Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Antychryst, antyciało

1 List Jana 2, 18-21

„Encyklopedia biblijna" wyjaśnia, że termin „antychryst" znajduje się tylko w listach Janowych; z Biblii Poznańskiej wiem, że w pierwszym i drugim. Co nie znaczy, że w innych księgach Nowego Testamentu nie ma wzmianek o nieprzyjacielu, jednostce ludzkiej lub bestii jakowejś, którą pokona przychodzący powtórnie Chrystus. Ów wróg u Pawła i w Apokalipsie nazywany jest inaczej, ale tam też jest wizja takiego zagrożenia. Przy czym Poznańska powiada, że „antychryst oznacza zbiorowość a nie jednostkę".

Wracając do listów przypisywanych ewangeliście Janowi, trzeba dodać, że być może w tych tekstach chodzi tutaj o gnostyków. Świadczyłoby o tym zdanie z listu drugiego, że owi zwodziciele nie uznają, iż Chrystus przyszedł „w ciele". Jak wiadomo, gnostycy gardzili naszą ziemską powłoką, co wynika w szczególności z głośnej niedawno „Ewangelii Judasza". Niestety owa pogarda, głęboko zakorzeniona w świecie helleńskim, zaciążyła okropnie na chrześcijaństwie. Wygrało z gnozą i manicheizmem, ale ta wiktoria okazała się poniekąd „pyrrusowa": walcząc nasiąkło poglądami wroga. Ciekawe i miłe, że do tej „antycielesności" przyznał się („się" - jako największy urzędem autorytet chrześcijański) papież Benedykt XVI. W swojej pierwszej encyklice „Deus caritas est" napisał w rozdzialiku 5: „Dzisiaj nierzadko zarzuca się chrześcijaństwu, że w przeszłości było przeciwnikiem cielesności; istotnie, zawsze przejawiało takie tendencje". Słówko „zawsze" jest tu budujące swoistym eklezjalnym autokrytycyzmem: nie że kiedyś dawno i nieprawda...

Tak istotnie było niemal od początku i przez długie wieki, aż do zupełnej współczesności. Mimo że Biblia, a już na pewno jej księgi żydowskie, jest w tej sprawie pięknie pozbawiona purytanizmu i pruderii.

A inna rzecz, że nasza współczesność - i to też oczywiście pisze papież - gloryfikuje ciało w sposób okropny. Ale niech tu staruszek skończy.

11:17, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 30 grudnia 2007
Mój powrót taty

List do Kolosan 3,21

„Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha".

Dziś dzień Świętej Rodziny, więc myślimy też o naszych mniej świętych.

Moja „GW" wpadła na genialny pomysł, żeby uzdrawiać rodzinę przez wiercenie w sumieniu ojcom. Albowiem bez taty jak bez ręki. Jednoręczni jakoś sobie radzą, nawet nieraz wspaniale, ale zgodna z naturą jest dwuręczność.

Paweł, skądinąd ”patriarchalista” (umiarkowany, w Liście do Efezjan mówi o wzajemnym poddaniu męża i żony), w dzisiejszym fragmencie okazuje się doskonałym doradcą. W każdym razie mnie doradził celnie - choć raczej poniewczasie.

Ten blog ma być o Biblii, nie o mnie, ale chyba czasem mogę coś napisać pro domo sua.

Otóż nie zostawiłem żony i dzieci, ale rodzina nie była moją życiową pasją. Dzieci drażniły mnie potężnie, przeszkadzały w pracy zawodowej. Nie umiałem sobie poradzić też z problemem, jak odnosić się do syna i córki, żeby nie wyglądało, że faworyzuję jedno z nich. Chyba byłem dla obojga równie nieznośny, ale syn odbierał to inaczej. A swoją drogą teraz, gdy oboje dorośli, pamiętam lepiej córkę jako małe dziecko. Wracają mi wciąż ze wzruszeniem na przykład jej dziecinne przekręcenia wyrazów. Chyba jednak miałem z nią bliższy kontakt duchowy. Może to zresztą naturalne: w stosunkach ojca i córki nie może być rywalizacji.

Tyle prywaty, teraz jeszcze Paweł. Otóż o stosunku do dzieci mówi prawie to samo w Liście do Efezjan. Różnie się to tłumaczy, ale ogólny sens jest taki: wobec dzieci też trzeba być dyplomatą. Nie przyczepiać się do nich o byle co. Jest to też oklepana sprawa: bić czy nie bić. Po latach uważam, że im mniej siły fizycznej, tym lepiej. Czasem nie sposób wytrzymać, klaps to nie grzech - ale zamiast dominować pasem czy ręką trzeba wyrobić w sobie taką promieniującą postawę duchową, żeby wystarczała za rękoczyny. Jakaś mądra opiekuńczość połączona ze zdecydowaniem. Choć to ideał, dostępny może raczej dla geniuszy pedagogii.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 29 grudnia 2007
Jest sprzeciw i sprzeciw

Ewangelia Łukasza 2,34

„Oto Ten przeznaczony jest na upadek i powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą."

Odłóżmy na bok Izrael, zajmijmy się chrześcijaństwem. Ma być znakiem sprzeciwu? Na pewno tak. Ileż w świecie zbrodni, którym muszą się sprzeciwiać Kościoły! Tylko że jest sprzeciw i sprzeciw. Przykład: przeraźliwa reakcja niektórych naszych biskupfów na projekt finansowania zapłodnień in vitro. Padają np. określenia „cień Heroda", „szatańska zagrywka" - i to z ust biskupa Piotra Libery, którego dotąd uważałem za ważącego słowa. Podobno niektórzy hierarchowie myślą inaczej, ale widać wolą milczeć. Szkoda. Jednomyślność jest ważna, ale ważniejszy obraz, image społeczny Kościoła. Żeby nie wychodziło na to, że Kościół (rzymskokatolicki) jest za płodnością, ale jeszcze bardziej przeciw postępowi naukowemu, nawet gdy tej płodności służy. Przecież mógłby powiedzieć: zgadzamy się na in vitro, ale bez zabijania zarodków. Rozumiem, że nasz episkopat jest tu uwarunkowany stanowiskiem Watykanu - ale mógłby przynajmniej nie krzyczeć.

Chodzi też o to, aby nie wyglądało, że dla biskupów ważne są jedynie zarodki. Jest przecież tyle sytuacji, w których giną ludzie sensu stricto czy raczej na dalszych etapach rozwoju : choćby na naszych polskich drogach. O tym też na przykład muszą krzyczeć duchowni. Mówią, ale za cicho i za rzadko.

11:16, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
piątek, 28 grudnia 2007
Ekumenizm rodem z Egiptu

Ewangelia Mateusza 2,13

Ostrzeżony przez anioła, że Herod chce zabić Jezusa, Józef ucieka z rodziną do Egiptu. Przebywa tam aż do śmierci Heroda.

Czyli jak długo? Wiadomo z historii pozabiblijnej, że okrutny monarcha umarł w 4 roku starej ery. Jest niemal pewne, że Jezus urodził się 7-4 lat przed początkiem nowej, mógł zatem przebywać z rodzicami w Egipcie parę lat. Rachuba jest jednak niepewna nie tylko dlatego, że to mógł być miesiąc, rok, tyle, że nie więcej niż trzy lata. Problem polega na tym, że cała ta opowieść Mateusza, łącznie z wizytą mędrców ze Wschodu, należy do tak zwanej Ewangelii Dzieciństwa, która - podobnie jak ta u Łukasza - może jest swoistą beletrystyką, przynajmniej w niektórych swoich szczegółach.

Jeśli jednak Święta Rodzina rzeczywiście przebywała jakiś czas nad Nilem, to może było tak, jak napisał w swej powieści ”Matka Jezusa”  ks. Mieczysław Maliński. Że pobyt Marii wśród ludzi innej wiary rozszerzył jej horyzonty religijne: przełamał żydowską ksenofobię, przekonanie każdego dobrego Izraelity, że poza jego religią głównie paskudztwo. Maria z Nazaretu - a Józef oczywiście też - nie była na pewno żadną nienawistnicą, ale może potrzebne jej było takie ekumeniczne otwarcie. Potrzebne jej też do tego, by tak wychowywać swego syna. Bo jeśli mały Jezus wzrastał w mądrości, napełniał się nią, jak czytamy w Ewangelii Łukasza (2,40 i 52), to pewnie po prostu - będąc w pełni człowiekiem - rozwijał się duchowo. Dojrzewał stopniowo do swej rewolucyjnej misji, którą nie waham się nazwać ekumeniczną.

20:20, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 27 grudnia 2007
Jan II Wielki

1 List Jana 1,1-4

Ewangelia Jana 20,2-8

Dziś znów święto, bo to dzień apostoła, a dni wspomnienia ich wszystkich, wyjąwszy oczywiście Judasza, mają tę rangę liturgiczną. Ale święto apostolskie większe od innych, bo i apostoł większy. Nie aż tak ogromny, jak Piotr i Paweł, ale chyba zaraz po nich. Oczywiście jednak taka hierarchizacja jest relatywna, kryteria nie całkiem oczywiste.

Andrzej, Jakub czy Jan?

Mogłyby je dawać księgi biblijne, ale nie dają. Tu mamy znowu dowód, że decydenci kościelni w sprawie biblijnego kanonu nie mieli mentalności cenzorskiej: spokojnie tworzyli podstawę doktrynalną z tekstów różniących się treścią, co prawda nie głównym przesłaniem, ale szczegółami wieloma. Można by mianowicie przyjąć, że hierarchizują definitywnie apostołów ich spisy, których mamy aż cztery: u wszystkich trzech synoptyków i w Dziejach Apostolskich. A widać w tych listach kolejność nieprzypadkową: Piotr jest zawsze na przedzie, a na końcu Judasz (w Dziejach już zdrajcy nie ma, kończy wyliczenie jego imiennik). Problem jednak w tym, że na przykład drugie miejsce jest „ruchome". W ewangelii Mateusza i Łukasza na drugim miejscu jest Andrzej, u Marka - Jakub i dopiero Dzieje windują Jana na miejsce pierwsze.

A jednak nawet z tekstów nowotestamentalnych wynika, że Jan był postacią szczególną. Po prostu jest o nim mowa najczęściej, Piotra oczywiście nie licząc. Przede wszystkim traktował go w sposób szczególny sam Jezus. Należał do czwórki kierowniczej: z Piotrem, jego bratem Andrzejem i swoim bratem Jakubem był zabierany tam, gdzie Jezus nie chciał mieć całej dwunastki. Co więcej, gdy Jezus chciał zabrać tylko trzech, zabierał Jakuba i Jana, Andrzeja już nie: myślę o Przemienieniu, Ogrójcu i wskrzeszeniu córeczki Jaira.

Teologów kilku, ale...

Można jednak stąd wnioskować, że „wiceszefem" sztabu Chrystusa był Jakub, brat Jana. Zgadzam się w tym sensie, że Jan był odeń młodszy, bodaj najmłodszy ze wszystkich, nie liczył się zatem może jako przywódca, gdy chodzili za Jezusem. Ale wyróżniał się już wtedy tym, co w sprawie owego pierwszeństwa najważniejsze, to znaczy stosunkiem do Mistrza. Stał pod krzyżem, otrzymał tam misję synostwa wobec Matki i we dwójkę z Piotrem pobiegł do Grobu, gdy dowiedzieli się, że jest pusty. Co prawda, pobiegli tylko oni dwaj dlatego, że tylko im oznajmiła to Magdalena, ale i ów jej wybór o czymś świadczy.

W pierwotnym Kościele rola Jana była ogromna, chyba nie tylko dlatego, że brata Jakuba szybko zgładził Herod ku uciesze elity żydowskiej. Można powiedzieć po prostu, że uczeń umiłowany wyrastał na jednego z głównych teologów tamtego chrześcijaństwa.

Boję się jednak właśnie upraszczania sprawy i nie napisałem od razu, że wśród Dwunastu był teologiem najważniejszym. Piotr nie był myślicielem najwyższej klasy. Owszem, miał wpływ na teologię Markową, napisał dwa listy albo jeden (jego autorstwo drugiego jest wątpliwe nadzwyczaj) - ale to nie ta klasa co Jan, tak jak nie dorasta myślowo do Jana drugi apostoł ewangelista, czyli Mateusz. Paweł zaś to według niektórych główny teolog chrześcijaństwa - ale mówię o Dwunastu. A Łukasz? Pisarz znakomity, ale czy teolog równie wybitny?

”Jan z wyspy Patmos”

Jan II Wielki (licząc Chrzciciela jako pierwszego)? Wszystko byłoby całkiem proste, gdyby nie uczeni w Piśmie dzisiejsi. A raczej też dużo wcześniejsi. Albowiem - jak tu pisałem nieraz - autorstwo w tamtych czasach to kwestia zawiązana na supełek. Nie wiadomo, kto napisał czwartą Ewangelię, trzy listy, a już najgorzej z Apokalipsą.

I tak doszedłem do mojej lektury świątecznej: powieści Lidii Witek pt. „Jan z wyspy Patmos". Wydana przez Księży Marianów kilka miesięcy temu odstraszyła mnie przede wszystkim grubością: 700 stron jak ulał! Po drugie, szczerze mówiąc, podejrzewałem, że jest to jeden z licznych współczesnych apokryfów, do tego pobożny, czyli pełen troski, by wszystko było, jak w Biblii i Tradycji, tyle że z niegroźnymi dodatkami własnymi powieściopisarza.

Otóż rozczarowałem się mile. Pani Witek napisała zgodnie z Biblią, ale i z współczesną biblistyką.

W powieści jest parę wątków, są postacie biblijne i wymyślone.  Ale jest też wątek osobny wielkiej wagi: jak powstawały księgi przypisywane Janowi. Otóż wizja samotnego wspominającego starca została przez autorkę zakwestionowana. Napisała, że „badała długo i rzetelnie teksty biblijne oraz inne teksty źródłowe" - i tak właśnie chyba było, jeśli do tekstów źródłowych zaliczyć dzieła współczesnych uczonych.

Mówią oni mianowicie, że istniała cała „szkoła Janowa", której apostoł tylko jakoś patronował. W pracy teologicznej Stanisławy Grabskiej „Jan III" proces powstawania Ewangelii jest ciekawie przedstawiony, mamy tam hipotezę, że środowiskiem tej pracy redakcyjnej jest grupa głównie Samarytan. W powieści Lidii Witek rzecz wygląda tak, że Ewangelię napisał niejaki Protos z współpracownikami, a Jan ją poprawił i uzupełnił. Ta wersja jest wyłomem w potocznym obrazie. Podobnie wygląda proces autorski Apokalipsy i 1 Listu Jana; o dwóch innych listach powieściopisarka milczy, może dlatego, że ich autorstwo wydaje się szczególnie wątpliwe. To zbiorowe autorstwo nie oznacza jednak, że rola Jana była honorowa: jego wpływ duchowy był ogromny. 

Paweł i Jan

Powieść posuwa się jeszcze dalej w swoim nowatorstwie. Jest tam bowiem również hipoteza innej natury, nawet jakby poprawiająca fabułę biblijną. Mianowicie sugestia, że Jan zwany Markiem, towarzyszący częściowo Pawłowi w jego podróżowaniu, z nim na jakiś czas pokłócony, to właśnie Jan apostoł i ewangelista (a nie Marek ewangelista, za młodu chłopaczek, który w Ewangelii Markowej uciekł nago przed aresztującymi Jezusa). Hipoteza tak samo dobra, jak niejedna biblistyczna, np. ta, że uczeń umiłowany to Łazarz. Według mnie jednak sugestia powieściowa ma tę wielką zaletę, że trochę przeciwstawia Jana Pawłowi. A byli to przecież dwaj najwięksi myślą wśród apostołów. „Dwaj na dwóch krańcach bogi", jak Mickiewicz i Słowacki? Nie, choćby dlatego, że dużo mniej egocentryczni. Niemniej to dwie różne wielkie teologie. Paweł to Zachód, szczególnie protestancki, ale też katolicki, a Jan to Wschód! Przecież prawa gałąź chrześcijaństwa zwie dzisiejszego świętego Janem Teologiem! Wielka mistyka, nie tylko usprawiedliwienie, ale wręcz  przebóstwienie człowieka - to tradycja Jana z wyspy Patmos.

14:46, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 26 grudnia 2007
Szczepan, czyli Stefan
Dzieje Apostolskie 6,8-10;7,54-60

Dzisiaj mamy nie tyle drugi dzień uroczystości Narodzenia, ile inne święto: pierwszego męczennika chrześcijańskiego Szczepana. Chyba już tu wyjaśniałem, że tylko w naszym języku ten bohater nazywa się inaczej niż święty król węgierski: Wujek czy raczej tłumacz wcześniejszy spolszczył greckie imię, tak jak też zrobił z Saula Szawła.

Otóż ów Szczepan-Stefan był jednym (najważniejszym) z siedmiu mężów wybranych do charytatywnej obsługi hellenistów, czyli zhellenizowanych Żydów, mieszkających w Jerozolimie; ta wybrana siódemka też była greckojęzyczna. Stefan obsługiwał jednak nie tylko stoły, czynił też „znaki i cuda" (mamy w Biblii niejedną grecką nazwę czynów „nadprzyrodzonych") oraz głosił Słowo. Głosił je polemizując z hellenistami odrzucającymi wiarę w Jezusa; wywołało to ich wściekłość, bo po wykładzie historii świętej oskarżył ich o opieranie się Duchowi Świętemu. „Encyklopedia katolicka" przypuszcza, że „opozycja przeciwko Szczepanowi miała swe źródło zasadniczo we wnioskach, jakie wyprowadzał on z wiary w Jezusa jako Mesjasza: jeśli Jezus jest Mesjaszem, to kult świątynny utracił swoją skuteczność, a Prawo Mojżeszowe powinno się ujmować w zupełnie innym świetle (...). Oponenci Szczepana zdawali sobie sprawę, że tego rodzaju wnioski podważają prawomocność religijnych praktyk związanych z kultem świątynnym."

Tak czy inaczej, stało się ze Stefanem to, co przedtem z Jezusem, a potem z Pawłem, choć gdy kamieniowali Stefana, Szaweł najwyraźniej był przeciwko niemu.

Mam tylko pytanie, czy gdyby wszyscy trzej byli w swoich polemikach bardziej dyplomatyczni, nie zostaliby zamordowani. Taki jednak jest język proroków i taki często ich los.

11:23, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 25 grudnia 2007
Bóg się rodzi
Księga Izajasza 9,5-6

„Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego królestwem, które On  utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki. Zazdrosna miłość Pana Zastępów tego dokona."

Z proroctwami podobnie jak z cudami. Żadna skrajność nie jest tu słuszna: ani widzenie wszędzie nadnaturalnej wiedzy o przyszłości, ani egzegeza skrajnie sceptyczna. W powyższej wypowiedzi zastanawia ów „Bóg mocny": Biblia Poznańska komentuje: „Tylko z objawienia Bożego mógł Izajasz - surowy monoteista - zaczerpnąć tak niezwykłą i wyjątkową nazwę." Powiedziałbym krótko: na długo przed przyjściem Chrystusa oczekiwano władcy niezwykłego, człowieka obdarzonego mocą niebywałą. Tu genialny Izajasz w ekstazie prorockiej niejako przerasta sam siebie, choć osobiście wiąże olbrzymią nadzieję zapewne z synem króla Achaza, Ezechiaszem, który się właśnie narodził.

Ów władca nad władcami będzie działał „prawem i sprawiedliwością" - tu pewnie jest słowne źródło idei IV Rzeczypospolitej, choć może nie akurat tutaj, bo to wyrażenie w Biblii nierzadkie. Zwraca uwagę też „zazdrosna miłość": antropomorfizm częsty w Biblii, złagodzony tu przez Poznaniankę, która ma „gorliwość".

Na tę Mszę o północy zwaną Pasterką przeznaczona jest perykopa z Ewangelii Łukasza 2,1-14, która zaczyna się tak: „W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz." Jest to jedna z bardzo nielicznych datacji ewangelicznych, a i ta nasuwa duże trudności. Problem polega na tym, że gdy ów spis się odbył, Kwiryniusz nie był wielkorządcą Syrii. Poznanianka próbuje jakoś wybronić Łukasza, ale chyba rację mają bibliści (np. w „Encyklopedii biblijnej"), którzy przyznają, że autor miał błędne informacje. Na przeszkodzie temu przyznaniu stoi opinia o Łukaszu jako o najlepszym historyku wśród ewangelistów, przede wszystkim jednak chyba lęk przed powiedzeniem wyraźnie, że żaden z nich czterech, nawet Łukasz, nie pisał historii, tylko głosił Ewangelię. Gdy to wreszcie zrozumiemy, osoba jakiegoś Kwiryniusza będzie zgoła obojętna.

Oczywiście też data miesięczna i dzienna urodzenia Jezusa nie jest najważniejsza. Dokładnej daty urodzenia Sokratesa czy Buddy też nie znamy i jakoś nie wątpimy, że istnieli. Zresztą pewnie niepotrzebnie to piszę, bo nikt przytomny nie kwestionuje dziś istnienia Jezusa zwanego Chrystusem, urodzonego między 7 a 4 rokiem starej ery. Które to urodzenie świętujemy dzisiaj z radością największą.

PS. Jeszcze co do Izajaszowego wyrażenia „Bóg mocny". Oczywiście ów prorok był twardym monoteistą, ale może trzeba wziąć pod uwagę fakt, że deifikacja władców była w dawnych czasach obyczajem normalnym. Izajaszowi mogło się może zatem „wypsnąć" takie wyrażenie? Hipoteza ”naturalizująca”.

10:42, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Nasze słońce najjaśniejsze

Ewangelia Łukasza 1,78

„(...) nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce, by światłem stać się dla tych, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki skierować na drogę pokoju."

Zacznę od tego, że jest to fragment fragmentu Biblii przeznaczonego na dzisiaj, co jednak nie znaczy, że na Wigilię sensu stricto. Nie jest to nawet przydział Pisma na Pasterkę, bo ta niezwykła Msza jest w nocy, a przedtem jeszcze mamy Eucharystię wigilijną wieczorną. Przy czym obie te Msze wigilijne należą już do uroczystości Narodzenia Pańskiego, tak jak dwie następne o świcie i w dzień.

Wracając do słów o „Wschodzącym Słońcu": porównywanie Boga do tej naszej niezastąpionej gwiazdy jest w Biblii dość częste, do słońca wschodzącego - bodaj tylko tutaj. To wyrażenie kojarzy mi się szczególnie z zarzutem wobec chrześcijaństwa, że ustanawiając jutrzejsze święto dokonało swoistego plagiatu, bo ówcześni poganie też świętowali przesilenie zimowe jako narodzenie ich boga Słońca. Otóż ta zbieżność mi nie przeszkadza, byleby nie udawać, że jej nie ma. Jest - i dowodzi, że nasze tradycyjne lekceważenie innych religii nie ma sensu: są w nich „blaski prawdy". Bóg nie wstrzymywał  swego światła do czasu przyjścia Chrystusa: było ono uwieńczeniem, nie zaprzeczeniem wcześniejszych intuicji religijnych.

A Słońce Wschodzące ma nas skierować na drogę pokoju. Aniołowie śpiewali „(...) a na ziemi pokój ludziom dobrej woli" - tu też jest pokój, ale ludzie nie są „dobrej woli", jak wymyśliła Wulgata, tylko „(Jego) upodobania." Kto jest jakiej woli, wie bezbłędnie jeden Bóg, więc nie ma potrzeby poprawiać świętego Łukasza. A w wieczór wigilijny przyjmujemy, że „dobrowolni" są prawie wszyscy i łamiemy się z nimi opłatkiem. Łamię się nim z mymi Czytelnikami i życzę im pokoju, którego odpowiednik hebrajski „szalom" ma - jak napisałem - znaczeń wiele, a wszystkie pozytywne.

10:04, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 grudnia 2007
Rok Pawła
23 grudnia 2007

List do Rzymian 1,1-2

„Paweł, sługa Chrystusa Jezusa, z powołania apostoł, przeznaczony do głoszenia Ewangelii Bożej, którą Bóg przedtem zapowiedział przez swoich proroków w Pismach świętych.”

Benedykt XVI ogłosił rok Pawła, bo apostoł zmarł gdzieś w latach 67-68. Wymyśliłem książkę na jego temat, którą ma wydać Biblioteka „Więzi". Będzie tam poniekąd Pawłowa biografia, Dzieje Apostolskie, oraz jego główna „książka" - List do Rzymian. W przekładzie trzech biblistów trzech wyznań, czyli arcybiskupa Jeremiasza, ks. Michała Czajkowskiego oraz pastora Mieczysława Kwietnia, ze mną jako I sekretarzem. Będzie też wieloczęściowe studium ks. Czajkowskiego, biograficzne, ale głównie teologiczne: na temat naczelnych idei Pawła. Dwaj inni moi kolaboranci wystąpią również jako autorzy, a ja - jak to było w poprzednich książeczkach z naszym urobkiem - napisałem edytorski wstępik.

Przetłumaczyliśmy już 16 ksiąg Nowego Testamentu: cztery Ewangelie, cztery listy Pawła, trzy Jana, dwa Piotra, listy Jakuba i Judy, Dzieje Apostolskie. Razem ksiąg 16, tomików dotąd osiem. Ten, już nie tomik, ale tom „Więzi" będzie dziewiąty. Dziewięć to liczba święta, bo trzy po trzy. A Paweł jako jubilat tę już większą połowę Nowego Testamentu uwieńczy.

Amen!
10:50, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 grudnia 2007
Marksizm? Jednak nie
Ewangelia Łukasza 1,52-53

„Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił."

Cytat z hymnu „Magnificat", który Łukasz włożył w usta Marii z Nazaretu. Brzmi rewolucyjnie i dałoby się go napisać na sztandarach walczącej lewicy, chyba nawet to czyniono - tylko nie pasuje pokora: znak firmowy Ewangelii. A swoją drogą Benedykt XVI pisuje o Marksie bardzo jak na papieża grzecznie. Ba, nawet metropolitą Monachium mianował biskupa o tymże postępowym nazwisku!...
13:35, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 21 grudnia 2007
Nasze wspólne dziecko

Ewangelia Łukasza 1,44

„...poruszyło się z radością dzieciątko w łonie moim".

To dzieciątko to mój patron. Według niektórych teologów na podstawie tych słów oraz wcześniejszych, że już w łonie matki będzie napełniony Duchem Świętym (Łk 1,15), wcześniej nawet niż Maria był uważany za człowieka bez żadnej złej skłonności, za wolnego od grzechu zwanego pierworodnym. Ale ja tu nie o nim chcę napisać.

Napiszę w ogóle o dziecku w łonie matki. O tym, co można czynić, by się tam znalazło. Zapłodnienie in vitro wydaje mi się szkodliwe moralnie, gdy dokonuje się za cenę zniszczenia zarodków innych niż ten, który wyrośnie w człowieku. Bo jeśli   nawet embrion jest tylko potencjalnym człowiekiem, to wystarczy, by był wartością olbrzymią.

Jeśli jednak zapłodnienie odbywa się bez takiej moralnej szkody, to jest czynem równie moralnym, jak akt małżeński w łóżku. Argument, że przecież jest zawsze możliwość adopcji, nie wytrzymuje krytyki. Albowiem dziecko ma łączyć rodziców nie tylko przez wspólną decyzję prawną i wspólną działalność wychowawczą. Ma być z ich krwi i kości, z ich genów, z nich samych. Taki jest przecież najgłębszy sens czegoś, co w języku kościelnym zwie się prokreacją. Ma być ich dziełem wspólnym  najgłębszą wspólnotą egzystencjalną.

Kościelny sprzeciw wobec każdego zapłodnienia in vitro jest wynikiem oporu wobec techniki już nie tylko wtedy, gdy ona zapobiega poczęciu, ale też również wtedy, kiedy jemu służy. Doktryna katolicka podcina gałąź, na której siedzi.

15:54, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Patyny piękno wielkie

                                        Wpis na czwartek 20 grudnia 

Psalm 24 (23)

Znów z „Psałterza Dawidowego":

„I ziemia, i cokolwiek na niej się znajduje,
I co pod niebem mieszka, i co się buduje,
Wszystko Panu należy: On rękami swemi
Grunt na morzu założył niewzruszonej ziemi.
Kto dostąpi Twej góry, o wszechmocny Panie,
albo na miejscu Tobie poświęconem stanie?
Ten, kto rękę niewinną i serce zachował,
Ten, kto kłamstwa i krzywdy przysiąg nie warował.
Taki błogosławieństwo od Pana odnosi
i ma łaskawe ucho, o cokolwiek prosi.
Tymi stopniami góry świętej dostąpimy
i twarz Pańską (da Pan Bóg) na oko ujrzymy"
.

Gdy studiowałem polonistykę, specjalizowałem się w literaturze staropolskiej, ale za głupi byłem, by docenić jej patyną pokryte piękno. Na szczęście na starość począłem zachwycać się starością. Lepiej późno niż wcale.

09:05, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 19 grudnia 2007
Mieć dziecko

Ewangelia Łukasza 1, 24-25

„Potem żona jego Elżbieta poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy, i mówiła: - Tak uczynił mi Pan wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi".

Dziwnie się plecie na tym ludzkim świecie. Kiedyś dziecko było na wagę złota, no - raczej srebra: jednostka zdawała się prawie niczym - wszystkim ród. Teraz dziecko jest ciężarem, ale w sensie przeciwnym: kłopotów milion. Naprawdę: jak już jest, to się nań obowiązkowo chucha i dmucha. Oczywiście w naszym kręgu cywilizacyjnym i w naszych niepatologicznych rodzinach.

Karta jednak lubi się odwracać. Bezpłodność nie staje się hańbą, niemniej wartości rodzinne rosną w zrozumienie. Tylko że sama płodność nie wzrasta. No i trzeba zauważyć, że sytuacja staje się paradoksalna. Jest dalej spór o antykoncepcję (i aborcję), ale o „in vitro" też. O to, jak nie mieć dzieci i jak je mieć.

Jednak wigilia, Święto Pokoju, już za pasem, więc tematu spornego nie ciągnę. Co nas łączy? Radość z dziecka. Dawniej, w młodości górnej i durnej zupełnie tego uczucia nie miałem. Miałem górne ambicje zawodowe: publicystą, redaktorem być... Dzieci zdawały mi się zawadą.

A przecież człowiek to brzmi dumnie. Narodziny - i poczęcie też - to fakt nad faktami. Nawet gdy przychodzi na świat człowiek mniejszy duchem niż mój patron nad patrony.

Jedna zwrotka z przeznaczonego na dzisiaj psalmu 70 (71) w parafrazie Jana Kochanowskiego brzmi tak:
„Tyś jest moja pociecha w każdej mej trudności.
Tyś nadzieja od mojej najpierwszej młodości.
Jeszczem u piersi wisiał nędznej matki swojej.
A jużem był w opiece, liche dziecko, Twojej".


Mogę tak śmiało powiedzieć o sobie. Pewne jest jednak, że nie powiedziałoby tak każde dziecko. Nie każdemu przeznaczył Bóg tak spokojny żywot od poczęcia.

A pani Hannie Jarodzkiej, siostrze mojej duchowej, za prezent wigilijny w postaci ”Psałterza Dawidowego” na tym miejscu dziękuję najserdeczniej!

14:36, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
wtorek, 18 grudnia 2007
Święty Józef wniebowzięty

Ewangelia Mateusza 1,18-24

Opowieść o rozterkach Józefa. Komentowałem ją tu nieraz, sygnalizowałem niejasność pomysłu Józefa, by Marię „oddalić potajemnie" („po cichu z nią się rozstać", „potajemnie ją odesłać"). Są tu różne wyjaśnienia, mniejsza o nie w tej chwili, bo chcę napisać o prawnym i tak bardzo prawym ojcu Jezusa coś ogólniejszego.

Śląski malarz barokowy Michael Willmann stworzył w kościele świętego Józefa przy bazylice mariackiej w obecnym Krzeszowie cykl obrazów o ojcu szczególnym. Jest tam Józef wątpiący i szukający noclegu w Betlejem, ale jest też namalowane jego wniebowzięcie (!). I słusznie, należało mu się po śmierci jakieś wyróżnienie.

Dobraczyński zatytułował powieść na jego temat: „Cień Ojca". Otóż Józef był cieniem Boga Ojca w sensie podwójnym. Cień to prawie nic wobec tego, co cień rzuca, ale właśnie - prawie. Bo ów brak światła układa się w kształt naśladujący pierwowzór realny. Otóż Józef naśladował Boga ze starannością świętą. A jeśli przypomnimy sobie, że Jezus był człowiekiem nie na niby, to nie muszę dowodzić, że zawdzięcza Józefowi mnóstwo. Nauczył Go nie tylko ciesiołki. Uczył Go wraz z Marią, jak być naprawdę człowiekiem.

09:39, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 grudnia 2007
Rodowody jako dowody

Ewangelia Mateusza 1,1-17

Rodowód Jezusa.
Jeszcze niedawno dziwiliśmy się takiemu drążenia przeszłości rodzinnej. Jeśli ktoś drążył, to władza zwana ludową, która uprawiała snobizm w przeciwną stronę. Ważne było pochodzenie, ale nie herb się liczył, jeno brak herbu, nie majątek rodziców, tylko bieda w domu rodzinnym. Doznałem tego sporo jako syn ziemiański.

Jest też - i ten nie minął - snobizm na pochodzenie od Piasta Kołodzieja. Podobnie myślący Polacy tropią pochodzących od Esterki, dziewczyny Kazimierza Wielkiego. Napisał w tej sprawie ksiądz Twardowski:
„Koci, koci, łapci,
pojedziem do babci.
Ale ani słówka,
bo babcia żydówka..."

No i mamy dziś nawrót do zapatrzenia w przodków bez żadnych złych zamiarów. W modzie są zjazdy rodzinne. Oby tylko nie uważać, że genealogia jest jak teologia, nie uprawiać pogańskiego kultu przodków - z istoty swej lepszych niż protoplaści cudzy.

Rodowodów Jezusa mamy dwa, drugi u Łukasza - i każdy z nich inny. Mniejsza o kolejność, o to, że zaczynają od różnych końców. Dla Mateusza końcem wyliczanki jest Jezus, początkiem Abraham, dla Łukasza końcem jest Adam, Jezus początkiem. Można jednak powiedzieć, że kolejność mało ważna, tak jak i to, jak głęboko sięga rodowód. Gorzej, że nie zgadzają się proste fakty: nie wiadomo nawet, jak nazywał się ojciec Józefa, czyli prawny dziadek Jezusa. Komu wierzyć: Mateuszowi, który wymienia Jakuba, czy Łukaszowi, który zwie dziadka imieniem Heli?

Hipotez uzgadniających jest sporo, żadna nie zdominowała pozostałych. Jedno nie ulega kwestii, że genealogie żydowskie mąci prawo lewiratu. Nakazywało ono bratu zmarłego bezdzietnie Żyda nie tylko ożenić się z wdową: powstałe z tego związku potomstwo było prawnie potomstwem zmarłego, a nie faktycznego ojca. Józef mógł być zatem legalnym synem Helego, naturalnym Jakuba. Jest też domysł, że Mateusz podaje rodowód Józefa, a Łukasz Marii.

O słabych stronach tych hipotez nie napiszę, zakończę tylko myślą ogólną. Ileż w Ewangeliach sprzeczności! Ale ten mój wykrzyknik jest po to, żeby przypomnieć stary argument apologetyczny: gdyby owe podstawy wiary chrześcijan były fałszowane, to robiliby to idioci. Przecież mogli choć trochę uzgadniać różne tradycje!

14:54, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 grudnia 2007
Święty Jan wątpiący
Ewangelia Mateusza 11,2-11

Poselstwo Janowe do Jezusa: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?".

Czyżby Chrzciciel zwątpił w mesjańskie powołanie swego krewniaka? Są na ten temat różne zdania. Może tylko wątpili jego uczniowie i chciał ich uspokoić. Nie będziemy tu rozstrzygać tej kwestii, zostawmy ją fachowcom. Zauważmy wszakże jedną rzecz, chyba bezsporną: między nauką Jana i Jezusa istniały poważne różnice. Dzieliła ich przecież nie tylko kwestia wierności wobec przepisów Prawa: uczniowie Jana pościli, on na pewno też. Również pojmowanie posłannictwa mesjańskiego. Działanie Jezusa, który nie karał przeciwników Mesjasza, chyba jednak nie było dla Jana całkiem zrozumiałe.

Napisałem „chyba", ponieważ obraz Mesjasza z „wiejadłem" oddzielającym ziarno od plewy występuje tylko u trzech pierwszych Ewangelistów. Czwarty nie pisze również o sprawie postów ani o poselstwie Jana. Maluje obraz swego byłego mistrza w sposób znacznie mniej barwny niż synoptycy. Nie mamy tu nic, co mogłoby sugerować jakieś wahania „człowieka posłanego od Boga" lub też rozbieżności między jego koncepcją Mesjasza czy stosunkiem do Prawa a postępowaniem Jezusa. Chrzciciel jest u Jana przedstawiony wyłącznie jako świadek na rzecz głównej tezy dzieła. Świadczy w czwartej Ewangelii - i tylko tam w sposób równie wyraźny -- że jest On Bogiem. Powiada również dwukrotnie - co jest w tym wypadku najważniejsze - że Jezus z Nazaretu jest barankiem Bożym. Przenośnia ta ma zupełnie inną wymowę niż obraz karzącego sędziego - wymowę zgodną z rzeczywistością pierwszego przyjścia Mesjasza.

Pozostawiając na boku sprawę uzgodnienia obu tych biblijnych obrazów, można by ogólnie powiedzieć, że nauczanie mego Patrona znajdowało się jakoś na pograniczu dwóch Testamentów, czyli że tajemnica mesjańska była nawet i dla niego częściowo niezrozumiała. Oczywiście, nie w tym stopniu, co dla przeciętnego Izraelity: Janowa idea Mesjasza nie była  koncepcją polityczną.

Jezus dał posłom Janowym odpowiedź pośrednią, powołując się na teksty Izajasza odnoszące się do czasów mesjańskich. Czy wystarczyła ona w pełni temu, który owych posłów wysłał? Chyba raczej dane mu było zakończyć życie w półmroku. Światło wiary paschalnej, wiary, którą otrzymali uczniowie Pańscy po Zmartwychwstaniu, nie było mu przeznaczone. W mowie wygłoszonej po odejściu posłów Jezus nazwał Jana wręcz największym z ludzi. Zaraz jednak dodał, że najmniejszy w Królestwie Niebieskim, czyli w nowej erze historii zbawienia, większy jest niż on. Większy, bo więcej rozumie.

Prostował Mesjaszowi drogę, ale nie mógł iść za Nim, mimo że żyli równocześnie. Rozdarty między dwie epoki historii Zbawienia, pozostał poprzednikiem.
12:19, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 15 grudnia 2007
Eliasz wciąż w tle
Ewangelia Mateusza 17,10-13

Temat: Eliasz. Imię potężnego proroka pojawia się w tej ewangelii już wcześniej dwa razy. Gdy Jezus zapytał uczniów, za kogo ludzie Go uważają, odpowiedzieli Mu, że „za Jana Chrzciciela, Eliasza, Jeremiasza albo za jakiegoś innego proroka". Potem podczas Przemienienia zabrani na „górę wysoką" uczniowie widzą obok Jezusa Eliasza i Mojżesza. No i teraz pytają, „czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz". Odpowiedź Jezusa nie jest jasna. Najpierw powiada, że „Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko", zaraz potem jednak jakby zaprzecza sobie, bo mówi: „Eliasz już przyszedł, lecz nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli", co odnosiło się do Jana Chrzciciela. Autorzy oraz redaktorzy materiału biblijnego nie troszczyli się nadmiernie o spójność tekstów: czasem sąsiadują ze sobą dwa zdania jakby sprzeczne. Co prawda, Biblia Jerozolimska nie widzi tu rozbieżności, ale Poznańska - owszem.

Jerozolimska odsyła natomiast do Ewangelii Łukasza. która porównuje Jana Chrzciciela do Eliasza już na samym początku. Anioł powiada Zachariaszowi, że jego syn pójdzie przed Bogiem „w duchu i z mocą Eliasza". Nie całkiem się aniołowi udało prorokować, bo mój patron może i miał moc Eliasza, ale jej nie używał, cudów nie czynił, choć ów jego protoplasta - jak najbardziej (radzę poczytać w wolnej chwili Księgi Królewskie!). Próbowałem tłumaczyć niedawno, że może nie musiał, nie był do tego prowokowany przez przeciwników. Bo też wydaje mi się, że „postąpili z nim tak, jak chcieli" nie tyle autentyczni Żydzi, ile rodzina Idumejczyka Heroda. Chociaż też swoich rodaków, łącznie z faryzeuszami i saduceuszami, gromił bez tzw. pardonu.

Od Jezusa różniło go niejedno (napiszę o tym jutro), ale był doń uderzająco podobny. Nie tylko z racji ogólnej świętości, bo to oczywiste. Również z tego powodu, że jakby nic nie zdziałał. Elity żydowskie zostały, jakie były: faryzeusze i saduceusze po jego śmierci zajęli się skutecznie Jezusem, Herod skazał go na śmierć niechętnie, ale był potem równie obrzydliwy. Albowiem młyny świętych są jak Boga samego: mielą powoli.
11:08, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 grudnia 2007
Szalom

Księga Izajasza 48,18

„O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale."

Zdanie przepiękne, cały w tym wspaniały Izajasz, poeta klasy zerowej. Komentarz? Może być króciusieńki: gdybyś zważał... Ba!

Ale może być też dłuższy. Mianowicie wystarczy zajrzeć do nieocenionej Poznanianki, by dowiedzieć się, że zamiast pokoju może tu być pomyślność. Dowcip (?) polega bowiem na tym, że mamy tutaj hebrajski termin „szalom", zaprawdę szczególny. Występuje w Biblii ponad 250 razy i ma ogromną ilość znaczeń. „Słownik wiedzy biblijnej", wydany przez bardzo biblistycznie zasłużoną Oficynę Wydawniczą „Vocatio" , podaje, że „Szalom" to także pozdrowienie, ale słowa tego używa się też wówczas, gdy mowa jest o zdrowiu, odzyskaniu go, ogólnej pomyślności, np. zdrowym śnie, długim życiu, spokoju śmierci, nawet fizycznym bezpieczeństwie. Oznacza również dobre stosunki między ludźmi i narodami. Wskazuje na związek między pokojem i sprawiedliwością, prawem, sądem oraz działaniami urzędników publicznych.

Znaczy „spokój", „wyciszenie" i „zadowolenie", jest niemal synonimem przyjaźni. Wreszcie Boga przedstawia się jako pokój, stwórcę pokoju i jego źródło.

Mamy zatem w tym słowie niemal całą myśl Narodu Wybranego.

11:14, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 grudnia 2007
Największy, ale najmniejszy

Ewangelia Mateusza 11, 11-12

”Zaprawdę powiadam wam: między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w Królestwie Niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd Królestwo Niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”

Kto szuka w Biblii dzisiejszej logiki stylistycznej, widzi w niej wciąż sprzeczności. Myślę o dwóch zdaniach kwalifikujących Jana Chrzciciela: widać tu jak na dłoni wschodni ”przesadyzm”, akcentowanie różnicy między Starym a Nowym Przymierzem w taki sposób, że nagle Jan okazuje się ”najmniejszy.”

Zaraz dalej mamy wypowiedź z przysłowiowymi już gwałtownikami. Nie jest to tłumaczenie bezdyskusyjne: nie tylko można zastąpić gwałtowników mniej obrazowymi ”ludźmi silnymi”, ale nawet - komentuje Biblia Poznańska - można zobaczyć w nich kogoś zupełnie innego. Mianowicie faryzeuszy i nauczycieli Prawa, którzy Królestwo Boże zagarniają dla siebie, nie pozwalając wejść do niego innym. Ciekawe.

14:56, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 12 grudnia 2007
Słodkie jarzmo

Ewangelia Mateusza 11, 28-30

”Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.”

Te słowa Jezusa są tylko u Mateusza. Słowa bardzo łagodne, kontrastujące z Jego wielokrotnymi potępieniami. Można ten kontrast łatwo wytłumaczyć różnością adresatów: potępiał głównie tych, co byli dobrego mniemania o sobie, żydowską elitę religijno-polityczną. Co więcej, w swoim komentarzu Biblia Jerozolimska twierdzi, że biedni adresaci tych słów współczujących byli ”utrudzeni i obciążeni” właśnie przez ową elitę, dokuczającą im ciężarem nie tylko Prawa, także przypisów faryzejskich.

Jakie jest jarzmo Jezusa? Otóż chyba jednak nie jest słodkie ani lekkie. Nawet gdy będzie to etyka chrześcijańska (katolicka) wydestylowana z rygorów neofaryzeizmu. Ba, właśnie wtedy będzie brzemieniem najcięższym: przecież Jezus mówi tutaj, żeby uczyć się od Niego, czyli brać z Niego przykład, a On był łagodny radykalnie, bo dał się zamordować.

Ale możliwy jest też inny komentarz. Po prostu Jezusowi potwornie żal się zrobiło słuchaczy i przycisnął ich do serca.

16:23, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
wtorek, 11 grudnia 2007
Nadzieja stanu pośredniego

Psalm 96 

„On będzie sądził świat sprawiedliwie, a lud według swej prawdy".

Biblia Tysiąclecia zamiast częstej u polskich tłumaczy ”swojej wierności" ma tutaj „swoją prawdę". Jedno jest pewne, że prawda ta jest inna od ludzkiej. Nadzieja powszechnego zbawienia, którą w ostatniej „Arce Noego" głosi wbrew papieżowi ks. Wacław Hryniewicz, opiera się na hipotezie, że Bóg potrafi w nawet największym złoczyńcy zobaczyć gdzieś najgłębiej w nim, gdzie ludzki wzrok nie sięga, jakiś usprawiedliwiający okruch dobra. W każdym razie Wszechmocny umie nawet największego zbrodniarza oczyścić w stanie pośrednim, czyśćcem zwanym.

10:41, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Święty znak zapytania

Ewangelia Łukasza 5, 17-26

Tę scenę uzdrowienia paralityka pamiętam z katechez mojej matki, która była mi pierwszą nauczycielką Biblii. Łukasz z Markiem (bez Mateusza) opowiadają o trudności w dotarciu do Uzdrowiciela: tłok wokół Niego sprawił, że przyjaciele musieli wyleźć z chorym na dach (taras) i stamtąd go spuścić do środka domu. „Powała" Tysiąclatki podoba mi się, czemu nie, mniej już „łoże", bo były to raczej nosze, coś z konieczności lekkiego. By przekonać przeciwników, że ma moc odpuszczania grzechów, uzdrawiania duszy, Jezus czyni cud, człowiek zaczyna chodzić.

„Tygodnik Powszechny" zmienił format na dwa razy mniejszy. Był najwyższy czas! Nowy kształt nieporównanie wygodniejszy, ta płachta była nie do czytania. Pismo zaraz zrobiło się ciekawsze, bo długie teksty dobre w książce, nie w gazecie, a nowy format wymusza ich skracanie.

No i tematyka jakby ciekawsza. Rzecz o cudach. Nawet dwie rzeczy: zgrabny reportaż Elżbiety Isakiewicz i komentarz teologiczny ks. Jacka Prusaka SJ. Przesłanie obu właściwie to samo: istotą cudu jest nie tyle jakaś sprzeczność z prawami natury, ile jego interpretacja jako znaku. Ten wyjątek od reguł przyrodniczych może być w końcu zawsze tłumaczony „po świecku". Nauka może nawet postawić znak zapytania i tyle: do człowieka należy wolny wybór, czy z tego znaku zrobi sygnał od Boga. Pisałem tu o tym nieraz, także ostatnio, może więc ciekawsze jest coś, co wyczytałem w reportażu. Jest „cudownie", gdy nagle spojrzymy na życie inaczej: gdy pod wpływem jakiegoś wydarzenia wyhamujemy codzienną gonitwę ze szczęściem, by trochę pomyśleć.

W numerze też tekst filozofa laickiego Zygmunta Baumana, dający do myślenia w trochę podobny sposób. Rzecz o nadziei, odwadze i uporze. Niewielu stać na wszystkie trzy, autor wyznaje, że się do nich nie zalicza - ale tacy byli, są i będą. Oczywiście też poza Kościołami.
Radzę pobiec do kiosku po „Tygodnik".

PS. Natrafiłem przypadkiem w Ewangelii Jana na zdanie: „(...) mówili: Jan nie uczynił żadnego znaku, ale wszystko, co Jan o nim powiedział, było prawdą". Zainteresowało mnie to, że Jan Chrzciciel nie czynił cudów. Czemu? Wymieniany jednym tchem z Eliaszem cudotwórcą (Mateusz 16, 14), miał może przecież niezwykłą moc duchową. Chyba po prostu nie potrzebował się tak uwiarygodniać, bo nie złościł aż tak swoich słuchaczy. Mówił wyraźnie, że nie jest Mesjaszem. Nie gorszył też ciągle swoim zaznaczaniem, że celnicy i grzesznicy nie są gorsi od faryzeuszy. Nad Jordanem wołał, że Żydzi nie powinni się chwalić pochodzeniem od Abrahama, bo Bóg może z kamieni zrobić mu synów - nie był jednak tak radykalny w swoich przewartościowaniach. Zresztą działał krótko, wnet zabity za sprawą Herodiady.

14:12, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 grudnia 2007
Sandały

Ewangelia Mateusza 3,1-12

Na adwentowej scenie liturgicznej pojawia się Jan Chrzciciel, herold Jezusowy. Po mowie „do słuchu", wzywającej do nawrócenia słuchaczy pochodzących „spośród faryzeuszów i saduceuszów", czyli żydowskiej elity - mój równie mężny, jak pokorny patron zapowiada nadejście mocniejszego od siebie: „Ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów".

Strasznie trudno pokonać w sobie zazdrość o sukcesy następcy: wiem to jako „gazetowy" dziadek wśród młodzieży zdolniejszej ode mnie, pełniejszej pomysłów, choć mam tyle lat więcej, więc wydawałoby się, że i więcej rozumu w głowie. Pracują błyskawicznie, sto razy szybciej ode mnie, nie tylko dlatego, że są z komputerem za pan brat.

Wydawało mi się, że znam na pamięć wszystko, co jest w Biblii o moim patronie. Otóż nie: przywykłem do wyrażenia „nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u Jego sandałów" i myślałem, że taka wersja jest u wszystkich trzech synoptyków. Tymczasem w dzisiejszej perykopie Mateuszowej mamy właśnie noszenie owego obuwia. Oczywiście drobiazg - ale mam ambicję znać wszystkie biblijne drobiazgi.

19:48, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 grudnia 2007
Po prostu najlepsza z nas

Ewangelia Łukasza 1,26-38

Scena Zwiastowania. Dobrana do dzisiejszej uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, choć ”podbudowuje” ten dogmat katolicki tylko ”implicite”. Oba ogłoszone późno, po długich sporach, wyznaczniki wiary - niepokalane poczęcie i wniebowzięcie - są swoistym wnioskowaniem.

Dzisiejsza nazwa fatalna. Najgorsze, że myląca. Lwia część naszego narodu mniema, że chodzi tu o dziewicze, bez udziału mężczyzny, poczęcie Jezusa przez Jego matkę. Otóż nie: chodzi, owszem, o poczęcie, ale samej Marii. Chodzi o to, że od samego początku jej życia była wolna od tego, co się teologicznie nazywa grzechem pierworodnym. Mówiąc całkiem zwyczajnie, w przeciwieństwie do innych śmiertelników nie przyszła na świat z jakąkolwiek paskudną skłonnością do szkodzenia ludziom. Ale niedobry jest też w ogóle przymiotnik ”niepokalana”. Nie ma przecież dzisiaj przeciwieństwa: kto mówi o kimś, że jest ”pokalany”?

Nie podoba mi się wreszcie, że niezwykłą świętość Marii nazywa się przywilejem. To brzmi jakoś feudalnie, niedemokratycznie. Należy raczej mówić o powołaniu. O łasce. O uzdolnieniu do macierzyństwa wobec kogoś tak absolutnie niezwykłego, jak Jezus. Chodzi o geny, o dziedziczenie, oraz wychowanie.
Ogłoszony dopiero w XIX wieku dogmat miał wielu przeciwników, nawet wielkiego Tomasza z Akwinu.

Mniejsza o tamte dyskusje. Dziś raczej pytamy, czemu Bóg nie uchronił od takiego zabezpieczenia od grzechu wszystkich ludzi, jeśli mógł dokonać tego w jednym przypadku. Myślę, że wchodzimy tu w fundamentalną kwestię Bożych planów, które są dla nas nie do pojęcia. Można tylko powiedzieć: to cena wolnej woli konstytuującej człowieczeństwo. Wraz z zaznaczeniem, że matka Jezusa też była wolna etycznie, miewała - jak i Jezus - pokusy, ale do szczególnej łaski Bożej dodawała własny wysiłek.

Napiszę nawet coś więcej: przypadek matki Jezusa nie jest przecież absolutnie odosobniony. Mamy wszak wokół siebie ludzi bardzo, bardzo dobrych, a ja znam osobiście kogoś jakby bez skazy. Raduję się wszystkimi świętymi, a Marią z Nazaretu najbardziej.

09:51, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
piątek, 07 grudnia 2007
Bądź mężny
Psalm 27

”Pan moim światłem i zbawieniem moim,
kogo miałbym się lękać?
Pan obrońcą mego życia,
przed kim miałbym czuć trwogę?
O jedno tylko proszę Pana, o to zabiegam,
żebym mógł zawsze przebywać w Jego domu
przez wszystkie dni życia.
Abym kosztował słodyczy Pana,
stale się radował Jego świątynią.
Wierzę, że będę oglądał dobra Pana
w kramie żyjących.
Oczekuj Pana, bądź mężny,
nabierz odwagi i oczekuj Pana.”


Powinienem sobie stale powtarzać te słowa. „Bądź mężny!" Cóż, kiedy „duch ochoczy, ale ciało mdłe" - a raczej mdłe oba. W każdym razie często.
19:58, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Archiwum