Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
Jan, mistrz Jana

Ewangelia Jana 1,1-18

Prolog do czwartej Ewangelii ma dwóch bohaterów: obok Słowa, które stało się człowiekiem, jest Jan nazwany później Chrzcicielem. Można by rzec, iż to nic dziwnego, bo przecież autor dzieła był najpierw uczniem swego imiennika. Co prawda, także i w scenie powołania drugi obok Andrzeja uczeń pozostaje bezimienny, nie mam wątpliwości jednak, że to właśnie ten Jan, syn Zebedeusza, który będzie potem filarem Kościoła, u prawosławnych wielkim Janem Teologiem.

Swoją drogą ciekawe, jak szybko przyzwyczaił się do stylu nowego mistrza. Przecież Jezus w przeciwieństwie do Chrzciciela nie przestrzegał rygorystycznie drobiazgowych przepisów Prawa, w ogóle wydobył je z okowów pedantycznego legalizmu. Zapewne nie przeszkadzało to młodziutkiemu uczniowi, zrozumiał pewnie szybko, że nastało Nowe Przymierze, ale przecież nie wszystko rozumiał. Widać to było, gdy wraz ze swoim bratem Jakubem chcieli sobie załatwić pierwsze miejsca w Królestwie Niebieskim: rozpierała ich ambicja, a poza tym wyobrażali je sobie jeszcze bardzo, bardzo po ziemsku.

14:43, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Synowie, ojcowie...

Wpis na piątek 30 grudnia 2011
Księga Syracydesa 3,12-16
„Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, mniej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił.”

Tak już jest, że dzieci dorastają, z czasem stają się mądrzejsze od nas. Nieraz naprawdę, nie tylko we własnym mniemaniu. Nawet gdy nie ogarnia nas alzheimer, role się odwracają: one stają się naszymi mentorami, nie ma na to rady. Musimy przyzwyczajać się do owej zmiany hierarchii, znosić ją cierpliwie. Dobrze jest wówczas przypominać sobie, jak traktowaliśmy własnych rodziców, jak uważaliśmy się za nieporównanie mądrzejszych od nich.
Czytam o synach i ojcach, bo dziś w Kościele rzymskokatolickim święto Świętej Rodziny. Zazwyczaj przypada w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu, ale tym razem termin ten jest już zajęty: to Nowy Rok, czyli uroczystość świętej Bożej Rodzicielki Maryi, więc całą Świętą Rodzinę wspominamy dzisiaj.
Jak Jezus odnosił się do Józefa? Chrześcijanom trudno przypuszczać, by nim pogardzał, chociaż przewyższał go zrozumieniem spraw duchowych. Ewangelia Łukasza powiada coś na ten temat: mam na myśli epizod podróży do Jerozolimy, podczas której dwunastolatek zostaje w Świątyni, by rozprawiać z uczonymi w Piśmie. Co mówi nam ta perykopa? Gdyby czytać ją jak zwykłą biografię, trzeba by zdziwić się, że Jezus nie przeprosił za to, że nie uprzedził rodziców, iż pójdzie własną drogą. Łukasz chciał tu jednak powiedzieć w ogóle co innego: iż Marii i Józefowi trudno było zobaczyć w chłopcu kogoś, kto ich już przewyższał religijną - a zresztą także inną - inteligencją.

PS. W moim blogu dyskusja ciekawa w związku z podróżą Świętej Rodziny do Egiptu. Jest to jedna z opowieści z tak zwanych Ewangelii Dzieciństwa, które najłatwiej podejrzewać o niehistoryczność. Przy okazji problem „nadnaturalności” proroctw starotestamentalnych. Trzeba zaznaczyć, że także bibliści polscy - na przykład ksiądz profesor Mariusz Rosik w wywiadzie dla „Wyborczej” niedawno - nie upierają się przy tradycyjnej interpretacji pokłonu Mędrców czy właśnie ucieczki nad Nil. A swoją drogą obie te opowieści są tak pełne treści ewangelijnych. Pokłon to symbol uznania dla Chrystusa ludzi spoza naszego świata, a podróż do Egiptu to być może - pamiętam powieść maryjną księdza Mieczysława Malińskiego - nauka pozabiblijnej mądrości dla całej świętej Trójki.

14:41, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2011
Nienawidzimy, więc nie widzimy

1 List Jana 2, 9-11
„Kto twierdzi, że żyje w światłości, a brata swego nienawidzi, dotąd jeszcze jest w ciemności. Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy".

Niby to nienawiść to amoralny rarytas, zwyczajny zjadacz chleba lubi bardziej jednych, drugich mniej, ale żeby aż nienawidził? Owszem, nikt z nas nie jest islamskim terrorystą, co nie waha się zamordować. Można jednak słowo „nienawiść" rozumieć szerzej. Nie jako uczucie „hard", ale „soft". Niektórych ludzi tak nie lubimy, że nie mamy ochoty ich oglądać, wolimy ich nie widzieć. A to nieraz dlatego, że nie widzimy ich zalet: drażni ich w nas wszystko. Każdy pogląd ich głupi, choć u kogoś innego uznaliśmy go za bliski prawdy, każde zachowanie antypatyczne, choć ktoś lubiany postępuje tak samo. Zaprawdę ślepota.

15:30, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 28 grudnia 2011
Dzieci śmierci

Ewangelia Mateusza 2,13-18
Czytamy dzisiaj o ucieczce do Egiptu przed prześladowaniem Heroda i rzezi przezeń zarządzonej w Betlejem. Z tej drugiej racji Kościół katolicki świętuje dzisiaj pamięć wymordowanych dzieci, Cerkiew prawosławna również, choć dopiero czwartego dnia po Bożym Narodzeniu.

Prawosławni też oczywiście rozumieją ów tekst Ewangelii literalnie, dom prawosławny w Cieplicach został wzniesiony nawet na domniemanych relikwiach tamtych małych męczenników (w kalendarzu prawosławnym wyczytałem, że było ich aż 14 tysięcy).

Fakt historyczny? Bibliści katoliccy nie są tego pewni, choć okrucieństwo Heroda Wielkiego było właśnie olbrzymie. Tak czy inaczej, myślę dzisiaj o milionach dzieci mordowanych wciąż od początku ludzkości. Narodzonych i nienarodzonych.

12:19, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 27 grudnia 2011
Jan, teolog ogromny

Ewangelia Jana 20,2-8

Wnet po uroczystości Narodzenia święto ucznia „umiłowanego”.
Zacznę od jego twórczości pisarskiej. Z jej autorstwem jest problem: nawet i z tym, czy aby na pewno Jan osobiście napisał czwartą Ewangelię. Współcześnie przypuszcza się, że mógł patronować wspólnocie, która w oparciu o podany przezeń materiał stworzyła to tak różne od poprzednich Ewangelii dzieło. Byłaby to zaś wspólnota etnicznie mieszana, żydowsko-samarytańska: ślady wkładu Samarytan widzą bibliści w tekście Ewangelii 4,1-42. Tu kobieta tej narodowości jest bohaterką opowieści dla niej bardzo pochlebnej, bo staje się ona Jego promotorką: dzięki jej świadectwu wielu jej rodaków uwierzyło w Niego. O stopniowym powstawaniu tego dzieła pisarskiego, jego kolejnych warstwach, napisała uczoną rozprawkę biblistka z warszawskiego KIK-u dr Stanisława Grabska pod tytułem „Jan III” (Wydawnictwo Benedyktynów Tynieckich, Tyniec 2002), bo warstw owych jakoby trzy.
W tej Ewangelii widać także obfite ślady konfrontacji wspólnoty pierwotnego Kościoła z Synagogą, ostry już konflikt między nimi. Widzą go bibliści między innymi w zarysowaniu sylwetki Piłata, stosunkowo bardzo dla niego pochlebnej. Na tym opiera się hipoteza dzisiejszych biblistów, jakoby ujawnia się w tym skłonność ówczesnych chrześcijan do przerzucania z Rzymian na Żydów głównej odpowiedzialności za zamordowanie Jezusa, chęć szukania w tych drugich sojusznika czy po prostu niedrażnienia ich. Joseph Ratzinger-Benedykt XVI w II tomie swego dzieła „Jezus z Nazaretu”  powiada jednak, że „w okresie, kiedy tworzyły się ewangelie, prześladowanie wywołane przez Nerona odsłoniło już ponure strony państwa rzymskiego i całą samowolę cesarskiej potęgi. Jeśli Apokalipsę można datować mniej więcej na ten sam czas, w którym powstała Ewangelia Jana, widać wtedy, że czwarta ewangelia nie powstała w kontekście, który by skłaniał do prezentacji filoromańskiej.” Mówiąc znacznie prościej, papież biblista twierdzi, że czas powstania dzieła nie sprzyjał zgoła sympatii do okupanta. Na co jednak można powiedzieć, że w Apokalipsie mamy tylko inną taktykę niż w Ewangelii: tam jest ostra polemika, tu niemal pochlebstwa. Ale przyznam się, że Janowa sylwetka Piłata jest mi jakoś bliska: byłby to po trosze ktoś z nas. Oportunista, oczywiście, ale nie zimny drań, do tego nawet człowiek naprawdę poszukujący Prawdy. Można bowiem jego pytanie „co to jest Prawda?” rozumieć jako sceptycyzm raczej sympatyczny: zwątpienie człowieka rozczarowanego sprzecznymi hipotezami, zagubionego myślowo wśród tylu przeróżnych twierdzeń, nie cynika jednak na pewno.
Przeznaczona na dzisiaj perykopa ewangelijna przedstawia narratora jako świadka rzetelnego. Wygląda na to, że opisuje on to, na co faktycznie patrzył własnymi oczami, dotykał własnymi rękami - czytamy z kolei w 1 Liście. Dokładność opisu bije w oczy: „ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu” (osobno całun, osobno chusta, inna relikwia domniemana). Bo też ta Ewangelia jest równie mistyczna, jak - powiem do rymu - empiryczna.
Rozpoczyna się sławnym prologiem. Biblia-krok po kroku” poświęca owemu hymnowi swój zeszyt grudniowy. Dominikanin Paweł Trzopek napisał o różnych hipotezach na temat tego utworu. Według niektórych biblistów „stanowi on integralną część tekstu, pochodzi bezpośrednio od Ewangelisty i istniał już w pierwotnej wersji dzieła. Inni uważają, że Prolog powstał na końcu, gdy tekst był gotowy, i stanowi poetyckie podsumowanie całego dzieła. Jeszcze inni twierdzą, że ostateczny redaktor dołączył do tekstu ewangelicznego istniejący wcześniej hymn o Logosie. Mógł to być albo liturgiczny hymn chrześcijański, znany i używany we wspólnocie, albo hymn niechrześcijański. W drugim przypadku egzegeci powołują się na to, że motyw Logosu obecny jest także w filozofii hellenistycznej i pismach Filona z Aleksandrii. Pierwotny hymn o Logosie miałby być uzupełniony dwiema wzmiankami o Janie Chrzcicielu”. Jeden z  najważniejszych tekstów Nowego Testamentu dziełem jakiegoś poganina? Przypuszczenie takie nie przeraża mnie ani nie gorszy. Pewne idee bywają „w powietrzu”, albowiem Bóg nie brzydzi się przyczyn ”wtórych”, naturalnych, posługuje się nimi chętnie. Napełnił myślą o Logosie intelektualną atmosferę przełomu Przymierzy, aby pierwotny Kościół mógł z niej czerpać do woli.
Tyle o Ewangelii. Jan jest jednak domniemanym autorem także trzech listów oraz sławnej Apokalipsy. (1 List jest pewniej Janowy niż dwa dalsze oraz tamta księga niezwykła). Nie będę się tu rozwodził nad owymi pismami, bośmy je - jak już tu ogłaszałem wszem i wobec - wydali niedawno w Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół (książkę wyślę każdemu, co mi ujawni swoje namiary na adres: jan.turnau@agora.pl). Polecam tamtejsze wstępy: pastora Kwietnia do listów Janowych i ks. Czajkowskiego do Apokalipsy. Co do tej drugiej, odnotuję informację, którą posiadłem od naszego współtłumacza, arcybiskupa Jeremiasza: owo dziwne dzieło nie zostało włączone do tekstów liturgicznych Cerkwi prawosławnej. W Kościele katolickim pojawia się rzadko, ale parę razy czytamy o walce archanioła Michała ze Smokiem albo o 144 tysiącach „pieczętowanych”; jak to wygląda w Kościołach ewangelickich, napiszą może mili komentatorzy.
To wszystko jednak nie tyle o dzisiejszym patronie, ile o jego (nie jego?) pismach. O nim samym można powiedzieć najkrócej tak. Należał do czołówki Dwunastu, był chyba najmłodszy z nich, szczególnie związany z Jezusem. Trudnił się, jak Piotr i paru innych uczniów, rybołówstwem, ale pochodził może z rodziny zamożniejszej: wskazuje na to wzmianka o najemnikach (Ewangelia Marka 1,20). Jego myśl wywarła ogromny wpływ na chrześcijaństwo wschodnie. Ktoś powiedział, że Piotr to katolicyzm, Paweł - protestantyzm, a Jan - prawosławie. Ale Piotr był raczej przywódcą, zwornikiem pierwotnego Kościoła niż teologiem, zatem można też powiedzieć, że było na początku dwóch myślowych olbrzymów - Paweł i Jan. Ten pierwszy -polemiczny, wykuwający kształt nowej religii, wolnej od przepisów żydowskiego prawa, ten drugi - operujący często symbolem i metaforą, mistyczny - jak całe prawosławie, które zwie go Janem Teologiem.

21:51, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Szczepan symbolem prześladowanych

Ewangelia Mateusza 10,17
„Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować.”

Dziś, w drugi dzień Świąt, mamy od wieków wspomnienie liturgiczne św. Szczepana (albo po prostu Stefana - nie obowiązuje przecież staropolska wersja tego greckiego imienia). Kościół dokonuje przeskoku w czasie: od prapoczątku całego zbawienia do początków życia wspólnoty, niemal od razu krwawych. Szczepan staje się ofiarą konfliktu między hellenistami, czyli Żydami mówiącymi już po grecku, ale reagującymi różnie na nową religię: kwestionowała przecież wiele starych pewników, przyzwyczajeń i przywilejów dawnej elity. Pierwszy męczennik chrześcijaństwa może być symbolem wszystkich prześladowanych za przekonania, których wciąż bywa tylu.

10:24, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
niedziela, 25 grudnia 2011
Bóg mocny, Bóg słaby

Księga Izajasza 9,5-6
„Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczywa władza. Nazwano Go imieniem: Przewidziany Doradca, Bóg mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego Królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki.”

Czytań biblijnych legion, bo mszy aż cztery: wigilijna wieczorna, nocna, o świcie i w (pełen) dzień. Wybrałem tekst z tej drugiej zwanej w Polsce pasterką.

Zastanawiający jest ten passus u największego z proroków. Zastanawia, bo wśród biblistów mamy dzisiaj mocną skłonność do powątpiewania w nadnaturalnych sens starotestamentalnych przepowiedni. Jednak w Biblii Poznańskiej przeczytałem w przypisie: „El gibbor - Bóg mocny. Imię to przysparza najwięcej kłopotu przeciwnikom tłumaczenia bezpośrednio mesjańskiego. Usiłują osłabić znaczenie zwrotu. (...) Jest zrozumiałe, że tylko z objawienia Bożego mógł Izajasz - surowy monoteista - zaczerpnąć tak niezwykłą i wyjątkową nazwę. Pełne zrozumienie treści tego imienia odnoszącego się tylko do Mesjasza-Chrystusa nastąpiło dopiero w pełni czasów, w epoce Nowego Przymierza.” Według Poznanianki trudno „znaturalizować” także wyrażenie „Odwieczny Ojciec”, ale nie zamieniam się w cytatologa i teraz wpisuję własną myśl ogólną, że trzeba wystrzegać się obu skrajności. Tej, która polega na widzeniu wszędzie cudowności, ale też radykalnego sceptycyzmu, który neguje możliwość jakichkolwiek zjawisk „nadnaturalnych”.

U tegoż Izajasza mamy przecież w wersecie 7,14 słowa: „Dlatego Pan sam da wam znak: oto Panna brzemienna da wam znak i nada mu imię Emmanuel” (tłumaczenie Poznanianki). Otóż jeżeli nawet można upierać się, że chodzi tu nie o pannę, czyli dziewicę, ale o młodą mężatkę, na co pozwala język hebrajski (Poznanianka kwestionuje też tę tezę „naturalistyczną”), to jak wytłumaczyć, iż żydowska przecież (III-II wiek przed Chrystusem) Septuaginta ma już termin grecki oznaczający wyłącznie dziewicę. Czy nie lepiej zatem przyjąć myśl, iż wydarzenia nowotestamentalne miały już jakieś realne zapowiedzi w czasach Pierwszego Przymierza. Już wtedy rysowały się jakieś nieśmiałe przesłanki myślowe dla idei Boga-człowieka i Boga w Trójcy Jedynego: personifikacja Mądrości Bożej na przykład, tak częsta w późnych księgach starotestamentalnych. Bóg lubi posługiwać się przyczynami „wtórymi”, ustanowił porządek „naturalny”, który rzadko zakłóca, ale czasem Mu się to zdarza. W końcu przecież dzisiejsze święto jest pamiątką takiej ingerencji, że hej...

Oczywiście można twierdzić, że Jezus z Nazaretu był prorokiem olbrzymim, ale tylko prorokiem, tylko człowiekiem. Pozory zostają zachowane: rodzi się w zgoła ludzkiej biedzie i w ludzkiej niedoli umiera. Powstaje z martwych, ale ukazuje się tylko niektórym, tak, aby można było powątpiewać. Jedno natomiast powinno być pewne dla wszystkich, że Dobra Nowina z Betlejem jest rewolucją etyczną. Tamta opowieść o narodzeniu Jezusa z Nazaretu kwestionuje radykalnie ludzkie miary tego, co jest naprawdę wielkie. Bóg mocny, ale jakże słaby zarazem.

11:52, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
sobota, 24 grudnia 2011
Chrystus, słońce nasze, a jakże

Ewangelia Łukasza 1,67-79

Czytamy dzisiaj proroctwo Zachariasza o misji jego syna Jana, nazwanego później Chrzcicielem. To tu pada określenie Chrystusa jako „Wschodzące Słońce" bądź „Światłość poranna z wysokości", dosłownie „Wschód z wysokości". Może być też „Jutrzenka": chodzi o Światło, które niespodziewanie rozjaśnia ponurą ciemność. Zupełnie mnie nie dziwi, że chrześcijanie doszli po paru wiekach do wniosku, iż trzeba wyznaczyć datę narodzin Jezusa na dni słonecznego przesilenia zimowego, choć sądząc z opowiedzianej przez Łukasza obecności pasterzy, powinna była to być już wiosna. Chcieliśmy - tak jak poganie - mieć skojarzenia kosmiczne.

Powiada dzisiaj Ewangelia Łukasza, że owo Słońce nawiedzi nas, by światłem stać się dla tych, „co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki skierować na drogę pokoju". Grecki termin „eirene" odpowiada tu pewnie hebrajskiemu „szalom", czyli oznacza pokój jako w ogóle szczęście, warto jednak podkreślić, że chodzi tu też o pojednanie międzyludzkie. Wigilia jako tego pojednania wieczór szczególny . Oby się to udawało w domów naszych milionach.

10:31, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 grudnia 2011
Nauka jak każda...

Psalm 25,4
„Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami."

A żem uczeń mało zdolny, miej wielką cierpliwość... Niestety, jak w każdej nauce, tak i w tej ciążą emocje. Zaciemniają umysł, tamują przypływy mądrości. Emocje, czyli ego potężne.

18:12, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 grudnia 2011
Ludzie Boga

1 Księga Samuela 1,24
„Gdy Anna odstawiła Samuela od piersi, wzięła go z sobą w drogę, zabierając również trzyletniego cielca, jedną ęfę mąki i bukłak wina".

Biblia bywa „tendencyjna", fryzuje fakty dla swego teologicznego celu, a kiedy indziej jest zadziwiająco dokładna. Obraz kobiety z dzieckiem ledwie chodzącym, prowadzącej byka, obciążonej również workiem mąki i bukłakiem wina (może obciążyła tym zwierzę ofiarne?) - wszystko to wielce malownicze...

Ale jaki był cel podróży Anny? Ano taki, żeby oddać Samuela sędziemu i kapłanowi Helemu, czyli w sposób szczególny Bogu, bo chłopczyk zaistniał dzięki szczególnej Jego interwencji. W każdej religii są ludzie symbolizujący głębszy wymiar rzeczywistości, który ukrywa się przed codzienną empirią.

14:15, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
środa, 21 grudnia 2011
Cicho-sza

Pieśń nad pieśniami 2,8
„Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach".
Refleksja pierwsza, ważniejsza, bo oczywista: o osobistym stosunku do Jezusa. Powinno być tak z Nim, jak z ukochanym, który jest bohaterem tej księgi, co ze zbioru pieśni erotycznych stała się dla Żydów i chrześcijan opowieścią o Bogu. Przedsmak chrześcijaństwa jest już w Pierwszym Przymierzu, gdzie Najwyższy jest jednocześnie partnerem dialogu.

Refleksja druga, ze względu na tłumaczenie Tysiąclatki, która ma tu słówko „cicho" (nie ma go w przekładzie 11 Kościołów ani w Poznaniance). „Cicha noc, święta noc..." No właśnie: cicha. Zbawiciel ludzkości narodził się według Biblii w biedzie i ciszy, umarł w męce i hańbie. Stał się ważny dopiero po śmierci. Dał nam przykład Jezus Chrystus, jak zwyciężać mamy.

14:37, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Kosmologia i teologia

Wpis na wtorek 20 grudnia

Psalm 24,1-2
„Do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia,
świat i jego mieszkańcy.
Albowiem On go na morzach osadził
i utwierdził ponad rzekami.”

Przypis Biblii Poznańskiej: „Zgodnie z ówczesnymi pojęciami Izraelici wyobrażali sobie ziemię jako płaski krąg leżący na wodach morskich, otoczony zewsząd wodami, a podtrzymywany wszechmocą Bożą.” Biblia ma wszystkie znamiona swego miejsca i czasu, a zarazem przekracza owe wymiary swoim paradoksalnym przesłaniem, o którym napisałem wczoraj.

14:35, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Dziwność chrześcijaństwa

Ewangelia Łukasza 1,5-25

Zwiastowanie Zachariaszowi. Oczywista jest analogia między niezwykłym narodzeniem Jana Chrzciciela i Jezusa. Oraz oczywiście niepełna: cudowność tych drugich narodzin jest nieporównanie większa. Zauważmy jednak, że im większa cudowność, interwencja Boża, tym pokorniejsza realizacja. U Łukasza widać to wyraźniej niż u Mateusza: w tej ewangelii poniżenie Jezusa zaczyna się już przy narodzeniu, odbywa się w bezdomności, w biedzie. Ale u wszystkich ewangelistów śmierć Jezusa jest o wiele straszniejsza, niż koniec ziemskiego życia Jana: dokonała się w męczarni i hańbie. Albowiem taka jest paradoksalna logika Boża: absolutna moc Boża wyraża się w absolutnej słabości. Dziwna to zaprawdę religia.

14:26, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 18 grudnia 2011
Fiat, czyli dramat

Ewangelia Łukasza 1,26-38
Zwiastowanie. Wyróżnienie? Olbrzymie. Ale była to misja z zachowaniem wszelkich proporcji podobna do Jezusowej. Wielkość, ale też przez dramat. W kwartalniku ”Słowo i Życie”, piśmie ewangelickiego Kościoła Chrystusowego w RP, przeczytałem w numerze 4/2011 takie między innymi słowa.

”Zimowe pejzaże, sanie, renifery, choinki, bombki, mikołaje. Pojawiają się też aniołowie, przypominający raczej milutkie stworzenia niż kogoś obwieszczającego «Nie bójcie się». Elementów religijnych niewiele: szopka, Święta Rodzina z jasnozłotymi aureolami nad głowami. Do tego serdeczne słowa o miłości, pokoju, radości, szczęściu, rodzinnej atmosferze. To dobrze, że tego rodzaju uczucia wiążemy z tymi świętami.
A jaki obraz pierwszego Bożego Narodzenia znajdujemy w Ewangeliach? Wczytajmy się w nie, zapominając o współczesnej otoczce upamiętniających to wydarzenie świąt. Jak mogli je postrzegać ówcześni mieszkańcy Nazaretu, Betlejem czy Jerozolimy? Czy nie odkryjemy tam zupełnie odmiennego nastroju, zdominowanego przez niepokój i zamieszanie? Oto anioł ukazuje się jakiejś nastolatce, która - nie współżyjąc nigdy z mężczyzną - zachodzi w ciążę. Potem udaje się do Betlejem, gdzie w stajni rodzi dziecko, które okazuje się Zbawicielem świata. Maria i Józef zapewne znoszą szyderstwa, słysząc pytania: Czy to na pewno był anioł? Artyści przedstawiają Marię, ikonę na złotym tle, która ze spokojem przyjmuje anielskie zwiastowanie jako swoiste błogosławieństwo. Ewangelista Łukasz opisuje to jednak zupełnie inaczej. Maria na widok anioła przestraszyła się, a słysząc wzniosłe słowa o Synu Najwyższego, którego królestwo nie ma końca, myślała o czymś bardzo prozaicznym - że jest dziewicą. W społeczności żydowskiej I wieku zaręczona kobieta, która zaszła w ciążę, uznawana była za cudzołożnicę i skazywana na ukamienowanie. Nic dziwnego, że nastolatka Maria była bardzo zatrwożona. Wspaniałomyślny Józef postanowił nie wnosić przeciwko niej oskarżenia i potajemnie ją opuścić. Dopiero interwencja anioła sprawiła, że inaczej spojrzał na rzekomą zdradę.
Zatrwożona Maria udaje się do Elżbiety, jedynej osoby, która mogła ją zrozumieć. Radosna reakcja napełnionej Duchem Świętym krewnej była dla Marii potwierdzeniem anielskiego zwiastowania. «I rzekła Maria: Wielbi dusza moja Pana i rozradował się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim» (Łk 1: 46-47). Ale sytuacja tych dwóch kobiet różni się diametralnie: wszyscy mówią o uzdrowionym łonie Elżbiety, a Maria musi wstydliwie ukrywać cud, jaki jej się przydarzył. Po kilku miesiącach rodzi się Jan Chrzciciel. Położne, krewni i sąsiedzi świętują radośnie narodziny tego żydowskiego chłopca. A po sześciu miesiącach, z dala od domu i rodziny, bez pomocy położnych, bez radości sąsiadów, rodzi się Jezus. Głowa rodziny wystarczyłaby do spisu prowadzonego przez Rzymian. Czyżby Józef ciągnął swą brzemienną żonę do Betlejem, by zaoszczędzić jej upokorzeń, związanych z urodzeniem dziecka w ich rodzinnej wiosce?
Czytając ewangeliczne opisy narodzin Jezusa, drżę na myśl o tym, że los świata uzależniony był od zachowania tych dwojga wieśniaków. Ile razy Maria przypominała sobie słowa anioła, gdy czuła, jak Syn Boży kopie ją w ściany macicy? Ile razy Józef roztrząsał swoje spotkanie z aniołem, zastanawiając się, czy nie był to tylko zwykły sen, gdy palił się ze wstydu, widząc jak sąsiedzi szepczą o jego narzeczonej?
Nie wiemy nic o dziadkach Jezusa. Jak oni musieli się czuć? Czy zareagowali wybuchem moralnego oburzenia, a potem ponurym milczeniem, przerwanym dopiero pojawieniem się maleńkiego wnuka?
Dziewięć miesięcy dziwacznych tłumaczeń, wiszący w powietrzu skandal. Wygląda na to, że Bóg zgotował swojemu Synowi najbardziej upokarzające okoliczności przyjścia na świat i twardą szkołę życia. Dzieło Boże często ma dwie strony: wielką radość i ogromny ból. Dziewica Maria zgodziła się na jedno i drugie. Usłyszawszy słowa anioła, świadoma konsekwencji, powiedziała: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego» (Łk 1:38). Ona pierwsza przyjęła Jezusa na Jego warunkach, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie jej zapłacić.”

Spojrzenie protestanckie? Przede wszystkim po prostu prawdziwe.

15:41, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
sobota, 17 grudnia 2011
Judo, lwie?

Księga Rodzaju 49,9
„Judo, młody lwie, na zdobyczy róść będziesz, mój synu: jak lew czai się, gotuje do skoku, do lwicy podobny, któż ośmieli się go drażnić?"

Drażnić nie trzeba, nawet nie wolno, ale swoją drogą przydałby się dzisiejszemu państwu Izrael równolegle inny symbol: baranka. Żeby też jego było trochę w mentalności polityków i wojskowych Ziemi - jak by nie było - Świętej.

22:49, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 grudnia 2011
Izajasz przewidywał Asyż...

Księga Izajasza 56,7
„Dom mój będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów".

Mowa tu o cudzoziemcach. Co prawda, o takich, co się nawrócą na judaizm, ale nie będzie przecież manipulowaniem myślą proroka, jeżeli skojarzę ją z Asyżem. Jako miejscem modlitwy wielu religii. Pół żartem, ale i pół serio napiszę, że Izajasz przewidział (i wypromował) Asyż...

23:23, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
czwartek, 15 grudnia 2011
Śmiejcie się ze mnie, proszę!

Psalm 30,2
„Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie".

Prawdę rzekłszy, niespecjalnie sławię Boga za to, że utrudnia mym wrogom naśmiewanie się z mojej nieskromnej osoby. Albowiem naprawdę wyznaję zasadę: „źle czy dobrze, byle z nazwiskiem". Wcale się nie cieszę, że pisma o poglądach całkiem innych niż moje krytykują mnie nadzwyczaj oszczędnie. I za taki zły stan rzeczy przypisuję winę „Gazecie Wyborczej". Kiedyś Artur Domosławski napisał, że jestem święty, potem Adam Michnik mnie beatyfikował, dziś „Wysokie Obcasy Extra" zamieściły moje zdjęcie z aureolą - i to zamyka usta polemistom!

Co prawda, nie wszystkim: pewne pisemko internetowe zamieściło moją podobiznę mocno zjudaizowaną: z czarną brodą, nosem przypisywanym wyłącznie Żydom (choć np. papież Paweł VI nie był „z naszych") i pejsami. Ale to dla mnie najwyższa religijna nobilitacja: być krewnym Jezusa z Nazaretu!

19:34, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
środa, 14 grudnia 2011
Największy, ale najmniejszy

Ewangelia 7, 18b-23
”18b. Jan, przywoławszy dwóch spośród uczniów,
19. posłał do Pana, mówiąc: - Czy Ty jesteś tym Przychodzącym, czy na innego czekamy?
20. Stanąwszy zaś przed Nim, mężowie owi rzekli: - Jan Chrzciciel posłał nas do Ciebie, mówiąc:- Czy Ty jesteś tym Przychodzącym, czy na innego czekamy?
21. Tej właśnie godziny uleczył wielu z chorób, urazów i złych duchów. A wielu niewidomych obdarował wzrokiem.
22. I odpowiadając, rzekł im: - Wróciwszy, opowiedzcie Janowi, coście widzieli i słyszeli:
- Ślepi znów widzą, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczeni i głusi słyszą, umarli powstają, ubodzy słuchają Dobrej Nowiny,
23. a błogosławiony jest ten, kto się mną nie zgorszy.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Bibliści pytają: Jan zadał to zasadnicze pytanie Jezusowi, bo sam nie był pewny, czy też zrobił to tylko ze względu na uczniów? Co do mnie, trochę wciąż laika, wydaje mi się - i tak napisałem wielokrotnie (ostatnio w mojej książce, która ukazuje się właśnie w Wydawnictwie „Agora") - że mogło być jeszcze inaczej. Jan mógł być pewny, że jego krewniak jest Przychodzącym, czyli Mesjaszem, ale dziwił się sposobem, w jaki Jezus spełniał swoją misję. Przecież Jan zapowiadał, że „wszelkie drzewo nieprzynoszące dobrego owocu będzie ścięte i w ogień wrzucone", a tu Jezus wprawdzie czyni cuda, ale grzeszników bynajmniej nie karze. Mówiąc inaczej, mój patron pojmował misję mesjańską tak jak ówcześni (i dzisiejsi) Żydzi, a nie jako postawę odrzucającą wszelką przemoc. Owszem, był wobec elity swego ludu krytyczny: faryzeuszy i saduceuszy nazywał plemieniem żmijowym, mimo wszystko jednak znajdował się jeszcze jakby między Starym i Nowym Przymierzem.

Stąd paradoksalne słowa Jezusa, że „wśród narodzonych z kobiet nie ma większego od Jana, jednak ten, kto najmniejszy jest w Królestwie Boga, większy jest od niego". Nie doczekał Jezusowej śmierci i zmartwychwstania, które wyjaśniłyby mu jego wątpliwości. Na tym świecie: na tamtym znalazł się na pewno od razu bardzo blisko Chrystusa, jako duchowy olbrzym. Rozumiejący już wtedy wszystko.

16:15, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Twarda mowa prorocza

Ewangelia Mateusza 21,31-32
„Mówi im Jezus: - Amen, powiadam wam, że celnicy i nierządnice wyprzedzają was do Królestwa Bożego. Przyszedł bowiem Jan drogą sprawiedliwości i nie uwierzyliście mu, celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy zaś widząc to, nawet później nie namyśliliście się, by mu uwierzyć.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Najpierw nieco „translatologii”. Chwalę po raz setny nasze tłumaczenie, że zamiast skądinąd przepięknego ewangelijnego „zaprawdę” mamy oryginalnie dokładny tego odpowiednik hebrajski (taki jest w greckim oryginale): „amen” (Marek też ma „amen”, tylkośmy wtedy jeszcze, od jego dzieła zaczynając, nie wpadli na ów pomysł świeży: poprawimy w nowym wydaniu).

Teraz trochę teologii z historią pomieszanej. Pomyślałem sobie mianowicie, że język Jezusa dyplomatyczny zgoła nie był. Gdyby teraz ktoś (Palikot jakowyś) zestawił w ten sposób jakąś władzę, duchowną czy świecką (Jezus powiedział to do arcykapłanów i starszych ludu, czyli władzą podwójną: narodową też ) z - przepraszam za wyrażenia - kurwami i komuchami... Ale trzeba pamiętać, że były to inne czasy i miejsca, a do tego i ludzie inni. Jezus był prorokiem, a ci - Jan także - pozwalali sobie wtedy niewąsko; taki mieli status społeczny, co z Biblii jasno wynika.

Teraz zresztą politycy zachowują się podobnie, tyle że nie w tekstach na tematy własne: tu są w krytyce nieporównanie ostrożniejsi... A duchowni? Z nimi bywa jak z księdzem Bonieckim, więc na ogół owijają w bawełnę, Dyplomacja eklezjalna kwitnie. Nie tylko zresztą w Kościele największym.

14:03, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
JEST? Tak, ale całkiem inaczej

Psalm 25,8
„Dobry jest Pan i prawy,
dlatego wskazuje drogę grzesznikom”.
Napisałem w piątek, że powrócę jeszcze do książki „Duchowość ateistyczna” André Comte-Sponville`a (Wydawnictwo „Czarna Owca”), więc niniejszym to czynię.

Od czego by tu zacząć? Chyba od tego, czy jest Bóg. Autor uważa, że nie, ja mam pogląd przeciwny, ale - jak już napisałem - da się łatwo z tym żyć, jeżeli tylko spełniony jest jeden podstawowy warunek. Żeby nie uważać wyznawcę poglądu przeciwnego za ciemniaka albo - przeciwnie - tępego myślowo bezbożnika. Oraz drugi: żeby obie strony sporu miały podobne poglądy etyczne.

Z tym drugim jest pewien problem. Strony bowiem nie są jednolite. Wśród chrześcijan bowiem, a nawet i katolików, nie ma identycznych poglądów moralnych na takie sprawy, jak antykoncepcja, aborcja czy homoseksualizm. Różnimy się chociażby w poglądach na to, jak się mają owe poglądy moralne do prawnych: czego nie wolno zakazywać w państwie neutralnym światopoglądowo. Ale i po drugiej stronie, ateistycznej, nie ma zgody. Zdanie „wszyscy jesteśmy przeciw aborcji” jest wątpliwe. Dla niektórych ludzi to po prostu „zabieg” i tyle, w każdym razie w pierwszym okresie ciąży. Są to sprawy z jednej tylko dziedziny życia, niemniej poglądy na nie dzielą bardzo ostro. Mimo wszystko nie wydaje mi się jednak, żeby różnice zdań w tych sprawach tworzyły jakiś mur intelektualno-moralny. Przy otwarciu myślowym po obu stronach można by spokojnie żyć.

Wracam do warunku pierwszego: żebyśmy nie dyskwalifikowali się intelektualnie. Comte-Sponville kwestionuje kilka filozoficznych dowodów na istnienie Boga, ale ma do tego święte prawo. Zresztą według niektórych filozofów teistycznych to nie tyle „dowody”, ile argumenty za, a ja dowód (argument!) „ontologiczny” uważałem zawsze za dużą dziwność. Ten mianowicie, iż istnienie Boga zawiera się już w Jego definicji: jeśli jest to byt doskonały, to też istnieje, bo istnienie to jedna z cech składających się na ową doskonałość. Inaczej mówiąc istnienie należy do Jego istoty, egzystencja do esencji. Oczywiście przecież jednak egzystencja to nie taka właściwość (czy raczej w ogóle nie właściwość), jak na przykład dobroć. Najdziwniejsze jest to, że - jak dowiedziałem się właśnie od Comte-Sponville`a - w innej postaci znajdujemy taką argumentację u Kartezjusza, Spinozy, Leibniza czy Hegla, nie przekonała natomiast Tomasza z Akwinu. Pewnie to jednak naukowa „normalka”: poważni filozofowie - jak na uczonych przystało - myślą samodzielnie.

Autor „Duchowości ateistycznej” kwestionuje też inne dowody, które jeszcze inny filozof przyjmuje. Takie jest życie czy raczej tacy są ludzie. Mnie najbardziej trafia do przekonania to, co napisał Leszek Kołakowski w sławnej książce „Jeśli Boga nie ma”: że na płaszczyźnie argumentacji racjonalistycznej istnienia Boga nie da się udowodnić. Nie można udowodnić własnego doświadczenia religijnego. Niemniej „nieobecność Boga, jeśli tylko konsekwentnie przy niej obstawać i wnikliwie rozpatrzyć, obraca człowieka w ruinę w tym sensie, że ograbia z sensu to wszystko, co zwykliśmy uważać za istotę człowieczeństwa: dążenie do prawdy, odróżnienie dobra i zła, roszczenie do godności i przekonanie, że tworzymy coś, co oprze się obojętnemu niszczycielstwu czasu.” Czyli - to już mój wniosek - spór jest w końcu o to, czy jest Sens.

Nie idę przy tym w moim myśleniu tak daleko, żebym był pewny, iż bez wiary w ów Sens wali się wszystko. Bez wiary w Boga, który „wskazuje drogę grzesznikom”. Powiedziałbym tylko, że wszystko staje na znacznie słabszych nogach. Także moralność. Ale i na tych słabszych podstawach można prowadzić życie bardzo życzliwe ludziom. Tu bowiem argumentacja racjonalistyczna ma najmniej do rzeczy. Decyduje coś takiego, jak moralna wrażliwość, która do innego porządku należy.

Autor „Duchowości ateistycznej” broni obszernie tezy, że takowa duchowość istnieje. Nie będę z nim polemizował. Także dlatego, że pojęcie duchowości nie wydaje mi się jasne, ale też z tej przyczyny, iż nie mam w sobie polemicznej agresji. Najważniejsze dla mnie jest, że w „uczuciu oceanicznym”, które autor opisuje, bo też sam je posiada, człowiek tak łączy się ze wszystkim, iż ginie jego „ego”. Jeśli to rozumieć jako negację „ontologiczną” personalizmu, jestem przeciw, jeśli jednak to kwestia etyczna, popieram rękami i nogami!

A na koniec myśl takowa: może spór o Sens rozstrzygnie sobie każdy człowiek po śmierci. Każdy zobaczy jego (sporu) bezprzedmiotowość: bo Tam jest „totaliter aliter”. Ani tak, ani siak.

15:39, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 11 grudnia 2011
Na rzecz godności

Ewangelia Łukasza 1,53
„Głodnych nasycił dobrami,
a bogatych z niczym odprawił.”

W moim Kościele czyta się dzisiaj (niestety nie śpiewa) jako psalm sławne „Magnificat”, hymn na cześć poniżonych. Jego autorstwo Maryjne wątpliwe, niewątpliwe natomiast jest przesłanie zgodne z całą tendencją tej ewangelii: że u Boga są bardziej ubodzy niż bogaci. Skojarzyło to mi się z ruchem społecznym, o którym napisałem już na innych moich poletkach: z ATD Czwarty Świat. Jego inicjator, syn Polaka i Hiszpanki, ks. Józef Wrzesiński (1917-1988), przejął się naprawdę losem ludzi, którzy klepią biedę w krajach Pierwszego Świata. Przy czym ATD znaczy „Agir tous pour la dignité”, czyli działajmy wszyscy na rzecz ludzkiej godności. Chodzi zatem owym obrońcom biedaków nie tyle o pomoc materialną, ile duchową: o ich godność, honor, by ich nie poniżać właśnie. Ruch jest międzywyznaniowy i już międzynarodowy, ma swoją gałąź także w Polsce, gdzie 7 proc. obywateli żyje poniżej progu ubóstwa. Można się o tych wolontariuszach dowiedzieć z ich strony internetowej www.atd.org.pl i ze świeżo wydanej książki Biblioteki „Więzi”. Jest to tłumaczenie książki współpracownicy ks. Wrzesińskiego, Belgijki Francine de la Gorce, zatytułowane ”Z podniesionym czołem”.

PS. Z jednego z komentarzy wywnioskowałem, że zostałem posądzony o przynależność do stanu duchownego. Otóż byłem stałym diakonem, ale tylko 1 kwietnia br...

09:34, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 10 grudnia 2011
Kościół, prawica, lewica

Psalm 80, 16-18
„Chroń to, co zasadziła Twoja prawica,
latorośl, którą sobie wyhodowałeś!
Ci, którzy wycięli ją i spalili,
niech zginą od grozy Twojego oblicza!
Niech Twoja ręka spocznie na stojącym po Twojej prawicy,
na synu człowieczym, którego sobie wychowałeś.”
Tłumaczenie ks. Alfreda Tschnirschnitza z przekładu ekumenicznego 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego w Polsce.

Syn człowieczy to tutaj jeszcze nie jest postać szczególna z Księgi Daniela i Ewangelii, to król jeszcze z tej ziemi. A z tą ziemią, nawet zupełnie dzisiejszą, kojarzy się nie Boska, zgoła ludzka prawica...

Myśl niemal banalna, że sympatie Kościoła katolickiego do prawicy są nazbyt serdeczne. Oczywiście tradycja lewicowa była zawsze (i raczej jej to nie przeszło) antykościelna i utrudniała wzajemność, ale prawicowa z kolei ceni Kościół z powodów dość powierzchownych. Jest on dla niej za bardzo ostoją społecznego ładu, jeśli nie po prostu ważną siłą polityczną, z którą trzeba dobrze żyć. Za dużo w tym polityki, za mało teologii. Bo przecież Kościół to Duch Święty, czyli święty ruch, co burzy wszystko, poniekąd każdy ład. Co staje w obronie biedaków, co też wreszcie nie ubóstwia narodowych interesów. Nie przypadkiem Dmowski tworzył swoją doktrynę bez oglądania się na Ewangelię. Powtarzam klasyka: „Timeo Danaos et dona ferentes”. Nie dawajmy się przekupić!

10:02, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 grudnia 2011
Gdyby... Ateizm bardzo sympatyczny

Księga Izajasza 48,18
„O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale".

Gdybym był taki... Do tego zdania warunkowego trzeba dodać, że pokój to - jak woli Poznanianka - pomyślność, „szalom", czyli wręcz szczęście, a sprawiedliwość Boża, więc i odpowiednio ludzka - jak nam tłumaczył jakiś znakomity kaznodzieja biblista u jezuitów na Rakowieckiej w Warszawie w ostatnią niedzielę w dolnym kościele o godz. 17-ej - to w istocie miłosierdzie.
Czyli szczęście w miłosierdziu, w szlachetnej paczce i innych spojrzeniach poza własny pępek. I tu zapowiedziany dalszy ciąg reklamy książki André Compte-Sponville`a o duchowości ateistycznej.

O autorze najlepiej świadczy jego powiedzenie, że jest „zasymilowanym gojem". Tak jak bywają Żydzi niewierzący, ale wręcz chodzący do synagogi, najdalsi od pogardzania swoją religijną tradycją, tak Comte-Sponville nie odrzuca chrześcijaństwa, w którym się wychował. Nie kwestionuje ogólnych zasad moralności chrześcijańskiej, nawet i specyficznie katolickiej, choć w sprawach antykoncepcji, aborcji, homoseksualizmu myśli niezbyt ortodoksyjnie, ale jak niejeden katolik.
Podoba mi się jego formuła: „Wiarę od niewiary różni tylko coś, o czym nic nie wiemy. To nie umniejsza naszych sporów, lecz relatywizuje ich zasięg. Byłoby szaleństwem przypisywanie większej wagi temu, czego nie znamy, co nas dzieli, niż temu, co bardzo dobrze znamy, doświadczeniu, sercu, i co nas zbliża, czyli co stanowi o wartości ludzkiego życia, co nie jest wiarą ani nadzieją, lecz kwantum miłości, współczucia i sprawiedliwości, do których jesteśmy zdolni!". Ważne tu są inne zdania autora, które odróżniają wiedzę, czyli poznanie empiryczne, od wiary, czyli przekonań filozoficznych. O czym może jutro, pojutrze...

12:17, jan.turnau
Link Komentarze (40) »
czwartek, 08 grudnia 2011
Od zawsze w Nim

Ewangelia Łukasza 1,35
„Duch Święty zstąpi na ciebie i moc Najwyższego okryje cię niczym obłok."
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Można też tłumaczyć „osłoni Cię", „ocieni cię" albo właśnie „zakryje cię jak obłok", a ów element nieboskłonu występuje dlatego, że w teologii Pierwszego Przymierza Obecność Boża (Szekina) przedstawiana jest w obrazie obłoku. Słowa Zwiastowania cytuję zaś dzisiaj, bo w moim Kościele mamy dziś uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Otóż pomyślałem sobie, że można by twierdzić, iż Bóg był obecny wokół niej w sposób szczególny nie dopiero od tamtego wydarzenia w Nazarecie, ale właśnie od samego jej zaistnienia. Zawsze była święta szczególnie.

W książce, która ukaże się za tydzień w Wydawnictwie „Agora", ująłem tę wiarę katolików (a trochę i prawosławnych, choć oni nie mnożą dogmatów) tak oto.

Jest to święto Maryjne bardzo mylące. Niepokalane Poczęcie matki Jezusa - wbrew mniemaniu licznych laików - to całkiem co innego niż dziewicze poczęcie przez nią Jezusa. To jej całkiem wyjątkowa świętość. Inni ludzie mają w genach jakąś złość zwaną grzechem pierworodnym, nieodpartą skłonność do brzydkich czynów, ona - wierzą katolicy - była właśnie w tym sensie niepokalana. Co nie znaczy, że nie miała pokus. Miał je przecież jej Syn, Bóg-człowiek. Ale umiała je zawsze odpierać. Jest hipoteza teologiczna, raczej na chrześcijańskim Wschodzie niż Zachodzie, że równie święty był Jan Chrzciciel. Ale zdogmatyzował to Kościół katolicki tylko wobec Maryi, po wielowiekowych dyskusjach dopiero w 1854 r.

Oto zatem w dialogu Boga z ludzkością zdarzyło się, że przyszedł na świat ktoś bardzo, bardzo dobry, wręcz pozbawiony pychy, egoizmu i innych podłości. Człowiek ten był kobietą. Miała ona Syna. W Nim dialog Boga z ludzkością osiągnął swój szczyt: Bóstwo połączyło się z człowieczeństwem w jednej osobie. Fakt ten ma znaczenie absolutne, nieporównywalne z żadnym innym wydarzeniem duchowym. Niemniej był jakoś przygotowany przez całą uprzednią historię ludzkości, przez dzieje całego Izraela, a przede wszystkim przez przyjście na świat Marii z Nazaretu, człowieka takiego jak my, ale lepszego od nas wszystkich.

13:49, jan.turnau
Link Komentarze (65) »
środa, 07 grudnia 2011
Święta krzepa. Duchowość ateistyczna

Ewangelia Mateusza 11, 28-30
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie".

Można wątpić, że Bóg jest, ale dżentelmeni nie spierają się o fakty, a bywają ludzie silni duchowo nadzwyczajnie. I siły te daje im wiara. Według tych, co wierzą, że Bóg jest, jest to wiara religijna, według ateistów siła ta wynika z innych, „naturalnych" źródeł. Przy czym dla wierzących religijnie każda siła ducha jest w istocie siłą Ducha, choćby ateista jej tak nie nazywał. Nie chodzi mi tu jednak o nomenklaturę: chcę tu wypowiedzieć coś równie oczywistego, jak niepojętego dla zwykłych śmiertelników. Że bywają ludzie, którzy jak Ojciec Kolbe śpiewają nawet w bunkrze głodowym. Dla których brzemię życia jest zawsze lekkie.

PS. Jestem właśnie po lekturze książki André Comte-Sponville`a „Duchowość ateistyczna (Wydawnictwo „Czarna Owca", Warszawa 2011). Rzecz świetnie napisana, takoż przetłumaczona przez Elżbietę Aduszkiewicz, ze wstępem Adama Aduszkiewicza. Czytałem bez cienia zgorszenia (zresztą przychodzi mi ono na ogół ze sporym trudem), z pewnym chwilami trudem myślowym, bom w filozofii laik, z wielkim uznaniem dla autora, który religię odrzuca, lecz czyni to z kulturą niebywałą. Wrócę jeszcze do tej publikacji.

13:17, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
Archiwum