zdanie za konstrukcję czysto literacką, służącą dalszemu dialogowi między Maryją i aniołem. I to jednak nie stanowi rzeczywistego wyjaśnienia tego zdania. Można by jeszcze przypomnieć, że zgodnie ze zwyczajem żydowskim zaślubin dokonywał jednostronnie sam mężczyzna, a kobiety nie pytano przy tym o zgodę. Również ta wskazówka nie rozwiązuje jednak problemu. Zdanie to pozostaje więc nadal zagadką - albo powiedzmy raczej: tajemnicą. Maryja, kierując się niezrozumiałymi dla nas motywami, nie widzi żadnego sposobu stania się matką Mesjasza przez współżycie małżeńskie.”
A może - pomysł laika - ewangelia sugeruje, że Maria z Nazaretu była pod wpływem jakiejś tradycji myślowej, według której Mesjasz nie mógł przyjść na świat w sposób naturalny?

09:28, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
piątek, 19 grudnia 2014
Nazirejczycy

Księga Sędziów13,2-7.24-25a
Ewangelia Łukasza 1,5-25
Niektórzy uważają, że Stary Testament to zupełnie inna bajka niż Nowy; inni, że to tu i tam w ogóle bajki, czyli niepoważne zmyślenia, ale o tym pisałem nieraz i napiszę o tym jeszcze innym razem. Teraz będzie tu o tym, co łączy te dwie części jednej Biblii, a połączeń takich wiele. Jedno z nich widać jak na dłoni w dzisiejszych tekstach. I „lekcja”, i ewangelia opowiadają o wydarzeniu analogicznym: o niezwykłym urodzeniu niezwykłego człowieka. W Księdze Sędziów jest to Samson, w Ewangelii Łukasza Jan zwany Chrzcicielem. Przyjście na świat obu jest niespodziewane, bo ich matki wydają się bezpłodne, i obaj będą ludźmi nietuzinkowymi. Matce Samsona anioł Pański przepowiada, że jej syn będzie „Bożym nazirejczykiem”, czyli człowiekiem Bogu poświęconym, dziś powiedzielibyśmy „konsekrowanym”, po prostu jakby zakonnikiem, choć po starotestamentalnemu. Śluby takich ludzi dotyczyły między innymi abstynencji: niepicia wina ani sycery. Matka Samsona ma sama też tak postępować, żeby go urodzić zdrowego moralnie. Nazirejczycy nie strzygli poza tym włosów, co jest powiedziane o Samsonie, a przypisywane było również Janowi, co widać w ikonografii. Nie został on nazwany nazirejczykiem, ale jego styl życia do tego określenia bardzo pasował. Jezus został nazwany nazarejczykiem w Ewangelii Mateusza 2,23, co mogło oznaczać nie tylko pochodzenie z Nazaretu, ale stanowiło też jakąś aluzje do tamtego wybrania, choć do tego ascetycznego ideału Chrystus z kolei dostosowywać się nie chciał.

12:26, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Czyje to dziecko do ojca tak niepodobne...

Wpis na czwartek 19. grudnia 2014

Ewangelia Mateusza 1,18-24
Mateusz, może bardziej patriarchalistyczny niż Łukasz, opowiada o prapoczątku życia Jezusa z perspektywy Józefa, nie Marii, jak tamten ewangelista. Myśląc o tych cudownych narodzinach trudno mi wyzbyć się myśli o tym, jaki był jej los, mimo że Józef wziął na siebie to niebywałe ojcostwo. Ile było podejrzeń, ile złośliwych zdziwień, że syn do ojca zupełnie niepodobny. Zapowiedziany w świątyni przez proroka Symeona miecz przenikał nieraz jej duszę, gdy na krzyż nie zanosiło się jeszcze zupełnie.

10:38, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 17 grudnia 2014
DNA dawniej i dziś. Franciszek ma już 78 lat

Ewangelia Mateusza 1,1-17
„Rodowód Jezusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia, raczej tradycyjne, może być i takie jak nasze, EPP: „Księga rodzaju Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama, syna Abrahama” albo Biblii Poznańskiej: „Rodowód Jezusa, Mesjasza, potomka Dawida, potomka Abrahama”. Łukasz wywodzi Jezusa aż od Adama, a nawet od samego Boga, bo Jego żydowskość nie była dlań najważniejsza, Mateusz natomiast pisał dla swoich ziomków, więc przedstawił Go jako ziomka szczególnego, pochodzącego wręcz od ich arcykróla.
Tyle wieków ważne było pochodzenie rodzinne i dziś nie można powiedzieć, że taki snobizm zupełnie wygasł: książęcość czy nawet hrabiostwo pojawia się jeszcze czasem w nekrologach prasowych. Oczywiście nie zniknął problem pochodzenia zaznaczonego w pierwszej ewangelii („Koci, koci, łapci, pojedziem do babci, ale ani słówka, bo babcia Żydówka” - ksiądz Twardowski), ale na szczęście tak rozumiane DNA to już jednak czas miniony.
Dziś 78. urodziny papieża Franciszka. Nie muszę tu zaznaczać, że życzę mu jak najlepiej. Niech Duch Święty oświeca go wciąż przenikliwie. Do „Metra” piątkowego napisało mi się felieton pod tytułem „Wszyscy po linie chodzimy”. Załączam plik.
Miła redakcja tygodnika archidiecezji fryburskiej (tej w Badenii, nie w Szwajcarii) „Konradsblatt” przysyła mi stale swoje pismo. Czytam je w miarę znajomości języka z wielorakim pożytkiem. Podziwiam między innymi rysunki na stronie drugiej. Ostatnio dał mi do myślenia tamtejszy graficzny komentarz do wizyty papieża w Turcji: Franciszek podąża z otwartymi ramionami od świątyni katolickiej do meczetu, idąc po linie. Nie trudno zrozumieć sens tego obrazka: relacje katolickie-muzułmańskie to sprawa bardzo delikatna. Jak w ogóle dyplomacja kościelna. Albo jak w ogóle odpowiedzialne życie chrześcijańskie.
Papież czuje się odpowiedzialny za los wszystkich ludzi. Także tych żyjących w Chinach komunistycznych. Stanął ostatnio przed wyborem: albo przyjmie Dalajlamę, albo się na to nie zdecyduje, by nie pogorszyć stosunków Kościoła z tamtymi władzami, które wielkiego przywódcy tybetańskich buddystów nienawidzą. Wybrał to drugie, aby nie pogorszyć jeszcze bardziej losu tamtejszych katolików. Chyba niesłusznie, ale pewnie nie powinienem się mądrzyć: za mało wiem. Może los zwykłych ludzi ważniejszy jest niż ciepły gest wobec wspaniałej religijnej postaci.
My, zwykły śmiertelnicy, również po linie chodzimy. Też musimy uważać na każdym kroku, dokonywać wyborów niełatwych. Taka już jest nasza człowiecza dola.

14:45, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
wtorek, 16 grudnia 2014
Prostytutki lepsze od arcykapłanów

Ewangelia Mateusza 21,28-32
Przypowieść o dwóch synach właściciela winnicy: o takim, co posłuchał ojca, choć powiedział, że nie chce, i innym, który zadeklarował chęć, lecz na tym się skończyło. Stara prawda, że słowa są mało ważne, chęci poznajemy po czynach. Tyle że Jezus stosuje tę parabolę do arcykapłanów i starszych ludu. Ba, traktuje ich – by tak rzec nie po biblijnemu – z grubej rury: „Zaprawdę powiadam wam: celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.” Biblia Tysiąclecia.
Mowa bez żadnych dyplomatycznych ogródek, po prostu prorocka.

12:43, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Czysto żydowski chwyt dyskusyjny. Transseksualiści zdrowi psychicznie

Ewangelia Mateusza 21,23-27
Mówił mi w dzieciństwie ojciec, że obyczajem żydowskim jest dyskutowanie przy pomocy pytań. Ktoś coś zarzuca drugiemu zwyczajnie lub zadając pytanie zaczepne, tamten odpowiada pytaniem. Gdy mi to tatuś mówił, nie wiedział, że sam jest pochodzenia żydowskiego (jego dziadek był Żydem „czystej krwi”), a ja nie wiedziałem, że przykłady podobnej dyskusji mamy w Piśmie Świętym. W dzisiejszej perykopie arcykapłani i starsi ludu pytają Go, jakim prawem to czyni (chodziło o oczyszczenie świątyni z handlu). Jezus odpowiada, że odpowie im, gdy oni Mu odpowiedzą, skąd pochodzi chrzest, którego udzielał Jan: z nieba czy z ludzi? Było to pytanie podchwytliwe, nie mieli bowiem dobrej odpowiedzi: gdyby odpowiedzieli, że z nieba, zapytałby, czemuście mu nie uwierzyli, gdyby rzekli, że od ludzi, naraziliby się tłumom, które uważały go za proroka. Odrzekli więc, że nie wiedzą, na co powiedział, że i On im nie powie. Nie spieszno Mu było umierać, a zdawał sobie sprawę, że odpowiedź na pytanie o Jego uprawnienia groziła zaostrzeniem konfliktu. Póki mógł, sytuację łagodził.
Wpis poniedziałkowy to na ogół sprawozdanie z lektur: tym razem znów z grudniowego „Znaku”. Tam trzy teksty na temat transseksualistów. Przede wszystkim zapis wstrząsającej opowieści o sobie transseksualistki, Kingi Kosińskiej, jaki zrobił Marcin Dzierżanowski, dziennikarz, publicysta tygodnika „Wprost”, sam człowiek z nieformalnej grupy chrześcijan LGTBQ (Wiara i Tęcza), o której napisałem tu niedawno. Nie da się tego tekstu streścić, zatem tylko parę cytatów. Po relacji o psychicznej szamotaninie od czasów przedszkolnych przychodzi światło: „W pewnym momencie świat zaczął wydawać mi się nieco barwniejszy, pojawiła się odrobina nadziei. Żadne spektakularne wydarzenie, raczej powolny proces, ale bardzo wyraźny, wręcz namacalny. Miałam wrażenie, że to światło przyszło spoza mnie. Poczułam, że to Bóg mnie w tym mroku odnalazł, choć wcale nie zmierzałam świadomie w Jego stronę.” Happy end, choć niezupełny, bo Bóg Bogiem, a Kościół, w każdym radzie polski, jeszcze nie dojrzał: „Wciąż nie potrafię o sobie rozmawiać z duchownymi, mam gdzieś głęboko wpojone, że w ich oczach popełniłam coś niegodnego”. I dalej „Szkoda, że większość osób transpłciowych skazana jest na poszukiwania poza Kościołem. To nie przypadek, że w tym środowisku jest tak wielu świadomych ateistów. Dla własnego zdrowia psychicznego muszą z niego odejść w najbardziej dramatycznym momencie życia, w którym naprawdę potrzebują największego wsparcia.” Kinga prowadzi stronę internetową poświęconą wierzącym osobom transpłciowym http//transwit.manifo.com. Tekst Dzierżanowskiego nazywa się „Bóg odnalazł mnie w mroku”. Przypomniał mi zwierzenie zaprzyjaźnionego geja, że aby upewnił się, iż nie jest na złej drodze, ukazał mu się sam Chrystus.
W „Znaku” dalej rozmowa redaktor naczelnej „Znaku” Dominiki Kozłowskiej z jezuitą, Jackiem Prusakiem, teologiem, psychologiem, psychoterapeutą, redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, prorektorem Akademii Ignatianum w Krakowie, duchownym równie uczonym, jak odważnym myślowo. Rozmowa zwie się „Boskie DNA” i kończy się takimi myślami księdza Prusaka: „W Biblii znajdujemy zdanie mówiące o tym, że w Chrystusie nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, bo w Nim wszyscy jesteśmy jedno (Gal 3,28) i w niebie podobni będziemy do aniołów (Mt 22,30). Dlaczego zatem taką wagę mielibyśmy przykładać do kobiecości i męskości jako « niezmiennych faktów » , a respektowanie chromosomalnego pakietu traktować jako warunek konieczny do zbawienia, skoro czeka nas nowe człowieczeństwo? Wygląda na to, że nasza tożsamość zbudowana jest na czymś więcej niż na biologii.”
Na koniec pasjonującego tercetu artykuł dr. Jacka Bielasa z Instytutu Psychologii tegoż Ignatianum, pod tytułem „Transseksualizm – zaburzenie czy płciowy nonkonformizm?”. Autor przytacza obszernie argumenty za jednym i drugim stanowiskiem. Przyznam się szczerze, że trudno mi było porzucić pierwszą z tych opinii. A przecież rzecz tu wygląda podobnie, jak z innymi orientacjami seksualnymi: też próbuje się leczyć inność. A aspekt etyczny? Czy niemoralne jest coś, co nie szkodzi nikomu z bliźnich – oto jest pytanie fundamentalne. W każdym razie nikt już chyba nie twierdzi, że transseksualizm to fanaberia. Za taką cenę?
PS. No i pytanie: czy transseksualizm nie jest zjawiskiem naturalnym w tym sensie, że przecież bywają hermafrodyci, czyli podział na płci nie jest taki żelazny?

15:54, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
Wołamy na puszczy

Wpis na niedzielę 14 grudnia

Ewangelia Jana 1,23
Jan Chrzciciel przedstawia się słowami z Księgi Izajasza 40,3, mówiąc, że jest wołającym na pustyni. Niektórym z nas ten obraz sugeruje wołanie, którego nikt nie słyszy. Nawias translatorski: Wujek miał tutaj rozsądnie „puszczę”, bo przecież w on czas, jak i teraz, tereny piaszczyste (takie kojarzą się z pustynią, choć w Palestynie są to tereny kamieniste) to była w Polsce poza plażami głównie pustynia Błędowska, lasów natomiast nie brakowało. Nasunął mi się kalambur ekologiczny: mają swoje losy lasy. A naszym losem jest wołanie, którego nikt nie słyszy. Tylko Bóg.

07:23, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 13 grudnia 2014
Rodzimy się, cierpimy, umieramy

Ewangelia Mateusza 17,10-13
„Kiedy schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: -Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: - Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: - Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim, tak jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.”
Biblia Tysiąclecia.
W „Znaku” grudniowym doktor teologii, twórca blogu „Kleofas”, Robert R. Rynkowski napisał ciekawie o pewnych nowych interpretacjach niektórych passusów w Biblii. Otóż „po odczytaniu passusu Mk 9,11-13 [pokrywającego z dzisiejszą perykopą Mateuszową] zgodnie ze zrekonstruowanym aramejskim pierwowzorem [twierdzi, iż był takowy] Maurice Casey zauważył, że w tym fragmencie aramejskie wyrażenie « syn człowieczy » użyte zostało w znaczeniu człowiek, ludzkość. Błędnie je przetłumaczono i odniesiono do Chrystusa. To sprawiło, że w końcowym zdaniu otrzymujemy odwołanie do proroctwa do śmierci Jana Chrzciciela, którego nie ma ani w tekstach biblijnych, ani w literaturze pozabiblijnej , bo nigdzie nie napotykamy tekstów o cierpiącym Eliaszu. Jezus wyrażenie «s yn człowieczy » odniósł do Jana Chrzciciela i innych cierpiących ludzi, a nie tyko do siebie.”
Tak to synowie człowieczy, „homines sapientes” cierpią, cierpią, cierpią. Przypomina mi się najkrótsza historia ludzkości pióra któregoś pisarza francuskiego: „Ils naquirent, ils souffrirent, ils mourirent”: urodzili się, cierpieli, umarli. Ale cierpi też - napisał wcześniej Paweł z Tarsu (List do Rzymian 8,18-22) - całe Boże stworzenie. I całe będzie od tego wybawione.  Rodzimy się, cierpimy, umieramy
Ewangelia Mateusza 17,10-13
„Kiedy schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: -Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: - Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: - Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim, tak jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.”
Biblia Tysiąclecia.
W „Znaku” grudniowym doktor teologii, twórca blogu „Kleofas”, Robert R. Rynkowski napisał ciekawie o pewnych nowych interpretacjach niektórych passusów w Biblii. Otóż „po odczytaniu passusu Mk 9,11-13 [pokrywającego z dzisiejszą perykopą Mateuszową] zgodnie ze zrekonstruowanym aramejskim pierwowzorem [twierdzi, iż był takowy] Maurice Casey zauważył, że w tym fragmencie aramejskie wyrażenie « syn człowieczy » użyte zostało w znaczeniu człowiek, ludzkość. Błędnie je przetłumaczono i odniesiono do Chrystusa. To sprawiło, że w końcowym zdaniu otrzymujemy odwołanie do proroctwa do śmierci Jana Chrzciciela, którego nie ma ani w tekstach biblijnych, ani w literaturze pozabiblijnej , bo nigdzie nie napotykamy tekstów o cierpiącym Eliaszu. Jezus wyrażenie «s yn człowieczy » odniósł do Jana Chrzciciela i innych cierpiących ludzi, a nie tyko do siebie.”
Tak to synowie człowieczy, „homines sapientes” cierpią, cierpią, cierpią. Przypomina mi się najkrótsza historia ludzkości pióra któregoś pisarza francuskiego: „Ils naquirent, ils souffrirent, ils mourirent”: urodzili się, cierpieli, umarli. Ale cierpi też - napisał wcześniej Paweł z Tarsu (List do Rzymian 8,18-22) - całe Boże stworzenie. I całe będzie od tego wybawione.

19:41, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
piątek, 12 grudnia 2014
Ego jak ocean...

Księga Izajasza 48,18
„O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale.”
Biblia Tysiąclecia.
Ale stworzyłeś nas zapatrzonymi w siebie, we własne przyziemne sukcesy, dałeś nam ego jak ocean... Nie - wiem: to grzech pierworodny, to geny praprzodków, to szatan, nie Ty. I nie mogło być inaczej, homo sapiens bez wolnej woli niemożliwy. Ale też niemożliwa jest dla mnie niemożliwość zbawienia niektórych: jesteś przecież wszechmocny i wszechmiłosierny.

11:49, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
czwartek, 11 grudnia 2014
Tupet i tupet. Franciszek antykapral

Ewangelia Mateusza 11,13
„Od Jana Chrzciciela aż dotąd Królestwo Niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”
Słowa interpretowane rozmaicie. Hipoteza laika: może w obu członach tego zdania jest myśl podobna do tej znanej z Księgi Apokalipsy, dyskredytującej ludzi letnich. Do załatwienia jakichkolwiek spraw trochę trudniejszych trzeba „gwałtowników”. Ale przyjąwszy to założenie bardzo łatwo przebrać miarę, a raczej zastosować nie tę, co trzeba. Bo nachalstwo rzadko popłaca, a w sprawach duchowych nigdy. Delikatność jest metodą „prakseologiczną” i nie tylko: stanowi cnotę.
Dołączam felietonik napisany dla jutrzejszego „Metra”.
Wyczytałem w „Metrze” 5 grudnia: „Franciszek spotkał gwardzistę, która stał przed jego drzwiami całą noc. Poprosił go, żeby usiadł, na co żołnierz powiedział, że to niezgodne z rozkazem. Papież stwierdził, że w Watykanie to on wydaje rozkazy, po czym zabrał żołnierza na cappuccino i zwolnił szefa gwardii”. Miła redakcja korzystała z PAP-a, a ja odnotowawszy to z radością, zajrzałem do KAI i w tej agencji kościelnej przeczytałem wiadomość, pochodzącą z kolei szwajcarskiej gazety „Corriere del Ticino”. Już rok temu owemu komendantowi przedłużono pracę tylko na rok, do 31 stycznia 2015 r., a to dlatego, że „był zbyt restrykcyjny w egzekwowaniu służby gwardzistów, a także powiększył swe watykańskie mieszkanie kosztem pomieszczeń znajdujących się przy tarasie koszar Gwardii”. Czyli wychodzi na to samo. Nawet w świetle informacji KAI streszczającej papieski wywiad dla argentyńskiej „La Nacion”: Franciszek w yraził tam wielki szacunek dla dotychczasowego komendanta, określając go jako „wspaniałą osobę, dobrego katolika, mającego świetną rodzinę” i dodając, że „pragnie po prostu zdrowej i normalnej odnowy”. Jak ktoś ma dobre serce, to każdego na koniec znajomości dopieści. Ale kapralskie metody są Franciszkowi obce najgłębiej. Bogu najwyższe dzięki!

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
Moje wadzenie się z Bogiem

Wpis na środę 10 grudnia

Księga Izajasza 40,25-26. 29.31
„Z kimże byście mogli mnie porównać, tak żeby mnie dorównał - mówi Święty. Podnieście oczy w górę i patrzcie: kto stworzył te gwiazdy? Ten, który w szykach prowadzi ich wojsko, wszystkie ich woła po imieniu. Spod takiej potęgi i siły nikt się nie uchyli”. Tak, to nie jest bożek pogański: jest wszechmocny albo nie ma Go wcale. Ale czy aby na pewno On zawsze dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego? (Biblia Tysiąclecia). Czy aby na pewno rozpacz jest zawsze ich winą? Czy aby na pewno rządzi On gwiazdami, tak żeby Kosmos był naszym przyjacielem, nie maltretował nas swoimi tsunami, powodzią, mrozem, upałem? Wierzę, pytając.

14:36, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
wtorek, 09 grudnia 2014
Owca zgubiona, czyli konwertytka

Ewangelia Mateusza 18,12-14
Perykopa o odnalezionej owcy. Można ową przypowieść interpretować tak: baca cieszy się z jej odnalezienia nie tylko jak z każdej przywróconej zguby. Może owca owa była wartościowa szczególnie: symbolizuje konwertytów o szczególnych walorach duchowych. Są bowiem tacy, co wpadają w drugą skrajność, są odtąd bardziej katoliccy niż sam papież. Ale i całkiem inni: tacy jak John Henry Newman albo wspaniała moja przyjaciółka Joanna, nauczyciel akademicki matematyki, matka czworga dzieci, która weszła do Kościoła po czterdziestce - co przynoszą ze swego dawnego domu duchowego niejedną ważną wartość. Co wobec nowego domu nie są bezkrytyczni, bo patrzą nań świeżym okiem, widzą niektóre sprawy ostrzej. Takich nam nigdy dosyć.

15:05, jan.turnau
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Był ktoś dobry jak prawie nikt

Ewangelia Łukasza 1,26-38
Scena Zwiastowania: od niej w tej ewangelii zaczyna się bezpośrednio opowieść o Jezusie z Nazaretu. Bezpośrednio, bo już przedtem mamy analogiczną relację o tym, jak w sposób również jakoś niezwykły narodził się Jego krewniak Jan zwany Chrzcicielem, który ma zapowiadać Jego działalność. Poleca się dzisiaj katolikom rzymskim taką lekturę, ponieważ w ich Kościele przypada dziś kolejna uroczystość maryjna: wspomnienie liturgiczne Niepokalanego Poczęcia.
Nie ma chyba rady na to, żeby poczęcie to nie było mylone z prapoczątkiem życia Jezusa: z dziewiczym poczęciem Go przez Jego matkę (pomyłka nie tylko polska). O tym drugim poczęciu jest właśnie mowa w poleconym tekście: „Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus”. Dalszy ciąg tych słów anioła Gabriela brzmi: „Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida”; czytamy potem dalej, że będzie On nazwany Synem Bożym. „Będzie nazwany” nie oznacza tylko „faktu onomastycznego”: imię oznaczało dla starożytnych Żydów istotę człowieka. Otóż jest zrozumiałe, że matka kogoś takiego, który potem zaświadczył o swoim Bożym synostwie niezwykłymi czynami, poniósł męczeńską śmierć i „powstał z martwych”, była od bardzo dawna uważana za szczególnie świętą, od własnego poczęcia wolną od tego, co się zwie w teologii grzechem pierworodnym, czyli od takiego wrodzonego moralnego kalectwa.
Pogląd ten uzasadniano w sposób właściwy epoce feudalnej: Syn Boży nie mógł narodzić się ze „zwykłej” kobiety, „wypadało”, żeby Jego matka miała „przywilej” bezgrzeszności. Przywilej? Może raczej bo biblijnemu powołanie, dar, talent: szczególna moc duchowa dla spełnienia szczególnego zadania. Jak każdy człowiek, Jezus otrzymał wiele od innych ludzi, przede wszystkim od prawnego ojca Józefa, ale przede wszystkim od Marii z Nazaretu, przez dziedziczenie po niej, a potem jej mądrą pracę wychowawczą.
Była idealnie dobra, co oczywiście nie znaczy, że wolna od pokus, tak jak nie był od nich przecież wolny jej boski Syn, co wiemy z ewangelii. Talent można zakopać głęboko, ona go pomnażała dzielnie. Ale warto wiedzieć, że istniało w starożytności przypuszczenie (przede wszystkim na Wschodzie), iż podobny talent miał również Jan Chrzciciel. Argumentem były dwa zdania ewangelii, że już w łonie matki był napełniony Duchem Świętym (Łk 1,15 i 1,41). Rozumowano wręcz w ten sposób, że jeżeli on, to i Maria. Pogląd ten jakoś się nie przyjął, ale cieszy mnie, bo to mój patron przecież. A ja w ogóle myślę sobie, że tacy ludzie wciąż się zdarzają. Tacy dobrzy, że aż strach...

15:28, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 07 grudnia 2014
Asfalt dla Absolutu

Księga Izajasza 40,3
„[Oto]głos wołający :
- Na pustyni drogę dla Jahwe torujcie!
Pośród stepu wyrównujcie
ścieżkę Bogu naszemu!”
Biblia Poznańska.
Tysiąclatka ma tutaj „gościniec dla naszego Boga”. Asfalt takowy kłaść to umiejętność raczej nieczęsta. Stopień jej maksymalny nazywa się świętością.

11:49, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2
Archiwum