Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 31 grudnia 2010
Świat nie szatan. Kościół bardziej świecki, mniej światowy

Wpis na czwartek 30 grudnia 2010
1 List Jana 2,15-16
„Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia, nie pochodzi od Ojca, lecz od świata.”

Świat…Przedmiot nieustannego wybrzydzania naszych kaznodziejów.

Rozumiem, dlaczego pierwsi chrześcijanie bliscy byli jego demonizacji. W końcu był to już raczej schyłkowy świat pogański, w końcu byli oni jeszcze często Żydami, nastroszonymi z zasady wobec wszystkiego, co nieżydowskie. W końcu wreszcie byli neofitami, ludźmi ogarniętymi zapałem duchowym, wynikłym z niesłychanej nowości Zmartwychwstania i Powtórnego Przyjścia.

Dziś sytuacja duchowa postchrześcijańskiego świata jest całkiem inna, dwa tysiące lat zrobiło swoje. Używa się wobec tego, co Kościół (Kościoły) otacza dzisiaj w Europie i Ameryce, określenie „pogaństwo”, ale nieprecyzyjnie. Choćby dlatego, że starożytni poganie kręgu śródziemnomorskiego byli politeistami, a dzisiejsi postchrześcijanie są ateistami czy raczej agnostykami. Ich bogiem bywa pieniądz czy seks, ale to bałwochwalstwo jednak całkiem inne. Co więcej, przyznaje to Benedykt XVI w swojej nowej książce „Światłość świata” (polski przekład opublikuje Znak w połowie stycznia), świat laicki uznaje wiele ważnych wartości, pochodzących zresztą z chrześcijaństwa, więc nie ma co tak ciągle wybrzydzać. Ba, niektóre z tych chrześcijańskich genetycznie wartości, świat laicki wypromował wcześniej i mocniej niż Kościoły, ot, choćby wartość życia zagrożonego przez karę śmierci. I wreszcie gdzież ta olbrzymia różnica moralna między dzisiejszym światem a Kościołami? Jeżeli już, to co do zasad i to też tylko niektórych, głównie w dziedzinie związanej z seksem. Praktyka, również w tej dziedzinie, bywa w Kościołach ponura: „pożądliwość ciała” potwornie zboczona. „Pycha tego życia”, czyli karierowiczostwo eklezjalne, kwitnie. „Pożądliwość oczu”: żeby tak księża więcej czytali, mniej gapili się w telewizję…Owszem, świeccy katolicy takoż - bo my przecież też jesteśmy Kościołem, a jakże! My też mamy być światłością świata.

Nie wiem, czy wpiszę się tu jutro, pojutrze, bo zanosi mi się na grypę, więc już dziś życzę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom wiele pomocy Bożej i ludzkiej w nowym roku!

PS. Jeszcze taka myśl. Kościoły powinny być bardziej świeckie w swej obyczajowości: mniej dziwnych strojów duchownych prawosławnych i katolickich, ale to jeszcze ujdzie, gorsze są te pokłony i całusy w rękę. Niech będą natomiast mniej światowe, mniej podobne do świata w swej moralności.

01:40, jan.turnau
Link Komentarze (57) »
środa, 29 grudnia 2010
Komu i czemu sprzeciwiać się trzeba?

Ewangelia Łukasza 2,34
„Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą.”
Słowa proroka Symeona do matki Jezusa, którego przyniosła wraz z Józefem do Świątyni „aby Go przedstawić Panu”.

Jezus z Nazaretu był według religii chrześcijańskiej największym z proroków, ale prorokiem właśnie. Przepowiadał przyszłość, jednak to w misji profetycznej nie najważniejsze: przede wszystkim był On właśnie znakiem sprzeciwu, kontestował „establishement”, zastałe struktury i schematy myślowe. Burzył je, burzę oczyszczającą wywołał. Religia starożytnych Żydów została przez Jezusa w tym sensie gruntownie zburzona. Doszło do tego jeszcze zburzenie Jerozolimy ze Świątynią na czele, co z innej przyczyny zrewolucjonizowało religię skupioną wokół jej Przybytku, miejsce ofiar ze zwierząt, tradycyjnego sposobu czci Boga. Nie twierdzę oczywiście, że powstała w ten sposób nowa religia, zaistniała jednak nowa forma wiary Izraela, znacznie bardziej intelektualna, gdzie Świątynię zastępują synagogi, kapłanów rabini. Powstała obok nowej formy, o wiele radykalniej reformującej starą, będącej już nową religią - obok chrystianizmu.
Kto upadł, kto powstał? Przed ekumeniczną rewolucją Vaticanum Secundum oczywiste było w moim Kościele, że upadli ci, co nie uwierzyli w Jezusa, powstali ci, co za Nim idą. Dziś to już nie takie proste. Myślę, że można na pewno mówić o upadku moralnym tych, co zjednoczyli się z okupantem rzymskim, by pozbyć się kontestatora, ale oczywiście nie był to cały ówczesny Izrael: jego część stała się przecież Kościołem pierwotnym, a za śmierć Jezusa odpowiada tylko część jego elit.

Kto dzisiaj jest znakiem wywołującym antychrześcijański sprzeciw? Najpierw trzeba zaznaczyć, że nie każdy sprzeciw wobec władzy kościelnej jest antychrześcijański. Nieraz mało chrześcijański jest właśnie sprzeciw wobec krytyki kościelnej instytucji. Niezbyt chrześcijańskie są niektóre dzisiejsze sprzeciwy wobec tej krytyki, na przykład mało pokorne, wykrętne tłumaczenia się z własnych win molestowania seksualnego i innych strasznych grzechów wobec nieletnich. Różne episkopaty i władze zakonne reagują różnie. Nie uogólniam bynajmniej, doceniam również pokorę Benedykta XVI, niestety polskie władze chowają raczej głowy w piasek, udając, że nad Wisłą wszystko jest święcie. To o sprzeciwie wobec Kościoła (Kościołów). Teraz o sprzeciwie kościelnym. Sprzeciwiano się dawniej rzeczom, które dziś wydają się wszystkim w Kościele (Kościołach) oczywiste. Przykładów wiele. Niedawno w Watykanie ujawniono, że gdy w XIX wieku likwidowano Państwo Kościelne, zaproponowano Piusowi IX wykrojenie Państwa Watykańskiego trochę nawet większego niż to obecne - i papież odmówił. Mówiąc inaczej, Kościół rzymskokatolicki (jak i całe chrześcijaństwo zresztą) sprzeciwia się nie zawsze, komu i czemu trzeba. Nie sprzeciwia się też z kolei komu i czemu trzeba albo raczej sprzeciwia się z większym lub mniejszym opóźnieniem. Przykłady liczne, powtarzane po wielokroć.

Być znakiem chrześcijańskiego sprzeciwu w sensie tak biernym, jak i czynnym to znaczy naśladować Jezusa z Nazaretu. Mnie ta formuła wystarczy.

Lektury. Ja też się spóźniam, z poglądami, a jakże, ale też z lekturami. Dopiero teraz przeczytałem na przykład w listopadowym „Znaku” esej ks. Tomasza Halika „Chrześcijaństwo na dziedzińcu pogan”. Czeski prorok rozwija tam swoją dawną już tezę, którą teraz przedstawia tak: „Dialog (...) jest czymś dużo większym niż teoretyczna wzajemna wymiana poglądów. Jest to (....) okazja, aby swój ugruntowany pogląd na drugiego zmienić, aby nie tyle obciążoną przeważnie a priori opinię z mnóstwem różnych przesądów wymienić na inny pogląd, ile raczej pozwolić sobie na uczestniczenie w sposobie myślenia i doświadczenia drugiego, a także mieć (choć przez chwilę) możliwość wyjątkowego spojrzenia na siebie oczyma tego drugiego”. Pięknie powiedziane, do rozważań o sprzeciwie pasuje. A o księdzu Haliku piszę też właśnie do wrocławskiego miesięcznika „Odra”.

18:51, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Dzień Dziecka Męczennika

Ewangelia Mateusza 2,16
„Wtedy to Herod, widząc, że go mędrcy zwiedli, rozgniewał się wielce i posławszy [żołnierzy], zgładził wszystkich chłopców dwuletnich i młodszych w Betlejem i w całej okolicy, odpowiednio do czasu, o którym dowiedział się od mędrców.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Lubię problemiki przekładowe, więc sygnalizuję taki oto. Greka ma czasownik (bezokolicznik) ”apostollein”, który znaczy posłać „w ogóle”. Termin ten pada w tekście ewangelijnym, który został wybrany na dzisiaj, bo mamy dziś w Kościele rzymskokatolickim i w Cerkwi święto świętych Młodzianków. Otóż tłumacze mają problem, czy dodawać, kogo Herod posłał, a jeżeli, to kogo. Wulgata, za nią Wujek, nie dodaje, Tysiąclatka dodaje „oprawców”, Poznanianka „siepaczy”. My zdecydowaliśmy się na bezepitetowych „żołnierzy”, kiedyśmy tę ewangelię tłumaczyli, teraz pewnie obeszlibyśmy się bez podobnego dodatku (co się nazywa w gramatyce dopełnieniem), jak postąpiliśmy niedawno tłumacząc któryś list Pawłowy. Tyle sprawy „translacyjnej”.

Historyczność owego ludobójstwa jest tej samej natury, co samej wizyty magów. Mam kalendarz prawosławny, w którym podana jest nawet liczba młodych męczenników: 14 tysięcy, oczywiście przesadzona, bo według „Encyklopedii biblijnej” nawet Betlejem dzisiejsze ma w sumie mieszkańców tylko około 15 tysięcy. Prawosławni są bardzo przywiązani do tradycji także tego rodzaju, przechowują domniemane relikwie owych chłopaczków.

Samo święto jest bardzo stare, kult młodzianków betlejemskich sięga II wieku. „Agenda liturgiczna Maryi Niepokalanej” podaje też, że „niegdyś w tym dniu istniał zwyczaj obdarowywania dzieci podarkami i sprawiania im różnych radości”. Wydaje się, że jednak bardziej pasuje tu święty Mikołaj, a dzień dzisiejszy winien być traktowany jako czas myśli o milionach dzieci mordowanych, męczonych, deprawowanych.

00:35, jan.turnau
Link Komentarze (69) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Jan już drugi, ale pierwszy

Ewangelia Jana 20, 2-8

Dziś dzień Jana niechrzciciela. Barwna opowieść ewangelijna o biegu dwóch apostołów. Było mianowicie tak: Maria Magdalena zawiadomiła Szymona Piotra „i drugiego ucznia, którego Jezus kochał”, że „zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Było to, zanim Go zobaczyła myśląc, że to ogrodnik, zanim powiedział jej słowa tajemnicze, dające się tłumaczyć różnie i jeszcze różniej rozumieć, które przełożyliśmy tak: „Nie dotykaj mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca” (Tysiąclatka i Poznanianka mają „Nie zatrzymuj”).

Zanim zatem Opatrzność namalowała tamtą scenę, żeby bibliści mieli problem, Maria z Magdali poderwała do biegu dwóch uczniów. Trudno mi tu nie wybrzydzić znów na uczonych w Piśmie, co stają na głowie, by w niej choć trochę zamącić: dlaczego ów bohater ewangelii Jana nazywany zawsze bezimiennie (uczniem umiłowanym, drugim czy innym uczniem) ma nie być samym autorem dzieła, który wolał schować się trochę?

Tak czy inaczej ów uczeń tajemniczy wyprzedza Piotra, a jakże, jego więź z Mistrzem zmusza go do galopu - ale spogląda do grobu i nie wchodzi. Wejdzie dopiero, gdy ośmieli go potężniejszy charakterem Szymon. Ale tylko o drugim uczniu powie Ewangelia, że „ujrzał i uwierzył”, acz nie ma żadnych twardych dowodów, iż Kefas przejrzał po nim. Chociaż... Ewangelia przypisywana Janowi ma dalej scenę „chrystofanijną” nad jeziorem Genezaret, w której wyraźnie powiedziano, ż Jan wcześniej rozpoznał Jezusa niż przywódca Jego sztabu (21,7). Szczególna bliskość duchowa działała poznawczo.

Dygresja historiozoficzna: gdyby ewangeliści wiedzieli, że to, co piszą, będzie brane pod mędrców szkiełka i oczy, pisaliby chyba inaczej, w każdym razie z dużo większym niepokojem, co sobie późni czytelnicy pomyślą. Ale nie posiadali takich zdolności przewidywania, nie martwili się, że jeden napisał trochę inaczej niż drugi (bo też i łączność między nimi raczej szwankowała). Nie przychodziło im do głowy, że ktoś może z powodu tych różnic stracić czy nadwątlić wiarę w ich wspólne podstawowe przesłanie.

Pisząc o Janie niechrzcicielu zajrzałem oczywiście do „odnośnego” hasła o tym człowieku w „Encyklopedii biblijnej”, ale też do obszernej informacji o jego towarzyszu tamtego biegu. Wyczytałem tezę, że rola Piotra w ewangelii przypisywanej Janowi jawi się jako pośledniejsza niż u synoptyków. Jako pierwszy powołany ukazuje się nie sam Kefas, tylko jego brat Andrzej. O żadnym wielki Piotrowym uznaniu Jezusa za Mesjasza, które zgodnie ogłoszą synoptycy, nie ma w tej Ewangelii mowy. Szczególna rola Szymona Piotra zostaje podkreślona dopiero w (kanonicznym) dodatku do tego dzieła, jakim jest rozdział 21.

Co z tego wynika? Encyklopedia, którą tu chętnie cytuję, powiada, że „wskazuje to na konflikt między koncepcjami przewodnictwa w tej szczególnej wspólnocie, który jest wyrazem przeciwstawiania autorytetu apostolskiego autorytetowi charyzmatycznemu. Piotr jako przedstawiciel pierwszego typu zostaje usunięty w cień przez natchnionych i odważnych przywódców, którzy pojawili się w drugim albo trzecim pokoleniu uczniów.” Chętnie to kompendium cytuję, ale przecież nie czytam go jak Biblii (boć i ona nie jest nieomylna w każdym calu i detalu). Może tak było, może nie. W każdym razie bezsporne jest to, co jest w tekście tej Ewangelii i czego nie ma.

Tej Ewangelii istotnie Janowej? Tu z kolei jedno jest pewne: nie było tak, że jest to dzieło napisane przez Jana w tym sensie, w którym ja piszę ten wpis. Powstawaniu dzieła poświęciła niewielką książkę biblistka wybitna, świętej pamięci Stanisława Grabska. Rzecz zwie się „Jan III. Teologia tekstów Redaktora Kościelnego Ewangelii według św. Jana” (Tyniec. Wydawnictwo Benedyktynów. Kraków 2002). Jest tam pokazana współczesna egzegeza, jej warsztat, a wnioski dotyczące czwartej ewangelii są takie, że Jan niechrzciciel był, owszem, osobą, wokół której gromadziła się wspólnota składająca się z Samarytan i zhellenizowanych Żydów, ale oczywiście nie on sam siedział i pisał. Tym bardziej wątpliwe jest jego autorstwo Apokalipsy i trzech listów.

A on sam jaki był? Za młodu kochający Mistrza uczuciem może trochę synowskim (inni wolą podejrzewać gejostwo), ale ambitny ponad miarę. Myślę o jego wespół z bratem Jakubem prośbie o specjalne miejsca dla nich w królestwie mesjańskim. Może, co prawda, inicjatywa była to raczej starszego brata albo - jak powiada inny synoptyk - ich nadopiekuńczej matki. Porywczy był też, jeśli również z bratem Jakubem proponował Jezusowi spuszczenie gromu na niegościnnych Samarytan. Czy na starość złagodniał? Czy piękne zdania o miłości bliźniego z 1 Listu mu przypisywanego są jednak jego własne, poświadczone, co więcej, własnym moralnym przykładem? Myślę, że tak: zmartwychwstanie Jezusa musiało być dla wszystkich Jego uczniów wstrząsem także moralnym.

Zatytułowałem ten wpis „Jan już drugi, ale pierwszy”, bo przyszedł niewątpliwie po Chrzcicielu, którego był uczniem, zarazem jednak był pierwszym Janem w epoce Przymierza Nowego.

16:17, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 grudnia 2010
Ewangelijni Emigranci

Ewangelia Mateusza 2,14
„Józef wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego matkę i udał się do Egiptu".
Liturgicznie dziś nie dzień św. Szczepana, jak zawsze w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, ale uroczystość Świętej Rodziny, która wypada obowiązkowo w niedzielę między Świętami a Nowym Rokiem i w tym roku ”eksmituje” tamtego męczennika.
Opowieść Mateuszowej ewangelii o dzieciństwie Jezusa zawiera ucieczkę do Egiptu. Jeśli to fakt historyczny, nie tylko ewangelijny, to Święta Rodzina jest zbiorowo szczególnym patronem emigrantów. I wspominam ciekawą powieść ks. Mieczysława Malińskiego, w której autor sugeruje wpływ na Maryję owego obcego otoczenia. Byłaby to szkoła otwarcia na inność, która przydała się może też jakoś Człowiekowi, co zburzył wszelkie mury.

12:09, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
sobota, 25 grudnia 2010
Dziecię Jezus i dzieci niczyje

Ewangelia Łukasza 2,7
„Owinęła go w pieluszki i położyła w żłobie,
gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie"
.

Słowa z tekstu przeznaczonego na świąteczną mszę w nocy. Jest to tak zwana pasterka, druga już msza dzisiaj (pierwsza była wigilijna, wieczorem). Niemożliwość zamieszkania w lepszym pomieszczeniu nie oznacza koniecznie ubóstwa, niemniej z ewangelii Łukasza wynika wyraźnie, że Jezus urodził się w wielkiej biedzie.
Potem jeszcze była ucieczka do Egiptu. Choć później miał dzieciństwo, młodość i większość dorosłości raczej chyba niedramatyczne, przypomniała mi się książka o dzieciństwie makabrycznym.

Wydawnictwo Księży Marianów „PROMIC" dostarczyło nam niedawno polski przekład książki Michaela Seeda „Dziecko niczyje". Na czwartej stronie okładki czytam, że autor ”z dzieciństwa pamięta tylko przemoc, molestowanie seksualne, samobójstwo przybranej matki i znęcanie się nad nim w szkole. A jednak kiedy podczas zabawy z kolegami wpadł do przerębli i nękany myślami samobójczymi czuł pokusę, by przestać walczyć o życie, nie poddał się. Historię tego człowieka zna dziś cała Wielka Brytania, bo 53-letni franciszkanin jest jedną z najsłynniejszych postaci Kościoła katolickiego na Wyspach, przyjacielem koronowanych głów i spowiednikiem Tony`ego Blaira. Zresztą to on bezpośrednio przyczynił się do przejścia premiera na katolicyzm.”
Bywa i tak, ale ile razy bez takiego ”happy endu”.
Jezu urodzony w żłobie, zmiłuj się nad wszystkimi dziećmi cierpiącymi ponad swoje siły.

PS. Sprostowanie błędu wczorajszego: Zachariasz był w stanie niemoty, nie niemowy. Przepraszam.

10:31, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 24 grudnia 2010
Słońce nasze poranne

Ewangelia Łukasza 1,76-79
„Ty zaś, chłopcze, zostaniesz nazwany
prorokiem Najwyższego,
będziesz bowiem szedł przed Panem,
przygotowując drogi Jego
przez odpuszczenie grzechów
dzięki głębinom miłosierdzia Boga naszego,
w których nawiedzi nas światłość poranna z wysokości,
by zajaśnieć tym, którzy są w ciemności
i siedzą w cieniu śmierci,
aby nawrócić stopy nasze na drogę pokoju"
.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Fragment hymnu radości kapłana Zachariasza. Chłopiec to mój patron Jan Chrzciciel, a światłość poranna z wysokości to Jezus. Tłumaczenia są różne: dosłowne (w przekładzie ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego) to „wschód z wysokości", Tysiąclatka ma „z wysoka Wschodzące Słońce", Poznanianka i Paulistka również, protestancka Warszawianka - ”światłość z wysokości”.
Tak czy inaczej Jezus jest dla nas Słońcem: rozświetlającym mrok niedoli na planecie Ziemia. Oczywiście mamy tu terminologię astronomiczną pochodzącą z religii wschodnich. Swoisty dialog międzyreligijny, czyli wpływ wzajemny, był już wówczas.

Teraz coś o przekładach Biblii w ogóle. W dokumencie Benedykta XVI napisanym po Synodzie Biskupów na temat Biblii, zatytułowanym „Verbum Domini", papież cytując swego poprzednika chwali wspólne, wielowyznaniowe przekłady Pisma. Poczuliśmy się docenieni.

PS. Zapomniałem wyjaśnić zaraz na początku, że ten fragmencik Ewangelii jest przeznaczony na dzisiaj, ale na mszę „normalną", przedpołudniową, nie tę wieczorną, wigilijną, która należy już liturgicznie do 25 grudnia.

09:17, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 23 grudnia 2010
Janów różnych milion

Ewangelia Łukasza 1,63
„On zażądał tabliczki i napisał: »Jan mu będzie na imię«”.

Zachariasz napisał, nie powiedział, bo jeszcze był ukarany niemową (co jest osobnym problemem egzegetycznym: przecież zareagował prawie tak, jak Miriam). Teraz trochę rozmyślań wokół tego imienia. Otóż nie było go w rodzinie Elżbiety ani też pewnie w Zachariaszowej (albo chodziło Elżbiecie raczej o jego rodzinę, która stała się jej własną), ale był przecież na przykład Jan, syn Zebedeusza, ewangelista i apostoł, albo ojciec Szymona Piotra, zwany Janem lub Joną, czyli Jonaszem (tak, Jonasz to swoisty skrót od imienia Jehonan lub Jehohanan). Ewangelista miał na imię Jan Marek itd., itp. Ale był też tego imienia członek rodziny arcykapłańskiej Jan (Dz 4,6).

A potem było Janów milion. Imię znaczy po hebrajsku „Bóg (Jahwe) jest łaskawy”, co się potem sprawdzało różnie. Byli święci i łajdacy, papieże i antypapieże z tych dwóch kategorii, szczęściarze i nieszczęśnicy, jeden zamordowany wręcz na rozkaz samego soboru: Jan Hus, dziś przez mój Kościół z wolna rehabilitowany.

00:42, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
Ewangelii Łukasza teologia wyzwolenia. Czy Kościół jest katolikowi do wiary potrzebny?

Wpis na środę 22 grudnia 2010

Ewangelia Łukasza 1,46-56

Magnificat: pieśń o tym, że potęgi polityczne stoją na glinianych nogach, finansowe takoż. A to wszystko jako komentarz do wybrania na matkę Mesjasza skromniutkiej dziewczyny z równie skromnego Nazaretu w pogardzonej przez Judejczyków Galilei.

Czytelniczka miła przypomina jednak, że starotestamentalna pieśń Anny, matki proroka Samuela (1 Sm 2,1-10), jest bardzo do tego tekstu podobna. Oczywiście podobna jest, tylko co z tego? W ogóle to można by odpowiedzieć, że Miriam (po aramejsku „Mariam”) z Nazaretu znała Pismo Święte i wyśpiewała tekst bardzo podobny świadomie, bo tylko wariat rzekłby, że to plagiat. Skądinąd jednak żaden biblista dzisiejszy nie twierdzi, że ktoś biegał za Maryją z magnetofonem... Inaczej mówiąc, ewangelie nie są reportażami historycznymi, nie każdy detal jest tam faktem historycznym. Niewątpliwie natomiast Ewangelia Łukaszowa jest wyjątkowo, jeszcze bardziej niż inne, wyczulona na krzywdę ubogich i kantyk przypisany matce Jezusa jest być może ukoronowaniem tej teologicznej tendencji. Pewnie jednak owym uwieńczeniem jest jeszcze bardziej opis Jego narodzin: w wielkiej biedzie, z hołdem złożonym nie przez potężnych mędrców z jeszcze potężniejszego Wschodu, jak u Mateusza, ale jakichś tam pogardzanych przez Żydów pastuchów.

Inny miły Czytelnik zdziwił się z kolei moich stwierdzeniem, że do wiary potrzebny jest Kościół. Oczywiście nie jest potrzebny do wiary w ogóle, są przecież miliardy ludzi wierzących nie po katolicku. Niemniej omawiając raport o stanie Kościoła katolickiego w Polsce traktowałem wypowiedzi ankietowanych jako „przymierzających się” myślowo do instytucji i wspólnoty, w której, przynajmniej formalnie, się znajdują. Otóż stwierdzenia o owej niepotrzebności wzbudziły we mnie podejrzenia, że ich autorzy nie potrzebują Kościoła katolickiego, jako „środowiska wiary”. Czemu się zresztą nie dziwię: Opatrzność sprawiła, że mam oparcie w wielu wspaniałych księżach i niektórych biskupach, że przeczytałem wiele tekstów wspaniałych teologów. Gdyby nie to, może Kościół katolicki w Polsce byłby mi w wierze katolickiej raczej przeszkodą niż pomocą.

00:41, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 21 grudnia 2010
Biegnie do nas po górach

Pieśń nad pieśniami 2,8
„Głos mego ukochanego! Oto on! Przychodzi! Biegnie po górach, skacze wysoko ponad pagórkami.”
Tłumaczenie ks. Krzysztofa Bardskiego z Kościoła rzymskokatolickiego, zamieszczone w Przekładzie Ekumenicznym 11 Kościołów.

Ta księga to według biblistów pieśni miłosne, interpretowane jednak przez tradycję żydowską, potem też chrześcijańską, jako w głębszym sensie również literatura religijna. „Ukochany” to zatem również Bóg, dla chrześcijan Jezus Chrystus. Na pewno biegnie do nas w liturgicznej Komunii, ale i w każdym bliźnim, którego spotykamy każdego dnia. Czy rozpoznajemy w nim Mesjasza?

21:19, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Gdyby Jezus nie był Bogiem... Ojciec Rydzyk nie jest Ojcem Świętym. Raport o stanie Kościoła

Ewangelia Łukasza 1,31
„On będzie wielki i otrzyma imię: Syn Najwyższego. (...) Święte, które się narodzi, otrzyma imię: Syn Boga.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Nasze pomysły nie zawsze wydają mi się najlepsze: jest nas czterech, czasem bywam przegłosowany, kiedy indziej to, co mi się dawniej podobało, przestaje teraz zadowalać. Ale „hic et nunc” uważam, że nasza wersja dzisiejsza lepsza jest niż Tysiąclatki, która przetłumaczyła: „...i będzie nazwany Synem Najwyższego (...) będzie nazwane Synem Boga”. Otóż ktoś mógłby uznać takie wyrażenia za potwierdzenie poglądu, że boskość Jezusa to nawet w przypadku ewangelisty jedynie cytowana przezeń opinia, nie to, co on uważa za fakt. Co jednak oczywiście dowodziłoby lingwistycznej ignorancji: imię nie jest w języku biblijnym konwencją, ale wyrazem rzeczywistości. Nadanie imienia stwierdza fakt, nie tylko przydziela określenie potrzebne dla celów praktycznych.
Syn Boży. Owszem, Bóg, jak Go nazywa już najwyraźniej ostatnia z czterech ewangelii, ale Bóg w Trójcy Jedyny, a tu na ziemi druga z Bożych Osób.

Gdyby Jezus z Narazetu nie był Bogiem, cała Ewangelia byłaby niewiele warta. Nie byłaby to już kolędowa „wesoła nowina”, przesłanie nadziei, żeśmy nieśmiertelni, co więcej, że nasze życie pośmiertne może być nieskończenie lepsze niż to „na łez padole”. Cały sens Ewangelii jest bowiem taki, że zajął się ludzkością nie zwykły słaby człowiek, tylko ktoś nieskończenie potężny, kto połączył człowieczeństwo z Bóstwem. Gałczyński napisał dla swego teatrzyku „Zielona Gęś” tekścik z tezą, że Ewa sama skonsumowała jabłko, nie dała Adamowi, i że wobec tego „cała Biblia na nic”. Otóż dla chrześcijan na nic byłaby także, gdyby nie miała tej ewangelijnej puenty.
A Pismo Święte jest pluralistyczne. Między poszczególnymi księgami są różnice i nie jest to bynajmniej powód do rozpaczy. Gdyby podziały się gdzieś podziały, wcale nie byłoby lepiej. I tu trochę o tym, co dzisiaj w ojczyźnie naszej.

List ojca Ludwika Wiśniewskiego ujawnił ostry podział w polskim Kościele katolickim. Szeptało się, potem mówiło o tym prywatnie, z czasem zaczęli mówić publicznie nawet niektórzy biskupi. Bo też to w istocie nic wstydliwego, Kościół był podzielony od początku swej historii. Gdy różnorodność była zwalczana, kończyło się to fatalnie. Gatunek ludzki cechuje przecież w ogóle ogromna różnorodność osobników. Prawda nie rodzi się w zimnej wodzie, wypala się w tyglu z przeciwnych racji.
Podzielony Kościół nie może jednak dzielić społeczeństwa, którego jest duchowym doradcą. Kościół partyjny to „contradictio in adiecto”, sprzeczność między rzeczownikiem a przymiotnikiem. Sprzeczność tę widać niestety właśnie w mediach ojca Rydzyka, które ciągle popierają jedną partię, choć nie wciąż tę samą.
To jednak byłoby jeszcze pół biedy: obawiam się, że taka postawa pseudokościelna podoba się licznym polskim biskupom, a wyrazem ich poglądów jest artykuł przewodniczącego Episkopatu Józefa Michalika w piątkowym „Naszym Dzienniku”, broniący ojca Rydzyka tak gorliwie, jakby był niemal Ojcem Świętym.
Powtarzam: podzielony Episkopat to rzecz normalna, zdarza się w różnych krajach. Nienormalne, niemoralne wręcz jest dzielenie przez Kościół powierzonego mu przez Boga świata.

I jeszcze taki mój tekst niebiblistyczny (zamieściłem go w wyborcza.pl - ale nie każdy to czyta).
Dziennik „Rzeczpospolita" wraz z Katolicką Agencją Informacyjną i przy współpracy Laboratorium „Więzi" opracowały raport o Kościele katolickim w Polsce, który też „Rz" dołączyła do swego numeru z 9 grudnia. Dobrze, że taki materiał powstał. Wydaje mi się, że ta potężna instytucja i wspólnota kościelna nie jest przedmiotem dostatecznego zainteresowania społecznego. Media wolą na ogół inne tematy, pyskówki polityków lepiej się sprzedają, a sami wierni też nie pasjonują się sprawami kościelnymi, przecież ich własnymi. Każda zatem poważna publikacja zasługuje na uznanie.
Dzieło redakcyjne zyskuje zresztą przy bliższym poznaniu. Od frontu jest walczące. Redaktor Marek Magierowski w tekście wstępnym nie prezentuje całości dodatku, wykłada natomiast swoje animozje. Napisał, że Kościół polski, ostoja wolności przez tak liczne lata, „ma przeciwko sobie większość mediów, które wykorzystują każdą sposobność, by weń uderzyć". O ile wiem, „prawdziwa cnota krytyk się nie boi", a zresztą sam raport „Rz" wcale ich nie szczędzi.
W jego wnętrzu znalazłem najpierw sporo informacji. Są przede wszystkim wyniki badań socjoreligijnych, przeprowadzonych między 2 a 6 grudnia na zlecenie „Rz" i przy współpracy Laboratorium „Więzi", przez pracownię GfK Polonia.

Sondaży podobnych nigdy dosyć, jest tylko kwestia ich naukowej poprawności. Brak mi kompetencji, by ją oceniać, zapytam tylko, czy komentarze redakcyjne nie są zbyt optymistyczne. To, że wyniki badań nie potwierdzą wiecowych haseł Palikota, można było przewidzieć, byłbym natomiast ostrożny w przesądzaniu, czy rzeczywiście spadek zaufania do Kościoła, widoczny w badaniu CBOS we wrześniu, okazał się tylko chwilowy. Wtedy było 54 proc., teraz jest więcej, ale i pytania były inne. Zapytano mianowicie o zaufanie do poszczególnych osób. To, że papieżowi ufa 83 proc., to w ogóle inna sprawa, bo jednak watykańska, nie polska. A że swemu biskupowi ufa 71 proc. Polaków katolików, to bardzo dobrze, ale czy nie trzeba wnieść tu poprawki ze względu na ogólną ignorancję? Prymasowi Polski okazuje bowiem zaufanie aż 73 proc., tyle że respondenci nie wiedzą, komu personalnie, bo osoba urzędującego prymasa jest im na ogół nieznana (tylko 15 proc. wie, że jest nim arcybiskup Kowalczyk). Częste ostatnio zmiany na tym stanowisku nie wszystko tłumaczą, widać tu niestety ów brak żywszych zainteresowań własnym Kościołem, a może i życzliwe rozumowanie: nie wiem, kto zacz, to i go nie dyskwalifikuję. Ale nie odrzucam interpretacji Ewy K. Czaczkowskiej, że ogólne zaufanie do urzędów kościelnych jednak jest spore: nie chcę siać defetyzmu.

Widać poza tym średnie zaufanie do Kościoła w wyznaniu większości badanych, że Kościół nie jest potrzebny, aby być człowiekiem wierzącym. Pewnie, że można wierzyć w Boga nie oglądając się na tę instytucję, ale u katolika jest to pogląd dziwny, nie wiem, czy dający się wytłumaczyć tylko tolerancją. Jeszcze dziwniejszy niż nieortodoksyjne poglądy na temat antykoncepcji, seksu przedmałżeńskiego i metody in vitro, o których też czytamy w raporcie.
Są w nim nie tylko „słupki", także opinie. Rozmaite: od kardynała Kazimierza Nycza do aktora Jerzego Stuhra. I nie bojące się krytyki. Zacytuję tylko końcowy tekst Ewy K. Czaczkowskiej, Tomasza Królaka i Marcina Przeciszewskiego:
„Doświadczenie 20 lat wolności pokazuje, że religia jest w Polsce elementem trwałym. Ale podobnie mówiło się o Irlandii czy kanadyjskim Quebecu, gdzie w krótkim czasie nastąpił dramatyczny spadek religijności. Był to efekt wewnętrznego kryzysu tamtejszego Kościoła. Co zrobić, by zminimalizować możliwość takiego scenariusza?"
Autorzy dają propozycji aż jedenaście. Lektura obowiązkowa dla całego Kościoła z Episkopatem na czele. Tego przecież nie napisała brzydka „Gazeta", niżej podpisany, Katarzyna Wiśniewska ani ks. Ludwik Wiśniewski...

17:40, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
niedziela, 19 grudnia 2010
Nie chciał na nią donieść

Ewangelia Mateusza 1,19
„Józef zaś, mąż jej, sprawiedliwy będąc i nie chcąc na nią donieść, postanowił potajemnie ją odesłać.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Tak przetłumaczyliśmy werset, który na przykład w Biblii Tysiąclecia brzmi: „nie chciał narazić jej na zniesławienie”. Czyniąc skojarzenia wręcz policyjne, chcieliśmy pokazać całą grozę sytuacji, straszne zagrożenie dla matki Jezusa w miejscu i czasie, w których cudzołożnice bywały kamienowane. Na szczęście tamten potworny rygoryzm minął, mniejsze jednak straszą dalej.

10:11, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
sobota, 18 grudnia 2010
Niedola Józefa, niedole nasze

Ewangelia Mateusza 1,18-24
Opis rozterek duchowych Józefa, gdy dowiedział się, że Maria spodziewa się dziecka, które nie jest jego dzieckiem. Ratuje go wysłannik Boga swoim wyjaśnieniem i poleceniem.

Komentując dzisiejszą lekturę ewangelijną dla „Gościa Niedzielnego”, redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski pisze: „Zastanawiam się, czy w moim życiu nie wybieram czasem wierności normom i zasadom zamiast wierności zranionemu i zbolałemu człowiekowi. Wiem, że właściwie nie powinno być takiej sprzeczności, ale doświadczenie mówi, że niestety bywa... Co wybieram w takiej granicznej sytuacji? Czy jestem jak Józef otwarty na nieoczekiwaną podpowiedź anioła?”

Czy owa podpowiedź jest zawsze dostatecznie głośna i wyraźna? Jedno wydaje mi się pewne: głuchota oraz głupota nie zawsze i nie w pełni bywa zawiniona. Bóg jest na szczęście sprawiedliwy, nie mówiąc o tym, że miłosierny nieskończenie.

dola Józefa, niedole nasze

Ewangelia Mateusza 1,18-24

Opis rozterek duchowych Józefa, gdy dowiedział się, że Maria spodziewa się dziecka, które nie jest jego dzieckiem. Ratuje go wysłannik Boga swoim wyjaśnieniem i poleceniem.

Komentując dzisiejszą lekturę ewangelijną dla „Gościa Niedzielnego”, redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski pisze: „Zastanawiam się, czy w moim życiu nie wybieram czasem wierności normom i zasadom zamiast wierności zranionemu i zbolałemu człowiekowi. Wiem, że właściwie nie powinno być takiej sprzeczności, ale doświadczenie mówi, że niestety bywa... Co wybieram w takiej granicznej sytuacji? Czy jestem jak Józef otwarty na nieoczekiwaną podpowiedź anioła?”

Czy owa podpowiedź jest zawsze dostatecznie głośna i wyraźna? Jedno wydaje mi się pewne: głuchota oraz głupota nie zawsze i nie w pełni bywa zawiniona. Bóg jest na szczęście sprawiedliwy, nie mówiąc o tym, że miłosierny nieskończenie.

12:33, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
piątek, 17 grudnia 2010
Ubogi u Boga

Psalm 72, 3-4
„Niech góry przyniosą pokój ludowi,
a wzgórza sprawiedliwość.
Otoczy opieką ubogich z ludu,
będzie ratował dzieci biedaków"
.

Poznanianka i Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów mają jeszcze zapowiedź, że „zgładzi ciemiężców". Biblia jest pełna troski o tych, którym się nie powiodło, zapowiada klęski tych, co ich gnębią. Ale to drugie to już sprawa Paruzji. Póki co, ciemiężcy mają się dobrze, wciąż rodzą się nowi.

13:04, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 16 grudnia 2010
Trzeba dębów, trzeba trzcin

Ewangelia Łukasza 7, 24
”Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze?"

Metafora dotycząca Jana Chrzciciela wzbogaciła język poetyczno-psychologiczny. Oczywiście chwiejność nie jest cnotą, gdy opisuje postawę moralną, ale gdy obrazuje strukturę psychiczną, łatwo westchnąć, że trochę trzcin być musi. Same dęby pozabijałyby się nawzajem.

00:09, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
My też rozumiemy niewiele

Wpis na środę 15 grudnia 2010


Ewangelia Łukasza 7,18-19
„A Jan, przywoławszy dwóch swoich uczniów, posłał do Pana, mówiąc: - Czy Ty jesteś tym Przychodzącym, czy na innego czekamy?"
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

„Przychodzącego" napisaliśmy z dużej litery, bo to niemal imię własne, określenie Mesjasza. Co znaczyło pytanie Jana? Jego własne wątpliwości, czy Jego krewny jest Oczekiwanym, czy też tylko wątpliwości uczniów i jeszcze większe elity żydowskiej? A może to było wezwanie do ogłoszenia, kim jest? W każdym razie Janowe pojmowanie roli Mesjasza nie pasowało do Chrystusowego. Przecież zapowiadał: „W ręku Jego szufla i oczyści klepisko swoje, i zbierze ziarno do spichlerza, a plewy spali w ogniu niegasnącym" (Mt 3, 12, Łk 3,17), a tu tylko kazania i uzdrowienia.

Jan nie wszystko rozumiał, ale niektórzy z nas też nie za wiele po tylu wiekach. Ci wszyscy, co uważają, że Jego Kościół musi być potężny mocą doczesną.

00:07, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 14 grudnia 2010
Niespodzianki niebieskie

Ewangelia Mateusza 21,31
„Amen, powiadam wam, że celnicy i nierządnice wyprzedzają was do Królestwa Bożego.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Ano, zatem może być tak, że byli partyjni i prostytutki dostąpią pośmiertnego szczęścia przed nami, dobrymi katolikami. Niezbadane są wyroki Ewangelii.

19:57, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Obrona własna wyłącznie słowem. Bardzo dobry „KONTAKT!” Pierwsze Jazzowe Rekolekcje Adwentowe!

Ewangelia Mateusza 21,23-27
”Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu z pytaniem: - Jakim prawem to czynisz? kto Ci dał tę władzę? Jezus im odpowiedział: - Ja też zadam wam jedno pytanie, jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodzi chrzest Janowy z nieba czy od ludzi Oni zastanawiali się między sobą: - Jeśli powiemy: «z nieba», to nam zarzuci: - «Dlaczego więc nie uwierzyliście mu?». A jeśli powiemy: «od ludzi», boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka". Odpowiedzieli więc Jezusowi: - Nie wiemy. On również im odpowiedział: - Więc i ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię”.

Jezus radzi sobie rozmaicie. Musi być rabbim, nauczycielem, mistrzem, więc wygłasza teksty, które nieuchronnie konfliktują go z żydowską elitą. Nie śpieszy Mu się jednak do śmierci, więc opóźnia koniec swojego dramatu. Może zresztą jeszcze bardziej obawia się, by nie stać się wbrew własnej woli rewolucjonistą politycznym. Z obu powodów raczej powstrzymuje rozgłos swoich cudów: to tak zwany przez biblistów sekret mesjański. Nie jest w tej grze całkiem konsekwentny: czasem mówi uzdrowionemu, żeby opowiedział swoim, co go spotkało (Mk 5,19). O wiele częściej jednak zabrania takich „przecieków”.

No i właśnie nie daje się sprowokować: podobną ostrożność widzimy w perykopie dzisiejszej. Zręcznie zamyka polemistom usta. Oczywiście nie na długo: przyjdzie czas, gdy zostanie spoliczkowany za dużo uprzejmiejszą odpowiedź arcykapłanowi (J, 18,19-23). Żelazna zasada niestosowania boskiej siły we własnej obronie nieuchronnie skazuje Go na doczesną przegraną.

Lektury: 15. numer pisma młodzieży z KIK-u warszawskiego pod tytułem „KONTAKT”. Cieszę się w ogóle, że jest właśnie taki Klub Inteligencji Katolickiej: organizacje o tej nazwie są w różnych miastach różne. Nie wszystkie kontynuują tradycję katolicyzmu zwanego otwartym, starą już, mającą swój początek całkiem przedwojenny, po wojnie podtrzymywaną w niektórych KIK-ach w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „Więzi”, „W drodze”, „Przeglądzie Powszechnym”. W KIK-u warszawskim poza tym zawsze była młodzież, zawsze ruchliwa umysłowo, teraz też tam się rusza, a że mamy wolność prasy, więc może wydawać periodyk.

Pod wodzą Miszy Tomaszewskiego wydaje ciekawy, owszem. Podobny do wyżej wymienionych, ale trudno, żeby był inny, gdy poglądy podobne. W najnowszym numerze są tematy różne: wiara, kultura, polityka. Najbardziej interesuje mnie oczywiście ta pierwsza. Naczelny napisał eseik pt. „Dwóch Chrystusów”. Tytuł ten był raczej po to, żeby przyciągnąć uwagę (chwyt już stary, ale jary), a teza jest taka, że pluralizm w katolicyzmie wynika już choćby z tego, że w ewangeliach, nawet w jednej i tej samej Łukaszowej, mamy dwie wzajemnie sprzeczne wypowiedzi Jezusa: „Kto nie jest przeciwko wam, ten jest z wami” (Łk 9,50; por. Mk 9,40) i „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie; a kto nie zbiera ze mną, ten rozprasza” (Łk,11,23, por. Mt,12,30). Autor zgrabnie twierdzi, że mamy tu dwie postawy duchowe, które widać także w dzisiejszym Kościele: otwartość na obcego, ale i niechęć doń. Zastrzega się, że nie jest egzegetą, lecz dyletantem; że gdyby był tym pierwszym, to dowodziłby, iż tu w istocie nie ma sprzeczności, ale że nie jest biblistą, to zbuduje na tym swoją publicystykę. Tendencja egzegetyczna jest mi - jak widać w moim blogu - bliska, więc napiszę, że owszem, między ewangeliami widać różnice (lubię je nawet podkreślać), ale tu akurat - w ramach tej jednej - nie mamy różnicy merytorycznej. Najpierw jest mowa o jakichś egzorcystach działających poza apostołami, ale w imię Jezusa, więc godnych uznania, potem o wrogach Jezusa, zarzucających Mu wręcz związki z diabłem. Zatem teza biblistyczna Tomaszewskiego wydaje mi się wątpliwa, ale eklezjologiczna bezsporna. Tak to Tomasz Terlikowski, przywódca „Frondy”, mieści się w katolicyzmie dobrze - acz pewnie niechętnie - obok niżej podpisanego. I miło mi, że „Kontakt” raczej nie ulega frondyzmowi, choć ów zagarnął „Gościa Niedzielnego” i wśród biskupów ma duże wzięcie.

Fakty. Od dzisiaj ruszają na Facebooku pierwsze Jazzowe Rekolekcje Adwentowe. Codziennie przez trzy dni (13 do 15 grudnia) użytkownicy będą mogli słuchać konferencji dominikanina ks. Andrzeja Hołowatego, który bierze na warsztat trzy standardy z Biblii: przypowieść o kamieniowaniu kobiety, synu marnotrawnym oraz historię Dawida i Betszeby.  Dodatkowo inny dominikanin ks. Tomasz Nowak (pomysłodawca pierwszych jazzowych rekolekcji w Krakowie) przygotował dla użytkowników listę standardów jazzowych. Rekolekcje są kierowane do osób poszukujących duchowości i powstały z inicjatywy grupy Bliżej Nieba, która działa na Facebooku od kilku miesięcy.

16:47, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 grudnia 2010
Przykład proroków

List Jakuba 5,10
„Za przykład wytrwałości i cierpliwości weźcie, bracia, proroków, którzy przemawiali w imię Pańskie.”
Służą przykładem tamci biblijni, ale mamy też nowych. Myślę na przykład o księdzu Janie Ziei, co w ubiegłym wieku promieniował radykalizmem ewangelijnym (książkę o nim Jacka Moskwy „Życie Ewangelii” wznowił niedawno Znak). Swoim dosłownym ubóstwem prowokował niechęć proboszczów, otwarciem na prawosławnych i Żydów wyprzedzał Vaticanum Secundum. Podpadał władzom PRL (należał do KOR-u), władze kościelne też go nie rozpieszczały bynajmniej.

Naśladować proroków dosłownie niełatwo, częściowo każdy może. I nawet się przecież bardzo nie nacierpi.

09:49, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 11 grudnia 2010
Eliasz już inny, Mesjasz też

Ewangelia Mateusza 17,12
„Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał.”
Ewangelia powiada dalej, że uczniowie pojęli, iż Jezus mówił o Janie Chrzcicielu. Chociaż tych dwóch proroków różniło trochę. Tamtego potężnego cudotwórcę starotestamentalnego od tego pustelnika, który nie uczynił żadnego cudu - przeciwnie: dał się zamordować. Oczekiwano Eliasza, co zstąpi z nieba, dokąd został wzięty w sposób cudowny, i oczyści ród kapłański, a przyszedł prorok, który wprawdzie faryzeuszom i saduceuszom przychodzącym do niego po chrzest nawymyślał od „plemienia żmijowego” (Mt 3,7), ale naprawy świata oczekiwał od Mesjasza i sam nie dokonał żadnej rewolucji duchowej. Bo też Nowy Testament kontynuuje Stary na innych zasadach. Chrystus jest przecież Mesjaszem zgoda innym niż ten, na którego czekano.

10:44, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 10 grudnia 2010
Sprawiedliwość jak morskie fale

Księga Izajasza 48,18-19a
„O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek i jak jego ziarnka twoje latorośle.”

Związek przyczynowy tutaj starotestamentalny: wierzono wówczas, że szczęście jest nagrodą za prawość a nieszczęście za grzech (choć już Księga Hioba podważa takie myślenie). Ów „pokój” to najpewniej „szalom”, co Poznanianka tłumaczy jako „pomyślność”, czyli też szczęśliwość. Podziwiajmy jednak przepiękne przenośnie, nie wydziwiajmy - i przyznajmy, że autor ma rację wiążąc przykazania Boże ze sprawiedliwością. Dekalog mądrze odczytany jest wciąż aktualny.

liwość jak morskie fale

Księga Izajasza 48,18-19a

„O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek i jak jego ziarnka twoje latorośle.”

Związek przyczynowy tutaj starotestamentalny: wierzono wówczas, że szczęście jest nagrodą za prawość a nieszczęście za grzech (choć już Księga Hioba podważa takie myślenie). Ów „pokój” to najpewniej „szalom”, co Poznanianka tłumaczy jako „pomyślność”, czyli też szczęśliwość. Podziwiajmy jednak przepiękne przenośnie, nie wydziwiajmy - i przyznajmy, że autor ma rację wiążąc przykazania Boże ze sprawiedliwością. Dekalog mądrze odczytany jest wciąż aktualny.

20:35, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
czwartek, 09 grudnia 2010
Kto gwałci Boże królestwo? Gwałciciel Oszajca SJ

Ewangelia Mateusza 11,12
A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”
Tekst trochę dziwny: o co, o jaki gwałt, o kogo tu właściwie chodzi? Ekumeniczny Przekład Przyjaciół: „Od dni Jana Chrzciciela aż dotąd Królestwo Niebios zdobywa się w trudzie i ci, którzy się trudzą, zdobywają je.” Biblia Poznańska: „...królestwo niebieskie zdobywa się wielkim wysiłkiem i [tylko] ludzie silni je zagarniają.”

Mimo różnic myśl tych translatorów jest ta sama: owi gwałtownicy czy „trudownicy” albo siłacze to ci, których Chrystus chwali. Z przypisów do Poznanianki, Paulistki i polskiej Biblii Jerozolimskiej można się jednak dowiedzieć, że może tu chodzi o kogoś innego albo nawet zupełnie innego. Jerozolimianka: „Może chodzi o: 1. święty gwałt tych, którzy biorą królestwo w posiadanie za cenę większych wyrzeczeń; 2. złą przemoc tych, którzy zamierzają ustanowić królestwo przy użyciu środków zbrojnych (zeloci); 3. tyranię mocy demonicznych albo ich ziemskich przedstawicieli, chcących zachować panowanie w tym świecie i przeszkadzających powstaniu królestwa Bożego. Możliwe jest także tłumaczenie: »Królestwo niebieskie otwiera sobie drogę gwałtem«, co oznacza, że zakorzenia się ono z mocą mimo wszelkich przeciwności.”

„Gwałtownicy” - to wyrażenie, które osadziło się bardzo mocno w polskiej świadomości biblijnej (mają je Biblia Warszawska i Ekumeniczna 11 Kościołów). Naszły mnie teraz wiadomości, czy słusznie, a raczej czy słusznie przypuszczamy, że chodzi o bojowników słusznej, nie demonicznej sprawy. Alem biblista mini, żaden w tej mierze decydent, niech tylko pomyślę nad tym, co mogą gwałcić ci pozytywni, walczący dla Królestwa, do tego bez przemocy. Gwałcą tylko własną hedonistyczną naturę, jak by wynikało z Jerozolimianki? A może - zapamiętałem takie pomysły - to ci natchnieni przez Ducha Świętego, co nie boją się reformować Kościoła, narażając się jego konserwatywnym strukturom. Nie wszyscy są tak łagodni, jak Franciszek z Asyżu, niektórzy powodują awantury, nawet rozłamy - ale żaden nie jest kościelnym oportunistą.

Nie jest zgoła oportunistą między innymi ojciec Wacław Oszajca SJ. Życiorys ma nietypowy: źle mu było pod władzą biskupa diecezjalnego w Lublinie (oczywiście był nie pod arcybiskupem Życińskim, to było o wiele wcześniej i właśnie ciężko), nie zrezygnował jednak z księżostwa i wstąpił do jezuitów. W Towarzystwie Jezusowym też różnie bywało i bywa, ale Wacek ma sporo szczęścia oraz wierności pierwotnej decyzji: trwa. Oczywiście daleko od telewizji pod tą nazwą, tam też mamy gwałtownictwo, ale w stronę całkiem przeciwną. Oszajca w różnych swoich tekstach rozważnie, ale i bardzo odważnie otwiera Kościół na ludzi krytykujących jego struktury i hasła, a może jeszcze bardziej otwiera tych ludzi na ową instytucję. Pozwolę sobie znów na przedruk z najnowszego „Tygodnika Powszechnego”, bo znów homilia kapitalna. Chyba nie muszę rozjaśniać aluzji.

”Boże, jakie te nasze czasy straszne! Tak źle, jak dzisiaj, nigdy jeszcze nie było. Wszędzie kryzys goni kryzys i kryzysem pogania. W Kościele podobnie. Kryzys jest faktem, mówią. Czymże innym jest ta potworna laicyzacja, to zeświecczenie, ten zajadły antyklerykalizm, prymitywny materializm, ten obrzydliwy panseksualizm, bezduszny relatywizm - jak nie przejawem całkowitego rozprzężenia, a co za tym idzie: upadku struktur kościelnych i nie tylko, bo doktryny również?

Owszem, to prawda, pogubiliśmy się, ale to nie powinno być powodem rozpaczań nad stanem Kościoła. Podobnie jak mówienie o prześladowaniu Kościoła, a zwłaszcza duchownych, u nas, w Polsce. Ponoć prześladowaniu okrutniejszym od tego, które miało miejsce za komunizmu. Czyżby już wymarli pamiętający tamte czasy?

Przyczyn takiego stanu rzeczy w Kościele niektórzy dopatrują się, o dziwo, w II Soborze Watykańskim. Tak jakby ktoś (kto?) zwołał ten Sobór nie po to, by zaradzić rozkręcającemu się na dobre kryzysowi, a przeciwnie, by ten kryzys wywołać. Łatwo jest pomylić skutek z przyczyną.

Jan Chrzciciel, gdy znalazł się rzeczywiście w sytuacji nie do pozazdroszczenia, popadł w prawdziwy kryzys, groziła mu śmierć, zachowuje się tak, jakby go to mało, a nawet wcale nie obchodziło. Bardziej interesuje się tym, co dzieje się poza więzieniem niż w więzieniu. Jan nie zawraca sobie głowy tym, co się z nim stanie, ale koniecznie chce wiedzieć, kim jest Ten, który tak mocno wstrząsnął jego światem. Tym samym doprowadził do kryzysu na wszystkich płaszczyznach życia.

Jezusowe nauczanie staje przecież w poprzek nauczania wielu ówczesnych kaznodziejów i katechetów, a przecież zarówno Jezus, bo o Niego chodzi, jak i Jan, i wszyscy pozostali wyznają wiarę w tego samego, jedynie prawdziwego Boga.

Jan, chcąc się rozeznać w rzeczywistości, ze swoimi pytaniami idzie wprost do Tego, który jest przyczyną tego poruszenia. Testuje źródło kryzysu, a nie tylko jego skutki. I odpowiedź znajduje. Jezus, przyczyna kryzysu ówczesnej wiary i moralności, udzielając Janowi odpowiedzi, nie wdaje się w polemiki, nie usprawiedliwia swojego postępowania, nie powołuje się na Boga i ojczyznę, nie powołuje się na prawa sumienia i natury, ale najzwyczajniej w świecie mówi: «Idźcie i opowiedzcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie». Rzeczywistość, którą Jezus tworzy, jest odpowiedzią na pytanie, kim i jaki On jest.

Chciałoby się w tym miejscu powiedzieć: my również powinniśmy tak odpowiadać naszym adwersarzom! Niestety, tak nam mówić nie wolno. My, Kościół, nie jesteśmy już Światłością. Dopiero się rozpalamy, dlatego wciąż kopcimy. Dobrze jest o tym pamiętać i nie dziwić się, że inni ten kopeć dostrzegają.”

Na koniec sygnał bibliofilski: w jezuickim warszawskim Wydawnictwie „RHETOS” ukazały się właśnie poprzednie homilie niedzielne świetnego kaznodziei, publikowane w latach 2007-2009 (czyli na cały cykl: A, B, C) w jezuickim „Przeglądzie Powszechnym”. Tytuł: „NieMSZALNE KAZANIA”. Wzór cenny dla różnych mszalnych.

15:31, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
środa, 08 grudnia 2010
Żywot ludzki, nieludzki

Ewangelia Łukasza 1, 26-38
Nie przytaczam tekstu chyba raczej znanego; ikonografia na przykład ogromna
„Anioł wszedł do niej i rzekł...” O wizjach religijnych pisze także Jacek Prusak SJ w swej książce ;Poznaj siebie, spotkasz Boga” (LIST), którą tu reklamuję uparcie, bo tego warta. Zacytuję trochę: (...) chociaż większość religijnych ludzi nie doświadcza wizji bytów duchowych, to jednak w każdej religii czy tradycji duchowej znajdziemy świadectwa osób, które twierdziły, że miały kontakt z Bogiem, światem nadprzyrodzonym czy też ostateczną rzeczywistością. Każda z nich uważa, że mówi prawdę; jest w stanie oddać za nią nawet swoje życie. Problem w tym, że tą ostateczną prawdą będzie dla jednych kontakt z Jezusem, a dla innych z Wisznu lub istotami nadprzyrodzonymi, np. aniołami czy świętymi. Badania porównawcze wizji religijnych wskazują, że forma, w jakiej prezentuje się rzeczywistość duchowa, jest zgodna z doktryną wiary wyznawanej przez wizjonera”. A w ogóle to są „dwie niebezpieczne tendencje: dostrzeganie nadprzyrodzoności w każdym niezwykłym zjawisku (...) oraz arbitralne odrzucanie możliwości istnienia zjawisk, których przyczyny mogą mieć charakter nadprzyrodzony.”

Albowiem nauka nie lubi aprioryzmu. A jak było z Maryją? Dodajmy tu jeszcze, że przekaz ewangelijny pochodzi z dzieła literackiego, które nie jest reportażem historycznym, tylko dziełem teologicznym o zbawicielu Jezusie z Nazaretu. Czyli dla chrześcijan pewne jest jedno: Miriam dowiedziała się, że będzie matką Syna Bożego, przez kontakt mistyczny z Bogiem.

Kościół katolicki podaje do wierzenia poza tym, że ta, która została wybrana do tej jedynej w historii roli, była do niej przygotowana genetycznie. Matka Jezusa przekazała Mu świętość niezwykłą: postawę duchową czystą nieskalanie. W kalendarzu katolickim mamy dziś uroczystość Niepokalanego Poczęcia. Wbrew twardo pokutującemu poglądowi nie chodzi tu o to, o czym jest w przepisanym na dzisiaj ewangelicznym tekście: o poczęcie bez udziału mężczyzny. Chodzi o początek życia samej Maryi, nie jej Syna.

Późny to dogmat, dziewiętnastowieczny, choć wiara bardzo stara. Co prawda, nie wszystkich: na przykład dominikanie z Tomaszem z Akwinu na czele mieli wątpliwości. Obawiano się sugestii, że matka Chrystusa nie potrzebowała Jego zbawienia. oto autocytat z dawnej książki „Zdaniem laika”.

Odpowiedź wydaje się dzisiaj dość prosta: owszem, również potrzebowała, a Jej przyjście na świat bez grzechu pierworodnego jest właśnie wynikiem zbawienia — jako faktu działającego również „wstecz", bo w ogóle ponad czasem. Przecież zbawienie objęło również ludzkość z czasów Starego Przymierza.

Opory budzi dziś raczej co innego. „Jeśli było możliwe— powiedział mi ktoś — by jeden człowiek przyszedł na świat bez owego moralnego kalectwa, jakim jest grzech pierworodny, to dlaczego Pan Bóg nie uchronił odeń nas wszystkich?"

Otóż myślę, że wiele światła na tę sprawę rzuca przypowieść o talentach. Przede wszystkim samo to, że Bóg rozdziela je nie według zasady: każdemu po równo. Jeden z nas otrzymuje więcej, drugi — mniej. Dotyczy to talentów artystycznych, intelektualnych czy sportowych, no i właśnie — duchowych. Przecież Jan XXIII miał inny start moralny niż Hitler. Widzimy naokoło siebie ludzi gorszych lub lepszych „z natury"; skłonni nawet czasem jesteśmy powątpiewać w różnicę ich rzeczywistych zasług, ich naprawdę własnych sukcesów duchowych — tak ogromną rolę zdają się odgrywać dziedziczne czy środowiskowe uwarunkowania. Powinniśmy wierzyć, że nie determinują nas całkowicie, że działając na nas poprzez te uwarunkowania i w każdy inny sposób, Bóg pozostawia nam jakieś miejsce dla wolnego wyboru — niemniej mamy różne możliwości rozwoju.

Jeśli zatem owa różnica startu duchowego jest zjawiskiem ogólniejszym, nie powinniśmy bardzo się dziwić kościelnej teorii na temat Marii z Nazaretu.

Moglibyśmy się owej teorii dziwić, gdyby ją rozumieć w ten sposób, jakoby Maria dzięki swemu maksymalnemu talentowi duchowemu zwolniona była od konieczności moralnego wysiłku, jakoby Jej świętość była niejako automatyczna. „Dola człowiecza" Marii z Nazaretu byłaby wtedy istotnie różna od naszej. I tu jednak należy zastosować przypowieść o talentach: przecież wynika z niej, że trzeba je własnym wysiłkiem pomnażać. Bardzo nam trudno wyobrazić sobie życie osoby tak świętej, jak Maria — ale nie było ono przecież bezkonfliktowe. Jeśli nawet Chrystus był kuszony, to tym bardziej i Jego Matka nie była wolna od jakichś rozterek moralnych. Wrodzona czystość moralna, bezgrzeszność sprawiała „tylko" to, że wybierała zawsze dobro.

Dogmat Niepokalanego Poczęcia uzasadniano jeszcze niedawno w sposób feudalny: Bóg nie mógł urodzić się ze „zwykłej" kobiety, „wypadało", żeby Maria nie była skalana żadnym grzechem. Dar ów nazywano przywilejem — gdy tymczasem zgodnie z duchem Biblii należałoby mówić raczej o powołaniu. Matce Jezusa została dana szczególna moc duchowa dla spełnienia szczególnego zadania. Jezus, jak każdy człowiek, otrzymał przecież wiele od innych ludzi, a szczególnie od swej Matki, tak przez dziedziczenie, jak i wychowanie. Opatrzność zapewne i tu działała w sposób zwyczajny, poprzez przyczyny „wtóre".

Oto zatem w dialogu Boga iż ludzkością zdarzyło się, że przyszedł na świat ktoś bardzo, bardzo dobry, wręcz pozbawiony pychy, egoizmu i innych podłość. Człowiek ten był kobietą. Miała Ona syna. W Nim dialog Boga z ludzkością osiągnął swój szczyt: Bóstwo połączyło się z człowieczeństwem w jednej osobie. Fakt ten ma znaczenie absolutne, nieporównywalne z żadnym innym wydarzeniem duchowym. Niemniej był jakoś przygotowany przez całą uprzednią historię ludzkości, przez dzieje Izraela, a przede wszystkim przez przyjście na świat Marii z Nazaretu, człowieka takiego jak my, ale lepszego od nas wszystkich.

Ale stało się Jej według Słowa tak, że żywot miała zupełnie szczególny nie tylko etycznie: także w tym, co szczęścia dotyczy. Najpierw była raczej sielanka trzydziestoletnia, potem parę lat wydarzeń przedziwnych: owianych wzrastającym lękiem i zakończonych Grozą. Wreszcie czas Wyjaśnienia. Żywot ludzki, nieludzki.

17:58, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
Książka dla wszystkich księży

Wpis na wtorek 7 grudnia 2010

Ewangelia Mateusza 18,12-14
”Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych”.

Zgubiona owca to między innymi osoba przychodząca do spowiedzi. Sygnalizowałem już tu ważną książkę jezuity ks. Jacka Prusaka „Poznaj siebie - poznasz Boga” (wydawnictwo „LIST”). Psychoterapeuta i spowiednik krakowski (teraz w Nowym Sączu) pisze też sporo rzeczy ważnych dla księży udzielających tego sakramentu. Jest o nim znaczna część książki, nie mogę jej przedrukować, więc tylko spróbuję wycytować i streścić, co najważniejsze.

Bardzo istotna jest teza, że spowiedź i kierownictwo duchowe to dwie różne posługi. W przeciwieństwie do kościelnej opinii potocznej autor nie zaleca bez zastrzeżeń częstej spowiedzi, jeśli penitent szuka w niej nie tylko rady kapłana, ale wręcz „rozkazu wydanego przez Boga”. Wówczas spowiedź nie służy rozwojowi duchownemu, uwiesza spowiadających się - to już wyrażenie moje - na księdzu jako rzekomo mającemu szczególne zdolności kierowania nim. W ogóle kierownictwo czy raczej przewodnictwo duchowe może sprawować ktoś świecki, spowiedź ma służyć przede wszystkim po prostu wyznaniu grzechów.

Jest w książce specjalny rozdział zatytułowany „Krzywdy w konfesjonale”. Spowiednik nie może ranić! Autor, biegły psychoterapeuta, wnikliwie analizuje problem, nie lekceważy też bynajmniej poczucia krzywdy bardzo subiektywnego: ksiądz także i to powinien traktować poważnie. A rozdzialik pod tytułem „dysfunkcjonalny konfesjonał” zaczyna się od takich punktów.

„Do krzywdy w konfesjonale dochodzi najczęściej wtedy, kiedy spowiednik (1) nadużywa swojej pozycji wynikającej z władzy sprawowania sakramentu i w ten sposób kontroluje sumienie penitenta, (2) zmusza penitenta do okazania skruchy przez wymuszone przebaczenie, (3) błędnie ocenia stopień osobistej wolności i odpowiedzialności penitenta w zachowaniach nałogowych albo niektórych zaburzeniach psychicznych lub (4) »pomagając duszom« szuka zaspokojenia własnych potrzeb. Penitent zaś może subiektywnie czuć się pokrzywdzony w konfesjonale lub nieświadomie prowokować takie sytuacje, kiedy (1) sam jest osobą poranioną lub ma silną potrzebę zależności, (2) myli pokutę z chęcią ukarania samego siebie albo (3) szuka w mniej lub bardziej świadomy sposób spowiedzi w celach terapeutycznych.” Bo sakrament i psychoterapia to też dwie różne posługi.

Może najważniejsze jest to, że jezuita krakowski akcentuje rolę sumienia i wolności spowiadającego się. Cytując dominikanina księdza M. Pilśniaka, uważa za minimum skruchy wyznanie: „Wiem, że nie postąpiłem zgodnie z nauką Wspólnoty Kościoła i żałuję, że nie żałuję”. Kapłan musi pilnować, by penitent postępował zgodnie ze swoim sumieniem bez względu na to, czy jest dobrze uformowane, aczkolwiek powinien informować go o tegoż sumienia błędach. Ma być pouczany o zasadach moralności chrześcijańskiej, ale dopóki nie zostanie do nich przekonany, nie jest dobrze, gdy kieruje się lękiem lub psychologicznym poczuciem winy. Znowu ks. Pilśniak: „Gdy penitent nie dorósł duchowo, nie pojmuje nauki Kościoła i trwa w subiektywnie nieprzezwyciężalnej ignorancji w sprawach czystości małżeńskiej, lepiej pozostawić go w tej ignorancji, a najpierw budować jego więź z Bogiem”. Bardzo, bardzo cenna to rada.

Spowiednik nie może rozdrapywać sumienia; ma jednać człowieka z Bogiem a nie natychmiast zmieniać jego postępowanie. Nie może być jego superego. Widać u ks. Prusaka wiedzę psychoanalityczną i dobrze, że widać: spowiednik musi jej mieć trochę. A poza tym trochę zwykłej mądrości oraz odwagi!
Ale książka jest też dla świeckich, co też wyłożę wnet.

17:57, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Książka dla wszystkich księży

Ewangelia Mateusza 18,12-14
”Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych”.

Zgubiona owca to między innymi osoba przychodząca do spowiedzi. Sygnalizowałem już tu ważną książkę jezuity ks. Jacka Prusaka „Poznaj siebie - poznasz Boga” (wydawnictwo „LIST”). Psychoterapeuta i spowiednik krakowski (teraz w Nowym Sączu) pisze też sporo rzeczy ważnych dla księży udzielających tego sakramentu. Jest o nim znaczna część książki, nie mogę jej przedrukować, więc tylko spróbuję wycytować i streścić, co najważniejsze.

Bardzo istotna jest teza, że spowiedź i kierownictwo duchowe to dwie różne posługi. W przeciwieństwie do kościelnej opinii potocznej autor nie zaleca bez zastrzeżeń częstej spowiedzi, jeśli penitent szuka w niej nie tylko rady kapłana, ale wręcz „rozkazu wydanego przez Boga”. Wówczas spowiedź nie służy rozwojowi duchownemu, uwiesza spowiadających się - to już wyrażenie moje - na księdzu jako rzekomo mającemu szczególne zdolności kierowania nim. W ogóle kierownictwo czy raczej przewodnictwo duchowe może sprawować ktoś świecki, spowiedź ma służyć przede wszystkim po prostu wyznaniu grzechów.

Jest w książce specjalny rozdział zatytułowany „Krzywdy w konfesjonale”. Spowiednik nie może ranić! Autor, biegły psychoterapeuta, wnikliwie analizuje problem, nie lekceważy też bynajmniej poczucia krzywdy bardzo subiektywnego: ksiądz także i to powinien traktować poważnie. A rozdzialik pod tytułem „dysfunkcjonalny konfesjonał” zaczyna się od takich punktów.

„Do krzywdy w konfesjonale dochodzi najczęściej wtedy, kiedy spowiednik (1) nadużywa swojej pozycji wynikającej z władzy sprawowania sakramentu i w ten sposób kontroluje sumienie penitenta, (2) zmusza penitenta do okazania skruchy przez wymuszone przebaczenie, (3) błędnie ocenia stopień osobistej wolności i odpowiedzialności penitenta w zachowaniach nałogowych albo niektórych zaburzeniach psychicznych lub (4) »pomagając duszom« szuka zaspokojenia własnych potrzeb. Penitent zaś może subiektywnie czuć się pokrzywdzony w konfesjonale lub nieświadomie prowokować takie sytuacje, kiedy (1) sam jest osobą poranioną lub ma silną potrzebę zależności, (2) myli pokutę z chęcią ukarania samego siebie albo (3) szuka w mniej lub bardziej świadomy sposób spowiedzi w celach terapeutycznych.” Bo sakrament i psychoterapia to też dwie różne posługi.

Może najważniejsze jest to, że jezuita krakowski akcentuje rolę sumienia i wolności spowiadającego się. Cytując dominikanina księdza M. Pilśniaka, uważa za minimum skruchy wyznanie: „Wiem, że nie postąpiłem zgodnie z nauką Wspólnoty Kościoła i żałuję, że nie żałuję”. Kapłan musi pilnować, by penitent postępował zgodnie ze swoim sumieniem bez względu na to, czy jest dobrze uformowane, aczkolwiek powinien informować go o tegoż sumienia błędach. Ma być pouczany o zasadach moralności chrześcijańskiej, ale dopóki nie zostanie do nich przekonany, nie jest dobrze, gdy kieruje się lękiem lub psychologicznym poczuciem winy. Znowu ks. Pilśniak: „Gdy penitent nie dorósł duchowo, nie pojmuje nauki Kościoła i trwa w subiektywnie nieprzezwyciężalnej ignorancji w sprawach czystości małżeńskiej, lepiej pozostawić go w tej ignorancji, a najpierw budować jego więź z Bogiem”. Bardzo, bardzo cenna to rada.

Spowiednik nie może rozdrapywać sumienia; ma jednać człowieka z Bogiem a nie natychmiast zmieniać jego postępowanie. Nie może być jego superego. Widać u ks. Prusaka wiedzę psychoanalityczną i dobrze, że widać: spowiednik musi jej mieć trochę. A poza tym trochę zwykłej mądrości oraz odwagi!

Ale książka jest też dla świeckich, co też wyłożę wnet.

15:05, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
Archiwum