Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 30 listopada 2012
Andrzej, apostoł antypodów i inne problemy biograficzne

Księga Izajasza 49,6
List do Rzymian 10,12
Ewangelia Mateusza 4,18-22
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim święto: św. Andrzeja, apostoła, nie Boboli. Z tego powodu w Księdze Izajasza czytamy: „ Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”, a w Liście do Rzymian, że „Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają”. U Mateusza zaś mamy opowieść o powołaniu Andrzeja do łowienia ludzi. Warto wiedzieć, że w Ewangelii Jana 12,20-22 ten apostoł jest wraz z Filipem pośrednikiem między Jezusem a Grekami, czyli już za Jego życia zajmował się ludami okolicznymi. Istnieje przypuszczenie, że później zawędrował bardzo daleko w dzisiejszą Europę, bo może przez dzisiejszą Polskę nawet aż do Szkocji, której stał się później patronem. Arcybiskup Jeremiasz w książce „ Dwunastu apostołów” napisał o św. Andrzeju tak: „Apostoł przekracza granice świata wiary własnego narodu oraz świata religii, kultury i polityki Greków i Rzymian. (...) Jest apostołem przede wszystkim tych narodów, które znajdują się poza horyzontem myślowym religijnego, kulturalnego, chyba nawet społecznego i politycznego establishmentu; jest nim symbolicznie w każdym czasie i każdym miejscu.”

Był jednym z najważniejszych w „sztabie" Jezusa. Według Ewangelii Jana jest pierwszym powołanym: dopiero od niego dowiaduje się o Nim jego wielki brat Piotr. Z jakichś jednak powodów potem jakby przygasa jego gwiazda. Owszem, u Mateusza i Łukasza na liście apostołów wymienia go się na drugim miejscu po Piotrze, ale u Marka i w Dziejach Apostolskich dopiero na czwartym. Na drugim i trzecim są tam Jakub i Jan (w Dziejach Jan i Jakub). Nie jest to kolejność bez znaczenia: w Kościele od początku coś znaczyła. Może jednak te wahania informatorów niewiele mówią, jest jednak jeszcze inny znak: wewnątrz Jezusowego sztabu ukształtował się zespół uczniów szczególnie bliskich Jezusowi i można by sądzić, że Andrzej doń nie należał. Tylko raz jest wymieniony w tej roli, u Marka 13,3, po Piotrze, Jakubie i Janie, gdy apostołowie pytają Jezusa, kiedy nastąpi koniec tego świata. Pewnie jeszcze jest przy uzdrowieniu teściowej Piotra w domu obu braci (Mk 1,29), gdy do nich przychodzi Jezus z Jakubem i Janem, ale trudno, żeby tam wtedy nie był. Nie ma go natomiast w scenie Przemienienia ani w Ogrodzie Oliwnym, a to przecież momenty najważniejsze.

Można to tłumaczyć różnie, ale chyba też tak, że z jakiś powodów został trochę odsunięty na bok. I pomyślałem sobie, że może mógłby być patronem wszystkich, którzy czują się podobnie. Im też życzę dziś wiele dobrego, oczywiście Solenizantom również.

14:58, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
I dym z Wielkiej Nierządnicy...

Wpis na czwartek 29 listopada 2012
Księga Apokalipsy 19,1-3
„Potem usłyszałem jak gdyby głos donośny wielkiego tłumu w niebie mówiącego: - Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc należą do Boga naszego, bo wyroki Jego są prawdziwe i sprawiedliwe, bo osądził Wielką Nierządnicę, co znieprawiała nierządem swym ziemię, i zażądał, by poniosła karę za krew swoich sług. I rzekli powtórnie: - Alleluja. A dym jej wznosi się na wieki wieków. I mówi mi: - Napisz: »Błogosławieni, którzy są wezwani na ucztę Godów Baranka«.”

Cóż to za dym? Ze spalonej Wielkiej Nierządnicy? Tak jest, upewnił mnie w tym przypis do tego tekstu z Biblii Poznańskiej, odsyłający do Księgi Izajasza 34,9-10, gdzie mowa o karze na kraj Edom: „Jego rzeki obrócą się w smołę, a proch ziemi w siarkę, i kraj jego stanie się smołą płonącą. Nie wygaśnie ona dniem i nocą, jej dym nieustannie będzie się unosił.” Owa nierządnica to oczywiście nie jedna prostytutka, ale pogańska zbiorowość uprawiająca fałszywy kult władców.

Cenzura państwowa działała, a skutki jej sięgają naszych czasów: niełatwo czytać tak napisaną księgę. Ale ludzie tamtocześni ją rozumieli, tak jak my rozumieliśmy aluzje w tekstach pisanych pod naszą władzą totalitarną. Wolność słowa służy jemu samemu wielorako, gdy jej brak, bez przypisów ani rusz.

14:57, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
wtorek, 27 listopada 2012
Żniwo na sierpie i grona gniewu, czyli wrażliwość bardzo odmienna

Apokalipsa Jana 14, 14-20
”Ja, Jan, ujrzałem: oto biały obok, a Siedzący na obłoku, podobny do Syna Człowieczego, miał złoty wieniec na głowie, a w ręku swoim ostry sierp. I wyszedł inny anioł ze świątyni, wołając głosem donośnym do Siedzącego na obłoku: - Zapuść twój sierp i żniwa dokonaj, bo przyszła już pora dokonać żniwa, bo dojrzało żniwo na ziemi. A Siedzący na obłoku rzucił swój sierp na ziemię i ziemia została zżęta. I wyszedł inny anioł ze świątyni, która jest w niebie, i on miał ostry sierp. I wyszedł inny anioł od ołtarza, mający władzę nad ogniem, i donośnie zawołał do mającego ostry sierp: - Zapuść twój ostry sierp i poobcinaj grona winorośli ziemi, bo jagody jej dojrzały. I rzucił anioł swój sierp na ziemię, i obrał z gron winorośl ziemi, i wrzucił je do tłoczni ogromnej Bożego gniewu. I wydeptano tłocznię poza miastem, a z tłoczni krew trysnęła aż po wędzidła koni na tysiąc i sześćset stadiów.”

Ostatnia księga chrześcijańskiej Biblii czytana była, oj, czytana! Przypomina się „Żniwo na sierpie” Hanny Malewskiej, a potem „Grona gniewu” Steinbecka. Skojarzenia literackie to jednak sprawa znikoma wobec grozy owych gron. W Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół wstęp do tej księgi napisał ks. Michał Czajkowski, więc w jego „pisance” szukam komentarza do tych okropności. Znajduję - rzecz jasna - zażenowanie: „Święci, aniołowie i Baranek przyglądać się będą bezczynnie mękom potępionych (14,10). Ten straszny obraz dyktuje autorom troska o przetrwanie Kościoła, który toczy walkę na śmierć i życie z Szatanem i Bestią (która jest symbolem doczesnych mocy wrogich Bogu i Kościołowi). A może obraz tych mąk to wyraz wiary autora natchnionego, że sprawiedliwość ostatecznie zwycięża. Podtrzymanie na duchu? Sam akt wymiaru sprawiedliwości przedstawiony jest w sposób ogólny (...) Kto dokonuje żniwa? Większość komentatorów widzi w Zasiadającym na obłoku, podobnym do Syna Człowieczego (14,14), samego Chrystusa. Inni są zdania, że chodzi o anioła, tym bardziej, że w scenie winobrania sądu dokonuje anioł. Ta druga scena wzbogacona jest informacją o krwi obficie tryskającej z „tłoczni poza miastem” (14,20). Znowu mamy element grozy wywołujący nasz sprzeciw. Ale pamiętamy okoliczności, o których autor pisze, i cel dydaktyczny: sprawiedliwość zawsze zwycięża. Tekst jest w końcu świadectwem innej niż nasza współczesna wrażliwości etycznej i humanistycznej”.

Oj, inna ona niż nasza. Lecz Bogu dzięki, że się rozwijamy. A czemu nie od razu nas uwrażliwił? To jedno z pytań religijnych, którym nie ma końca. Nie zaglądajmy Mu do rękawa, bośmy jakby niewidomi. Tu też oczywiście pytanie inne: księga natchniona, a tak uwarunkowana historią? Odpowiedź jak mantra: to nie katechizm dzisiejszy, to obrazy świadka niegdysiejsze.

Wpis na środę 28 listopada 2012
Pan Bóg naszym lustratorem. Każda gęś czyta „ Więź”, czyli katolicyzmu otwartego z grubsza definicja!
Ewangelia Łukasza 21,12-19
”Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.”

A gdy nam nie starcza jednak wymowy ani mądrości, gdy się załamujemy, gdy wpadamy na przykład w sidła szatanów w policyjnych mundurach, Bóg nie opuszcza nas również. Nie ratuje cudem, dopuszcza niejedną niewierność, aby być potem najłagodniejszym z lustratorów.

Lektury: nowa ”Więź”. Listopadowo-grudniowa, bo miesięcznik z przyczyn mamonalnych musiał lat temu kilka przejść na system ośmiu numerów rocznie. No i kłopoty powyższe rosną, od nowego roku zeszytów będzie cztery, ale Redaktor Naczelny obiecuje, że ilość przejdzie w jakość (prawo dialektyki!) i każdy zeszyt będzie obszerniejszy, głębszy i ciekawszy. Co do mnie, myślę, że już ten jeden z ośmiu jest podobnie trójprzymiotnikowy. Tytułem przykładu cytat z felietonu Jerzego Sosnowskiego( próba opisu katolicyzmu otwartego).
”Niezgoda na dyktat masowego (złego) gustu; utożsamianie wiary z jakąkolwiek koncepcją polityczną, a Kościoła z partią; skłonność do ścisłego rozgraniczania patriotyzmu i nacjonalizmu, z których pierwszy jest dobry, a drugi toksyczny; gotowość do upierania się, że skoro «nie masz Greka ani Żyda», to katolicyzm uniemożliwia stawianie nawet tak wielkich wartości, jak miłość do Ojczyzny, na równi z wartością wiary chrześcijańskiej; niechęć do relatywizowania znaczenia przełomu (tak jest!), jakim było Vaticanum II ; przekonanie, że katolicyzm ma przyszłość przed sobą, nie ma zatem powodu uważać, że jego kształt, ustanowiony kilkaset lat temu w Trydencie, stanowi niezmienną normę; rezerwa wobec nadmiernego kultu, jaki w naszej wspólnocie towarzyszy wyższym stanowiskom kościelnym (od proboszcza począwszy); uznanie, że pokora nie uniemożliwia formułowania słusznych postulatów, jak docenienie (pół wieku po soborze!) roli świeckich, a zwłaszcza kobiet, w naszym wspólnotowym życiu, co nawet jeśli nie oznacza postulatu kapłaństwa kobiet, to z całą pewnością nie oznacza również zgody na ich protekcjonalne traktowanie jako potencjalnych matek i jedynie (!) matek; niezgoda na mylenie nienawiści z zapałem ewangelizacyjnym; życzliwe zainteresowanie kulturą współczesną, która nawet jeśli bywa dotknięta antychrześcijańską obsesją, nie pozostaje przecież pod wyłącznym panowaniem szatana i dostarcza niejednemu wierzącemu wartościowych, wzbogacających wewnętrznie doznań... Opis powyższy odpowiada z grubsza (w mojej intencji) temu, co publicystycznie określa się terminem «katolicyzm otwarty»."
W mojej intencji też!

13:44, jan.turnau
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 26 listopada 2012
Kto z nas zostanie zbawiony?

Księga Apokalipsy 14,1-3,4b-5
”Ja, Jan, ujrzałem: a oto Baranek stojący na górze Syjon, a z Nim sto czterdzieści cztery tysiące, mających imię Jego i imię Jego Ojca na czołach swoich wypisane. I usłyszałem z nieba głos jakby głos mnogich wód i jakby głos wielkiego grzmotu. A głos, który usłyszałem, brzmiał, jak gdyby harfiarze uderzali w swe harfy. I śpiewają jakby pieśń nową przed tronem i przed czterema Zwierzętami, i przed Starcami: a nikt tej pieśni nie mógł się nauczyć prócz stu czterdziestu czterech tysięcy wykupionych z ziemi. Ci Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie. Ci spośród ludzi zostali wykupieni na pierwociny dla Boga i dla Baranka, a w ustach ich kłamstwa nie znaleziono: są nienaganni.”

Mamy tu obraz ogromnego znaczenia, bo dotyczy losu każdego z nas, którzy czytamy ten tekst. Ilu będzie zbawionych, to znaczy tych, co ostatecznie wygrali swoje życie, jego szczęśliwy finał? Najpierw jednak kwestia jakościowa: wyboru owych wykupionych z ziemi. Watykański teolog i duszpasterz, który wybrał ten fragment księgi na dzisiejszy dzień, opuścił zdanie nie bez znaczenia: „To ci, którzy obcowaniem z kobietami się nie splamili". Acha, zatem mamy tu już tę przeraźliwą awersję do seksu, która będzie męczyła chrześcijaństwo przez więcej niż tysiąc lat wbrew niemal całej Biblii akceptującej przecież tę dziedzinę naszego życia!? No i żeby nie przypominać owej awersji dzisiejszym Czytelniczkom i Czytelnikom Biblii, lepiej było to gorszące zdanie opuścić. Byłem sam już bliski takiego przypuszczenia, zajrzałem jednak na szczęście do katolickich wydań Pisma Świętego, gdzie są przypisy wyjaśniające sens wersetów. Brak ich w wydaniach ewangelickich, nie ma ich też niemal w Przekładzie Ekumenicznym 11 Kościołów polskich ani nie ma zupełnie w naszym Ekumenicznym Przekładzie Przyjaciół. Przyjęliśmy bowiem konwencję ewangelicką, unikającą wszelkiego przekazu narzucającego jakieś wyznaniowe rozumienie tekstu, co przekreślałoby charakter ekumeniczny tłumaczenia. Niemniej przydałoby się czasem powiedzieć, o co chodzi w którymś wersecie, co było bardzo trudne w naszych ogólnych z konieczności wstępach. Na przykład warto wiedzieć, że w owym opuszczonym zdaniu nie idzie wcale o seks. Na przykład polska edycja Biblii Jerozolimskiej wyjaśnia, że „chodzi o sens przenośny: rozwiązłość tradycyjnie oznacza idolatrię (Oz 1,2+), tutaj kult Bestii (17,1; itd.). Owe sto czterdzieści cztery tysiące to są nabyci (5, 9). Odrzucili oni idolatrię i mogą być zaślubieni Barankowi (por. 19,9; 21,2; 2 Kor 11,2)". Czemu jednak w takim razie nastąpiła ta „wypustka"? Pewnie dlatego, że watykański biblista-liturgista nie był pewny zachowania celebransa: czy w ogóle powie jakąś homilię i czy wyjaśni w niej to niejasne zdanie, czy będzie umiał?

Wracam do pytania, ilu będzie zbawionych, bo oczywiście liczba 144 tysiące jest symboliczna. Odpowiedź jest trudna, ponieważ dotyczy poniekąd kontrowersyjnej kwestii, czy uzasadniona jest nadzieja powszechnego zbawienia. Teksty biblijne dają się różnie interpretować, mnie się jednak wydaje, że z podstawowego ich przesłania, tego, iż Bóg okazał się Zbawicielem, wynika niepoprawny optymizm...

18:19, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 listopada 2012
Król Polski w koronie cierniowej

Ewangelia Jana 18,33b-37
Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata, zatem rozmowa Jezusa z Piłatem na temat Jego królowania. Tekst jest jasny: Jego królestwo nie jest z tego świata. Gdyby było z tego świata, poradziłby sobie z władzami żydowskimi. Jego królowanie polega na dawaniu świadectwa prawdzie.

Prawda to słowo olbrzymie. Można je rozumieć także jako elementarną trzeźwość w ocenie sytuacji. ”Myślenie, że wystarczy obwołać Chrystusa Królem Polski, a wszystko zmieni się na lepsze, trzeba uznać za iluzoryczne, wręcz szkodliwe dla zrozumienia i urzeczywistniania Chrystusowego zbawienia w świecie”. To nie moje słowa, nawet nie jakiegoś znanego księdza, ale Episkopatu Polski z jego listu na dzisiejszą uroczystość. Chrystus króluje we wszechświecie, więc i w Polsce, niemniej w sposób raczej nietypowy, jako że ma na głowie koronę cierniową, nie złotą. Cierniami są wszystkie nasze podłości, polskie i nie polskie. Nie wolno myśleć magicznie: same słowa nie starczą. Nawet jeśliby pochodziły z uchwały polskiego parlamentu, gdyby dokonał tego rodzaju elekcji, którą proponował był pewien polski poseł.

18:53, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 24 listopada 2012
O walce i o zwycięstwie

Psalm 144,1-2
„ On moje ręce zaprawia do walki,
moje palce do bitwy.
On mocą i warownią moją,
osłoną moją i moim wybawcą.”

Obym zawsze wojował po chrześcijańsku i oczekiwał od Boga zawsze zwycięstwa przez Krzyż.

10:35, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
piątek, 23 listopada 2012
Książeczka słodka i gorzka

Księga Apokalipsy 10,8-11
Głos z nieba każe narratorowi Janowi wziąć z rąk anioła „książeczkę” i połknąć ją, „a napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód”. Ta podwójność smaku rzeczywiście następuje. Można ją rozumieć różnie. Może tak: Jan cieszy się misją głosiciela, ale wie, że spotkają go prześladowania. Cieszy się ostatecznym zwycięstwem, ale martwi cierpieniami, które je poprzedzą.

A Jan, który to teraz pisze, cieszy się Ewangelią, ale martwi wcześniejszymi obrazami Biblii, na których Bóg jest jeszcze tak podobny do ksenofobicznych bohaterów tekstów, jeśli nie do samych ich autorów. Wręcz wzywa do mordowania kobiet i dzieci.

13:51, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 22 listopada 2012
Baranek, nie lew!

Księga Apokalipsy 5,1-10
”Ja, Jan, ujrzałem na prawej ręce Zasiadającego na tronie księgę zapisaną wewnątrz i na odwrocie zapieczętowaną na siedem pieczęci. I ujrzałem potężnego anioła, obwieszczającego głosem donośnym: - Kto godzien jest otworzyć księgę i złamać jej pieczęcie? A nie mógł nikt na niebie ani na ziemi, ani pod ziemią otworzyć księgi ani na nią patrzeć. A ja bardzo płakałem, że nikt nie znalazł się godzien, by księgę otworzyć ani na nią patrzeć. I mówi do mnie jeden ze Starców: - Przestań płakać. Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, by otworzyć księgę i siedem jej pieczęci. I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt a kręgiem Starców stojącego Baranka jakby zabitego, a miał siedem rogów i siedmioro oczu, którymi jest Siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię. I poszedł, i z prawicy Zasiadającego na tronie wziął księgę. A kiedy wziął księgę, czworo Zwierząt i dwudziestu czterech Starców upadło przed Barankiem, każdy mając harfę i złote czasze pełne kadzideł, którymi są modlitwy świętych. I taką nową pieśń śpiewają: «Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć, bo zostałeś zabity i nabyłeś Bogu krwią Twoją ludzi z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu i uczyniłeś ich Bogu naszemu królestwem i kapłanami, a będą królować na ziemi».”

Lew Judy okazuje się Barankiem. Każdy obraz jest tu dziwny, więc ma On aż siedem rogów, bo jest wszechpotężny, siedmioro oczu, bo jest wszechwiedzący. Chrystus jako Baranek to idea łącząca Ewangelię Jana z Apokalipsą. Występuje tylko w tej ewangelii i tam tylko dwa razy (1,29 i 1,35), poza tym w 1 Liście Piotra 1,19-21. Niemniej dla chrześcijan jest to symbol oczywisty, dla katolików szczególnie dzięki figurce wielkanocnej i modlitwie potrójnej przed Komunią. Źródłem obrazu jest Stary (Pierwszy) Testament, Księga Izajasza 53 z cierpiącym Sługą Jahwe, „barankiem prowadzonym na rzeź”, wreszcie baranek paschalny. Cierpienie ofiarnicze nie jest ideą bliską współczesności, raczej „non violence”, niestosowanie przemocy. Gdyby tak to drugie przejmowało bardziej duchowość chrześcijańską, etykę... Gdyby bardziej barankowe było nasze królowanie na ziemi: baranek zamiast lwa.

19:52, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
środa, 21 listopada 2012
Przypowieść o minach. Karp truchleje...

Ewangelia Łukasza 19,11-28
Apokalipsa 4,1-11
Przypowieść o minach, analogiczna do Mateuszowej o talentach. Jednostka płatnicza u Łukasza wielokrotnie skromniejsza, ale to drobiazg, bo i tak mina piechotą nie chodziła, była miarą dobrą dla opowieści o miarach etycznych. A one są podstawą do nagrody dla przedsiębiorczości, kary dla jej braku. Nic, tylko apoteoza kapitalizmu... Ciekawe, czy jakiś jego promotor powoływał się na te przypowieści, w każdym razie taka egzegeza byłaby zabawna: oczywiście chodzi o inicjatywność etyczną, nie ekonomiczną. „Każdemu, kto ma, będzie dodane, a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma". To już oczywiście postępowanie niezgodne formalnie z zasadami ustroju kapitalistycznego, bo tam (raczej tu) szanuje się na ogół prawo. A z etyką chrześcijańską zgodne, jeśli tylko nie będzie się przypowieści rozumiało dosłownie. „Morał" jej zaś jest naturalnie taki, że talentów (min) nie wolno marnować. Nie wolno nic nie robić. Na przykład siedzieć i narzekać, czekając nie wiadomo na co. Trzeba działać. Co wziąłem sobie do serca, bo też na starość za wiele zostawiam Opatrzności.

W Apokalipsie dzisiaj o dziwnych stworach, nazywanych w Biblii Tysiąclecia Zwierzętami (bo w oryginalne są „zea"): podobnymi do lwa, wołu, człowieka i orła w locie. Biblia Poznańska tłumaczy, że „to upraszczająca synteza cherubów i kół Ezechiela oraz sześcioskrzydłych serafinów Izajasza (Iz 6,2 n, Ez 1,5.10). Są to aniołowie rządzący całym światem materii (liczba czterech stron świata), reprezentowanym przez te cztery gatunki okazów życia organicznego". Oczywiście ich kojarzenie z czterema ewangelistami jest dowolne, pomyślałem sobie natomiast o całym stworzeniu pozaludzkim, które na szczęście zaczęliśmy traktować jako pochodzącym od Boga. Pomyślałem sobie na przykład o klubie Gaja, który już martwi się losem karpi wigilijnych. Przypomniałem sobie czarny humor parafrazy kolędy, którą usłyszałem od ks. prof. Jana Kracika: „Bóg się rodzi, karp truchleje...”.

14:28, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 20 listopada 2012
Czy jestem letni?

Księga Apokalipsy 3,14
„Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, świadek wierny i prawdziwy, początek stworzenia Bożego. Znam twoje czyny: nie jesteś zimny ani gorący. Obyś był zimny albo gorący. A skoro jesteś letni, a nie gorący ani zimny, zamierzam cię wypluć z moich ust.”
Tłumaczenie 11 Kościołów polskich.

Z owym pluciem mieliśmy problem: moi uczeni twierdzili zgodnie, że wersja oryginału jest dosadna: mowa po prostu o wyrzyganiu. Przekład filologiczny Popowskiego i Wojciechowskiego nie zląkł się takiej wierności, ale jego czytelnik jest inny, więc nie padłem Rejtanem, gdy moi duchowni woleli uważać. Podpowiadałem pomysł Czytelnika, żeby napisać „wyksztuszę”, ale to też nie przeszło: kojarzy się z kaszlem, a tu inna przypadłość . W rezultacie mamy „ chcę cię wyrzucić” (podobnie jak Wujek). Tak to bywa z Biblią: Mk 1,25 brzmi według ks. Czajkowskiego niemal jak „zamknij się”, ale też stanęło u nas na delikatnym „milcz”.

Ale translacja to zgoła nie wszystko, to tylko mój częsty tutaj wstępik: przechodzę do teologii. Logion należy do słów skrzydlatych, błyszczy fizjologią, zawiera jednak poza tym myśl radykalną etycznie. Można ją komentować przeróżnie: na przykład przeciw kompromisowości. Oczywiście wszystko zależy od konkretnej sprawy - i na tym banale mógłbym poprzestać, ale to przecież mój cały życiorys. Tak się składało, że przez całe życie często bywałem między młotem a kowadłem, wewnętrznie rozdarty. Nieraz zadawałem sobie pytanie, czy nie jestem „ letni”, czy nie staję wyraźnie po żadnej ze stron, żeby żadnej się nie narazić. Albo czy przeciwnie - nie jestem stronniczy. Oczywiście słyszałem wobec siebie oba rodzaje zarzutów. Ale może nie powinienem się rozczulać nad sobą w ten sposób: może to pytania, które stawia sobie niemal każdy homo sapiens?

Można też podobny rachunek sumienia poprowadzić inaczej: czy nie jestem „letni”, to znaczy zbyt łagodny, kochający marchewkę znacznie bardziej niż kij? I w końcu pytanie trafiające wreszcie w sedno biblijnego problemu: czy nie jestem po prostu obojętny na dobro i zło, nieangażujący się, bo tak mi wygodniej?

Wydarzenia. Dowiedziałem się wczoraj z radia watykańskiego, że w Chinach wydrukowano już stu milionów egzemplarzy Biblii, do tego w dziesięciu różnych wersjach językowych Kraju Środka. Jak na to, że chrześcijan tam mimo boomu misyjnego jednak nie aż tylu i nie jest to państwo w ogóle życzliwe religii - to wydarzenie bardzo sympatyczne.

Drugie nieco podobne. Przegapiłem tę informację w prasie polskiej, wyczytałem ją dopiero w tygodniku archidiecezji fryburskiej (niemieckiej: nie chodzi o Fryburg szwajcarski) „Konradsblatt”: z badania przeprowadzonego przez polski CBOS wynika, że moi rodacy uważają wybór na papieża i śmierć Karola Wojtyły za najważniejsze narodowe dni świąteczne (odpowiednio 43 i 41 proc.) Dopiero na trzecim i czwartym miejscu znalazł się 11 Listopada i 3 Maja (odpowiednio 34 i 25 proc).

13:22, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 19 listopada 2012
Kościół efeski, Kościół polski. Książka Gerharda Lohfinka. Zmarł nestor polskich biblistów ks. Józef Kudasiewicz

Księga Apokalipsy 1,1-4
Pod koniec liturgicznego roku kalendarzowego czyta się w moim Kościele teksty biblijne z ostatniej księgi Nowego Testamentu, dziwnej bardzo, niepodobnej do poprzednich. Co nie znaczy bynajmniej, by był to rarytas w piśmiennictwie religijnym tamtego miejsca i czasu. Już choćby w Starym (Pierwszym) Testamencie jest Księga Daniela z przesławną wizją „jakby Syna Człowieczego, przybywającego na obłokach” (stamtąd nazywanie się Jezusa „Synem Człowieczym”).

We wstępie do chrześcijańskiej apokalipsy naszego Nowego Testamentu ks. Michał Czajkowski zaznacza od razu, że „ nie chce ona siać grozy. Przekazuje profetyczne orędzie napomnienia, ale również pokrzepienia i nadziei, także przez obrazy, które często wydają się nam szokujące”. Biblista ciągnie dalej:”Kto jest jej historycznym autorem? Przedstawia się nam jako Jan, prorok i świadek. Ten charyzmat kosztował go deportację na wyspę Patmos, gdzie spisał swoje wizje pod koniec panowania prześladowcy chrześcijan Domicjana. Dla najstarszej tradycji chrześcijańskiej tym Janem był syn Zebedeusza, apostoł, autor czwartej ewangelii (i trzech listów). jednak wątpliwości, co do Janowego autorstwa Apokalipsy pojawiły się już na progu III w. Dzisiaj mówimy chętnie o kręgu (środowisku) Janowym, któremu zawdzięczamy i czwartą ewangelię, i Apokalipsę.” Argumenty za i przeciw wspólnemu autorstwu pism przypisanych Janowi przytacza się w różnych dzisiejszych wydaniach Biblii, tu dodam tylko, co usłyszałem od arcybiskupa Jeremiasza, że w Cerkwi w ogóle nie czyta się w liturgii tej księgi. Chyba to właśnie jest śladem tamtych wątpliwości, co do jej autorstwa, a więc pośrednio także kanoniczności. Myślę, że historia poparła jakoś decyzję o tamtym drugim: księga rozumiana była rozmaicie, często stanowczo zbyt dosłownie (millenaryzm!), ale trudno dziś sobie wyobrazić Biblię bez takiego finału. Bez księgi, gdzie mowa o „ gwieździe piołun”, „ siódmej pieczęci” , by nie wspomnieć „ białego konia” (dla nas rumaka generała Andersa).

Księga przedziwna, ale w swych pouczeniach dosyć konkretna. Dotyczą one aż siedmiu Kościołów lokalnych. Pierwszy jest Efez, znany z listu przypisywanego apostołowi Pawłowi, i o tej wspólnocie dziś mowa. Jan mówi do niej:  „ Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość, i to, że złych nie możesz znieść, i że próbie poddałeś tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są, i żeś ich uznał za kłamców.” Gdyby uznać dziś Polskę za Efez współczesny, któż byłby owym kłamcą szczególnie? Odpowiedzi sprzecznych może być sporo: od Michnika do Rydzyka... A ów zarzut „ odstąpienia od pierwotnej miłości” trzeba według ks. Czajkowskiego rozumieć jako „ zejście z wysokiego poziomu życia chrześcijańskiego, charakteryzującego okres tuż po nawróceniu”. Wracając do naszej katolickiej ojczyzny, trudno nie westchnąć, że czas od nawrócenia u nas nieporównanie dłuższy, zatem i ów poziom dzisiejszy nieporównanie niższy. Ale należy powątpiewać, czyśmy w ogóle nawrócili się przed jedenastoma wiekami.

Lektury. Zdobyłem księgę (prawie 600 stron) wybitnego teologa niemieckiego Gerharda Lohfinka: „Jezus z Nazaretu. Czego chciał. Kim był”. Przełożyła bardzo dobrze germanistka dr hab. Eliza Pieciul-Karmińska, wyćwiczona w tłumaczeniu m.in. tego autora (Wydawnictwo ”W drodze”). Liczyłem trochę na opowieść biograficzną biblisty, to jest raczej teologia. Ale przeczytałem dopiero 90 stron.

Wydarzenia. Zmarł w piątek w wieku 86 lat ks. Józef Kudasiewicz, nestor biblistów polskich, profesor KUL i Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Napisał legion książek i artykułów na temat Biblii, także raczej popularyzatorskich, pionierskich w tamtych czasach, gdy wśród katolików przeważała w tej mierze pobożna ignorancja. Wiele lat temu zmarły stał się głośny dzięki polemice z jeszcze głośniejszym, bardzo popularnym ongiś autorem antykościelnym Zenonem Kosidowskim.

13:59, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 18 listopada 2012
Bóg jest czarą moją

Psalm 16,5
„Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem, to On mój los zabezpiecza.”

Zamiast „przeznaczenia” Poznanianka ma „czarę”. Jak jest możliwa taka różnica translacyjna? Sprawę wyjaśnia przypis do Psalmu 11, do którego tłumacz odsyła. Otóż chodzi tu dosłownie o naczynie z napojem, którym częstowano gościa. Jest ono nam przeznaczone, jest naszą „dolą”, jak się mówiło o przydziale jakiegoś PRL-owskiego dobra. Bóg jest nam przeznaczony: aby tylko zrozumieć, że jest szczęściem naszym, nie nie-dolą, Zbawicielem. W jakiego Boga wierzę/nie wierzę?

08:26, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
sobota, 17 listopada 2012
Nieustanny dylemat modlitwy

Ewangelia Łukasza 18,7-8
„A czy Bóg nie odda sprawiedliwości swoim wybrańcom, wołającym do Niego dniem i nocą, czy długo będzie z tym zwlekał? Powiadam wam: szybko odda im sprawiedliwość. A jednak czy Syn Człowieczy, przyszedłszy, znajdzie wiarę na ziemi?”

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Tysiąclatka ma zamiast ”oddania sprawiedliwości” ”wzięcie w obronę”. Chyba to wychodzi na jedno i nie ułatwia przyjęcia tego Bożego zapewnienia, bo jest milion przypadków, gdy modlitwa jakby nie działa. Ale logion sugeruje, że modlić się trzeba z wiarą: wtedy łatwiej zrozumieć, że Bóg wie lepiej, jak nam pomóc.

08:45, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 16 listopada 2012
O duszy

Ewangelia Łukasza 17,33
„Kto by starał się duszę swoją zachować dla siebie, utraci ją, kto by zaś ją utracił, żywą zachowa.”

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Mamy „ duszę” zamiast „ życia” Tysiąclatki. Na pewno nie chodzi tu o duszę w sensie platońskim, jako całkiem odrębny składnik ludzkiego bytu: Biblia nie jest dualistyczna. Chodzi tu o czynnik ożywiający człowieka, choć można też rozumieć ten logion w sensie etycznym: gdy utrata duszy jest upadkiem moralnym.

22:44, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Niewolnik bratem umiłowanym

Wpis na czwartek 15 listopada 2012

List do Filemona 7-20

Najkrótszy z listów Pawłowych, ale perełka, bardzo sympatyczny. Zresztą również politycznie. Czy mamy tu próbę obalenia ustroju niewolniczego? Oczywiście nie, Ewangelia nie jest politycznie rewolucyjna. Niemniej Paweł powolutku drąży moralne podwaliny systemu przez prośbę o delikatne potraktowanie zbiega: przecież groziło mu wypalenie piętna na czole lub założenie na szyję żelaznej obręczy. Prosi w istocie o wyzwolenie Onezyma: „abyś odebrał go na zawsze już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego. Takim jest on zwłaszcza dla mnie, ileż więcej dla ciebie zarówno w doczesności, jak i w Panu.” Bo też Paweł jest przecież autorem słynnego logionu: „nie ma niewolnika ani wolnego”. Pastor Mieczysław Kwiecień w naszym przekładzie Nowego Testamentu napisał: „ Nauka nowotestamentowa o równości wszystkich ludzi była niewątpliwie krokiem milowym w dziejach i w końcu przyczyniła się do zniesienia ustroju niewolniczego, chociaż był to długi proces.”

22:43, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
środa, 14 listopada 2012
Co cesarskie

List do Tytusa 3,1-2
„Przypominaj wszystkim, że powinni podporządkować się zwierzchnim władzom, słuchać ich i okazywać gotowość do wszelkiego dobrego czynu: nikogo nie lżyć, unikać sporów, odznaczać się uprzejmością, okazywać każdemu człowiekowi wszelką łagodność.”

Oddawanie tego, co cesarskie, cesarzowi, ma tutaj wyraźnie sens, by tak powiedzieć, apolityczny: takie „nierozrabianie” to owa „wszelka łagodność”. Myślę sobie, że można by chyba ten styl zachowania porównać do etyki praktycznej milionów obywateli PRL, którzy nie angażowali się czynnie w działalność antyrządową, ale nie popierali go przecież przez takową bierność. Zachowywali natomiast „gotowość do wszelkiego dobrego czynu”, a gdy trzeba było, i do pomocy opozycjonistom. Ale może porównanie kuleje, albowiem pierwsi uczniowie Chrystusa byli jednak twardsi duchowo niż ci przeciętni w PRL.

17:53, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
wtorek, 13 listopada 2012
Moralina i myśli trochę

List do Tytusa 2,1-8
”Głoś to, co jest zgodne ze zdrową nauką: że starcy winni być ludźmi trzeźwymi, statecznymi, roztropnymi, odznaczającymi się zdrową wiarą, miłością, cierpliwością. Podobnie starsze kobiety winny być w zewnętrznym ułożeniu jak najskromniejsze, winny unikać plotek i oszczerstw, nie upijać się winem, a uczyć innych dobrego. Niech pouczają młode kobiety, jak mają kochać mężów, dzieci, jak mają być rozumne, czyste, gospodarne, dobre, poddane swym mężom, aby nie bluźniono słowu Bożemu. Młodzieńców również upominaj, aby byli umiarkowani; we wszystkim dawaj wzór dobrych uczynków własnym postępowaniem, w nauczaniu okazuj prawość, powagę, mowę zdrową, wolną od zarzutu, ażeby przeciwnik ustąpił ze wstydem, nie mogąc nic złego o nas powiedzieć.”

Hm... Co by było, gdybym przeczytał takie słowa w tekście dzisiejszym: uśmiechnąłbym się ironicznie albo i obśmiał w jakiejś pisance. Że to „moralina” i już. No i to poddaństwo kobiece mężom i panom! Oczywiście podobny komentarz pachniałby potężnym anachronizmem. To trochę tak, jakby oceniać wartość artystyczną „Iliady” i „Odysei” zapominając, że tymczasem minęło wieków sporo.
A takie morały z ambony? Lepsze to niż polityka partyjna albo monografijne traktowanie aborcji, in vitro. Aby poza tym pamiętać, że Dobra Nowina to nie tylko pouczenie: także czy nawet przede wszystkim pokrzepienie.

No i na koniec myśl „antyfeministyczna”: relacje żona-mąż wyglądają dzisiaj rozmaicie, w zależności od środowiska albo i układów osobowościowych. Bicie małżonki to jednak obyczaj raczej nie inteligencki, w takich domach równie często zdarza się władczość kobieca w stylu pani Dulskiej, operująca instrumentami równie skutecznymi, choć pozbawionymi zgoła siły fizycznej. Zresztą i patriarcha Ślimak z „Placówki” wszystko z połowicą obowiązkowo uzgadniał. Co napisawszy, zastrzegam się, że siły kija z siłą języka zupełnie nie mylę: to, jak mówił lud polski, „insza inszość”.

13:29, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 12 listopada 2012
Biskup nad biskupami

List do Tytusa 1,5-9
”W tym celu zostawiłem cię na Krecie, byś zaległe sprawy należycie załatwił i ustanowił w każdym mieście prezbiterów .Jak ci zarządziłem, może nim zostać ten, kto jest nienaganny, mąż jednej żony, nieobwiniany o rozpustę bądź niekarność. Biskup bowiem powinien być jako włodarz Boży człowiekiem nienagannym, niezarozumiałym, nieskłonnym do gniewu, nieskorym do pijaństwa i awantur, niechciwym brudnego zysku, lecz gościnnym, miłującym dobro, rozsądnym, sprawiedliwym, pobożnym, powściągliwym, przestrzegającym niezawodnej wykładni nauki, aby przekazując zdrową naukę, mógł udzielać upomnień i przekonywać opornych.”

Jak tu widać wyraźnie, rozróżnienie funkcji biskupa i prezbitera to sprawa późniejsza. Co zaś do nakazu jednożeństwa prezbitera (biskupa), to Biblia księży paulistów powiada, że może był to zakaz poligamii lub też jednak tylko zawierania kolejnego małżeństwa przez rozwiedzionych i wdowców. Albowiem w tamtych czasach bywało jeszcze różnie: chrześcijanie pochodzący z pogaństwa, nawet i funkcyjni bywali wręcz poligamistami. Dziś jeśli zdarza się poligamia, to tylko u mormonów. A ideał takiego zwierzchnika zrealizował się według mnie w osobie ewangelicko-reformowanego biskupa seniora Zdzisława Trandy. Poniższą laudację na jego temat wygłosiłem
24 października br., gdy otrzymywał on nagrodę warszawskiego KIK-u PONTIFICI.

Zaczynanie laudacji od daty urodzenia byłoby śmieszne, gdyby nie to, że biskup senior Zdzisław Tranda urodził się dokładnie tego samego dnia i miesiąca - 18 grudnia - co prymas senior Józef Glemp. Co prawda, cztery lata przed swoim katolickim „para-rówieśnikiem", niemniej w tej częściowej zbieżności można doszukiwać się symbolu ekumenicznego: otwarcia Laureata na nasz, rzymskokatolicki Kościół.

I tu zaraz scena z pewnego wieczoru w naszym Klubie. Jeszcze nie skończył się „stan wojenny", niemniej już mogliśmy pracować normalnie. Trwał między innymi cykl spotkań z przedstawicielami innych Kościołów chrześcijańskich i przyszła kolej na Kościół ewangelicko-reformowany. Reprezentowali go dwaj bracia Trandowie: Zdzisław, ówczesny biskup, i świętej pamięci Bogdan, ówczesny proboszcz ewangelicko-reformowanej parafii warszawskiej.

Po prezentacji padło z sali pytanie, jakie jest stanowisko polityczne Kościoła. Biskup Zdzisław odpowiedział w stylu biblijnym: przez przypowieść. Jej bohaterem był towarzysz X, jego zasadnicze kłopoty z władzami partyjnymi. Zaczęło się od pogrzebu przewodniczącego Rady Państwa, towarzysza Aleksandra Zawadzkiego. Tow. X zapytał sekretarza swojej organizacji partyjnej, ile taki pogrzeb może kosztować. Gdy się dowiedział, że pewnie z dziesięć milionów, westchnął: - Za takie pieniądze można by pochować całe Biuro Polityczne... Potem było jakieś uroczyste zebranie partyjne, na ścianie wisiały portrety klasyków marksizmu, towarzysz Kowalski uzupełnił je o portret Trockiego. Gdy sekretarz partii powiedział mu: - Zdejmij tego bandytę, zapytał niedomyślnie: - Którego?... W końcu na pytanie władzy, czemu nie był na ostatnim zebraniu partyjnym, odpowiedział: - Żebym wiedział, że to ostatnie, na pewno bym przyszedł!

Na naszym klubowym zebraniu zapanowała wtedy milcząca konsternacja, ale oczywiście jeszcze większy szacunek dla Kościoła tak słabego liczbą swoich wiernych (ok. 4 tysięcy), a tak mocnego duchem. Dotknąłem tu sprawy stosunku Kościołów mniejszościowych do władz komunistycznych. Otóż trzeba stale pamiętać, że są to wspólnoty religijne nieporównanie mniejsze od naszej: największa, prawosławna, ma około pół miliona wiernych, a w polityce liczy się przecież zawsze statystyka. Kościołowi rzymskokatolickiemu było nieporównanie łatwiej opierać się totalitarnej władzy niż Kościołom tyle razy mniejszym, co więcej, niemającym własnej wyznaniowej centrali posiadającej status państwowy: można było uderzyć w nie bez politycznego echa i zresztą uderzano boleśnie. Skutek był jednak taki, że tylko niektóre okazywały jakiś hart ducha, a heroizm ewangelików reformowanych był wyjątkowy. Opór wobec nacisków politycznych stanowił zaś wyraz solidarności z głównym opierającym się, był aktem ekumenicznym, religijnym wręcz.

Ks. Zdzisław Tranda był biskupem Kościoła ewangelicko-reformowanego od 1978 roku aż do 2002. To bardzo długo: zmieniono specjalnie wewnętrzne prawo kościelne, by mógł być wybrany na kolejną kadencję - taki ma autorytet u współwyznawców. Ma też spory szacunek w innych Kościołach mniejszościowych, między innymi u tych, które należą do Polskiej Rady Ekumenicznej. Do 1990 r. nie mógł jednak zostać wybrany na jej prezesa ze względów politycznych: nie tylko ten urząd kościelny podlegał faktycznie Urzędowi do Spraw Wyznań. W wolnej Polsce biskup Tranda był prezesem PRE przez jedną kadencję, był też w latach 1997-2005 przewodniczącym Komitetu Krajowego Towarzystwa Biblijnego w Polsce, w skład którego z czasem weszli także bibliści rzymskokatoliccy.

Jest człowiekiem głęboko uczciwym, pryncypialnym, odważnym, ale w równej mierze rozważnym. Mądrze unika skrajności w sądach o sprawach i ludziach, stara się zawsze jednoczyć, nie dzielić. Wraz z całym swoim Kościołem był, jak opowiedziałem obszernie, zdecydowanym obrońcą praw człowieka, wolności politycznej, solidarności z głównym „opornikiem", tamte zasady postępowania łączył jednak z solidarnością wobec innych Kościołów mniejszościowych. Bronił je przed krytyką ignorującą uwarunkowania, ów fakt fundamentalny, że o wiele łatwiej być odważnym mając miliony wiernych niż tylko tysiące.

Oczywiście brał również w obronę nasz wielki Kościół, a przecież było za co go krytykować, albowiem nie uczył się on ekumenizmu w tempie ekspresowym. Wszyscy uczymy się tego stopniowo, a biskup Zdzisław jest tu prymusem. Gdy zaś już jestem przy jego postępach w nauce, to pochwalę się, że wiem o nim coś z jego czasów szkolnych. Do gimnazjum zaraz po wojnie uczęszczał w Radomiu przez rok z moim kuzynem, który mi opowiadał, że Zdzisław był w klasie nie tylko najlepszym matematykiem; był w ogóle - można by rzec - najlepszym we wszystkim, miał autorytet niebywały. I tak już jest w tylu środowiskach przez tyle, tyle lat!

Biskup jest nazywany w naszym Kościele pontifexem, czyli budowniczym mostów. Nasz dzisiejszy Laureat jest w takim razie biskupem z samej swej natury i tegoż powodu zasługuje znakomicie na nasze łacińskie określenie. Zaprawdę, czyli po hebrajsku amen!

12:36, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Gdyby tam wpuścić byka... Trzech ułanów

Wpis na niedzielę 11 listopada
Ewangelia Marka 12,38-44
Kapitalna homilia na tę niedzielę ojca Wacława Oszajcy w najnowszym „Tygodniku Powszechnym”.
”Jezus nauczając mówił: «Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok». Kto jak kto, ale tego Chrystusowego ostrzeżenia, my, pełniący w Kościele urząd uczonych w Piśmie, pomijać nie możemy. Na nic się zda tłumaczenie, że to przecież o Stary Testament chodzi, że o faryzeuszów, saduceuszów i kogo tam jeszcze, a nie o nas. My to co innego, my znamy całą prawdę, obiektywną prawdę, więc ten zarzut nas nie dotyczy. Może by i tak było, gdyby nie fakty. Ale po kolei.
Powłóczyste, w innych tłumaczeniach długie albo bogate szaty, stanowią co prawda coraz mniejszy kłopot, ale wciąż jeszcze przywiązuje się do nich nadmierną wagę. Podobno ten, kto nie nosi sutanny, habitu, a nawet koloratki, daje o sobie, o swojej wierze, jak najgorsze świadectwo. Po prostu taki ktoś wstydzi się wiary, Kościoła i samego Chrystusa, dlatego się ukrywa.
Pozdrowienia na rynku. Obrażają się niektórzy, gdy ktoś, mimo iż wie, że ma do czynienia z księdzem czy biskupem, mówi do niego per pan. Podobno takie zwracanie się do duchownego w najlepszym przypadku świadczy o kompletnym braku kultury, nie mówiąc już o tym, że może oznaczać coś znacznie gorszego - pogardę dla sługi Boga.
Pierwsze miejsca na ucztach i w synagodze. Utarło się jakiś czas temu takie powiedzenie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Przykładów daleko szukać nie trzeba. Ledwie kogoś z nas wyświęcą albo zamianują kanonikiem albo i biskupem, i już do takiego, jak u nas na wsi mawiano, bez kija nie przystępuj.
Pozorowane modły. Z tym akurat mamy najmniejszy kłopot. Nasi petenci, a więc ci, którzy proszą nas o modlitwę, sami raczej nie lubią tracić zbyt wiele czasu na nabożne ceremonie. Przeciwnie. A czymże są te widowiskowe modły o uzdrowienie, te dramatyczne egzorcyzmy, przewlekane w nieskończoność kazania? Czymże jest, chodzi o polityków i dziennikarzy tak zwanych, czy tak się mieniących, katolickich, powoływanie się na autorytet Boga i Kościoła tylko po to, by osiągnąć jakiś cel nawet nie polityczny, ale partyjny? Owszem, nie zawsze i nie wszędzie tak się dzieje, ale się dzieje. Na żądanie i po kolędzie święcimy domy, bo to ma zapewnić domownikom Bożą życzliwość, czyli błogosławieństwo, jakby Bóg tylko tym sprzyjał, którzy Go umiejętnie o to poproszą.
Co zatem Jezus piętnuje, przed czym przestrzega tych, którzy odpowiadają za Kościół, tak jak tamci odpowiadali za Synagogę? Wygląda na to, że przed arogancją, czyli przed przypisywaniem sobie kompetencji i przywilejów, w które Bóg wcale nas nie wyposażył. Być może łatwiej by nam wybaczono nasze większe i mniejsze potknięcia i grzechy, gdyby widziano nas jako tych, którzy do wspólnej skarbony, jaką jest Kościół, wrzucają nie tylko swoją pracę, posługę, ale wrzucają «najwięcej», bo «ofiarę z samego siebie».”

Nic dodać, nic ująć! Chyba że coś z artykułu biskupa Pieronka w „Gazecie Wyborczej” z 13-14 października br. Dzisiejszy hierarcha opowiadał tam, że wtedy fotografował jeden z pierwszych dni Soboru. Zrobił ponad 200 zdjęć,” na jednym z nich widać tłum purpurowo ubranych hierarchów przed Bazyliką Św. Piotra. (...) Kiedy dziś patrzę na to zdjęcie, zastanawiam się, co by było, gdyby w ten czerwony tłum wpuścić byka...”

A na Święto Niepodległości wpisuję taki wiersz nieznanego mi autorstwa, którego nauczyła mnie matka.
”Pójdź za mną, synku, w pole hen
na ten pagórek świeży:
złożono tam na wieczny sen
zabitych trzech żołnierzy.
Jeden z nich pruski mundur miał,
ale nie pruskie serce.
Na chaty wasze ogień słał,
taki już los w żołnierce.
A drugi polski przywdział strój,
choć przyszedł do nas z wrogiem.
Z wzniesionym czołem poszedł w bój,
dziś stoi już przed Bogiem.
Trzeci ojczysty broniąc kraj
w pierś tamtych celnie mierzył.
I on jak tamci bracia dwaj
w wskrzeszenie Polski wierzył.
Słońce już zaszło, wschodzi nów
nad ciszą polskich łanów.
Schyl głowę, synku, pacierz zmów
za wszystkich trzech ułanów.

12:30, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 listopada 2012
Homilia na temat mamony

List do Filipian 4,10-19
Psalm 112,5
Ewangelia Łukasza 16,9-15
To mogłaby być homilia, bo znalazłem nić przewodnią wszystkich trzech tekstów biblijnych: na imię jej mamona. Paweł pisze o własnych potrzebach pieniężnych nie biadoląc, psalmista śpiewa, że „ dobrze się wiedzie człowiekowi, który z litości pożycza i swymi sprawami zarządza uczciwie” (nie ma na myśli byłego właściciela Amber Gold), a Łukasz opowiedziawszy uprzednio trudno zrozumiałą przypowieść o cwanym włodarzu (ośli mostek kaznodziejów) wygłasza słowa skrzydlate: „Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Niektórzy jednak jakoś służą obojgu, a ja podobnie jak wczoraj służę szmoncesem z antologii Daniela Lifschitza, którą tu uparcie reklamuję.
„Pewien Żyd pyta znajomego:
Czemu gdy podpisujesz czek, zakładasz kipę?
- Bo to jedyne pokrycie, jakie mam!”

Tyle mych myśli szabatowych.

10:53, jan.turnau
Link Komentarze (52) »
piątek, 09 listopada 2012
Jak Pan Bóg broni Żydów? Judeosceptycy...

Psalm 46,8
„ Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest naszą obroną.”

Kuzyn mój obruszał się przy każdej okazji na wyrażenie „Pan Zastępów” w liturgii mszalnej - że Bóg nie harcmistrz. Kiedyś bym mu basował, teraz skonserwatywniałem i polubiłem wszystko, co stare: swoiste piękno patyny (są nawet wyrażenia śmieszniejsze, np. ów „kamień ciąży wielkiej” z pieśni wielkanocnej) . Ale to zakąska do głównego dania komentarzowego.

„Bóg Jakuba jest naszą obroną”, czyli przede wszystkim Żydów, innych ludów wtórnie dopiero. Na czym polega Boża obrona Narodu Wybranego? Rabin, który powiedział żartem, że dziękuje za takie wybraństwo, wyznał całkiem poważnie, że ono było kosztowne: „j udeosceptycy” (wyrażenie Artura Zawiszy) działali wiele wieków. I jakoś „Pan Zastępów” nie zsyłał Żydom oddziałów anielskich ani nie zachęcał, by tworzyli ziemskie (co zresztą według judeosceptyków było oczywiście nie cnotą „non violence”, tylko grzechem tchórzostwa).

Wydarzenia. Otwarta w środę wystawa prac Miry Żelechower-Aleksiun, zatytułowana „Kalendarz Pamięci według Brunona Schultza”. Mamy ją w Warszawie w Galerii Krytyków Pokaz na Krakowskim Przedmieściu 20/22 (adres może mylić: to nie artystyczne okolice Ministerstwa Kultury, tylko blisko Uniwersytetu - malutki lokalik z wejściem od podwórza). Kurator wystawy Małgorzata Kitowska-Łysiak napisała w pięknym katalogu: „Trzynaście kart «Kalendarza» to cykl o precyzyjnie przemyślanej konstrukcji znaczeniowej; oglądamy konglomerat biblijnych symboli i astronomicznych metafor oraz «przebitki» postaci i scen znanych z prozy, rysunku i grafiki Schulza. Jest to także dzieło frapujące malarsko.” Pójdźmy i popatrzmy.

Lektury. Z tomików Daniela Lifschitza (wyd. PROMIC) kolejny szmonces:
„W publicznej telewizji są wolne etaty spikerów. Zgłasza się Berele. Wychodzi smutny i spotyka Mojszego:
- Co się stało, Berele?
- Zzzgłosiłem się na ssspikera w te.... te... telewizji.
- I co, przyjęli cię?
- Nnnie. Ta... ta... tam są sssami antysemici.”

Genialny naród, co śmieje się z siebie samego. Bóg nie pomylił się jego właśnie wybierając.

17:06, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
czwartek, 08 listopada 2012
Radość z jednego grzesznika, nie bardziej grzesznego od „sprawiedliwych"

Ewangelia Łukasza 15,7
„W niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia".

Można te słowa interpretować w ogóle tak: ten jeden to zdobycz nowa, tamtymi już się nacieszyliśmy do syta, przywykliśmy do ich sprawiedliwości, więc już nas nie cieszą.

Chodzi tu jednak w istocie o to, że ten jeden wart jest w ogóle niemal tyle, co tamci sprawiedliwi, ponieważ „grzesznik jest w sercu chrześcijaństwa" (to Bernanos chyba); ponieważ tamci sprawiedliwi są sprawiedliwymi w cudzysłowie czy raczej we własnym słowie samochwalczym. To są zadowoleni z siebie faryzeusze. Jezus tłumaczy tu, dlaczego lubi odwiedzać „celników i grzeszników".
W każdej wspólnocie są tacy sprawiedliwi, na przykład w Kościele polskim tak zwani „dobrzy katolicy". Widać tak wielkie zadowolenie z tego, że są, iż nie wychodzi się poza kościelne opłotki. Owszem, mówi się już dzisiaj o nowej ewangelizacji, o wychodzeniu z zakrystii, ale nic z tego nie wyjdzie, jeśli owych pozakościelnych będzie się traktowało jak grzeszników i tyle: jeśli nie wejdzie się z nimi w dialog, wyzbywszy się cichej pogardy. A już na pewno, jeśli nie przestanie się im wymyślać od moralnych paskudników.

A swoją drogą jak niespodziewane są dojścia do Boga: wdzięczny jestem I Programowi TVP, że pokazała wielką sztukę Schmitta o Oskarze i Róży, gdzie opiekunka umierającego chłopca zyskuje wiarę, że On jest, pod wpływem wiary tego chłopaczka.

14:29, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 07 listopada 2012
Jezus nakazuje nienawiść?

Ewangelia Łukasza 14, 25-33
”Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: - Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy
patrząc na to zaczęliby drwić z niego: - Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem".

Mocne, wręcz groźne słowa. Bardzo dziwne. Nienawiść swoich najbliższych z miłości do kogoś innego - mógłby ją nakazać tylko jakiś dyktator sekty dla swoich wrednych celów. Miłość Boga i bliźniego są w takim razie nie do pogodzenia? Sprzeczność w ewangeliach oczywista?

Jednak nie chodzi tu o nienawiść w naszym tego słowa rozumieniu. Tysiąclatka inaczej niż liczni dzisiejszy translatorzy przetłumaczyła ten logion dosłownie, a mamy tu swoistą przesadę w stylu semickim, która przeniknęła nawet do poprawnej greki Łukaszowej: owa nienawiść to po prostu miłość większa niż jakaś inna. Choć i to wyjaśnienie nie jest pełne, oznaczałoby również jakąś sprzeczność między miłością Boga i bliźniego. Chodzi tu bowiem o miłość rodziny głębiej, bardziej etycznie pojętą, na przykład o takie przypadki, jak popieranie swoich, gdy to jest coś, co nazywamy kumoterstwem (czyli traktowaniem prymitywnie pojętego interesu rodzinnego jako ważniejszego niż autentyczne dobro większej wspólnoty). W końcu przecież podobny rachunek sumienia robi sobie każdy obrońca ojczyzny idący na wojnę, w której może zginąć osierocając żonę i dzieci.

Żeby do głębi kochać Chrystusa, trzeba radykalizmu moralnego, trzeba fundamentu - jak na przykład przy budowaniu wieży.

17:45, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
wtorek, 06 listopada 2012
Solidarność maksymalna: Bóg nie osądza, bo zna nasz los

List do Filipian 2,7
„ Przyjąwszy postać sługi
stał się podobny do ludzi.”

Ciekawy jakby komentarz do tych słów biskupa Rysia w reklamowanej już tu wczoraj książce „Skandal miłosierdzia”:
„Sprawiedliwość Boga na wszystkich drogach i jego wierność we wszystkich dziełach jest radykalna, bo wraz z nowym przymierzem oznacza wcielenie Jezusa. To znak najwyższej możliwej solidarności wobec niewiernego stworzenia. Jednym z najpiękniejszych objawień Bożego miłosierdzia jest właśnie ta solidarność, o której mówi Jezus w poruszającym przemówieniu do swoich przeciwników, jakie relacjonuje w ewangelii święty Jan: «Ponieważ tak jak Ojciec wskrzesza umysły i daje życie, tak też i Syn obdarza życiem tych, których chce. Ojciec bowiem nie osądza nikogo, lecz całą władzę sądzenia przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali taką cześć Synowi, jak oddaję Ojcu» (J 5,21-22). Bóg przekazał władzę Synowi. Przekazał Mu władzę, »gdyż jest On Synem Człowieczym« (J 5,27 . To jest zdanie, które zawsze mnie głęboko dotykało. Zawsze. Bo oznacza, że Bóg nie chciał sądzić człowieka, dopóki sam nie stanie się człowiekiem! A przecież jako nasz Stwórca miałby do tego pełne prawo. Miłosierdzie Boga polega więc też na tym, że nie podjął żadnego sądu nad człowiekiem nie zaznawszy jego losu. Odtrącony, zdradzony, opluty, zabity? Nie wiesz, Boże - bywa, że wyrzucamy w modlitwie - jak to jest, z czym muszę się zmagać, z czym walczyć, więc nie osądzaj mnie. Bóg Cię nie osądza, On Cię kocha i z tej miłości przechodzi razem z tobą przez to wszystko w osobie Jezusa, z którym musisz wejść w relację i razem z Nim przemierzać swoją drogę. Ty sam też nikogo nie osądzaj, bo zawsze znasz tylko wyimek losu drugiego człowieka.”

Owszem, można zapytać, czemu ów nasz los taki potworny, czemu Bóg stworzył świat taki straszny. Może posiadł już rzeczywiście wiedzę o dramatyzmie doli człowieczej i nie osądza nas wcale albo tylko łagodnie, niemniej ową niedolę przecież jakoś zaplanował. Otóż nie ma na to pytanie oczywistej odpowiedzi, zgadzam się. Ale w tym rozumowaniu biskupa Rysia jest myśl, która jakby osłabia tamto pytanie: teza, że Bóg jest absolutnie miłosierny. A jeżeli jest taki - choć tego autor nie napisał wyraźnie - to nie dopuści, by ktokolwiek oddalił się od Niego na wieczność.

Książka jest mocno oparta o Biblię, więc będę tu wracał do niej (Biblii + książki) nieraz.

17:39, jan.turnau
Link Komentarze (54) »
poniedziałek, 05 listopada 2012
Jeśli... Miłosierdzie według biskupa Rysia

List do Filipian 2,1-4
„Jeśli jest jakieś napomnienie w Chrystusie, jeśli jakiś udział w Duchu, jeśli jakieś serdeczne współczucie, dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich.”

Pierwsze zdania tego fragmentu przetłumaczyliśmy trochę inaczej: „Jeśli jest więc jakieś pocieszenie w Chrystusie, jeśli jakaś otucha miłości, jeśli jakaś wspólnota ducha, jeśli jakieś miłosierdzie i współczucie, dopełnijcie radości mojej, abyśmy byli jednomyślni, mając tę samą miłość jak jedna dusza, to samo myśląc.”
Lubię porównywać różne tłumaczenia, może trochę dlatego, że lubię pluralizm, wcale mnie nie gorszy także translatorski. Na przykład jeżeli jedni mówią o Duchu, drudzy o duchu, także jeśli u jednych jest napomnienie, u innych pocieszenie (napomnień zresztą w Kościele nie brak, za mało pocieszeń, choć Ewangelia to podobno Dobra Nowina), u jednych duch, u innych dusza...

A w tych Pawłowych radach moralnych chyba najważniejsze jest owo „ocenianie jedni drugich za wyżej stojących od siebie”. Bo to chyba podstawa pokoju: trochę pokory, która pozwala nie upierać się zawsze przy własnym zdaniu, uznać czasem własną niekompetencję, cudzy autorytet. Własną małość.

Lektury. Biskupa pomocniczego krakowskiego Grzegorza Rysia „Skandal miłosierdzia”, podtytuł: „Rozważania dla każdego” (Wyd. WAM). „Połamało mnie”, więc nie pojechałem na rekolekcje tegoż duchownego do Lasek, które tam prowadził, miałem jednak w rezultacie czas na lekturę jego książki. Czytałem ją znając nieźle biografię autora: to jeden z tych księży polskich, którzy prezentują mój Kościół w sposób zachęcający do niego swoją mądrością. Przykład? Ta właśnie biskupia książka. Jej główna teza: Bóg jest miłosierny. „Nie ma innego uzasadnienia dla tego, bym był miłosierny wobec drugiego człowieka niż to, że sam najpierw doświadczyłem miłosierdzia od Boga. I nie ma innej drogi dla chrześcijaństwa niż droga miłosierdzia, bo każdy człowiek potrzebuje właśnie tej dobrej nowiny o Bogu, który przyszedł świat zbawić, a nie sądzić (por. J 12, 47)”. Oczywiście czytelnik pozakościelny może zapyta, czy aby na pewno doświadczył od Boga miłosierdzia. Żeby tak uważać, trzeba w ogóle wierzyć, że On jest, a poza tym uwierzyć, że jestem grzesznikiem, czyli potrzebuję, by jakiś autorytet mi moją grzeszność wybaczył. W następnym zdaniu autor mówi jednak coś innego: że człowiek potrzebuje dobrej nowiny – czyli nie złej. Ewangelia to etymologicznie nowina dobra, ale „socjologicznie” - tak jak jest przedstawiana ciągle jeszcze nieraz w świątyniach naszych – nierewelacyjna. Bo tam jest to przede wszystkim „moralina” – wypominanie grzechów, zresztą raczej cudzych, przecież nie tych, które na ogół popełniają zwykli słuchacze kazań. Nie dokonują na ogół aborcji ani nawet „in vitro”. A gdyby nawet, to kościelne straszne wybrzydzanie tylko ich od Kościoła odstrasza. Pocieszenia wciąż za mało.

13:43, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Archiwum