Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
wtorek, 30 listopada 2010
Moje pytanie o apostoła Andrzeja

Ewangelia 4,18-20
„Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona zwanego Piotrem i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro, byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: - Pójdźcie za mną, a uczynię was rybakami ludzi.”

W ten sposób dzisiejszy patron dnia, apostoł Andrzej, stał się oficerem Jezusowego sztabu. Ewangelia Jana opowiada to inaczej. Według niej Andrzej jako uczeń Jana Chrzciciela został przezeń skierowany do Jezusa nie w Galilei, ale najpewniej w Judei, bo tam przecież działał Chrzciciel. Ta druga relacja jest mniej barwna, nie ma tu obrazu apostołów łowiących osobników gatunku homo sapiens, ale wynika z niej, że Andrzej został powołany przed swoim bardzo ważnym bratem; że jakby nawet ów „książę apostołów” nie był przedtem uczniem Jana, może zatem w ogóle nie był jakoś szczególnie zaangażowany religijnie, pewnie jako żonaty zarabiał na rodzinę. Andrzej zatem wyprzedził go w apostolstwie czasowo, wraz z uczniem Chrzciciela nienazwanym z imienia (najpewniej Janem) miał taką palemkę pierwszeństwa.

Później jednak jego gwiazda jakby przygasa. Owszem, w dwóch spisach apostołów, Mateuszowym i Łukaszowym, występuje na drugim miejscu po „Opoce”, ale u Marka i w Dziejach Apostolskich już na czwartym. Wyprzedzają go tam Jakub i Jan, co więcej, wyprzedzają go jakby wyraźnie w tym, że zdają się wraz z Piotrem stanowić trójcę uczniów najbliższych Jezusowi, do której brat Piotra nie należy. Mam na myśli dwie sytuacje, w których tylko tych trzech towarzyszy Jezusowi: w scenie Przemienienia i w Ogrójcu - w obu nie ma Andrzeja. Z tekstów postbiblijnych wynika o nim niejedno, być może jego podróż - może przez przyszłą Polskę - aż do Szkocji, jego widoczne już w Ewangelii Jana (12,20-23) szczególne kontakty z Grekami, zapoczątkowanie stolicy w Bizancjum - ale nie wiadomo, jak było za życia ziemskiego Jezusa. Czy nie został wtedy od Niego jakoś odsunięty?

22:05, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 29 listopada 2010
Dał nam przykład rzymski setnik. Kościół pięknie symfoniczny

Ewangelia Mateusza 8,8
„Odpowiadając, setnik rzekł: - Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko Słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój.”

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Na wniosek pastora Mieczysława Kwietnia słowo Chrystusa piszemy z dużej litery. A tu widać najlepiej, jak ogromne jest ono, jak potężnie skuteczne, jak różne od naszej gadaniny. Modlimy się w ten sposób przed Komunią, wierząc, że Jezus zdolny jest otworzyć nas na wspólnotę z innymi uczestnikami Eucharystii, którą tworzy On sam. Zdolny jest otworzyć nas zamkniętych na cztery spusty w tępym zapatrzeniu w siebie.

Warto zawsze zajrzeć do innych ewangelii, zobaczyć, czy napisały o tym wydarzeniu albo przemówieniu i jak napisały. Otóż nie ma tego uzdrowienia u Jana, ale jego ewangelia w ogóle rzadko powtarza trzy poprzednie (choć podstawowe fakty są wspólne). Nie ma też jednak tej sceny u innego synoptyka Marka, jest natomiast u Łukasza, choć z dość ciekawymi zmianami. U Mateusza o uzdrowienie prosi sam pogański setnik, u Łukasza nie śmie: wysyła zaprzyjaźnionych Żydów. Inna różnica: w trzeciej ewangelii nie ma pochwały narodów pogańskich, które zasiądą do stołu w Królestwie Niebieskim razem z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem. Wyjdę poza dzisiejszy przydział biblijny i dopowiem, że narody te zasiądą do uczty (albo raczej - jak w naszym tłumaczeniu - spoczną, bo wtedy konsumowało się półleżąc), natomiast synowie Królestwa będą wyrzuceni do ”ciemności zewnętrznej”. Różnica nie olbrzymia, wynikła pewnie z tego, że ewangelia Mateusza (podobnie jak Janowa) jest mocniej krytyczna wobec Synagogi niż Łukaszowa i Markowa. Zaznaczam z uporem takie różnice, by wciąż pokazywać, że Biblia jest symfonią, wielogłosem. By pokazać Kościół pierwotny jako pięknie pluralistyczny - przykład dla dzisiejszego chrześcijaństwa! A wyszedłem poza dzisiejszy przydział także dlatego, że z Biblii Poznańskiej dowiedziałem się wreszcie, co to są owe ciemności zewnętrzne: po prostu sala „ucztowa” była w on czas porządnie oświetlona, ale ulice ciemne!

15:41, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
niedziela, 28 listopada 2010
Lemiesze na miecze

Księga Izajasza 2,4
„Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy.”

Wizja apokaliptyczna, jeśli przez to słowo rozumieć nie tylko ostatecznie straszności, także to cudowne po nich. Dziś w Kościołach zachodnich początek adwentu, czas radosnego (wcale nie postnego!) oczekiwania na dwa przyjścia Chrystusa. Pierwsze to oczekiwanie pamiątki pierwszego, drugie to czekanie na Paruzję. Nic o niej nie wiemy poza tym, że ona nie Godot - przyjdzie. Albo i już nadchodzi. Mimo wszystko ONZ, Unia Europejska to wydarzenia na tle wojowniczej historii niebywałe. To jakby poszlaki na to, że Dzień Pański już trochę bliżej.

13:02, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
sobota, 27 listopada 2010
Czuj, czuj, czuwaj

Ewangelia Łukasza 21, 34-36
„Uważajcie na siebie, aby serca wasze nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na ziemi.
Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma przyjść, i stanąć przed Synem Człowieczym.”


No właśnie - harcerskie hasło na całe życie. A ten dzień, co przychodzi jak potrzask, to w sensie ogólniejszym w ogóle każde jutro. Bo każde może przynieść coś nieprzewidywalnego. Po 10 kwietnia AD 2010 wiemy to już aż nadto dobrze. Trzeba być zawsze gotowym na wszystko. Przede wszystkim gotowym moralnie, ale w ogóle święta cnota ostrożności.

13:47, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
Słowa, co nie przeminą

Wpis na piątek 26 listopada

Ewangelia Łukasza 21,32-33
„Zaprawdę powiadam wam: nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą.”

Jezus mówił o zburzeniu Jerozolimy, ale po tym kataklizmie słowa brzmiały zapewne jak zapowiedź szybkiej Paruzji. Trudno się dziwić tej niecierpliwości: świat żydowski już się jakby zawalił, a był jeszcze w żywej pamięci Chrystus potężny cudami, który po śmierci ukazał się żyjący i powiedział, że wróci. Już Go teraz prawie widziano na obłokach... Jednak sens tych słów Ewangelii jest ponadczasowy: ten, że stanie się niejedno, będzie nawet koniec wszystkiego, ale Jego słowa nie przeminą. Bo zawsze będzie On i Jego najświętsza Ewangelia.

13:46, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
czwartek, 25 listopada 2010
Nadzieja wbrew nadziei

Ewangelia Łukasza 21, 20-28
„Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą. Będzie to bowiem czas pomsty, aby się spełniło wszystko, co jest napisane. Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni. Będzie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie".

Znów wizja apokaliptyczna: takie opisy są w ewangeliach, nie tylko w księdze stanowiącej w całości ten gatunek literacki. Jak mi wyjaśnił ks. Czajkowski, ogólnikowa przepowiednia Chrystusa została tutaj ukonkretniona po zburzeniu Jerozolimy, które dokonało się przed ogłoszeniem Ewangelii. Gatunek apokaliptyczny ma zaś to do siebie, że gruntownie miesza czasy: dlatego zaraz po opisie wydarzeń historycznych pojawia się wizja eschatologiczna, Syn Człowieczy przychodzący jako władca Wszechświata. A jest ta przepowiednia po to, żeby czytelnik Ewangelii nie tracił nadziei. I my jej nie traćmy dzisiaj, choć nie może być to nadzieja inna niż ta Pawłowa (List do Rzymian 4,18): „nadzieja wbrew nadziei" czy raczej beznadziei. Trudniejsza niż nasz zwyczajny optymizm, ale i mocniejsza jednak, bo ten codzienny kruchy był, jest i będzie.

13:34, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 24 listopada 2010
Błogosławieni osamotnieni pośród strasznego wroga

Ewangelia Łukasza 21,16
„A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią".

Tak było już wiele razy w późniejszej historii: totalitarna władza rozrywa wszystkie więzy. Szantaż, w ogóle strach a czasem i zwykła podłość robią swoje. Człowiek staje wobec urzędowego prześladowcy przeraźliwie samotny, odarty z rodzinnych uczuć, z przyjaźni, z zaufania do bliskich. Samotność zawsze jest udręką, boli jednak wtedy szczególnie. Staje się ponura także wobec wspólnoty, zwanej w komunistycznych czasach kolektywem, jeśli nie znalazł się w niej nikt życzliwy albo też każdy bał się swoją życzliwość pokazać.

Błogosławieni, którzy nie dają się złamać nawet w podobnej ciemnicy. A już szczególnie ci, co w swej potwornej niedoli nie mają za podporę nawet wiary, że jest Bóg. Ci, którym dla ich heroicznej niezłomności wystarcza własne sumienie, potężne jak hufiec aniołów.

13:36, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 23 listopada 2010
Wariacje na temat wodzów

Ewangelia Łukasza 21,5-11
”Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: - Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: - Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: - Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: «Ja jestem» oraz: «Nadszedł czas». Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: - Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie".

Wyraźna przepowiednia zburzenia Jerozolimy, zarazem „antyprzepowiednia” bliskości końca świata. Uspokojenie („nie trwóżcie się”), zarazem ostrzeżenie przed zwodzicielami.

Mało bywa „antychrystów”, którzy uważają się dosłownie za Jezusa z Nazaretu. Tacy to oczywiście wariaci, więc nie są bardzo niebezpieczni. Gorzej z różnymi ludźmi, którzy kreują się faktycznie na bogów, przypisują sobie charyzmat nieomylności. Nie zbywa mi na krytycyzmie wobec mego Kościoła, jednak nie o papieżach tu myślę. W „Arce Noego” wydrukowałem w poprzednią sobotę artykuł Józefa Majewskiego, przedstawiający rzymskokatolickie roszczenia do nieomylności, nie uważam jednak żadnego biskupa Rzymu za antychrysta: są lepsi kandydaci do tego miana. Byli, są i będą ludzie, którzy głoszą antyewangelię. Dyktatorzy wszystkich czasów, którzy zrobią wszystko, by umocnić swoją władzę, a że są podejrzliwi w równej mierze jak niesprawiedliwi, bywają mordercami milionów.

Demokracja posiada milion wad, ale ma jedną fundamentalną zaletę, że kocha krytykę. Obali raczej każdy autorytet (nie ma w tym niestety umiaru), niż pozwoli komukolwiek się ubóstwić albo być ubóstwionym. A jest w nas słabo uświadomiona potrzeba posiadania wodza: kogoś, kto myśli za nas i programuje nasze działania, która daje nam poczucie bezpieczeństwa, kto odpędza lęki, zdejmując z nas neurotyczne poczucie odpowiedzialności.

Od dzieciństwa mam niechęć do różnych ludzkich wielkości. Nie mogę się wciąż przekonać do Piłsudskiego, wolałem znacznie Sikorskiego, aż dowiedziałem się, że lubił być ważny, a jakże. Z czasem, co prawda, zrozumiałem, że bez ludzi mających tak zwany instynkt wodzowski nic się nie uda zrobić, bo każda łódka musi mieć sternika. I przywódcy słusznie wybacza się sporo, byleby służył czemuś więcej niż sobie. Oczywiście też, żeby nie był to jeden naród: tylko jeden - reszta to pachołki.

Nie mogę zrozumieć umiłowania wodzów, ale sam nie jestem wolny od takiej skłonności. U podstaw jej bywa szukanie mistrza bez chrześcijańskiej wiary, że jest tylko ktoś jeden, komu można zaufać absolutnie.

21:05, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
Wariacje na temat wdowy

Wpis na poniedziałek 22 listopada 2010

Ewangelia Łukasza 21,1-4
„I podniósłszy wzrok, zobaczył bogaczy wrzucających swe dary do skarbnicy. Zobaczył też biedną wdowę, wrzucającą tam dwa grosiki. I powiedział :- Zaprawdę mówię wam, że ta biedna wdowa więcej od wszystkich wrzuciła. Wszyscy bowiem ze swego nadmiaru dorzucili do darów, ta zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała  na życie”.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Najpierw trochę uzupełniających wiadomości drobnych.
Te dwa grosiki to było ile? Z wersji Łukaszowej tego się nie dowiemy, Mateusz opowieść w ogóle pominął, ale Marek podał dokładniej, że wdowa wrzuciła w sumie czwartą część asa, a ów as to po grecku kodrantes: chodzi o rzymskiego quadransa, który miał wartość ośmiu owych najmniejszych grosików, czyli leptonów, żydowskich perut. Za perutę można było kupić jabłko granatu albo kiść winogron, czyli zgoła niewiele; pewnie też kawałek chleba, żeby trochę zaspokoić głód.
Czemu w naszym przekładzie mamy tutaj „zaprawdę”, a nie „amen”, którym się chwalimy: bo Łukasz sam przetłumaczył go na grecki, ma zamiast niego termin „alethos”.
Teraz minihomilia: miarą czynów naszych nie jest pieniądz jako taki, tylko jego relacja do naszego majątku. Dlatego wdowa okazała się subiektywnie bardziej ofiarna niż wszyscy inni.
Psychologia biedy pozwala jednak spojrzeć na nią odwrotnie. Otóż gdy uważamy, że nic prawie nie mając, biedak ucieszy się byle czym, bywamy bardzo niedelikatni, dając na przykład rzeczy nie tylko nieużywane, ale i brudne. A osiągnęła rekord światowy i olimpijski pewna dama, która zapytała Jeana Vaniera, czy jego podopiecznym, niepełnosprawnym umysłowo, przydałby się zepsuty telewizor. Odpowiedział, że jeśli jej się nie przyda, to tym biedakom również.
Na koniec myśl takowa: żeby wzruszać się biedą, trzeba być trochę lewicowcem. Stawiać sobie pytanie, czy to ładnie, że mam dziesięć par butów, a ktoś inny ani jednej. Właśnie - czy ładnie: czy jest to ład społeczny, czy raczej nieład? Jednak pytanie to jest przede wszystkim nie lewicowe, ale ewangeliczne.

10:06, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 21 listopada 2010
Uziemnianie Chrystusa

Ewangelia Łukasza 23,36-38


„Naśmiewali się z Niego i żołnierze: podchodzili podając Mu ocet i mówiąc: - Jeśli Ty jesteś królem Żydów, zbaw siebie. Był zaś i napis nad Nim: «To król Żydów»”.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim, jak w każdą ostatnią niedzielę roku liturgicznego, uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata. Owo królowanie powinno się kojarzyć z opowieścią Ewangelii Jana 18,36: „Odpowiedział Jezus: - Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd.”
To „teraz” oznacza chyba świat obecny, zanim dokona się powtórne przyjście, już „z mocą i majestatem”, na zwycięstwo nie tylko moralne, na totalne zwycięstwo dobra. Niestety ten werset Ewangelii był szaleńczo ignorowany przez niegdysiejsze pomysły Państwa Kościelnego, a dzisiaj rodzime koronowanie Chrystusa na narodowego monarchę oraz postawienie Mu pomnika, którego rozmiary symbolizują doczesną potęgę. Czy naprawdę są to najlepsze sposoby przekonywania do Ewangelii? Czy polska sztuka kościelna musi zawsze przypominać sowiecką swoim okropnym triumfalizmem? Czy Chrystus chce, żeby Go tak uziemniać?

08:15, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
sobota, 20 listopada 2010
Wyzwolenie od samej walki

Psalm 144, 1-2.9-10


„On moje ręce zaprawia do walki,
moje palce do bitwy.
On mocą moją i warownią moją,
osłoną moją i moim wybawcą.
Boże, będę Ci śpiewał pieśń nową,
grać Ci będę na harfie o dziesięciu strunach.
Ty królom dajesz zwycięstwo,
Tyś wyzwolił sługę Twego, Dawida.”
Tymczasem dojrzeliśmy do zrozumienia, że bać się trzeba jak ognia walki fizycznej. Zanikło nawet pojęcie wojny sprawiedliwej, długo w myśli kościelnej stosowane, choć mówi się o słusznej obronie narodów.
Walczyć mam przede wszystkim z samym sobą, żeby miał jak najlepsze stosunki z bliźnimi. Choć czasem można walczyć i z nimi, w słusznej obronie przed ich agresją, traktując jednak jako ideał całkowite odrzucenie przemocy.
Ideał ów ma swój znak najświętszy, promowanie go jednak awanturą jest w istocie antypromocją.

10:38, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 19 listopada 2010
Smakowanie Biblii. Słodki smak Szymona Hołowni

Księga Apokalipsy 10,8-11

”Ja, Jan, znów usłyszałem głos z nieba, jak zwracał się do mnie w słowach: «Idź, weź księgę otwartą w ręce anioła stojącego na morzu i na ziemi». Poszedłem więc do anioła, mówiąc mu, by mi dał książeczkę, I rzecze mi: «Weź i połknij ją, a napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód». I wziąłem książeczkę z ręki anioła i połknąłem ją, a w ustach moich stała się słodka jak miód, a gdy ją spożyłem, goryczą napełniły się moje wnętrzności i mówią mi: „Trzeba ci znów prorokować o ludach, narodach, językach i o wielu królach".
Co znaczą te dwa smaki Pisma? Biblia Paulińska: „Przepowiadanie będzie dotyczyło królestwa Boga i Jego ostatecznego zwycięstwa (słodki smak zwoju) oraz sprawiedliwości Boga i kar, jakie spadną na niewiernych (gorycz). Gorzki jest też los proroka, szykanowanego z powodu głoszonych słów.”
Co do mnie, jeśli nawet jestem prorokiem (w „Arce Noego” Jonaszem), to los mój jest raczej słodki. Komentatorzy tutejsi dokładają mi nieraz mocno, ale w końcu jest taka myśl złota na temat tego, co piszą o czyimś pisaniu: „źle czy dobrze, byle z nazwiskiem”. A jak smakuje mi sama Księga? Coraz bardziej. Wróciłem w tym „pisankowaniu” do lat bardzo dawnych, gdy jako student polonistyki zajmowałem się drobiazgową analizą tekstów. A to, że teksty biblijne są nieraz niejasne, to bardzo dobrze: tym ciekawsza praca komentatora!
Gdy jesteśmy przy pisaniu o Piśmie Świętym, polecę lekturę na ten temat nietuzinkową: Szymon Hołownia: „Bóg. Życie i twórczość”. Wydawnictwo „Znak”. Kraków 2010. Autor książek: „Kościół dla średnio zaawansowanych”, „Tabletki z krzyżykiem”, „Monopol na zbawienie” i teraz tej właśnie - jest pisarzem ambitnym. Podejmuje się pisać bardzo lekko o sprawach najcięższych: o Bogu, religii i wynikających stąd zasadach moralnych. Tematyka ciężka, bo w końcu trochę filozoficzna, a filozofia słusznie uchodzi za naukę mało przystępną. Ciężka też, bo dotyczy spraw uchodzących za święte, a co jest takowe, nie bardzo nadaje się do żartów.
Otóż Hołownia żartuje bez przerwy. Książka cała jest felietonem. Autor stara się bowiem usilnie, by przypadkiem nie przynudzić. Jeśli czasem użyje słowa niepotocznego, bierze go zaraz w cudzysłów, dystansuje się od jego uczoności. No i właśnie bardzo się boi wyjść na ponuraka, jest wciąż wesoły jak ptaszek.
Nie mam mu tego za złe, oczywiście za dobre! Imponuje mi, że potrafi tak długo mieć dobry humor. Pisarze religijni są na ogół jakby niezadowoleni z życia; z czytelników na pewno, krytykują ich, ile wlezie, ale też chyba szwankuje im własna wątroba.
Zastanawiam się jednak, po pierwsze, czy odwaga w formie powinna być zawsze aż tak ogromna. Żadnym dowcipem mnie Hołownia nie zgorszył, broń Boże, ale wszystko może się znudzić, nawet nienudzenie. Czy nie lepsza byłaby sałatka: komizm z patosem czy melancholią na przemian? Albo przynajmniej ciasto zgrywy z rodzynkami zadumy. Czy też po prostu nie za dużo tu żartów, język nazbyt wesolutki?
Po drugie, czy Szymona Hołowni monografia Boga nie powinna być bardziej odważna w treści? Na przykład w argumentacji przeciw „in vitro”. Przyjęta w naszym wspólnym Kościele teoria jest taka, że wchodzimy w ten sposób w kompetencje Boga, ale przecież - Szymku drogi - powtarzając takową myśl, zakładasz coś, co trzeba dopiero udowodnić. Że w ogóle On jest. Piszesz przecież dla „średnio zaawansowanych”, a ci bywają agnostykami. A jeśli nawet On istnieje, jeśli do tego przekonałeś przedtem słuchaczy, to dlaczego miałby rościć sobie prawo do monopolu na prokreację? Wszak tak czy tak płodzimy dzieci sami.
Może jednak się czepiam. Bo gdzie indziej autor głosi na przykład pogląd dla laików śmiały, że starożytni Żydzi z ogromnym trudem wyzbywali się politeizmu. Tkwili w nim trochę jeszcze nawet za Salomona. Rzecz oczywista dla biblistów, czy jednak dla katechetów?
Książka Hołowni jest w ogóle biblijnej scjencji pełnawa. Jak napisałem, to megafelieton, nie podręcznik ani jakiś przewodnik, jest tu trochę o wszystkim, co ma z Bogiem związek jakiś (autor erudycją błyska umiejętnie), ale o Biblii przede wszystkim. I to nawet najpierw w porządku jej kanonu: od Księgi Rodzaju do świętego Pawła. Potem zaś o innych klasykach chrześcijaństwa i innych religii (o Muhammadzie cały rozdział), znowu o Biblii - i na końcu, co będzie na Końcu, czyli na finale absolutnym. W sumie lektura lekka, ale dość mocna. Brawo.

19:00, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 18 listopada 2010
Twierdzą nie będzie żaden próg

Ewangelia Łukasza 19, 41-44

„Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł - O, gdybyś i ty poznało w ten dzień, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia".
Kościół jest pośród świata twierdzą oblężoną przezeń okropnie: to jest obraz, który trudno wymazać z eklezjalnej świadomości, bo też mamy w pamięci słowa „Roty": „Twierdzą nam będzie każdy próg". Czytam dzisiaj o zburzeniu Jerozolimy, o zdobyciu tej twierdzy Starego Przymierza i zastanawiam się, czy nie ma tu jakiejś nauczki dla wspólnoty nowotestamentalnej. Czy uratuje się ona przed zniszczeniem zamykając się duchowo? Jezus mówi tutaj o pokoju, który przyniósł temu miastu bez skutku, a ów pokój to przecież przeciwieństwo duchowej wojowniczości, która uczniom Chrystusa nie przystoi. Cytowałem tu ostatnio miesięcznik „BIBLIA krok po kroku", a jest to młodszy brat krakowskiego „Listu", gdzie też sporo do zacytowania. Na przykład takie śmiałe słowa Marty Wielek z numeru listopadowego:
”Jeden z krakowskich duszpasterzy powiedział kiedyś odwiedzając naszą redakcję, że paradoksalnie więcej wolności było w Kościele w czasach PRL-u niż teraz. Można się zastanawiać, czy otwartość na inne poglądy wynikała ze specyficznej sytuacji politycznej, czy z osobowości ludzi Kościoła. Nieżyjący już ks. Józef Tischner tak wspominał spory teologiczne ze swoim biskupem Karolem Wojtyłą: «Wojtyła był z krwi i kości pluralistą. Co to znaczy? Ten pluralizm nie był u niego grą. Różnica zdań, polemika, dyskusja była jego żywiołem. Chciał tej dyskusji, czekał na nią». Kościół był postrzegany jako oaza wolności nie tylko dlatego, że można było w nim swobodnie narzekać i organizować się przeciw komunie, ale także dlatego, że był gotowy na dyskusję wewnętrzną. Niewątpliwie na to, że Kościół gromadził wówczas ludzi o różnych poglądach, nałożyła się także propozycja dialogu ze światem, jaką złożył Sobór Watykański II. Dzisiaj w powszechnym odbiorze Kościół w Polsce daleki jest od takiej otwartości. Wygląda to tak, jakbyśmy się przerazili światem, który nagle wokół nas wyrósł. Po kilku próbach dialogu postanowiliśmy się od niego odgrodzić. Bardzo często w wypowiedziach ludzi Kościoła padają słowa: «brońmy się», «chrońmy», «nie pozwólmy», «walczmy», «nie dajmy się». Zamiast dialogu jest postawa obronna, zamiast otwartości - formalizm, z którym spotykają się czasem parafianie w kancelarii. Jest wielu księży i ludzi religijnie zaangażowanych, którzy chcą zmieniać ten wizerunek Kościoła. Kontynuując tę wojenną metaforę, można powiedzieć, że są jak żołnierze, którzy wychodzą z oblężonej twierdzy i na różne sposoby próbują zmierzyć się z zewnętrznym światem. ”
Czy jest w Polsce wielu takich księży i świeckich? W każdym razie słychać ich słabo. Gdyby mieli pisma katolickie wielonakładowe, gdyby byli na wysokich urzędach kościelnych... Ale tym są cenniejsi i tym większa moja dla nich wdzięczność! A dla redakcji i autorów obu krakowskich miesięczników - szczególna!

19:25, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 17 listopada 2010
Łukasz wołem? Też pomysł!

Księga Apokalipsy 4,7

„Zwierzę pierwsze podobne do lwa, Zwierzę drugie podobne do wołu, Zwierzę trzecie mające twarz jak gdyby ludzką i Zwierzę czwarte podobne do osła w locie".
Znów „Biblia krok po kroku", tym razem dominikanin ks. Paweł Trzopek: „W ikonografii chrześcijańskiej. Ewangelista Marek jest przedstawiany pod postacią lwa. Obraz ten ma swoje korzenie w starotestamentalnej wizji proroka Ezechiela (por. Ez 1). Cztery istoty żyjące stanowiły część tronu Wszechmogącego Boga. Ezechiel zanotował, że oblicza ich miały taki wygląd: każda z czterech istot miała z prawej strony oblicze człowieka i oblicze lwa, z lewej zaś oblicze wołu i oblicze orła (por. 1,10). Obraz tych istot pojawił się również w Apokalipsie św. Jana (por. 4,7). Przypisanie tego obrazu do czterech Ewangelistów zawdzięczamy na Zachodzie Rabanowi Maurowi, benedyktyńskiemu mnichowi żyjącemu na przełomie VIII i IX w. Raban pisał, że symbolem św. Marka jest uskrzydlony lew, symbol odwagi i władzy królewskiej. Markowe opowiadanie rozpoczyna się bowiem od scen dziejących się na pustyni, gdzie Jan Chrzciciel głosił z wielką mocą, «jak potężny ryczący lew». Lew był także symbolem zmartwychwstania, gdyż - jak wierzono w starożytności i średniowieczu - potrafił spać z otwartymi oczyma".
Marek to lew, Łukasz - wół, Mateusz - człowiek, Jan - orzeł. Najmniej mi pasuje przyporządkowanie Łukasza: elegancki w stylu i delikatny w etyce swoich przypowieści ma być ciężkim, wulgarnym bydlęciem, niegrzeszącym chyba inteligencją? Na szczęście to już kwalifikacja postbiblijna, mało ważna, choć przypieczętowana tradycją i uważana potocznie za  bezsporną. Nie ma co uczyć jej dzieci (a tak się czasem robi), trzeba raczej zapoznawać je z samymi tekstami, z ich specyfiką, ogólną tego gatunku literackiego i szczegółową poszczególnych ksiąg.

17:41, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
wtorek, 16 listopada 2010
Amen przeciw anemii. Marek, co nawiał nago

Księga Apokalipsy 6, 14-16

„To mówi Amen, świadek wierny i prawdomówny, początek stworzenia Bożego: - Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię z mych ust wyrzucić".
Chrystus ma tu imię, które sam wymawiał wielokrotnie. Jego w tłumaczeniu Wujkowym „zaprawdę" to przecież hebrajskie „amen".
Słowo to kojarzy nam się z solidnością: zamknąć coś na amen znaczy zrobić to tak, żeby nie dało się otworzyć. Tu też Jezus jest właśnie solidnością, jest tym, na którym można polegać. Ale właśnie wobec tego Jezus jest też prawdomówny. Albowiem dla starożytnego Żyda prawda miała sens bardziej praktyczny niż dla nas, potomków kultury helleńskiej: oznaczała pewność bardziej praktyczną.
I co nam mówi Amen: żebyśmy nie byli „tacy owacy", mało wyraziści, niezdecydowani. Nie chodzi o wahanie wtedy, gdy za wyraźnie widzimy w danej sprawie wszystkie „za" i „przeciw", bo taka postawa może się przydać w dyskusji, pogłębić rozumienie problemu. Grzeszymy jednak, gdy unikamy myślowej gorączki dla (nie)świętego spokoju. Anemia moralna nie cnota.
Ustrój totalitarny sprzyja w sposób oczywisty takiej wygodzie: było to widać w PRL, kiedy większość społeczeństwa długie lata „nie wychylała się". Demokracja ma też jednak swoje niebezpieczeństwa „w tym temacie": odwaga bojowa już nie jest teraz potrzebna, ale konieczna jest odwaga zwana cywilną. Nie rządzi już partia uzbrojona w wojsko i policję, ale moda to też potęga, ma do swej dyspozycji straszak „obciachu": tak „się" nie myśli, nie mówi, nie robi. Dyktat mediów. Jestem jak najdalszy od ich demonizowania, w ogóle od demonizowania demokracji, ale powiedzenie Jana Pawła II o jej nieraz jawnym lub zakamuflowanym totalitaryzmie jest pewnie warte refleksji. Bardzo wiele warci są ci, którzy nigdy nie boją się wyjść na wariatów, ośmieszyć się.
Co nie znaczy, że nie jest potrzebna cnota umiaru. Konieczna jest również. Także w myśleniu. Nie dawajmy się upupić, ale zwariować też nie warto.
Lektury: listopadowy numer bezcennego periodyku „BIBLIA krok po kroku" został poświęcony Ewangelii Marka. „Ewangelia dla żółtodziobów" - czytamy na jak zawsze pięknej okładce zeszytu, a to dlatego, że jest to dzieło nadające się może najlepiej spośród czterech na lekturę wstępną. „Wywiadowany" przez redakcję biblista Krzysztof Mielcarek cytuje kardynała Martiniego (Karola, który nie został papieżem, jak go nazwał fajnie ks. Boniecki), twierdzącego, że to Ewangelia dla katechumenów, inicjacja w chrześcijaństwo. Dzieło Mateuszowe i dwa inne są dla wierzących.
Istotnie ta Ewangelia nadaje się dla początkujących, bo jest krótka, a to walor medialny bezdyskusyjny. Także dlatego, że jest głównie faktograficzna, co ożywia narrację: przekazuje nam nie tyle doktrynę, ile dramat, jak napisał o niej ks. Czajkowski przy naszym przekładzie. Inna sprawa jednak, czy dzisiejszy czytelnik nie powinien zaczynać od najdłuższej: Łukaszowej. Są tam przypowieści „biorące" chyba bardziej niż opisy cudów, których u Marka dużo. Oczywiście to jednak kwestia gustu: niektórzy dzisiejszy chrześcijanie są jak tamtocześni słuchacze Jezusa - żądni „znaków". Wolą prasę z dreszczykiem niż poważną, może zatem dla nich  Marek.
A w krakowskim czasopiśmie biblistycznym też trochę szczegółów o samym Marku. Raczej hipotezy, ale ciekawe. Prof. Mielcarek nie tylko referuje znane i pewnie słuszne przypuszczenie, że młodzieńcem, co uciekł nago chcącym go aresztować policjantom żydowskim (14, 51-52), był sam przyszły autor tekstu. Scena ta - powiada - „być może nawiązuje do popularnego na Bliskim Wschodzie sposobu radzenia sobie z młodym pokoleniem w porze nocnej. Chcąc ograniczyć wymykanie się młodzieńców o zmierzchu, odbierano im ubranie. Podobne zwyczaje panowały w początkach chrześcijaństwa. Gdy młody Orygenes chciał pójść do cyrku, aby jak inni chrześcijanie zginąć męczeńską śmiercią, jego matka schowała mu ubranie". Metoda wychowawcza dobra również dzisiaj?...

17:44, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 listopada 2010
Przejrzenia

Ewangelia Łukasza 18, 41-43


„Panie, żebym przejrzał. Jezus mu odrzekł: - Przejrzyj, wiara twoja cię uzdrowiła".
Ileż skojarzeń nasuwają te dwa wersety, ileż myśli mniej lub bardziej oryginalnych.
Przypominam: perykopa zaczyna się od tego, że jej współbohater niewidomy siedzi przy drodze i żebrze: „Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje". Gdy dowiedział się, że przechodzi uzdrowiciel Jezus z Nazaretu, zaczął wołać do Niego o litość. Uciszony, wołał jeszcze głośniej; aż Jezus kazał przyprowadzić go do siebie i zadał pytanie zapewne retoryczne: „Co chcesz, abym ci uczynił?" Przejrzał natychmiast i poszedł za Jezusem, wielbiąc Boga, a cały lud, który to widział - wraz z nim.
Ślepota fizyczna jest powszechnie przyjętą metaforą duchowej - i tu odskocznia do refleksji ogromna.
Zaczynam autobiograficznie, na wesoło: od ślepoty jakby z pogranicza ducha i ciała. Zdarza mi się coraz częściej patrzyć i nie widzieć, choć przedmiot jest jak byk. Jestem antymistrzem szukania: normalne w starszym wieku szukanie okularów sprawia mi trudność szczególną nie tylko, kiedy nie mam powodu ich szukać, bo tkwią na nosie. Raz podziały mi się gdzieś redakcyjne (mam poza tym domowe oraz podróżnicze w torbie); zajrzałem do szufladki biurka, gdzie zazwyczaj mieszkają - nie ma, przeszukałem blat biurka i okolic - jak wyżej. Nauczony doświadczeniem takiej samej zguby sprzed wakacji, zajrzałem do analogicznej szufladki innego biurka, bezpańskiego, gdzie znalazłem je w końcu tamtym razem - ale i tam ich nie było. Zacząłem używać podróżniczych, które - choć kupione specjalnie do komputera, akurat do tej roboty wydały mi się fatalne - i oto miłe rozczarowanie! Obraz zamglony jak przedtem przez pierwszą chwilkę zaraz potem stał się wyraźny i nawet oczy przestały wysiadać po godzinie. Podziękowałem Opatrzności za szczęściodajną zgubę i znowu było, jak było - aż kiedyś jak kiedyś zajrzałem przez omyłkę do szufladki bis, a tam zguba jednak jak wół...
Do widzenia trzeba bowiem tak oczu, jak i umysłu. Tutaj pewnie filozof zamyśla się nad ułudą poznawczą, która potraktowana poważnie prowokuje pytanie nie tylko, co to jest, co widzimy, ale i czy nawet w ogóle jest... Jam jednak nie filozof, jeżeli już, to teolog, z Bożej i ludzkiej (Agorowej, bo blog przez tę firmę  założony), człowieczej łaski. Trochę też ze mnie laik psycholog.
Zaślepienia to zjawiska nagminne: któż powiedzieć może, że na wszystko bez wyjątku patrzy krytycznie? Gdyby się taki znalazł, okazałby się zapewne „zaburzony", w jakiejś skrajnej depresji. Nie możemy żyć bez jakiejś pasji, patrząc na wszystko lodowato. Nie ma gołych faktów, nieubranych w jakieś interpretacje. Co widzę jasno (?), gdy zastanawiam się nad własną depresją, którą sobie właśnie odganiam. Ta sama szklanka herbaty wydaje się raz pusta do połowy, raz pełna. Kawa i piwa trochę skłania do tej drugiej opcji. Oczywiście też lek urzędowy, lerivon - oraz różne nasenne, na czele z tym, co się wabi dowcipnie „nasen". Albowiem jak mawiał mój mędrzec rodzinny, stryj Stefan Turnau (dziadek Grzegorza), światopogląd człowieka zależy od tego, jak śpi w nocy.
Światopogląd. Może to nie tyle coś filozoficznego, ateizm, teizm, ile ocena świata: okropny on albo jednak piękny?
Ocena naszego losu albo raczej ludzi. Jakoś tak jest, że zdarza nam się czasem przejrzeć. Że curriculum vitae każe nam nagle albo i stopniowo zobaczyć u bliźnich więcej „pozytywów" niż wad. A u siebie - na odwrót. I tu okrągłym ruchem felietonu wracam do wyjściowej opowieści ewangelijnej. Co poza skądinąd cudowną empirią zobaczył ślepy żebrak, gdy poszedł za Jezusem, czyli nawrócił się; od czego się wtedy odwrócił?
Żyjemy zaślepieni przez własne „dopępkowiczostwo", zaabsorbowanie swoją osobą. Papież chciał być „totus Tuus", należeć do Matki Jezusa, do Niego samego, ja jestem raczej „totus suus".
Co to znaczy: „twoja wiara cię uzdrowiła"?  Dotykamy „mechanizmu" cudu. Nie można go zrozumieć bez przyjęcia do wiadomości, że empiria to nie tylko twarda materia, to także równie bogaty i równie potężny świat energii. Energia uzdrowiciela musi się spotkać z energią niezdrowego, muszą mieć ten sam znak wartości, inaczej nic z tego nie będzie. W tym sensie właśnie ta druga uzdrawia. A nawet - to przecież istota przesłania Ewangelii - ta pierwsza to nie problem. O nią nie trzeba się martwić, ona jest zawsze. Jezus nie zawodzi.
Ze ślepotą duchową jest tak samo. Łaska Boża bez naszej łaski jest bezsilna. Trzeba się choć trochę otworzyć, zrobić szparę w pancerzu samolubstwa, żeby mógł wcisnąć się Duch. Ja jednak wierzę w Jego absolutną przenikliwość. Albo inaczej: wierzę, że Bóg stworzył nas przenikliwymi, nikogo nie ulepił z betonu. Wierzę, że Bóg nie jest brakorobem. Brakorobem jest tylko Szatan.
Cóż to jednak znaczy: „otworzyć się na Boga"? To nie to samo, co otworzyć się na Kościół. To nie całkiem co innego, ale też nie jedna i ta sama sprawa. Powinni to rozumieć kapelani szpitalni: niech wreszcie pojmą, że przygotowują czasem z oporami na śmierć ludzi, którzy z Bogiem już się wcześniej pogodzili albo i nigdy bardzo nie zadarli - choć sutanna ich odpycha a nawet wścieka. Czasem są pokłóceni z całym światem, więc i z Bogiem też, czyli z Kościołem również - ale w szpitalach umierają różni ludzie. Okropne jest poza tym wywieranie tam nacisku na ludzi, żeby się wyspowiadali, bo inaczej nie otrzymają Komunii. Skąd to pyszne przekonanie, że mam dar spowiadania albo że chory niewyspowiadany od pół roku jest ciężkim grzesznikiem?
Problem kapelanów szpitalnych, zmora niewierzących (wchodzą do sali kobiecej jak lekarz, bez pukania). Problem także księży sprawujących mszę pogrzebową: pomijam targi w sprawie mamony, nie rozumieją również na ogół, że przemawiają do ludzi, którzy widzą księdza „w naturze" (w TV częściej) pierwszy raz po latach i trzeba wszystko zrobić na to, żeby zostawić miłe i mądre wspomnienie. Żeby poprawić obraz Kościoła wynoszony z mediów. Jeśli to nawet karykatura, to tym bardziej potrzebny jest ktoś na kształt Jezusa; uzdrawiającego za darmo, choć nie na darmo.

19:34, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 14 listopada 2010
I słoma, i włos, i ludzki los...

Księga Malachiasza 3,19-20a
„Oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego promieniach”.
Będą jak słoma, na pewno. Ale zanim spłoną, zanim wzejdzie słońce sprawiedliwości, dokona się niejedna zbrodnia. Młyny Boże mielą powoli, to taka sama prawda, jak tamta o słomie. Albo też właśnie inna: doczesna, nie ostateczna.

Bardzo jednak trudno być dalekowzrocznym wśród tłumu krótkowidzów. W Ewangelii Łukasza 21,16-19 mamy dziś przeczytać, że „wydawać was będą rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.” Trudna to prawda nie tylko dlatego, że owszem, ocala się w ten sposób życie, ale nieraz dopiero pośmiertne, że nieraz trzeba płacić cenę zwaną najwyższą. Że jednak spadają nie tylko włosy, także głowy, albo włosy siwieją od przeżywanej makabry.

Przypomniały mi się tamte czasy, gdy prawie wszyscy - ja po trosze też - szli „za postępem” i tylko nieliczni zdobywali się na myślową samodzielność, na zobaczenie, że to nie postęp, tylko podstęp. Ośmielali się być ”reakcyjni”.

11:28, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
sobota, 13 listopada 2010
Potomność prawie jak Pan Bóg

Psalm 112,1-6
”Błogosławiony człowiek, który boi się Pana
i wielką radość znajduje w Jego przykazaniach.
Potomstwo jego będzie potężne na ziemi,
dostąpi błogosławieństwa pokolenie prawych.
Dobrobyt i bogactwo będą w jego domu,
a jego sprawiedliwość będzie trwała zawsze.
On wschodzi w ciemnościach jak światło dla prawych,
łagodny, miłosierny i sprawiedliwy.
Dobrze się wiedzie człowiekowi, który z litości pożycza
i swymi sprawami zarządza uczciwie.
Sprawiedliwy nigdy się nie zachwieje
i pozostanie w wiecznej pamięci.”


Wszystko to prawda, rzeczywiście dobry człowiek „wschodzi w ciemnościach, jak światło dla prawych”. Ogromna jest rola dobrego przykładu: tacy szlachetni ludzie nie zdają sobie sprawy, jak dużo dobrego czynią: nie tylko przez same czyny, także przez światło, którym świecą w ciemnościach ogólnego samolubstwa.

Czy jednak można twierdzić, że dobrze mu się wiedzie? Sprawa chyba polega na tym, że on ocenia swój los po swojemu, że nie zwykł narzekać, choć byłoby na co. A pewne jest jedno, że „pozostanie w wiecznej pamięci” w sensie pozytywnym. Bo przecież tak już jest, że osąd potomności bywa na ogół sprawiedliwy. W dociekliwych studiach uczonych, w beatyfikacjach i kanonizacjach ludzi za życia wyklinanych...

10:14, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
Co zobaczymy na końcu świata?

Wpis na piątek 12 listopada 2010
Ewangelia Łukasza 17,31
„W owym Dniu kto będzie na tarasie, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi po nie, a ten, kto w polu, także niech się nie wraca.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Straszne słowa. Co prawda, Dzień nie zastanie nas na dachu, jak przetłumaczono w Tysiąclatce, tylko na tarasie właśnie: koniec świata zaskoczy nie tylko kominiarzy. Ale to tym gorzej.

Można mieć do ewangelistów różne pretensje, które trzeba streścić tak: nie pomyśleli, jak to będzie czytane po wiekach. zabrakło im wyobraźni. Gdyby tak mieli coś ze Słowackiego, który napisał o jakimś swoim utworze:
„Bo to jest wieszcza przenajświętsza chwała,
że w posąg mieni nawet pożegnanie:
ta karta wieki tu będzie płakała
i łez jej stanie”...

Co prawda, akurat Łukasz miał pewne ambicje literackie, kronikarskie, ale też nie aż takie, żeby się martwił (albo cieszył) odbiorem swoich pisanek za tysiąc lat. Wyjątkowo tylko widać w Ewangeliach taką wieszczą perspektywę: zapamiętałem, że Mateusz, opowiadając o kobiecie, która namaściła Jezusa drogocennym olejkiem, w przeciwieństwie do Łukasza (7,37-50) nie pisze nic o jej (nie)moralności, przytacza natomiast Jego słowa: „Amen, mówię wam, gdziekolwiek po całym świecie będzie zwiastowana ta Ewangelia, będzie się opowiadało i o tym, co ona uczyniła, na jej pamiątkę”(znów nasz przekład).

Napisałem to jako wstęp do spostrzeżenia, że o „owym Dniu” nie wiemy w gruncie rzeczy nic. Oczywiście nie ma w Biblii terminu owej sytuacji absolutnie terminalnej, ale nawet nie wiemy właściwie nic o znakach jej nadejścia. Jak powiada bowiem „Encyklopedia katolicka”, owszem, wiele fragmentów sugeruje, że paruzję Jezusa bezpośrednio poprzedzą pewne znaki czy wstępne zjawiska (np. Łk 21,8-28), inne teksty jednak stwierdzają wyraźnie, że nie będzie żadnych zapowiadających znaków. Tak „Encyklopedia katolicka” interpretuje np. tekst Łukaszowy przeznaczony na dzisiaj, gdzie nie ma mowy o takich sygnałach. Egzegeci wyjaśniają te sprzeczności różnie; jest też hipoteza, że podając obrazowe szczegóły ewangeliści pomylili dwa wydarzenia: zburzenie Jerozolimy („otoczonej przez wojska”) z katastrofą eschatyczną.

Można to wszystko skomentować sceptycznie: oto teksty pełne sprzeczności, więc nic nie warte. Ja jednak pozwolę sobie po raz któryś na tolerancję wobec autorów usiłujących opisać nieopisywalne i nieprzypuszczających, że będą czytani przez tyle kolejnych pokoleń. Duch Święty nie siedział im na ramieniu jako gołębica i nie podpowiadał do ucha, nie adiustował tekstu... A jeżeli jednak coś podpowiedział, to tylko jedno, ale zasadnicze: obojętność na wartości ewangeliczne okaże się kiedyś, nagle albo i nienagle, przeraźliwą krótkowzrocznością. Kiedyś ta ślepota będzie absolutnie oczywista, ale już teraz można ją zobaczyć, gdy ma się okulary Ewangelii: stąd powiedzenie Jezusa, że „Królestwo Boże jest pośród was” (Łk 17,21), choć nie przychodzi dostrzegalnie (Łk 17,20).

PS. Polecam wszystkim lekturę niebywałą: kapitalny wywiad redaktorów Muellera i Ponikły z biskupem pomocniczym częstochowskim Antonim Długoszem w ostatnim „Tygodniku Powszechnym”! Słusznie napisał w edytorialu redaktor naczelny ks. Adam Boniecki, że tę rozmowę prasową „należy czytać wciąż mając w pamięci, że rozmówcą jest polski biskup. Bo przyznajmy, że pojęcie «polski biskup» budzi różne skojarzenia, ale raczej nie skojarzenia z wesołością.” A przecież Ewangelia to nowina dobra, nie ponura. To pocieszanie, nie „kulpabilizacja”. Lektura niesamowita, budzi łzy radości, że jest wśród naszej hieratycznej hierarchii jeden święty wesołek.

10:12, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 listopada 2010
List do Filemona 7-20

Biblijna perełka

Nasza lektura Pawła w kolejne dni powszednie kończy się Listem do Filemona. Ten najkrótszy z listów Apostoła jest uroczy. Nie ma tu nic z traktatu teologicznego, nie jest to uroczysta epistoła, tylko zwyczajny list w konkretnej sprawie ludzkiej. Nie jest to teoretyczne potępienie niewolnictwa, ale radykalne zanegowanie jego nieludzkości prośbą niebywałą - by pan uczynił zbiegłego niewolnika, który go chyba nawet okradł, swoim bratem umiłowanym.

Lektura krótka a bardzo piękna - radzę przeczytać we własnej Biblii.

17:45, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
środa, 10 listopada 2010
Unikać sporów...

List do Tytusa 3,1-2
„Przypominaj wszystkim, że powinni podporządkować się zwierzchnim władzom, słuchać ich i okazywać gotowość do wszelkiego dobrego czynu: nikogo nie lżyć, unikać sporów, odznaczać się uprzejmością, okazywać każdemu człowiekowi wszelką łagodność.”

Podporządkować się władzom państwowym: ten lojalizm Pawła nie podoba się niektórym uczonym czytelnikom Biblii. Czują tu jakiś polityczny oportunizm obywatela rzymskiego Pawła, nawet ślad jakiejś ogólnej gry chrześcijan, obliczonej na obłaskawianie Rzymian, żeby ich chronili przed Żydami. Zadaję sobie pytanie, czy można winić moich przodków w wierze, że nie chcieli być brani w dwa ognie. Inna jest wymowa Apokalipsy, gdzie Bestią jest właśnie rzymski okupant. Pewnie to inna postawa, ale pewnie inne też były okoliczności powstania tamtej księgi, bo był to już czas okrutnych prześladowań.

A zresztą przecież to tylko jedno zdanie: reszta to normalna etyka ogólnoludzka.

13:21, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
wtorek, 09 listopada 2010
Mamona, mamona, mamona...

Ewangelia Jana 2,13-22

Dziś liturgiczna rocznica poświęcenia najczcigodniejszej świątyni katolickiej, czyli Bazyliki Laterańskiej. Czytamy ewangelijną opowieść o oczyszczeniu Świątyni: wypędzeniu z niej handlarzy i bankierów. Jan umieszcza tę scenę na początku swego dzieła, synoptycy - pod koniec, chodzi jednak zapewne o to samo wydarzenie. Sacrum koliduje z mamoną.

Morał dzisiejszy: Komisja Majątkowa... Co do tej szczegółowej sprawy, tylko sprostowanie: poseł SLD, który krytykował wtedy Kościół, nazywa się Kopyciński, nie Kopytowski - przepraszam. Ciągle jeszcze ufam trochę własnej pamięci, coraz bardziej kulawej.

Sprawa ogólna stara jak religia: nie samym duchem człowiek żyje, nawet „funkcjonariusz kultu” jeść trochę musi. Niemniej jest problem semantyczno-ekonomiczny: co tutaj znaczy słowo „trochę”. Czasem jest to dużo, oczywiście. W Polsce są jednak pośród księży rzymskokatolickich ogromne różnice majątkowe: naprawdę niektórzy są biedni. Naprawdę bywają różne parafie, z różną liczbą parafian, ich zamożnością, hojnością, stanem technicznym świątyni, by o plebanii nie wspomnieć. Znam też dobrze dwie parafie, bo obie są kolejno moje własne, w których księża wstydzą się prosić o większe datki. Pamiętam proboszcza na warszawskich Stegnach, którego świecki szef budowy kościoła prosił, żeby wystąpił z taką prośbą, a ksiądz powiedział, że tego nie zrobi, choćby nie wiem, co.

Wprowadzenie podatku kościelnego nie wydaje mi się dobrym pomysłem, sprzecznym z polską tradycją i zasadą, że wszystko to ofiary, nie opłaty (zasadą oczywiście łamaną nieraz skandalicznie - wiem!). Protestanci (i prawosławni) radzą sobie opodatkowując się w ramach parafii (ewangelicy „tradycyjni” - 1 procent dochodów, „ewangelikalni” - 10 procent), ale to na ogół małe wspólnoty, o wyraźnej przynależności. Znakomity wydaje mi się pomysł francuski, by proboszczowie odsyłali cały dochód do kurii i ta przydzielałaby wszystkim po równo. Fatalna jest bowiem świadomość księdza, że jest właścicielem prywatnego przedsiębiorstwa i musi sam dbać o jego rentowność. Następny, banalny już postulat to jawność finansowa Kościoła. Parafii, diecezji, zakonów. Nieliczni biskupi zdobyli się na coś takiego, proboszczów tu prawie równie mało. A przecież jedynym lekarstwem na podejrzenia i plotki jest ujawnienie faktów.

Na koniec myśl moja już też nie najświeższa, że jest w moim polskim Kościele zadziwiająca obojętność na własny „image”. Wyszło to w sprawie Komisji Majątkowej ewidentnie: nikt w strukturach eklezjalnych nie pomyślał, jak zrobić, żeby nie wyjść na chciwców.

Co do wpisu wczorajszego: Quozarze, sprawdziłem i chyba jednak nie pomyliłem się, 1 Tm 2, 2-5 to całkiem co innego. Hatiko, Pawłowe ”wszyscy” to przesada, generalizacja emocjonalna: apostoł z Tarsu miał wszędzie wrogów, ale nigdzie nie przegrywał całkowicie.

14:05, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
„Mąż jednej żony”

List do Tytusa 1,1-9
”Paweł, sługa Boga i apostoł Jezusa Chrystusa, posłany do szerzenia wśród wybranych Bożych wiary i poznania prawdy wiodącej do życia w pobożności, w nadziei życia wiecznego, jakie przyobiecał przed wiekami prawdomówny Bóg, a we właściwym czasie objawił swe słowo przez nauczanie powierzone mi z rozkazu Boga, Zbawiciela naszego, do Tytusa, dziecka mego prawdziwego we wspólnej nam wierze. Łaska i pokój od Boga Ojca i Chrystusa Jezusa, Zbawiciela naszego. W tym celu zostawiłem cię na Krecie, byś zaległe sprawy należycie załatwił i ustanowił w każdym mieście prezbiterów. Jak ci zarządziłem, może nim zostać ten, kto jest nienaganny, maż jednej żony, mający dzieci wierzące, nie obwiniane o rozpustę lub niekarność. Biskup bowiem winien być jako włodarz Boży człowiekiem nienagannym, niezarozumiałym, nieskłonnym do gniewu, nieskorym do pijaństwa i awantur, niechciwym brudnego zysku, lecz gościnnym, miłującym dobro, rozsądnym, sprawiedliwym, pobożnym, powściągliwym, przestrzegającym niezawodnej wykładni nauki, aby przekazując zdrową naukę, mógł udzielać upomnień i przekonywał opornych.”

Przedostatni w kanonie biblijnym list Pawłowy. Należy wraz z dwoma do Tymoteusza do tak zwanych listów pasterskich, jako że jest w tych tekstach dużo o problemach zwanych z łaciny pastoralnymi. Onże Tytus był właśnie na Krecie „pasterzem”, czyli mianowanym przez Pawła kościelnym nadzorcą. Tak, właśnie nadzorcą, bo termin grecki episkopos to właśnie znaczy.

Jak z tego fragmentu listu wyraźnie wynika, biskup i prezbiter (dosłownie „starszy”) były to wówczas nazwy tego samego urzędu. Byli już wtedy w poszczególnych zborach (Kościołach? - za wielkie to określenie wspólnot niewielkich) „funkcyjni”, taki obyczaj podziału ról w ogóle humanum est, ale podziału na biskupów i prezbiterów, czyli księży, zgoła jeszcze nie było. Zresztą wśród funkcyjnych znajdowali się także diakoni, co brzmi dziś w miarę zrozumiale, ale również jacyś pasterze, nauczyciele, ewangeliści, prorocy. Nawet i apostołowie, przecież miał taki tytuł również Paweł, Barnaba też nawet i - co bardziej zadziwiające - Andronik oraz człowiek imieniem Junias albo Junia (jeśli to kobieta, to feminizm był tam mocno rozwinięty!). Obowiązki (i prawa) wynikające z tych tytułów funkcji nie są jasne, jedno jest chyba pewne, że ów podział ról był wtedy dość płynny, różny w różnych gminach.

Wracając do dzisiejszej „czytanki”, ciekawa jest instrukcja na temat owego nadzorcy, czyli starszego. Bawi zalecenie, by był uczniem jednej żony: wielożeństwo? Myślałem, że taka egzegeza jest absurdalna, ale znakomity teolog prawosławny ks. Henryk Paprocki wyjaśnił mi, że zupełnie nie wiadomo, co to znaczyło w tej księdze oraz w 1 Liście do Tymoteusza 3,2. Zakazu wielożeństwa jednak chyba nie można całkiem wykluczyć (gminy chrześcijańskie powstawały w różnych środowiskach), zapewne jednak chodziło o powtórne małżeństwo, gdy żona żyje albo nawet gdy zmarła. Taką interpretację przyjmuje Kościół prawosławny - tam duchowny może się rozwieść, ale powtórnie ożenić nie może nawet wtedy, gdy pierwsza żona nie żyje - gdy się ożeni, przestaje być duchownym. Trzecia hipoteza: chodzi to po prostu o małżeńską niewierność (hipoteza Biblii Poznańskiej).

W Cerkwi prawosławnej i różnych unickich księża mogą być żonaci (choć u unitów polskich istnieje obowiązek celibatu), biskupi już nie. U prawosławnych wybiera się biskupów spośród mnichów, czyli ludzi z zasady nieżonatych. Jeśli dobrze pamiętam, patriarcha Konstantynopola Atenagoras, odpowiednik prawosławny Jana XXIII, opatrzył znakiem zapytania ów episkopalny celibat. Bo też nie sądzę, żeby małżeństwa biskupów nie zdawały egzaminu u ewangelików: znam niejedno bardzo przykładne. A zasada, że biskup musi być mnichem, jest mało życiowa, obchodzi się ją, gdy trzeba, w sposób dość sztuczny: przez zrobienie nagle i tylko na trochę mnichem celibatariusza świeckiego albo nawet i żonatego. Biskupem być bardzo trudno, coraz trudniej chyba, w świecie coraz mniej stabilnym, coraz bardziej pluralistycznym. Biskup katolicki, jak i prawosławny, jest gdzieś bardzo wysoko, na szczytach sakralnych, zatem bardzo samotny. Czy aby na pewno musi wystarczać mu bliskość Boga, która czasem jakby zanika bez człowieczej winy (kazus „małej” świętej Tereski, Matki Teresy z Kalkuty)?

Na koniec coś o proroku współczesnym, bo takich i dziś na szczęście nie brak.

Odwiedziłem go raz w jego pokoiku w klasztorze sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. Panował potężny upał, ubrany był zatem w krótkie spodnie. Stary ksiądz, do tego z długą siwą brodą, w takim stroju. Ale u niego nie dziwił, bo przecież można powiedzieć, że wszystko, co robił w życiu, było dziwne. Przypominał dokładnie proroków biblijnych.

Księdza Jana Zieję (1897-1991) nazywaliśmy ojcem, choć nie był zakonnikiem, bo miał w różnych środowiskach autorytet niebywały. Tak - w różnych. Mało było w historii Polski księży katolickich, którzy mieliby taki mir w kręgach dalekich od Kościoła, od religii w ogóle. Dziennikarz Jacek Moskwa zrobił z nim wywiad-książkę pt. „Ks. Jan Zieja. Życie Ewangelią”, wznowioną niedawno przez Znak: otóż ten duchowny rzeczywiście żył Ewangelią, nie tylko o niej mówił.

Moja matka opowiadała mi, że jego rekolekcje dla ziemian (bogatych właścicieli ziemskich), których słuchała przed wojną, zrobiły na niej ogromne wrażenie. Były to bowiem czasy wielkich różnic społecznych, szczególnie na wsi, i ksiądz Jan robił ziemianom rachunek sumienia ze stosunku do ich pracowników, traktowanych nieraz w sposób antyewangeliczny. Księża go bardzo nie lubili, bo dawał im przykład ubóstwa, przyjmował dobrowolne ofiary zamiast podawać cennik .

W ogóle z władzami kościelnymi miał całe życie kłopoty z powodu swojej bezkompromisowości moralnej, oczywiście także z władzami komunistycznymi, bo mówił z ambony, co myślał o ich zakłamaniu. Nic zatem dziwnego, że był członkiem Komitetu Obrony Robotników, że w książce Jacka Moskwy wspominają go z tym samym szacunkiem Jacek Kuroń i Adam Michnik, że obaj uważają go za żywy dowód na istnienie Boga. Ja też.

13:11, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 07 listopada 2010
Strzeż mnie jak źrenicy oka

Psalm 17,1.5-6.8.15
”Rozważ, Panie, moją słuszną sprawę,
usłysz moje wołanie,
wysłuchaj modlitwy
moich warg nieobłudnych.
Moje kroki mocno trzymały się Twoich ścieżek,
nie zachwiały się moje stopy.
Wołam do Ciebie, bo Ty mnie, Boże, wysłuchasz;
nakłoń ku mnie Twe ucho, usłysz moje słowo.
Strzeż mnie jak źrenicy oka,
ukryj mnie w cieniu Twych skrzydeł.
A ja w sprawiedliwości ujrzę Twe oblicze,
ze snu powstając nasycę się Twym widokiem.”


Aby tylko faktycznie mieć wargi nieobłudne.

12:07, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
sobota, 06 listopada 2010
Pan jest zdaniem moim, kto poprzestał na swoim

List do Flipian 4, 11b-12
„Nauczyłem się bowiem być zadowolonym z tego, co mam. Umiem ograniczać się i umiem żyć w dostatku. Doświadczyłem wszystkiego we wszystkim: być nasyconym i głodować, żyć w obfitości i w niedostatku".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Paweł był tak potężnym zapaleńcem, że problemy „mamony", czyli wiktu i opierunku, nie były dla niego ważne. „Nie możecie służyć Bogu i mamonie" - nakazuje też taką postawę dzisiejszy fragment Ewangelii Łukasza.
O to właśnie chodzi: nie żeby żałować sobie taksówki, jeśli ma się tak zwaną dawniej gotówkę, a nogi i co insze boli. Skąpstwo nie cnota. Trzeba natomiast wyzbyć się przekonania, iż poznasz pana po marce garnituru nie mówiąc o samochodzie. Gdy uwierzymy, że jesteśmy ważni używając wyłącznie tramwaju, kupując ciuchy w „szmateksach" oraz nie snobizując się na „suszi", przestaniemy zabiegać o to, co zwało się dawniej blichtrem a teraz szpanem.
Być ponad takie drobiazgi.

PS. Mnie mamona nie kusi, ale chęć zobaczenia się na łamach to też nic Pawłowego. Mea culpa.

12:58, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2
Archiwum