Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 30 listopada 2014
Czy dzisiejszy harcerz czuwa? Adwent!

Ewangelia Marka 13,35-37
„Dlatego czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: wieczorem czy o północy, w czas piania kogutów czy o wschodzie słońca, aby przychodząc nagle, nie zastał was śpiących! To, co wam mówię, mówię wszystkim: czuwajcie!”
Biblia Księży Paulistów.

Jest w ewangelijnym oraz harcerskim haśle myśl pedagogiczna wręcz nawet banalna: żeby być prawie zawsze „sprężonym”, bardzo rzadko „na luzie”. Oczywiście zupełny brak relaksu prowadzi do choroby nerwowej, nie każdemu więc to należy przypominać: są na przykład pracoholicy. Owszem, ale „luzacy” groźniejsi społecznie. No i ciekaw jestem, czy dzisiejsze harcerstwo realnie wychowuje w tym duchu. To nie tylko kwestia alkoholu – także w ogóle stałego „brania się w kupę”. Już w młodości, nie dopiero wtedy, gdy samo życie nauczy porządku.Tyle morału banału na adwentu początek. Na początek oczekiwania na liturgiczne wspomnienie Przyjścia pierwszego i na to Przyjście ostateczne, co nadejść musi, aby Smoka-Szatana unieszkodliwić wreszcie. O czym napisałem do „Wyborczej” tak.
Turnau na adwent
Już od piątku według kalendarza juliańskiego w chrześcijaństwie wschodnim, a od niedzieli w chrześcijaństwie zachodnim (nie tylko rzymskokatolickim) czas kościelny zwany adwentem. Od słowa łacińskiego „adventus”, które „przyjście” oznacza, albowiem o oczekiwanie na dwa przyjścia tu chodzi. Oczekujemy po pierwsze na nadejście świąt szczególnie uroczystych: Bożego Narodzenia. Będziemy wtedy wspominali przyjście na świat Jezusa z Nazaretu, którego za Mesjasza, czyli Chrystusa uważamy, za Zbawiciela naszego. Widzimy jednak przecież, że na tym świecie zła jeszcze dużo potwornie, więc oczekujemy również, że Chrystus przyjdzie ponownie, nie na krzyż, ale na triumfalne zwycięstwo, by z tym wszystkim zrobić ostateczny porządek.Oba oczekiwania radosne być powinny: nie żeby zaraz hulać, ale też aby nie sypać na głowę popiołu: raczej ubierać ją w wieniec nadziei. Na radość wnet wigilijną, a kiedyś na świat bez żadnego diabelstwa, bez żadnej zupełnie nienawiści.

08:59, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
sobota, 29 listopada 2014
Pytanie o tsunami. Nosowski o krytykowaniu Kościoła

Psalm 95,15
„Chodźcie, śpiewajmy PANU,
Wzywajmy radośnie skałę naszego zbawienia.
Zbliżmy się przed Jego oblicze z dziękczynieniem,
radośnie śpiewajmy Mu psalmy.
Bo Pan jest wielkim Bogiem,
Wielkim Królem nad wszystkimi bogami.
W Jego ręku są krańce ziemi i szczyty gór należą do Niego.
Jego jest morze; On sam je stworzyłi suchy ląd ukształtowały ręce Jego.”
Biblia Księży Paulistów.

Łatwo nam dzisiaj zrozumieć, że Bóg, który według naszych pojęć przewyższa nieskończenie bogów rozmaitych, także tych, których dzisiejsza literatura pobożna widzi w naszych sprawach niemal ubóstwionych, osobliwie w bogu o imieniu greckim i rzymskim Ego. Więc tylko pytanie stałe, należące do dziedziny teologii zwanej teodyceą: jeśli Bóg panuje nad kosmosem, to czemu ten dokucza nam ciągle najróżniejszymi tsunami?
Dołączam felieton Jonasza, który dziś musiał ustąpić na trochę w „MiŚ-u” bardziej aktualnemu, załączonemu tutaj wczoraj.
Głośne myślenie
Czy matkę krytykować można?
Jonasz
Redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski napisał obszernie i celnie o potrzebie sensownej krytyki Kościoła (ostatnio w swojej książce „Krytyczna wierność. Jakiego katolicyzmu Polacy potrzebują”). Wymyślił nawet dekalog takiej krytyki: „1. W duchu wolności. 2. Odważnie. 3. Pokornie. 4. Zawsze w prawdzie i kompletnie. 5. Z szacunkiem i miłością. 6. Bez uproszczeń i uogólnień. 7. Trafnie i głęboko. 8. Z bólem i troską o jedność. 9. W duchu dialogu. 10. Rozróżniając [raczej: odróżniając - JT) ziarno od plew.”
Można oczywiście powiedzieć, że są to ogólniki, Nosowski jednak nie poprzestaje na tych przykazaniach, przedtem mówi o pokusach grożących krytykom. A to mentalność Kalego: kiedy ja krytykować, to dobrze, kiedy mnie krytykować, to źle. A to monopolizowanie krytyki Kościoła: tylko my krytykujemy Kościół mądrze i z troską. A to budowanie własnej tożsamości na krytyce: brak programu pozytywnego.
Kolega z mojej rodzinnej „Więzi” zajmuje się także formułami słusznymi, ale... Najpierw taką: „Kościół jest matką, a matki się nie krytykuje”. Nosowski: „Kościół nie jest taką matką, która usiłuje udawać, że jest bezgrzeszna i nieomylna”. Pozwolę sobie zauważyć, że podobnego udawania bezgrzeszności było jednak do Vaticanum Secundum sporo. Znikło doszczętnie za obecnego papieża, ośmielonego potężnie przez świętych poprzedników, ale dawniej różnie bywało. Zgadzam się jednak, że taki jest święty ideał mojego Kościoła. Następna myśl słuszna w zasadzie: „Co jest złego w Kościele? Ja i ty”. Powiedzenie Matki Teresy z Kalkuty nadużywane – ma Nosowski rację – przez wrogów jakiejkolwiek Kościoła krytyki. No i na koniec: „Nie chcą nas słuchać, obrażają się na krytykę”. Szef „Więzi” rozumie ból ludzi, co się tak żalą, ale doradza cierpliwość, pokorę...
Ma to być felieton sprawozdawczy, więc moich myśli mało. Tylko jeszcze taka, że – na przykład w mojej miłej gazecie – są tacy, co czują się dziećmi Matki-Kościoła rzymskokatolickiego, i tacy, co takiej więzi nie czują. Co staram się rozumieć, chociaż czasem się zżymam, gdy ich krytykowanie czytam, ale oni z kolei zapewne mają mnie za eufemistę.

12:55, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
piątek, 28 listopada 2014
Mądrość duszpasterska braci prawosławnych. Ludwik Wiśniewski odważniejszy niż Lemański!

Księga Apokalipsy 20,1-3
„I zobaczyłem anioła zstępującego z nieba, który miał klucz do otchłani i wielki łańcuch w ręce. I schwycił Smoka, Węża starodawnego, którym jest diabeł i szatan, i związał go na tysiąc lat. I wrzucił go do otchłani, i zamknął ją, i opieczętował, aby już nie zwodził narodów, dopóki nie dopełni się tysiąc lat. Potem na krótki czas ma być wypuszczony.”
Ekumeniczny Przekład Jedenastu.
Trochę biblistycznej erudycji. Najpierw to, że o walce ze Smokiem jest już w rozdziale 12, tam wojują z nim „Michał i jego aniołowie”, szatan strącony na ziemię prześladuje „Niewiastę, która urodziła Syna”: obraz znany szczególnie w Kościele katolickim, gdzie Niewiasta jest utożsamiana szczególnie z matką Jezusa (oznacza również w ogóle Izrael).
Apokalipsa Jana nie jest zgoła księgą historyczną, nawet w tym sensie, w jakim są historyczne choćby starotestamentalne Księgi Kronik, a przedtem Królewskie i jeszcze wcześniejsze. Nie jest to również beletrystyka, jak nazywam choćby Księgę Jonasza, która żadnych ambicji kronikarskich nie ma: taki Jonasz nie istniał naprawdę. Jest to jeszcze inny rodzaj literacki, w którym mówi się poprzez obrazy, symbole i właśnie liczby, miary czasu zgoła symboliczne, jak to „tysiąc lat”, a potem „krótki czas”. Tysiąc lat to czas królowania męczenników; przed ostatecznym zwycięstwem Chrystusa będzie jeszcze trochę działań Smoka, ale on i wtedy nie da rady. Futurologia ta to oczywiście jak cała księga faktografia z jakąkolwiek precyzją arytmetyczno-historyczną niemająca nic wspólnego. Może zatem jednak prawosławna mądrość duszpasterska godna jest naśladowania, gdy nie posługuje się tą apokalipsą w swojej liturgii: czy jest sens czytać ludziom biblistycznie niedouczonym teksty tak swoiście ezoteryczne, księgę zaiste dla wtajemniczonych?

PS. Dołączam jutrzejszy felieton Jonasza w „MiŚ-u”, mój sobowtór reklamuje tam tekst niesamowity.
Głośne myślenie
Groźniejszy niż ks. Lemański
Jonasz
Dominikanin Ludwik Wiśniewski imponuje mi kolosalnie.
Tekst pod tytułem „Rekolekcje polskie” z ostatniego „Tygodnika Powszechnego” spróbuję przedstawić krótko i węzłowato.
Tematy: „Deklaracja wiary lekarzy”, klauzula sumienia, czyli etyka a prawo państwowe, wreszcie antykoncepcja i in vitro. Autor przypomina, co powiedział w wywiadzie dla PAP-u ks. prof. Andrzej Szostek: „Lekarz musi znać prawo i je respektować. Jeśli obowiązujące prawo stanowione kłóci się z jego sumieniem, to powinien zabiegać o zmianę prawa (...), ale nie może go ignorować pracując w ramach systemu, w którym to prawo obowiązuje (...) Wskazanie możliwości dokonania aborcji przez innego lekarza, jakkolwiek dla przeciwnika aborcji bolesne, nie może być traktowane jako uczestnictwo w dokonaniu aborcji”. Ojciec Ludwik tłumaczy: „Przy dyskusjach o wierności sumienia trzeba pamiętać o powadze prawa państwowego. Ustawodawstwo to nie jest nic niewarty śmieć”. Co by było, gdyby każdy łamał prawo, powołując się na swoje sumienie. Zgadza się z prof. Zbigniewem Szawarskim, że „wszystkie sumienia są równe i każdy ma prawo żyć zgodnie z własnym, szanując ogólnie przyjęty porządek prawny.” Broni Hannę Gronkiewicz-Waltz, która zwolniła z pracy profesora Chazana. „Jeśli złamał prawo, to choć jest zasłużonym lekarzem, słusznie ponosi konsekwencje swojej decyzji.”
Ale to jeszcze nic. Dominikanin porusza dwa problemy doktrynalne. In vitro: kiedy zygota staje się człowiekiem? „Jedni teologowie i biologowie uważają, że moment animacji następuje w zakończeniu kariogamii, kiedy łączą się definitywnie gameta męska i żeńska. Inni upatrują go w akcie nidifikacji, implantacji, czyli zagnieżdżenia się zygoty w macicy. Pierwsza teoria wydaje się najbardziej logiczna: powstaje zygota z pełnym ludzkim genomem, powstaje zatem człowiek. Ale druga ma też poważne argumenty. (...) Z jednej zygoty mogą wyłonić się dwa lub trzy organizmy: bliźnięta lub trojaczki. W takim przypadku trudno zrozumieć podział duszy ludzkiej uprzednio stworzonej i przeznaczonej dla jednej zygoty.” Drugi argument: badania wykazują, że więcej zygot bywa wydalonych z macicy, niż rodzi się dzieci. Czy możliwe, żeby Bóg tak nielitościwie traktował zygoty, które byłyby prawdziwymi ludźmi? Ojciec Wiśniewski nie wypowiada się za żadną z tych teorii, prosi jednak, żeby nie nazywać in vitro „wyrafinową aborcją” i nie powtarzać, że „każde dziecko narodzone metodą in vitro jest okupione śmiercią jego sióstr i braci”. Oraz żeby nie mówić, że takie dziecko nie jest owocem miłości. Powiada również, że „stawianie na tej samej płaszczyźnie aborcji i antykoncepcji jest wielkim i fatalnym dla naszego duszpasterstwa nieporozumieniem”.
Ks. Wojciech Lemański został oskarżony o wypowiedzi niezgodne z doktryną katolicką, a krytykował tylko język kościelny w sprawie „in vitro”. Niestety nie jest dominikaninem.

15:25, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
czwartek, 27 listopada 2014
Czy mamy powody do radości?

Psalm 100, 1-2
„Psalm dziękczynny.
Wołajcie na cześć PANA, wszystkie ziemie,
służcie PANU z radością,
wesoło przychodźcie przed Jego oblicze!”
Ekumeniczny Przekład Jedenastu.
Z czego się cieszyć na tej łez dolinie? Ano z tego, że On jest. Że są nie tylko miliardowe kałuże wszelakiego zła, ale i niebieski megaocean dobra oraz liczne „oczka wodne” ziemskiej dobroci. Owszem, niełatwo to zobaczyć wśród codziennej szarugi, ale należy patrzyć, jak ksiądz profesor Michał Heller, który w swej książce „10.30 u Maksymiliana” napisał był ( cytowałem to już raz): „Cała ziemia jest opleciona trudno dostrzegalną siecią dobra. Przypuszczam, że na jeden zły czyn przypada tysiąc dobrych (albo i znacznie więcej). Ale gdyby nawet tak nie było, jeden dobry czyn «waży» więcej niż tysiąc złych. A religia chrześcijańska mówi nam o Czynie, który sam jeden waży więcej niż całe zło świata”.
Choćbyśmy nawet nie wierzyli Dobrej Nowinie o Jezusie, to powinniśmy pojąć, że natura człowiecza skażona jest potężnym egoizmem, wobec czego każde temu przeciwne ludzkie zachowanie zasługuje na podziw. A każde jest jakimś maleńkim wypływem z nieskończenie wielkiego Zbiornika Altruizmu.

14:34, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
środa, 26 listopada 2014
Czy jesteśmy prześladowani?

Ewangelia Łukasza 21,12
„Podniosą na nas ręce i będą was prześladować.”
Biblia Tysiąclecia.
Prześladowali, prześladują i będą prześladować: taka już jest natura ludzka, że odmienność niepokoi, drażni, prowokuje do napaści. Idea tolerancji jest pomysłem raczej niedawnym. Napotyka na niezrozumienia rozmaite. Zacznę od tego, że niektórzy Polacy widzą w niej grzeszną obojętność, pozwalanie na niemoralność; potrafią wręcz podawać za wzór islamistów. Ci sami moi rodacy użalają się natomiast, że chrześcijanie są w Europie zachodniej prześladowani, tak jakby pasowały do tego określenia wybryki ateistycznego fundamentalizmu, zachodnioeuropejskie gorszenie się każdym zewnętrznym znakiem religijności, nieporównywalne przecież z niedolą chrześcijan w krajach islamu, w Indiach, w azjatyckich państwach komunistycznych. Ba, słychać wręcz głosy, że prześladowanie katolików ma miejsce również w Polsce: komuś wydawało się nawet, że na owo miano zasługuje pojawienie się w którymś z kościołów jakiegoś zwariowanego golasa...
No cóż, mamy u nas demokrację liberalną, która różnoraką odmienność dopuszcza, jeśli nie pochwala. Prześladowanie to administracyjny zakaz, nie słowo nas atakujące, które lepiej zignorować pogardliwie niż je reklamować głośnym świętym oburzeniem.

15:03, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 25 listopada 2014
Nie ma rzeczy niemożliwych

Ewangelia Łukasza 21,5
„A [kiedy] niektórzy mówili o świątyni, że jest ozdobiona pięknymi kamieniami i ofiarowanymi klejnotami rzekł: - Nadejdą dni, w których z tego, co oglądacie, nie pozostanie kamień na kamieniu, który by nie był obalony.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Przyszłość jest przed nami zakryta dokumentnie, tylko niektórzy są zdolni ją widzieć. A nasze przewidywania, futurologia tak często zawodzi. Gdyby nam, Polakom ktoś w sierpniu 1939 roku albo i później, gdy już wojna trwała, gdy już ją nawet przegraliśmy, powiedział, że Warszawa zostanie zburzona, uznalibyśmy to za prawdopodobne? Albo gdyby ktoś przepowiedział Niemcom zrujnowanie własnego ich wtedy Wrocławia? Nie ma rzeczy niemożliwych, także nieprawdopodobnych. Ot, choćby nawet sprawa wyborów samorządowych, które było tak trudno policzyć i dały wynik tak różny od tego, który z sondaży wynikał i w który prawie każdy uwierzył. Wyroki Boże zaprawdę tajemnicze.

13:30, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 24 listopada 2014
Chrystus uczył relatywizmu! Czytaj dalej ciekawy kwartalnik „Ethos”, tom przemocy poświęcony!

Ewangelia Łukasza 21,1-4
„Gdy Jezus podniósł oczy, zobaczył, jak bogaci wrzucali swe ofiary do skarbony. Zobaczył też, jak uboga jakaś wdowa wrzuciła tam dwa pieniążki. I rzekł: - Prawdziwie powiadam wam: ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni. Wszyscy bowiem wrzucali na ofiarę z tego, co im zbywało, ta zaś z niedostatku swego wrzuciła wszystko, co miała na utrzymanie.”
Biblia Tysiąclecia.
Najpierw problemik translatorski: z tym słowem „prawdziwie”, które w oryginale greckim brzmi „alethos”. Nie byłoby żadnego kłopotu, gdyby nie to, że w niektórych miejscach Nowego Testamentu jego odpowiednikiem jest hebrajski termin „amen”, znany nam jeszcze bardziej niż owo „zaprawdę””; w EPP zostawialiśmy go nieprzetłumaczonym, bo i po co: to przecież też polszczyzna! Jest ów „amen” na przykład w ewangelii dzisiejszej (21,32), gdzie Tysiąclatka ma owo tradycyjne Wujkowe „zaprawdę”. Tyle spraw językowych, one też nie bez znaczenia, ale są ważniejsze.
Lingwistyka blednie przy etyce. A dzisiejsze przesłanie etyczne, czyli moralne, jest takie, że miarą ludzkiej ofiarności nie jest prosta ilość ofiarowanej mamony czy innego dobra materialnego. Nie tylko materialnego nawet: gdy mi miejsca w autobusie ustąpi pani w średnim wieku (zdarza się taka ofiarność okropnie mnie żenująca – wyglądam widać na stulatka albo inwalidę ledwie stojącego), to ofiarowuje więcej, niż gdy tą samą uprzejmością wykaże się młodzieniec.
Ów święty relatywizm można jednak rozciągnąć jakoś na etykę w sposób bardziej dyskusyjny. Bywa ona bowiem czasem sytuacyjna: zabić człowieka na przykład czasem jest czynem usprawiedliwionym, gdy człowiek ów czyha na życie moje, tym bardziej na życie mego dziecka, żony, każdego, kogo winienem bronić. A jak z antykoncepcją w przypadku żony pijaka, mającej już dzieci dziesięcioro? Moim zdaniem oczywiście zakaz nie obowiązuje, ale na końcu tego wpisu są sprawy mniej zaczepiające o rzymskokatolicką doktrynę dotychczasową. Dziękuję z góry za dalszą lekturę!
W tomie 106. kwartalnika „Ethos”, który tu już trochę omówiłem, jest również artykuł niemieckiego profesora politologii Manfreda Spiekera „Ku medycynie pragnień. Sztuczne zapłodnienie a godność człowieka”. Jest to bardzo krytyczny tekst na temat in vitro, napisany przez kogoś z Zachodu: zaznaczam to, bo w polskich mediach można by odczytać sugestię, że sprzeciw wobec tej działalności to zjawisko specyficznie polskie. Oczywiście i tam bywają poglądy różne, inne niż te owego Spiekera: autor ten jest związany z Kościołem katolickim, był obserwatorem do spraw polityki społecznej Stolicy Apostolskiej przy Radzie Europy. Ale to przecież nie znaczy, że nie warto wiedzieć, co myśli, jakimi argumentami operuje.
Są to argumenty – tak je rozróżnię – filozoficzne i medyczne. Co do tych pierwszych, odnotuję przede wszystkim pogląd, że działania medyczne in vitro nie dotyczą tylko tej pary i pragnienia dziecka, lecz także samego dziecka jako trzeciego podmiotu. Dziecko jest celem owych działań, „jest przedmiotem szczególnego rodzaju, przedmiotem, który jest jednocześnie podmiotem i któremu przysługuje ludzka godność”. Godność ta przysługuje już embrionowi. Spieker polemizuje z poglądem, jakoby embrionowi nie można było przypisać ludzkiej godności, gdyż ma on tylko abstrakcyjną możliwość rozwinięcia się w człowieka: nie posiada jeszcze zdolności odczuwania i dlatego nie można go zranić ani też naruszyć poczucia jego godności. Jest to zdaniem Spiekera „prawdziwie biologistyczny punkt widzenia, według którego macica uzyskuje rangę niemal ontologiczną”. Godność człowieka nie jest bowiem stopniowalna. Autor jest wyraźnie zdania, że embrion jest już osobą, co dla niektórych filozofów chrześcijańskich bywa dyskusyjne: jest życiem ludzkim czy wręcz człowiekiem, ale osobą jeszcze nie.
Ciekawsze są dla zwykłych ludzi argumenty medyczne. Według Spiekera liczba wad rozwojowych u dzieci poczętych metodą in vitro jest wyższa niż w przypadku poczęcia naturalnego (czemu długo zaprzeczano, a czym w międzyczasie zajęła się Rada Etyczna przy Kanclerzu Niemiec). Częstość ciąż wielokrotnych i związanych z nimi przedwczesnych urodzin oraz obciążeń zdrowotnych jest też wyższa znacznie. To jednak nie koliduje jeszcze zdaniem autora z gwarancją ochrony ludzkiej godności. Koliduje z nią natomiast zabijanie nadliczbowych płodów, gdy ciąża mnoga wiąże się z ryzykiem, grozi uśmiercanie embrionów zamrożonych przez przekazywanie ich do badań nad komórkami macierzystymi, czyli traktowanie ich jako ,,czegoś”, jako surowca. Ale nawet gdyby udało się zapładniać tylko jedną lub dwie komórki jajowe, co już się zdarza, to zdaniem Spiekera „rozród człowieka jest istotowo czymś więcej niż techniczną procedurą. Stanowi owoc wzajemnej jedności, w której mężczyzna i kobieta nie są jedynie dawaniem gamet ani dostarczycielami surowca!”
Nie są to w Polsce argumenty zupełnie nieznane, można tylko zauważyć, że osławione twierdzenie na temat „bruzdy” tutaj nie pada.
W tymże tomie „Ethosu” mamy natomiast studium kwestii w polskich kręgach kościelnych raczej lekceważonej, mianowicie przemocy w rodzinie. Profesor psychologii na Uniwersytecie Śląskim Danuta Rode podsumowuje swoje analizy w taki sposób: „W związkach, w których występuje problem przemocy, po pierwsze, relacja małżonków oparta przez dłuższy czas na przewadze jednej ze stron prowadzi do wytworzenia więzi traumatycznej, po drugie, długotrwałe przebywanie w związku krzywdzącym, opartym na nierówności, powoduje rozwój mechanizmów uzależnienia i czerpania korzyści z tego układu zarówno przez jedną, jak i drugą stronę. Ofiara uczy się czerpać przyjemność z przyjacielskich gestów sprawcy, z czasem interpretuje jego zachowanie jako dowód miłości i wyraz troski o dobro jej i dzieci lub jako błędne działanie w dobrej intencji. Sprawca natomiast rozwija w sobie nierealistycznie zawyżoną samoocenę. Poddawanie się przez partnerkę kontroli, podporządkowaniu, godzenie się na brutalność i okrucieństwo stanowi potwierdzenie faktycznie kruchego « ja » sprawcy przemocy. Poczucie własnej wartości zależy bowiem od jego zdolności wymuszania na partnerce uległości i podporządkowania”. Samo życie, sama kobieca natura...
Na koniec coś o przemocy największej: o wojnie. Dr Tomasz Żuradzki z Instytutu Filozofii UJ napisał tekst pt. „Proporcjonalność w etyce wojny. Ograniczanie całkowitej liczby ofiar konfliktów zbrojnych”. Tytuł długi i skomplikowany, bo tutaj sprawa przemocy prosta nie jest. Najpierw zatem artykułowy „lid”:
„W obronie własnego życia wolno mi zabić napastnika, a ściślej mówiąc, dowolną liczbę napastników, którzy zamierzaliby mnie zabić. Według niektórych teorii lub doktryn moralnych napastnika wolno zabić, by bronić innych wartości na przykład swojego zdrowia lub własności. Nie wolno natomiast zabijać w obronie własnej osób postronnych lub takich, które nie są przyczynowo i moralnie odpowiedzialne za wywołanie danego stanu rzeczy. Osoby niewinne powinny zatem być absolutnie uprzywilejowane.”
Ale uprzywilejowanie owo w dzisiejszej wojnie, kiedy na przykład bronią była bomba, stwarza problem kolosalny. Tak było podczas wojny prowadzonej przez NATO w Kosowie, gdy istniał dylemat moralny: chronić przede wszystkim własnych lotników, bombardując z bardzo dużych wysokości, czy też dbać jednak bardziej o cywilów, zniżając loty w trosce o precyzję bombardowania. Tradycyjna doktryna wojny sprawiedliwej nie daje tutaj jednoznacznych zasad. Nie mówiąc o tym, że istnieje problem, czy można nazwać sprawiedliwą wojnę, w której straty w ludziach, wszystko jedno, po której stronie, są większe niż gdyby wojny nie było (wojna z Irakiem w roku 1991).
Albowiem etyka – to już uwaga moja – to także dylematy, nie tylko proste słuchanie przykazań.

13:10, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 23 listopada 2014
Czyny, co starczają za słowa

Ewangelia Mateusza 25,40.45
„Amen, mówię wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnie uczyniliście (...) Amen, mówię wam, czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie nie uczyniliście.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Oto poniekąd najważniejsze etycznie zdania Ewangelii. Dzięki nim nie potrzeba męczyć się nad udowadnianiem, że zbawienie nie zależy od wiary w Boga, od przekonania, że On jest. Kryterium Bożej oceny człowieka jest takie, jak to zwyczajne ludzkie. Liczą się czyny: bez nich wiara ta martwa jest, co więcej, one same starczają za słowa.

09:05, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
sobota, 22 listopada 2014
Miłość czy nienawiść bliźniego swojego

Psalm 144,1-2
„On moje ręce zaprawia do walki,
moje palce do bitwy.
On mocą i warownią moją,
Osłoną moją i moim wybawcą.”
Biblia Tysiąclecia.
Do jakiej to walki zaprawia tutaj psalmistę Bóg? Oczywiście do tej duchowej, przede wszystkim z własnymi wadami? Nie jest to jednak takie oczywiste. Postawa cierpiącego Sługi JHWH nie była żadną miarą w starożytnym Izraelu powszechna, nie jest zresztą także w Izraelu dzisiejszym, a my, chrześcijanie, również nie baranki przecież, choć historia nauczyła nas większej łagodności. Mówiąc językiem islamu, dżihad królował długie wieki wszędzie (w sensie wojny ogniem i mieczem – podobno to znaczenie terminu w świetle samego Koranu wcale nie jest oczywiste, można go rozumieć przede wszystkim jako pracę nad sobą). Są przecież w Psałterzu tak zwane psalmy złorzeczące, gdzie nie miłość widać, ale nienawiść bliźniego swojego.

09:57, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
piątek, 21 listopada 2014
Mamona moja sławy gazetowej. Kiedy nastąpi mój koniec świata?

Psalm 119,14.24.72
„Bardziej się cieszę z Twojej drogi
niż z ogromnego bogactwa.
Bo Twoje napomnienia są dla mnie rozkoszą,
są moimi doradcami.
Lepsze jest dla mnie prawo z Twoich ust płynące
niż tysiące sztuk złota i srebra”.
Przekład Ekumeniczny Jedenastu.
Pieniądze mnie jakoś na szczęście nie kuszą, nie muszę „szpanować” markowym garniturem, tym bardziej nie autem za wiele tysięcy. Nie mam się jednak całkiem z czego chwalić, bo na przykład za sławą skłonny jestem gonić: drukowanym być kocham nad życie. Pewnie bardziej niż prawo z ust Boga płynące...
Czytam dalej cytowane już tutaj kazania ks. Hellera. Jest tam też taki tekst.
„Ów Dzień"
9. niedziela zwykła: cykl A
Mt 7,21-27
Zamyślmy się nad przeczytanym przed chwilą fragmentem Ewangelii, ale uczyńmy to w świetle naszej obecnej życiowej kondycji.
„Wielu mi powie w Owym Dniu...” - „Ów Dzień” to oczywiście powtórne przyjście Chrystusa, które dla mnie nastąpi w chwili mojej śmierci. Zauważmy, że Chrystus zawsze mówi z perspektywy Owego Dnia (nawet wtedy, kiedy do niego wprost się nie odwołuje). Gdy myślimy nad sobą, też powinniśmy czasem pomyśleć z perspektywy Owego Dnia.
„W Owym Dniu wielu mi powie...”: Panie, czy nie oddawałem tego, co Tobie należy? Chodziłem do kościoła. Modliłem się od czasu do czasu... Nikogo nie zabiłem. Byłem sobą...
Słyszymy w odpowiedzi: „Nie każdy, który mi mówi «Panie, Panie» wejdzie do Królestwa Niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie”.
- No tak, gdybym znał wolę Boga, gdyby mi ją objawił, na pewno bym ją wypełnił.
Ale On to właśnie zrobił. Objawił ją nam w Dziesięciu Przykazaniach, w głosie sumienia, w postulacie bezwzględnej uczciwości, w nakazie stawiania Go na pierwszym miejscu bez względu na koszty, jakie za to trzeba by zapłacić; na pierwszym miejscu
- w myślach,
- w czynach,
- w życiowych wyborach.
To stawianie na pierwszym miejscu On nazywał Przykazaniem Miłości Boga.
Tym, którzy na usprawiedliwienie swojego życia mają tylko „Panie, Panie”, w Owym Dniu Jezus odpowie: „Nigdy was nie znałem”:
Nie rozpoznałem w was swojego wizerunku.
To po prostu nie-wy, zupełnie ktoś inny.
Słowa te do mnie i nie tylko do mnie komentarza nie wymagają, chyba że teologicznego. Autor utożsamia bowiem koniec świata, czyli Sąd Ostateczny, z tak zwanym tradycyjnie Sądem Szczegółowym, Przecież to zupełnie inne daty! Otóż jest tak, patrząc „z ziemi”, w tutejszej perspektywie, uwzględniającej wymiar czasowy, którego jednak „w niebie”, w tamtej rzeczywistości zgoła nie ma. Co dopiero od niedawna i to nieczęsto się wiernym katolickim wyjaśnia.

14:42, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 20 listopada 2014
Odpieczętować Księgę. Triumf EPP. Zasłużony dla tolerancji rabin Michael Schudrich. Antyekscelencja Alfons Nossol

Księga Apokalipsy 5,1
„I ujrzałem w prawej ręce Zasiadającego na Tronie Księgę zapisaną z obu stron, zapieczętowaną siedmioma pieczęciami.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Pisano już nieraz, że Biblia jest tak bardzo zapieczętowana, jak tamta, o której tu mowa. Tamta jest – cytuję Biblię Poznańską – „symbolem niezgłębionego bogactwa wyroków Bożych, rodzajem czekającego ba otwarcie Bożego testamentu w sprawie losów świata (por. Iz 29,11n; Ez 2,9n; Dn 12,4.9)”, ta natomiast aż dwoma testamentami. Zapieczętowanymi przez inność tamtejszych rodzajów literackich, w przypadku Księgi Apokalipsy, jak widać, ogromną. Łatwiej jednak ją otworzyć egzegetycznie niż spojrzeć w świata przyszłość, o czym nas uczy teraźniejszość ciągle zaskakująca. Futurologia trudniejsza jest niż inna nauka jakakolwiek, co zapisuję, niepełne i niepewne wyniki wyborów naszych zbożnie kontemplując.
We wtorek mieliśmy kolejne, chyba przedostatnie, spotkanie robocze naszego Zespołu Ekumenicznego, drugie wydanie EPP szlifujące. Zaczęło się od pokazania nam przez władykę Jeremiasza zaszczytny owoc naszej przeszło trzydziestoletniej roboty. Warszawska Metropolia Prawosławna wydała mianowicie w naszym, choć skorygowanym przekładzie, dla celów liturgicznych cztery ewangelie pt. „Święta Ewangelia”. Zaszczyt polega na tym, że jest to pierwsze własne polskie tłumaczenie Cerkwi: dotąd korzystano z Wujka, Tysiąclatki czy Przekładu Ekumenicznego 11 Kościołów polskich (który Przekładem Jedenastu będę odtąd w skrócie nazywał). Korzystano nieczęsto: przeważała lektura w języku starocerkiewnosłowiańskim, a zależało to od zwyczajów miejscowych, bo poszczególne parafie prawosławne RP są w tej sprawie autonomiczne (także w wyborze kalendarza: juliańskiego czy gregoriańskiego). I powiedział mi władyka, że będzie tak chyba jeszcze długo (wiem skądinąd, że rzymskokatolickie chęci powrotu do łaciny utwierdzają w konserwatyzmie polskich prawosławnych). Niemniej gdzieniegdzie zabrzmią nasze pomysły... Alleluja!
Prawosławni mają jak my przed Soborem cykl czytań jednoroczny, czytają też oczywiście inne księgi („lekcja” zwie się u nich „apostoł”), ale bez Apokalipsy (może słusznie, bo trudna niewątpliwie).
Wczoraj natomiast odbyła się impreza mniej kameralna: wręczono nagrody „Zasłużony dla tolerancji”. Jako pierwszy z sześciorga otrzymał ją Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, niewątpliwie zasłużenie, bo jest to człowiek naprawdę łagodnego ducha. A wyróżnienia owe przyznaje Fundacja Ekumeniczna „Tolerancja”, firmowana przez przewodniczącego Rady Fundatorów, teologa luterańskiego profesora Karola Karskiego, oraz przewodniczącego jej Społecznej Rady, senatora RP Józefa Piniora.
Gdy już jesteśmy przy cnocie tolerancji, trudno mi nie wspomnieć o arcybiskupie Alfonsie Nossolu. Napisało mi się o nim na jutro do dziennika „Metro” w taki oto felietonowy sposób.
Antyekscelencja
„Magazyn Świąteczny” „Gazety Wyborczej” wydrukował tydzień temu rozmowę z arcybiskupem Alfonsem Nossolem, bo minęło ćwierć wieku od historycznej mszy w Krzyżowej, podczas której premier Mazowiecki i kanclerz Kohl wymienili znak pokoju: emerytowany dziś już ordynariusz opolski bardzo się do tego przyczynił (czytaj też o tym w najnowszym „Tygodniku Powszechnym”).
Wciąż wspominam spotkanie z nim w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Pewna pani denerwowała się, że nie dojechał, gdy jej wskazałem jego szczupłą sylwetkę, zadziwiła się: - Biskup, a taki chudy? Biskupi polscy nie zawsze są otyli, w ogóle jednak ten wydaje mi się odmieńcem. Nie widział się w biskupiej roli. Dojrzało na KUL-u trzech odważnych teologów młodych, przejętych soborową szerokością poglądów: Napiórkowski, Hryniewicz i on, jemu jednak kardynał Wyszyński nie dał siedzieć w książkach. Opierał się długo, użył nawet argumentu, że jego bracia służyli w Wehrmachcie, nie pomogło. W końcu jednak zrozumiał zamysł wielkiego prymasa, że jako Ślązak będzie na swoim terenie biskupem najlepszym.
Ale widzi mi się odmieńcem nie tylko w jednaniu narodów. W jednaniu również dwóch stylów kościelnych: tych po obu stronach Odry i Nysy. Ot, choćby w tym, że tytułu „ekscelencja” jakoś dziwnie nie lubi. Uwielbia natomiast inne słowo na tę samą literę: ekumenizm. Uosabia tę szerokość myślową, której na naszym podwórku zaprawdę nigdy dosyć.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
Chwalcie Go, jak umiecie. Optymizm księdza Hellera

Wpis na 19 listopada 2014
Psalm 150,1-6
„Chwalcie Boga w Jego świątyni,
chwalcie na ogromnym Jego nieboskłonie.
Chwalcie Go za potężne Jego dzieła,
chwalcie za niezmierzoną Jego wielkość.
Chwalcie Go dźwiękiem rogu,
chwalcie na harfie i cytrze.
Chwalcie Go bębnem i tańcem,
chwalcie na strunach i flecie.
Chwalcie Go na dźwięcznych cymbałach,
chwalcie na cymbałach brzęczących.
Wszystko, co żyje,
niechaj chwali Pana.”
Za co Go jednak właściwie chwalić? Ot, choćby za wszystko, co dobre, a co od Niego pochodzi. W Wydawnictwie Copernicus Center Press ukazały się pod tytułem „10.30 u Maksymiliana” kazania ks. Michała Hellera, wygłoszone w kościele tarnowskim pod wezwaniem ojca Kolbego. W jednym z nich powiedział tak: „Zło ma to do siebie, że rzuca się w oczy. Cała ziemia jest opleciona trudno dostrzegalną siecią dobra. Przypuszczam, że na jeden zły czyn przypada tysiąc dobrych (albo i znacznie więcej). Ale nawet gdyby tak nie było, jeden dobry czyn « waży » więcej niż tysiąc złych. A religia chrześcijańska mówi nam o Czynie, który sam jeden waży więcej niż całe zło świata.”
Tyle wciąż lektur smutnych, dziękuję Kaznodziei za ten optymizm. Naiwny niestety? Jest to problem chyba filozoficzny: jeżeli się uzna, że dobrym czynem jest każdy ludzki odruch życzliwości, każdy wysiłek na rzecz ulepszania świata, każde w ogóle przełamanie wrodzonego ludzkiego egocentryzmu, to wielki uczony i mądry duszpasterz ma tutaj rację.

14:05, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 listopada 2014
Nie bądź letni, lecz też nie pyskuj. Papież i postęp...

Księga Apokalipsy 3,15-16
„Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię z mych ust wyrzucić!”
W oryginale bardzo mocne słowo: wyrzygać niemal. To potępienie niedobrej dyplomacji, nadmiernej troski o gładkie relacje z bliźnimi, szczególnie z tymi, co są od nas wyżej na drabinie społecznej, potępienie wszystkiego tego, co się układnością zwie. Ewangelia jest po prorocku gwałtowna.
Ale w niczym przesadzać nie należy. Była sobie taka pani, zresztą inteligentna, która twierdziła, że „ma charyzmat mówienia rzeczy nieprzyjemnych”. Bezcenny jest zapał do ulepszania świata, pamiętam sprzed pół wieku Emmanuela Mouniera postulat moralny zaangażowania – o to w istocie przecież tutaj chodzi – ale nie idźmy nigdy po trupach. Dialog pyskówkę wyklucza absolutnie. No i bezstronność to jednak jakaś cnota.
Ciągnę wpis dalej: tylko żeby właśnie chęć bycia bezstronnym nie oznaczała uniku albo takiego mojego otwarcia się na partnera dialogu, że specyfika mojego stanowiska jakoś się dziwnie zaciera, gubi się moja tożsamość. W swoim słynnym już „Eseju apologetycznym i sceptycznym” Leszek Kołakowski postawił zachodniemu katolicyzmowi czy w ogóle chrześcijaństwu zarzut ulegania ideologii racjonalistycznej. Jedno jest pewne, że trzeba zarzut ten potraktować poważnie: ze względu na to, od kogo ta krytyka pochodzi. W końcu od myśliciela klasy ogromnej, a do tego przecież całkiem spoza naszego „obozu myślowego”.
Poważnie jednak spojrzeć trzeba także na to, co mówi o sprawach wyjątkowo kontrowersyjnych papież Franciszek.
Powiedział w sobotę włoskim lekarzom katolickim bardzo mocno. KAI doniosła: „Papież zauważył, że dominująca mentalność niekiedy promuje « fałszywe współczucie » , utrzymujące, że ułatwienie aborcji jest pomocą dla kobiety, eutanazja - aktem godności, że zdobyczą naukową jest « wytworzenie » dziecka uważanego za prawo, a nie dar czy też wykorzystywanie istnień jako « królików doświadczalnych » , aby przypuszczalnie ocalić inne istnienia. Franciszek przestrzegł przed igraniem życiem, które jest grzechem ciężkim przeciw Stwórcy, przeciw Bogu Stwórcy, który w ten sposób stworzył świat. Wyznał, że od pierwszych chwil swego kapłaństwa słyszał opinie, że aborcja jest kwestią religijną. Nie jest ani « problemem religijnym » , ani też « filozoficznym » . Jest problemem naukowym, bo mamy do czynienia z życiem ludzkim i nie godzi się eliminować życia ludzkiego, aby rozwiązać problem. Dodał, że to samo dotyczy eutanazji, która jest także ciężkim grzechem przeciw Bogu Stwórcy.”
Franciszek zatem nie jest tak postępowy, jak się wydawało? Różne są pojęcia postępu, oby nie było podstępem. I można twierdzić, że zarodek człowieka to życie ludzkie, ale pytać, czy wręcz osoba. Można przyznawać, że papież ma rację, ale jego stanowisko nie może stanowić państwowego prawa. Można przypominać, że jest coś takiego jak miłosierdzie wobec kobiet w sytuacji strasznej. Potraktujmy jednak tego papieża tak jak wtedy, gdy gromi biskupów: poważnie. Odnotowując dzisiaj w „Wyborczej” tę i poprzednie na ten temat wypowiedzi Franciszka, Tomasz Bielecki napisał, że leje on miód na konserwatywne serca. Czy podobna formuła nie jest tu nazbyt prosta?
„Rzeczpospolita” odnotowała tę papieża już wczoraj, KAI oczywiście zaraz. W serwisie tej agencji jest również informacja, że tylko 64 proc. placówek medycznych we Włoszech praktykuje aborcję, a odmawia w niej udziału 91,3 proc. ginekologów. „Rzeczpospolita” podaje dane podobne, ale również informację o postępowaniu przewodniczącego włoskiego związku ginekologów. On sam aborcji nie wykonuje, ale rozumie kolegów postępujących inaczej. W jego szpitalu wszyscy etatowi lekarze odmawiają, przyjął więc kogoś spoza na umowę zlecenie. I tu nie po linii kościelnej pytanie moje, czy nie potępił go za taką decyzję żaden duchowny albo i świecki katolik. Czynię w ten sposób aluzję do niedoli pań Kopacz i Gronkiewicz-Waltz, które musiały zadziałać zgodnie z polskim prawem i spotkało je za to kościelne odium. Podobnie jak księdza profesora Andrzeja Szostka za wypowiedź publiczną, że wskazanie lekarza, który dokonuje aborcji, nie jest tożsame z udziałem w niej.
A w omawianym już przeze mnie tomie „Ethosu” tekst politologa niemieckiego Manfreda Spiekera o in vitro, bardzo krytyczny. Wrócę do niego w weekend.

15:52, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 17 listopada 2014
Zrozumieć Apokalipsę. „Ethos” o przemocy, także o przemocy w Biblii

Księga Apokalipsy 1,1-4; 2,1-5a
Zaczyna się liturgiczna lektura biblijnego utworu literackiego najdziwniejszego. Napisałem nie przypadkiem: „utworu literackiego”, bo musimy zrozumieć, że jest to tak zwana dzisiaj literatura piękna, czyli nie żaden nudny dokument urzędowy, suchy jak wiór, z istoty swej bez polotu, ale dzieło pełne obrazów, poemat prawie. To rodzaj literacki tamtoczesny i z miejsca tamtego, choć porównałbym go trochę do poezji dzisiejszej, gdzie rymu ani rytmu nie widać, ale obrazów właśnie i to dziwnych wiele. A niektóre apokaliptyczne wzięły się z sytuacji politycznej, która zdarzała się, zdarza i na jej koniec się nie zanosi: gdy trzeba swoje poglądy maskować, bo za szczerość oberwać można.
We fragmencie dzisiejszym błyszczy liczba siedem, symboliczna oczywiście, pełnię i doskonałość oznaczająca: „Jan do siedmiu Kościołów, które są w Azji: Łaska wam i pokój od tego, Który jest i Który był i Który przychodzi, i od siedmiu Duchów, które są przed Jego tronem. Usłyszałem Pana mówiącego do mnie: - Aniołowi Kościoła w Efezie napisz: « To mówi Ten, który dzierży w prawicy siedem gwiazd. Ten, który się przechadza wśród siedmiu złotych świeczników »” .
Biblia Tysiąclecia, dalej też.
Jak zauważa ks. Czajkowski we wstępie do tej księgi w naszym EPP, „tylko dwa Kościoły nie otrzymują od Pana nagany: Kościół w Smyrnie i Kościół w Filadelfii”. Do efeskiego napisano: „Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość, i to, że złych nie możesz znieść i że próbie poddałeś tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są, i żeś ich uznał za kłamców. Ty masz wytrwałość: i zniosłeś wiele dla imienia mego – niezmordowany. Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij.”
Jako że liczba siedem pełnię oznacza, ta analiza środowisk Kościoła pierwotnego służy poniekąd ocenie wszystkich. Ocenie w duchu kościelnej szczerości, dzisiaj raczej nieczęstej. Przydałaby się takowa Kościołowi w Warszawie i w Polsce całej, ale jest kurs decentralizacyjny, obawiam się, że będziemy długo tacy jak teraz (czytaj „Tygodnik Powszechny” ostatni, analizę dominikanina szczerego Ludwika Wiśniewskiego). Ale niech żywi nie tracą nadziei: na papieża w stylu Franciszka też się wcale nie zanosiło, a zaniosło się na dwadzieścia cztery fajerki.
Lektura: przepotężny tom kwartalnika KUL-owskiego „Ethos” o przemocy (nr 104). Na okładce dzieło Leszka Mądzika niesamowite: twarzyczka dziewczyny śmiertelnie przerażonej. Fotografia mogłaby nazywać się jak tamto sławne dzieło malarskie: krzyk. Leżący na biurku tom zakrywam: okładka za bardzo wymowna.
W środku mamy rozważania filozofów. Wybieram myśli autora o nazwisku brzmiącym biblijnie: Roberta Piłata. Kończy on swój tekst tak oto: „Uznałem, że przemoc ma źródło w samookreśleniu przez moc, która ma unicestwić zagrożenie płynące z cudzej wolności. Zagrożenie to pochodzi stąd, że cudzy wolny akt ustanawia mnie samego jako radykalną inność, a tym samym jako nicość. Ostatecznie określiłem przemoc jako pragnienie zatrzymania w bezruchu innego podmiotu, powstrzymania jego inicjatywy czy akt woli po to, by samookreślenie przez moc nie napotkało na żadną przeszkodę. W syntetycznej formule: « Mogę to z tobą zrobić » tkwi moim zdaniem istota przemocy.” Język filozoficzny różni się od potocznego, tu jednak chyba nie przepastnie. A profesor PAN stawia dalej ważne pytanie futurologiczne, czyli o to, czy będzie w tej sprawie lepiej. „Czy możliwy jest świat, w którym wciąż będą istniały gniew i agresja, lecz nie będzie w nim przemocy w przedstawionym tu rozumieniu. Jedyną drogą do takiego świata wydaje się gruntowna i powszechna zmiana w strategiach konstrukcji własnej tożsamości. Chodzi o konstrukcję, która nie odwołuje się do mocy. Trudno powiedzieć czy szeroko pojęta kultura Zachodu, rozpowszechnione praktyki wychowawcze, działanie mediów, wzorce osobowe, sztuka i wreszcie sama filozofia dają dziś lepsze niż dawniej środki do takiego samookreślenia. (...) Stephen Pinker dowodzi, że pomimo cienia straszliwego wieku dwudziestego żyjemy dziś w epoce o najmniejszym w całej ludzkiej historii udziale przemocy. Jednakże nawet jeśli zgodzimy się z jego statystycznymi wywodami, nie znajdziemy argumenty za tym, że jest to tendencja trwała i nieuchronna. Jego diagnoza polega na uogólnieniu pewnych informacji, gdy tymczasem potrzebujemy wglądu w samą możliwość i źródła przemocy, by móc przynajmniej wyobrazić sobie świat, w którym jej rola zostałaby radykalnie umniejszona.”
Zgadzam się intuicyjnie z optymizmem owego Pinkera: zawsze mi się wydawało, że dzisiejsza rzeczywistość europejska, czyli ta, która dominuje w dzisiejszym świecie, nie jest jednak wbrew określeniu Jana Pawła II „cywilizacją śmierci”. Owszem, aborcja, eutanazja w swoim upowszechnieniem różnią nasze czasy od dawniejszych, niemniej dzisiejsze górują moralnie nad tamtymi choćby stosunkiem do kary śmierci oraz do wojny: Europa przestała być źródłem wojen światowych. Zgadzam się jednak również z Piłatem, że przyszłość jest przed nami dalej szczególnie zakryta. Casus Putin świadczy o tym dowodnie.
Można natomiast postawić pytanie biblistyczne: czego uczy o przemocy podstawowe źródło etyczne chrześcijaństwa i judaizmu. Nowy Testament wiadomo: krzyż. Można rzec, że skuteczność wychowawcza tego symbolu była długie wieki przeraźliwie mała, to właśnie jednak zmienia się. Ale Stary Testament? Ks. dr hab. Dariusz Dziadosz z KUL-u tytułuje swoje studium: „Czy Bóg Starego Testamentu ma surowe oblicze? Hebrajska Biblia a przemoc”. Znów z konieczności zajmę się głównie wnioskami z obszernych analiz, czyli przytoczę jeden z końcowych akapitów.
„Archaiczne teksty biblijne przypisujące Bogu bardzo surowe oblicze stanowią jednak niewielki procent starotestamentowych tradycji. Zdecydowana większość tych tradycji ukazuje Boga pokoju, harmonii, łączności i życzliwości (por. Rdz 6,6a i 9,1; 1 Krl 19,9-14 i 19,15-19), który nigdy nie stoi po stronie popełniających nieprawość i dopuszczających się przemocy. Bóg Starego Testamentu to przede wszystkim Stwórca i Ojciec wszelkiego stworzenia oraz potężny Król narodu wybranego, który na grzeszne czyny, akty przemocy i gwałtu najpierw reaguje sprawiedliwą odpłatą, wynikającą z woli przywrócenia zachwianej równowagi społecznej i moralnej, zaraz jednak okazuje miłosierdzie i łaskawość, wynikające z Jego pełnej miłości relacji do stworzeń (por. Rdz 3-4; 6-9; 1 Krl 19,11-12). Wielu proroków starotestamentowych podkreślało, że JHWH wcale nie musi uciekać się do przemocy, aby utrzymać i przywrócić swoje proroctwo na świecie. I rzeczywiście Bóg tego nie czyni nawet wobec tych, którzy swoje życie i dobrobyt budują na przemocy i sile, jak mieszkańcy asyryjskiej Niniwy (por. Jon 1-4) czy przedstawiciele narodu wybranego w Jerozolimie (por. Sof 3,8-15). Co więcej, niektóre teksty prorockie zapowiadają, że Bóg wykorzysta przemoc i gwałt jako narzędzie zbawienia wszystkich grzeszników, nadając wartość ekspiacyjną i uzdrawiającą niezawinionemu cierpieniu swego wiernego sługi (por. Iz 42,1-9; 49,1-7; 50,4-9; 52,13 - 53,12). Dobrowolne przyjęcie cierpienia przez sługę JHWH spowoduje nie tylko odkupienie niegodziwości ludzkiej i wszystkich aktów przemocy, ale też nadejście eschatologicznej epoki pokoju i harmonii porównywalnej do czasów poprzedzających upadek pierwszych ludzi (por. Iz 9,6; 11,1-9).”
Było trochę filozofii, trochę biblistyki, teraz krzyna etyki. Profesor KUL-u, siostra werbistka Barbara Chyrowicz w artykule pt. „Przemoc bez nienawiści?” napisała coś, co wydało mi się bezsporne: „Skrajny pacyfizm może wydawać się szlachetny, ale prowadzi do absurdów w społeczności, która wcale nie kieruje się pokojowymi ideami. (...) Lepiej cierpieć niesprawiedliwość niż niesprawiedliwość czynić, ale akty obrony przed przemocą nie będą niesprawiedliwe, o ile polegać będą na użyciu siły w celu powstrzymania agresorów posługujących się wszelkimi rodzajami przemocy, czyli nie będą wprost i bezpośrednio nakierowane na przemoc.” Pojęcie wojny sprawiedliwej - „dopowiadam” – nie jest dziś tak jasne jak kiedyś, ale kardynał Parolin wzywał do interwencji zbrojnej przeciw Państwu Islamu.

15:10, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Kobieta w Biblii hebrajskiej

Wpis na niedzielę 16 listopada 2014

Księga Przysłów 31,10-13.19-20.30-31
„Dzielną kobietę – któż znajdzie?
Więcej jest warta niż perły.
Mąż ufa jej całym sercem
i ma z tego same korzyści.
Wyświadcza mu dobro, a nie zło,
przez wszystkie dni swojego życia.
Stara się o wełnę i len,
chętnie pracuje własnymi rękami.
Wyciąga ręce po kądziel,
palcami trzyma wrzeciono.
Otwiera dłoń dla biednego,
wyciąga ręce do potrzebującego.
Wdzięk jest zdradliwy, piękno ulotne,
chwalić należy kobietę, która boi się PANA.
Dajcie jej z owocu jej rąk,
Niech jej czyny chwalą ją w bramach.”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów polskich.

Tekst feministyczny? Oczywiście nie, nie mógł być taki w społeczeństwie patriarchalnym. Chwali tu jakiś mężczyzna kobietę, zresztą nie „jako taką”, tylko tę, która służy za wzór, już zaraz na wstępie bowiem czytamy sugestię, że podobną znaleźć niełatwo. Miejscem kobiety jest dom i tylko dom. Były jednak ważne wyjątki: jednym z najstarszych tekstów biblijnych jest pieśń Debory, wspaniałej przywódczyni ludu (Księga Sędziów 4-5). Dużą rolę publiczną odgrywała też siostra Mojżesza Miriam. W Pieśni nad pieśniami dziewczyna jest partnerką miłosną równorzędną. No i trzeba odnotować ocenę „Encyklopedii biblijnej”, że „Biblia nie zawiera żadnych wypowiedzi, które w sposób jawnie wrogi odnosiłyby się do natury zwyczajnych kobiet”. Biblia nie jest w ogóle patriarchalna monolitycznie.

15:07, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
sobota, 15 listopada 2014
Czy Bóg wysłuchuje naszych modlitw?

Ewangelia Łukasza 18,7-8
„A Bóg czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Biblia Tysiąclecia.

Takie jest zakończenie „przypowieści o tym, że uczniowie zawsze powinni się modlić i nie ustawać”. Zapewnienie, że modlitw naszych Bóg wysłuchuje, powoduje zawsze pytanie, czy dzieje się tak na pewno w każdym przypadku - bo przecież życie wygląda bardzo różnie. Może odpowiedzią jest tutaj zdanie ostatnie, jeśli je odnosić nie tylko do Paruzji, jeśli uznać, że chodzi tu również o poprzedzające ją „małe” przyjścia Chrystusa codzienne? Co prawda, Biblia Poznańska w przypisie sugeruje, że zdanie to nie należy już raczej do dzisiejszej przypowieści i dotyczy tylko Przyjścia ostatecznego, ale mojej interpretacji to chyba całkiem nie wyklucza. Bo też doskonale tłumaczy ona rzekomy brak Bożej obrony przed naszym nieszczęściem brakiem w nas tej wiary, która przenosi góry, jeśli tylko w nas naprawdę jest.

10:53, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
Ewangelii paradoks fundamentalny

Wpis na piątek 14 listopada 2014
Ewangelia Łukasza 17,33
„Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je.”
Biblia Tysiąclecia.

Greckie „psyche” tłumaczy się różnie, dziś już raczej nie jako „duszę” tylko właśnie „życie”, a chodzi oczywiście o wartości duchowe, czasem i o życie doczesne. Bez „bohaterszczyzny”, ale i bez jakiegokolwiek wygodnictwa, kalkulacji przyziemnych. A oczekiwanie nagrody w niebie też jest kalkulacją - daleką od moralnego heroizmu? Nie przesadzajmy: nadzieja na nagrodę dopiero za grobem, czyli w ogóle na ostateczne zwycięstwo Dobra, nie niweczy paradoksalności ewangelicznej etyki. Choć obejmuje ona także tę niereligijną zgoła, która była na przykład przesłaniem „Dżumy” Camusa. Ewangeliczna jest w istocie każda etyka tak czy inaczej detronizująca Ego.

10:51, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 listopada 2014
Ile jest we mnie tego królestwa?

Ewangelia Łukasza 17,20-21.24-25
„A zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie Królestwo Boże, odpowiedział: - Królestwo Boże przyjdzie niepostrzeżenie. Nie będą mówili: jest tu albo jest tam, bo Królestwo Boże jest w was”.
Zanim Chrystus jako król nadejdzie „jak błyskawica, która zapalając się, rozświetla niebo od jednego końca do drugiego, będzie musiał wiele wycierpieć, a to pokolenie Go odrzuci”. Biblia Poznańska.
Temat Królestwa Bożego jest w ewangeliach bardzo częsty, ale właśnie w podobnym ujęciu. Uczniowie spodziewali szybkiego nadejścia zwycięskiego Chrystusa, ale miało to być zwycięstwo za grobem. Póki co, Jego panowanie powinno zaczynać się w naszych sercach w takiej właśnie zgoła nie triumfalistycznej postaci. Ile jest takiego królestwa w każdym z nas, który stara się być Jego uczniem?
W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” ojciec Ludwik Wiśniewski robi rachunek sumienia zwolennikom Radia Maryja, ale również mediom „dziko antyklerykalnym”. Lektura arcyważna, ale też ważne, ponieważ bardzo odważne teksty Piotra Sikory o zmienności rzymskokatolickiej doktryny i Zuzanny Radzik o rzymskokatolickim stwierdzaniu nieważności małżeństw i jego moralnych pułapkach. Miłej lektury!

13:34, jan.turnau
Link Komentarze (53) »
Wszelka łagodność i władza zwierzchnia. Nowy numer „Znaku”: Polak-katolik, księże świństwa

Wpis na środę 12 listopada
„Przypominaj im [wiernym], że powinni podporządkować się zwierzchnim władzom, słuchać ich i okazywać gotowość do wszelkiego dobrego czynu; nikogo nie lżyć, unikać sporów, odznaczać się uprzejmością, pokazywać każdemu człowiekowi wszelką łagodność.”
Najpierw sprawa stosunku do władz państwowych, drażliwa, bo przecież była to władza zgoła niechrześcijańska. Istnieje mianowicie przypuszczenie, że Kościół pierwotny, skonfliktowany coraz bardziej z Synagogą, ze względów taktycznych starał się o dobre stosunki z Rzymianami, potrzebując w tym sporze sojusznika. Stąd skłonność do wybielania Piłata w ewangeliach, szczególnie Mateuszowej i Janowej, stąd też w listach Pawłowych albo „parapawłowych”, powstałych w jego kręgu, założenie, że każda władza od Boga pochodzi (List do Rzymian 13,1-7). Wydaje mi w każdym razie się, że Paweł, „obywatel rzymski”, nie traktował tej władzy jako po prostu okupacyjnej. Ale już przecież i my sami, Polacy bezpartyjni w PRL, uważaliśmy różne organa tejże za godne posłuszeństwa w sprawach, by tak rzec, pozapolitycznych. W końcu bez jakiegoś ładu i porządku żyć nie sposób i tak pewnie myśleli pierwsi chrześcijanie. Chodzi tu o model zachowania słuszny całkiem ponadustrojowo, o to, żeby się nie pieniaczyć, awanturować o byle co, czyli - jak dziś czytamy - aby „sporów unikać”.
Taka władza narzucona, wielorako niesprawiedliwa, stwarza jednak różnorodne problemy moralne. Pamiętam, jak spowiadałem się za „komuny” u pewnego biskupa z tego, że zgodziłem się oddać konduktorowi do dalszego użytku sprzedany mi przez niego bilet. Spowiednik zasiał we mnie wątpliwość, czy to był grzech: a jeśli ów konduktor ma pensję głodową? Był wtedy przecież problem moralny, czy podatki obowiązują, tak jakby majątek społeczny, choć rządzony autorytarnie, był po prostu kasą „komuchów”. Dziś już kasa jest wspólna, ale uczciwe płacenie ich to dla wielu Polaków sprawa nadal moralnie obojętna. Ile w tym winy kaznodziejów, spowiedników, autorów listów pasterskich?
Lektury: „Znak” listopadowy. Podjęto tam w kilku tekstach między innymi temat „Polaka – katolika”. Zanim wynotuję, co tam najważniejszego moim zdaniem napisano, przypomnę, jak żartował sobie w PRL-u na temat światopoglądowy K. I. Gałczyński: „Ni marksista, ni katolik, ale za to alkoholik”: zaprawdę to diagnoza psychospołeczna głęboko słuszna, nie tylko dlatego, że poeta znał sprawę z własnego doświadczenia. Deklaracje deklaracjami, a rzeczywistość oczywista skrzeczy tak zwanym sznapsbarytonem.
Ale według Marty Duch-Dyngosz, tegoż „Znaku” redaktorki, z badań dawniejszych (1998) i niedawnych (2005) wynika, że „wielkość grupy identyfikującej się z omawianą koncepcją [Polaka, czyli katolika - JT] maleje. W badaniu « Tożsamość narodowa Polaków oraz postrzeganie mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce » w 2005 r., realizowanym przez CBOS, na pytanie, co jest konieczne, aby uznać kogoś za Polaka, z przygotowanej listy twierdzeń, z których badani mieli wybrać dwie najważniejsze ich zdaniem pozycje, 14% z nich wybrało odpowiedź: « aby być katolikiem » . W grupie tej znalazły się głównie osoby najbardziej zaangażowane religijnie. Co ciekawe, respondenci najczęściej wybierali twierdzenie, że aby ktoś był Polakiem, konieczne jest po prostu, « aby sam czuł się Polakiem » (69%). Deklaracje te zaskakują, gdy zdamy sobie sprawę, że przeprowadzono je w czasie, gdy na polskiej scenie politycznej triumfuje PiS – partia odwołująca się do imaginarium Polaka katolika”.
Dobra to wiadomość, gdyby nie tamta informacja, że najbardziej zaangażowani religijnie łączą po staremu świadomość religijną i narodową. Chyba, że należy to rozumieć jako wnioskowanie: jestem katolikiem, więc o sprawy narodu mojego dbać powinienem szczególnie – co nie znaczy, że, że innych do takiej troski ich światopogląd nie skłania. Czyli katolik to dobry Polak koniecznie i tyle. Ale byłby to chyba sposób myślenia rzadki. Częstsza jest natomiast inna intelektualna skłonność. Nazwałem ją kiedyś agnostycyzmem wyznania rzymskokatolickiego. Agnostycy niektórzy inne wyznania chrześcijańskie w Polsce lekceważą: dla tych Polaków tamta reszta to swoisty plankton religijny – jeżeli bowiem już, to tylko ten jednak wspaniały Kościół rzymski.
W „Znaku” listopadowym ważki też tekst naczelnej, Dominiki Kozłowskiej, o duchownym molestowaniu, pt. „Spóźniona sprawiedliwość?”. Teza pierwsza tam taka, że tradycyjny autorytet społeczny księdza skutkuje w tej sprawie niebywale mocno: jeśli okazuje się, że osoba duchowna robiła takie świństwa, ich ofiary przeżywają szok: załamaniu ulega także relacja z Bogiem i zaufanie do wspólnoty. Teza druga, że Kościół staje się coraz bardziej świadomy, iż jeżeli to nie on wyzwoli falę zgłoszeń, uczynią to media lub same ofiary. Stąd na przykład teraźniejszy pośpiech w postępowaniu wobec takich przestępstwa u arcybiskupa Hosera, który suspendował teraz nagle podległego mu księdza, znanego i cenionego, zaangażowanego między innymi w ruch ekumeniczny. Kozłowska zauważa jednak, że Kościół w Polsce wciąż nie podjął dialogu z ofiarami. A współpraca z nimi, z organizacjami „Nie lękajcie się” i nowszej „Ocaleni”, przydałaby się, aby ofiary zdecydowały się składać zeznania w procesach kanonicznych, czego dotąd często nie czynią z powodu niechęci do Kościoła. Autorka pisze, co dużo więcej, że „być może najwłaściwszym gestem, dającym szansę uczynienia dużego kroku naprzód, byłaby wypłata odszkodowań wszystkim pokrzywdzonym. Być może gdyby episkopat Polski zdecydował się na gest podobny do tego, jaki wykonał episkopat niemiecki, który uruchomił telefon zaufania do ofiar molestowań i podjął wypłatę odszkodowań w wysokości 5 tys. euro, ofiary skrzywdzone w minionych dekadach zdecydowałyby się wyjść z cienia. To teza śmiała, ale ważna bardzo, jak wszystko, co dotyczy mamony, kwestii kościelnej wiadomo, jak społecznie drażliwej.

13:10, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 11 listopada 2014
O ziemi ojczystej

Psalm 37,3
„Ufaj Panu i czyń dobrze, mieszkaj w swej ziemi i bądź jej wierny.”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów polskich. Biblia Tysiąclecia ma inaczej: „będziesz mieszkał na ziemi i żył bezpiecznie”, Warszawska podobnie do tej pierwszej: „i dbaj o wierność”, Wujek: „a będziesz się karmił jej [ziemi] bogactwami”, czyli raczej w duchu Tysiąclatki, również Biblia Jerozolimska: „et vis tranquille”, czyli „żyj spokojnie”, na koniec przekład żydowski Izaaka Cylkowa: „pielęgnuj prawdę”, czyli znowu jakby o wartościach wyższych. Dałem taki przegląd różnych tłumaczeń, aby pokazać, jak trudno zrozumieć starożytny język hebrajski.
Ale wszystkie te pomysły translatorskie pasują mi do dzisiejszego Święta Niepodległości, czyli właśnie jakoś ziemi ojczystej, która tu występuje nieodmiennie (chyba że jako „kraj”, co wychodzi prawie na jedno). „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, choć mój ród wcześniej starozakonny pochodzi z Turnova (Turnau) w Czechach dzisiejszych.

11:40, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 10 listopada 2014
Biskup niechciwy zysku

List do Tytusa 1,7
„Biskup bowiem winien być jako włodarz Boży człowiekiem nienagannym, niezarozumiałym, nieskłonnym do gniewu, nieskorym do pijaństwa i awantur, niechciwym brudnego zysku.”
Biblia Tysiąclecia.
Tyle Paweł czy raczej ktoś z jego kręgu. A Franciszek na audiencji generalnej w środę o biskupowaniu nauczał jak zwykle mocno: „Nie jest to stanowisko prestiżowe czy zaszczytna funkcja. Bycie biskupem oznacza stawianie sobie zawsze przed oczy przykładu Jezusa, który jako Dobry Pasterz przyszedł nie po to, aby Mu służono, ale aby służyć (por. Mt 20,28; Mk 10,45) i aby oddać życie za owce (por. J 10,11). To smutne, gdy widzimy człowieka dążącego do osiągnięcia tego urzędu, który czyni wiele, aby go uzyskać, a kiedy już go zdobędzie – nie służy, ale się pyszni, żyje jedynie dla swej próżności.”
Niebywały jest ten biskup Rzymu, co swoich kolegów monituje szczególnie ostro. Zapewne wie, co robi.

12:33, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 09 listopada 2014
Kościół nie jest halą targową

Ewangelia Jana 2,14-16
„14. I znalazł w świątyni sprzedających woły, owce i gołębie oraz tych, co siedząc, wymieniali pieniądze.
15. I zrobiwszy bat z postronków, wyrzucił wszystkich ze świątyni, tych z owcami i wołami, a wymieniającym pieniądze rozrzucił monety i stoły wywrócił.
16. A sprzedającym gołębie rzekł” – Weźcie to stąd, nie czyńcie z domu Ojca mego hali targowej.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Mamy nowocześnie halę targową zamiast targowiska, ale to translatorski detal. Ważniejsza jest, rzecz jasna, nasuwająca się nieodzownie aktualizująca myśl, że miejscem targu bywa kancelaria parafialna. Wezwania hierarchów polskich (także arcybiskupa Michalika), Jana Pawła II i najmocniejsze Franciszkowe, żeby proboszczowie nie handlowali świętościami, daje wynik ciągle niedostateczny. A inna rzecz, że są naprawdę parafie ubożuchne. Konieczna wydaje mi się reforma fundamentalna, zmieniająca status plebana jako prywatnego przedsiębiorcy: niech wszystkie dochody przekazuje do kurii, a ta rozdziela „mamonę” po równo! Tak jak we Francji. I niechaj jak u ewangelików od mamony będzie laikat.

08:42, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
sobota, 08 listopada 2014
Zwycięstwo jednak dopiero za grobem

Psalm 112,1-2
„Szczęśliwy, kto się boi Pana i kocha Jego przykazania. Jego potomstwo będzie potężne na ziemi, bo pokolenie prawych dozna błogosławieństwa.”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów polskich.
Światopogląd Żydów starożytnych cechował się długie wieki przekonaniem, że ziemskie szczęście jest nagrodą za życie pobożne, a tutejsze niepowodzenia to kara Boża za grzech. Księga Hioba, powstała w okresie wygnania, czyli po 586 r. przed Chr., kwestionuje to założenie, jako że bohater utworu okazuje się niewinny, ale wiara w zmartwychwstanie i nagrodę pośmiertną to jeszcze sprawa przyszłości. Potomstwo nasze potężne jest dopiero w optyce pozagrobowej, dopiero tam okaże się ostatecznie Jego błogosławieństwo. Holokaust tradycyjne mniemanie ostatecznie obalił.

20:53, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
piątek, 07 listopada 2014
Święta cnota roztropności

Ewangelia Łukasza 16,1-8
Przypowieść o włodarzu wyjątkowo trudna do wyjaśnienia, szczególnie gdy się przeczyta także wersety jutrzejsze 16,9-15. Egzegeci robią, co mogą, popularna jest próba wyjaśnienia dokonana w przypisie do wydanej także po polsku Biblii Jerozolimskiej: włodarz zyskał przychylność dłużników rezygnując z doliczenia do długu prowizji, która szła do jego kieszeni. Na czym jednak polegała w takim razie jego nieuczciwość, o której tekst wyraźnie mówi; nie chodzi tam tylko o uprzednie trwonienie pańskiego majątku, jak to interpretuje „Jerozolimka” (vide werset 16,9). Mamy tu chyba do czynienia po prostu z tekstem źle zredagowanym, zgoła niespójnym myślowo (Duch Święty nie jest od adiustacji). Włodarz z początku jakoś przykładny w samej swej roztropnej trosce o swoją przyszłość, w kolejnych wersetach okazuje się po prostu niewierny, służący nie Bogu, ale przysłowiowej mamonie. Niemniej przyszedł mi do głowy komentarz „homiletyczny” takowy (rym niezmierzony): trzeba o dobre relacje z bliźnimi troszczyć się bardzo roztropnie, starać się z nimi jakoś zaprzyjaźnić. Nie zrażajmy ich do siebie nachalnym demonstrowaniem swoich zasad etycznych. Do siebie, a przez to jakoś do samych zasad owych.
Dziś kolejna rocznica rewolucji Biesów. Przypomina mi się czeski dowcip o trzech tragicznych wydarzeniach w historii tego narodu: bitwa pod Białą Górą (1620), pożar browaru w Pardubicach (?) i zatonięcie „Titanica” (1912), a nie pancernika „Aurora”.

11:47, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 06 listopada 2014
Owca i drachma, czyli grzesznicy jednak wartościowi

Ewangelia Łukasza 15,1-10
Przypowieści o zgubionej owcy i takiejże drachmie. Przesłaniem tych literackich obrazów jest Boże miłosierdzie, ale to nie cała ich treść. Nawracający się grzesznik w nauczaniu Jezusa jest, co więcej, przedstawiany jako w istocie bardziej sprawiedliwy (czyli wartościowy duchowo) niż ci, co się za sprawiedliwych uważają, ponieważ zachowują formalnie liczne przykazania. W owych przypowieściach Jezus potępia w gruncie rzeczy faryzejską pogardę dla ludzi moralnie jakoś zagubionych, skazanych w społeczności żydowskiej na społeczną izolację.

15:23, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2
Archiwum