Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
Arcybiskup o apostole Andrzeju, czyli o ludziołówstwie

Ewangelia Mateusza 4,18-22

Na dzisiaj opowieść o tym, jak Jezus powołał Szymona i Andrzeja oraz Jakuba i Jana do łowienia ludzi, a to z tej okazji, że mamy dzisiaj święto tegoż Andrzeja, apostoła pierwszej wielkości. Umyśliłem już jakiś czas temu, żeby nie mądrzyć się na temat, który rozwinął znakomicie kto inny, więc z książeczki Znakowej „Dwunastu apostołów" skanuję całą bogatą informacyjnie opowieść o tymże Andrzeju, pióra arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza.

”Imię św. Andrzeja znajduje się w spisach Apostołów zarówno w Ewangeliach synoptycznych (Mk 3, 17-19; Mt 10, 2-4; Łk 6, 14-16), jak i w Dziejach Apostolskich. Ponadto znajdujemy je w Ewangelii św. Marka (l, 16-20; 1, 29 i 13, 3) oraz w trzech fragmentach Ewangelii św. Jana (l, 37-42; 6, 5-14; 12, 20-22).

Istnieje wyraźna różnica w postrzeganiu roli św. Andrzeja przez poszczególne Ewangelie. W wykazach Apostołów w Ewangelii św. Marka i w Dziejach Apostolskich imię Apostoła występuje dopiero na czwartym miejscu. Spisy te nie zawierają informacji, że Apostoł jest bratem Szymona Piotra. Z kolei w wykazach Apostołów w Ewangeliach świętych Mateusza (10, 2-4) i Łukasza (6, 14-16) imię Apostoła Andrzeja jest wymienione na drugim miejscu. Ponadto Ewangelie te, podobnie jak Ewangelia św. Jana (l, 37-42), informują, że Andrzej jest bratem Szymona Piotra.

Gdzie indziej Ewangelia św. Marka podaje jednak, że Andrzej jest bratem Szymona Piotra. W opisie powołania pierwszych uczniów w Ewangeliach świętych Marka (l, 16-20) i Mateusza (4, 18-22) jest powiedziane, że Jezus, idąc brzegiem Morza Galilejskiego, ujrzał «Szymona i Andrzeja, brata Szymonowego, rzucających sieci do morza». Podobnie w opisie uzdrowienia teściowej Szymona ewangelista Marek informuje, że po wyjściu z synagogi w Kafarnaum Jezus z Apostołami wszedł do domu Szymona i Andrzeja. Był to najprawdopodobniej ich dom rodzinny. Wydaje się, że św. Marek chce jednak zwrócić uwagę na rolę Apostoła Andrzeja: Andrzej jest jednym z czterech uczniów, którzy pytają Chrystusa o czas zburzenia Jerozolimy (Mk 13, 3). Nie ma go natomiast wśród tych Apostołów, którzy byli najbliżej Jezusa w Ogrójcu.

Wśród świadectw Nowego Testamentu o Apostole Andrzeju szczególne miejsce zajmuje Ewangelia św. Jana. Według niej, Andrzej jest jednym z dwóch uczniów św. Jana Chrzciciela, którzy pierwsi poszli za Chrystusem, odwiedzili Go w Jego domu i pozostali u Niego przez cały dzień. Imię jednego z tych uczniów Ewangelia przemilczała, drugi jest nazwany imieniem Andrzej. Podobnie jak w Ewangeliach świętych Marka i Mateusza, również w Ewangelii św. Jana jest on przedstawiony jako brat Szymona Piotra. To określenie można interpretować w ten sposób, że dla czytelników tych Ewangelii Andrzej jest postacią mniej znaną niż Piotr.

W tej sytuacji tym bardziej zmusza do zastanowienia podana przez Ewangelię św. Jana informacja, że to właśnie Andrzej ogłasza Piotrowi radosną nowinę: «Znaleźliśmy Mesjasza» i przyprowadza brata do Jezusa. Andrzej jest więc pierwszym człowiekiem, który uwierzył, że Jezus jest Mesjaszem, i tę wiarę zwiastował innym. Jawi się on tutaj jako pośrednik między Chrystusem a tymi, którzy w Niego jeszcze nie uwierzyli. To pośrednictwo widoczne jest również w opisie nakarmienia pięciu tysięcy osób w Ewangelii św. Jana (6, 5-14). To Andrzej wie, że wśród głodnych na pustyni «Jest (...) jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby» (6, 9). Podobnie jest we fragmencie opisującym przybycie do Jerozolimy «niektórych Greków» pragnących zobaczyć Jezusa (J 12, 20-23). Grecy podchodzą najpierw do Filipa, który pochodził z Betsaidy w Galilei. Betsaida, leżąca na północno-wschodnim brzegu Morza Galilejskiego, była również miastem Andrzeja i Piotra. Było to miasto graniczne: w miejscowościach leżących dalej na północ przeważała ludność całkowicie zhellenizowana. Warto zwrócić uwagę na kolejność imion w 44 wierszu pierwszego rozdziału Ewangelii św. Jana. Napisane tu jest: «Filip zaś pochodził z Betsaidy, z miasta Andrzeja i Piotra». Andrzej jest wymieniony przed Piotrem. Grecy zagadują więc najpierw Filipa. Ten przedstawia prośbę Greków Andrzejowi i dopiero razem przekazują ją Jezusowi. Można snuć różne przypuszczenia na temat przyczyn przypisania Andrzejowi roli pośrednika między Piotrem a Jezusem oraz między Grekami i Filipem a Jezusem. Może Piotr jako starszy -- co da się wywnioskować z Ewangelii i Tradycji -- musiał zająć się utrzymaniem rodziny, a młodszy brat miał więcej czasu na naukę i obcowanie z mieszkańcami miasta rodzinnego i miast sąsiednich. Być może dlatego Andrzej już w dzieciństwie mógł nauczyć się greki.

Te trzy fragmenty Ewangelii św. Jana pozostają w pełnej zgodności z tym, co wiemy o św. Andrzeju z późniejszej tradycji chrześcijańskiej. Zgodnie z nią, drogą losowania zostały określone strony świata i kraje, do których miał się udać każdy z Apostołów, aby zwiastować Ewangelię. Andrzejowi przypadły w udziale krainy północne, m.in. południowe i północne wybrzeża Morza Czarnego, Tracja, Macedonia, Scytia i Achaja. Według tradycji Kościoła konstantynopolitańskiego pierwszym biskupem greckiej kolonii Bizancjum, która później stała się wielkim Konstantynopolem, był ustanowiony przez Andrzeja Stachys, o którym wspomina List do Rzymian (l6, 9). Bardzo dawna i dobrze poświadczona tradycja gruzińska i innych narodów Kaukazu mówi o obecności Apostołów Andrzeja i Szymona Kananejczyka w Gruzji, Abchazji i kaukaskiej Albanii. Istnieje również przekaz o działalności Apostołów Andrzeja, Piotra, Bartłomieja i Mateusza na północnym wybrzeżu Morza Czarnego i w Scytii (chodzi tu o Wielką Scytię; Scytią Małą nazywano tereny na północ od ówczesnego Tomi nad Dunajem -- dziś Konstanca).

Ruski kronikarz Nestor (XI w.) podaje, że Apostoł Andrzej dotarł m.in. do wzgórz, na których później zbudowano Kijów, i przepowiedział, że na tych «górach zajaśnieje łaska Boża, zbudowane zostanie na nich wielkie miasto, a w nim wiele kościołów Bożych». Według tej samej tradycji Andrzej udał się dalej na północ, aż do dzisiejszego Nowogrodu, stamtąd zaś do Rzymu, a z Rzymu do Patras w Achai, gdzie poniósł śmierć męczeńską.

Takie określenie obszarów misyjnej działalności św. Andrzeja może budzić wiele wątpliwości. Są historycy, którzy uznają przekaz o pobycie Apostoła na terenach Rusi za pobożną legendę. Szczególnie wiele pytań budzi trasa podróży: tereny nad Morzem Czarnym -- obecny Kijów -- obecny Nowogród -- Rzym. Zaiste, gdzie Krym, a gdzie Rzym. Wątpliwości zostały jednak w dużym stopniu rozwiane przez badania historyków w ostatnim stuleciu.

Na temat misyjnej działalności Andrzeja istnieje spora literatura. Duże znaczenie mają tu sięgające II wieku apokryficzne dzieje Apostoła (zostały one wydane drukiem przez J. Tischendorfa w Lipsku w 1851 roku). O jego podróży do Scytów świadczy również fragment dzieła św. Hipolita z ok. 222 roku. Jest to krótka informacja, że «po tym, jak św. Andrzej zwiastował Scytom i Trakom, zmarł na krzyżu w Patras w Achai, ukrzyżowany na drzewie oliwkowym, tam też został pogrzebany«. Działalność wśród Scytów potwierdzają też pisma Orygenesa (zm. 254), św. Doroteusza, biskupa Tyru (zm. 322), św. Epifaniasza (zm. 403), Sofroniusza (zm. 390). Św. Doroteusz podaje, że św. Andrzej dotarł do „wielkiego miasta Sebasty". Jest to dzisiejszy Sewastopol na Krymie.

Trzeba wiedzieć, że wybrzeża Morza Czarnego, w tym również północne, zostały przez Greków skolonizowane już między VIII a VI w. przed Chrystusem. Istniały tu takie miejscowości, jak wspomniana Sebasta, Sagdea, Pantikapea (dziś Kercz), Olwia, Chersones (czyli część Sewastopola), Teodozja, Neapol (dziś Symferopol). Były to dobrze zaplanowane miasta, zamieszkane przez ok. 20-30 tys. mieszkańców. Miały wodociągi, kanalizację, teatry, stadiony i oczywiście świątynie. Większość z tych miast wchodziła w skład królestwa Bosporu, które było dostawcą zboża dla Aten, Odwiedził je w V w. przed Chrystusem słynny grecki historyk Herodot z Halikarnasu, W miastach tych znajdowały się też duże kolonie żydowskie, które stanowiły najprawdopodobniej dobrą bazę dla misyjnej działalności Apostołów. Podobnie było z misją Apostoła Pawła w Azji Mniejszej. Źródła rzymskie podają, że w 52 roku po Chrystusie król Bosporu Polemon przyjął wiarę żydowską. Możliwe, że chodzi tu o chrzest króla, rzymscy historycy nie odróżniali bowiem chrześcijan od Żydów: dla nich chrześcijanie byli jedną z grup żydowskich.

Nie jest też czystą fantazją przekaz o podróży św. Andrzeja z okolic dzisiejszego Nowogrodu do Rzymu. Apostołowie korzystali z przetartych szlaków handlowych. Dziś nie ulega wątpliwości, iż istniała droga łącząca Bizancjum, czyli również północne wybrzeże Morza Czarnego, ze Skandynawią. Częścią tej trasy był szlak bursztynowy. Apostoł mógł skorzystać z tego szlaku, który prowadził od ujścia Niemna do ujścia Wisły i dalej na południe, do rzymskiej twierdzy Karnunt nad Dunajem. Ta droga do Rzymu była uczęszczana. Jeśli więc Andrzej udał się do Rzymu tą trasą, to przechodził również przez tereny dzisiejszej Polski. Byłby więc również Apostołem naszego kraju.

Długi pobyt Apostoła Andrzeja na terenach lezących daleko od basenu Morza Śródziemnego może tłumaczyć, dlaczego Marek umieszcza go w spisie Apostołów dopiero na czwartym miejscu. Kiedy pisał swą Ewangelię, Andrzej mógł być daleko, więc piszący nie pamiętał dobrze jego roli wśród Apostołów. Z kolei to, że Jan podaje tak wiele szczegółów o św. Andrzeju, dałoby się wytłumaczyć jego działalnością w Achai pod koniec I w. Piszący swą Ewangelię Jan był wtedy stosunkowo blisko (w Efezie).

Nicetas z Paflagonii (zm. 873) pisał o św. Andrzeju: «Był to mąż błogosławiony długimi latami życia. Wypełnił dzieło Chrystusowe. Dożył głębokiej starości i pragnął wyzwolić się z ciała zmęczonego trudami». Niektórzy badacze uważają, że św. Andrzej zmarł śmiercią męczeńską ok. 95 roku. W jego żywocie, napisanym przez św. Dymitra z Rostowa (zm. 1709), cytowany jest apokryf z II w., zawierający list prezbiterów i diakonów Achai o jego męczeńskiej śmierci. Naoczni świadkowie: «prezbiterzy i diakoni Kościołów Achai» pisali do «wszystkich Kościołów, które znajdują się na Wschodzie i Zachodzie, na Południu i Północy». Jest tu mowa o Kościołach Achai i o «wszystkich Kościołach» czterech stron świata. Tak pisać mogli chrześcijanie dopiero w końcu I w. Egeat Antypas, zarządca miasta Patras, który nakazał Apostołowi złożenie ofiary bogom pogańskim i poddał go torturom, powołał się na «decyzje cesarzy rzymskich», którzy nakazali zniszczyć nową wiarę. Wskazuje to na czasy po panowaniu Nerona. Niepohamowany gniew zarządcy miasta był spowodowany nawróceniem na wiarę chrześcijańską jego żony Maksymilli i brata Stratoklesa. Po uwięzieniu Apostoła przed więzieniem zebrała się ogromna rzesza mieszkańców miasta i okolic. Egeat Antypas skarżył się, że opustoszały świątynie pogańskie. Z tego wynika, że Kościół istniał na tych terenach już od dziesięcioleci.

Otóż ten obraz w zadziwiający sposób zgadza się z obrazem Andrzeja w Ewangelii św. Jana. Wyrosły na pograniczu świata żydowskiego i greckiego Apostoł przekracza granice świata wiary własnego narodu oraz świata religii, kultury i polityki Greków i Rzymian. Pozostaje Żydem i mieszkańcem Imperium Rzymskiego: podróżuje przecież do Rzymu. Podobnie jak Paweł i Piotr, zdaje sobie sprawę ze znaczenia miasta stanowiącego centrum ówczesnego świata. Jest jednak Apostołem przede wszystkim tych narodów, które znajdują się poza horyzontem myślowym religijnego, kulturalnego, chyba nawet społecznego i politycznego establishmentu; jest z nimi symbolicznie w każdym czasie i w każdym miejscu. To jest rola Apostoła, który w Kościele prawosławnym otrzymał tytuł Pierwszego Powołanego.”

Co za do „ludziołówstwa", tyle już lat przeżyłem, a ciągle wydaje mi się że ta czynność wymaga potężnej delikatności. Przeczytałem parę dni temu we wspomnieniach książkowych Zofii Reklewskiej-Braun, skądinąd świetnie napisanych („Urodziłam się pomiędzy...", Norbertinum, Lublin 2009), że autorka namawiała profesora Jana Kotta, z którym była bardzo zaprzyjaźniona, by się nawrócił. W książce napisała mianowicie tak: „Na kilka miesięcy przed jego śmiercią zdecydowałam się na wysłanie do niego szczególnej przesyłki. Był to obrazek Miłosierdzia Bożego zaopatrzony w instrukcję, jak należy odmawiać koronkę do Miłosierdzia, oraz mój list. Pisałam w nim, że od wielu lat modlę się o jego nawrócenie i że jest to możliwe w każdej chwili, że wystarczy jeden akt woli i wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa."

Nie wiem, może mylę delikatność z dyplomacją, i to taką, która w sprawach zasadniczych nie obowiązuje, wręcz nie przystoi. Może to u mnie brak po prostu odwagi cywilnej? Ale jakoś ciągle wydaje mi się, że trzeba nawracać ludzi bez słów, „dawać do zrozumienia" i tyle. Zresztą słowo „nawracanie" kojarzy mi się z konwersją moralną - a przecież ateizm to niekoniecznie libertynizm etyczny. Kott jako niepoprawny podrywacz studentek i w ogóle duchowy wygodniś?

23:20, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
piątek, 27 listopada 2009
Dostrzec Światło

Księga Daniela 3,77-82
”Błogosławcie Pana, źródła,
chwalcie i wywyższajcie Go na wieki.
Błogosławcie Pana, morza i rzeki,
błogosławcie Pana, wieloryby i morskie stworzenia.
Błogosławcie Pana, wszystkie ptaki powietrzne,
błogosławcie Pana, trzody i dzikie zwierzęta.
Błogosławcie Pana, wszyscy ludzie,
chwalcie i wywyższajcie Go na wieki.”


Księga Daniela różnorodna literacko zawiera także długi psalm, z którego przepisano nam na dziś taki oto fragment.
Błogosławić Boga to znaczy uświadamiać sobie wszystko dobre i piękne, które istnieje w zasięgu naszej myśli, doceniać to i cieszyć się tym. Wśród tylu ludzkich podłości i brzydoty fizycznej naszego świata są przecież ludzie zadziwiająco ofiarni, inni niż całe ich otoczenie, jest trochę mądrych i odważnych księży. Dziś skończył 70 lat dominikanin Józef Puciłowski, za „komuny" bardzo odważny politycznie, zawsze bardzo odważny kościelnie. Jest też tyle piękna naturalnego i tego, który tworzy kultura. Można widzieć w tym wszystkim ślad Absolutu. 
Przed nami od niedzieli adwent, czas radości, że przed wiekami narodził się ktoś, kto zabłysnął światłem ponadludzkiej ofiarności. Że był taki ktoś, kto zaświecił tak jasno pośród ciemności kryjących ziemię.

Następny mój wpis dopiero w poniedziałek, w święto apostoła Andrzeja, co może zwiedził przyszłą Polskę.

13:55, jan.turnau
Link Komentarze (51) »
czwartek, 26 listopada 2009
Daniel I pośród lwów

Księga Daniela 6,12-28
”Mężowie podbiegli gromadnie i znaleźli Daniela modlącego się i wzywającego Boga. Udali się więc do króla i oznajmili mu w sprawie zakazu królewskiego: - Czy nie kazałeś, królu, ogłosić dekretu, że ktokolwiek prosiłby w ciągu trzydziestu dni o coś jakiegokolwiek boga lub człowieka poza tobą, ma być wrzucony do jaskini lwów?. W odpowiedzi król rzekł: - Sprawę rozstrzygnięto według nienaruszalnego prawa Medów i Persów". Na to odpowiedzieli zwracając się do króla: - Daniel, ten mąż spośród uprowadzonych z Judy, nie liczy się z tobą, królu, ani z zakazem wydanym przez ciebie. Trzy razy dziennie odmawia swoje modlitwy. Gdy król usłyszał te słowa, ogarnął go smutek, postanowił uratować Daniela i aż do zachodu słońca usiłował znaleźć sposób, by go ocalić. Lecz ludzie ci pospieszyli gromadnie do króla, mówiąc: - Wiedz, królu, że zgodnie z prawem Medów i Persów żaden zakaz ani dekret wydany przez króla nie może być odwołany. Wtedy król wydał rozkaz, by sprowadzono Daniela i wrzucono do jaskini lwów. Król zwrócił się do Daniela i rzekł: - Twój Bóg, któremu tak wytrwale służysz, uratuje cię. Przyniesiono kamień i zatoczono go na otwór jaskini lwów. Król zapieczętował go swoją pieczęcią i pieczęcią swych możnowładców, aby nic nie uległo zmianie w sprawie Daniela. Następnie król odszedł do swego pałacu i pościł przez noc, nie kazał wprowadzić do siebie nałożnic, a sen odszedł od niego. Król wstał o świcie i udał się spiesznie do jaskini lwów. Gdy był blisko jaskini, wołał do Daniela głosem pełnym bólu: - Danielu, sługo żyjącego Boga, czy Bóg, któremu służysz tak wytrwale, mógł cię wybawić od lwów?. Wtedy Daniel odpowiedział królowi: - Królu, żyj wiecznie. Mój Bóg posłał swego anioła i on zamknął paszczę lwom; nie wyrządziły mi one krzywdy, ponieważ On uznał mnie za niewinnego; a także wobec ciebie nie uczyniłem nic złego. Uradował się z tego król i rozkazał wydobyć Daniela z jaskini lwów; nie znaleziono na nim żadnej rany, bo zaufał swemu Bogu. Na rozkaz króla przyprowadzono mężów, którzy oskarżyli Daniela, i wrzucono do jaskini lwów ich samych oraz ich dzieci i żony. Nim jeszcze wpadli na dno jaskini, pochwyciły ich lwy i zmiażdżyły ich kości. Król Dariusz napisał do wszystkich narodów, ludów i języków zamieszkałych po całej ziemi: - Wasz pokój niech będzie wielki. Wydaję niniejszym dekret, by na całym obszarze mojego królestwa odczuwano lęk i drżenie przed Bogiem Daniela. Bo On jest Bogiem żyjącym i trwa na wieki. On ratuje i uwalnia, dokonuje znaków i cudów na niebie i na ziemi. On uratował Daniela z mocy lwów."

Znów perykopa błyszcząca symboliką. Dzisiaj przychodzi mi na myśl przede wszystkim Daniel Rufeisen, który też ocalał w sposób zaprawdę cudowny spośród morderców tym razem hitlerowskich. W Polsce dostępna jest jego autobiografia, wydana przez jego polskich współmnichów (Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2001), oraz świetna biografia zbeletryzowana pióra Nechamy Tec „Daniel w jaskini lwa. Życie Oswalda Rufeisena" (Wydawnictwo „Nowy Świat", Warszawa 2008). Lektury dramatyczne, ale obowiązkowe!

 

Środa, 25 listopada 2009
Mene, tekel, fares

Księga Daniela 5,1-6.13-14.16-17.23-28
”Król Baltazar urządził dla swych możnowładców w liczbie tysiąca wielką ucztę i pil wino wobec tysiąca osób. Gdy zasmakował w winie, rozkazał Baltazar przynieść srebrne i złote naczynia, które jego ojciec, Nabuchodonozor, zabrał ze świątyni w Jerozolimie, aby mogli z nich pić król oraz jego możnowładcy, jego żony i nałożnice. Przyniesiono wiec złote i srebrne naczynia zabrane ze świątyni w Jerozolimie; pili z nich król, jego możnowładcy, jego żony i jego nałożnice. Pijąc wino wychwalali bożków złotych i srebrnych, miedzianych i żelaznych, drewnianych, kamiennych. W tej chwili ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Król zaś widział piszącą rękę. Twarz króla zmieniła się, myśli jego napełniły się przerażeniem, jego stawy biodrowe uległy rozluźnieniu, a kolana jego uderzały jedno o drugie. Wtedy przyprowadzono Daniela przed króla. Król odezwał się do Daniela: - Czy to ty jesteś Daniel, jeden z uprowadzonych z Judy, których sprowadził z Judy król, mój ojciec? Słyszałem o tobie, że posiadasz boskiego ducha i że uznano w tobie światło, rozwagę i nadzwyczajną mądrość. Słyszałem zaś o tobie, że umiesz dawać wyjaśnienia i rozwiązywać zawiłości. Jeśli więc potrafisz odczytać pismo i wyjaśnić jego znaczenie, zostaniesz odziany w purpurę i złoty łańcuch na szyję i będziesz panował jako trzeci w królestwie. Wtedy odezwał się Daniel i rzekł wobec króla: - Dary swoje zatrzymaj, a podarunki daj innym. Jednakże odczytam królowi pismo i wyjaśnię jego znaczenie. Uniosłeś się przeciw Panu nieba. Przyniesiono do ciebie naczynia Jego domu, ty zaś, twoi możnowładcy, twoje żony i twoje nałożnice piliście z nich wino.
Wychwalałeś bogów ze srebra i złota, z miedzi, żelaza z drzewa i kamienia, którzy nie widzą, nie słyszą i nie rozumieją. Bogu zaś, w którego mocy jest twój oddech i wszystkie twoje drogi, czci nie oddałeś. Dlatego posłał On tę rękę, która nakreśliła to pismo. A oto nakreślone pismo:: mene, mene, tekel, ufarsin. Takie zaś jest znaczenie wyrazów: mene - Bóg obliczył twoje panowanie i ustalił jego kres; tekel - zważono cię na wadze i okazałeś się zbył lekki; peres - twoje królestwo uległo podziałowi; oddano je Medom i Persom."


Uczta Baltazara, znów opowieść stanowiąca część kultury europejskiej; także literatury polskiej (Tadeusz Breza: „Uczta Baltazara"). Słowa zapisane tajemniczą ręką na ścianie stały się symbolem grożącej klęski (w tytule wpisu przytoczyłem ich wersję Wujkową). Chciałem napisać, że niestety władcom komunistycznym nic takiego nie ukazało się na ścianie, ale przypomniałem sobie Gorbaczowa. Przyczyna idei pierestrojki była mniej cudowna, „Gorbi" zobaczył przyszłość nie na ścianie, może wystarczyło mu popatrzyć przez okno Kremla - ale faktem jest, że zawdzięczamy mu historyczne opamiętanie.

18:44, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 listopada 2009
Antyizraelizm niejedno ma imię

Księga Daniela 2,31-45
Daniel powiedział do Nabuchodonozora: - Ty, królu, patrzyłeś: oto posąg bardzo wielki, o nadzwyczajnym blasku stał przed tobą, a widok jego był straszny. Głowa tego posągu była z czystego złota, pierś jego i ramiona ze srebra, brzuch i biodra z miedzi, golenie z żelaza, stopy zaś jego częściowo z żelaza, częściowo z gliny. Patrzyłeś, a odłączył się kamień, mimo że nie dotknęła go ręka ludzka, i ugodził posąg w jego stopy z żelaza i gliny, i połamał je. Wtedy natychmiast uległy skruszeniu żelazo i glina, miedź, srebro i złoto, i stały się jak plewy na klepisku w lecie; uniósł je wiatr, tak że nie pozostał po nich nawet ślad. Kamień zaś, który uderzył posąg, rozrósł się w wielką górę i napełnił całą ziemię. Taki jest sen, a jego znaczenie przedstawimy królowi. Ty, królu, królu królów, któremu Bóg Nieba oddał panowanie, siłę, moc i chwałę, w którego ręce oddał w całym zamieszkałym świecie ludzi, zwierzęta polne i ptaki powietrzne i którego uczynił władcą nad nimi wszystkimi, ty jesteś głową ze złota. Po tobie jednak powstanie inne królestwo, mniejsze niż twoje, i nastąpi trzecie królestwo miedziane, które będzie panowało nad całą ziemią. Czwarte zaś królestwo będzie trwałe jak żelazo, co wszystko kruszy i rozrywa w kawałki; jak żelazo, co miażdży, zetrze i zmiażdży ono wszystkie inne. To, że widziałeś stopy i palce częściowo z gliny, częściowo zaś z żelaza, oznacza, że królestwo ulegnie podziałowi; będzie miało coś z trwałości żelaza. To zaś, że widziałeś żelazo zmieszane z mulistą gliną, a palce u nóg częściowo z żelaza, częściowo zaś z gliny, oznacza, że królestwo będzie częściowo trwałe, częściowo zaś kruche. To, że widziałeś żelazo zmieszane z mulistą gliną, oznacza, że zmieszają się oni przez ludzkie nasienie, ale nie będą się odznaczać spoistością, podobnie jak żelazo nie da się pomieszać z gliną. W czasach tych królów Bóg Nieba wzbudzi królestwo, które nigdy nie ulegnie zniszczeniu. Jego władza nie przejdzie na żaden inny naród. Zetrze i zniweczy ono wszystkie te królestwa, samo zaś będzie trwało na zawsze, jak to widziałeś, gdy kamień oderwał się od góry, mimo że nie dotknęła go ludzka ręka, i starł żelazo, miedź, glinę, srebro i złoto. Wielki Bóg wyjawił królowi, co nastąpi później; prawdziwy jest sen, a wyjaśnienie jego pewne".

Opowieść klasyczna, znana wszystkim, którzy kiedyś uczyli się „historii świętej" - nie wiem, jak jest z młodszymi pokoleniami, czego udaje się ich nauczyć na szkolnej katechezie?
Komentarz do tej opowieści. Najpierw fachowo biblistyczny, na podstawie Biblii Paulińskiej. Otóż sens jest taki: przyjdą kolejne królestwa, kolejno upadające, aż nastanie takie, całkiem inne, które nie ulegnie zniszczeniu. Będzie to władza innej natury, duchowej: królestwo mesjańskie.

Są pewnie Żydzi, którzy uważają państwo Izrael za owo królestwo wieczne. Wielu innych jest innego zdania, daleko im do uznania obecnych rządów w Tel-Awiwie za ideał władzy politycznej. Ale również nie mogą się oswoić z krytyką Izraela, jaka go spotyka teraz za stosunek do Palestyńczyków - polecam rozmowę Pawła Smoleńskiego z pisarzem izraelskim Etgarem Keretem w ostatniej „Gazecie Świątecznej". A swoją drogą „antyizraelizm" zachodnioeuropejskiej lewicy jest zjawiskiem bardzo starym: pamiętam, że naczelny redaktor mocno lewicującego tygodnika francuskiego „Témoignage Chrétien" był właśnie już wiele lat temu takim swoistym „antysemitą" - czy raczej właśnie filosemitą, bo przecież Palestyńczycy to też Semici...
No i tamten „antysemityzm" jest w każdym razie zgoła inny od tego przaśnie polskiego, skrajnej prawicy znad Wisły (choć i Sekwany też). A propos, naszła mnie kiedyś chęć porymować sobie i napisało mi się takie coś, bardzo złośliwe w swoim przedrzeźnianiu ideologii radiomaryjnej. 
Listopadowa 
kolęda ludowa

Gdy się Chrystus rodził,
na nasz świat przychodził,
jeszcze nikt nie wiedział,
że tak będzie szkodził.
Bo mądrze nauczał,
Żydom nadokuczał,
a postąpił według
szalonego klucza.
Zamiast zapanować,
po ludzku królować, 
pozwolił się Żydom
podłym ukrzyżować.
Nie dziwmy się teraz,
gdy żydo-cholera,
każe ze ścian szkolnych
krzyże święte zdzierać.

Ze swego snu czarnego zapamiętał

20:03, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Dieta cudowna Daniela. Dwa prezenty pod choinkę!

Księga Daniela 1,1-6.8-20
”W trzecim roku panowania króla judzkiego Jojakima przybył król babiloński Nabuchodonozor pod Jerozolimę i oblegał ją. Pan wydał w jego ręce króla judzkiego Jojakima oraz część naczyń domu Bożego, które zabrał do ziemi Szinear do domu swego boga, umieszczając naczynia w skarbcu swego boga. Król polecił następnie Aszfenazowi, przełożonemu swoich dworzan, sprowadzić spośród Izraelitów z rodu królewskiego oraz z możnowładców młodzieńców bez jakiejkolwiek skazy, o pięknym wyglądzie, obeznanych z wszelką mądrością, posiadających wiedzę i obdarzonych rozumem, zdatnych do służby w królewskim pałacu. Zamierzał ich nauczyć pisma i języka chaldejskie go. Król przydzielił im codzienną porcję potraw królewskich i wina, które pijał. Mieli być wychowywani przez trzy lata, by po ich upływie rozpocząć służbę przy królu. Spośród synów judzkich byli wśród nich Daniel, Chananiasz, Miszael i Azariasz. Daniel powziął postanowienie, by się nie kalać potrawami królewskimi ani winem, które król pijał. Poprosił więc nadzorcę służby dworskiej, by nie musiał się kalać. Bóg zaś obdarzył Daniela przychylnością i miłosierdziem nadzorcy służby dworskiej. Nadzorca służby dworskiej powiedział do Daniela: - Obawiam się, by mój pan, król, który przydzielił wam pożywienie i napoje, nie ujrzał waszych twarzy chudszych niż młodzieńców w waszym wieku i byście nie narazili mojej głowy na niebezpieczeństwo u króla. Daniel zaś powiedział do strażnika, którego ustanowił nadzorca służby dworskiej nad Danielem, Chananiaszem, Miszaelem i Azariaszem: - Poddaj sługi twoje dziesięciodniowej próbie: niech nam dają jarzyny do jedzenia i wodę do picia. Wtedy zobaczysz, jak my wyglądamy, a jak wyglądają młodzieńcy jedzący potrawy królewskie, i postąpisz ze swoimi sługami według tego, co widziałeś. Przystał na to ich żądanie i poddał ich dziesięciodniowej próbie. A po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie. Strażnik zabierał więc ich potrawy i wino do picia, a podawał im jarzyny. Dał zaś Bóg tym czterem młodzieńcom wiedzę i umiejętność wszelkiego pisma oraz mądrość. Daniel miał dar rozeznawania wszelkich widzeń i snów. Gdy minął okres ustalony przez króla, by ich przedstawić, nadzorca służby dworskiej wprowadził ich przed Nabuchodonozora. Król rozmawiał z nimi i nie można było znaleźć pośród nich wszystkich nikogo równego Danielowi, Chananiaszowi, Miszaelowi i Azariaszowi. Zaczęli więc sprawować służbę przy królu. We wszystkich sprawach wymagających mądrości i roztropności, jakie przedstawiał im król, okazywali się dziesięciokrotnie lepsi niż wszyscy wykładacze snów i wróżbici w całym jego królestwie.”

Najpierw o samej dzisiejszej księdze. Została napisana zapewne ok. roku 164 przed Chrystusem, kiedy to umarł prześladujący mocno Żydów król grecki Antioch IV Epifanes. W tamtych trudnych czasach przesłanie księgi miało pomagać Izraelitom ocalić tożsamość narodową i religijną. Imię „Daniel" było w Izraelu bardzo popularne, Daniel jest oczywiście bohaterem księgi, nie autorem, (ani redaktorem), ten jest nieznany. „Praca redakcyjna - powielam wiadomości ze wstępu w Biblii Paulińskiej - polegała na połączeniu starszych materiałów narracyjnych o Danielu (z czasów przesiedlenia babilońskiego) z materiałami własnymi autora (...). Posiadamy dwie wersje księgi: semicką, krótszą, napisaną najpierw po hebrajsku, dalej po aramejsku, oraz wersję grecką." Wielość języków księgi jest dotąd zagadką. Obie wersje połączył św. Hieronim (ten od Wulgaty)) przetłumaczywszy na grekę fragmenty w językach semickich.

Wieloraka jest też forma literacka Księgi Daniela. Są budujące opowieści, ale też apokaliptyka prorocza. Będziemy przez najbliższe dni czytali kilka różnych fragmentów.
Komentarz do dzisiejszego? No cóż, ta biblijna dieta wodno-jarzynowa kojarzy się dzisiaj z pozytywnie odchudzającą, więc ktoś skłonny do dowodzenia historycznej prawdziwości cudownych wydarzeń przez tłumaczenie ich przyczynami „naturalnymi" tu też może bawiłby się w taką egzegezę. Jednak nie tędy droga. Mogło i być coś w tym rodzaju, trzeba jednak pamiętać o rodzaju literackim księgi, który bliższy jest beletrystyce niż reportażowi historycznemu.

Książek biblistycznych wciąż przybywa. Chcę to pochwalić prawie pod niebiosy Wydawnictwo Znak, że spolszczyło (doskonale - piórem doświadczonego w takich dziełach Grzegorza Sowinskiego) „Cztery ewangelie" ojca Anzelma Grüna, benedyktyna charyzmatycznego. Tłumacz zadedykował książkę „skrzywdzonym i odrzuconym", syntetyzując znakomicie całą autorską tendencję niemieckiego autora. Widać ją było już w reklamowanych przeze mnie, gdzie się dało, „Sakramentach". W przeciwieństwie do wielu naszych pisarzy (i mówców) religijnych Grün słowo „Ewangelia" rozumie dosłownie: chodzi tu o dobrą nowinę a nie złą. Nie żeby czytelników „zdołować", raczej pocieszyć.
W kończącym się już roku liturgicznym (adwent za pasem) czytamy w dni powszednie Ewangelię według św. Łukasza. Zacytuję, co Grün napisał o niej w książce stanowiącej genialny prezent pod choinkę.
”Ewangelię św. Łukasza cechuje pozytywna wizja człowieka. Łukasz nie jest moralistą, nie jest też pesymistą. Spodziewa się czegoś po człowieku. Chce, byśmy w życiu zachowali ludzką godność, by człowiek wszedł w kontakt ze swym pierwotnym pięknem i dobrem, by był zdolny urzeczywistnić tak miły i drogi Grekom ideał człowieka. W Jezusie widzi Tego, który rozwija nasz prawdziwy wizerunek. Ewangelia św. Łukasza nie przedstawia człowieka jako zatwardziałego grzesznika. W człowieku jest boski rdzeń. Ale człowiek o nim zapomina. Dlatego Jezus zstąpił z nieba, by mu przypomnieć o jego boskiej godności. Ten pozytywny wizerunek człowieka mógłby dziś wesprzeć nasze chrześcijańskie przepowiadanie. Zbyt długo uważaliśmy, że człowiek najpierw musi zostać umniejszony, by mógł przyjąć Bożą łaskę. Św. Łukasz odrzuca taką metodę, która koniec końców odmawia nam wartości. Ewangelista postrzega nas takimi, jakimi rzeczywiście jesteśmy, z naszą godnością, ale też z naszymi ranami i urazami. Stąd Jezusa ukazuje jako prawdziwego lekarza, który leczy nasze rany i uczy nas sztuki zdrowego życia. Jezus jest lekarzem, który nam, przygarbionym i zamkniętym w wąskim horyzoncie, przywraca naszą prawdziwą godność.”

Znak wydał też właśnie inną rzecz też benedyktyńską, też dobrą jako dar na Gwiazdkę, choć już w innym stylu. Wraz z Wydawnictwem Tyniec dał czytelnikom przepięknie wydany „Modlitewnik" ojca Leona Knabita, duchownego ogromnie „medialnego", czyli po prostu mówiącego i piszącego „po ludzku". Są to różne komentarze do roku liturgicznego oraz przeróżne modlitwy odeń niezależne. Napisałem, że to dobry prezent pod choinkę, ale właśnie w innym guście niż książki ojca Grüna. Ów inny gust, bardziej moralizatorski, widać już w takim zdaniu od razu na s. 12: „Poniżenie, którego człowiek od początku doznaje przez grzechy swoje lub innych ludzi, zdaje się przeczyć wszystkiemu, co się mówi o godności człowieka, o jego wielkości."

14:48, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
niedziela, 22 listopada 2009
Królestwo Chrystusa według Jacka Kuronia


Ewangelia Jana 18,33b-37


”Piłat powiedział do Jezusa: - Czy Ty jesteś królem żydowskim?. Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o mnie? Piłat odparł: - Czy ja jestem Żydem? Naród twój i arcykapłani wydali mi ciebie. Coś uczynił?. Odpowiedział Jezus: - Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd . Piłat  zatem powiedział do Niego: - A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: - Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.”

Świetnie to skomentował dominikanin Paweł Kozacki, którego tom homilii niedzielnych na cały trzyletni cykl już tu reklamowałem („Szczęśliwe wariactwo", Znak, Kraków 2009)

”W naszym kraju często toczą się wojny polityczne. W ich trakcie przykry jest dla mnie fakt, że po obu stronach barykady stoją ludzie, którzy przyznają się do tego samego Mistrza, czasem spotykają się na tej samej mszy świętej, co nie przeszkadza im wypowiadać pod swoim adresem najcięższych zarzutów.

W takim kontekście staje przed nami Król Wszechświata i mówi: - Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Zaraz potem Ten, który jest Prawdą, dopowiada: - Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.

Pierwsze zdanie będzie chętnie przywoływane przez wyznawców poglądu, że należy się trzymać jak najdalej od polityki. Królestwo Jezusa nie jest z tego świata i w dążeniu do poszerzenia jego granic nie powinno się korzystać ze środków, które oferuje władza doczesna. W historii próby wykorzystania autorytetu państwa do umocnienia wiary i moralności niejednokrotnie kończyły się grzechami niewiary i niemoralności.

Zwolennicy społecznego zaangażowania będą z kolei dowodzić, że bez względu na sytuację społeczną czy polityczną, uczniowie Chrystusa powinni stawać po stronie prawdy, bronić wartości powierzonych przez Mistrza niezależnie od tego, czy takie działania mają szansę powodzenia, czy też skazane są na porażkę. Wiara i moralność to nie kwestia kalkulacji politycznej, tylko obrony imponderabiliów.

Jedni i drudzy przypomną też czyny Jezusa, które potwierdzą ich sposób widzenia rzeczywistości. Pierwsi będą przypominać, że Rabbi usuwał się w cień, gdy chcieli obwołać Go królem, unikał sytuacji, gdy próbowali Go skłonić, aby opowiedział się za płaceniem podatków cezarowi lub przeciw niemu, a uczniom nakazywał, żeby nikomu nie mówili, że jest Mesjaszem. Drudzy będą za to wskazywać, że Król żydowski został aresztowany i skazany między innymi dlatego, iż niejednokrotnie stawał po stronie prawdy przeciwko moralności faryzeuszów; że chrześcijanin nie może być oderwany od rzeczywistości, ale powołany jest, by czynić sobie ziemię poddaną, również przez stanowienie sprawiedliwego prawa i zaprowadzanie porządku w tym świecie.

Jak zatem masz naśladować Jezusa w Jego królowaniu? Sądzę, że przez połączenie obu postaw, zjednoczenie przeciwieństw. Fakt bowiem, że nasza ojczyzna jest w niebie, nie wyklucza prawdy, że droga do królestwa niebieskiego prowadzi przez doczesność. Powołanie do królowania o tyle ma sens, o ile wyraża się w postawie służby tym, nad którymi ma się władzę. Bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi, ale nie zapominać, że i śmiertelnicy mają nam coś ważnego do powiedzenia. O ile dobrze pamiętam, Jacek Kuroń twierdził, że jest człowiekiem wolnym i w promieniu dwóch metrów od niego nie ma komuny. Może na podobnej zasadzie powinieneś uobecniać królowanie Boga w tym świecie: ukazywać swoim życiem, że panowanie Chrystusa w Twoim sercu jest już faktem.”

11:31, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
sobota, 21 listopada 2009
Heroiczność

Psalm 9,2

„Chwalić Cię będę, Panie, całym moim sercem, opowiem wszystkie cudowne Twe dzieła."

Kardynałowie orzekli, że Papież był cnotliwy heroicznie. Zaprawdę był cudownym dziełem Bożym. Był heroicznie życzliwy wobec tylu ludzi. Przychodzi mi tu wciąż do głowy Wanda Półtawska, która zamęczała go swoją potrzebą kontaktu z nim. Jej książka „Beskidzkie rekolekcje" jest tego dowodem: zadziwia jej szczerość w przyznawaniu się do tej nieustannej potrzeby. Była w tym erotyka albo nie, w każdym razie na pewno nie z jego strony: z jego strony była to opiekuńczość heroiczna.

09:29, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
piątek, 20 listopada 2009
Pies to grzech?

Ewangelia Łukasza 19, 45-46

„Jezus wszedł do Świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: - Napisane jest: »Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców«".

W jaki sposób bezcześcimy Świątynię? Na pewno bardziej złymi myślami niż za krótkim strojem. A w ogóle bardziej złą moralnie treścią niż nieelegancką formą.

Zresztą co wypada w kościele? Kiedyś uważaliśmy, że nie wypada tam klaskać, a Papież pozwalał. Podobno we Włoszech to w ogóle „normalka" i może dobrze byłoby, żeby także u nas w ten sposób oceniano kazania: może zmuszałoby to księży do większego wysiłku myślowego.

Ale co gorszy? O polityce na ambonie napisałem już wiele razy, więc może teraz temat bardziej nowy, poniekąd ekologiczny. Mój ojciec, który zresztą nie kochał psów, opowiadał nam ze śmiechem, że ktoś postawił był problem moralny: czy to jest grzech, gdy ksiądz wejdzie do kościoła? I że ktoś inny zapytał na to zgrabnie: ale czyj to może być grzech? Psa? Przecież zwierzęta nie są zdolne grzeszyć. Oczywiście to może być „wina" tego, co wpuścił albo i nie wypędził. Kiedyś rajdując z młodzieżą przyszliśmy na Mszę z takim nieczłowieczym towarzyszem podróży. Baliśmy się reakcji kościelnej: na szczęście ksiądz zbierający „na tacę" uśmiechnął się mile. W końcu było już w Polsce sporo Mszy z błogosławieniem zwierząt.

To trochę tak, jak z płaczem dzieci albo w ogóle z ich niesubordynacją w miejscu świętym: przeszkadza mi ona znacznie mniej niż zgorszone miny zatopionych w modlitwie duchownych i świeckich.

18:26, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
Współczucie

Wpis na czwartek 19 listopada 2009 r.

Ewangelia Łukasza 19, 41-44
”Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: - O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia"

Co tutaj znaczy: „co służy pokojowi"? Powodem płaczu Jezusa jest prorocza wizja napaści Rzymian na Jerozolimę, więc może to po prostu sugestia, że Żydzi sami sprowokowali tę straszną dla nich wojnę? Nie, trzeba to rozumieć ogólniej: „pokój" oznacza tu Ewangelię, Dobrą Nowinę, której elita żydowska nie zrozumiała. A że potoczny mesjanizm żydowski był nieraz prowokacyjnie polityczny, to inna sprawa. „Co zostało zakryte" - w sensie biblijnym: mamy w Piśmie Świętym tego rodzaju zwroty nie sugerujące przecież po prostu, że Bóg uniemożliwia człowiekowi właściwe postępowanie. Język Biblii jasny w ogóle nie jest, tym bardziej nie twierdzę, że ja wszystko w jej tekstach rozumiem. Podstawowe przesłanie dzisiejszej perykopy jest chyba takie, że Jezus zapłakał. Bo jest Miłosierdziem, a więc Współczuciem. Jest to jedyny w Biblii obraz Jezusa płaczącego i niech ten płacz zostanie nam przede wszystkim z dzisiejszej lektury Biblii.

12:09, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 18 listopada 2009
Patologia podejrzliwości

2 Księga Machabejska 7,1.20-31
”Siedmiu braci zostało schwytanych razem z matką. Bito ich biczami i rzemieniami, gdyż król Antioch chciał ich zmusić, aby skosztowali wieprzowiny zakazanej przez Prawo. Przede wszystkim zaś godna podziwu i trwałej pamięci była matka. Przyglądała się ona w ciągu jednego dnia śmierci siedmiu synów i zniosła to mężnie. Nadzieję bowiem pokładała w Panu. Pełna szlachetnych myśli, zagrzewając swoje kobiece usposobienie męską odwagą, każdego z nich upominała w ojczystym języku. Mówiła do nich: - Nie wiem, w jaki sposób znaleźliście się w moim łonie, nie ja wam dałam tchnienie i życie, a członki każdego z was nie ja ułożyłam. Stwórca świata bowiem, który ukształtował człowieka i wynalazł początek wszechrzeczy, w swojej litości ponownie odda wam tchnienie i życie, dlatego że wy gardzicie nimi teraz dla Jego praw. Antioch był przekonany, że nim gardzono, i dopatrywał się obelgi w tych słowach. Ponieważ zaś najmłodszy był jeszcze przy życiu, nie tylko dał mu ustną obietnicę, ale nawet pod przysięgą zapewnił go, że jeżeli odwróci się od ojczystych praw, uczyni go bogatym i szczęśliwym, a nawet zamianuje go przyjacielem i powierzy mu ważne zadania. Kiedy zaś młodzieniec nie zwracał na to żadnej uwagi, król przywołał matkę i namawiał ją, aby chłopcu udzieliła zbawiennej rady. Po długich namowach zgodziła się nakłonić syna. Kiedy jednak nachyliła się nad nim, wtedy wyśmiewając okrutnego tyrana, tak powiedziała w języku ojczystym: - Synu, zlituj się nade mną. W łonie nosiłam cię przez dziewięć miesięcy, karmiłam cię mlekiem przez trzy lata, wyżywiłam cię i wychowałam aż do tych lat. Proszę cię, synu, spojrzyj na niebo i na ziemię, a mając na oku wszystko, co jest na nich, zwróć uwagę na to, że z niczego stworzył je Bóg i że ród ludzki powstał w ten sarn sposób. Nie obawiaj się tego oprawcy, ale bądź godny braci swoich i przyjmij śmierć, abym w czasie zmiłowania odnalazła cię razem z braćmi. Zaledwie ona skończyła mówić, młodzieniec powiedział: - Na co czekacie? Jestem posłuszny nie nakazowi króla, ale słucham nakazu Prawa, które przez Mojżesza było dane naszym ojcom. Ty zaś, przyczyno wszystkich nieszczęść Hebrajczyków, nie uciekniesz z rąk Bożych"

Opowieść podobna do wczorajszej, też o niezłomnej etyce Żydów, odmawiających zjedzenie mięsa zakazanego religijnie (geneza zakazu niejasna). Ta odmowa wzbudza w królu Antiochu IV Epifanesie podejrzenie, że się nim gardzi. Bezwzględni, pozbawieni skrupułów władcy bywają dziwnie nadwrażliwi na punkcie swojej osoby: uważają, że się nimi gardzi, gdy odmawia się im bezwzględnego posłuszeństwa. Niszczy ich wewnętrznie własna podejrzliwość, prowadząc do niszczenia innych.

17:36, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
wtorek, 17 listopada 2009
Poddani sumienia

2 Księga Machabejska 6,18-31
”W czasie prześladowań lzraela przez króla Antiocha Eleazar, jeden z pierwszych uczonych w Piśmie, mąż już w podeszłym wieku, szlachetnego oblicza, był zmuszony do otwarcia ust i jedzenia wieprzowiny. On jednak wybierając raczej chwalebną śmierć aniżeli godne pogardy życie, dobrowolnie szedł na miejsce kaźni, a wypluł mięso, jak powinni postąpić ci, którzy mają odwagę odrzucić to, czego nie wolno jeść nawet przez miłość do życia. Ci, którzy byli wyznaczeni do tej bezbożnej ofiarnej uczty, ze względu na bardzo dawną znajomość z tym mężem wzięli go na osobne miejsce i prosili, aby zjadł przyniesione przez nich i przygotowane mięso, które wolno mu jeść. Niech udaje tylko, że je to, co jest nakazane przez króla, mianowicie mięso z ofiar. Tak postępując uniknie śmierci, a ze względu na dawną z nimi przyjaźń skorzysta z miłosierdzia. On jednak powziął szlachetne postanowienie, godne jego wieku, powagi jego starości, okrytych zasługą siwych włosów i postępowania doskonałego od dzieciństwa, przede wszystkim zaś świętego i od Boga pochodzącego prawodawstwa. Dał im jasną odpowiedź mówiąc, aby go zaraz posłali do Hadesu: - Udawanie bowiem nie przystoi naszemu wiekowi. Wielu młodych byłoby przekonanych, że Eleazar, który ma już dziewięćdziesiąt lat, przyjął pogańskie obyczaje. Oni to przez moje udawanie, i to dla ocalenia maleńkiej resztki życia, przeze mnie byliby wprowadzeni w błąd, ja zaś hańbą i wstydem okryłbym swoją starość. Jeżeli bowiem teraz uniknę ludzkiej kary, to z rąk Wszechmocnego ani żywy, ani umarły nie ucieknę. Dlatego jeżeli mężnie teraz zakończę życie, okażę się godny swojej starości, młodym zaś pozostawię piękny przykład ochotnej i wspaniałomyślnej śmierci za godne czci i święte prawa. To powiedziawszy, natychmiast wszedł na miejsce kaźni. Ci, którzy go przyprowadzili, na skutek wypowiedzianych przez niego słów zamienili miłosierdzie na surowość. Sądzili bowiem, że one były szaleństwem. Mając już pod ciosami umrzeć, westchnął i powiedział: - Bogu, który ma świętą wiedzę, jest jawne to, że mogłem uniknąć śmierci. Jako biczowany ponoszę wprawdzie boleści na ciele, dusza jednak cierpi to z radością, gdy Jego się boję. W ten sposób więc zakończył życie, a swoją śmiercią pozostawił nie tylko dla młodzieży, lecz także dla większości narodu przykład szlachetnego usposobienia i pomnik cnoty.”

Mamy tu opowieść o męczeństwie. Stało się bowiem tak, że rodacy Sokratesa postanowili oświecać religijnie ciemnych Żydów. Akcja 2 Księgi Machabejskiej (dla katolików i prawosławnych deuterokanonicznej, dla protestantów i Żydów apokryficznej) rozgrywa się mniej więcej w latach 180-160 przed Chrystusem, jednak samo dzieło zostało napisane kilkadziesiąt lat później. Nie jest oczywiście dzisiejszym studium historycznym, Biblia Paulińska powiada, że „o wydarzeniach autor mówi obszernie i pięknie, ale nieprecyzyjnie", wprowadza elementy legendarne. Autor wstępu zaznacza też jednak - ciekawe - że rzecz napisana jest na wzór literatury greckiej, że odwołuje się do greckich ideałów i pojęć: bohaterstwa, cnoty, szlachetności, wytrwałości w cierpieniu.

Tak już jest na tym nie najlepszym ze światów, że grzeszymy wszystkim, tylko nie tolerancją. Każemy być bliźnim na nasze kopyto. Od tak zwanego zarania dziejów różni władcy chcą być królami naszych sumień, mordują tych, co wierzą inaczej, bo te inne wierzenia uważają za zamach na ich autorytet. Od Antiocha IV Epifanesa wiedzie w istocie prosta droga do totalitaryzmów dwudziestowiecznych i tegowiecznych: do skrajnej nietolerancji wyznawców islamu a także hinduistów. Gdy chrześcijanie wreszcie właściwie zrozumieli Ewangelię, wyznawcy innych religii jakby biorą odwet za naszą dawną pogardę dla duchowej inności. Gdy Sobór Watykański II stwierdził, że „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy", muzułmanie szaleńczo narzucają swój szariat. Gdy Europa dopatruje się wszędzie u siebie nietolerancji, na innych kontynentach króluje krwiożerczy nieraz przymus.

Na szczęście jednak zawsze i wszędzie są ludzie sumienia. Zawsze bywają tacy, jak ów Eleazar, którzy nie idą na kompromisy. Można bowiem przecież nieraz wyważać wartości, tłumaczyć sobie i innym, że życie ludzkie jest przecież wielką wartością, a przepis religijny nie może być od niego ważniejszy. Tamta radykalna postawa zwie się jednak pryncypializmem i jest godna wielkiego szacunku, choć często zakrawa na szaleństwo. Przypomina mi się podczas takich lektur opowiadanie Żeromskiego „Echa leśne", gdzie chłopak idzie na śmierć, ponieważ „nam, skautom, kłamać nie wolno". Czy to oczywista, jedyna możliwa interpretacja zasady mówienia prawdy, czy też raczej jej wersja heroiczna, ideał osiągalny tylko dla herosów? Jednak to drugie - a nawet czasem są sytuacje, kiedy mówienie prawdy jest „świadectwem przeciw bliźniemu swemu", gdy rozmówcą jest na przykład wymuszający zeznania policjant.

No i - naśladując mężnego Eleazara - trzeba zawsze zastanawiać się nad zewnętrznymi skutkami swoich decyzji. Albowiem łatwo zgorszyć tych, co mają nas za wzór. Czasem nie wolno udawać.

18:35, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Księga naszych braci. Inne książki też pobożne

Psalm 119,53.61,134.150.155.158
”Gniew mnie ogarnia z powodu grzeszników 
porzucających Twe Prawo. 
Oplotły mnie więzy grzeszników,
nie zapomniałem o Twoim Prawie.
Wyzwól mnie z ludzkiego ucisku,
a będę strzegł Twych postanowień. 
Zbliżają się niegodziwi moi prześladowcy, 
dalecy są oni od Twojego Prawa.
Daleko od występnych jest zbawienie,
bo nie dbają o Twoje ustawy.
Na widok odstępców wstręt mnie ogarnia,
bo słowa Twojego nie strzegą.”


To tylko fragmenciki tego utworu, który jest bardzo długi, liczy sobie 176 wersetów. Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia w czwartym wierszu trochę niejasne; poprawiam według przekładu ekumenicznego 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego (tłumaczył tam Psałterz luteranin ks. Alfred Tschirschnitz): „Oplotły mnie więzy bezbożnych, lecz nie zapomniałem Twojego Prawa" (pasuje spójnik „lecz", bo jest przecież przeciwstawienie).

Postawa moralna „podmiotu lirycznego" psalmu razi mnie. Scharakteryzuję ją tak: ja jestem dobry, Prawa nie łamię, moi wrogowie są religijnie paskudni. Wiem, jak można skomentować to moje biblistyczne wyznanie: powiedzieć po prostu, że to w psalmach (i w ogóle w Biblii) nic dziwnego: są wśród nich teksty o wiele moralnie gorsze, wręcz straszne. Zgadzam się. Na przykład Psalm 139 kończy się skandalicznie (tłumaczenie ks. Tschirschnitza): 
„Góro Babilonu, niszczycielko,
szczęśliwy ten, kto ci odpłaci
za zło, która nam wyrządziłaś,
szczęśliwy ten, kto pochwyci
i roztrzaska twoje dzieci o skałę"
.

Owszem, są w Biblii tak zwane psalmy złorzeczące. Ich autorzy (podmioty liryczne) używają sobie na wrogach swoich, ile wlezie. Nieśmiertelne pytanie: skąd zatem takie teksty w dziele zwanym Piśmie Świętym? Ano po prostu stąd, że Biblia nie jest zgoła „Katechizmem Kościoła i Synagogi". Jest ogromnym zbiorem (raczej wyborem) pism ludu żydowskiego (Nowy Testament też stworzyli Żydzi, choć już nowej religii - tylko dwie księgi napisał Syrogrek Łukasz). Pism religijnych? Tak, bo Kohelet i nawet Pieśń nad Pieśniami to utwory w jakimś sensie religijne: należą do pięciu ksiąg Megilot czytanych w pięć głównych świąt żydowskich. Niemniej zbiorem pism różnych literacko i myślowo, duchowo. Nie chodzi tylko o różnice między Starym (raczej Pierwszym) a Nowym Testamentem, zresztą wyolbrzymiane. Już starotestamentalne niosą różne treści. Antynacjonalistyczna Księga Jonasza i nacjonalistyczne akcenty w innych.

”Jednak - pisze ks. Michał Czajkowski w książce „I ty zrozumiesz Pismo Święte" (Oficyna ”Adam”1996) - ta wielość i różnorodność, to bogactwo i zróżnicowanie wcale nie znaczą, iż Biblia rozpada się na zupełnie niezależne kawałki. Mimo tej mozaiki epok, krajów, piór, gatunków, stanowi Biblia prawdziwą jedność tematyczną, teologiczną i religijną. Jedność dzięki Bogu - ale prawdziwie ludzką. Biblia - to zestawienie doświadczeń życiowych ludu Izraela i młodego Kościoła. Przeważnie autorzy biblijni znali już - w części lub w całości - księgi biblijne powstałe przed nimi. I każda nowa księga na nowo kształtowała duchowy świat Izraela. Echem każdego wielkiego czynu Boga (przymierze, Dawid, niewola, Jezus Nazaretu) są nowe księgi biblijne, które za każdym razem dają nową, całościową interpretację egzystencji ludu Bożego. Można powiedzieć, że Pismo Święte jest rozmową prowadzoną przez wieki: jeden rozmówca wnosi coś innego, inny sprzeciwia się, jeszcze inny akcentuje to, co było już powiedziane, dając nowy punkt widzenia... Czwarty rozmówca próbuje dokonać syntezy, następny stawia pytanie, a inny wygłasza tezę prowokującą, czekając, czy się obroni w toku dalszej rozmowy... Albo użyjmy innego obrazu: jakiś aktyw odbywa zebranie, by po dyskusji przekazać społeczeństwu jakąś uchwałę: Pan Bóg przekazał nam jako swoje słowo nie ostateczną uchwałę, lecz protokół z dyskusji. Ale wczytując się w ten „protokół" wyczuwamy, iż całą tą wieloraką i wielogłosową „dyskusją" Ktoś jeden kierował - od początku do końca.”
Wracam wreszcie do psalmów. Ks. Czajkowski celnie tłumaczy sens modlitwy tymi poetyckimi tekstami. ”Modlitwa psalmisty i chrześcijanina wyrasta z jego konkretnego, ziemskiego losu, z jego i ludzi jemu współczesnych radości i nadziei, smutku i trwogi. Dlatego psalmista jest towarzyszem mej drogi i inspiratorem mojej modlitwy w drodze. Jest on niedoskonały jak ja, zmysłowy jak ja, krzywdzony jak ja, pamiętliwy jak ja - i uznaje się za takiego. Ale oczerniany, wiedziony przez ludzki trybunał, niszczony - wyznaje głośno swą niewinność i nie życzy nieba swym oskarżycielom, wręcz odwrotnie! I właśnie dla swej niedoskonałości został on nam dany przez Kościół za towarzysza drogi, a jego słowa nie zawsze wzniosłe i budujące zostały przez Boga włożone w nasze usta. Psałterz dlatego odrzuca i gorszy tylu chrześcijan, że spoglądamy na psalmistę, jako na model, gdy został on nam dany na brata.”
I jeszcze jedno: są to właśnie teksty poetyckie. Biblia w ogóle jest zbiorem głównie utworów literackich (prawnicze są nieliczne), a psalmy to już literatura całą gębą. Niestety mamy skłonność do traktowania sztuki jak kaznodziejstwa. Opowiadał mi mój wuj, benedyktyn Bernard Andrzej Turowicz, że nie mógł się dogadać z innym mnichem na temat jakiegoś świeckiego liryku: tamten mówił mu, że się nie zgadza z autorem... Przy takim (nie) rozumieniu poezji jaszcze gorzej jest z psalmami.

Sygnały bibliograficzne.
Znak wydał właśnie tom homilii dominikanina, naczelnego doskonałego miesięcznika „W drodze", Pawła Kozackiego, pt. „Szczęśliwe wariactwo. Medytacje biblijne". Są to pisane kazania na wszystkie niedziele trzech lat: tak, trzech a nie jednego, bo po Soborze Watykańskim II czyta się w Kościele rzymskokatolickim fragmenty Biblii codziennie inne w cyklu trzyletnim. Teksty Kozackiego są tylko na niedziele, ale dobre i to, nawet bardzo dobre, bo gość jest mądry. Próbka prawdopodobnie w najbliższą niedzielę. Do przeczytania! Jeszcze dwie książki, nie tyle biblistyczne, ile ekumeniczne, ale to podobna sprawa. Najpierw Leonida Uspienskiego „Teologia ikony", przełożona z francuskiego przez Marię Żurowską (Wyd. Neriton): dzieło historyczne i teologiczne fundamentalne. Po prawosławiu „lewosławie": „Zwykły niezwykły. Pamięci ks. Jerzego Stahla" (Wyd. Semper) Dzieło zbiorowe poświęcone pięknemu duchem duchownemu ewangelicko-reformowanemu (1939-1997). Wspomnienia o nim ludzi różnych wyznań (też katolicko-reformowanego Jana Turnaua), jego kazania, inne teksty historyczne i teologiczne warte lektury. A Kościół ów bardzo sympatyczny!

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 13 listopada 2009
Nie ma głupich

Księga Mądrości 13,1-9
”Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy, lecz ogień, wiatr, powietrze chyże, gwiazdy dokoła, wodę burzliwą lub światła niebieskie uznali za bóstwa, które rządzą światem. Jeśli urzeczeni ich pięknem wzięli je za bóstwa, winni byli poznać, o ile wspanialszy jest ich Władca, stworzył je bowiem Twórca piękności; a jeśli ich moc i działanie wprawiły ich w podziw, winni byli z nich poznać, o ile jest potężniejszy Ten, kto je uczynił. Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę. Ci jednak na mniejszą zasługują naganę, bo wprawdzie błądzą, ale Boga szukają i pragną Go znaleźć. Obracają się wśród Jego dzieł, badają i ulegają pozorom, bo piękne to, na co patrzą. Ale i oni nie są bez winy: jeśli się bowiem zdobyli na tyle wiedzy, by móc ogarnąć wszechświat, jakże nie mogli rychlej znaleźć jego Pana?”

Warto zaglądać do nowych przekładów Biblii, bo czasem są jaśniejsze, a i tamtejsze komentarze nieraz sporo wyjaśniają. W powyższym tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia nie rozumiałem stwierdzenia, że „ci jednak na mniejszą zasługują naganę": a którzy na większą? „Paulistka" przekłada zrozumiale: „Nie należy zbytnio ganić tych..." Poza tym w komentarzu jest ważna myśl: „Taki sposób myślenia był dotąd obcy Staremu Testamentowi, występował natomiast u filozofów pogańskich i to prawdopodobnie od nich zaczerpnął go autor Księgi Mądrości". Co resztą można wydedukować z najpłytszej choćby znajomości historii filozofii: trudno przypuścić, żeby Platon i Arystoteles byli bałwochwalcami. Zresztą zapewne nie tylko ci luminarze traktowali mity swego ludu z przymrużeniem oka.

Co zaś do meritum takiego dowodzenia, że jest Stwórca: chyba już dzisiaj potrafimy - teiści i ateiści - spokojnie spojrzeć na tą podstawową sprawę. Ze spokojem właśnie filozoficznym: bo kwestia jest przecież filozoficzna. Od czasów autora Księgi Mądrości, jak też Pawła z Tarsu (List do Rzymian 1,19-32), minęło 20 wieków, ateizm rozwinął się ogromnie, choć ośmielam się twierdzić, że i teizm nie zwinął się całkiem (ze wstydu, iż jest ciemnogrodzki). Natomiast wyznawcy obydwóch filozofii zgadzają się chyba, że to problem nie nauk empirycznych, tylko (aż!) filozofii. Dlatego też nie można głosić, że teoria ewolucji powinna mieć w nauczaniu biologii tylko te same prawa, co koncepcja „inteligentnego projektu", bo ten drugi nie jest biologiczny, jeżeli już, to filozoficzny. Zarazem jednak z nauk empirycznych nie wynika w mojej dzisiejszej filozoficznej kwestii nic. Oni nie głupi, na pewno, ale my też nie.

Kończę biorąc urlop na weekend. Ja sobie trochę odpocznę i dam odpocząć moim tutejszym krytykom. Kochać bowiem trzeba bliźniego swego jak siebie samego, czyli jak się wagaruje, to i bliźnim coś podobnego należy się.

16:05, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 12 listopada 2009
Mądrym być. Chrystus, czyli Mądrość. Kain i Abel

Księga Mądrości 7,22-8,1
”Jest bowiem w Mądrości duch rozumny, święty, jedyny, wieloraki, subtelny, rączy, przenikliwy, nieskalany, jasny, niecierpiętliwy, miłujący dobro, bystry, niepowstrzymany, dobroczynny, ludzki, trwały, niezawodny, beztroski, wszechmogący i wszystko widzący, przenikający wszelkie duchy rozumne, czyste i najsubtelniejsze. Mądrość bowiem jest ruchliwsza od wszelkiego ruchu i przez wszystko przechodzi i przenika dzięki swej czystości. Jest bowiem tchnieniem mocy Bożej i przeczystym wypływem chwały Wszechmocnego, dlatego nic skażonego do niej nie przylgnie. Jest odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci. Jedna jest, a wszystko może, pozostając sobą, wszystko odnawia, a przez pokolenia zstępując w dusze święte, wzbudza przyjaciół Bożych i proroków. Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słońce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością, uzyska pierwszeństwo, po tamtej bowiem nastaje noc, a Mądrości zło nie przemoże. Sięga potężnie od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią.”

Mądrość: bardzo ciekawe jest to pojęcie myśli starożytnej, dość obce naszej europejskiej, choć już nie współczesnej azjatyckiej, która kontynuuje tradycję różnych guru. Jeszcze Kochanowski pisał „Kupić by cię, mądrości, za drogie pieniądze...", odwołując się do stoickiego ideału mędrca panującego nad człowieczymi żądzami. Myśl europejska poszła przede wszystkim w stronę poznania świata zewnętrznego. Kwestię, jak radzić sobie w życiu praktycznym, pozostawiono religii. Etykę świecką oczywiście rozwijamy, ale chyba jakoś inaczej. Tradycję klasycznie mądrościową kontynuują chyba głownie przysłowia.
Pisarstwo „mądrościowe" czasów biblijnych było oczywiście powiązane z religią, bo w on czas ateizm stanowił zupełny margines. Co więcej, był na Bliskim Wschodzie synonimem amoralności, co chyba przetrwało aż do czasów Pascala, który go kojarzył z libertynizmem. W kulturze greckiej ateizujący kierunek filozoficzny był bardziej możliwy niż na Wschód od Hellady. A już na pewno bardziej niż w środowisku hebrajskim, które miało Boga trudniej wyśmiewalnego niż greckie postaci mitologiczne.

A jednak „Encyklopedia biblijna" powiada że „literaturę mądrościową cechuje brak odniesień do typowych wierzeń dotyczących zbawienia, takich, jak obietnice dane patriarchom Wyjście (z Egiptu - JT], zawarcie przymierza na górę Synaj itp.". W tymże cennym dziele mamy dalej charakterystykę mędrca; cechuje go - czytam - samokontrola, szczególnie w mówieniu. Co mi przypomniało, że uchodziłem kiedyś w środowisku pracy za gadułę i uznałem, że muszę się zmienić. Dodatkowym bodźcem, już wewnętrznym, był właśnie pewien ideał może nie tyle mędrca, ile „alterocentryka", człowieka interesującego się nie tylko sobą, zatem więcej słuchającego niż nadającego własną gadkę. Bodźcem do pracy nad sobą w tej sprawie jest mi opowiastka z książki pisarza nazwiskiem chyba Carneggie o pewnym panu, który uchodził za niezwykle utalentowanego towarzysko, ponieważ właśnie głównie słuchał. A u Karola Wojtyły to chyba było wypracowane raczej niż wrodzone: nie był przecież milczkiem z natury.

Z rzeczonej encyklopedii dowiedziałem się też, że tradycja mądrościowa nie zanikła bynajmniej w Nowym Testamencie. Ewangelie synoptyczne przedstawiają Jezusa jako mądrościowego nauczyciela, rabiego. W tym stylu są Jego powiedzenia („logia"), porównania, przypowieści. Parę razy Jezus jest tam wręcz nazwany Mądrością, również w 1 Liście do Koryntian 1,24. W ten sposób starotestamentalna personifikacja Mądrości osiąga pełnię w Nowym Przymierzu. Tak jak i Logos ówczesnej myśli grecko-żydowskiej, Słowo Boga, odczytali chrześcijanie w rabim z Nazaretu. A przywołany werset z 1 Listu do Koryntian stwierdza, że Chrystus jest „Mesjaszem, mocą Boga i Mądrością Boga". Trzeba wiedzieć, że w myśli żydowskiej Mesjasz nie zawsze był zwyczajnym człowiekiem. Przed pismami Nowego Testamentu idea Wcielenia jeszcze nie zaistniała, ale podłoże myślowe było. I myślę sobie całkiem prywatnie, że może gdyby Mesjasz chrześcijański nie był jakimś przybłędą z Galilei, ale (arcy) kapłanem z Judei, Żydzi uwierzyliby w niego o wiele liczniej...

Lektury:
Stowarzyszenie Ewangelizacji przez Media „List" kontynuuje wydawanie drugiego obok „Listu" periodyku, zatytułowanego „Biblia krok po kroku". Krokiem w numerze październikowym redakcja krąży wokół konfliktu Kaina i Abla. No cóż, sprawa warta wielu słów, bo to przecież - pada takie określenie - mord założycielski. Termin pochodzi od sławnego dzisiaj francuskiego filozofa i teoretyka literatury René Girarda. Według niego każdy człowiek jest istotą pożądającą. Pragnie zawsze czegoś tym więcej, im bardziej rzecz pożądana jest przez innych ludzi. Prowadzi to do rywalizacji, w rezultacie do agresji. Aby zapobiec jej niekontrolowanym aktom, kultury i religie wypracowywały sobie rytuały składania ofiary. U ich początków jest dokonany na niewinnej ofierze („koźle ofiarnym") akt przemocy, który jest właśnie owym mordem założycielskim. Przemoc można oszukać tylko wtedy, gdy znajdzie się dla niej ujście np. przez składanie ofiar ze zwierząt. W rywalizacji między Kainem a Ablem zabił ten, co nie mógł wyżyć się w mordowaniu, czyli rolnik Kain. Ale pasterz Abel jest niewinny. Biblia zdaniem Girarda demaskuje cały ten mechanizm pożądania i przemocy, przez co go osłabia. Tym zaś, co całkowicie odsłonił działanie mechanizmu kozła ofiarnego, jest Jezus Chrystus. Ujawnił ukrytą przemoc oraz przełamał ją przez to, że będąc niewinny sam złożył siebie w ofierze.

„Relata refero": streściłem (nie wiem, czy mądrze) streszczenie przeczytane w periodyku.
Po psychologii religii - etnologia. Dziwne jest w Biblii ukazanie rolnika Kaina jako agresora, ponieważ w historii było raczej na odwrót: pasterskie ludy koczownicze napadały na osiadłe rolnicze. Nie jest to zatem dobry trop egzegetyczny. Możliwe są inne. Na przykład lingwistyczny. Dziwna jest w Księdze Rodzaju 4,1 wypowiedź Ewy po urodzeniu Kaina: „Otrzymałam mężczyznę od Pana (JHWH)". W targumach, czyli aramejskich parafrazach tekstu biblijnego, ale także w tekstach talmudycznych, gnostyckich, apokryficznych, a nawet w 1 Liście Jana 3,8-12, oznaczałoby to pochodzenie Kaina od anioła Pana (upadłego), czyli byłby on synem szatana. Interpretację przeciwną uprawiali gnostycy, sekta kainitów. Kain był dla nich właśnie synem Boga, jednak nie JHWH, złego Demiurga, ale Boga dobrego; synem JHWH byłby natomiast Abel.
Opowieść o owym pierwszym morderstwie nie jest też jasna psychologicznie: dlaczego właściwie Pan nie przyjął ofiary Kaina, a przyjął Ablową. Jeden z targumów tłumaczy to tym, że Kain, syn Samuela, wodza złych duchów, ofiarował Bogu najgorszą część swoich plonów, a Abel najlepszą.

Jeszcze coś na temat Kainowych motywów: Biblia Paulińska przekłada werset 4,8 nie: „Kain powiedział do swojego brata Abla: - Chodźmy na pole", ale „powiedział coś". Ks. Piotr Kot uznaje tę zmianę za arbitralną, ale informuje, że ma ona podstawę w innym targumie, który sugeruje, że między braćmi wybuchła ostra dyskusja teologiczna. Wnioskując z nieprzyjęcia jego ofiary, rozżalony Kain twierdzi, że „świat nie został stworzony w miłości. (...) Nie istnieje sąd i nie istnieje sędzia, nie ma też innego świata. Nie ma nagrody dla sprawiedliwych, jak również nie ma w przyszłym świecie kary dla zło czyniących". Abel odrzuca to rozumowanie, wynikiem sporu jest jego śmierć.

Różne są interpretacje i eksplikacje, ale podstawowe przesłanie opowieści jest oczywiste: morderstwo jest zbrodnią. Zwracam uwagę na słowa Boga, że kto z kolei zabiłby Kaina, poniesie karę siedmiokrotną. Niemniej początek został dany, mamy, co mamy.
Żeby było na koniec mniej ponuro, przytoczę dowcip arcybiskupa Życińskiego, że nie może nazywać swego lubelskiego odpowiednika, prawosławnego Abla bratem, bo nie jest Kainem... Ja dopowiadam, że jednak może Setem.

14:57, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
środa, 11 listopada 2009
Słuchajcie, władcy!

Księga Mądrości 6, 1-11
”Słuchajcie, królowie, i zrozumiejcie, nauczcie się, sędziowie ziemskich rubieży. Nakłońcie ucha, wy, co nad wieloma panujecie i chlubicie się mnogością narodów, bo od Pana otrzymaliście władzę, od Najwyższego panowanie: On zbada uczynki wasze i zamysły wasze rozsądzi. Będąc bowiem sługami Jego królestwa, nie sądziliście uczciwie aniście prawa nie przestrzegali, aniście poszli za wolą Boga, przeto groźnie i rychło natrze On na was, będzie bowiem sąd surowy nad panującymi. Najmniejszy znajdzie litościwe przebaczenie, ale mocnych czeka mocna kara. Władca wszechrzeczy nie ulęknie się osoby ani nie będzie zważał na wielkość. On bowiem stworzył małego i wielkiego i jednakowo o wszystkich się troszczy, ale możnym grozi surowe badanie. Do was więc zwracam się, władcy, byście się nauczyli mądrości i nie upadli. Bo ci, co świętości święcie przestrzegają, dostąpią uświęcenia, a którzy się tego nauczyli, ci znajdą słowa obrony. Pożądajcie więc słów moich, pragnijcie, a znajdziecie naukę.”

Wspaniała lektura biblijna na nasze święto państwowe: nic dodać, nic ująć, teologia polityczna w pigułce.

11:37, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 10 listopada 2009
Pan Bóg nie jest brakorobem!

Psalm 34,2
„Będę błogosławił Pana po wsze czasy, Jego chwała będzie zawsze na moich ustach".

Nie wydaje mi się, żebym mógł kiedyś złorzeczyć Bogu. Nie wiem, może dlatego, że mam z Nim nie dość osobiste relacje, ale wydaje mi się, że nigdy nie będę obciążał Boga odpowiedzialnością za nieszczęścia, które mnie jeszcze spotkają. Po prostu jest On dla mnie Absolutem Dobra albo Go nie ma: każda inna Jego definicja trąci dla mnie jakimś politeizmem. Ale to wcale nie znaczy, że łatwo przychodzi mi pogodzić wiarę w Jego bezwzględną dobroć z Jego wszechmocą. Potrafię jakoś z najwyższym trudem to uczynić, jednak przy założeniu, że cały Wszechświat zostanie w końcu zbawiony, nikt nie będzie się smażył w piekle na wieczność. Pan Bóg nie jest brakorobem, nie mógł stworzyć świata w sposób tak fatalny!

13:38, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
Świątynia - mamona - polityka - minilaikat

Ewangelia Jana 2, 13-17
„Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie, oraz siedzących za stołami bankierów. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: - Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska.”

Dziś w Kościele rzymskokatolickim święto Świątyni. Chrześcijaństwo nie jest tak „sanktuariocentryczne", jak judaizm czy islam (Mekka), niemniej ma swoje miejsca kultu szczególnie ważne. Ma katedry, czyli najważniejsze świątynie diecezjalne, oraz scentralizowany Kościół rzymskokatolicki ma swoją katedrę główną. Jest nią poniekąd bazylika laterańska, poświęcona przez papieża Sylwestra I w r. 324 właśnie 9 listopada. Napisałem, że jest w moim Kościele katedrą główną poniekąd, bo mamy przecież i tą watykańską św. Piotra: chyba podział ról jest taki, że ta druga jest świątynią papieża, a ta pierwsza biskupa Rzymu. Różnica to pewnie niuansowa, ale rzeczywista, bo co innego diecezja rzymska, co innego cały Kościół, którego papież jest zwierzchnikiem, na szczęście coraz mniej autokratycznym (choć taką tendencję wciąż widać). 

Przesłanie dzisiejszego fragmentu Ewangelii jest oczywiste: miejsce sakralne powinno być wolne od czynności tak przyziemnych, jak handel, choćby korzyść zeń miały władze świątynne. Podobna scena jest i u synoptyków, ale tam słowa Jezusa są mocniejsze: zamiast targowiska mamy wręcz „jaskinię zabójców". 

Sacrum i profanum maximum, czyli mamona. Nieśmiertelny temat pazerności księży. W ostatnim „Tygodniku Powszechnym" sympatyczny, ewangeliczny komentarz tamtejszego stałego kaznodziei, ojca Wiesława Dawidowskiego, do cytowanej przeze mnie wczoraj opowieści o wdowie, która nie pożałowała prorokowi pożywienia. O pieniądzach dawanych na Kościół, o tym, że jak ktoś przeszedł na emeryturę i zbiedniał, to nie powinien mierzyć się z ubogą wdową i dawać tyle, ile kiedy pracował. Ks. Wiesław uważa, że to rada duchowna oryginalna i pewnie ma rację. Chociaż ja w niejednej już parafii żyłem i nie trafiłem na zdziercę. Może dlatego, że przez długie lata były to parafie zakonne: nie wiem, czy działał w nich ślub ubóstwa, którego nie składają księża „normalni", czy też działała świadomość proboszcza, że nie jest samotnym przedsiębiorcą, ma oparcie w zakonie - w każdym razie ja nie mogę narzekać. 

Można jednak naruszyć sacrum świątynne także w inny sposób. Teza już banalna, choć niebezpieczeństwo stale realne: że budynek kościelny stanie się miejscem agitacji politycznej; partyjnej. Co jest niekościelne, bo Kościół nie jest od dzielenia, ale łączenia. Powinien troszczyć się o dobro wspólne, ale unikać zaangażowania jednostronnego.
Zgadzam się: nie jest to łatwe. Niełatwo na przykład zachować bezstronność w obliczu wojny. Przeczytałem właśnie bardzo dobre studium historyczne Michała Horoszewicza „Papiestwo wobec Polski w roku 1939" w „Forum klubowym". „Lewicowy dwumiesięcznik idei" piórem znakomitego znawcy spraw kościelnych bardzo spokojnie przedstawia tamte czasy. Horoszewicz jest w ogóle nie tylko znawcą, ale i wyznawcą: nie wiary chrześcijańskiej, bo określa się jako wolnomyśliciel, ale ewangelicznej zasady „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni". Wyznawcą wyważania w szczególności sądów historycznych, ocen postępowania postaci historycznych. Bogato dokumentuje (niemal same cytaty, oceny dopiero na końcu tekstu) swoją diagnozę. Napisał kończąc: 
«Niewątpliwie Pius XII bardzo intensywnie dążył najpierw do zachowania i umocnienia pokoju, później - w radykalnie odmiennej już sytuacji politycznej - do jego trwałego przywrócenia. Można przypuszczać, że pacellańska znajomość społeczeństwa niemieckiego z końca epoki cesarskiej i z lat dwudziestych, gdy stopniowo wyłaniał się hitleryzm, właśnie uczulała papieża na zagrożenia wnoszone dla Europy przez zmilitaryzowaną Trzecią Rzeszę. Na to wskazywałoby jego stwierdzenie na konferencji przeprowadzonej 6 marca dla czterech kardynałów niemieckich przybyłych na konklawe: 'Problem niemiecki jest dla mnie najważniejszy. Zastrzegam sobie zajmowanie się nim". Nie było w tym żadnej predylekcji do Trzeciej Rzeszy, która dla papieża jawiła się jako obca i chyba odrażająca: problem niemiecki stawał się dlań najważniejszy właśnie pod kątem zagrażania pokojowi.
Z pewnością głęboko ubolewał nad losem Polski dwustronnie zmiażdżonej. Tyle że naród ujęty w mocarne kleszcze nie mógł zadowolić się pontyfikalną emocją, co wydobył prałat Meysztowicz w pobudzającej relacji o zderzeniu „miłości" z oczekiwaniem „sprawiedliwości". Nasuwa się wrażenie, iż po pierwszym miesiącu wojny dla Stolicy Apostolskiej Polska poczęła stawać się kłopotliwym obciążeniem, zbywanym uczuciowymi, choćby niewątpliwie szczerymi, zapewnieniami.

Wskazanie z sierpniowego orędzia „Nic nie jest stracone z pokojem. Wszystko może być stracone z wojną" pozwala mniemać, że dla Piusa XII pokój choćby kulawy, przez potężnego „nałożony" na słabszego - pokój za bardzo dużą, po prostu za wszelką cenę - zachowywał zasadniczą wartość. Kontrastowało to z sejmowymi słowami Becka „nie znamy pokoju za wszelką cenę”. Oczywiście była zasadnicza różnica w pozycjach wyjściowych: optykę ministra wyznaczały uwarunkowania jego kraju - papież rozważał konfigurację mnogości zarówno państw, jak i Kościołów.

Doceniając cel najwyższy: pokój świata - przecież wolno wnieść zastrzeżenia do papieskich posunięć, mających ów cel przybliżać. Miłość papieska okazywana poszczególnym narodom nie może przesłaniać wymogu sprawiedliwości, jaki winien być kierowany do państwa, które swoją polityką narusza zasadniczo porządek międzynarodowy i zasługuje na napiętnowanie, jeśli nie wręcz na potępienie.

Bezsprzecznie, w niektórych poczynaniach Piusa XII Polska była „pozytywnie obecna" czy to bezpośrednio (choćby na sposób odczuwalnie niepełny), czy też tylko pośrednio. Wszakże równolegle inne posunięcia składały się na orientację całkiem odmienną.
Obroną pokoju za wszelką cenę było przekazanie Warszawie w ostatniej nocy przedwojennej postulatów Mussoliniego. Przecież w Sekretariacie Stanu widziano celowość zasygnalizowania Warszawie potrzeby jej swoistego poświecenia się dla dobra wspólnego... 28 sierpnia papież uznał, że jego gest na rzecz zagrożonej Polski mógłby spowodować represjonowanie katolików niemieckich - jak można sądzić, w jego mniemaniu uchodzących za „kościelnych zakładników". Czy więc katolicy Trzeciej Rzeszy „więcej ważyli" wówczas w Watykanie niż tak zagrożony - jeszcze potencjalnie - w swym bycie państwowym cały naród polski? Czy w oparciu o prestiże „za Bramą Spiżową" przydawane poszczególnym katolicyzmom krajowym dopuszczalne jest wyprowadzanie hierarchii „obligów moralnych"? (...)

Nie ma potrzeby doszukiwania się jakiejś antypolskości u Piusa XII: z pewnością jej nie było. Pozostaje utrzymywać, że w pierwszych dziesięciu miesiącach pontyfikatu pacellańskiego zarysowały się pokrętności watykańskiej polityki wobec Polski. Po prostu na kościelnej euroszachownicy Piusa XII sprawy naszego kraju poczęły zajmować - zapewne z konieczności taktycznej - miejsce raczej poślednie...»

Gdy zaś jeszcze chodzi o świątynię, to nie mogę nachwalić się mszy, na którą chodzę z żoną co niedzielę: u warszawskich księży zmartwychwstańców na Chełmskiej, nie w kościele, tylko w sali w sąsiednim budynku odprawiana jest od godz. 11 do 11.45 msza dla małych dzieci z rodzicami. Aktywizacja minilaikatu coraz większa, komizm (niezamierzony) minikaznodziejów rozkoszny, żadnej polityki, nawet żadnej „moraliny"! Dzieciaczki, które uczestniczyły w takiej mszy, będą miały na całe życie wspomnienie czegoś ciekawego, nie potwornej kościelnej nudy.

20:42, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 listopada 2009
Cuda nie w Sokółce

1 Księga Królewska 17,10-16
”Prorok Eliasz poszedł do Sarepty. Kiedy wchodził do bramy tego miasta, pewna wdowa zbierała tam sobie drwa. Więc zawołał ją i powiedział: - Daj mi, proszę, trochę wody w naczyniu, abym się napił. Ona zaś zaraz poszła, aby jej nabrać, ale zawołał na nią i rzekł: - Weź, proszę, dla mnie i kromkę chleba. Na to odrzekła: - Na życie Pana, twego Boga, już nie mam pieczywa, tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi strawę. Zjemy to, a potem pomrzemy. Eliasz zaś jej powiedział: - Nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i wtedy mi przyniesiesz. A sobie i twemu synowi zrobisz potem. Bo Pan, Bóg Izraela, rzekł tak: «Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię». Poszła więc i zrobiła, jak Eliasz powiedział, a potem zjadł on i ona oraz jej syn, i tak było co dzień. Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się według obietnicy, którą Pan wypowiedział przez Eliasza.”

Cud. Cuda się dzieją, a jakże. Nie myślę o tym w Sokółce, nie chcę komentować tamtego, bo brak mi dostatecznej wiedzy o tej sprawie wielce dziwnej. Jeśli to „pobożna" mistyfikacja, to właśnie w wielkim cudzysłowie, bo gdy się wyda, kompromitacja Kościoła będzie okropna. Myślę natomiast oczywiście o wielu wydarzeniach niezwykłych w Lourdes i gdzie indziej, ale też o wiele łatwiej wytłumaczalnych, które też można nazwać cudami zmieniwszy definicję. Sprzeczność z prawami natury? Ależ poznanie „natury" to dziś mrzonka, im dalej w las, tym więcej drzew - cały świat energii na przykład! Wraca się dzisiaj w teologii do pojmowania cudu jako znaku: sygnału od Boga dla kogoś, kto tak interpretuje nawet i zjawisko dość łatwo wytłumaczalne zbiegiem okoliczności. Pamiętam np. takie wydarzenie opowiedziane przez siostrę Małgorzatę Chmielewską, osobę przecież bardzo krytyczną: nie miała już ani bochenka chleba dla swoich bezdomnych, aż tu nagle, niespodziewanie zjawia się obfity dar od jakiegoś nieznanego piekarza. Albo inne fakty, jeszcze dziwniejsze: dające Nadzieję.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 listopada 2009
Spór o apostołkę Junię

List do Rzymian 15,7
„Pozdrówcie Andronika i Junię, moich krewnych i współwięźniów moich, którzy są bardzo szanowani wśród apostołów i przede mną narodzili się w Chrystusie”.

Tłumaczenie znów naszego zespołu. Z ową Junią mają egzegeci i w ogóle „eklezjałowie" kłopot. Płeć bowiem owej osoby nie jest oczywista: tradycja widziała w niej mężczyznę, Juniasa (biernik „Junian" nie przesądza sprawy gramatycznie). Podejrzewa się jednak tutaj swoisty antyfeminizm: jakże by mogła jakaś kobieta być apostołem... Poza tym męska forma tego imienia nie występuje w innych tekstach greckich, a żeńska ponad 250 razy. Zresztą - to już mój argument - chyba jest bardziej prawdopodobna tutaj para małżeńska Andronik i Junia niż dziwna para dwóch mężczyzn.

11:14, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 listopada 2009
Pouczalstwo

List do Rzymian 15,14
„I ja sam, bracia moi, jestem pewien co do was, że sami też jesteście pełni dobroci, napełnieni wszelkim poznaniem, że możecie jedni drugich pouczać."

Tłumaczenie ekumenicznej bandy czworga. Niestety do pouczania innych nie trzeba prawie nikogo zachęcać. Pomijam już duchowną skwapliwość kaznodziejską w tej dziedzinie, co gorsza, prawie każdy z nas czuje się kaznodzieją powołanym do prawienia bliźnim morałów bez opamiętania. Bez zajrzenia w lustro, czy przypadkiem nie ma w swoim oku sporej belki i nie powinien przede wszystkim pouczyć samego siebie. To niecnota też niejednego publicysty, szczególnie gdy stał się sługą jednej partii.

16:37, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
czwartek, 05 listopada 2009
Nie straszyć owcy

Ewangelia Łukasza 15,1-10

Przypowieść o zgubionej owcy i takiejże drachmie, ważniejszych niż te niezgubione. Jest cała książka Biblioteki „Więzi" pod tytułem „Zgubiona drachma": to dialogi księdza z pisarzami będącymi mniej lub bardziej na bakier z Kościołem. Zrobił je kiedyś świętej pamięci Janusz Stanisław Pasierb dla prasy katolickiej, a Biblioteka „Więzi" zebrała i opatrzyła wstępem Stefana Frankiewicza, dodając rozmowę Tomasza Królaka z samym księdzem Januszem. Byli to mianowicie pisarze głośni: Kazimierz Brandys, Gombrowicz, Herbert, Jastrun, Kijowski. Duchowny rozmówca, sam zresztą przecież pisarz, nie kłania się im w pas pełen kompleksu intelektualnej niższości, ale i nie poucza pełen kompleksu klerykalnej wyższości. Przesłanie książki to może słowa Frankiewicza o pysze naszego potężnego instytucjonalnie Kościoła, która utrudnia mu dialog z ludźmi spoza jego formalnych struktur.

A jeśli to nie instytucjonalna pycha, to w każdym razie przekonanie, które tu ciągle krytykuję, że ewangelizacja polega na polemice. Jakoś naszym biskupom a i niekolorowym duchownym nie przychodzi do głów, że żeby kogoś zbliżyć do Kościoła, nie można go odeń oddalać chłoszcząc publicznie. No bo co z tego, że pani Alicja Tysiąc wygląda na zaciekłą aborcjonistkę, prawującą się ponad sądami polskimi? Po pierwsze, taką nie jest, jej impet jest raczej skutkiem rad feministycznych działaczek, by nie wspomnieć o niektórych działaczach Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ona jest chyba po prostu półniewidomą trojga dzieci. Gdyby jednak nawet była taką ostrą bojowniczką, to elementarny rozsądek psychologiczny nakazuje jakąś delikatną perswazję, nie atak, jakiego dopuścił się „Gość Niedzielny", wsparty potem przez Prezydium Episkopatu.

Analogiczna jest dzisiejsza sprawa włoska. Tam też skarżący podobno mają oparcie w organizacji antykościelnej, cóż jednak właściwie z tego wynika? Trzeba robić wszystko, żeby zatrzeć obraz Kościoła katolickiego jako instytucji bardzo pysznej, panoszącej się od wieków okropnie. Owszem, krzyż jest dla mnie symbolem wszystkiego, co najlepsze w ludzkiej kulturze i moralności. Przypomniałem wczoraj instytucję całkiem świecką przecież, Czerwonego Krzyża, ten znak symbolizuje również państwo szwajcarskie - ale czy można negować fakt, że ludzie kojarzą krucyfiks z Kościołem katolickim? Szczególnie, że chodzi chyba właśnie o krucyfiks, czyli krzyż z figurą Chrystusa, nie do przyjęcia dla większości protestantów (poza luteranami, kompromisowymi w sprawie obrazów i rzeźb), a i dla prawosławnych, którzy mają tylko ikony malowane, rzeźb nie czczą. Polecam jednak lekturę wywiadu na ten włoski temat z byłym prezesem Trybunału Konstytucyjnego RP, profesorem Jerzym Stępniem w najbliższej ”Arce Noego”. 

Nie myślę jednak kategoriami prawnymi ani politycznymi. Zamyśliłem się nad tekstem Ewangelii o zgubionej owcy, której pasterz szuka nie wymachując groźnie pastorałem.

PS. Bardzo ciekawy najnowszy numer „Tygodnika Powszechnego" na temat Medziugorie. Edytorial naczelnego ks. Bonieckiego, artykuł Artura Sporniaka, reportaż Aleksandry Cholewy, wywiad ze zwolenniczką tych objawień Maryjnych Dorotą Szczerbą. Sprawa kontrowersyjna, warto poznać racje za i przeciw. Moja własna racja „za": na kilka lat przed wybuchem jugosłowiańskiej wojny domowej Gospa (Maryja w Medziugorie) zapowiadała ją wyraźnie. Wtedy uznaliśmy to z żoną za wariactwo (taki spokojny teren...), teraz oczywiście zmieniliśmy zdanie.

18:33, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
środa, 04 listopada 2009
Jak nieść krzyż

Ewangelia Łukasza 14, 27

„Kto nie nosi swego krzyża, a nie idzie za mną, ten nie może być moim uczniem"
. Nieść swój krzyż: swoje stałe obowiązki, ale także coś, co przychodzi nagle, niespodziewanie, na ulicy: ktoś całkiem obcy, ale też całkiem bezbronny, zagubiony, pod wozem. Pomóc mu, choćby było nam naprawdę bardzo spieszno gdzie indziej. Krzyż to mówiąc najogólniej etyka radykalnej solidarności.

Ale krzyż to też znak materialny: symbol. Wczoraj doniosły media, że Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał zdejmowanie tego znaku ze ścian w miejscach publicznych, gdy razi on choć jedną osobę. (Taką minimalistyczną interpretację wyczytałem dzisiaj w komentarzu Ewy Siedleckiej: że nie chodzi o zdejmowanie krzyży w ogóle, tylko wtedy, gdy to komuś przeszkadza). Prawo do wyrażania własnych przekonań zdaniem Trybunału powinno w takim przypadku ustąpić prawu do niebycia urażonym. Jeden człowiek ma być w pewnym sensie ważniejszy niż wielu. I to w sprawie krzyża, który dla mnie jest symbolem nie tylko chrześcijaństwa. Przecież Czerwony Krzyż jest w naszym kręgu kulturowym znakiem wartości ogólnoludzkich. A czasy, w których krzyż szedł w parze z mieczem, był znakiem bojowym, naprawdę odeszły w przeszłości: dziś chrześcijanie raczej są prześladowani niż prześladują. Ale - tak zrozumiałem uzasadnienie Trybunału - decydujące jest to, że krzyż (krucyfiks) jest kojarzony z katolicyzmem.  

Trzeba bowiem zapytać, co komu znaczy ten znak. Co komu znaczy poza naszym kręgiem kulturowym, na przykład dla muzułmanów, którzy pamiętają wyprawy krzyżowe. Trzeba też przyjąć do wiadomości, że w Europie komuś krzyż kojarzyć się może naprawdę nie z Ewangelią, ale z potęgą kościelną.

Trzeba wreszcie zapytać, czy w samym znaku krzyża nie zawiera się sugestia, by schować go, gdy choćby komuś jednemu dokucza. Pamiętam komentarz (w formie króciutkiej refleksji, wiersza niemal) Joanny Jurewicz w sytuacji, gdy na oświęcimskim Żwirowisku stawiano krzyż po krzyżu wbrew protestom Żydów): napisała wtedy, że gdyby Chrystus znalazł się w takiej sytuacji, sam zszedłby z krzyża, wziął go z powrotem na ramiona i zaniósł w inne miejsce.

Nieść krzyż wiedząc, że on znaczy przede wszystkim wezwanie dla mnie. Innych ewangelizujmy dobrze pamiętając, jakie jest sedno Ewangelii: absolutne wyzbycie się chęci jakiegokolwiek przymusu.

21:17, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 03 listopada 2009
Pokornym być

List do Rzymian 12,16a

Psalm 131,1

”Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne.”

”Panie, moje serce się nie pyszni

i nie patrzą wyniośle moje oczy.”


Kto może powiedzieć o sobie tak jak Psalmista?

22:49, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Zaduszki i zamyślenia o wszystkim

Ewangelia Jana 14,1-6

”Jezus powiedział do swoich uczniów: - Niech się nie tworzy serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem. Znacie drogę, dokąd ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: - Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: - Ja jestem drogą, prawda i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie"

W tak zwany bardziej popularnie Dzień Zaduszny, czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, mamy aż trzy msze, tak jak w Boże Narodzenie i Wielkanoc, choć dzień ten nie jest nawet świętem, ma tylko rangę liturgiczną „wspomnienia". Oczywiście w prawie każdej polskiej parafii rzymskokatolickiej msza jest odprawiana nawet i w dzień powszechni, a już zawsze w niedzielę parę razy, ale tu chodzi o trzy różne rytuały, w szczególności różne teksty biblijne. Wybrałem ewangelię z mszy trzeciej. 

Mamy tu uspokojenie: Niebo jest obszerne, pomieści wielu. Można też ową wielość mieszkań rozumieć jakościowo: że są to mieszkania rozmaite. Tak jak Jezus jest jedną drogą, ale nie jest to ciasna uliczka, raczej szosa wielopasmowa. Idą Jego drogą także ludzie zgoła pozakościelni, ale też zgoła heroiczni, od Buddy i Sokratesa do Bonhoeffera i Korczaka.

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz": w „Gościu Niedzielnym" wyczytać można, że te słowa biblijne nie bardzo pasują do kremacji zwłok, bo wyprzedza ona czas przecież przyszły owego stwierdzenia. Niepojęte są jednak dla mnie takie opory polskich duchownych wobec urny, na szczęście prymas Glemp w sobotnim wystąpieniu telewizyjnym potraktował ją na równi z trumną. Pewnie że nasze „doczesne szczątki" to też rodzaj relikwii, ale mamy bardziej - by tak rzec - estetyczne: na przykład listy zmarłych, fotografie, filmy. Oraz coś bardziej ulotnego, ale też bardziej obecnego wewnątrz nas: obraz zmarłych we wspomnieniach. Często na szczęście coraz sympatyczniejszy: czas leczy także te rany, goi je, zasłania niebieską mgłą. Zaczyna ich nam brakować, także tych, których za ich życia mieliśmy całkiem dosyć.

Co zaś jeszcze do czci cmentarzy: pochodzi ona chyba z wyobrażenia, że z tych konkretnych „prochów" zmartwychwstaniemy, gdy tymczasem sprawa jest zupełnie inna. Taka konkretyzacja - nie muszę dowodzić - jest praktycznie niemożliwa, a ciało nasze zmartwychwstałe będzie zupełnie inne. Jakie? Pytanie ze swej istoty bez odpowiedzi, bo niebieska kurtyna jest szczelniejsza od jakiejkolwiek ziemskiej. Jedyna możliwa odpowiedź to, że jest TAM ”TOTALITER ALITER” - Całkiem Inaczej. I tu czas na coś, co już nieraz napisałem: że TAM nie ma przecież naszej czasoprzestrzeni, a więc i czasu naszego. Zatem czas przyszły w mówieniu o tej przyszłości nie ma sensu: nasi zmarli już TAM są, nie będą dopiero „na końcu świata", bo to pojęcie zakłada upływ czasu, a on jest tylko TUTAJ. Kardynał Ratzinger miał opory przeciw tej innowacji teologicznej, ale ona nasuwa mi się nieodparcie. Razem z wnioskiem, że nie ma żadnego czasu przejściowego między śmiercią a zmartwychwstaniem, żadnych dusz bez ciała snujących się między ziemią i niebem.

Wracam na ziemię. Nasze przedsionki nieba: świątynie. Książeczka „Architektura i liturgia" ojca Louisa Bouyera, spolszczona przez benedyktyna Piotra Włodygę i krakowskie wydawnictwo ”Astraia”, w oparciu o szkic historii projektuje kościół w ścisłym związku z synagogą. Zapamiętałem z lektury dwie myśli. Pierwsza, że po ostatecznym zniszczeniu Świątyni odpowiednikiem tamtejszych ofiar krwawych staje się w synagodze posiłek sakralny: łamanie chleba i błogosławieństwo nad kielichem. Nie jest to - zaznacza Bouyer - substytut tamtej ofiary świątynnej, ale jej udoskonalenie (w dzisiejszych synagogach ortodoksyjnych szabat zaczyna się od błogosławienia wina w synagodze, potem jest maca i wino w domu). Podobieństwo do Eucharystii jest tym większe, że jest to „zapowiedź i bezpośrednie przygotowanie na przyjście królestwa mesjańskiego", czyli dokładnie to, co w kościele, tylko tu mowa jest o jakiejś już aktualnej obecności Chrystusa, czyli Mesjasza, o jakimś już urzeczywistnieniu Powtórnego Przyjścia, czyli Paruzji.

Jakim? Nie tylko katolicy („rzymscy" i starokatolicy), także prawosławni i luteranie wierzą w rzeczywistą, prawdziwą, nawet - wyrażenie scholastyczne - substancjalną obecność Chrystusa w chlebie i winie. W tym kierunku idą w ogóle uzgodnienia międzywyznaniowe. Europejscy luteranie dogadali się na temat obecności „realnej" z kalwinistami (ewangelikami reformowanymi) i metodystami. Ci drudzy i trzeci szli dotąd za Kalwinem mówiąc o obecności realnej, ale duchowej. A to dogadanie się jest możliwe, gdy nie „materializuje się" już eucharysycznej wiary katolickiej (i prawosławnej), nie wpada się już w jakiś komunijny „kanibalizm". Wyjściem „pomiędzy" jest symbolistyczna interpretacja tej obecności, ale nie w duchu teologii Zwingliego, tylko symbolizmu eucharystycznego starożytnego, gdzie symbol - w duchu platońskim - partycypuje już jakoś w rzeczywistości, do której się odnosi. A w ogóle to przydaje się bardzo w każdej dziedzinie teologii prawosławna niechęć do „dokręcania" intelektualnego każdej kwestii: mniej racjonalizmu, więcej mistycyzmu! Eucharystyczne misterium, czyli tajemnica: nie zgadujmy, czego zgadnąć się nie da.

Druga myśl z książeczki Bouyera: ksiądz twarzą do ludu albo nie, nie w tym rzecz, najważniejsze, by nie było to przedstawienie dla ludu, ale modlitwa wspólna z ludem! Cały lud ”mszy” (wyrażenie ks. Pasierba). Czego nie ma w rycie trydenckim - ale przecież także i w prawosławiu. Tam jest to cudowny, ale koncert, tyle że śpiewa też chór. Ale śpiewa chór, a nie cała wspólnota, skąd powiedzenie, że Cerkiew rosyjską zgubiły chóry. ”Zdezaktywizowały” laikat, przez co go zlaicyzowały. Niechcący pomogły komunizmowi.

A propos laikatu informacja o kolejnej książeczce, małej, ale ważnej. Ks. Leszek Slipek, proboszcz warszawski (z kościoła na Chłodnej), wydał w Wydawnictwie Archidiecezji Warszawskiej wraz ze świeckim Wojciechem Rogozińskim „Rozmowy księdza z wierzącym grzesznikiem" (świetne rysunki ks. Pawła Dudzińskiego!) Na szczęście w „Słowie wstępnym" arcybiskup Kazimierz Nycz precyzuje, że chodzi o dialog między „księdzem (też grzesznym) a wierzącym grzesznikiem świeckim", bo księża nie są niepokalanie poczęci, a też są wierzący. Arcybiskup warszawski ustawia problem jeszcze dobitniej pisząc, że obie te strony są Kościołem, obie są odpowiedzialne za Kościół. Co zresztą oczywiście autorzy świetnie rozumieją. 
A w tej rozmowie laik Rogoziński pozwala sobie na przykład tak: ”Nawiązując do tego, co mówisz: mam wrażenie, że polski Kościół powinien w końcu zdobyć się na konkretną lustrację, otrząsnąć się z tych wszystkich pasożytów, które na nim żerują, ogrzewają się w cieple Kościoła, czerpią poczucie bezpieczeństwa z jego potęgi, ale per saldo ten nasz Kościół kompromitują. Załatwiają sobie przy jego pomocy jakieś własne sprawy. Nie są autentyczni. A ludzie, którzy ich widzą i którzy utożsamiają ich z Kościołem, czym prędzej od nas uciekają. Kościół to nie jest - kurczę blade - cicha przystań! Czy możesz mi wytłumaczyć, dlaczego tak rzadko otwiera się na ludzi krnąbrnych, niepokornych? Przecież jeśli ci ludzie są, jacy są - to znak, że myślą. Że przeszli jakąś drogę. Że możemy mieć z nich wielki pożytek. Tylko człowiek, który coś w życiu przeszedł, może tłumaczyć innym, czy dana droga jest dobra, czy nie.” 

Ksiądz Slipek mówi wcześniej to samo i w ogóle nie czuje się w obowiązku bronić Matki Kościoła w zaparte, więc rzecz jest do czytania. A problem owych pasożytów jest zgoła niewąski! Niebezpieczna jest ta eklezjalna tendencja do szukania przyjaciół tylko wśród klakierów. Krytyków posądza się o najgorsze. Wydawnictwo katolickie krakowskie M wydało właśnie grubą powieść znanego dziennikarza i pisarza kanadyjskiego Michaela D. O`Briena pt. „Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy". Moje wrażenie po uważnej lekturze jest takie, że jest to „Kod Leonarda da Vinci" do góry nogami. Autor również obsmarowuje przeciwnika piekielną smołą, tyle że widzi go nie w Kościele rzymskokatolickim, ale we współczesnej „laicy". Bohaterem absolutnie negatywnym, antychrystem wręcz jest prezydent Unii Europejskiej. Elegancki, bardzo sympatyczny sławny intelektualista profesor, w istocie łajdak, ba, bandyta wręcz, morderca! Zaprawdę rydzykizm szaleje nie tylko nad Wisłą.

Na koniec piękny cytat z książeczki Henryka Makowskiego „Msza dla maluczkich". 

”Wierzę w Niewidzialnego i dotąd nigdy nie widzianego Boga, prawdziwie wierzę. Wierzę poobijany przez życie, wierzę prawie bez argumentów. Wierzę, by mieć ostatnią nadzieję w ciemności, żeby pogadać, rękę przyjaźnie podać, przytulić się i zapłakać. Wierzę nie dla nagrody i dla świętości biurokratycznie ogłoszonej. Wierzę do ostatniego ziarenka zdrowaśki, by łatwiej innych zrozumieć i uśmiechnąć się łatwiej. Wierzę, gdyż uznaję prawdę o Twoim istnieniu. Zależność między Bogiem a mną tworzy więź, człowieczo potrzebną świadomość, że ktoś jest jako ostateczne ogniwo Hiobowego odwołania”.

17:34, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
niedziela, 01 listopada 2009
Święci całkiem wszyscy

Ewangelia Mateusza 5,1-12a

”Błogosławieństwa”. Pasują znakomicie do dojrzewającego w moim Kościele przekonania, że metryka katolicka nie jest warunkiem uznania za świętego (są już różne znaki zapowiadające jakby jakieś katolickie akty formalne w sprawie różnych Korczaków i Bonhoefferów). A o 1 i 2 listopada napisałem w „Metrze" tak oto. 

Święta Zmarłych: tak się potocznie nazywa w Polsce pierwsze dni listopada. Ktoś narzekał, że to terminologia komunistyczna, że przecież są to dwa różne święta: 1 listopada wspominamy ludzi oficjalnie uznanych za świętych, dzień później ”wszystkich wiernych zmarłych”. Ja jednak nie mam nic przeciwko tej akurat swoistej laicyzacji. Niech katolicy będą bardziej precyzyjni, ja jednak cieszę się, że są każdego roku takie dwa dni , kiedy myślimy o tych, co kiedyś byli blisko nas. Zastanawiamy się, czy nie są jednak dalej gdzieś bardzo daleko, i wspominamy ich obecność na tym świecie.

Zresztą może te dwa święta rzymskokatolickie są trochę na podobny temat. W moim Kościele mówi się coraz mocniej, że świętych jest znacznie więcej: wielcy duchowo nie są tylko ci, których wartość moralną stwierdzono oficjalnie. Są nieraz poza formalnymi granicami tej akurat społeczności religijnej: męczennik agnostyk Janusz Korczak nie jest tu jedynym argumentem. Na szczęście ciasnota powoli przestaje być cnotą. Widać ją jakby co prawda w oficjalnej nazwie ”Zaduszek”: modlimy się przecież na cmentarzach nie tylko za ”wiernych zmarłych”, nie tylko za ”dobrych katolików”.

Ale nad grobami wyzbywamy się również naszej najprywatniejszej ciasnoty. Nasi zmarli bliscy jakby z czasem zbliżają się do nas. Byli za życia dalecy: lubiliśmy ich, ale jak ich nie było, mieliśmy ich po dziurki w nosie. Czas jednak leczy rany, które zadawaliśmy sobie nawzajem. Im dalej, tym wydają się nam sympatyczniejsi, bo przybywa nam wyrzutów sumienia. 

10:43, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
Archiwum