Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 31 grudnia 2009
Człowiek i komar

Psalm 96,11-12

Niech się radują niebiosa i ziemi weseli,

niech szumi morze i wszystko, co je napełnia. 

Niech się cieszą pola i wszystko, co na nich rośnie,

Niech wszystkie drzewa w lasach wykrzykują z radości”
.

To obraz podobny do tego z kolędy:

„pasterze śpiewają,

bydlęta klękają, 

cuda, cuda ogłaszają”.

Czasem mamy w tekstach religijnych taką wizję ekologiczną. Szczególnie w tę jedną noc, w której Jezus w żłobie leży, wobec czego zwierzęta mówią ludzkim głosem i nie jest to bezgłośny krzyk mordowanego karpia. Na ogół jednak optyka Franciszka z Asyżu stanowiła przez wieki margines religijności chrześcijańskiej (hinduizm ocala krowy).

Były to, co prawda, czasy, kiedy w ogóle kwitło okrucieństwo. Zabijano bez zmrużenia oka. Aborcja nie szalała, bo natura nieujarzmiona przez medycynę sama bezlitośnie regulowała urodzenia, ale poza tym nie była to cywilizacja życia, śmierci raczej. Całego stworzenia, które zabijało się nawzajem do woli.

Ksiądz Wacław Oszajca, jezuita i poeta, ogłosił w „Iskrach” tomik pt. „Odwrócona perspektywa”, a w nim genialny wiersz ”Komar”: 

”Dlaczego tak gwałtownie

odpędzasz mnie od siebie

wiele nie potrzebuję

do zbawienia

jedna kropla twojej krwi

wystarczy

żebym mogła nadal żyć

i wydać potomstwo

przecież ty również

żyjesz i rozmnażasz się

za taką samą cenę”

09:07, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 30 grudnia 2009
Kościół i świat, czyli anioł i diabeł?

1 List Jana 2, 15-18
„Nie kochajcie świata ani tego, co jest w świecie. Jeśli ktoś kocha świat, nie ma w nim miłości Ojca. Ponieważ wszystko, co jest w świecie: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu, nadęta pycha życia - nie jest z Ojca, lecz ze świata. A świat przemija i pożądliwość jego, kto zaś czyni wolę Boga, trwa na wieki”

W Biblii świat nie jest z zasady siedliskiem grzechu. W Starym Testamencie nigdy, w Nowym też nie zawsze, niemniej przeważa - w literaturze Pawłowej i Janowej - znaczenie negatywne tego słowa, takie, jakie jest w dzisiejszej „lekcji”.

Niestety na myśl nowotestamentalną, a jeszcze bardziej późniejszą chrześcijańską „wielki wpływ wywarła myśl grecka, a nawet pesymizm schyłku starożytności, który miał się ujawnić w gnostycyzmie” („Encyklopedia katolicka”). Ów pesymizm zaciążył na stosunku do seksu, małżeństwa. Polecam bardzo ważną książkę Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego „Więzi”, zatytułowaną „Parami do nieba” (Biblioteka „Więzi”, tom już 239 tego cennego wydawnictwa). Podtytuł książki: „Małżeńska droga świętości”, a teza taka, iż była to droga ciernista. Dopiero Jan Paweł II w r. 2001 beatyfikował pierwszą parę małżeńską jako taką parę właśnie, z racji jej błogosławionego małżeńskiego życia. I „pożycia” - czyli bynajmniej nie dlatego, że ślubowała, iż będzie to małżeństwo „czyste”, czyli bez seksualnego brudu...

Świat (laicki) od renesansu reaguje na ów gnostycyzm i manicheizm kościelny coraz większym bagatelizowaniem aspektu moralnego tej dziedziny życia - aż do ubóstwiania jej wartości. To prawda. Ale chrześcijanie, katolicy, powinni przyznawać się do grzechu sprzecznego z Biblią gardzenia „tymi rzeczami”.

W ogóle powinni, z papieżem i innymi biskupami na czele, przestać tak ostro wybrzydzać na (laicki) świat. Celują w tym polscy biskupi, w swym liście na uroczystość Świętej Rodziny sugerujący, jakoby Kościół był absolutnie „cacy” a świat totalnie „be”. Po okropnościach amerykańskich i irlandzkich naprawdę to nie wypada!

Relacja Kościoła (Kościołów) ze światem powinna być relacją dialogu, wzajemnej wymiany, uczenia się od siebie. Sobór Watykański II zaczął taką naukę, wielu katolików ją uprawia, niech za nimi idzie kościelna władza.

21:22, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 grudnia 2009
Sprzeciwu znak obosieczny

Ewangelia Łukasza 2,25-35

25. A oto żył w Jeruzalem człowiek imieniem Symeon; mąż ten był sprawiedliwy i rozważny, oczekujący pocieszenia Izraela, a Duch Święty był nim.

26. Zostało mu objawione przez Ducha Świętego, że śmierci nie ujrzy, póki nie zobaczy Chrystusa Pańskiego.

27. I w Duchu przyszedł do świątyni, a gdy rodzice wnosili Dziecię Jezus, aby dokonać na Nim obrządku zgodnego z Prawem,

28. wziął Je w ramiona i błogosławiąc Boga rzekł:

29. - Teraz puszczasz sługę swego, Władco, według Słowa swego w pokoju,

30. albowiem widziały oczy moje zbawienie Twoje,

31. które przygotowałeś w obliczu wszystkich ludów,

32. światłość dla objawienia narodom i chwałę ludu Twego, Izraela.

33. A ojciec Jego i matka zdumiewali się tym, co mówiono o Nim.

34. I błogosławił im Symeon, i rzekł do Marii, matki Jego: - Oto Ten jest położony na upadek i powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu przeciwstawiać się będą,

35. twą zaś własną duszę miecz przebije, aby zostały odsłonięte zamysły wielu serc
.

Tłumaczenie „bandy czworga". A mój komentarz do paru zdań jest taki.

Pewnie kogoś zdziwi ów „Chrystus Pański”: jednak tylko tego, kto nie pamięta (nie wie), że „Chrystus" to nie drugie imię Jezusa Nazaretu, tylko nazwa Jego misji: to greckie tłumaczenie słowa „Mesjasz".

„Światłość dla objawienia narodom i chwałę ludu Twego Izraela”: inni tłumaczą „poganom", a to dlatego, że greckie słowa „etnos" oznacza w ogóle naród, niekoniecznie pogański; dla Żydów każdy inny naród był jednak z natury rzeczy pogański, czyli innej religii. 

Czy Jezus przyniósł Żydom chwałę? Prosi się odpowiedź, że wręcz przeciwnie: przyniósł im znamię „bogobójców", chrześcijańską infamię, skutkującą prześladowaniami przez wieki, uwieńczonymi Zagładą. Tyle tylko (bardzo wiele!), że Zagłada okazała się odbiciem od dna wzajemnej nienawiści: dzisiaj chrześcijanie na ogół rozumieją absurdalność zarzutu bogobójstwa, a Żydzi zaczęli rozumieć, że Jezus przynosi im chwałę jako prorok żydowski sławny w całym świecie - choć jest dla nich co najwyżej „Mesjaszem, któremu się nie udało".

„Na znak, któremu się sprzeciwiać się będą": chrześcijaństwo na pewno jest religią sprzeciwu (rekolekcje kardynała Wojtyły dla Kurii Rzymskiej), z konformizmem nie ma nic wspólnego (mówię o doktrynie, nie o praktyce oczywiście), ale grozi nam (katolikom, ale nie tylko) sprzeciwianie się światu nazbyt uporczywe (możemy się odeń nauczyć niejednego), a tolerowanie u siebie różnych obrzydliwości...

„Twą zaś duszę miecz przebije, aby zostały odsłonięte zamysły wielu serc" - zdanie różnie interpretowane. Owych mieczy było wiele, tyle, ile narzędzi męki Jej Syna - to oczywiste, ale cóż to za zamysły? Domyślajmy się, że zamysły wrogów Jezusa, bylebyśmy nie wpadali w myślowe koleiny antysemityzmu, który piętnuje każdego Żyda (a żadnego Włocha, potomka Rzymian, którzy Go krzyżowali).

Od pana Tadeusza Mroczkowskiego otrzymałem taki wspaniały wiersz:

JEDWABIŃSKA KOLĘDA

Noc cicha, zima bielą pokryła

Smutek jesieni.

Może zamrozić zło wspomnień umie?

Czy na tym świecie jest taka siła

Zdolna przemienić

Chłód serc człowieczych w cud czułych sumień,

Gdy zło jest silne, dobro zbyt słabe,

A Bóg wciąż pyta: gdzie twój brat Abel?

Zapytaj zatem, nie tylko siebie,

By się dowiedzieć,

Czy w noc nad światem gloria nie świecka

Wnosi nadzieję. Zobacz, na niebie

Gwiazdka, co wiedzie

Aż do Betlejem. Idź! Spytaj Dziecka,

Kim Ono, z Niebios zjawione w świecie,

Jest dziś dla ciebie. Ochroń to Dziecię.

Szukaj Go blisko, szukaj daleko,

Czujnie. Niech troska

Cię nie opuszcza. W górach, dolinach,

Gdzieś nad jeziorem, morzem, nad rzeką

Może się boska

Całkiem po ludzku zjawić Dziecina.

Jeśli w stodole z desek lub bali,

Czuwaj, stodołę łatwo podpalić.

Jedwabne 2009.

19:36, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Autolustracja

1 List Jana 1,8
„Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, to sami siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy".

Ktoś mi - pamiętam - powiedział, że ma opory przed spowiedzią, bo właściwie nie wie, z czego ma się spowiadać: - Przecież nie będę sobie wymyślała grzechów. Wierzę, że ta osoba rzeczywiście nie popełniła żadnego poważniejszego grzechu, co więcej, gdy mi to powiedziała, chyba sam nie popełniłem grzechu nie reagując morałem w rodzaju: - Czy aby na pewno? Święta przecież nie jesteś. „Moralina" nigdy nie jest dobrym lekarstwem na grzech, a już na pewno trzeba się jej wystrzegać w rozmowie towarzyskiej; jaką wówczas prowadziłem. A jednak nie powinienem był przejść nad tym wyznaniem do porządku dziennego, jak wtedy zrobiłem. Trzeba było powiedzieć na przykład coś takiego: ja też nie zabijam, nie cudzołożę i nie kradnę, ale czuję się winny w szczególności tego, że jestem za mało opiekuńczy wobec żony i dzieci.

Niestety duszpasterstwo nasze chyba za mało uwrażliwia sumienia. Jest za bardzo „kodeksowe", za bardzo akcentuje przykazania, a za mało wartości duchowe.

To pierwsza moja refleksja nad wersetem ewangelijnym. Druga dotyczy makroskali społecznej. Pomyślałem sobie też o politykach, którzy niejako zawodowo nie przyznają się do żadnego grzechu. Rozumiem, że konsekwencją ich głębszej samokrytyki musiałaby być „samodymisja": oddanie władzy opozycji. Wszelako wielu przechwala się w sposób równie bezczelny, jak w istocie komiczny. Zakładają, że wyborca daje się nabrać na taką tromtadrację, i na ogół źle na tym wychodzą. Choć może nie na ogół: demagodzy dobrze sobie radzą w demokracji.

Dziś wspomnienie świętych Młodzianków. Chodzi o niemowlęta, które Herod kazał wymordować, by w ten sposób pozbyć się konkurenta do tronu, jakim według niego był nowo narodzony Jezus.

Ewangelia św. Mateusza 2,13-18
”Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: - Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: «Z Egiptu wezwałem Syna mego». Wtedy Herod, widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: «Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma»".

Nie udało mu się Go „namierzyć" precyzyjnie, bo magowie ze Wschodu nie spełnili jego prośby i nie zdekonspirowali Go: męczeństwo przyszło nań później. Kult owych młodych ofiar terroru jest rozpowszechniony w prawosławiu: relikwie ich są w uroczym domu tego Kościoła w Cieplicach, gdzie pracuje biblistycznie „banda czworga". Sprawa relikwii, ich autentyczności, jest jednak całkiem osobna.

19:19, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
niedziela, 27 grudnia 2009
Bo rodzina, bądźcie pewni...

Księga Syracydesa 3,2-6.12-14
”Pan uczcił ojca przez dzieci, a prawa matki nad synami utwierdził. Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów, a kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził. Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci, a w czasie modlitwy swej będzie wysłuchany. Kto szanuje ojca, długo żyć będzie, a kto posłuszny jest Panu, da wytchnienie swej matce. Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie, w miejsce grzechów zamieszka u ciebie. ”

List do Kolosan 3, 18-21
”Żony, bądźcie poddane mężom, jak przystało w Panu. Mężowie, miłujcie żony i nie bądźcie dla nich przykrymi. Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe Panu. Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha.”

Ewangelia Łukasza 2,41-52
Perykopy ewangelijnej nie przytaczam, jak ktoś jej nie pamięta, niech zajrzy do Biblii. A jest to opowieść naznaczona na dzisiaj, bo każda niedziela w oktawie uroczystości Narodzenia jest w dzisiejszym Kościele rzymskokatolickim uroczystością Świętej Rodziny, o której problemach wewnętrznych opowiada Ewangelia Łukasza. W sumie mamy dzisiaj mały przegląd relacji wzajemnych w tej podstawowej komórce społecznej.

Mąż - żona: ta formuła na temat ich relacji z Listu do Kolosan jest dobrze znana, sławna nawet, przez niektórych osławiona. Bowiem widać tu patriarchalizm, nie da się ukryć: poddaństwo żony. Można by powiedzieć, że nawet bardziej niż w Liście do Efezjan, gdzie mamy też taką formułę wzajemności: „Bądźcie poddani jedni drugim, trwając w bojaźni Chrystusa”. No cóż, nikt siebie nie przeskoczy, tak autor Listu do Kolosan (może Paweł, może nie), jak i autor Listu do Efezjan (raczej nie Paweł, tylko jego uczeń) byli ludźmi swojego miejsca i czasu. W ramach tych pojęć tworzyli jednak etykę łagodzącą obyczaje. Tak jak Paweł z uczniami swymi nie zwalczał niewolnictwa, tylko zalecał dobre traktowanie nawet i zbiega (List do Filemona), tak i nie obalał ustroju patriarchalnego, tylko moralizował również ojców.

Mąż i żona to małżeństwo, poza tym są jeszcze dzieci. Dzisiejszy biblijny przegląd relacji jest niepełny, bo nie ma córek: ten brak to być może nie przypadek, tylko patriarchalizm, pozwolę sobie jednak na mocniejsze pochwalenie tego, co Syracydes pisze do synów. Najwyraźniej system rodzinny chronił patriarchów przed pogardą potomstwa; choroba Alzheimera pustoszyła umysły już wtedy (matczyne też, ale tu znów brak), a teraz o taki brak litości pewnie jeszcze łatwiej. 

Ewangelia Łukasza dostarcza nam materiału do refleksji nad postawą synowską. Psychologizując i moralizując, można mieć wątpliwości, czy nastoletni Jezus zachował się grzecznie wobec rodziców, których naraził na straszne zdenerwowanie opuszczając ich bez uprzedzenia, a potem nawet nie przeprosił. Nie pasuje to do obrazu Chrystusa choćby z Listu do Hebrajczyków, gdzie jest napisane, że był On doświadczony w całej naszej niedoli „oprócz grzechu” (4,15). Gdy jednak potraktujemy Ewangelię nie jako biografię, ale przesłanie teologiczne, zastanowimy się, co autor chciał nam powiedzieć. Zapewne to, że Jego misja mesjańska nie była zrozumiała nawet dla Jego najbliższych, a miał jej świadomość dość wcześnie.

Banałem jest twierdzenie, że gęstość relacji w rodzinie czyni z niej nieraz niezły kociołek emocji. Pasują tu słowa nie z Biblii, ale z „Pana Jowialskiego”:

„Bo rodzina, bądźcie pewni,

Także ludzie, chociaż krewni...”

Lektury
Miesięcznik katolicki „Przegląd Powszechny” poświęcił swój numer grudniowy rodzinie. Materiału społeczno-ekonomicznego w bród, kilka artykułów, jedna dyskusja redakcyjna. Laikowi trudno o komentarz, nieporównanie łatwiej o superelementarną informację, czyli zacytowanie tego, co redakcja napisała o zawartości numeru na okładce: „Państwo - wróg czy przyjaciel rodziny? Cymański, Fabisiak, Krupska, Krzyżanowska, Pohoski, Święcicki”. Czyli politycy od PiS-u poprzez PO do Unii Demokratycznej, jeden profesor i dwie działaczki społeczne (Joanna Puzyna-Krupska jest założycielką i prezesem Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”). Oczywiście są i inni autorzy: redakcja ciekawego pisma nie wagaruje. A na okładce jest też zasygnalizowana rozmowa z Henryką Krzywonos, tramwajarką, która rozpoczęła strajk komunikacji miejskiej na Wybrzeżu, członkinią Prezydium MKS w Stoczni Gdańskiej, Polką Dwudziestolecia, naprawdę wielką postacią. Kończy się ów wywiad tak: 

”- Jak Pani ocenia lata prowadzenia rodzinnego domu dziecka? Czy czegoś Pani żałuje?

- Dzięki dzieciom przestałam myśleć o sobie, o swojej chorobie. Przecież jak się prowadzi dom i dzieci, to trzeba pójść po zakupy, zająć się wszystkim. Mimo że lekarze zabronili mi dźwigać, to przecież ja nie miałam czasu myśleć, czy mogę pół kilo złapać, czy kilo. Przeżyłam wszystkie te lata, które mi dawano. Dużo więcej niż mogłam dostać. Przeżyłam trudne i lepsze chwile z moimi dziećmi. Nie zamieniłabym tego nigdy na nic innego. Mogę mieć do nich, jak każda matka, o coś tam pretensje, mogę mieć pretensje, że do mnie nie zadzwonią, że już dawno u mnie nie byli i jeszcze inne rzeczy. Takie są koleje losu. Ja mam czasem takie pretensje. Dzwoni do mnie, a ja mówię: - No dobrze w ogóle, że zadzwoniłaś. Jestem wściekła, bo nie dzwoniła chyba dwa tygodnie. Ona mówi: - Mamo, przecież mama chyba rozumie, że ja pracuję. Nie, nie rozumiem... (...)

- Większość Pani kolegów z „Solidarności” zrobiła oszałamiającą karierę polityczną, a Pani nie... Nie żałuje Pani tego czasem?

- Ja też zrobiłam karierę! Jestem matką dwanaściorga dzieci!” 

Sapienti sat.

23:02, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 grudnia 2009
Szczepan, czyli jeden z miliardów

26 grudnia 2009
Dzieje Apostolskie 6,8-10; 7,54-60
”Szczepan pełen łaski i mocy działał cuda i znaki wielkie wśród ludu. Niektórzy zaś z synagogi, zwanej synagogą Libertynów i Cyrenejczyków, i Aleksandryczyków, i tych, którzy pochodzili z Cylicji i z Azji, wystąpili do rozprawy ze Szczepanem. Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego natchnienia przemawiał. Gdy usłyszeli to, co mówił, zawrzały gniewem  ich serca i zgrzytali zębami na niego. A on pełen Ducha Świętego patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: - Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Boga. A oni podnieśli wielki krzyk, zatkali sobie uszy i rzucili się na niego wszyscy razem. Wyrzucili go poza miasto i kamienowali, a świadkowie złożyli swe szaty u stóp młodzieńca, zwanego Szawłem. Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: -Panie Jezu, przyjmij ducha mego! A gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: - Panie, nie poczytaj im tego grzechu. Po tych słowach skonał.”

Dzisiejszy święty, Szczepan, to oczywiście Stefan, zeslawizowany pewnie jeszcze przed Wujkiem. Otóż jest on prototypem nie tylko męczennika chrześcijańskiego: także każdego człowieka spośród miliardów, który nie był chorągiewką na wietrze religijnego uniformizmu, umiał się postawić - i upadł pod ciosami oszalałych prześladowców. Iluż było, jest i pewnie będzie takich bohaterów. Nie napisałbym może: „pewnie będzie" kilka lat temu, gdy nie rozpoczęły się jeszcze prześladowania chrześcijan w Indiach. Wydawało mi się wtedy, że bastionami nietolerancji są już teraz głównie państwa pozostałe jeszcze po upadku komunizmu w Europie: Kuba i podobne reżymy azjatyckie. Ale okazało się, że moja religia ma więcej wrogów.

Można złośliwie komentować, że „ponieśli i wilka", że religia niegdyś nietolerancyjna teraz znalazła się pod wozem. i powinna cicho siedzieć wspominając własne grzechy. To jednak właśnie komentarz złośliwy, czyli krzywdzący. Bo nikomu nie wolno narzucać cudzego sposobu mówienia o Bogu.

Chrześcijaństwo jest dzisiaj religią wyjątkową źle traktowaną: 170 tysięcy ludzi ginie rocznie z powodu wiary w Chrystusa, co trzy minuty jeden człowiek. 350 milionów chrześcijan jest dyskryminowanych. Podobne liczby można mnożyć. Poza jawnymi prześladowaniami daleko od Europy stajemy wobec rosnącego zjawiska zwanego poprawnością polityczną, które polega na przesadnym lęku przed zarzutem nietolerancji. W setnym już numerze kwartalnika „Słowo i Życie" (pismo ewangelikalnej Wspólnoty Kościołów Chrystusowych) mamy szeroką polemikę z owym lękiem; każe on na przykład wojsku USA w Afganistanie niszczyć przysłane tam jednemu z żołnierzy egzemplarze Biblii w językach tego kraju, żeby tylko nie sprowokować wrogości miejscowej ludności muzułmańskiej. Myślę, że trzeba tu zaprawdę mądrości Salomonowej, żeby znaleźć jakiś złoty środek między postawą niezamierzenie prowokacyjną a „chowaniem się za samego siebie". Tu też oczywiście mamy problem krzyży w miejscach publicznych. Nie napiszę nic przesądzającego ową sprawę poza takim tekstem, który ukazał się w Wigilię w dzienniku „Metro".

Moja kolęda krzyżowa:

Gdy się Chrystus rodził,

na ten świat przychodził,

nikt się nie domyślał,

o co Mu tu chodzi.

Myślano, że z wrogiem

będzie wnet wojować,

A On najspokojniej

dał się ukrzyżować.

Chcesz być doń podobny,

zwyczajny człowiecze,

na krzyż pozamieniaj

wszystkie swoje miecze.

I zawsze się staraj

tak jak On wojować

i w obronie krzyża

dać się ukrzyżować.

16:55, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
piątek, 25 grudnia 2009
Ludzie Bożego gustu

25 grudnia 2009
Ewangelia Łukasza 2,13-14
„I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: - Chwała Bogu, na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie."

Pamiętam konsternację niektórych osób, gdy oparty na Wulgacie przekład Wujka został liturgicznie wyparty przez Biblię Tysiąclecia i naród nasz dowiedział się, że pokój nie należy się ludziom dobrej woli, tylko „tym, w których ma upodobanie". Była to mała rewolucja pojęciowa, bo za ową „dobrowolnością" kryła się nawet i PRL-owska idea wspólnego frontu wszystkich obywateli socjalistycznej ojczyzny: w enuncjacjach partyjnych padało takie okrągłe określenie. Oczywiście niezależnie od tego manewru propagandowego istniało autentyczne przekonanie, że jest coś, co łączy osoby różnych poglądów: szczera chęć ogólnoludzkiego szczęścia.

I oto ponadwyznaniowe kryterium zostało wyparte przez religijne. Nie przewróciłem się wtedy z zachwytu nową sytuacją, ale wnet znalazłem sobie pocieszenie. Wymyśliłem mianowicie, że kryterium „dobrowolności", na pozór służące tolerancji, dialogowi i tym podobnym współczesnym ideom, może zawodzić, gdy ocenę szczerości bliźniego pozostawimy samym sobie, czyli owo kryterium uczynimy w istocie mocno subiektywnym. Może lepiej osąd człowieka pozostawić Bogu, czyli samemu wstrzymać się od głosu? Tylko On bowiem „zna nerki i serce człowieka". Czyli nie należy z otoczenia Żłóbka usuwać kogokolwiek. Z ewangelii Łukaszowej, ale i trzech pozostałych wynika, że mogą tam by „celnicy i grzesznicy", czyli tacy, którzy nienagannie pobożnym wydają się być daleko od Betlejem. Idea uniwersalistyczna znajduje w ten sposób inne, może nawet lepsze ufundowanie.

A Bogu na wysokościach chwała. Czyli chwała każdemu dobru w sercach ludzkich, które zdaniem chrześcijan jest promykiem dobra absolutnego.

10:44, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 24 grudnia 2009
Słońce wschodzi...

Ewangelia Łukasza 1,78-89
„Dzięki wielkiemu zmiłowaniu naszego Boga nawiedzi nas z wysoka Wschodzące Słońce, by oświecić tych, którzy pozostają w mroku i cieniu śmieci, i skierować nasze kroki na drogę pokoju".

Końcówka hymnu, jaki wygłosił ojciec Jana Chrzciciela Zachariasz (przekład ekumeniczny 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego). Na pewno to jego słowa? W tej samej mierze, w jakiej były słowami Marii sformułowania jej hymnu „Magnificat", o czym pisałem przedwczoraj. Autora ewangelii nie było przy Zachariaszu, a tradycja nie mogła zadziałać dosłownie. Ważne jest samo teologiczne przesłanie tekstu. W terminologii astronomicznej (czy raczej astrologicznej) mamy tu powiedziane, że Chrystus jest  wschodzącym słońcem (dosłownie jest tam „wschód z wysokości", moi bibliści przetłumaczyli: ”światłość poranna z wysokości”). Wzeszło, by nas oświecić - i uspokoić. Chodzi o ten pokój (szalom), o którym usłyszymy także od aniołów koło Betlejem: o to szczęście największe, bo religijne.

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę takiego pokoju w wigilijny wieczór. Osobliwie pani Bronisławie Strojnowskiej, co mi „pożyczyła" miło na Święta i wciąż pisze, że czyta te pisanki. Wszystkim czytającym Bóg zapłać!

09:55, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 23 grudnia 2009
Prośba o pokorę

Psalm 25,4-5.8-10.14

”Daj mi poznać Twoje drogi, Panie,

naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami.

Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń,

Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję.

Dobry jest Pan i prawy,

dlatego wskazuje drogę grzesznikom.

Pomaga pokornym czynić dobrze,

pokornych uczy dróg swoich.

Wszystkie ścieżki Pana są pewne i pełne łaski

dla strzegących Jego praw i przymierza.

Bóg powierza swe zamiary tym, którzy się Go boją,

i objawia im swoje przymierze.


Daj mi, Boże, po prostu mądrość i to mi wystarczy. Bo człowiek mądry jest pokorny: wie, że napuszony nic nie zdziała. Zna swoje możliwości, zna też na tyle bliźnich, żeby wiedzieć, jak ich drażni cudza pycha, jak prowokuje do stawiania oporu. „Pokorne cielę dwie matki ssie" - powiada polskie przysłowie, ale to jest zasada raczej taktyczna niż etyczna. A mnie nie chodzi o taktykę, już raczej o takt. Nie chodzi mi o udawanie pokory, tylko o realizm: poznaj samego sienie i zobacz, na co cię naprawdę stać. W tym sensie rzeczywiście prawda zwycięży. A że będzie to czasem zwycięstwo dopiero za grobem, to fakt. Tyle że czasem także w ludzkiej dobrej pamięci zwyciężamy dopiero wtedy, gdy nas już tu nie ma.

22:32, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2009
Świętej Rodziny teologia wyzwolenia. Pius XII herosem?

”W owym czasie Maryja rzekła: - Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy, oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia. Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest imię Jego. A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenia nad tymi, co się Go boją. Okazał moc swego ramienia, rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich. Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił. Ujął się za swoim sługą, Izraelem, pomny na swe miłosierdzie. Jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. Maryja pozostała u Elżbiety około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.”

Przesławny hymn „Magnificat". Jest to tekst niebywały: Maria z Nazaretu wydaje nam się osobą całkiem domową, jeśli nawet mającą jakieś poglądy na tak zwane sprawy publiczne, to nie zabierającą głosu na ich temat. A tu manifest zaprawdę rewolucyjny: o strącaniu z tronu władców, nakarmianiu głodnych i odtrącaniu bogatych. 
Mój komentarz? Po pierwsze, autor Ewangelii nie poszedł z Maryją z Galilei do Judei, by odwiedzić wraz z nią jej krewną Elżbietę i nie posłyszał tam tego tekstu. Żadna z Ewangelii nie jest biografią Jezusa ani Jego bliskich, co napisałem tu już po wielokroć. Nie wynika z tego legendarność każdego wydarzenia, ale oznacza to na przykład, że dzisiejszy hymn to słowa ewangelisty, nie Maryi. Słowa zgodne z ogólnym przesłaniem tej ewangelii, promującej ludzi pozbawionych władzy i pieniędzy.
Teologia wyzwolenia? Jeżeli, to jednak nie marksistowsko-leninowska, tylko chrześcijańska. Chrystus bez karabinu - ale i daleki od wszelkich ośrodków świeckiej władzy, a bliski różnym wykluczonym. Chrystus wszystkich czterech ewangelii.
Nie są to, owszem - wracam do sprawy autorstwa tego hymnu - słowa Maryi, ale pomyślmy: jakich poglądów mogła być matka Jezusa, który tak ostro oceniał establishement ówczesnego Izraela? Nic nie wyniósł z domu rodzinnego, nic nie usłyszał od Maryi i Józefa ani nic tak rewolucyjnego nie miał w genach? Mało to prawdopodobne. Maria z Nazaretu musiała chyba myśleć bardzo śmiało.

Aktualia.
W Watykanie ogłoszono też heroiczność cnót papieża Piusa XII. Nie po mojej myśli. Wyłuszczyłem swoje wątpliwości wczoraj w „Gazecie Wyborczej", spróbuję je powtórzyć innymi słowami. Chodzi mi nie tyle o jego milczenie na temat Zagłady. Jest faktem, że wielu Żydów ocalił milcząc, że ówczesne wielkie mocarstwa też nie świeciły przykładem szczególnej troski o los Żydów europejskich, a ich się nie atakuje, że wreszcie publiczny głos obrończy episkopatu holenderskiego tylko zaostrzył prześladowania, więc wynik takiego głosu papieża nie był może oczywisty. 

Tylko że nie bronił on także dość mocno Polaków, w każdym razie nie publicznie. W ogóle była to ówczesna metoda działalności politycznej Watykanu: gabinetowa dyplomacja zamiast profetycznego świadectwa. Co gorsza, dyplomacja mająca na oku nie tyle w ogóle prawa człowieka, ile prawa samego Kościoła. I była to metoda rządzenia Kościołem autorytarna, tłumiąca co odważniejszą myśl teologiczną. Myśliciele katoliccy, którzy za panowania Piusa XII byli pozbawiani prawa głosu, za następnych papieży zostawali kardynałami, ekspertami Soboru Watykańskiego II, okazywali się wręcz filarami intelektualnymi Kościoła.
Można by jakoś bronić tego papieża, który nie był przecież bezdusznym satrapą, ale człowiekiem autentycznej wiary i jakiejś miłości. Być może był więźniem systemu, którego sam nie stworzył, tylko odziedziczył po poprzednikach. Niemniej stał się jego twardym strażnikiem. Szczerze przekonany o własnych kompetencjach intelektualnych, lubił sam decydować o wszystkim. Nie była to pewnie po prostu pycha, ale pokora też nie. Na pewno poważnie przeżywał dramat wojny, ale czy jego duchowe rozterki zeń wynikłe były aż tak bolesne, że ich znoszenie wymagało wręcz heroizmu?

Jan XXIII beatyfikowany został wraz z Piusem IX, Jan Paweł II zmierza na ołtarze wraz z Piusem XII, tym od osławionego „Syllabusa". Chodzi zapewne o pokazanie, że papieże poprzedniej epoki też mogli być święci, że nie była to czarna dziura. Tyle że osobista świętość Jana XXIII i Jana Pawła II zwyczajnym ludziom rzuca się w oczy, a obaj Piusowie wydają się głównie obrońcami instytucji kościelnej bez jakichś szczególnych cnót osobistych.

14:24, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Erotyczne pieśń biblijna oraz „Więź" małżeńska

Pieśń nad pieśniami 2,8-14
”Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia. Oto stoi za naszym murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Miły mój odzywa się i mówi do mnie: - Powstań, przyjaciółko moja, piękna moja, i pójdź! Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Na ziemi widać już kwiaty, nadszedł już czas przycinania winnic, i głos synogarlicy już słychać w naszej krainie. Drzewo figowe wydało zawiązki owoców i winne krzewy kwitnące już pachną. Powstań, przyjaciółko moja, piękna moja, i pójdź! Gołąbko moja, ukryta w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku".

Biblia jest bogata w rodzaje literackie, zawiera też ów poemat erotyczny czy raczej cykl pieśni erotycznych szczególnej piękności. Erotyczny: można tę miłość rozumieć jako relację religijną, między człowiekiem czy wspólnotą ludzką a Bogiem, między Bogiem i Izraelem czy między Chrystusem a Kościołem. Takich interpretacji starożytnego tekstu było na przestrzeni wieków bardzo wiele. Według wstępu do Biblii Poznańskiej te pieśni weselne, o trudnej do ustalenia dacie powstania (X-VI w.), zaczęły w starożytnym Izraelu nabierać głębszego, religijnego znaczenia. Powstała wręcz druga redakcja księgi, będąca wyraźną przeróbką pierwszej. We wstępie do księgi w Biblii Paulińskiej czytamy wszakże, że „autor jednak nigdzie nie daje wskazówki, że tekst należy rozumieć jako przenośnię czy alegorię. Analogie z twórczością miłosną starożytnych sąsiadów Izraela każą te pieśni rozumieć raczej w ich podstawowym sensie".
Takie samo stwierdzenie znalazłem we wstępie do księgi w polskim wydaniu Biblii Jerozolimskiej: „Wzrasta liczba egzegetów katolickich, którzy ograniczają się do interpretacji dosłownej, która obecnie cieszy się powszechnym poparciem. Jest w tym nawiązanie do najstarszej tradycji, która nie dostarcza żadnych śladów alegorycznej interpretacji Pieśni nad pieśniami przed narodzeniem Chrystusa, nie ma ich również w pismach z Qumran. Także Nowy Testament nie dostarcza takiego świadectwa. (...) Jest to zbiór pieśni opiewających wzajemną i wierną miłość, której pieczęcią jest małżeństwo. Księga głosi prawowitość ludzkiej miłości i wysławia jej wartość. Temat księgi jest wyłącznie świecki, gdyż sam Bóg pobłogosławił małżeństwo, pojmowane w mniejszym stopniu jako środek służący prokreacji, a raczej jako serdeczną i stałą wspólnotę mężczyzny i kobiety".
Spór biblistów zatem, ale mający przyczyny pozabiblijne? W Kościele katolickim dokonała się przecież rewolucja myślowa, nastał - tak to nazwałem kiedyś - koniec ery manichejskiej, trwającej od pierwszych wieków istnienia Kościoła. Gdy ustał wreszcie kościelny lęk przed seksem, można śmiały erotycznie poemat (cytowani komentatorzy kościelni jakby przepraszają czytelników za tę śmiałość) rozumieć bez prób czynienia go bardziej „wzniosłym".

Lektura.
Przeczytałem coś na temat dzisiejszy, bo o małżeństwie, mianowicie listopadowo-grudniową „Więź" na ten temat. Numer BARDZO ciekawy! Moje rodzinne pismo (31 lat pracy tamże!) dzielnie radzi sobie mimo trudności finansowych (niedola dzisiejsza miesięczników), wydając zeszyty różnej scjencji pełne, a przy tym nienudno pisane.
Z rzeczonego numeru dowiadujemy się w tekście Ewy Karabin, jak definiował małżeństwo np. M. Samuel Bogumił Linde: „Małżeństwo jest między osobami, zdolnemi je zawierać, mężczyzny i niewiasty porządne złączenie, społeczność żywota nierozdzielną mając. W Kościele katolickim siódmy sakrament. (...) Złączenie mężczyzny z niewiastą przez kontrakt prawny, dla nabycia płodu czynione".

Ks. Franciszek Longchamps de Bérier, z dynastii prawniczej (jego dziadek i imiennik, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, był przedobry i przeuroczo dowcipny), tłumaczy, jak się miało małżeństwo w starożytnym Rzymie. Otóż nie na darmo prawo rzymskie jest dla jurystów niemal świętością: dwadzieścia parę wieków temu małżeństwo było nad Tybrem zapięte prawnie na ostatni guzik! Niemniej - to dla mnie rewelacja - nie było instytucją w ścisłym sensie tego słowa prawną! Prawo to w ogóle przestrzeń myślowa dla laika nieprosta. O dużej erudycji świadczą także artykuły trojga dziennikarzy: Tomasza Ponikły o ewolucji prawnej „w tym temacie" w ogóle, Joanny Petry Mroczkowskiej o dyskusjach w USA, Joanny Pietrzak-Thébault - o dyskusjach i rzeczywistości we Francji. 

Warto wiedzieć na przykład, że w USA spada co prawda liczba zawieranych małżeństw, ale również rozwodów. I zamyślić się nad tym, co napisała jako puentę pierwsza pani Joanna: „Wkroczyliśmy zatem w erę (względnie...) wolnego wyboru. W sytuacji pluralizmu kulturowego kurczy się kategoria - takiej czy innej, ale jedynej - normy społecznej. Czy się nam to podoba, czy nie, dotyczy to wyboru religii oraz sposobu życia, którego elementem może być małżeństwo. Ludzie dokonujący wyboru muszą widzieć sens wybranej drogi. Tradycja, presja, legalizm nie wystarczą". 

A pocieszyć można się puentą artykułu pani Joanny drugiej: „Ktoś powiedział mi, że Francja jawi mu się, jako kraj szczęśliwych, dożywotnich, nierozerwalnych konkubinatów. Coś w tym jest! Dodam tylko: konkubinatów (PACS-ów) z gromadką dzieci. Ciekawe jednak, że duża część osób zawierających związek w praktyce mówi o nim jako o etapie przygotowawczym czy wstępnym do «prawdziwego» małżeństwa. Coraz częstsze są we Francji śluby, także kościelne, które mają za sobą wiele lat wspólnego życia, nierzadko potwierdzonego obecnością kilkorga dzieci, a sakrament małżeństwa i chrztów dzieci bywa sprawowany jednocześnie. Być może PACS staje się zatem rodzajem «małżeństwa na próbę» - nie tyle ucieczką od odpowiedzialności, ile odsuwaniem jej na potem? Czy w przyszłości, paradoksalnie, nie będzie on działać na korzyść małżeństwa pojmowanego jako zaangażowanie szczególne i jedyne?" Cóż to jest ów PACS? Poczytajmy.

Ciągnąc wpis lubię sobie pocytować, więc przytoczę z kolei jedną z „ramek" zamieszczonych w artykule Marka Rymszy, gdzie jest myśl Zygmunta Baumana, myśliciela przecież zgoła niekościelnego: 
”To miłe, może nawet rozkoszne i koniec końców wspaniałe, że seks jest tak «wyzwolony». Sęk w tym, jak uchronić go przed dryfowaniem, kiedy cały balast wyrzucono za burtę. (...) Przyjemnie jest łatać, ale lot bez sterów jest już tylko koszmarem. (...) Nieznośna lekkość seksu? (...) Intymne związki seksu z miłością, bezpieczeństwem, trwałością, nieśmiertelnością-która-zapewnia-trwanie-rodu, nie były ostatecznie aż tak bezużyteczne i krępujące, jak to niegdyś sądzono, odczuwano i deklarowano. Być może ci starzy i ponoć staroświeccy towarzysze seksu byli jego niezbędnym wsparciem (niezbędnym nie dla technicznej perfekcji wykonania, lecz dla czerpania z niego satysfakcji). (...) Być może te zobowiązania były raczej dowodem przenikliwości kultury niż symbolem jej zafałszowań lub błędnych wyobrażeń.”

A na koniec końcówka tekstu Marii Rogaczewskiej i Moniki Waluś: 
„Być może jedną z najważniejszych spraw jest głębsza refleksja nad sensem małżeństwa - z szacunkiem do rodziny, ale bez myślenia, że małżeństwo jest tylko dodatkiem do rodziny, podstawowej komórki społecznej. Dzieci nie są jedynym celem małżeństwa. To skądinąd prawda, że w dobrych małżeństwach lepiej się chowają dzieci, mężczyźni i kobiety są zdrowsi, domy bardziej zadbane, a społeczeństwo żyje spokojniej - ale to raczej skutki uboczne. Małżeństwo to niewidzialna rzeczywistość duchowa, to coś więcej niż tylko jego społeczne i ekonomiczne owoce. Małżeństwo jest możliwe, bo człowiek jest osobą potrzebującą relacji i trwałych więzi. W ogóle - niedobrze, by człowiek był sam." 

Nie miał racji zatem rabin z pewnego szmoncesu. Przyszedł doń Icek po radę, czy się w ogóle żenić, a ten natchnął go sceptycyzmem: - Icek, wszystko jedno, co byś nie zrobił, tak czy tak będziesz żałował. Z powyższego numeru „Więzi" wynika, że tym razem mędrzec nie miał racji.

14:26, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
On będzie Pokojem

Wpis na niedzielę 20 grudnia 2009 
Księga Micheasza 5,1-4a
”To mówi Pan: -A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich. Z ciebie wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności. Przeto Pan wyda ich aż do czasu, kiedy porodzi mająca porodzić. Wtedy reszta braci Jego powróci do synów Izraela. I powstanie, i będzie ich pasterzem mocą Pana, przez majestat imienia Pana Boga swego. Będą żyli bezpiecznie, bo Jego władza rozciągnie się aż do krańców ziemi. A On będzie pokojem.”
Znów przepowiednia niewątpliwie mesjańska, choć też można by pewnie jakoś redukować jej „nadnaturalność". Interpretacja chrześcijańska jest w każdym razie taka, że tym, który jest pokojem, jest Jezus Chrystus. Ale zapanuje dopiero „na końcu wieków."

14:26, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 grudnia 2009
Znaki ginekologiczne i inne

Księga Sędziów 13,2-7.24-25a
Ewangelia Łukasza 1,5-25
Dwie opowieści paralelne: o niepłodnej matce Samsona i o również niemogącej urodzić Elżbiecie, matce Jana Chrzciciela. Gdy w końcu urodzą, te wydarzenia są w Biblii znakami szczególnego działania Bożego, tak jak tym bardziej było z Marią z Nazaretu. Zapyta może czytelnik Biblii: czemu dzisiaj choćby na przykład Karol Wojtyła nie urodził się w sposób jakoś niezwykły? Pytanie nasuwa się i mnie - i odpowiadam sobie głośno myśląc, że dzisiaj takie znaki „ginekologiczne" nie są ludziom potrzebne. Wystarczył znak życia Karola Wojtyły-Jana Pawła II po jego urodzeniu. Oczywiście cieszę się, że jego beatyfikacja postąpiła wydatnie naprzód. A heroiczność jego cnót była dla mnie oczywista od dawna.

11:30, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 18 grudnia 2009
Nie dziwmy się Żydom

Księga Jeremiasza 23,5-8
”Pan mówi: - Oto nadejdą dni, kiedy wzbudzę Dawidowi Odrośl sprawiedliwą. Będzie panował jako król, postępując roztropnie, i będzie wykonywał prawo i sprawiedliwość na ziemi. W jego dniach Juda dostąpi zbawienia, a Izrael będzie mieszkał bezpiecznie. To zaś będzie imię, którym Go będą nazywać: »Pan naszą sprawiedliwością«. Dlatego oto nadejdą dni, mówi Pan, kiedy nie będą już mówić: »Na życie Pana, który wyprowadził synów Izraela z ziemi egipskiej!«, lecz raczej: «Na życie Pana, który wyprowadził i przywrócił pokolenie domu Izraela z ziemi północnej i ze wszystkich ziem, po których ich rozproszył», tak że będą mogli mieszkać w swej ziemi".

Proroctwo sprawdziło się? Współczesna biblistyka nie traktuje proroctw biblijnych jak różnych dawnych i współczesnych przepowiedni przyszłości. W ogóle prorok to w Biblii wizjoner nie tyle przyszłości, ile teraźniejszości: ktoś, kto teraźniejszość widzi o wiele ostrzej i jaśniej niż przeciętny człowiek, kto „wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu" (to, co prawda, Conrad, nie Biblia). Wizja prorocze Pisma Świętego są wyrazami nadziei, ufności Bogu, który rządzi światem sprawiedliwie, a nie przewodnikami turystycznymi po przyszłości. Prześwitują przez nie, owszem, jakoś przyszłe fakty. Słynne Izajaszowe „Oto Panna pocznie i porodzi syna", jeśli nawet odnosiło się do urodzenia kogoś współczesnego przez młodą mężatkę, jak uważają niektórzy uczeni, to - rzecz znamienna - już grecki przekład Biblii Septuaginta ma tu wyraźnie dziewicę. Ale dosłowne rozumienie wielu innych tekstów proroczych zawodzi, też tego dzisiejszego. Jeżeli się te słowa ziszczą, to wtedy, gdy Chrystus przyjdzie ponownie, już jako Władca, albo po raz pierwszy, jako Mesjasz teologii żydowskiej.

Jednak i tu można widzieć „prześwit": oto „Juda i Izrael" (chodzi tu o państwa żydowskie południowe i północne albo oba już zjednoczone, nazwane dwoma synonimami) istnieją dzisiaj, i to razem, ponownie. Czy bezpiecznie, to inna sprawa, i czy niebezpiecznie tylko z cudzej winy, to jeszcze bardziej inna. Bo też święta „Odrośl Dawida" jeszcze nie króluje, nie rządzi, na pewno nie rządzi w dzisiejszym Izraelu.

Ale tu też takie moje głośne myślenie: gdyby przed rokiem 1918 albo 1989 zjawił się jakiś Piłsudski albo Wałęsa i nagle okazało się, że bynajmniej nie załatwił wolności, że go cudza władza powiesiła na szubienicy jak Traugutta - nie wzięłaby nas cholera, gdyby jacyś nawiedzeni twierdzili, że niemniej był to Wyzwoliciel? Nie dziwmy się tak bardzo ówczesnym Żydom.

17:44, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 grudnia 2009
Juda, czyli Żyd

Księga Rodzaju 49, 2.8-10
”Jakub zwołał swoich synów i powiedział do nich: - Zbierzcie się i słuchajcie, synowie Jakuba, słuchajcie Izraela, ojca waszego! Judo, ciebie sławić będą twoi bracia, twoja bowiem ręka na karku twych wrogów! Synowie twego ojca będą ci oddawać pokłon! Judo, młody lwie, na zdobyczy róść będziesz, mój synu: jak lew czai się, gotuje do skoku, do lwicy podobny, któż się ośmieli go drażnić? Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród jego kolan, aż przyjdzie Ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów!”.

Tak to patriarcha Jakub wyróżnia tego właśnie swego syna. Czemu właśnie jego? W opowieściach Księgi Rodzaju Juda nie zajmuje miejsca szczególnego, bo za takie trudno uznać jego związek dość sensacyjny związek z Tamarą ani to, że gdy bracia chcieli się zemścić na Józefie, Juda i pierworodny Ruben wykazali litość nad nim. „Encyklopedia katolicka” przypuszcza, że takie wyróżnienie Judy „odzwierciedla sytuację pokoleń Izraela w czasach Dawida (schyłek XI w. przed Chrystusem). Za czasów Dawida pokolenie Judy przerodziło się w państwo. W jego stolicy, Hebronie, Dawid został namaszczony na króla «przez mieszkańców Judy» (2 Księga Samuela 2,4), by władał tą przypuszczalnie luźną federacją południowych plemion”. Sukces Dawida czyni dalej to pokolenie najważniejszym, choć nie jest ono kapłańskim: istnieje mocna tradycja, że z niego wyjdzie mąż opatrznościowy, Mesjasz. W dzisiejszym tekście z Ewangelii Mateusza (1,1-17) mamy rodowód „Jezusa Chrystusa, syna Dawida”. 

I historia potoczyła się dalej tak, że imię tego z dwunastu braci staje się nazwą całego niezwykłego ludu.

16:42, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 16 grudnia 2009
Rozterki samego Jana Chrzciciela

Ewangelia Łukasza 7,18b-23
”Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Jezusa z zapytaniem: - Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść czy też innego mamy oczekiwać?. Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: - Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: czy Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: - Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we mnie nie zwątpi".

Bibliści to uczeni, a uczony powinien zadawać pytania, unikać odpowiadania w chórze, nawet upierać się przy własnym zdaniu. Powyższa perykopa nasuwa problem: mój Patron sam nie miał wątpliwości, chciał tylko, by nie mieli ich uczniowie, czy też trapiły również jego samego?
Czyżby zatem Jan Chrzciciel zwątpił w mesjańskie powołanie swego krewniaka? Są na ten temat różne zdania. Nie będziemy tu rozstrzygać tej kwestii -- zostawmy ją fachowcom. Zauważmy wszakże jedną rzecz, chyba bezsporną: miedzy nauczaniem Jana i Jezusa istniały poważne różnice, które w wypadku człowieka innej klasy duchowej prowadziłyby do konfliktu. Skłaniali być może doń Jana jego uczniowie, którym nie podobał się Jezusowy stosunek do sprawy postów (Mt 9, 14 - według Mk 2, 18 z pytaniem w sprawie tego umartwienia wystąpili uczniowie Jana wraz z faryzeuszami, a według Łk 5, 33 sami faryzeusze i uczeni w Piśmie). Dzieliła ich przecież nie tylko kwestia wierności wobec przepisów Prawa, ale również -- to też wydaje mi się bezsporne -- pojmowanie posłannictwa mesjańskiego. Działanie Jezusa, który nie karał przeciwników Mesjasza, chyba jednak nie było dla Jana całkiem zrozumiałe.

Można by ogólnie powiedzieć, ze nauczanie mego Patrona znajdowało się jakoś na pograniczu dwóch Testamentów, czyli że tajemnica mesjańska była nawet i dla niego częściowo niezrozumiała. Oczywiście, nie w tym stopniu, co dla przeciętnego Izraelity. Przecież zdanie: ”A nie myślcie, że możecie sobie mówić:- Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni Bóg może wzbudzić dzieci Abrahamowi” -- tchnie wręcz jakimś uniwersalizmem, a w każdym razie jest bardzo ostrą krytyką nacjonalistyczno-religijnego ,,zadufkostwa". Janowa koncepcja Mesjasza nie była więc koncepcją polityczną.

Jezus dał posłom Janowym odpowiedź pośrednią, powołując się na teksty Izajasza odnoszące się do czasów mesjańskich. Czy wystarczyła ona w pełni temu, który owych posłów wysłał? Chyba raczej dane mu było zakończyć życie w półmroku. Światło wiary paschalnej, wiary, którą otrzymali uczniowie Pańscy po Zmartwychwstaniu, nie było mu przeznaczone. Co nie znaczy, że nie uważał Jezusa za Mesjasza: mógł uważać, ale nie rozumieć.
W mowie wygłoszonej po odejściu posłów, Jezus nazwał Jana wręcz największym z ludzi. Zaraz jednak dodał, że najmniejszy w Królestwie Niebieskim, czyli w nowej erze historii zbawienia, większy jest niż on. Większy, bo więcej rozumie.

Prostował Mesjaszowi drogę, ale nie mógł iść za Nim, mimo że żyli równocześnie. Rozdarty między dwie epoki historii Zbawienia -- miał pozostać po trosze w pierwszej.

15:40, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
wtorek, 15 grudnia 2009
Dogmatyka czy etyka?

Ewangelia Mateusza 21,28-31

„Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: - Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy. Ten odpowiedział: - Idę, panie, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: - Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: - Ten drugi"

Całe życie się człowiek uczy, także Biblii. Kto ma przekład inny niż ten Tysiąclatki, niech sprawdzi, czy nie różni się on jakby zasadniczo od powyższego, czy aby nie jest tam powiedziane, że synem pozytywnym był ten pierwszy. Albowiem w różnych rękopisach biblijnych jest różnie! Byłabyż  to wielka różnica, wręcz inne przesłanie etyczne? Zajrzałem do tłumaczenia „interlinearnego" ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego, gdzie jest grecki oryginał, i dowiedziałem się, że nie jest tak źle. Przesłanie moralne to samo, tylko kolejność braci różna: w innych przekładach mowa jest najpierw o tym, co jednak w końcu posłuchał.

A morał jest oczywisty: o takich, co dużo mówią, a mało robią, są nawet odpowiednie przysłowia z bohaterami zwierzęcymi (psem i krową). No i nie powstrzymam się od napisania po raz setny, że jest to ewangelijna podstawa do twierdzenia, iż bywają „anonimowi chrześcijanie", czyli tacy, co deklarują niewiarę, ale postępują tak, jakby naśladowali Chrystusa. Ewangelia Mateusza mówi to jeszcze wyraźniej w rozdziale 25, gdzie postawa wobec Jezusa sprawdza się w postępowaniu wobec „jednego z Jego braci najmniejszych".

Sprawa jest fundamentalna także dla najszerzej pojętego ekumenizmu. Kiedy bowiem nasz sposób pojmowania i chwalenia Boga wydaje nam się ważniejszy niż wszystko inne, bo jest nasz, wtedy inne wiary (i niewiary) są nic nie warte, choćby błyszczały bogactwem duchowym i moralnością ich wyznawców. Albo inaczej: co jest ważniejsze - dogmatyka czy etyka? Wiara czy uczynki? Nie jest to jednak alternatywa: wiara jest ważniejsza nawet, jest bowiem korzeniem, fundamentem wszystkiego. Ale poznaje się ją po owocach.

14:47, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Bóg jako wielka Murzynka

Psalm 25,4-9

”Daj mi poznać Twoje drogi, Panie,

naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami.

Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń,

Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję.

Wspomnij na swoje miłosierdzie, Panie,

na swoją miłość, która trwa od wieków.

Tylko o mnie pamiętaj w swoim miłosierdziu,

ze względu na dobroć Twą, Panie.

Dobry jest Pan i prawy,

dlatego wskazuje drogę grzesznikom.

Pomaga pokornym czynić dobrze,

pokornych uczy dróg swoich.”


Powinniśmy modlić się nie tylko: „Daj mi poznać Twoje drogi, Panie", ale może przede wszystkim: „Daj mi poznać Się". Zgodnie z powiedzeniem jakiegoś klasyka katolicyzmu, że problem istnienia Boga należy rozpoczynać od pytania, w jakiego Boga wierzymy/nie wierzymy.

Przeczytałem ostatnio powieść. Nieczęsto mi się to zdarza, za dużo obowiązkowych lektur nieliterackich, staram się jednak czasem o godziwą rozrywkę, jakieś lekkie „czytanki". Tym razem była to lektura lekka, ale bardzo poważna zarazem. Literacko słabiutka, chwilami wręcz kiczowata - ale religijnie doniosła. Czytanka dewocyjna? Nie, w pewnym sensie nawet wręcz przeciwnie.

Poleciła mi ją Czytelniczka. Napisała: „Nie jest to literatura z najwyższej, a nawet wysokiej półki. Do dziewięćdziesiątej strony to banalna rodzinna historia z elementem sensacji. (...) Nie mnie - wychowanej w ultrakatolickiej rodzinie - choć rozstałam się z Kościołem ponad pięćdziesiąt lat temu i ciągle nie mam powodów, by wracać - ta książka zrobiła wrażenie, bo podzielam zawartą w niej koncepcję Boga. Koncepcję oddaloną o lata świetlne od tej, której hołduje Polski Kościół Powszechny"

Czytelniczka poprosiła, abym o tej książce napisał, co uczynię tutaj, potem może w „Metrze". Ale najpierw dane bibliograficzne.  William P. Young: „Chata" Tłumaczyła (dobrze) Anna Reszka. Wydawnictwo „Nowa Proza sp. z o.o. (www.nowaproza.eu). Na okładce też reklama, że to bestseller numer 1 „New Jork Timesa" - ponad 6 milionów sprzedanych egzemplarzy, oraz podtytuł: „Gdzie tragedia zderza się z wiecznością". A na tzw. czwartej stronie okładki opinii reklamujących kilka.

Jakaż to koncepcja Boga? Otóż bohaterowi tej książki przyśnił się On w sposób daleki jest od tradycyjnych wyobrażeń. Jest - owszem - w Trójcy Jedyny - ale Bogiem Ojcem jest potężna, choć urocza Murzynka. No cóż, obowiązuje feminizm plus poprawność polityczna. Duchem Świętym jest oczywiście też kobieta (jakby Arabka), zgodnie z plotką, jakoby greckie słowo „Pneuma" było rodzaju żeńskiego (jest nijakiego: Tchnienie). Ale to są w istocie detale. Bóg Ojciec w którejś odsłonie snu pojawia się jako biały mężczyzna, a Jezus jest jednak cały czas mężczyzną, bo też w ogóle nie o to chodzi. Chodzi - by tak rzec nadal antropomorfizując - o charaktery tych Osób. Czy raczej o ich postawy duchowe: otóż One kochają. Kochają się nawzajem - Trójca jest wspólnotą idealnej miłości - i kochają ludzki ród. Bóg występuje w powieści pod nazwą „Tata" i w tym jest cała ta teologia.

Oczywiście nie jest to teologiczna rewelacja ani nawet duszpasterska. To tylko powieściowe powiedzenie tego, co piszą teologowie niewątpliwie poważniejsi od autora „Chaty". Nie sięgając w przeszłość: wielki dzisiejszy piewca takiego Boga ks. Wacław Hryniewicz, ojciec Anzelm Grün, którego „Ewangelie" tu uporczywie reklamowałem. Wśród duszpasterzy z taką koncepcją pastoralną poza Grünem, który jest także „pastoralistą", na pierwszym miejscu wymienię brata Rogera z Taizé i cały ten niebywały zakon (złe słowo, ale jak powiedzieć inaczej, przecież to faktycznie nie jeden klasztor), który raczej pociesza, niż straszy. No właśnie - o strach tu chodzi. I smutek. Bóg jest lekarzem tych psychicznych przypadłości.

Widać również chrześcijaństwo amerykańskie (jednak wciąż raczej protestanckie) potrzebuje takiej teologii, jeżeli książka tam tak zabłysła. A na pewno potrzebuje jej chrześcijaństwo (nie tylko rzymskokatolickie) nad Wisłą i Wartą. Tomasz Terlikowski wraz z „Frondą" rozedrze szaty: ależ to przeraźliwe zmiękczanie chrześcijaństwa, sekundowanie cywilizacji, która zatraciła pojęcie grzechu! Otóż nie. O grzechach jest w „Chacie" bardzo dużo, tylko mądrze. Bóg mówi do bohatera: nie trzeba kochać zasad moralnych, ale ludzi.

Przypominam słowa dzisiejszego psalmu:

„Dobry jest Pan i prawy,

dlatego wskazuje drogę grzesznikom."


Wskazuje właściwie, gorzej z ludźmi, którzy zapędzają nas na bezdroża świętego paragrafu.

14:28, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
Żołnierze sprawiedliwi

Wpis na 13 grudnia 2009



Ewangelia Łukasza 3,10-18

W adwencie liturgiczno-biblijny festiwal mojego Jana Chrzciciela. W dzisiejszym fragmencie ewangelii Łukasza zwróciłem uwagę na instrukcję Jana dla żołnierzy: „Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestańcie na swoim żołdzie”. A to dlatego, że przypomniała mi się opowieść mojej duchowej siostry, Hani z Grętkiewiczów Jarodzkiej, z którą wychowałem się w moich rodzinnych okołosandomierskich Wlonicach podczas wojny. Wraz ze swymi rodzicami uciekała z „Wartegau” na wschód przez Koluszki. Tam na dworcu kolejowym potwornie zmarzniętym dzieckiem zaopiekował się jakiś funkcjonariusz niemiecki, zabrał je do swego ciepłego pomieszczenia, napoił gorącą herbatą.

Wiele lat temu wraz z Grzegorzem Polakiem opracowaliśmy książkę pt. „Dziesięciu sprawiedliwych”, o Niemcach (i Austriakach), którzy podczas wojny jako żołnierze Wehrmachtu (i innych okupacyjnych służb, czasem nawet SS) zachowywali się po ludzku, nieraz wręcz bohatersko. Z opowieści usłyszanych przeze mnie po wydaniu tamtej książki mógłby niemal powstać drugi jej tom.

Inną opowieść z tego cyklu napisał mi na przykład w liście pan Michał Horoszewicz, którego ciekawe publikacje tu czasem cytuję. Mianowicie W. Szczucki, sekretarz niegdysiejszego Związku Zawodowego Drukarzy, w czasie masowych egzekucji popowstaniowych na Woli schronił się z kimś drugim w jakimś opuszczonym pokoju. Usłyszawszy kroki i głosy niemieckie, schowali się pod łóżkiem. Ale jeden z żołnierzy tam przepisowo zajrzał, spojrzenia jego i Szczuckiego spotkały się. „W oczach żołnierza przemknął cień wahania. Pochylił się, jak gdyby zaglądając pod łóżko. Wyprostował się i raz jeszcze zajrzał wprost w oczy zastygłego w przerażeniu Szczuckiego. Rzucił głosem obojętnym do kolegi: - Nie ma nikogo, chodźmy”. Poprzestał na swoim żołdzie...

13:43, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 grudnia 2009
Niepokalanie poczęci

Ewangelia Łukasza 1,26-38

Dziś uroczystość rzymskokatolicka: Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Mówiąc zwyczajnie, przeżywanie wiary, że wśród ludzi był kiedyś ktoś idealnie dobry. Jest to jeden z elementów doktryny mojego Kościoła, będący (oczywiście dyskusyjną w chrześcijaństwie) dedukcją z Biblii: nie ma w niej o tym mowy - przepisany na dzisiaj tekst ewangelijny mówi o Zwiastowaniu tylko. Wyrażenie „pełna łaski" nie musi oznaczać aż takiej świętości - ale i interpretacji katolickiej nie wyklucza.

Bezdyskusyjne jest w każdym razie, że nie chodzi tu o dziewicze poczęcie Jezusa przez Marię z Nazaretu: to dwie zupełnie różne sprawy. Czego to ludzie nie poplączą: są tacy, co za dogmat przyjmują, że także Maryja została poczęta bez udziału mężczyzny!
A teraz trochę o wątpliwościach wokół dogmatu dziś świętowanego.
Idea Niepokalanego Poczęcia, żywa w świadomości Ludu Bożego od bardzo dawna, otrzymała ostateczne potwierdzenie władzy kościelnej dopiero w wieku XIX, jako że wzbudzała opory wielu wybitnych teologów, łącznie z Tomaszem z Akwinu. 

Obecnie również spotkać można wątpliwości, nawet wśród „najlepszych" katolików. Co prawda chyba nie te, które żywił Tomasz czy Bonawentura, a dziś np. Paul Evdokimov w swoim dziele Prawosławie. Teologowie ci obawiali się sugestii, iż Matka Chrystusa nie potrzebowała zbawienia. Odpowiedź wydaje się dzisiaj dość prosta: owszem, również potrzebowała, a Jej przyjście na świat bez grzechu pierworodnego jest właśnie wynikiem zbawienia - jako faktu działającego również „wstecz", bo w ogóle ponad czasem. Przecież zbawienie objęło również ludzkość z czasów Starego Przymierza.

Opory budzi dziś raczej co innego. „Jeśli było możliwe - powiedział mi ktoś - by jeden człowiek przyszedł na świat bez owego moralnego kalectwa, jakim jest grzech pierworodny, to dlaczego Pan Bóg nie uchronił odeń nas wszystkich?"

Otóż myślę, że wiele światła na tę sprawę rzuca przypowieść o talentach. Przede wszystkim samo to, że Bóg rozdziela je nie według zasady: każdemu po równo. Jeden z nas otrzymuje więcej, drugi - mniej. Dotyczy to talentów artystycznych, intelektualnych czy sportowych, no i właśnie - duchowych. Przecież Jan Paweł II miał inny start moralny niż Hitler. Widzimy naokoło siebie ludzi gorszych lub lepszych „z natury"; skłonni nawet czasem jesteśmy powątpiewać w różnicę ich rzeczywistych zasług, ich naprawdę własnych sukcesów duchowych - tak ogromną rolę zdają się odgrywać dziedziczne czy środowiskowe uwarunkowania. Powinniśmy wierzyć, że nie determinują nas całkowicie, że działając na nas poprzez te uwarunkowania i w każdy inny sposób, Bóg pozostawia nam jakieś miejsce dla wolnego wyboru - niemniej mamy różne możliwości rozwoju.

Jeśli zatem owa różnica startu duchowego jest zjawiskiem ogólniejszym, nie powinniśmy bardzo się dziwić kościelnej teorii na temat Marii iż Nazaretu.
Moglibyśmy się owej teorii dziwić, gdyby ją rozumieć w ten sposób, jakoby Maria dzięki swemu maksymalnemu talentowi duchowemu zwolniona była od konieczności moralnego wysiłku, jakoby Jej świętość była niejako automatyczna. „Dola człowiecza" Marii z Nazaretu byłaby wtedy istotnie różna od naszej. I tu jednak należy zastosować przypowieść o talentach: przecież wynika z niej, że trzeba je własnym wysiłkiem pomnażać. Bardzo nam trudno wyobrazić sobie życie osoby tak świętej, jak Maria - ale nie było ono przecież bezkonfliktowe. Jeśli nawet Chrystus był kuszony, to tym bardziej i Jego Matka nie była wolna od jakichś rozterek moralnych. Wrodzona czystość moralna, bezgrzeszność sprawiała „tylko" to, że wybierała zawsze dobro.

Dogmat Niepokalanego Poczęcia uzasadniano jeszcze niedawno w sposób feudalny: Bóg nie mógł urodzić się ze „zwykłej" kobiety, „wypadało", żeby Maria nie była skalana żadnym grzechem. Dar ów nazywano przywilejem - gdy tymczasem zgodnie z duchem Biblii należałoby mówić raczej o powołaniu. Matce Jezusa została dana szczególna moc duchowa dla spełnienia szczególnego zadania. Jezus, jak każdy człowiek, otrzymał przecież wiele od innych ludzi, a szczególnie od swej Matki, tak przez dziedziczenie, jak i wychowanie. Opatrzność zapewne i tu działała w sposób zwyczajny, poprzez przyczyny „wtóre".

Oto zatem w dialogu Boga z ludzkością zdarzyło się, że przyszedł na świat ktoś bardzo, bardzo dobry, wręcz pozbawiony pychy, egoizmu i innych podłości. Człowiek ten był kobietą. Miała Ona syna. W Nim dialog Boga z ludzkością osiągnął swój szczyt: Bóstwo połączyło się z człowieczeństwem w jednej osobie. Fakt ten ma znaczenie absolutne, nieporównywalne z żadnym innym wydarzeniem duchowym. Niemniej był jakoś przygotowany przez całą uprzednią historię ludzkości, przez dzieje Izraela, a przede wszystkim przez przyjście na świat Marii z Nazaretu, człowieka takiego jak my, ale lepszego od nas wszystkich.
Tyle że ja mam swój własny „dogmat", poszerzający tamten urzędowy. Taki, że „bezgrzeszników" jest więcej wśród gatunku ludzkiego.
Przede wszystkim - pisałem o tym tu legion razy - Jan Chrzciciel na podstawie Łk 1,15 i 1,41 był uważany przez niektórych teologów od bardzo dawna - wcześniej niż Maryja - za wolnego od dziedzictwa grzechu: rozumowano wręcz w ten sposób, że jeśli Jan, to i Ona. Hipoteza ta nie doczekała się w Kościele katolickim „dogmatyzacji", raczej została zapomniana, może zostałaby oficjalnie potwierdzona w prawosławiu, gdzie Jan ma aż pięć świąt i każdy wtorek jako swój dzień szczególny - ale Wschód nie lubi doktrynalnych pieczęci.
Poza tym jednak widzi mi się, że chodziło, chodzi i będzie chodziło po świecie trochę ludzi tak dobrych, że można podejrzewać jakąś ich bezgrzeszność wrodzoną. Oto na przykład - pisałem też tu o nim - Jerzy Marszałkowicz, inicjator polskiego ruchu opieki nad bezdomnymi, ofiarny, ascetyczny niewyobrażalnie.
Są ludzie i ludziska, ale wśród tych pierwszych zaprawdę niepokalani.

PS. Kończy się jutro dodatek do „GW" pt. „Madonny". Dzieło to zgoła nie moje, redaktorem naczelnym jest Grzegorz Polak, ja tylko pisałem felietoniki wstępne, niemniej odbieram niezasłużone gratulacje, a czasem i drobne sprostowania. Zatelefonował do mnie wczoraj p. Lewandowski ze Szczecina z informacją, że ikona jasnogórska nie przybyła do Częstochowy z Bełżca, tylko z Bełza, też znad Bugu, ale już z tamtej strony.
Na zupełny koniec wiadomość, że muszę zrobić sobie urlop od ”pisankowania” aż do poniedziałku: jakiś daleki wyjazd konieczny.

15:58, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Cudowne uzdrowienia paralityka. Cud Taizé

Ewangelia Łukasza 5,17-26
”Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób przynieść go, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę, rzekł: - Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić: - Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: - Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: «Odpuszczają ci się twoje grzechy», czy powiedzieć: «Wstań i chodź»? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów" - rzekł do sparaliżowanego: - Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu. I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: - Przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj.”

Opowieść malownicza, może dlatego zapamiętałem, jak ją objaśniała nam nasza matka. Zostało mi w pamięci jej tłumaczenie: - Powiedzieć: „wstań i chodź" jest równie łatwo jak: „odpuszczają ci się twoje grzechy", ale chodzi tu o skutki takich wypowiedzi. Powiedzieć: „wstań i chodź" trudniej w tym sensie, że trzeba błysnąć widzialnym skutkiem, pokazać doświadczalnie swoją władzę. Gdy się błysnęło takim cudem, łatwiej przekonać, że ma się moc odpuszczania grzechów, w istocie chyba znacznie większą, choć skutki mniej widzialne.
Było to wieki temu, w użyciu był praktycznie tylko Wujek, ma on „dach" i „dachówki", gdyby miał „powałę", przypomniałaby mi się powieść „Krzyżacy" z olbrzymem Powałą z Taczewa (pewnie Pawłem). A dzisiaj przypomniało mi się nasze, „bandy czworga", tłumaczenie tej perykopy, gdzie ów mebel nazwaliśmy łóżkiem, bo nie mogło to być ciężkie łoże (”Synopsa” Michała Wojciechowskiego ma wręcz „nosze").

Ale to są oczywiście, mówiąc nieelegancko, duperele: ważne jest wydarzenie niezwykłe, cud. Można chyba dość łatwo „znaturalizować" całą sprawę, tak jak przy wielu uzdrowieniach: Jezus dostarczył paralitykowi bioenergii i tyle. Bo też jednak w ogóle świat energii to wciąż „terra incognita"", pojęcie „natury" w ogóle odeszło do lamusa, cud nie łamie nam żadnych jej bezwzględnie obowiązujących praw, bo wiemy o niej mało wiele. Raczej łamie nas, gdy z Bożą pomocą zobaczymy w nim znak stamtąd. Faryzeusze i uczeni w Prawie nie zobaczyli.
Przykro mi, ale z owymi tamtoczesnymi niedowiarkami skojarzył mi się niewątpliwie wybitny publicysta współczesny polski, Tomasz Terlikowski. Miesięcznik poznańskich dominikanów „W drodze" zamieścił mianowicie w swoim numerze grudniowym blok tekstów na temat Taizé. Albowiem już za niecały miesiąc powita nad Wartą nowy rok parędziesiąt tysięcy ludzi na którymś już z rzędu Europejskim Spotkaniu Młodych. Rozmowa redakcji z bardzo zaangażowanym ekumenicznie miejscowym duchownym ewangelicko-metodystycznym księdzem Janem J. Ostrykiem, reportaż z przygotowań do spotkania (opowieść o ludziach przygotowujących) Dainy Kolbuszewskiej, małe studium teologiczne dominikanina Michała Golubiewskiego i tekst Tomasza P. Terlikowskiego „Liturgiczny koktajl". Właściwie nie powinienem się dziwić, że konserwatyzm czwartego z autorów ominie Taizé. Bo to przecież wciąż nowina posoborowa, a Terlikowskiemu nowości Vaticanum Secundum coraz mniej są sympatyczne. Oczywiście, twierdzi on, okropne są tylko wypaczenia Soboru i nauczania Jana Pawła II, istota niesplamiona herezją jest OK...

Pewnie że Taizé to jakiś problem. Już choćby z Komunią. Kierownictwo tego ośrodka robi, co może, żeby nie upowszechniać interkomunii. Założyciel, brat Roger, uważał Eucharystię za specjalność katolicyzmu, tak jak ikonę za charyzmat prawosławia a Biblię - protestantyzmu. Pastor ewangelicko-reformowany (kalwiński), który nigdy nie wyrzekł się swego „wyjściowego" wyznania, bo uważał, że połączył w sobie wszystkie trzy rodziny wyznaniowe, chciał jednak przyjmować Komunię w Kościele rzymskokatolickim i pozwolono mu na to (wiem nieoficjalnie, że śladem drugiego współzałożyciela Taizé, brata Maxa Thuriana, chciał przyjąć w ogóle katolicyzm, ale odradził mu to... Jan Paweł II). Za jego też sprawą Eucharystia oficjalna - dla wszystkich przybywających tam z całego świata - jest sprawowana tylko przez duchownych katolickich i stanowisko oficjalne Wspólnoty jest takie, że jest w zasadzie tylko dla katolików, reszcie, która nie chce lub nie może jej przyjąć, daje się „błogosławiony chleb" (wiem to z artykułu ojca Golubiewskiego). Wyjątki są możliwe tylko dla tych, którzy pojmują Eucharystię po katolicku. Ale przybywająca tłumnie młodzież nie przejmuje się doktryną i przyjmuje to, co się jej daje. Ks. Golubiewski widzi tu problem i zarzuca Wspólnocie, że nie tłumaczy wystarczająco różnie doktrynalnych i katolickich zasad „gościnności eucharystycznej". No cóż, pewnie nigdy dosyć informacji, tylko mam zasadniczą wątpliwość: jak wytłumaczyć owym przybyszom o najróżniejszym wykształceniu istotną różnicę między doktryną protestancką i katolicką. Ściśle biorąc, między kalwińską i katolicką, bo luterańska naprawdę mało różni się od „rzymskiej", też tam jest mowa o obecności realnej i nawet ”substancjalnej". Zresztą i doktryna kalwińska to też nie zwingliański symbolizm, tylko formuła obecności „duchowej". Pytam zatem, jak wytłumaczyć zwykłym ludziom, że nie jest to obecność tylko duchowa: zatem właściwie jaka, bo przecież nie materialna?

Ale z ojcem Golubiewskim jakoś może bym się dogadał - z Terlikowskim nie sposób. „Ustawia" on protestantyzm niemal w taki sposób, jak kiedyś marksiści każdego nieswojego. Zastrzega się, że „zapewne współcześni chrześcijanie reformowani odrzuciliby taką interpretację, ale historycznie ona istnieje", a jest to według niego „koncepcja człowieka pozbawionego Boga, osamotnionego z natury". Nie jest to przypadkiem okropna karykatura każdego, nie tylko „historycznego" kalwinizmu? Nic dziwnego, że Terlikowski widzi tylko „drogę realnego, a nie sentymentalnego ekumenizmu, którą wskazał ostatnio Benedykt XVI, proponując anglikanom powrót do Kościoła katolickiego, a nie tylko budowanie pozorów zbliżenia się do siebie." Mniejsza o to, że owa grupa skrajnie konserwatywnych anglikanów sama zaproponowała wejście do mego Kościoła: to jest jednak ich inicjatywa. Ważniejsza jest idea Terlikowskiego, że ekumenizm to powrót do Rzymu, przecież przezwyciężona już na szczęście po Soborze Watykańskim II. Ale Terlikowski ów Sobór faktycznie kontestuje, tak jak ignoruje wiele wspólnych dokumentów ekumenicznych. Także np. uzgodnienia teologiczne w sprawie Eucharystii, w których widać wyraźne zbliżenia, zresztą w kierunku katolickim.

A Taizé to istny cud. Masy młodych ludzi ze zlaicyzowanej Europy, które przyjeżdżają na spotkania modlitewne! Tam się uczy modlitwy! Któż inny to potrafi w takiej skali? Chyba nie lefebryści, do których Terlikowskiemu jakby coraz bliżej. Cudowna jest cisza tezeackich nabożeństw, nastrajająca do medytacji, cudowne stonowanie tamtejszych kanonów. Przyznam się bez bicia, że nie zachwycił mnie film „Wielka cisza", który obejrzałem w sobotę w religii TV, „format" Taizé bierze mnie natomiast do głębi.

15:07, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 06 grudnia 2009
Mój sen nocy letniej

Psalm 126,1
„Gdy Pan odmienił los Syjonu,
wydawało nam się, że śnimy"


Gdy Pan odmienił nam los 4 czerwca Roku Pańskiego 1989, miałem sen niesamowity. Śniło mi się że okazało się, iż jednak Kopernik nie miał racji! Rozmawiałem o tym z biskupem Alojzym Orszulikiem, mówiłem: któż by się tego spodziewał!
Zaznaczam, że nie było w tej mojej rozmowie ani krzty triumfu, iż nasz Kościół jednak miał rację bojąc się teorii Kopernika. Nie, przesłaniem snu było samo zadziwienie! Rewelacyjny wynik tamtych wyborów został w moim śnie jakoś przedziwnie awansowany do rangi rewolucji naukowej na skalę tysiąclecia!
Nie ma rzeczy niemożliwych. Gdy jednak staną się, powszednieją bardzo szybko. Do dobrego przyzwyczaić się dziwnie łatwo. I widzieć głównie złe strony nowej sytuacji.

12:36, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 grudnia 2009
Leczyć, nie ranić

Psalm 147,3
„On leczy złamanych na duchu i opatruje ich rany"

Znowu uparcie reklamuję ojca Anzelma Grüna, jego zeszłoroczne „Sakramenty" i tegoroczne „Cztery Ewangelie". Ten pisarz religijny mocno głosi, że człowieka trzeba raczej ośmielać niż straszyć, raczej leczyć niż ranić.

Czyżby innego zdania był nieżyjący już duchowny ewangelicko-reformowany ks. Jerzy Stahl? W jednym ze swoich kazań, wydanych właśnie w książce mu poświęconej pt. „Zwykły, niezwykły" (Wyd. „Semper"), ten znakomity duszpasterz napisał, że w „w kaznodziejstwie chrześcijańskim unika się tematów drażliwych, takich jak grzech, sąd, kara. Najczęściej słyszymy w Kościele o Bogu, który nas kocha, a zbyt rzadko o wymagającym Ojcu i sprawiedliwym Sędzi." Pewnie tak jest w tym Kościele, w moim wciąż straszy się raczej niż dodaje otuchy. Nie chodzi oczywiście o to, by wiernych głaskać po główkach i mówić im, że są cacy. Może na Zachodzie za dużo tej terapeutycznej tendencji, może księża katoliccy wpadli tam w drugą skrajność - ale u nas chyba panuje pierwsza, gdzie Bóg jest oberpolicmajstrem.

10:45, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 04 grudnia 2009
Nie o grzechu, o lęku

Psalm 27,14
„Oczekuj Pana, bądź mężny, nabierz odwagi i oczekuj Pana"

Wracam do świeżo wdanego u nas rewelacyjnego dzieła ojca Anzelma Grüna, benedyktyna niemieckiego, „Cztery Ewangelie" (Znak). Napisałem tu niedawno, że Ewangelię Łukasza rozumie autor jako dzieło kogoś, kto nie jest moralistą, tylko lekarzem, powiedziałbym: psychoterapeutą. Oczywiście Ewangelia może leczyć tylko sięgając do samej głębi ludzkiego ducha, czyli nie lekceważąc grzechu, ale w tej głębi widzi Łukasz boski rdzeń. Chodzi o to, by podnieść na duchu człowieka „zdołowanego", poranionego. By mu uświadomić jego godność, a przez to - jak rozumiem - dodać odwagi.

O odwadze mówi Grün również charakteryzując Ewangelię Marka. O odwadze jako przeciwieństwie lęku. O zaufaniu, które jest podstawowym wątkiem tej najstarszej Ewangelii. Cytuję:
”Właśnie swą teologią zaufania św. Marek przemawia do nas, współczesnych, których dręczą najrozmaitsze lęki. W dzisiejszych czasach lęk należy do fundamentalnych zjawisk. Ewangelista nie koi naszych lęków słowami taniego pocieszenia, lecz tym, że opisuje cały bezmiar Jezusowego lęku i opuszczenia, odrzucenia i niepowodzenia, że triumfowi miłości pozwala zajaśnieć właśnie na Krzyżu -- symbolu największego opuszczenia i największej niemocy. Teologia Krzyża stanowi odpowiedź Ewangelisty na zapewne największą niedolę współczesnego człowieka -- na lęk przed niepowodzeniem, przed chorobą, przed samotnością i bezradnością, wreszcie na lęk przed śmiercią. Św. Marek zachęca nas, żebyśmy nie tylko patrzyli na Krzyż jak na symbol zwycięstwa ufności nad lękiem, lecz również szli za Jezusem Jego drogą ku samotności i niemocy. Gdy jesteśmy gotowi postępować za Jezusem Jego drogą na Krzyż, zrozumiemy, że nawet śmierć nie może pokonać miłości -- że właśnie w chwili niemocy miłość okazuje się największą mocą.”

15:42, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 grudnia 2009
O tym i owym

Ewangelia Mateusza 7,21
”Nie każdy, który mi mówi: - Panie, Panie wejdzie do Królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie".

Albowiem czyny się liczą, nie słowa. Albowiem ofiarny ateista, agnostyk, buddysta pełni wolę Bożą lepiej niż hałaśliwy katolik zapatrzony we własną karierę. Analogiczny logion Jezusa jest też u Łukasza 6, 46, ale najmocniejszy argument mamy u tegoż Mateusza w rozdziale 25, w wizji Sądu Ostatecznego, gdzie Jezus występuje jako każdy potrzebujący pomocy. 
Co do stopnia z religii na świadectwie: mam wątpliwość generalną (nie ja jeden), czy w ogóle katecheza powinna odbywać się w szkole. Nowy biskup opolski Andrzej Czaja powiedział niedawno, że też tego nie uważa za dogmat, że może być różnie, tu w szkole, tam przy kościele, gdzie wygodniej uczniom. Katecheza może być w szkole, ale nie można robić z niej przedmiotu szkolnego. Jej tematyka różni się zasadniczo nie tylko od matematyki, także od etyki. To przecież nie religioznawstwo, to faktycznie jest przekaz wiary (choć według polskich instrukcji episkopalnych to powinien być tylko zimny wykład doktryny katolickiej), nie tylko zasad moralnych. A w szkole dla wszystkich uczniów powinna być propedeutyka filozofii, obejmująca też systemy etyczne i wiedzę o różnych religiach. 

Coś całkiem nie ŕ propos. Usłyszałem w Radiu Watykańskim już drugą wypowiedź episkopatu afrykańskiego z tezą, że sama prezerwatywa nie wystarczy do zwalczania AIDS. Co jest powiedzeniem pośrednio, że owszem, ona się też przydaje, czyli jest dopuszczalna. Początek małej rewolucji w etyce katolickiej? Najwyższy czas.

No i kolęda podobna do tamtej „ludowej, listopadowej", jaką tu zamieściłem niedawno. Tamtą wysłałem Andrzejowi Karmińskiemu i zrewanżował mi się wspaniale takim swoim tekstem: 
MOHEROWA KOLĘDA
Gdy zmrok zapada, księżyc w pełni,
gdy świata prawie już nie widzisz
z szuflad kredensu, z lodówki głębi,
spod szaf i łóżek wyłażą Żydzi.
Siadają w moim przedpokoju
nie śpią, nie jedzą, nie pracują,
mówią krótko: - Wynoś się, goju!
A potem knują. Uch, strasznie knują.
Jakby ukrzywdzić babcię staruszkę.
Albo pohańbić biedną sierotę.
Sąsiada barek opróżnią duszkiem,
z renty ukradną ostatnie złote...
Takiego Żyda to stać na wszystko!
Nawet oczernić Prezydenta
potrafi takie wredne Żydzisko.
Nie raz tak było. Przecież pamiętam.
Udaje swołocz, że żyje w nędzy,
krzyże ze szkoły rąbnie i sprzeda,
a w domu stosy brudnych pieniędzy.
Sam ich nie wyda, drugiemu nie da.
Taki Żyd nie wie, co to praca.
Nie tyczą go społeczne normy.
Psuje powietrze, macę maca,
lub się zapisze do Platformy...
Starczy na dziś. Odkładam dziennik,
wyłączam ukochaną stację.
Ja, Polak i katolik wierny,
na wigilijną spieszę kolację.

15:07, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2
Archiwum