Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 31 grudnia 2008
Słowo jest ku Bogu
Ewangelia Jana 1, 1-18

”1. U początku jest Słowo

i Słowo jest ku Bogu,

i Bogiem jest Słowo.

2. Ono jest u początku ku Bogu.

3. Dzięki Niemu wszystko się stało

i bez Niego nic się nie stało

z tego, co powstało.

4. W Nim jest życie

i życie jest światłością ludzi.

5. I światłość w ciemności świeci,

lecz ciemność jej nie pochłonęła.

6. Powstał człowiek posłany od Boga

a imię jemu Jan.

7. On przyszedł na świadectwo,

aby świadczyć o światłości,

aby wszyscy przezeń uwierzyli.

8. Ten nie był światłością,

lecz miał świadczyć o światłości.

9. Jest światłość prawdziwa,

oświecająca każdego człowieka,

przychodząca na świat.

10. Na świecie jest

i świat dzięki Niemu stał się,

a świat Go nie poznał.

11. Do swego przyszło,

a swoi Go nie przyjęli.

12. Tym zaś, którzy Je przyjęli,

dało moc,

aby się stali dziećmi Bożymi;

tym wierzącym w imię Jego,

13. którzy nie z krwi

ani z woli ciała,

ani z woli męża,

ale z Boga zostali zrodzeni.

14. I Słowo ciałem się stało,

i rozbiło namiot wśród nas,

i ujrzeliśmy chwałę Jego,

chwałę jako Jednorodzonego u Ojca

- pełne łaski i prawdy.

15. Jan świadczy o Nim i zawołał, mówiąc: - Ten jest, o którym powiedziałem: On, przychodzący za mną, nade mną jest, bo był przede mną.

16. Albowiem z Jego pełni wszyscyśmy wzięli,

łaskę nad łaskę.

17. Gdyż Prawo zostało dane przez Mojżesza,

łaska i prawda

stały się przez Jezusa Chrystusa.

18. Boga nikt nigdy nie widział;

Jednorodzony Bóg,

będący w łonie Ojca,

On ukazał.”

Prolog do czwartej Ewangelii w przekładzie trzech biblistów trzech wyznań i trochę moim jako ich I sekretarza.

Nasze pomysły: Słowo nie „na początku", co brzmi chronologicznie, a przecież są to fakty spoza czasu, ale „u początku" - żeby brzmiało ontologicznie.

Ono „jest", nie „było": Trójca trwa, bez żadnej przerwy na Wcielenie, a Słowo jest nie tyle u Boga, ile ku Bogu, jak na ikonie Rublowa, gdzie Syn zwrócony jest do Ojca. No i mamy dosłowne tłumaczenie idiomu greckiego, w którym widać koczowniczą przeszłość: „Słowo rozbiło namiot wśród nas".

Jest to Ewangelia najmocniej akcentująca boskość Syna Bożego, Jego preegzystencję (choć ma ją już też Paweł w liście do Filipian 2, 6-8). Zwracam uwagę na wersję „Jednorodzony Bóg, będący w łonie Ojca": było też odczytane „Jednorodzony Syn" (ma ją Wujek za Wulgatą), ale bibliści uznali zgodnie, że ma być „Bóg" (Teos), nie „Syn” (üios), bo taka lekcja jest lepiej poświadczona w rękopisach.
07:52, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
wtorek, 30 grudnia 2008
Prorocy żeńskiej płci. Imię Jezus
Ewangelia Łukasza 2, 36-40

”Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko Jezus do świątyni, była tam prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się modrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.”

Prorokini Anna, na pograniczu Testamentów. W Starym były przede wszystkim dwie: Miriam, siostra Mojżesza, i Debora. Obie niezmiernie aktywne: Miriam była wraz z braćmi, Mojżeszem i Aaronem, przywódcą Ludu Wybranego, Debora nawet jakiś czas wodzem. Obie były prorokami, nie tyle przepowiadały przyszłość, ile opowiadały, co im mówił Bóg. Rola kobiety w tym Ludzie jest dość różna: tamte wyjątki chyba jednak nie całkiem potwierdziły patriarchalną regułę, na przykład prorokini Anna trochę jej przeczy. Tylko trochę jednak: nie tyle, by Jezus mógł sobie pozwolić na wprowadzenie formalne kobiet do swego najbliższego otoczenia. Były z Magdaleną na czele, bardzo blisko Niego, ale nie był to apostolat sformalizowany. Zresztą prorok to nie to samo, co kapłan.

No i kwestia egzegezy ostatnich zdań o Dziecięciu. Mowa tu o rozwoju nie tylko fizycznym: Jezus dojrzewa do zrozumienia swej misji zbawczej.
16:31, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Podział Izraela i jego chwała. Arcybiskup Gocłowski
Ewangelia Łukasza 2, 22-35

„Gdy upłynęły dni Ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:  - Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego:  - Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu"
.

Opowieść pełna problemów. Co oznacza zaimek „Ich" w pierwszym zdaniu? Kto był poza Marią nieczysty w tej trójcy: Józef, Jezus?

Najpierw zajmijmy się samą dziwną wiarą, że kobieta po urodzeniu jest nieczysta. Nie odrzucam takiego wyjaśnienia biblistów: nieczystość rytualna to nie moralna, a „położnica" była nieczysta rytualnie, bo wierzono, że poród działał jak period lub wytrysk nasienia u mężczyzny: pozbawiał witalności, oddzielał od Boga jako źródła życia. Antyfeminizm byłby zatem tylko w żydowskim przekonaniu, że czasokres nieczystości poporodowej kobiety zależy od płci noworodka: jest dwa razy dłuższy, gdy urodzi się dziewczynka (Księga Kapłańska 12).

Teraz sprawa nieczystości jednego z mężczyzn. Chodzi o Jezusa: mniej kompetentny w sprawach żydowskich Łukasz podciągnął pod określenie „nieczystość" również obowiązek wykupienia pierworodnego, jakim był Jezus. Biblia księży paulistów zauważa jednak, że Ewangelia nie wspomina o żadnej ofierze z tego powodu i komentuje, że znaczenie tego milczenia jest podwójne: po pierwsze Jezus całkowicie należy do Boga, więc wykup był zbyteczny, po drugie, czeka Go ten sam los, co zwierząt pierworodnych niewykupionych, to znaczy śmierć.

Kwestia mniej egzegetyczna: zdanie „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu". No cóż, Jezus spowodował w Izraelu straszny podział, który też uderzy w Maryję. Trzeba zauważyć jednak, że Łukasz nie jest tu w ogóle antyizraelski: Jezus jest w słowach Symeona „światłem na oświecenie pogan", ale też „na chwałę ludu swego, Izraela". Tak, On jest chwałą Ludu Wybranego, czego jednak nie rozumieli do niedawna ani chrześcijanie antysemici (bo Jezus w istocie nie był Żydem...), ani Żydzi, którzy dopiero powoli zaczynają doceniać wielkość duchową Jezusa.

Lektury. Książka rozmowa-rzeka z arcybiskupem Tadeuszem Gocłowskim (Prószyński i S-ka, adiustacja słaba), zatytułowana „Świadek". Adekwatnie: sufragan, potem ordynariusz diecezji gdańskiej był w tym miejscu częstym obserwatorem wybuchu wolności. „Solidarność" takiej obserwacji, przechodzącej często w opiekę, oczywiście potrzebowała.

Potrzebował jej w szczególności Wałęsa. Gocłowskiego wytypował Episkopat jako kościelną osłonę spotkania Papieża z Lechem w 1983 roku, bardzo niewygodnego dla rządu. Przywódca „S" nie bardzo wierzył, że do tego spotkania rzeczywiście dojdzie. Do ostatniej chwili biskup nie wiedział, gdzie się ono odbędzie; myślał, że w Krakowie, więc gdy nagle dowiedział się, że helikopter rządowy z nim i rodziną Wałęsów leci do Zakopanego, sam nabrał podejrzeń, a Lech pewności, że to oszukaństwo (nie pozwolono zatelefonować do Episkopatu, by się dowiedzieć, co jest grane). Potem jeszcze w Tatrach Wałęsa bał się, że przyleci tam sobowtór papieża, a nie on sam, ale okazał się niedowiarkiem. No i tylko ksiądz Dziwisz zarządził przezornie, żeby rozmowa nie odbyła się w sali uprzednio przygotowanej więc pewnie z podsłuchami, tylko w sąsiedniej.

Abp Gocłowski jest biegłym dyplomatą kościelnym, więc pewnie pominąłby sprawy drażliwe, ale rozmówca, Adam Hlebowicz, nie marnuje okazji i docieka. Pyta o dziwne przemówienie prymasa Wyszyńskiego 26 sierpnia 1980 r., w którym interrex nawoływał do pracy, niedwuznacznie krytykując strajkujących. Gocłowski elokwentnie tłumaczy Prymasa, że w ogóle to miał jak najlepsze intencje - ale przyznaje, że owo przemówienie było niezbyt fortunne. Dystansuje się też delikatnie od osoby Romualda Kukołowicza, delegata Episkopatu, postaci dwuznacznej - ale już nie od osoby swego szefa, ordynariusza gdańskiego Lecha Kaczmarka, który - o ile wiem - nie najlepiej rozumiał sens strajkowego wybuchu.

Jeśli nie liczyć Jana Pawła II, o którym trochę nieznanych detali (na przykład ten, że teksty do druku pisał zawsze ręcznie), Wałęsa jest głównym bohaterem biskupiej opowieści. Zawsze pozytywnym: i kiedyś, kto zostawał prezydentem, i teraz, gdy jest na cenzurowanym. Owszem, mówi coś, czego potem żałuje, ale nadawał się na prezydenta: szkoda, że nie przeszła koncepcja trójwładzy: Wałęsa prezydent, Geremek - wice, Mazowiecki premier. Ale i o Mazowieckim biskup mówi dobrze, bo w ogóle unika ocen ujemnych. Nie mówi źle także o Kuroniu i Michniku, choć wspomina o różnicach w poglądach, o Kuroniu powiada nawet, że był wysokiej klasy humanistą, choć oczywiście laickim. Broni też Tuska przed zarzutem, że namyślił się na ślub kościelny dla politycznej kariery. O Kaczyńskich: raczej unik. Broni Madgalenki i Okrągłego Stołu - barwnie: ma wiedzę, bo był kościelnym obserwatorem. Ale  prezydentura Jaruzelskiego, przepchnięta na siłę, była dlań nie do przyjęcia. O Kwaśniewskim również mówi spokojnie, nawet i o Oleksym: od biskupa dowiedziałem się, jak się tłumaczył, czemu udawał modlitwę na Jasnej Górze w świetle jupiterów. O „Gazecie Wyborczej" krytycznie mówi przede wszystkim Hlebowicz, o Radiu Maryja i księdzu Jankowskim stanowczo, choć uprzejmie, sam Gocłowski. O lustracji - bardzo umiarkowanie i sensownie. Często i gęsto broni się przed zarzutem mieszania się do polityki, broni swojej inicjatywy stworzenia koalicji PO-PiS.

Gocłowski przeszedł sporą ewolucję: pamiętam, że kiedyś pierwszy zaatakował „Gazetę", zresztą razem z „Tygodnikiem Powszechnym", potem wobec nas złagodniał i stał się wyraźnie orędownikiem wejścia do Unii i krytykiem ojca Rydzyka. Skłonności endeckie pewnie ma, ale słabe, w każdym razie na tle całego endekoidalnego Episkopatu. Trzymał sztamę serdeczną z księdzem Tischnerem, co było kiedyś niepoprawne kościelnie, także z biskupem Pieronkiem, choć daleko mu do weredyzmu imiennika. Mówią, że to lis: może, ale groźniejsi mi wilcy też we fioletach.

Hlebowicz nie zapytał go o wielce kompromitującą sprawę „Stella Maris", w której biskup lisiej chytrości zgoła nie przejawił. Myślę w ogóle, że przy swoim wojskowym następcy jest prostodusznym barankiem.
17:20, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 25 grudnia 2008
W żłobie, pośród zwierząt
25 grudnia 2008
Ewangelia Łukasza 2,1-14
Ewangelia Łukasza 2,15-20

W uroczystość Narodzenia Pańskiego (nie Bożego Narodzenia, jak mówimy potocznie) są odprawiane cztery msze, bo jako już świąteczną traktuje się obecnie wigilijną, czyli tę odprawioną w wieczór poprzedzający. Pasterka" jest mszą drugą, trzecia jest o świcie, czwarta w pełny dzień.

Podczas Pasterki i mszy o świcie czyta się kolejno opowiadanie Łukasza o Narodzeniu, znane dobrze, bo z kolęd. Otóż ta Ewangelia (Mateuszowa - nie) mocno podkreśla biedę. pośród której narodził się Jezus, Jego urodzenie bezdomne, w jakimś pomieszczeniu dla bydła. Trzy razy pada słowo żłób", a choć wyraz grecki można by też tłumaczyć jako zagrodę dla zwierząt, sens jest ten sam: warunki najbardziej prymitywne. Takie jest przesłanie tej Ewangelii, w której najwyraźniej Jezus jest posłany przede wszystkim do biedaków.

Wołu i osła w tekście kanonicznym nie ma (tak jak i osiołka w podróży do Egiptu u Mateusza), co więcej, powinna być tu już raczej jakoś owca, bo to było główne bydło tamtejsze - ale obecność tam zwierząt jest trafną intuicją. Nie chodzi mi tu tylko o prawdziwość przypuszczenia, że musiały tam być istoty pilnowane przez pasterzy. Może też nie od rzeczy będzie refleksja, że Zbawiciel narodził się pośród Kosmosu. Jego też dotyczy Jezusowa misja. Mogę podeprzeć się tu tajemniczymi zdaniami z Listu do Rzymian (8,18-22): Liczę bowiem, że teraźniejszych cierpień nie można stawiać na równi z mającą nastąpić chwałą, która zostanie w nas objawiona. Stworzenie przecież z wytrwałością oczekuje objawienia synów Boga, gdyż zostało poddane marności nie z własnej woli, lecz przez Tego, który je poddał, w nadziei, że również ono będzie wyzwolone z niewoli skażenia do wolności chwały dzieci Boga. Wiemy bowiem, że aż dotąd całe stworzenie wzdycha i rodzi w bólach."

No właśnie - wzdycha, bo zdycha w męczarniach właśnie w te dni świąteczne: Bóg się rodzi, karp truchleje... Mało jest dla mnie obyczajów tak niepojętych, obrzydliwych, jak to czczenie Narodzin mordowaniem karpia, zadawaniem mu męczarni, żeby tylko dogodzić podniebieniu. Akcja miłośników zwierząt w obronie tych Bożych przecież stworzeń jest po stokroć chwalebna! Nie jestem jaroszem, ale nawet sam relaks rybołówczy jest dla mnie dziwny. A polowania, zaganianie na śmierć zajęcy... Solidarność z resztą stworzenia rodzi się powoli, niestety z małym poparciem katolickim. Ksiądz myśliwy to przecież oksymoron, a tacy wciąż bywają.

Tu przypomniał mi się pozytywnie genialny wizjoner, jezuita Pierre Teilhard de Chardin (1881-1955). Ten przedziwny paleontolog, filozof, teolog i poeta w jednej osobie stworzył porywającą wizję ewolucji całego Kosmosu od materii nieożywionej do człowieka i w końcu do Chrystusa, który jest szczytem tego rozwoju. Ojciec Teilhard był bardzo źle widziany za Piusa XII, nie doczekał się publikacji swoich głównych dzieł, umarł w zapomnieniu, ale za grobem odniósł ogromne zwycięstwo, doceniony też przez następnych papieży. A przypomniał mi się też dlatego, że jest o nim rozdział w I tomie ważnego dzieła, jakim jest Historia filozofii XX wieku. Nurty prof. Tadeusza Gadacza, którą przygotowuje do druku Znak.

Życzę wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom, Komentatorom i Komentatorkom radości i pokoju: Szalom! I do zobaczenia chyba dopiero w poniedziałek 29 bm.
10:54, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 24 grudnia 2008
Jezus -Wschód
Ewangelia Łukasza 1,77-79

„Dzięki miłosiernej litości samego Boga nawiedzi nas z wysoka Wschodzące Słońce, które objawi się pogrążonym w ciemności i cieniu śmierci i prowadzi nas na drogę pokoju."

Przekład Paulistki.

Tak, Jezus jest Słońcem Wschodzącym. Ciekawostka: w oryginale greckim jest jedno słowo „anatole", co można też przetłumaczyć krótko jako „Wschód". Astronomia ówczesna nie była obojętna światopoglądowo, ta strona świata miała swój sens religijny, była szczególnie ważna jako źródło światła. Ze Wschodu byli też np. Hiob i nowotestamentalni mędrcy, a Jezus sam jest Wschodem.

Jest światłem. Symbolika światła istnieje w niejednej religii (dzisiejsze święto Chanuka), jest niezwykle wymowna. Światło umożliwia właściwy kierunek życia, ale też pociesza. Ciemność nie tylko symbolicznie rodzi depresję, grudzień jest miesiącem trudnym. Symbolika choinki; z mojej gazetki parafialnej „Święty Kazimierz" dowiedziałem się, że zwyczaj tego drzewka przynieśli do Polski protestanci: Bóg im zapłać.
02:43, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 grudnia 2008
Chciał być nikim

Ewangelie Łukasza 1,66

„A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: - Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim."

No i kim on się stał? Na pewno duchowym mocarzem, choć - jak napisano w Ewangelii Jana, który też dużo uwagi poświęca swemu pierwotnemu mistrzowi - nie uczynił żadnego znaku.

Sam był znakiem cudownym. Ale imponuje mi nie tylko swoją odwagą cywilną, asertywnością, której mi brak, po prostu heroizmem. Tak samo jest dla mnie niedościgłym wzorem w swoim trzymaniu się roli poprzednika. Prorok ogromny, o autorytecie olbrzymim (robi wrażenie nawet na cyniku Herodzie Antypasie), wszystko robi, by nie zasłaniać sobą Tego, którego zwiastuje. W tym może nawet jest jego heroizm największy. W tym zniknięciu.

12:58, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Wszystko na opak

Psalm z 1 Księgi Samuela 2,1.4-8

”Raduje się me serce w Panu,
moc moja ku Panu się wznosi.
Rozwarły się me usta na wrogów moich,  
gdyż cieszyć się mogę Twoją pomocą.
Łuki siłaczy się łamią,
słabi przepasują się mocą,
Za chleb najmują się syci,
a odpoczywają głodni,
niepłodna rodzi siedmioro,
a więdnie bogata w dzieci.
To Pan daje śmierć i życie,  
w grób wtrąca i zeń wywodzi.
Pan uboży i wzbogaca,  
poniża i wywyższa.
Z pyłu podnosi biedaka,  
z barłogu dźwiga nędzarza,
By go wśród książąt posadzić,
by dać mu stolicę chwały.”

Wybrano nam na dzisiaj ten psalm, by pieśń przesławną „Magnificat" poprzedzić podobnym tekstem ze Starego Testamentu Jest to mianowicie pieśń dziękczynna Anny, którą po długiej bezpłodności Pan obdarzy potomstwem. Dla Anny ta choroba była szczególnie bolesna, bo miała do swego męża Elkany rywalkę: drugą jego żonę Peninnę, matkę dzieciom, a jakże, gardzącą nią z tego powodu. Otóż Pan zmiłował się nad bezpłodną i dał jej syna (przyszłego proroka Samuela), miała więc powód, by Go wysławiać.

Biblia księży paulistów powiada, że „pieśń Anny jest pierwowzorem pieśni Maryi, tzn. »Magnificat« (Łk 1,45-55). Oba hymny są dziękczynieniem Bogu za cudowanie poczęte dzieci, które miały do wykonania wielkie zbawcze zadania. Autor podkreśla tu fundamentalną prawdę, że Bóg przez swoich wybrańców, których posyła z konkretną misją, pomaga ludziom uciśnionym, słabym, ubogim, także zmienia niesprawiedliwe reguły rządzące światem i daje łaskę swojego zbawienia."

Niesprawiedliwe reguły - oba hymny są rzeczywiście rewolucyjne, jak na to, że wypowiadając je zwyczajne kobiety, nie żadni prorocy, nawet nie prorokinie. Czy rzeczywiście skromna, cicha Maria z Nazaretu mogła wyśpiewać taką pieśń w stylu niemal Marsylianki? Na pewno Łukasz nie był wtedy koło niej z magnetofonem, to jeden z elementów owego midraszu, jakim jest jego Ewangelia Dzieciństwa. Ale też cała jego Ewangelia jest wielkim hymnem w obronie ubogich, tych, którym się w życiu nie udaje: do czasu, do momentu, aż Bóg wejrzy na ich uniżenie. Ba, przesłanie ewangelijne jest w ogóle takie, że Bóg wejrzy zawsze, że Jego działalność (choć często już za grobem) jest zawsze nie tylko Opatrznością, ale i opacznością: Jego miary i zamiary zawsze wywracają do góry nogami porządek ludzki.
„Bóg się rodzi, moc truchleje,
wszystko się na opak dzieje..."

Lektury: przybywa różnych przekładów Biblii, na szczęście także żydowskich. Fundacja Laudera wydała Torę oraz Księgę Rut w nowym przekładzie Rabina Sachy Pecaricha , a Austeria Torę, Psalmy, Księgę Hioba i Księgi Pięciu Megilot w przekładzie XIX-wiecznym Izaaka Cylkowa. Brawo!

17:24, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 grudnia 2008
Czy począł się z Ducha Świętego?

Ewangelia Łukasza 1,26-38

Ten sam, co wczoraj, fragment Ewangelii wymaga teraz ode mnie komentarza w sprawie fundamentalnej. Czy opowieść o dziewiczym poczęciu to aby na pewno nie mit czy raczej midrasz a nie fakt historyczny?

Zajrzałem do dzieła teologa jak na polski konserwatyzm dość awangardowego, do „Wierzę" Bernarda Sesboüe. Owszem, gdyby to była awangarda według miar zachodnich, to nie wydaliby tego Księża Marianie, ale i tak jest to książka poważna, więc odważna. W sprawie historyczności cudów Jezusa nie ma tu żadnego zdecydowanego „tak": jest ogólne stwierdzenie, że trudno o zdecydowaną odpowiedź, że trzeba każdy cud rozpatrywać osobno.
Niemniej w kwestii cudu maryjnego dziewictwa mamy odpowiedź jednoznaczną i wyraźną. Autor wie oczywiście o micie egipskim, w którym faraon narodził się ze związku płciowego boga Amona i królowej Ahmoze. Radykalni teologowie zachodni kojarzą tamtą opowieść z przesłaniem obu Ewangelii, Mateusza i Łukasza, i źródła wiary chrześcijańskiej szukają w Egipcie. Sesboüe wskazuje jednak istotną różnicę: w Ewangeliach nie chodzi o żaden związek płciowy, nie o prokreację, o kreację: Duch Święty jest tu Stwórcą tak jak wtedy, gdy unosił się nad wodami powstającego świata. Mit egipski został tu jakoś zdetermitologizowany.

Dowód na boskie pochodzenie Jezusa? Otóż według autora francuskiego - nie. Co ciekawsze, także według Josepha Ratzingera: „Zgodnie z wiarą Kościoła boskie pochodzenie Jezusa nie opiera się na fakcie, że Jezus nie miał ludzkiego ojca; gdyby Jezus urodził się z normalnego związku małżeńskiego, w niczym by to nie podważyło nauki o Jego boskości". Bo to nie dowód, to tylko znak.

Idea dziewiczego poczęcia narodziła się już w późnej myśli starotestamentalnej. Ewangelia Mateusza w opowieści o takim poczęciu powołuje się na Księgę Izajasza, w której są słowa prorocze „Oto panna pocznie i porodzi syna". Otóż tekst hebrajski dopuszcza dwa różne tłumaczenia, bo chodzi w nim o pannę albo w ogóle młodą kobietę, niemniej przekład żydowski na grekę Septuaginta na trzy wieki przed Chrystusem ma już wyrażenie oznaczające wyłącznie dziewicę. Można twierdzić, że Kościół pierwotny podchwycił ten pomysł i ogłosił jego realizację w Nazarecie bez pokrycia w faktach, ale można również rozumować inaczej: że stało się to, co przewidywano wcześniej. A stało się coś, co kwestionuje panseksualizm ówczesny, a tym bardziej dzisiejszy. Zaistniał znak, że seks nie jest siłą absolutną.

17:29, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
sobota, 20 grudnia 2008
Ford voluntas tua...?
Ewangelia Łukasza 1,26-38

Na dzisiaj przepisano nam opowieść o Zwiastowaniu. Scena cudowna także literacko, malarsko: uwieczniona przez największych artystów. Słowo przyzwolenia, które wypowiedziała Maryja, brzmiące w przekładzie łacińskim „fiat", przeszło do języka teologii i duszpasterstwa jako symbol posłuszeństwa wierze. Ba, nawet obrosło anegdotą: przedstawiciele Forda przyjechali, by ofiarować znaczną sumę „zielonych" za zmianę tego terminu... Poważniejsze było moje niegdysiejsze pytanie, na czym polegała właściwie wielkość Maryi w tej decyzji: przecież był to zaszczyt! Teraz rozumiem, że tak psychologizując (czego sam Łukasz raczej nie czyni) powinienem był wziąć pod uwagę to, że Maria z Nazaretu mogła od razu przewidzieć wszystkie przykre konsekwencje takiej decyzji: panna z dzieckiem i tyle. Ale może należy raczej twierdzić, że bała się pełnić rolę tak wielką, więc trudną.
13:16, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 19 grudnia 2008
Bohaterem dzisiaj Jan. Polacy czytają Biblię!
Ewangelia Łukasza 1,5-25

Dziś z tej Ewangelii opowieść o poczęciu Jana Chrzciciela. Łukasz przeprowadza paralelę między zaistnieniem poprzednika Jezusa i Jego samego, poprzedzając opowieść o Zwiastowaniu analogiczną relacją o wizji, jaką miał Zachariasz. Tu i tam mamy anioła (archanioła) Gabriela, tu i tam wysłannik Boga przynosi wiadomość niezwykłą - ale na tym podobieństwo się kończy. Maria z Nazaretu uwierzyła od razu, kapłan Zachariasz miał opory. A przecież objawiony mu „news" był nieporównanie mniej cudowny: Jan miał być jego synem „naturalnym", tyle że poczętym w starczej już niepłodności. Jego sceptycyzm ma jakby odpowiednik w niedowierzaniu Maryi: przecież też ona zapytała, jak to się stanie. Prawdę mówiąc, kara, która spada na Zachariasza, trochę dziwi w zestawieniu ze sceną w Nazaret, gdzie zdziwienie Dziewicy nie ma żadnych takich skutków. Ale właśnie między tymi dwojgiem była różnica wielka, widoczna dopiero w całym tekście wszystkich trzech Ewangelii (nie czterech - u Marka Maryi prawie nie ma),

Rola Maryi jest porównywalna natomiast z misją Zachariaszowego syna. Na Zachodzie - katolickim oczywiście - jakoś paralelny do matki Jezusa jest Józef, na Wschodzie natomiast - bardziej zgodnie z Ewangelią - zrównuje się wręcz z Maryją Jana Chrzciciela. Podtrzymuje się przypuszczenie starożytne, że był on również niepokalanie poczęty; interpretuje się tak wzmianki Łukaszowe, że „już w łonie matki będzie napełniony Duchem Świętym" (1,15) i tę z 1,44. Któryś z wielkich teologów rosyjskich, chyba Bułgakow, stawiał go nawet wyżej niż Maryję. Każdy wtorek jest w tym wyznaniu poświęcony Janowi, ma on tam pięć świąt, nie dwa jak w katolicyzmie.

LEKTURY: w dobrze redagowanym portalu wiara.pl znalazłem informację o przeprowadzonym przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego dla tygodnika „Niedziela" sondażu na temat czytelnictwa Biblii. Otóż 25,3 proc. Polaków deklaruje jej lekturę codzienną, co trzeci - „czasem w tygodniu", 15,4 proc. - ”w cyklu miesięcznym”. Komentarz redakcyjny stwierdza, że to za mało, ja też oczywiście nie uważam, że starczy, ale liczę, że to dużo. Albowiem do kościoła  uczęszcza z regularnością tygodniową (dominicantes) ok. 50 proc. Polaków, czyli wypada, że połowa z nich czyta Biblię codziennie. Aż mi się nie chce wierzyć, że co drugi z wiernych, ale teologicznie biernych rodaków moich sięga codziennie po Biblię!

Ciekawe są też dalsze dane z badaniami „Niedzieli". Nie zaskakuje to, że Biblię czyta się częściej w miastach niż na wsi, ani to, że ludzie z wykształceniem podstawowym mają większe trudności ze zrozumieniem Starego Testamentu niż wykształceni lepiej. Może tylko dziwne, że jeszcze mniejszych z tym trudności nie mają dyplomanci wyższych uczelni: mają ich tyle dlatego, że na wyższych uczelniach tracą kontakt z Kościołem, nikt im już nie tłumaczy Pisma, jak to było jeszcze w liceum czy technikum?

W konkurencji „lektura Biblii" Polacy są liderami wśród narodów europejskich, ale przegrywają z Amerykanami. Nic dziwnego, jeśli chodzi tu o mieszkańców USA czy w ogóle Ameryki Północnej, bo to przecież raczej ewangelicy (czy anglikanie). Nic dziwnego też, że wygrywamy ze zlaicyzowaną Europą zachodnią (i wschodnią): jest jednak jakaś korelacja między praktykami religijnymi a zaglądaniem do Pisma Świętego. W badaniu Polaków widać ją oczywiście.
To są bardzo ważne badania! Po Synodzie Biskupów przeczytałem komunikat Biura Prasowego KEP o ostatecznym zatwierdzeniu statutu Dzieła Biblijnego. Wynikało z tego, że działań jest dużo i chyba, że nie jest źle. Pomyślałem wtedy, że to nadmierny optymizm, teraz uważam, że w sam raz.
14:41, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 grudnia 2008
Ojczym Józef. In vitro
Ewangelia Mateusza 1, 18-24

Opowieść o dramacie Józefa, który dowiaduje się, że jego narzeczona jest w ciąży z kimś innym. Był on zatem ojczymem Jezusa. Skojarzenia z tym określeniem nie są najlepsze: nie tak złe, jak z „macochą", ale niezbyt pozytywne. Bo też byli ojczymowie okropni.

Mamy głęboko zakodowane przywiązanie do własnej „krwi", wydaje nam się ona lepsza niż cudza.
Nie udaję głupiego, rozumiem, że jest rzeczą ludzką cenić szczególnie to, co własne. Nie żadnym jest grzesznym nacjonalizmem przywiązanie do własnego kraju, języka, jest oczywiście etyczna, nawet obowiązkowa, szczególna troska o własną rodzinę. Uczucie „swojskości" nie jest żadną miarą egocentryczne. Sam jestem przywiązany bardzo do języka i kultury mojego narodu, literatura polska wydaje mi się nawet artystycznie lepsza od niemieckiej czy francuskiej, w każdym razie Prus lepszy od Balzaka - nie mam żadnych kompleksów. Na dźwięk słów Wlonice czy Cieplice reaguję szczególnie, bo to moje miejscowości.

A przecież nie czuję w sobie jakiejś szczególnej potrzeby własnego potomstwa. Mam takowe, mamy też wychowanka, jeśli mieliśmy z nim tysiąc razy większe kłopoty niż z własnymi dziećmi, to dlatego, że jest chory psychicznie: nie czuję w nim duchowej obcości. Własne dzieci wydają mi się bardziej wartościowe przez to, w czym są mało podobne do mnie: przez swoje zdrowie psychiczne, lepsze od mojego.

Zrobiłem to wyznanie osobiste najpierw w związku z tekstem ewangelijnym: może przyjęcie Jezusa jako własnego syna nie było dla Józefa tak wielkim poświęceniem. Może nie przeszkadzała mu jego inność; zresztą w ogóle przecież innego rodzaju: nie ludzkim był przecież synem.

Ale myśląc o Józefowym „ojczymstwie" zastanawiam się też nad sprawą in vitro. Wczoraj zostałem wezwany do zabrania głosu w tej sprawie, więc wyznaję szczerze jak wyżej, że nienajlepiej rozumiem to zapotrzebowanie na własne dziecko. Rozumiem, że adopcja to zawsze wielkie ryzyko: nie wiadomo, jakie geny odezwą się w cudzym, szczególnie, że rzadko jest to ktoś z normalną „prehistorią" indywidualną a często jest ona nieznana. Ale we własnym też odzywa się czasem jakiś okropny przodek.

Czy jednak z tego względu jestem w ogóle przeciw usilnemu staraniu się o własne dziecko? Nie, bo pewnie jestem nietypowy, a w każdym razie nie mogę własnych odczuć traktować jako zasady moralnej. Jeśli zatem mam tu opory tej natury, to podobne do tych w sprawie aborcji: chodzi mi o los nadliczbowych zarodków, nie o samą sztuczność zabiegu, bo coraz więcej w naszym życiu „sztuki", szczególnie właśnie w medycynie. Czy embrion można nazwać osobą? W każdym razie to życie ludzkie, które już się zaczęło, już jest. I zostaje skazane na śmierć. To, że wiele zarodków ginie z przyczyn naturalnych, nie jest zbyt mocnym argumentem, bo w ogóle nasze życie jest wciąż kruche, a jednak zamach nań uchodzi za przestępstwo.

To było rozważanie psychologiczne a potem etyczne: prawo to co innego, musi mieć jakieś przyzwolenie społeczne. Trzeba szukać kompromisu. Jednak moim zdaniem Gowin go szuka i nie rozumiem ostrości ataków nań, które czytam w „Gazecie". Za dużo w nich emocji, za mało zrozumienia dla kogoś, kto jest „z środka". Takim zawsze trudno - co pokazała dzisiaj w tymże piśmie Katarzyna Wiśniewska.
13:53, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
środa, 17 grudnia 2008
Kim była żona Uriasza? Książka dla każdego księdza

Ewangelia Mateusza 1,6

„Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza.”

W rodowodzie Jezusa, którym Mateusz rozpoczyna swą Ewangelię, występuje kobieta nietypowa imieniem Batszeba. Była najpierw żoną Uriasza, a została wdową, bo spodobała się Dawidowi, gdy zobaczył ją nagą, gdy się kąpała blisko jego pałacu: zrobił z niej swoją kochankę, a potem legalną żonę, bo  postarał się, by Uriasz zginął w boju. Powodem owego mężobójstwa była jednak nie tyle chęć legalizacji tego związku, ile konieczność ratowania Batszeby, która zaszła z nim w ciążę, czyli groziła jej śmierć za cudzołóstwo. Pierwsze ich wspólne dziecko umiera, drugie jest przesławnym Salomonem.
Otóż od dawna chodzi mi po głowie myśl, że Salomon mógł być mieszańcem: Batszeba mogła być Hetytką, należeć podobnie jak Uriasz do ludu indoeuropejskiego osiadłego w dzisiejszej Turcji, ale sięgającego aż w okolice Palestyny. Jest to oczywiście tylko hipoteza, a to, co dalej napiszę, już niemal beletrystyka. Zatem nie jest przecież idiotyczna myśl nie tylko Teodora Parnickiego, że mieszańcy są szczególnie zdolni umysłowo, czyli że mędrzec Salomon mógł zawdzięczać swoją genialność różnorodności rodziców. Ale „beletryzuję” jeszcze dalej: Jezus był oczywiście w pełni Żydem, ale może miał w genach cokolwiek z innej części ludzkości. Był także jej wykwitem.

Lektury: „Sakramenty” ojca Anzelma Grüna, wydane właśnie przez Znak. Gdybym był przewodniczącym Episkopatu Polski (na co się nie zanosi), wniósłbym na najbliższe posiedzenie tego dostojnego gremium propozycję uczynienia tej książki lekturą obowiązkową każdego polskiego księdza katolickiego. Jest to genialna odtrutka na panujący wciąż u nas styl duszpasterstwa. Świeccy wierni to w tej koncepcji rekruci, księża są kapralami, prałaci może kapitanami, a biskupi generałami (tyle że zamiast szlifów mają kolorki). Musztra jako metoda pedagogiczna i dydaktyczna. Wciąż straszą kartki od spowiedzi, choć system kartkowy jest już dawno błędem i wypaczeniem! Ojciec Grün podkreśla, że trzeba człowieka traktować jako podmiot, nie przedmiot. W swoich myślach i działaniach kapłańskich korzysta z dorobku naukowego psychoanalityków wiedeńskich: nauczyli go, że grzech jest faktem, którego nie można izolować od całości życia psychicznego. Duszpasterz, w szczególności spowiednik, musi przyjąć do wiadomości, że są takie zjawiska psychiczne, jak depresja. Musi nakłaniać penitenta do pogodzenia się nie tylko z Bogiem i bliźnimi - także z samym sobą. Ksiądz nie ma zajmować się tylko i wyłącznie pocieszaniem penitenta, ma poruszać jego sumienie - ale nie powinien „dołować” swoim brakiem elementarnej delikatności.

Rozdział o sakramencie pokuty zaczyna się tak:
”W ostatnich dziesięcioleciach z największymi bodaj oporami wiernych spotykał się sakrament spowiedzi. Jeśli jeszcze w połowie ubiegłego stulecia dobry katolik chodził do spowiedzi co tydzień -- a już bezwarunkowo w Boże Narodzenie, Wielkanoc i Dzień Zaduszny -- to dzisiaj wielu w ogóle zrezygnowało z sakramentu pokuty. Rzadko można zobaczyć kolejkę przed konfesjonałem, co najwyżej w klasztorach, centrach pielgrzymkowych, głównie w ważniejsze święta. Regres ten zapewne pozostaje w związku z przesadnie częstym przystępowaniem do spowiedzi w dawniejszych czasach, ale też z niedostatkami współczesnej teologii i praktyki tego sakramentu. Nie ma sensu żałować, że lata pięćdziesiąte XX wieku już się nie powtórzą. Tak częstego przystępowania do spowiedzi nie wymagał od nas Jezus, lecz raczej ówczesny Kościół. Stanowiło ono widomy znak jego władzy nad wiernymi -- w wielu przypadkach okupiony lękiem i rozmaitymi urazami.
W ciągu dwudziestu pięciu lat mej pracy duszpasterskiej z młodzieżą często się zdarzało, że w Wielki Piątek przez dwadzieścia godzin słuchałem spowiedzi młodych penitentów. I widziałem, jak uzdrawiające i wyzwalające było dla nich to doświadczenie. Właśnie dlatego chciałbym tutaj ukazać sakrament spowiedzi jako zbawienną i uzdrowicielską formę pomocy, jaką wszystkim oferuje Stwórca. Niezliczone spotkania z ludźmi szukającymi pomocy przekonały mnie, jak doniosłe znaczenie ma dla wielu katolików problematyka winy. Konfesjonał jest miejscem, gdzie możemy w godziwy sposób opowiedzieć o swej winie czy o swym poczuciu winy. Ale nie wyczerpuje to jeszcze sensu spowiedzi -- pozwala ona każdemu dostąpić przebaczenia win. Żaden inny sakrament nie przypomina tak bardzo rozmowy psychoterapeutycznej. A jednocześnie wielu psychoterapeutów zazdrości nam tego sakramentu, który nie jest tylko rozmową o winie, lecz docierając do nieuświadamianych głębin psychiki, skutecznie zapewnia przebaczenie.”

Wbrew pozorom i podejrzeniom „Sakramenty” nie są absolutnie manifestacją pastoralnego liberalizmu. „Ciepło” tej książki nie polega bynajmniej na tym, że autor pozwala na wszystko. Nie jest to wcale „permisywizm”, to w gruncie rzeczy jego przeciwieństwo. Bardzo łatwo zwymyślać człowieka zza kratek konfesjonału i w ten sposób przepędzić go z Kościoła: dużo trudniej tak porozmawiać, żeby wierny stał się naprawdę wierny; nie chodzi o to, żeby był mierny i bierny, ale żeby otrząsnął się ze swoich duchowych ciężarów i rozpoczął życie na miarę chrześcijanina. Znalazłem w „Sakramentach” zdanie kontrastujące z naszym stylem kartkowym: „Czasem zdarza się, że rodzice chrzestni przynoszą ze sobą tekst, który przybliżył im tajemnicę chrztu. Już samo poszukiwanie takiego tekstu może im dać więcej, niż gdybym zażądał, by stali się wzorem dla chrześniaka przez regularne uczestnictwo w niedzielnej Mszy Świętej.” Poszukiwanie: to słowo nie może być wyklęte, ma być błogosławione. Trzeba uczyć szukania.

12:51, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 grudnia 2008
Celnicy i nierządnice górą. Księga metafizyczna
Ewangelia Mateusza 21,31

„Zaprawdę, powiadam wam: celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego".

Jezus to dopiero był ksenofil! Te różne Jego dobre słowa o różnych popaprańcach to był dla Jego słuchaczy zaprawdę szok - ale szok właśnie ekumeniczny: dowartościowanie inności niesłychane!

PS. Wysłuchałem w niedzielę w nieocenionej „Dwójce" radiowej audycji „Zagadki literackie" na temat Biblii. Bardzo ciekawe, dające do myślenia (jak byśmy powiedzieli trochę już staroświecko). Paweł Huelle jako główny mówca, teksty innych autorów od Miłosza do Elliota, wielka pochwała Biblii. Jako księgi metafizycznej: Huelle ubolewa wraz z Miłoszem i Elliotem nad wypłukiwaniem się metafizyki ze współczesnej kultury. Gdy się jednak Pismo czyta jak katechizm, nic się z niego nie rozumie. To jest literatura piękna! Tak piękna, tak głęboka, że aż metafizyczna.
14:22, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Katoco?
Psalm 25

„Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami."

Uzupełniam to myślą prymasa Stefana Wyszyńskiego, którą wyczytałem w „Gościu Niedzielnym": „Tyle jest możliwych dróg do Boga, ilu jest ludzi. Bo Bóg ma inną drogę dla każdego człowieka". A jaka droga dla mnie? Od dawna pośpieszam ścieżką dialogu: staram się korzystać z myśli pozakościelnych, jestem - wydaje mi się - raczej ksenofilem niż ksenofobem. Ekumenizm, otwarcie na inne religie, szczególnie na buddyzm, który pociąga mnie swoim liberalizmem myślowym, na myśl liberalną w ogóle. Jestem katoliberałem... Choć dla niektórych moich czytelników - katotwardzielem. Tak jest chyba z każdym człowiekiem środka.
22:10, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Najlepsza z nas. Patriarcha Świętej Rusi. ”Psychologia domowa”

Ewangelia Łukasza 1,26-38

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Dogmat katolicki nie mający oczywiście żadnego werbalnego potwierdzenia w Biblii, przeznaczona na dzisiaj opowieść o Zwiastowaniu takim potwierdzeniem nie jest. Można jednak twierdzić, że dogmat ten z Pisma jakoś wynika. Napisałem niegdyś coś na temat tej wiary katolickiej, co wciąż wydaje mi się do sensu, przedrukowałem to już tutaj przed rokiem czy dwoma, ale może wtedy nie każdy przeczytał albo teraz nie pamięta, więc zamieszczam znowu.

Ciekaw jestem, ilu Polaków-katolików wie, co to znaczy „Niepokalane Poczęcie". Podejrzewam, że lwia część naszego narodu mniema, iż chodzi tu o dziewicze poczęcie Jezusa przez Maryję. Co prawda podobną ignorancję stwierdzał ktoś u wielu „dobrych katolików" francuskich -- więc może nie jesteśmy gorsi od innych. Zresztą trochę nas (jak też i katolików innych nacji) usprawiedliwia zbieżność terminologiczna obu dogmatów. Niemniej szczególna cześć dla Matki Jezusa, jaką niewątpliwie żywimy, zobowiązuje do lepszej znajomości rzeczy.

Nie wiedząc, jaki jest prawdziwy sens owego dogmatu, nie zastanawiamy się też na ogół nad jego wymową w całości doktryny. A przecież jest to sprawa niełatwa. Idea Niepokalanego Poczęcia, żywa w świadomości Ludu Bożego od bardzo dawna, otrzymała ostateczne potwierdzenie władzy kościelnej dopiero w wieku XIX, jako że wzbudzała opory wielu wybitnych teologów, łącznie z Tomaszem Wielkim.

Obecnie również spotkać można wątpliwości, nawet wśród „najlepszych" katolików. Co prawda chyba nie te, które żywił Tomasz czy Bonawentura, a dziś np. Paul Evdokimov w swoim dziele Prawosławie. Teologowie ci obawiali się sugestii, iż Matka Chrystusa nie potrzebowała zbawienia. Odpowiedź wydaje się dzisiaj dość prosta: owszem, również potrzebowała, a Jej przyjście na świat bez grzechu pierworodnego jest właśnie wynikiem zbawienia -- jako faktu działającego również ,,wstecz", bo w ogóle ponad czasem. Przecież zbawienie objęło również ludzkość z czasów Starego Przymierza.
Opory budzi dziś raczej co innego. Jeśli było możliwe -- powiedział mi ktoś -- by jeden człowiek przyszedł na świat bez owego moralnego kalectwa, jakim jest grzech pierworodny, to dlaczego Pan Bóg nie uchronił odeń nas wszystkich?
Otóż myślę, że wiele światła na tę sprawę rzuca przypowieść o talentach. Przede wszystkim samo to, że Bóg rozdziela je nie według zasady: każdemu po równo. Jeden z nas otrzymuje więcej, drugi -- mniej. Dotyczy to talentów artystycznych, intelektualnych czy sportowych, no i właśnie -- duchowych. Przecież Jan XXIII miał inny start moralny niż Hitler. Widzimy naokoło siebie ludzi gorszych lub lepszych ,,z natury"; skłonni nawet czasem jesteśmy powątpiewać w różnicę ich rzeczywistych zasług, ich naprawdę własnych sukcesów duchowych -- tak ogromną rolę zdają się odgrywać dziedziczne czy środowiskowe uwarunkowania. Powinniśmy wierzyć, że nie determinują nas całkowicie, ze działając na nas poprzez te uwarunkowania i w każdy inny sposób, Bóg pozostawia nam jakieś miejsce dla wolnego wyboru -- niemniej mamy różne możliwości rozwoju.

Jeśli zatem owa różnica startu duchowego jest zjawiskiem ogólniejszym, nie powinniśmy bardzo się dziwić kościelnej teorii na temat Marii iż Nazaretu.

Moglibyśmy się owej teorii dziwić, gdyby ją rozumieć w ten sposób, jakoby Maria dzięki swemu maksymalnemu talentowi duchowemu zwolniona była od konieczności moralnego wysiłku, jakoby Jej świętość była niejako automatyczna. „Dola człowiecza" Marii z Nazaretu byłaby wtedy istotnie różna od naszej. I tu jednak należy zastosować przypowieść o talentach: przecież wynika z niej, że trzeba je własnym wysiłkiem pomnażać. Bardzo nam trudno wyobrazić sobie życie osoby tak świętej, jak Maria -- ale nie było ono przecież bezkonfliktowe. Jeśli nawet Chrystus był kuszony, to tym bardziej i Jego Matka nie była wolna od jakichś rozterek moralnych. Wrodzona czystość moralna, bezgrzeszność sprawiała ,,tylko" to, że wybierają zawsze dobro.

Dogmat Niepokalanego Poczęcia uzasadniano jeszcze niedawno w sposób feudalny: Bóg nie mógł urodzić się ze „zwykłej" kobiety, „wypadało", żeby Maria nie była skalana żadnym grzechem. Dar ów nazywano przywilejem -- gdy tymczasem zgodnie z duchem Biblii należałoby mówić raczej o powołaniu. Matce Jezusa została dana szczególna moc duchowa dla spełnienia szczególnego zadania. Jezus, jak każdy człowiek, otrzymał przecież wiele od innych ludzi, a szczególnie od swej Matki, tak przez dziedziczenie, jak i wychowanie. Opatrzność zapewne i tu działała w sposób zwyczajny, poprzez przyczyny „wtóre".

Oto zatem w dialogu Boga iż ludzkością zdarzyło się, ze przyszedł na świat ktoś bardzo, bardzo dobry, wręcz pozbawiony pychy, egoizmu i innych podłości. Człowiek ten był kobietą. Miała Ona syna. W Nim dialog Boga z ludzkością osiągnął swój szczyt: Bóstwo połączyło się z człowieczeństwem w jednej osobie. Fakt ten ma znaczenie absolutne, nieporównywalne z żadnym innym wydarzeniem duchowym. Niemniej był jakoś przygotowany przez całą uprzednią historię ludzkości, przez dzieje Izraela, a przede wszystkim przez przyjście na świat Marii z Nazaretu, człowieka takiego jak my, ale lepszego od nas wszystkich.

WYDARZENIA: zmarł patriarcha Moskwy i całej Rosji Aleksy II. Człowiek niewątpliwie wybitny i na urzędzie ważnym: Cerkiew prawosławna to największy Kościół prawosławny i jeden z największych niekatolickich. Co prawda, bardziej odpowiedni byłby czas przeszły: przez Rosję przeszło komunistyczne tsunami, które zdechrystianizowało Świętą Ruś potężnie. Ale pisząc o zmarłym patriarsze trzeba właśnie o tym kataklizmie pamiętać. Przypominając sobie plotki, które chodziły o Aleksym II, sugerując, że był TW o pseudonimie Drozdow, trzeba znać skalę tamtejszych prześladowań. Wystarczy powiedzieć, że samych biskupów wymordowano w Rosji około sześciuset; innych duchownych oraz świeckich miliony. Gdy najpotworniejsza forma komunizmu, czyli stalinizm się skończył, bynajmniej nie skończyło się prześladowanie: za Chruszczowa masowo burzono cerkwie.

Dziwiąc się, że Cerkiew była tak przeraźliwie pokorna wobec reżimu, trzeba brać pod uwagę tamto przeraźliwe jej niszczenie. Nie aby kogokolwiek wybielić, ale odczernić trochę sprawiedliwie.

I można wspominać zmarłego jako tego, który nie wpuścił do swego kraju Papieża. Znów jednak trzeba unikać ostrych sądów. Po pierwsze, patriarchowie wschodni, w przeciwieństwie do papieża, nie są bynajmniej monarchami absolutnymi. Muszą się liczyć z nastrojami w całym swoim Kościele, a są to nastroje przypominające nasze radiomaryjne, tyle że tam ojców Rydzyków legion: kompleksy oblężonej twierdzy królują. Króluje stara tradycja lęku przed Zachodem, katolicyzmem - i Polską. Zarzut prozeliztyzmu wobec innych chrześcijan, nie tylko katolików, można skwitować - sam tak kiedyś zrobiłem - powiedzeniem, że prawosławie rosyjskie jest jak pies ogrodnika: samo nie weźmie i drugiemu nie da. Bo nie wszystko jedno, czy jakiś były „radzianin" nawróci się na takie czy inne wyznanie chrześcijańskie? „Żniwo wielkie a robotników mało." Tyle tylko, że trzeba pomyśleć trochę psychologicznie: o kompleksach niższości, jakie ma ta Cerkiew wobec dynamizmu misyjnego katolików i protestantów na jej terenie. Z trudem dźwiga się z ruin: spróbujmy zrozumieć jej choćby nawet i trochę grzeszne ambicje.

No i obecny stosunek Cerkwi rosyjskiej do jej państwa. Oczywiście to budowanie sojuszu ołtarza z tronem, zawsze niebezpiecznego dla ołtarza, który to sojusz już raz kosztował Cerkiew potwornie dużo, gdy tron obaliła rewolucja. Ale chyba jest coś z prawdy w powiedzeniu jednego z tamtejszych biskupów w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej", że nie jest to uzależnianie się, bo Cerkiew nigdy nie była tak niezależna od państwa. Bo przecież - to już moje słowa - Piotr Wielki podporządkował ją sobie niebywale (zlikwidował wręcz patriarchat), a i przedtem carowie nie grzeszyli przecież delikatnością także wobec tej instytucji. Nie, uzależnienie to niedobre określenie, niemniej - jak napisałem - sojusz jest. I mnie martwi.   

KSIĄŻKI: „Psychologia domowa" Marii Braun-Gałkowskiej (wydawnictwo KUL-u). Profesor w roli mędrca, w sprawach, które wymagają wiele mądrości, ale też wiedzy psychologicznej. Genialny prezent pod choinkę! Na razie tylko taki sygnał bibliograficzny, później będę do książki wracał nieraz.

A na koniec wiadomość, że przed Świętami roboty tyle, iż muszę na trochę przerwać blogowanie. Do zobaczenia!

15:50, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 07 grudnia 2008
Życzliwe zanurzanie
Ewangelia Marka 1,1-8

W naszej, „bandy czworga", Ewangelii Marka, dzięki śmiałej pomysłowości głównie ks. Michała Czajkowskiego jest dzisiejszy  tekst w takiej wersji:

1. Początek Radosnej Nowiny Jezusa Chrystusa, Syna Bożego.

2. Zgodnie z tym, co zapisano u Izajasza proroka:” Oto ślę posła mego przed Tobą, by Ci drogę przetarł.

3. Jego głos rozlega się na pustkowiu: - Drogę Panu torujcie, ścieżki Mu prostujcie”.

4. Wystąpił Jan, ten,. który chrzcił na pustkowiu, i wzywał do chrztu ku nawróceniu, dla odpuszczenia grzechów.

5. Ściągała do niego cała ziemia judzka i wszyscy jerozolimianie. Zanurzał ich w wodach Jordanu, a oni wyznawali swoje winy.

6. Miał zaś Jan na sobie burnus z wielbłądziej wełny, przepasany rzemieniem, a żywił się szarańczą i miodem dzikich pszczół.

7. I zwiastował: - Idzie za mną Potężniejszy, przed Kim nie jestem godzien schylić się, by zdjąć Mu sandały [i umyć nogi].

8. Ja zanurzałem was w wodzie, On zaś zanurzy was w Duchu Świętym.


Główna nasza tutejsza oryginalność to owo „zanurzanie" zamiast chrztu, ale grecki termin oznacza dosłownie właśnie zanurzenie. Dlatego baptyści, zielonoświątkowcy i inne wyznania tak zwanej drugiej reformacji stosują chrzty w ilości wody nie tylko symbolicznej, czasem nawet w rzekach.

Ale poza tym nie chrzczą nigdy niemowląt. Choć wiem, że tylko baptyści uznają, że muszą to być ludzie dorośli: u zielonoświątkowców na przykład chodzi raczej o to, żeby były to decyzje własne przyjmujących sakrament, a nie tylko ich rodziców.

I jest w tym pewna racja, w każdym razie tyle jej, żeby nie udzielać sakramentu inicjacji chrześcijańskiej bez nadziei, że coś się w ten sposób inicjuje. Ale nie może to być powód do niegrzecznego potraktowania proszących o sakrament. Słyszałem, że we Francji niektórzy księża udzielają niemowlakowi z takich rodzin tylko błogosławieństwa, tłumacząc ciepło, że nie ma się co śpieszyć, dziecko podrośnie i zdecyduje samo albo może rodzice dojrzeją do poważniejszego potraktowania sacrum.
18:00, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 06 grudnia 2008
Eklezjalna recesja
Ewangelia Mateusza 9,37

„Wtedy rzekł do swych uczniów - żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało."


Spada także i u nas liczba powołań duchowych: kapłańskich, a jeszcze bardziej zakonnych. Ta druga sprawa to kwestia głównie kobieca: bracia zakonni to w ogóle obecnie problem liczbowo niewielki, choć są zakony, w których w ogóle nie ma księży (u Braci Szkolnych na przykład).

Główna przyczyna tej recesji to chyba po prostu laicyzacja i tyle.

Kościół polski (Kościoły) musi zacząć się mocno zastanawiać, jak jej przeciwdziałać. Jedno jest pewne (dla mnie), że szukanie winy we wrogich siłach nic tu nie da. Trzeba spojrzeć na sprawę samokrytycznie: ilu ludzi zrażają księża własną wyniosłością, brakiem delikatności, a najbardziej chyba wciąż zdzierstwem. Okazją do pokazania dobrej twarzy Kościoła, są pogrzeby, ale ta szansa misyjna bywa marnowana okropnie. Podczas tych obrzędów wielu ludzi nie bywających nigdy w kościele zamiast przekonać się do tej instytucji  gorszy się kościelną arogancją oraz ignorancją: brakiem elementarnego zrozumienia ludzkiej psychiki w tym czasie niedoli.
11:55, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 05 grudnia 2008
Męstwo
Psalm 27,14

„Oczekuj Pana, bądź mężny,
nabierz odwagi i oczekuj Pana".

Bądź mężny - przykazanie, które powtórzył w jednym ze swoich wierszy Zbigniew Herbert. Cnota męstwa. Jedno jest pewne, że miewają ją nie tylko mężczyźni: kobiety mają równie często hart ducha. Minęły czasy, gdy „białogłowy" powinny były mdleć, a „mężowie" dobywać miecza. Powinny były - bo ten podział ról był raczej chyba kwestią obyczaju, kultury niż natury. Jadwiga była jakiś czas, przed ślubem z Jagiełłą, formalnym królem Polski! No i dużo dawniej błyszczała męskością postać biblijna - królowa Saba, raczej Saby, ludu i państwa Sabejczyków, ta, która zaszczyciła swoją wizytą Salomona.

Wracam do cnoty jako takiej: podziwiam szczególnie tych, co są mężni nie oczekując niczego od Tego, który dla innych jest Opoką.
16:06, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
czwartek, 04 grudnia 2008
Nikt, tylko Bóg
Psalm 118, 1.8-9

„Wysławiajcie Pana, bo jest dobry,
 bo łaska Jego trwa na wieki.
Lepiej się uciec do Pana,
niż pokładać ufność w człowieku.
Lepiej się uciec do Pana,
niż pokładać ufność w książętach"
.

Można owych książąt zamienić na możnowładców Paulistki czy innych dostojników, ale sens będzie dokładnie ten sam: jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ, jeśli panem jest człowiek.

Każdy człowiek jest jakoś zawodny: przyjaciel najbliższy może okazać się mniej wspaniały niż się wydawało, z małżonkami jeszcze gorzej bywa. Nie należy też się „zawieszać" psychicznie na księżach, choć bywają naprawdę niezwykli. Doradzam stałych spowiedników, ale to nie znaczy, że każdy jest „alfą i omegą" w każdej sprawie i nadaje się na opokę.
Tylko Bóg. Napisałem to wiedząc, jak to trudne. Wiem, że bardzo  trudno uwierzyć, że jest Ktoś. Że On rządzi naszym losem „opatrznie", że Jego Łaska to Wierność. Ale jeśli chcemy oparcia mocniejszego niż własne sumienie i w ogóle świadomość, to tylko On.
20:13, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
środa, 03 grudnia 2008
Ile było bochenków chleba?
Ewangelia Mateusza 15, 29-37

Opowieść o cudach Jezusa: o uzdrowieniach licznych i o rozmnożeniu chlebów i rybek. Nie przytaczam tekstu: kto ciekaw, niech raczy przeczytać w samej Biblii!

Najpierw o tych chlebach. Przestałem być już co prawda zagorzałym nowatorem, ale jestem raczej za „bochenkami chleba”. Tamten chleb inny od naszego, w każdym razie wtedy (to były raczej podpłomyki), ale też były przecież osobne porcje. Zresztą przedtem niektórzy tłumacze odważali się już na podobną zmianę (vide na przykład „Cztery Ewangelie” Towarzystwa Biblijnego z 1978 roku); Paulistka - mająca ambicję uwspółcześniania - tu okazała się zachowawcza. (również lubiąca nowości Poznanianka).

Główny problem to jednak cuda.

Dla biblistów chrześcijańskich, nie tylko dla zwyczajnych sceptyków. Jak tu już pisałem nieraz, jestem w tej sprawie za umiarkowaniem w sądach: opisy Ewangelistów mogły - jak to było wtedy w literackim zwyczaju - mocno ubarwiać relacje, ale przecież również dzisiaj dzieją się rzeczy naprawdę bardzo dziwne, nie tylko w Lourdes, i nie ma sensu wpadać w dogmatyzm racjonalistyczny („empirystyczny”). A cuda to znaki: siostra Małgorzata Chmielewska, skądinąd jak najdalsza od nabożnego entuzjazmu, opowiada - jako o „odgórnych” sygnałach dla siebie - o niezwykłościach w swej pracy dobroczynnej: brakowało jej kiedyś całkiem określonej sumy pieniędzy na wyżywienie całego domu biedaczek - i nagle jakiś dobry człowiek, na pewno niewiedzący o tej potrzebie, ofiarował dokładnie tyle forsy. Kto nie chce, niech nie wierzy! Wiem jednak, że tamten cud to nie to samo, co cudowny przypadek opisany w dzisiejszej porcji Biblii.

PS. Co zaś do biblistów, to mam tu przyjemność pochwalić gazetkę mojej parafii z ul. Chełmskiej pt. „Święty Kazimierz”. Jeden z tamtejszych księży (chyba ks. Piotr Starmach, redaktor) zamieścił w numerze grudniowym notkę o św. Janie Ewangeliście, gdzie napisał, że autorami Ewangelii, Apokalipsy i trzech listów przypisywanych Ewangeliście mogli być dwaj lub trzej ludzie: Jan Ewangelista, Jan z Patmos z Apokalipsy i Jan Prezbiter z listów. Brawo! Po co ukrywać wątpliwości poważnych uczonych?
12:55, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Bydlęta klękają
Księga Izajasza 11,6-8

„Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica żyć będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie koło nory kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii."

Wizja raju eschatycznego. Powinienem może skomentować, że trzeba ten raj przybliżać nie w ogrodach zoologicznych, gdzie na pracowników czyha stale niebezpieczeństwo i nie ma na to rady, ani w cyrkach, gdzie niewiele lepiej. Nie o pokój wśród zwierząt głównie tu autorowi chodzi, raczej o międzyludzki, który winniśmy przybliżać własną działalnością.
Cieszy mnie jednak piękno tego obrazu.
„Bo to jest wieszcza przenajświętsza chwała,
że w posąg mieni bydląt pojednanie.
Ta karta wieki tu będzie błyszczała,  
światła jej stanie."

Tak sobie sparafrazowałem Słowackiego, wysławiając wieszcza sprzed paru tysięcy lat.
14:53, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 01 grudnia 2008
Apologia teraźniejszości. Duch Święty na kartki

Księga Izajasza 2,4

„Wtedy przekują swe miecze na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą więcej zaprawiać się do wojny".

Może jestem tępym optymistą, ale nie boję się wyznać nie po raz pierwszy, że widzę już dzisiaj jakieś ziszczanie się tego proroctwa. Owszem, piszę to po strasznym zamachu terrorystycznym w Bombaju, w czasie ciągłych potwornych wojen w Afryce i podłości partyzantów w Ameryce Południowej. Wiem oczywiście, że dzisiejsze wojny są szczególnie straszne, bo ich oręża są szczególnie potężne i śmiercionośne szeroko, ginie ludność cywilna w stopniu większym niż dawniej. Wiem też, że aborcja jest dziś problemem nieporównanie poważniejszym liczbowo niż dawniej.

A przecież dzisiejsze czasy są „cywilizacją śmierci" (termin kościelny, w szczególności papieski) wcale nie bardziej niż kiedyś. Wyczytałem niedawno w prasie, że człowiek pierwotny żył o wiele krócej niż dawniej nie tylko dlatego, że medycyna dokonuje rewolucji. Neandertalczycy i ”homines sapientes” nie dożywali starości, nawet i wieku dojrzałego, ponieważ ginęli wcześniej zamordowani w walce o byt z osobnikami swojego gatunku czy innymi istotami żywymi.
Poczytajmy następnie Biblię (Stary Testament). W zmianie przykazania zwanego w katechizmie katolickim siódmym z „nie zabijaj" na „nie popełnisz morderstwa" (nowatorstwo Paulistki) jest sens, bo samo zabijanie człowieka było w tamtych miejscach i czasach, również w Narodzie Wybranym, na porządku dziennym. Życie ludzkie jako takie nie stanowiło żadną miarą takiej wartości jak teraz. Karą śmierci szafowano jako czymś najzupełniej normalnym. W rozdziale Księgi Wyjścia następującym po tym, w którym mamy dekalog, czyli 21., wyliczone są przestępstwa karane pozbawieniem życia. Owszem, są to pewnie kary mające sens pedagogiczny, odstraszający, bo tak argumentują dzisiejsi zwolennicy zabijania w majestacie prawa, ale uderza dzisiejszego czytelnika na przykład takie przykazanie: „Kto zrani swojego ojca lub matkę, zostanie ukarany śmiercią" (no bo przykazanie czwarte ważniejsze od siódmego). Przykazanie siódme miało zapobiegać zabijaniu byle kogo za byle co, ale w tym rzecz właśnie, że było czemu zapobiegać. Szczególnie, że wycinanie w pień całej ludności wroga miewało sankcję, ba, instrukcję rzekomą, samego Pana i Boga.

Jezus dokonuje niesłychanej rewolucji moralnej, bo daje się zabić zamiast samemu zabijać, ale jej skutki natychmiastowe nie są. Jego uczniowie mordują się, ile wlezie z różnych powodów, również rzekomo chrześcijańskich, a jakże. Komu jeszcze w XIX wieku śniła się jakaś Organizacja Narodów Zjednoczonych! Pewnie że jest skorumpowana, nieudolna, ma na swym szczycie Radę Bezpieczeństwa z dwoma państwami miłującymi pokój całkiem po swojemu - ale coś takiego jest i jednak nie całkiem od parady. A Unia Europejska? A Deklaracja Praw Człowieka była możliwa za króla Ćwieczka?

W wielu krajach jest zakaz posiadania broni palnej: coś nie do pomyślenia, wcale nie tak dawno. W każdym razie nie w wieku XVII: przedstawiając go przecież nie satyrycznie Sienkiewicz napisał, że któryś z bohaterów „Potopu", chyba skądinąd święty pan Wołodyjowski, miał raz wielką ochotę wyskoczyć z obozu i poprzelewać sobie trochę cudzej krwi.
Mieczy nikt nie używa, bo są lepsze sposoby mordowania, lemiesze są inne niż za czasów Izajasza - a przecież prorok błysnął nie tylko samym słowem skrzydlatym. Coś przewidział nieźle. Za dużo narzekania na czasy obecne, bym ich nie wziął w obronę.

Lektury: mędrcy żydowscy. WAM wydał drukowane wcześniej w periodykach polskich teksty Byrona L. Sherwina pod wspólnym tytułem „We współpracy z Bogiem. Wiara, duchowość i etyka społeczna Żydów", ze słowem wstępnym arcybiskupa Henryka Muszyńskiego. Jest w książce rozdział „Judaizm a kwestia aborcji" Starsi bracia w wierze są tu bardziej liberalny. To znaczy? Nie pytać, czytać!

Sherwin to teolog współczesny, Znak wydał natomiast rzecz mędrca wcześniejszego, Abrahama Joshuę Heschela (1907-1972). Tytuł „Człowiek szukający Boga. Szkice o symbolach i modlitwie". To zatem też zbiór artykułów, ale drukowanych w USA. Przeglądając, wyczytałem parę myśli bardzo mi pasujących. Np. antyformalizm w takiej maksymie: „Problem nie dotyczy chodzenia do synagogi, ale obecności duchowej. Problem nie polega na tym, jak przyciągnąć ciała do przestrzeni synagogi, ale jak natchnąć dusze, by wkroczyły w godzinę duchowej koncentracji w obecności Boga. Problemem jest czas, a nie przestrzeń". No właśnie, a w mojej polskiej wspólnocie (raczej tylko instytucji) religijnej ważne jest głównie przyciąganie ciał. Od młodzieży przygotowującej się do bierzmowania wymaga się biurokratycznie między innymi obecności na kolejnych mszach przed przyjęciem tego sakramentu. Papierek, stempelek, bez tego Duch Święty nie zstąpi. Okropność.

Albo takie słowa Heschela: „Istnieje kilka idei dotyczących prawa żydowskiego, które okazały się wysoce szkodliwe dla jego przetrwania. (...) Pierwsza to założenie, że albo przestrzega się wszystkiego, albo niczego; że wszystkie reguły Prawa są jednakowo ważne; i jeżeli usunie się jedną cegłę, to runie cały budynek". My nie mamy tylu paragrafów, ale niewiele mniej przykazań etycznych, które też głosi się tak, jakby były równie ważne, jako cegiełki jednej budowli. Coś chyba jest z podobnego „konstruktywizmu" na przykład w oporach przed dopuszczeniem antykoncepcji. Bo jeśli się okaże, że Kościół pomylił się tutaj, powstaną wątpliwości, czy aby nie także w innych sprawach... I gmach runie.
Na koniec melduję, że dzięki Znakowi mamy też po polsku Emmanuela Lewinasa „Bóg, śmierć i czas". Bogu i Znakowi dzięki!

16:25, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Archiwum