Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 30 listopada 2008
Adwent, ale i Andrzej
Ewangelia Marka 13, 33

„Jezus powiedział do swoich uczniów: - Uważajcie i czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie."

Od wczoraj wieczorem adwent, czyli oczekiwanie na dwa przyjścia. Na święta upamiętniające Jego przyjście wtedy i na przyjście powtórne, w mocy i chwale, podobne do tych wyobrażeń o nadejściu Mesjasza, jakie mają wyznawcy judaizmu. Ale prastara tradycja chrześcijańska skłonna jest dodawać tutaj jeszcze jedną wizytę Jezusa: w człowieku równie bezradnym jak tamto dziecko w Betlejem, oczekującym naszej pomocy. Termin owych odwiedzin nie jest tak eschatologicznie tajemniczy, jak Paruzja, ale też zupełnie nie wiemy, kiedy nam się coś podobnego przytrafi. Zatem czuwajmy, nie ma rady.

Dziś pierwszy dzień adwentowy, ale i Andrzejowy zarazem: święto tego Apostoła, Piotrowego brata. Pisałem już tu nieraz, że wśród Dwunastu jest jednym z najważniejszych. Jezus powołał go przed Szymonem Piotrem, tym najważniejszym. Andrzej jest też bardzo ważny dla prawosławia jako patron Konstantynopola, dla ekumenizmu jako brat „rzymskiego" Piotra i wreszcie dla Polski. Odsyłam znów do książeczki „Dwunastu Apostołów", gdzie arcybiskup Jeremiasz suponuje, że Andrzej mógł przejść poprzez (przyszłe) Bizancjum i Kijów, w drodze dalej na północ (jest patronem Szkocji!) przez przyszłą Polskę. Jeśli tak, to może by się zajął trochę ojczyzną naszą. Wyobrażam go sobie mianowicie jako wzór skromności: może było tak, że Jezus nie wziął go na górę Przemienienia ani potem do Ogrójca, a zabrał Jakuba i Jana, bo tamci bardziej się pchali (że byli żądni zaszczytów, wiemy też z Ewangelii). To oczywiście hipoteza apokryficzna, ale może nie idiotyczna. A morał mój polityczny jasny.
08:53, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
By nam nie czyniono ujmy, nad swym sercem wciąż pracujmy

Wpis na sobotę, 29 listopada

Ewangelia Łukasza 21,34

„Jezus powiedział do swoich uczniów: - Uważajcie na siebie, aby wasze serce nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask."

Chrześcijańska tradycja moralistyczna sugeruje, że „ten dzień" to nie tylko ów ostateczny, ale i inne, że to właściwie każdy dzień naszego życia, bo każdy może okazać się egzaminem. Musimy nieustannie trenować. „Praca nad sobą" to wyrażenie stare, ale jare. „Przyzwyczajenie jest drugą naturą" - powiedział już Arystoteles. Formujemy się każdego dnia.

A „Praca nad sobą" jest dziś tytułem czasopisma, które redaguje w Krakowie kapłan Starokatolickiego Kościoła Mariawitów, skądinąd uczony astronom, ksiądz profesor M. Paweł Konrad Rudnicki. W zeszycie 50. tego „aperiodyku" (dowcipne samonazwanie czasopisma ukazującego się nieregularnie) jest tekst wstępny pod tytułem „Porównywanie", a tam myśl takowa: „Na jakim stopniu rozwoju wewnętrznego byśmy się nie znajdowali, zawsze jesteśmy średni. Zawsze i pod każdym względem (...) znajdziemy ludzi gorszych i lepszych od nas. Jeśli w myślach będziemy mieli zwyczaj porównywać się właśnie z tymi lepszymi, będzie to dla nas z korzyścią. Rozmyślanie o tych gorszych korzyści nie da."

Chyba, że mamy ostry kompleks niższości: wtedy porównanie „w dół" może być terapią. Choć moje doświadczenia są takie, że z „dołka" trudno wyleźć samemu, na kompleks nawet komplement nie pomoże. Chyba że jakiś mocny.

08:52, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 28 listopada 2008
Co przemija, co nie

Ewangelia Łukasza 21, 32-33

„Zaprawdę powiadam wam: nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą".

Co oznaczają te proroctwa? Biblia Poznańska odsyła do komentarza, jakim opatrzyła analogiczne słowa w Ewangelii Marka 13, 30-31. Oto on: „Rzeczownik genea (= pokolenie) oznaczać może naród żydowski. Wówczas całe zdanie wyrażałoby myśl, że naród żydowski istnieć będzie aż do końca świata, jeżeli zaś »pokolenie« oznacza ludzi współczesnych Chrystusowi, a «wszystko» to zburzenie Jerozolimy, to całe zdanie miałoby sens taki: zanim żyjące za czasów Chrystusa pokolenie Żydów wymrze, spełnią się słowa Jezusa o zburzeniu miasta. Wielu Ojców Kościoła uważa słowa Chrystusa za zwrot literacki, który ma z naciskiem podkreślić, że obie zapowiedzi na pewno się urzeczywistnią. Nie zawierają więc żadnej wskazówki co do czasu, w którym zburzenie Jerozolimy nastąpi. Przysłowiowa forma: «Niebo i ziemia przeminą» jest równoznaczna ze zdaniem: raczej świat przeminie, aniżeli nie spełni się to, co powiedziałem."
Sprawa rozumienia proroctw Jezusowych jest skomplikowana, bo przepowiednie „końca świata", czyli Jego powtórnego przyjścia, mieszają się z zapowiedziami końca epoki w historii żydowskiej. czyli zburzenia Jerozolimy. Była to zresztą rzeczywiście katastrofa niesamowita: „po czteroletniej wojnie (r. 66-70) Jerozolima została zrównana z ziemią, prawie milion Żydów poległo, a około stu tysięcy - jeśli wierzyć  Józefowi Flawiuszowi - poszło do niewoli." („Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu").

Mój własny komentarzyk melancholijny: przemijanie wszystkiego jest równie oczywiste, jak trudne do wyobrażenia. Myślę o tym, co będzie za tydzień, miesiąc, rok jako o czymś dziwnie mało realnym. Śmierć osób bliskich, to, że ich nie będzie kiedyś, wydaje mi się jakby nieprawdopodobne. I oto staje się to wszystko, staje się już tylko wspomnieniem.
Nie przemijają natomiast wielkie prawidła etyczne, te najogólniejsze, najbardziej oczywiste. Choć i one wyłaniają się powoli z mroku w ciągu dziejów i tylko powoli przekonujemy się we własnym życiu, że jednak to wszystko prawda.

19:39, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
czwartek, 27 listopada 2008
„Kto za życia choć raz był w niebie..."
Księga Apokalipsy 19,9a

„Anioł powiedział do mnie: - Napisz: szczęśliwi, ci, którzy są zaproszeni na ucztę weselną Baranka".

Tym razem słowa anioła do mego imiennika przepisuję z Paulistki, nie z Tysiąclatki, dlatego między innymi mamy tu „szczęśliwych", nie „błogosławionych". Różnica niewielka, tłumaczyłem tu nieraz, skąd się wzięły takie dwie opcje translatorskie, a teraz tłumaczę, że ci, co są na uczcie Baranka, czyli w niebie, są owszem, szczęśliwi, ale poza tym są przez ludzi na ziemi błogosławieni, bo zrobili dużo dobrego. Nie myślę tutaj o urzędowych beatyfikacjach i kanonizacjach: według niektórych mędrców kościelnych nawet te drugie orzeczenia eklezjalne nie są nieomylne (vide „Fabryka świętych"!). Myślę natomiast, że ci, co są na pewno blisko Dobra, na pewno są szczęśliwi, ale też błogosławią ich, czyli chwalą, ci, co na ziemskim padole pamiętają, ile dobrego zrobili idąc przez doczesne życie.

Chyba że są trochę czepialscy, jak ci, co nie rozumieją, że ojciec Kolbe swoim czynem ultraheroicznym zmazał swoje winy wobec Żydów, swoją jakąś odpowiedzialność za okropny antysemityzm „Małego Dziennika" i mniejszy „Rycerza Niepokalanej". Są dowody w jego listach z Japonii, że ten pierwszy antysemityzm go niepokoił, martwił, że sam też na tle przedwojennego ciemnogrodu nie wypadał najgorzej (polecam książkę siostry Kingi  Strzeleckiej, urszulanki!). Ale przede wszystkim zrobił potem coś, co czyni go świętym i cześć!

Jest o Kolbem trochę, jak już pisałem, w „Fabryce świętych". A poza tym przypomniały mi się „Dziady": „Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie wejdzie tam od razu". Inaczej mówiąc, święci to ci faceci (i „babki" - a jakże!), co usiłowali naprawiać świat tak silnie, że przy tej obróbce obrywali potężnie. O czym wiele w „Fabryce", na przykład w opowieści o Kornelii Connelly, żonie księdza amerykańskiego z XIX wieku! Kto przeczyta, nie straci!
22:50, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
środa, 26 listopada 2008
Nasza padaczka powszednia. Pio Nono

Księga Apokalipsy 15,2-4

„Zobaczyłem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże."


Bestia, Rzym cezarów, została zwyciężona. Historia wymierza sprawiedliwość, tylko zanim to uczyni, giną tysiące sprawiedliwych. Jest nierychliwa. Ale wielcy są ci, którzy w tym stanie rzeczy nie tracą nadziei. Którzy - jak czytamy dalej w dzisiejszym tekście Apokalipsy - ”śpiewają pieśń Mojżesza, sługi Bożego, pieśń Baranka w słowach:
Dzieła Twoje są wielkie i godne podziwu, Panie, Boże wszechwładny.
 Sprawiedliwe i wierne są Twoje drogi, o Królu narodów.
 Któż by się nie bał, o Panie, i Twego imienia nie uczcił?
 Bo Ty sam jesteś Święty,
 bo przyjdą wszystkie narody i padną na twarz przed Tobą,
 bo słuszne Twoje wyroki stały się jawne.”
To wizja eschatologiczna. Póki co, padamy na twarz patrząc w lustro.

Jest dzisiaj w Biblii o świętych, zatem kolejna okazja, by napisać znów co nieco o bogatej w „eklezjalia" książce pt. „Fabryka Świętych" (wydawnictwo krakowskie M jak miłość).

Co do występujących tam ludzi: bohaterami dzieła są niektórzy w miarę współcześni papieże. Zaczynając od najdawniejszego wśród nich, donoszę, że dość dokładnie opowiedziane są problemy z beatyfikacją Piusa IX. Był to ten papież, który miał nieszczęście żyć w czasach, gdy „papistyczny" Kościół z wielkim trudem dogadywał się ze współczesnością. Zasłynął ów Pius dziełem zwanym Syllabusem, będącym przedziwnym spisem poglądów zdaniem papieża głęboko błędnych. Dziś tekst - jak by go nie bronić tym i owym - brzmi tragikomicznie. Ja jednak bronię konserwatyzmu „Pio Nono" takim argumentem psychoanalitycznym: z początkowego liberała stał się wrogiem wszystkich, co o wolność obywatelską walczyli, gdy ludzie z tego obozu politycznego zamordowali mu najbliższego współpracownika (dziś nazywałby się sekretarzem stanu). To nie usprawiedliwienie, w każdym razie nie całkowite - ale na pewno właśnie wytłumaczenie psychicznego mechanizmu papieża.

O tej sprawie akurat w „Fabryce" nie wyczytałem nic, jest natomiast o innych. Akta  procesu beatyfikacyjnego stawiają pytanie, czy papież wykazał się męstwem ducha, uciekając z Rzymu przed wrogimi wojskami. Następnie - co myśleć o owym Syllabusie. W końcu - „czy papież zapewnił ojcom I Soboru Watykańskiego pełną wolność w badaniu i rozważaniu dogmatycznej definicji papieskiej nieomylności. Czy papież zachował dobre obyczaje i pełen szacunek wobec tych, którzy sprzeciwiali się kwestii nieomylności, i czy po soborze nie okazywał pewnej urazy wobec sprzeciwiających się biskupów pomimo faktu, że wszyscy w końcu przyjęli tę definicję." Autor „Fabryki", K. L. Woodward, informuje, nie agituje, więc podaje też racje obrony. Jakie? Odsyłam do książki.
W końcu Pius IX został beatyfikowany razem z późniejszym o cały wiek Janem XXIII, który pokochał współczesność miłością serdeczną.

17:00, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
wtorek, 25 listopada 2008
Grona ludzkiego gniewu
Księga Apokalipsy 14,14-20

„Ja, Jan, ujrzałem: Oto biały obłok, a Siedzący na obłoku, podobny do Syna Człowieczego, miał złoty wieniec na głowie, a w ręku swoim ostry sierp. I wyszedł inny anioł ze świątyni, wołając głosem donośnym do Siedzącego na obłoku: - Zapuść twój sierp i żniwa dokonaj, bo przyszła już pora dokonać żniwa, bo dojrzało żniwo na ziemi. A Siedzący na obłoku rzucił swój sierp na ziemię i ziemia została zżęta. I wyszedł inny anioł ze świątyni, która jest w niebie, i on miał ostry sierp. I wyszedł inny anioł od ołtarza, mający władzę nad ogniem, i donośnie zawołał do mającego ostry sierp:- Zapuść twój ostry sierp i poobcinaj grona winorośli na ziemi, bo jagody jej dojrzały. I rzucił je do tłoczni ogromnej Bożego gniewu. I wydeptano tłocznię poza miastem, a z tłoczni krew trysnęła aż po wędzidła koni na tysiąc i sześćset stadiów.”

Przypomina się późniejsza literatura piękna: „Grona gniewu" Steinbecka, „Żniwo na sierpie" - powieść Hanny Malewskiej o Norwidzie.

Sierp - narzędzie Bożego gniewu, grona winorośli to „wszelkie zło nagromadzone w historii całego świata, które na końcu czasów zostaje osądzone z całą surowością (krew)". Takie jest wyjaśnienie Paulistki, a Poznanianka wyjaśnia liczbę 1600: czwórka to liczba kosmosu (chodzi o cztery strony świata), podniesiona do kwadratu i pomnożona przez czynnik mnogości, czyli sto, daje liczbę oznaczającą, że „zagłada będzie miała światowe rozmiary, a nikt z wrogów nie ujdzie kary".

Tyle wyjaśnienia egzegetycznego - a mój komentarz etyczny? Mamy tu oczywiście obraz Boga karzącego straszliwie. Dziś wyobrażamy Go sobie inaczej: mówimy raczej. że to ludzie sami się karzą, że Bóg jest bardziej Miłosierdziem niż Sprawiedliwością (encyklika Jana Pawła II „Dives in misericordia", święta Faustyna, błogosławiony Michał Sopoćko). Pytamy raczej, jak pogodzić wiarę we wszechmoc Bożą i w Jego „opatrzność" ze wszystkimi potwornościami moralnymi wszystkich czasów. I nie uspokaja nas to, że na końcu tego świata, tego nieba i tej ziemi, zło zostanie jakoś osądzone i zakończone. Czy na pewno ludzka wolna wola jest aż tyle warta, że może być jej ceną nieustanny Auschwitz, Kołyma, Tsunami? Albo inaczej, ostrożniej: czy Bóg nie może przynajmniej nie stwarzać ludzi szatańsko podłych? Tu już nawet nie chodzi mi o straszliwe szkody, które ci opętańcy czynią innym, ale o ich własny los pośmiertny. Czy Boży sierp i tłocznia muszą ich ciąć i cisnąć na wieki wieków? Czy na pewno Bóg jest aż tak mało wszechmocny, że pozwala czasem zwyciężać Szatanowi?

„Gdzie był Bóg": pytanie pełne gniewu innych synów człowieczych. Nadzieja powszechnego zbawienia jest dla mnie warunkiem sine qua non wiary w Boga Ojca Wszechmogącego. Jest moim minimum minimorum dla tej wiary.
15:48, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 24 listopada 2008
Fabryka świętych
Księga Apokalipsy 14,1-3.4b-5

”Ja, Jan, ujrzałem: a oto Baranek stojący na górze Syjon, a z Nim sto czterdzieści cztery tysiące, mających imię Jego i imię Jego Ojca na czołach swoich wypisane. I usłyszałem z nieba głos jakby głos mnogich wód i jakby głos wielkiego grzmotu. A głos, który usłyszałem, brzmiał, jak gdyby harfiarze uderzali w swe harfy. I śpiewają jakby pieśń nową przed tronem i przed czterema Zwierzętami, i przed Starcami: a nikt tej pieśni nie mógł się nauczyć prócz stu czterdziestu czterech tysięcy wykupionych z ziemi. Ci Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie. Ci spośród ludzi zostali wykupieni na pierwociny dla Boga i dla Baranka, a w ustach ich kłamstwa nie znaleziono: są nienaganni”.

144000 to oczywiście liczba symboliczna. Zawiera świętą liczbę 12 podniesioną do kwadratu i pomnożoną przez tysiąc, czyli oznacza wielką mnogość. Można z tego wyciągnąć wniosek, że autor księgi ma optymistyczną wizję zbawienia ludzkości, bo ci „wykupieni z ziemi” to oczywiście święci, czyli ci, którzy osiągają radość i pokój Nieba. Zatem jest ich według owego Jana bardzo wielu, co potem było po wielekroć kwestionowane.

Właśnie skończyłem czytać książkę, którą tu już sygnalizowałem we wpisie na uroczystość Wszystkich Świętych. Dzieło (484 strony!) zwie się w przekładzie polskim „Fabryka świętych”. Brzmi to, szczególnie jak na katolickie wydawnictwo M, mało życzliwie wobec „fabrykanta”, czyli oczywiście instytucję zwaną nieściśle Watykanem (nazwa precyzyjniejsza: Stolica Apostolska) - ale książka stanowczo nie jest antykatolicka. Określenia użył w rozmowie z autorem, dziennikarzem amerykańskim Kennethem L. Woodwardem, któryś z jego rozmówców watykańskich i był to żart oczywiście dobrotliwy.
Książka nie tylko nie jest antykatolicka: służy wiernie mojemu Kościołowi ogromną mnogością wiadomości. Załadowała mi do reszty kompleksy zawodowe: chciałbym tyle wiedzieć o mechanizmach działania Kurii Rzymskiej; o Kościele w ogóle. Ale właśnie w szczególności o watykańskim urzędzie zajmującym się wynoszeniem na ołtarze, beatyfikacjami i kanonizacjami.

Chciałbym tyle wiedzieć o historii tych działań, związanych najpierw ściśle z relikwiami i grobami świętych, początkowo głównie oddolnych, potem coraz bardziej centralizowanych. Tyle o kształtującym się później i wciąż ewoluującym systemie prawnym, służącym owym decyzjom. Książka jednak jest dziełem dziennikarza, nie uczonego, przedstawia zatem całą tę problematykę operując licznymi przykładami. Spis problemów - rozdziałów zawiera zatem między innymi takie hasła: „Świadectwo męczenników”, „Mistycy”, „Wizjonerzy i sprawcy cudów”, „Nauka o cudach, cuda nauki”, „Struktura świętości - dowód heroiczności cnót”, „Święci papieże - kanonizacja jako polityka Kościoła”, „Świętość i seks”, „Świętość i życie umysłowe”. To sprawy -  a ludzie między innymi tacy: Dorothy Day, amerykańska działaczka na rzecz robotników, Oscar Romero, arcybiskup San Salwadoru, zamordowany przez bojówki skrajnej prawicy, Maria Goretti, zamordowana przez sąsiada dziewczynka, która nie dała się zgwałcić, Edyta Stein (wiadomo, kto), Titus Brandsma, pierwszy katolicki męczennik epoki nazistowskiej, Maksymilian Kolbe (jak wyżej), Marcelo Callo, też ofiara nazizmu, Padre Pio, mistyk, stygmatyk, wizjoner i spowiednik niesamowity, ale również obiekt takiej miłości płci nadobnej (z wzajemnością), że nie można wyśmiać podejrzeń o erotyczność tych relacji. No właśnie: są to - i wiele innych - postacie nieraz w ogóle znane, ale autor podaje tyle mniej znanych szczegółów, problemów, jakie osoby te stwarzały rzymskim ”fabrykantom”, że książka jest naprawdę warta lektury.

Czasem co prawda Woodward opowiada nie o problemach, które stwarzali kandydaci na ołtarze, ale których nie stwarzali, choć jego zdaniem powinni. Chodzi mi tu głównie o założyciela Opus Dei, Josemarię Escrivę de Balaguera. Jak wielu katolików i niekatolików zachodnich, autor nie darzy go sympatią. Nie tyle z racji konserwatywnych poglądów, ile jego zdaniem nieświętych cech charakteru. Co do mnie, wydaje mi się, że miary polskie i zachodnie są wciąż zupełnie inne. W Polsce Opus Dei to raczej jakieś „centrum”, w zestawieniu z radiomaryjną nienawiścią do świata. Przydało się mojemu polskiemu Kościołowi bardzo, gdy lokalne władze kościelne nie kwapiły się, by pohamować chucie arcybiskupa Paetza.

A zresztą - zaznaczam - Woodward naprawdę jest informatorem, nie pamflecistą. Starał się dowiedzieć jak najwięcej i najgłębiej, przedstawia racje za i przeciw w sprawach dyskutowanych za Spiżową Bramą. Pokazuje złożoność problematyki, która stała się jego pasją. Dowiadujemy się, jak nieproste są sprawy, które laikom wydają się oczywiste. Nawet przecież męczeństwo ojca Kolbego wydaje się na pozór bezsporne - ale stwarzało papieżowi Pawłowi VI takie problemy, że był początkowo przeciwny jego beatyfikacji. No bo, owszem, męczennik, ale czy rzeczywiście za wiarę? Czy został zabity dlatego, że był księdzem katolickim? Gdyby tak było, zginąłby od razu, nie dopiero wtedy, gdy poszedł na śmierć za bliźniego swego. Stworzono zatem termin „męczeństwo miłosierdzia”. A Edyta Stein? Przecież poszła do gazu dlatego, że była Żydówką, nie dlatego, że była konwertytką na katolicyzm. Tak w każdym razie uważają autorzy żydowscy, których jej wyniesienie na ołtarze nie podobało się. Jan Paweł II poradził sobie jakoś z tym problemem, argumentując w homilii beatyfikacyjnej między innymi tak, że powodem jej męczeństwa był list biskupów holenderskich protestujący przeciw deportacji Żydów, którego ogłoszenie (wbrew naciskom władz niemieckich) sprowokowało nazistów. Zresztą to argument obrońców Piusa XII, dowodzących, że milczenie było lepsze niż protesty.
Zaledwie liznąłem materiał „Fabryki”. Wrócę do niej jeszcze.
17:07, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
środa, 19 listopada 2008
Święty Łukasz wołem - przenigdy!
Apokalipsa 4,6-8

„Przed tronem niby szklane morze podobne do kryształu, a w środku tronu i dokoła tronu cztery Zwierzęta pełne oczu z przodu i z tyłu. Zwierzę pierwsze podobne do lwa, Zwierzę drugie podobne do wołu, Zwierzę trzecie mające twarz jak gdyby ludzką i Zwierzę czwarte podobne do orła w locie.”

Oto cała Apokalipsa: obrazów dziwnych legion. Przepisałem tekst Tysiąclatki z cennego periodyku „Oremus”, ale wyjaśnienie niech będzie z „Paulistki” (napisałem był tu o tej nowej polskiej Biblii): „Cztery istoty żywe: obraz nawiązujący do Ez[echiela] 10,20. Liczba cztery jest używana w Apokalipsie dla wyrażenia całej rzeczywistości świata stworzonego. Cztery istoty symbolizują wszystkie stworzenia żyjące: zwierzęta dzikie i oswojone, ptaki oraz ludzi. W sztuce chrześcijańskiej przyjęto te cztery istoty jako symbole czterech ewangelistów, ale tekst Apokalipsy nie wskazuje na taką interpretację.” Aha, jeszcze co do wyglądu owych stworów: czytamy w wierszu kolejnym, że miały „po sześć skrzydeł i mnóstwo oczu na zewnątrz i wewnątrz”. A co do ich działalności: „Powtarzały one nieustannie w dzień i w nocy:
„Święty, Święty, Święty,
Pan Bóg wszechmocny,
który był, który jest i który przychodzi”.

Mamy tu definicję Boga, rozbudowane samookreślenie dane Mojżeszowi na Synaju: „Jestem, który Jestem”.
Co zaś do tego, czy chodzi tu o Ewangelistów, nie wypowiadam się jako wciąż wicebiblista. Jeśli rozumieć owe oczy także wewnętrzne jako jakiś n-ty zmysł pozwalający widzieć szczególnie wyraźnie sprawy duchowe, to może faktycznie chodzi tu o czterech autorów dzieł genialnych - ale, jak napisałem, „egzegeta? ale gdzie ta!”.
Natomiast zgłaszam stanowczy protest przeciwko przypisywaniu któremukolwiek z ewangelistów zwierzęcia skądinąd raczej poczciwego, jakim jest wół! A już niemal bluźnierstwem jest twierdzić, że tym ociężałym fizycznie i psychicznie bydlęciem ma być Łukasz (taki ma przydział podły w owej poczwórnej symbolice)! Jak wiadomo powszechnie, z tych czterech wielkich pisarzy on był najlepszy literacko. Nie tylko jego greka była najpowabniejsza, także jego przypowieści o miłosiernym Samarytaninie i takimże ojcu sa najpiękniejsze.

Długość tekstu to inna sprawa, ale nie całkiem: mój biblistyczny mistrz i przyjaciel pastor Mietek Kwiecień zadał sobie kiedyś trud policzenia wyrazów w Ewangeliach (przede wszystkim w oryginale) i wyszło mu na to, że najdłuższa Ewangelia nie jest Mateuszowa (ma najwięcej rozdziałów, ale to rzecz bardzo umowna, bo rozdziały składają się z wersetów, a te są różnej długości), jeno Łukaszowa właśnie. Jest ona zresztą  najdłuższa w całym Nowym Testamencie!

Na koniec: co do Łukasza i jego przypowieści, udaję się jutro osobiście do Gdańska, by tam wygłosić homilię na rodzinnym weselu (na Mszy świeckim nie wolno, na weselu jeszcze Kościół nie zakazał) na temat przypowieści o „wieczerzy wielkiej” (Łk 14, 16-24). W związku z powyższym nie będę blogował aż do przyszłego tygodnia. Amen!
15:20, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
wtorek, 18 listopada 2008
Wypluć nijaczka
Apokalipsa 3,15-16

„Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię z mych ust wyrzucić.”


Powiedzenie wręcz przysłowiowe, które przeszło do polskiego języka w wersji „wypluć”. Ma ją też nowa polska Biblia księży paulistów, a na marginesie podaje, że wyrażenie greckie znaczy nawet „zwymiotować”. Zajrzałem do wydania grecko-polskiego ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego, a tam jest wręcz „wyrzygać”. Apokalipsa szczególnie nie przebiera w słowach.

Bo też taka nijakość to postawa paskudna. Takie ślizganie się przez życie, duchowa obłość. Jakże częsta wśród duchownych, jakże rzadka wśród świętych, czyli ludzi, którym nie było wszystko jedno.
12:57, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Cóż to za Jan? Albumik o Pawle. „O co pytają dzieci”
Księga Apokalipsy 1,1

„Objawienie Jezusa Chrystusa, które dał Mu Bóg, aby ukazać swym sługom, co musi stać się niebawem, i wysławszy swojego anioła, oznajmił przezeń za pomocą znaków słudze swojemu Janowi.”

Problemów huk. Co to za Jan, Apostoł i Ewangelista, czy ktoś inny? Dyskusja odwieczna dosłownie, już od Papiasza z Hierapolis, czyli II wieku. Bibliści polscy są ostrożniejsi, bardziej tradycyjni, zaglądam zatem do Biblii Jerozolimskiej (polskiej, z tekstem Tysiąclatki, ale calutkim „aparatem” dzieła francuskiego o ogromnym autorytecie naukowym) i czytam tam:
„Tradycja, reprezentowana już przez św. Justyna i szeroko rozpowszechniona na końcu II w. [tu kilka wielkich nazwisk tamtoczesnych - JT] utożsamia autora ze św. Janem Apostołem, autorem czwartej Ewangelii. Jednakże, jak się wydaje, aż do V wieku Kościoły Syrii, Kapadocji, a nawet Palestyny nie włączały Apokalipsy do kanonu Pism, co stanowiłoby dowód, że nie uważały jej za dzieło któregoś z Apostołów (...). Z drugiej strony, jeśli nawet w Apokalipsie Jana jest widoczne niezaprzeczalne pokrewieństwo z innymi pismami Janowymi, to różni się od nich bardzo wyraźnie językiem, stylem i niektórymi poglądami teologicznymi (zwłaszcza dotyczącymi paruzji Chrystusa), tak że trudno bez zastrzeżeń przypisać ją temu samemu autorowi. Mimo wszystko trzeba jednak stwierdzić, że pozostaje ona dziełem o inspiracji Janowej, napisanym w bezpośrednim otoczeniu Apostoła i przenikniętym jego nauczaniem. Kanoniczność Apokalipsy nie powinna budzić wątpliwości. [Ale - rzecz ciekawa - księgi tej nie ma w liturgii prawosławnej - JT.] Jeśli chodzi o datę jej powstania, przyjmuje się dość powszechnie, że została napisana za czasów cesarza Domicjana, ok. 95 roku. Niektórzy, nie bez pewnego prawdopodobieństwa, uważają, że przynajmniej jakieś jej części zostały zredagowane za czasów Nerona, to znaczy krótko przed r. 70. Niezależnie od tego, czy powstanie Apokalipsy datuje się na czasy Domicjana czy Nerona, jest nieodzowne dla właściwego jej zrozumienia, aby została umiejscowiona w kontekście historycznym, w którym powstała: w czasie zamieszek i gwałtownych prześladowań, skierowanych przeciw rodzącemu się Kościołowi, podobnie bowiem jak apokalipsy, które ją poprzedzały (szczególnie Daniela) i z których wyraźnie czerpie inspiracje, jest ona przede wszystkim pismem okolicznościowym.” Miała podnosić na duchu chrześcijan gwałtownie prześladowanych. „Bestia” to oczywiście Rzym: politycznie (policyjnie) konieczny był szyfr.
Na przełomie starej i nowej ery apokalips było wiele, do kanonu weszła tylko Księga Daniela i ta owego Jana. Gatunek literacki różni się od ksiąg prorockich tym, że tu autor nie tylko słyszy, ale i widzi. A co zobaczy, przedstawia w przeróżnych symbolach. Symboliczne są liczby, przedmioty, kolory, części ciała, same osoby.
W tekście dzisiejszym mamy stwierdzenie: „co musi się stać niebawem”. Nie stało się, ale nie czekamy na Godota, tylko na Chrystusa. A mimo wszystko wydaje mi się, że On nadchodzi: czuję Jego obecność w Kościele moim i całym chrześcijaństwie, które z prześladującego staje się znów prześladowane, schowało miecz, wznosi pokornie krzyż. Mam nadzieję, że teraz już do końca świata.
Księga Apokalipsy zadomowiona jest ogromnie w kulturze europejskiej: film Bergmana „Siódma pieczęć”, powieść „Gwiazda Piołun” Władysława Terleckiego.

Lektury: katolicki tygodnik częstochowski „Niedziela” nie zachwyca mnie swoją linią, którą nazywam radiomaryjną „soft”, ale robi wiele dla popularyzacji Biblii. Dołączał do kolejnych numerów zgrabne tomiki z poszczególnymi księgami Nowego Testamentu (w tłumaczeniu emerytowanego już biskupa warszawsko-praskiego Kazimierza Romaniuka), a przedostatnio (w nr. z 9 listopada) zachował się jeszcze bardziej pomysłowo: sprezentował czytelnikom książeczkę z wyborem myśli, cytatów ze św. Pawła. Oczywiście każdy wybór jest dyskusyjny, ten też, ale grunt, ze jest. Rzecz ślicznie ilustrowana, albumik uroczy, pod tytułem „Posłał mnie Pan, abym głosił Ewangelię”. Lektura listów Pawłowych trudna, taki „bryk” bardzo się przyda szerokiemu kręgowi katolików. Redakcji Bóg zapłać.

Z jeszcze większym opóźnieniem, za które przepraszam, odnotowuję książkę wartą ogromnej reklamy. Jacek Santorski and Co. wydał francuski podręcznik pod polskim tytułem „Jest wiele wiar. O co pytają dzieci”. Monique Gilbert przedstawiła (a Ewa Kolasińska przetłumaczyła) cztery religie dzisiejszej Francji jakoś zakorzenione w Biblii: judaizm, katolicyzm, islam i protestantyzm. Każda religia prezentowana jest przez dziennikarkę, ale i króciutko we wstępie przez duchownego danej wspólnoty. Bardzo trudna to sprawa opowiedzieć krótko i prościutko o tak olbrzymich zjawiskach, jak te religie, uproszczenia są nieuniknione, ale lepszy rydz niż nic. Ignorancja nie jest jedyną przyczyną nietolerancji, ale na pewno istotną, a zresztą niewiedza kompromituje intelektualnie. Książka dla dzieci od lat 7 do 100: nie tylko nieletni powinni ją posiąść.
Uwaga krytyczna: protestanci i katolicy to nie dwie religie, tylko jedna, choć zróżnicowana. Sunnici, szyici i inne gałęzie islamu są przecież jedną religią!
Usterki przekładu: odpowiedniego słowa francuskiego nie należy tłumaczyć „reformowany”, gdy chodzi o cały protestantyzm, a nie wyznanie wywodzące się od Kalwina i Zwingliego. Piszmy wtedy: „reformacyjny” lub „wywodzący się z reformacji”. Z kolei gdy chcemy nazwać Kościoły wywodzące się z tak zwanej drugiej reformacji: baptystów, zielonoświątkowców, menonitów, nie piszmy: „ewangelickie”, bo to znaczy to samo, co protestanckie, tylko ewangeliczne albo - z angielskiego - ewangelikalne. Jedno z tych wyznań zwie się zresztą w Polsce po prostu ewangelicznym.
No i uwaga co do meritum: o pojmowaniu obecności Chrystusa w Komunii przez protestantów mówi się w książce z konieczności króciutko, że „wierni przyjmują chleb i wino, znaki obecności Chrystusa”. Chleb i wino to znaki Jego obecności dla wszystkich chrześcijan, ale dla prawosławnych i katolików to znaki szczególne, obecności realnej (mówiąc językiem scholastyki: substancjalnej), a dla wielu (nie wszystkich) protestantów - tylko symbolicznej. Do niedawna było jednak tak, że luteranie pojmowali Obecność jako realną (nawet - w terminologii Lutra - jakby cielesną), reformowani - za Kalwinem - tylko duchową, za Zwinglim (wraz z resztą protestantów) - tylko symboliczną. Ale dialog daje owoce: luteranie, reformowani i metodyści niemieccy przyjęli już wspólnie termin: obecność realna. A jaka konkretnie? Bóg raczy wiedzieć, my nie mędrkujmy.
12:19, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 16 listopada 2008
Moja niewiasta dzielna
Księga Przysłów 31, 10-13. 19-20. 30-31

”Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. Serce małżonka jej ufa, na zyskach mu nie zbywa; nie czyni mu źle, ale dobrze przez wszystkie dni jego życia. O len się stara i wełnę, pracuje starannie rękami. Wyciąga ręce po kądziel, jej palce chwytają wrzeciono. Otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce. Kłamliwy wdzięk i marne jest piękno: chwalić należy niewiastę, co boi się Pana. Z owocu jej rąk jej dajcie, niech w bramie chwalą jej czyny.”

Ogłaszam wszem i wobec, że znalazłem niewiastę dzielną: moją żonę Birutę. Znam ją już prawie pół wieku i wiem na pewno, że jest dzielna nad wyraz. W sensie: odważna. Nie załamuje się, gdy ja tracę głowę. W sensie: działająca wiele. Pracowała zawodowo wspaniale, została naczelnikiem wydziału w ministerstwie, choć jest kobietą, a była bezpartyjna i do tego jest praktykującą religijnie katoliczką. Gdy tylko przeszła na emeryturę, rozwinęła działalność społeczną. Założyła stowarzyszenie AGIS zajmujące się niepełnosprawnymi umysłowo i psychicznie. Nie chce być jego prezesem, woli żmudną pracę sekretarza, bo w ogóle lekceważy honory, zaszczyty, błyszczenie. Ma natomiast nieprawdopodobne poczucie odpowiedzialności. Może nawet zbyt wielkie: cnota nazwana przez kogoś nieskwapliwością w udzielaniu rad nie jest jej mocną stroną, ale to wynika z jej nadopiekuńczości. Jest niezmiernie kobieca w tej chęci reżyserskiej, a nie aktorskiej. A na domiar dobrego gotuje wspaniale!

Mam szczęście być jej mężem.
11:32, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 15 listopada 2008
Modlitwa wbrew wszystkiemu
Ewangelia Łukasza 18, 1

„Opowiadał zaś im przypowieść, jak powinni stale się modlić i nie zniechęcać się".


Opowieść o sędzi, który uległ proszącej go o pomoc wdowie, żeby mu dała spokój. Morał jest taki: „A Bóg czyż nie weźmie w obronę swoich poddanych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?"

Problem stary jak religia: skuteczność modlitwy. Ilu wołało dniem i nocą o ocalenie i zginęło? Za słabo wołali? Odpowiedzi zwyczajnej nie ma. Jest tylko ta apelująca do wiary proszących: bądź wola Twoja (może o takiej wierze mówi ostatnie zdanie, choć to raczej już inny temat). Uwierzmy, że On wie lepiej, jak ma nas bronić, uwierzmy w Opatrzność, choć to bywa ponad nasze siły. Uwierzmy wołając z Benedyktem XVI w Auschwitz: „Gdzie był Bóg?!"
10:20, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 14 listopada 2008
Prośba do obojga płci
2 List Jana 5

„a teraz proszę Cię, Pani, abyśmy się wzajemnie miłowali"
.

Ta Pani to nie niewiasta jakaś można, ale lokalna wspólnota chrześcijańska. To nie są oświadczyny, to prośba pozamałżeńska.

Miłość znaczy tyle, że aż nic. Od seksu z kimkolwiek do frazesu politycznego. Myślę o wzajemnej miłości polityków. Przecież ona nie popłaca: naród nie lubi złośliwców. Wałęsa przegrał z Kwaśniewskim, bo powiedział, że może mu podać nogę, nie rękę. Demokracja też jest walką, choć nie krwawą jak inne ustroje. Wciąga ludzi w wielkie chamstwo.

Prośba powyższa odnosi się do pań również, także do parających się polityką, bo i one nie zawsze miłują, oj, nie.
19:04, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 13 listopada 2008
Rzecz o niewolnictwie. Stanisława Grabska
List do Filemona 10-18

”10. proszę cię za moim dzieckiem, które zrodziłem w okowach, Onezymem,
11. kiedyś nieużytecznym, teraz zaś i tobie, i mnie użytecznym.
12. Jego odesłałem ci, tego, który jest moim umiłowaniem.
134. Chciałem zatrzymać go przy sobie, aby zamiast ciebie służył mi w moich okowach dla Ewangelii.
14. Nie chciałem jednak niczego uczynić bez twojej wiedzy, aby dobroć twoja nie była z przymusu, lecz z dobrej woli.
15. Może bowiem dlatego oddalił się od ciebie na krótko, abyś go na wieki odzyskał,
16. już nie jako niewolnika, lecz jako kogoś więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego, szczególnie dla mnie, ale o wiele bardziej dla ciebie, tak według ciała, jak i w Panu.
17. Jeśli więc masz mnie za przyjaciela, przyjmij go jak mnie.
18. Jeśli zaś w czymkolwiek szkodę ci wyrządził lub jeśli ci coś winien, obciąż tym mnie.”


Dzieło Pawłowe (na pewno jego własne) szczególne: poświęcone tylko jednej osobie - i to niskiej rangi społecznej: zbiegłemu niewolnikowi. Paweł prosi swojego możnego przyjaciela Filemona, by dobrze potraktował zbiega Onezyma. Tak dobrze, żeby go właściwie wyzwolił: potraktował „jako brata umiłowanego". Mamy tu, jak i w innych tekstach Pawłowych, stanowisko wobec problemu niewolnictwa: nie rewolucję prawną, ale moralną. Niezależnie od statusu społecznego ludzie mają odnosić się do siebie po ludzku. Przekład naszej bandy czworga, opublikowany w ”Tygodniku Powszechnym” 27 stycznia AD 2002. List jest najkrótszym tekstem Pawła, ale drugi i trzeci Jana są jeszcze krótsze, a Judy prawie tak samo malutki.

Zmarła Stanisława Grabska, bardzo wybitna intelektualistka i działaczka katolicka, były prezes warszawskiego KIK,  autorka wielu książek i artykułów na tematy religijne. Doktor teologii, pierwsza Polka z tym tytułem, biblistka. Nie tyle filolog analizujący każdy werset Pisma (choć wydała także bardzo odważną nowoczesną egzegetycznie książkę pod tytułem ”Jan III”) , ile teolog tłumaczący zwykłym ludziom, po co jest Biblia. Po śmierci profesor Świderkówny kolejna wielka strata polskiej biblistyki, nie tylko ”kobiecej”.
16:42, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 12 listopada 2008
Czy władza jest od Boga?
List do Tytusa 3,1

„Przypominaj wszystkim że powinni podporządkować się zwierzchnim władzom, słuchać ich i okazywać gotowość do wszelkiego dobrego czynu.”

Wypomina się pierwotnemu chrześcijaństwu, że było zbyt grzeczne wobec rzymskiego okupanta, że taki był szczególnie obywatel rzymski Paweł. Rzeczywiście w Liście do Rzymian 13,1-7 są mocne słowa o tym, że władza pochodzi od Boga i trzeba jej słuchać, występowanie przeciw niej skierowane jest przeciw Bogu. W komentarzach katolickich jest chyba za dużo „apologetyki”, usprawiedliwiania Pawła trochę na siłę argumentem, że chodzi o władzę w ogóle czy też tylko taką idealną, przeciw której nie wolno się buntować. Myślę, że - w przeciwieństwie do autora Apokalipsy (apostoła Jana? - nie wiadomo) Paweł był trochę „służbistą”. Można by mu zarzucać nawet taktykę polegającą na tym, że w sporze z Żydami (ich elitą) szukał sprzymierzeńca w Rzymianach, a w każdym razie chciał  mieć spokój od ich strony. Ale trzeba też wyłuskać z takich słów (już na pewno z tych przeznaczonych na dzisiaj) ponadczasową, bezspornie słuszną myśl, że jakiś porządek prawny i jakiś jego egzekutor musi być. Nie uważaliśmy przecież władz PRL za nasze własne, ale wiele z tamtych praw traktowaliśmy jako obowiązujące. A jeśli nie stosowaliśmy się do nich (jeżdżąc na gapę koleją i tramwajem, oszukując w płaceniu podatków), to był to przecież grzech.
22:34, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
wtorek, 11 listopada 2008
Jak być starym. Trzech ułanów
List do Tytusa 2,1

„Najmilszy: głoś to, co jest zgodne ze zdrową nauką: że starcy powinni być ludźmi trzeźwymi, statecznymi, roztropnymi, odznaczającymi się zdrową wiarą, miłością, cierpliwością."

Jak być starym: oto jest zadanie. Pamiętam felietony na ten temat Zofii Starowieyskiej-Morstinowej w „Przekroju", pisane w najgorszym czasie stalinowskim, gdy jej „Tygodnik Powszechny" był przejęty przez „PAX".

Jak wyzbyć się wad młodości i nie  wpaść w wady starości. Nie zamienić lekkomyślności na „ciężkomyślność", na lęk przed decyzją, podróżą, występem publicznym, jakąkolwiek inicjatywą. Pewien starszy pan wyznał, że z czasów młodości zostało mu tylko jedno: optymistyczne (nazbyt) przekonanie, że zawsze zdąży przybyć na czas. Co do mnie, byłem przeraźliwie spóźnialski, ale minęło mi to bez żadnego roztropnego śladu.

W tradycji chrześcijańskiej jest natomiast od wieków taka świetna modlitwa.

”Panie, Ty wiesz lepiej aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym, uczynnym, lecz nie narzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym do końca zachować paru przyjaciół.

Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydła, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych cierpień i niedomagań w miarę jak ich przybywa.

Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchiwania ich.

Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy wspomnienia moje wydadzą się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.

Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jedno ze szczytowych osiągnięć szatana.

Daj mi zdolność dostrzegania dobrych  rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i zalet w niespodziewanych ludziach. Daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym.”

Tajemnicza jest sprawa autorstwa utworu. Przypisywany jest Tomaszowi z Akwinu albo raczej św. Franciszkowi Salezemu. Nie przypomina mi scholastycznych spekulacji średniowiecznego filozofa, raczej mądrość praktyczną chrześcijańskiego humanisty - ale podobno tekst znajduje się na grobie Akwinaty w Tuluzie. Tak czy inaczej to philosophia perennis, mądrość ponadczasowa.

Dziś Święto Niepodległości. Matka nauczyła mnie wiersza (Or-Ota?):

„Pójdź za mną, synku, w pole, hen,

na ten pagórek świeży:

złożono tam na wieczny sen

zabitych trzech żołnierzy.

jeden z nich pruski mundur miał,

ale nie pruskie serce.

Na chaty wasze ogień słał -

- taki już los w żołnierce.

A drugi polski przywdział strój,

choć przyszedł do nas z wrogiem.

Z wzniesionym czołem poszedł w bój.

Dziś stoi już przed Bogiem.

Trzeci ojczysty broniąc kraj,

w pierś tamtych celnie mierzył.

I on jak tamci bracia dwaj

w wskrzeszenie Polski wierzył.

Słońce już zaszło, wschodzi nów

nad ciszą polskich łanów.

Schyl głowę, synku, pacierz zmów

za wszystkich trzech ułanów."

Morał na dzisiaj chyba oczywisty.
22:44, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 10 listopada 2008
Jaki ma być biskup - poniedziałek, 10 listopada

List do Tytusa 1,7-9
”Biskup bowiem winien być jako włodarz Boży człowiekiem nienagannym, niezarozumiałym, nieskłonnym do gniewu, nieskorym do pijaństwa i awantur, nie chciwym brudnego zysku, lecz gościnnym, miłującym dobro, rozsądnym, sprawiedliwym, pobożnym, powściągliwym, przestrzegającym niezawodnej wykładni nauki, aby przekazując zdrową naukę, mógł udzielać upomnień i przekonywać opornych.”
To - jak wynika z kontekstu - instrukcja w sprawie urzędu duchownego w ogóle, nie tylko biskupów jako „funkcyjnych” ważniejszych, ale też prezbiterów, „starszych”, czyli tych, których dziś nazywamy księżmi: wtedy jeszcze nie było takiego zróżnicowania.
A mój komentarz? Trudno być takim włodarzem, oj, trudno.

08:45, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
niedziela, 09 listopada 2008
Co brudzi kościół - niedziela, 9 listopada
Ewangelia Jana 2,13-22

Opowieść o tym,  jak Jezus przegonił ze świątyni jerozolimskiej handlarzy żywym (zwierzęcym) towarem. Tematyka świątynna dziś we wszystkich czytaniach, bo świętujemy bazylikę laterańską, najważniejszy obok Piotrowej kościół rzymskokatolicki. Myślę o tym, co przede wszystkim nie przystoi w kościele. Bardziej mnie razi agitacja polityczna niż negliż zwiedzających.
23:22, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Kasa prywatna Pawła z Tarsu - sobota, 8 listopada

List do Filipian 4,10-19

”Bracia: Bardzo się ucieszyłem w Panu, że wreszcie rozkwitło wasze staranie o mnie, bo istotnie staraliście się, lecz nie mieliście do tego sposobności. Nie mówię tego bynajmniej z powodu niedostatku: ja bowiem nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem. Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. W każdym razie dobrze uczyniliście, biorąc udział w moim ucisku. Wy, Filipianie, wiecie przecież, że na początku głoszenia Ewangelii, gdy opuściłem Macedonię, żaden z Kościołów poza wami jednymi nie miał ze mną otwartego rachunku przychodu i rozchodu, bo do Tesaloniki nawet raz i drugi przysłaliście na moje potrzeby. Mówię zaś to bynajmniej nie dlatego, że pragnę daru, lecz pragnę owocu, który wzrasta na wasze dobro. Stwierdzam, że wszystko mam, i to w obfitości: jestem w całej pełni zaopatrzony, otrzymawszy przez Epafrodyta od was wdzięczną woń, ofiarę przyjemną, miłą Bogu. A Bóg według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę.”
Życie prywatne wielkich ludzi to sprawa ciekawa. Między innymi ich budżet domowy. A mnie zainteresowało dodatkowo, jak inni tłumacze poradzili sobie z tym „otwartym rachunkiem przychodu i rozchodu). Rachunek (logos w tym znaczeniu) jest w oryginale, Poznanianka też go nie gubi, ale upraszczająca język „Paulinianka” ma taką wersję: „... uczestniczyliście w moich przychodach i wydatkach”. Brzmi mniej bankowo, fachowo, ale zrozumiale.
Ktoś podejrzliwy będzie dywagował, czy Paweł nie interesował się za bardzo własną „kasą”, mnie jednak wydaje się, że takie informacje prywatne są całkiem na miejscu. Pamiętam, jak wzruszał Jan Paweł I, gdy w ramach „dehieratyzacji” urzędu papieskiego mówił po prostu o sobie.

23:16, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 listopada 2008
Prędkość pędu „Nie popełnisz morderstwa”
List do Filipian 3,17

„Bądźcie, bracia, wszyscy razem moimi naśladowcami i wpatrujcie się w tych, którzy tak postępują, jak tego wzór macie w nas.”

„Moimi” naśladowcami: to jednak brzmi tak, że przypomina się zdanie teologa Domu Papieskiego, dominikanina ojca Wojciecha Giertycha, że Paweł był egocentrykiem. Może jednak należałoby powiedzieć inaczej: miał poczucie własnej wartości i tego nie ukrywał. Nie potrafię powiedzieć, czy w owych czasach i miejscach mistrz mógł tak mówić do uczniów bez obawy, że go posądzą o samochwalstwo. A że stanowił wzór (wraz ze swoimi współpracownikami, o których mówi „my”), to chyba oczywiste Zresztą trzeba zajrzeć do wersetów poprzednich, do dwunastego, trzynastego i piętnastego: „Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonały (...) Ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, (...) ale pędzę ku wyznaczonej mecie. (...) Wszyscy więc my, doskonali, tak to rozumiejmy”. Można by powiedzieć, że doskonałość polega na prędkości pędu do Bożej mety.
Zgodnie z wczorajszą obietnicą opiszę trochę przekład Biblii wydany przez wydawnictwo „Święty Paweł”. Otóż księża pauliści (od Pawła Apostoła, nie Pustelnika, jak jasnogórscy paulini), specjalizujący się w przekładach biblijnych, doprowadzili do powstania kolejnej katolickiej Biblii polskiej, po Tysiąclatce i Poznańskiej, pod redakcją naukową mego mistrza z ATK ks. prof. Jana Łacha. Nastawienie na odbiór masowy, więc język współczesny, zwyczajny, bez słów uroczystych w rodzaju spójnika „albowiem” na przykład. Dużo komentarza, wyjaśnień na marginesach i w przypisach, oczywiście też wstępy do poszczególnych ksiąg. Nowe pomysły translatorskie, np. w tekście Dekalogu (Księga Wyjścia 20) zamiast „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno” mamy ... „bez szacunku”. To co prawda nie taki znów cymes, bo już protestancka Biblia Warszawska oraz katolickie: Tysiąclatka i Poznanianka mają tu nowe pomysły, ale dalej rewolucja. Przykazanie „nie zabijaj" brzmi „Nie popełnisz morderstwa". Zmiana spora, ale uprawniona, gdy się zrozumie, że oryginał sprzed paru tysięcy lat dopuszcza różne tłumaczenia. Zresztą Biblia „Paulińska" jest bogata w wyjaśnienia i w tym miejscu mamy przypis: "Zakaz mordowania ludzi odnosi się do sytuacji, w której z powodów materialnych lub moralnych (np. zemsta) bezprawnie pozbawia się człowieka życia. (...) Należy odróżnić morderstwo od przypadkowego zabicia człowieka lub zabicia go w obronie własnej (np. walka z najeźdźcą)". Mówiąc inaczej, nowe tłumaczenie jest jakby bardziej precyzyjne. W każdym razie trzeba wierzyć jego fachowym autorom oraz innemu bibliście, arcybiskupowi Marianowi Gołębiewskiemu, który przybił na książce kościelną pieczęć nihil obstat, że nie jest sprzeczne ze świętym tekstem hebrajskim. Mój przyjaciel ks. Michał Czajkowski twierdzi wręcz, że jest lepsze niż tradycyjne.
Będę do Biblii Paulińskiej wracał często, będę zaglądał, jak brzmi tam dzienny przydział biblijno-liturgiczny. I jak wyjaśnia się tam tekst święty a trudny nieraz.

14:38, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
czwartek, 06 listopada 2008
W sprawie jednej drachmy. Wszystko jest ulotne

Ewangelia Łukasza 15, 1-10

„Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: - Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: - Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta mając dziesięć drachm zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca".
Jak dobrze byłoby, gdyby wszyscy spowiednicy radowali się tym bardziej, im dłużej penitent nie odwiedzał konfesjonału. Gdyby księża z ambony zapewniali, że przyjmą takich spóźnialskich z radością proporcjonalną do lat takiej nieobecności. Gdyby poza tym rozumieli, że można żyć cnotliwie bez takich spotkań. Gdyby czytali tę przypowieść codziennie.
Lektury: międzywyznaniowe Towarzystwo Biblijne w Polsce przysłało mi z miłym listem zgrabny tomik z ekumenicznym przekładem ksiąg Starego Testamentu zwanych w Kościołach ewangelickich dydaktycznymi. Jest to Księga Hioba, Psalmów, Przysłów, Koheleta, Pieśni nad Pieśniami.
Ciekawy przekład Psalmów był już raz wydany, wraz z Nowym Testamentem, redaktor naukowy ks. Mirosław Kiedzik zaznacza jednak we wstępie, że w tej książce przekład ks. Alfreda Tschnirschnitza został zmieniony. No cóż, oryginał jest jeden, a tłumaczeń może być ilość nieskończona i żadne nie jest jedynie słuszne, ostateczne. Tak było z Wulgatą a w Polsce z przekładem Wujka, który też został kanonizowany - i było źle. Język jest rzeczywistością  żywą, dynamiczną. Zmienia go czas, ale też zależy od gustów ludzkich, pomysłów, które są różne; też są zmienne: np. moje zmieniają się w trakcie pracy nad naszym przekładem Nowego Testamentu.
Zatem w tym przekładzie Księgi Koheleta, dziele ks. Krzysztofa Bardskiego, uświęcona tradycją translatorską formułą „marność nad marnościami" została zastąpiona tekstem: „Ulotne, jakże ulotne (...) wszystko jest takie ulotne". Może to i brzydziej, bo stare jest piękne, także w języku, ale kto wie, czy nie celniej, bo chodzi tu chyba właśnie o zmienność wszystkiego, względność, ulotność. W każdym razie mała rewolucja!
Wartość tej książki polega jednak przede wszystkim na tym, że jest to dzieło zbiorowe, międzywyznaniowe, przyjęte przez 11 Kościołów. Wyliczam: rzymskokatolicki, ewangelicko-augsburski, ewangelicko-metodystyczny, starokatolicki mariawitów, zielonoświątkowy, prawosławny, ewangelicko-reformowany, polskokatolicki, chrześcijan baptystów, adwentystów dnia siódmego; sygnatariuszem jest także swoista federacja pod nazwą: Wspólnota Kościołów Chrystusowych.
Ksiądz Kiedzik jest katolikiem, ksiądz Bardski również, ksiądz Tschnirschnitz luteraninem; Księgę Hioba przełożył polskokatolik Marek Ambroży, Przysłów - Andrzej Kondracki, Pieśń nad Pieśniami - też ksiądz Bardski (rzecz była wydana już wcześniej, chwalona za pomysłowość).
Struktura zespołu translatorskiego była też taka, że istniało ciało redakcyjno-konsultacyjne składające się z przedstawicieli poszczególnych Kościołów, że konsultantką polonistyczną była prof. Krystyna Długosz-Kurczabowa.
Dobrze, że jest takie nowum, bo ruch ekumeniczny, także w Polsce, cierpi na brak nowości. Byłaby taką, i to wielką, interkomunia, ale tylko protestanci i awangarda katolicka jest za tą wspaniałą zmianą. Prawosławni zresztą są tu - jak w paru innych sprawach - bardziej konserwatywni niż katolicy. Nie stosują nawet, w każdym razie w Polsce, gościnności kaznodziejskiej: na ich nabożeństwach ekumenicznych homilii nie głoszą duchowni innych wyznań, co jest - w każdym razie w Polsce - od dawna praktyką katolicką. Nie jesteśmy zatem we wszystkim najgorsi.  
No i mamy nowy, tym razem tylko katolicki, przekład całej Biblii. Powstał z inicjatywy Towarzystwa Świętego Pawła, czyli księży paulistów (nie mylić z paulinami z Jasnej Góry). Wczoraj była promocja, napiszę więcej jutro!    

20:21, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Paweł biegacz - 5 listopada
List do Filipian 2,16

„Trzymajcie się mocno Słowa Życia, abym mógł być dumny w dniu Chrystusa, że nie na próżno biegłem i nie na próżno się trudziłem.”

Dzień Chrystusa to Paruzja, powtórne Jego przyjście, dzień, w którym będzie jasne, co dobre a co złe, kto się wygłupiał, a kto działał mądrze. A swoje działanie nazywa Paweł biegiem. To dość częste jego porównanie, choć przecież nie był Grekiem, a Żydzi nie mieli silnych tradycji sportowych. Ale taki był: pędził ze swoją misją jak szalony przez góry i morza.
16:03, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 04 listopada 2008
Goście zbawienia. Kościół w Chinach
Ewangelia Łukasza 14, 15-24

Przypowieść o uczcie, na którą trudno zgromadzić gości, bo wykręcają się, jak mogą. Oczywiście sens opowieści nie jest dosłowny: wymawiający się to lud Starego Przymierza, przeciwstawieni „ubogim, ułomnym, niewidomym i chromym", którzy nie odmówili. Uczta jest w rezultacie przeznaczona wręcz dla wszystkich, których słudzy znajdą „między opłotkami". Czyli uczestniczą w niej wszyscy, tylko nie Żydzi: nastąpiło tragiczne w skutkach rozejście się ludu Pierwszego Przymierza i głosicieli Nowego.

Dziś jednak ci od Nowego patrzą na tamtych z jakimś zrozumieniem: bo Boże przymierze nie zostało wymówione, Bóg jest absolutnie wierny (List do Rzymian 11). Końcowe słowa przypowieści: „Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty" nie oznaczają, że wszyscy wyznawcy judaizmu skazani są na potępienie. Albo nawet że którykolwiek z nich cierpi męki wieczne: wczujmy się w sytuację mentalną Kajfasza i jemu podobnych. Ufam, że Bóg wziął pod uwagę jednak może rzeczywistą troskę arcykapłana o los wspólnoty, o to, żeby Jezus nie sprowokował Rzymian (Ewangelia Jana 11, 50: „Lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niż miałby zginąć cały naród". Owszem, grała wielką rolę także pogarda elity władzy dla jakiegoś samozwańca z Galilei, ale może nie tylko to.
Sens przypowieści jest oczywiście taki, że ów, co się tłumaczył, że „pojął żonę", zrobił z małżeństwa pretekst. Ale to mi się skojarzyło z czymś, co wyczytałem w ósmym już numerze kwartalnika „Chiny dzisiaj". Jean-Paul Wiest przedstawił tam mianowicie sytuację katolicyzmu w Chinach: powojenną historię i sytuację obecną. Ta historia była straszna: doszło do tego, że biskupi i zwykli księża byli zmuszani do małżeństwa. I żeby udowodnić, iż „znowu stali się mężczyznami", żenili się, ale na ogół tylko formalnie: na przykład z zakonnicami, co zresztą dawało tym kobietom utrzymanie, gdy nie mogły zdobyć go inaczej.

Cały artykuł nie jest jednak martyrologiczny. Z lektury tego sinologicznego kwartalnika, jak i z opowiadań mego przyjaciela Staszka Tworzydły, wynika, że w Chinach idzie nowe. Następuje wręcz gwałtowny rozwój chrześcijaństwa w ogóle, a katolicyzmu w szczególności. Staszek studiował w Chinach pół wieku temu, więc ma skalę porównawczą: twierdzi, że dziś jest nieporównanie lepiej. Nie znaczy to, że kwitnie religijna wolność: wciąż się słyszy o jakiś ostrych szykanach. Ale Wiest twierdzi, że są to wiadomości równie prawdziwe, jak te optymistyczne: po prostu Chiny są ogromne i bardzo zróżnicowane także politycznie.

Zarazem - to też podaje Wiest - obecny rozwój ilościowy w przypadku katolicyzmu jest też odrabianiem zaległości. Bowiem wzrost czterokrotny z trzech do 12 milionów to fakt, ale faktem jest również, że w 1949 roku, przed komunistycznymi prześladowaniami, tak samo katolicy stanowili 1 proc. ludności. Inaczej jest u protestantów: tam mamy wzrost od trzech milionów do przynajmniej 25.

Problemem katolików jest dwuczęściowość: są jednak dwie struktury, Kościół „podziemny" i uznany przez państwo. Wiest przyznaje, że jest „ostry spór wewnątrz Kościoła, który dopiero teraz powoli zaczyna zanikać", ale zaznacza, że obie strony odchodzą stopniowo od nieufności i gorzkich zarzutów i szczerze starają się o pojednanie. Niemniej niektóre diecezje mają nawet trzech biskupów, którzy uważają, że są prawomocnymi ordynariuszami. Ale „Stolica Apostolska nigdy nie wydała formalnego orzeczenia na temat chińskiej »schizmy« ani też nie ekskomunikowała żadnego biskupa »patriotycznego«. Bez wątpienia istnieją chińscy księża i świeccy, którzy byliby szczęśliwi, gdyby nie mieli nic wspólnego z Rzymem. Jednak tylko te jednostki można by określić jako schizmatyckie, a nie większą część Kościoła katolickiego, która działa pod kontrolą państwową". Dla większości kapłanów, zakonnic i prostych świeckich podział stracił już sens. Problemem jest natomiast bardzo słabe wykształcenie wielu księży „w podziemiu", bo są święceni (za zgodą Rzymu) bez wykształcenia seminaryjnego. Seminariów „podziemnych" jest tylko 10 (24 oficjalne). A - to już myśl moja - brak wykształcenia sprzyja wszelkim konfliktom.

W artykule Wiesta i opowiadaniach Staszka Tworzydły, a także całej linii „Chin dzisiaj", redagowanych pod przewodem świetnego znawcy tematu ks. Romana Malka, widać wielką troskę o optymistyczne patrzenie na rzeczywistość chińską. Wiest podkreśla, że „modlitwa za papieża, usunięta z kanonu Mszy w 1982 r., została wprowadzona na nowo w większości wspólnot. W 1982 r. władze komunistyczne zezwoliły katolikom na uznanie autorytetu Stolicy Apostolskiej w sprawach duchownych i w tym samym roku konferencja biskupów Kościoła oficjalnego uznała papieża za duchowego przywódcę katolickiego Kościoła chińskiego”. Papież uznał większość biskupów Kościoła „patriotycznego" i wielu nowych biskupów zostało wyświęconych za papieską zgodą, wierność Stolicy Apostolskiej nie jest już zatem istotnym punktem sporu. Wiest przypomina też, że nie ma przecież w Chinach żadnej tradycji religii niekontrolowanej przez państwo. To nie Europa! I wzywa organizacje zagraniczne, by nie propagowały postawy konfrontacji, bo przecież papież wzywa do przebaczenia i jedności katolików chińskich.

A ja jestem pod wrażeniem spotkania z dwiema chińskimi zakonnicami studiującymi w Polsce: cóż to za urocze dziewczyny, pełne radości zaprawdę chrześcijańskiej!
17:40, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 03 listopada 2008
O egocentryzmie. O świetnej książce Jacka Woźniakowskiego i cennym kwartalniku ”Słowo”
List do Filipian 2, 4

„Niech każdy ma na oku nie tylko własne sprawy, ale też i drugich."

Niestety jednak mamy „na oku" tyle własnych spraw, że problemów bliźnich prawie nie widzimy. Zaprawdę ślepota. Mówię za siebie, o sobie: praca w mediach demoralizuje, obdarza sławą, a jest to pokarm duchowy, który wzbudza apetyt w miarę konsumpcji. Nigdy mi dosyć publikacji, rozgłosu. Zamiast troszczyć się o coraz lepszą jakość mego pisania, liczę, ile razy pada moje nazwisko na łamach, ile nakładu ma drukujące mnie medium, na której stronie mnie drukuje. „Ego" szaleje.

I jeszcze myśl pozaduszkowa: ktoś powiedział autoironicznie, że kocha, owszem, wszystkich, ale jednych, jak są, drugich, jak ich nie ma. A ja uogólnię i dodam, że taka postawa pewnie wyjaśnia, czemu drukowane wspomnienia o zmarłych niemal wynoszą ich na ołtarze. Gdy już odeszli, przestali nas złościć.
Postscriptum bibliofilskie

To zupełnie nie a propos, ale trudno mi ukryć, że przeczytałem świetną książkę: Jacka Woźniakowskiego „Ze wspomnień szczęściarza". Przeczytałem jednym tchem! Jacek Woźniakowski, profesor historii sztuki, założyciel i długoletni dyrektor Wydawnictwa „Znak" (które też tę książkę wydało), ma pióro znakomite! W ogóle lubię czytać pamiętniki: polecam również tom pt. „Skąd my tu? Wspomnienia repatriantów" (Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2008): opis losów ludzi przesiedlonych na Ziemie Zachodnie. Ale książka Woźniakowskiego to zaprawdę literatura piękna. Język świetny, barwny, żywy, nie bojący się nawet neologizmów. Kapitalna narracja dziennika wojennego (1939) - dziewiętnastolatek był podporucznikiem kawalerii - ale w innych częściach tomu też mamy prozę doskonałą. Niezależnie od tematu i gatunku literackiego: czy to będą szkice genealogiczne: sylwetki przodków, czy trochę autobiografii, czy wspomnienia o przyjaciołach ze środowiska „Znak" (Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Antoni Gołubiew, Jerzy Zawieyski i inni), o Wyszyńskim i Wojtyle, także o wielkiej nie tylko wzrostem postaci Józefa Czapskiego.
Sporo ślicznych anegdot, także taka: Jacek nudził się na jakiejś lekcji, więc zaczął gwizdać. Niestety miał nie tylko słuch muzyczny, także umiejętność wydawania takich dźwięków w sposób ściśle tajny: owszem, było słychać, ale nie widać, kto gwiżdże. Usłyszał nauczyciel, kazał się przyznać winnemu, grożąc, że inaczej ukarze całą klasę. Jacek nie chciał, by przezeń cierpiano zbiorowo, więc wstał, przyznał się - i wyszedł na bohatera, bo pan profesor wiedział lepiej: - Przecież patrzyłem wtedy na ciebie i widziałem, że nie gwiżdżesz. Co więcej, też cała klasa uznała Jacka za heroicznego wybawiciela: spotkany po latach kolega również nie mógł uwierzyć...
Książka jest ważna jako rewidentka zakłamanej historii. Środowisko ziemiańskie, które jest jednym z jej zbiorowych bohaterów, było w czasach PRL-u oskarżane o umysłową tępotę w sposób oczywiście przesadny. Woźniakowski przyznaje, że różny był poziom intelektualny polskiej arystokracji i zwykłych „hreczkosiejów", ale prawda jest właśnie taka, że był różny. Z tej inteligencji wiejskiej, która stawała się też miejską, wywodzili się ludzie wybitni, zasłużeni twórcy kultury i nauki (by o politykach nie wspomnieć). Wiem zresztą z własnego doświadczenia, że pan Bęc-Walski, reżymowy symbol klasy rzekomo próżniaczej i umysłowo leniwej, był niewątpliwym paszkwilem.
Poza wszystkim pamiętnik Woźniakowskiego jest publikacją po prostu historyczną: Autor pisze o ludziach, którzy w ten czy inny sposób tworzyli historię: dzieje sztuki, w ogóle kultury, Kościoła katolickiego, a trochę też i polskiej polityki. Przyznam się, że nauki historyczne są moją słabą stroną, więc każda taka lektura przydaje mi się bardzo.
Także inna z czasu zwanego Świętem Zmarłych. Ale przedtem co do tej nazwy. Otóż nie gorszy mnie taka zlaicyzowana zbitka dwóch świąt katolickich. Pewnie, że święci to nie to samo, co zmarli, choć też umarli niewątpliwie, a niegdysiejszy termin telewizyjny „uroczystość Wszystkich Świętych Zmarłych" należy do licznych lapsusów naszych niedouczonych religijnie mediów. Niemniej cieszy mnie poważna, powiedziałbym: metafizyczna refleksja, która otacza to nowe święto, w polskiej kulturze współczesnej bardzo ważne, równoważne z Wigilią i Wielkanocą.
Wracam do historii. W Berlinie wychodzi od parudziesięciu już lat bardzo dobry kwartalnik „Słowo". Wydawcą jest tamtejszy Klub Inteligencji Katolickiej, bodaj jedyny na emigracji, i jest to bodaj jedyne katolickie pismo polonijne wolne od mentalności radiomaryjnej, która panuje nie tylko w kraju. Wyszło już 80 numerów, od paru lat pismo jest dwujęzyczne, polsko-niemieckie. W ostatnim zaszycie dwa artykuły, z których się dużo dowiedziałem.
Redaktor naczelny, Andrzej Szulczyński, relacjonuje dzieło historyka emigracyjnego Piotra S. Wandycza „Cena wolności. Historia Europy Środkowej od średniowiecza do współczesności" (Warszawa 2003). Dziwne dzieje Czech, Słowacji, Węgier i Polski, wspólne, ale nie całkiem. Wspólna niedola niewoli, ostatnio komunistycznej ale i różne jej przebiegi, tak różne, że dzisiejsze próby integracji nie dają dobrych wyników. (sojusz wyszehradzki słabiutki). Wspólna dynastia Jagiellonów w XV i XVI wieku to też czynnik integracyjny niezbyt dalekosiężny, raczej tylko epizod. Mieliśmy natomiast króla z Siedmiogrodu, Stefana Batorego i może dlatego Polak i Węgier dwa bratanki. A już Polak i „Pepiczek" nie, choć języki jednak podobne (jednak: wiemy też, jak różne, o czym dowcipów i realiów legion). A co do Batorego, to nie wiedziałem, że monarcha nie nauczył się nigdy polskiego i porozumiewał się z poddanymi nad Wisłą przy pomocy łaciny. Albowiem ją szlachta znała, a język polski i „madziarski" absolutnie różne.
Trochę innych ciekawostek. Nie mieliśmy w cesarstwie austriackim tak dobrej sytuacji, jak Węgry, ale lepszą niż Czechy. W 1895 roku premierem cesarstwa został Kazimierz Badeni, ministrem spraw zagranicznych był w tym rządzie Polak Gołuchowski, skarbu - Biliński. I właśnie Badeniemu udało się przeforsować rozporządzenie dla krajów czeskich (czyli też i Słowacji?), że każdy urzędnik na tych terenach ma obowiązek płynnego posługiwania się dwoma językami: niemiecki i czeskim. Co było odbierane przez Niemców jako szykana, bo każdy Czech znał niemiecki, ale nie na odwrót. Do tego Niemcy gardzili Czechami. Ojciec mi opowiadał taki dowcip: Czech spowiada się u księdza Niemca (Austriaka), pełen kompleksów, więc na koniec wyznaje, że jest Czechem - choć zaraz upewnia się, czy to grzech. Odpowiedź zza kratki konfesjonału: - Grzech to nie, „aber das ist eine grosse Schweinerei...
Albo taki smutny szczegół: prezydent Benesz, podpisując w Moskwie w 1943 roku układ z Niemcami, nakłaniał Stalina, by wykorzeniał w powojennej Polsce i na Węgrzech - feudalizm. Bo też i te dwa kraje pańskie, a Czechy - ludowe. Bitwa pod Białą Górą zrobiła tam swoje na długie wieki: oni mają Szwejka, my Skrzetuskiego. Historia nie przemija z wiatrem, daje znać o sobie długo.
W tymże „Słowie" rzecz Bogdana Twardochleba „Gdzie leży Szczecin?" „Krótki kurs" historii tego miasta, momentami - i to długimi - świetnej. Dziesięć wieków temu było to miasto bardzo ważne, stolica państwa Gryfitów sięgającego od Lęborka i Bytowa po Rugię, istniejącego 500 lat, liczącego się w polityce międzypaństwowej. Potem różnie bywało, uniwersytet był w Greiswaldzie, nie w Szczecinie, była tu natomiast instytucja bardziej praktyczna, mianowicie kanalizacja, wcześniej niż w Berlinie. No i są place promieniste jak w Paryżu. Obecnie jednak, co wiem nie ze „Słowa", ale z opowiadań bratowej, Szczecin przeżywa kryzys potężny, który stanie się tragiczny, gdy stocznia padnie. Prezydentura Jurczyka tam wciąż bokiem wyłazi, pożytku z zachodniego sąsiedztwa nie ma, młodzież wieje na Zachód jak z żadnego polskiego miasta.
PS. A zniszczenia wojenne Szczecina są w dużej mierze dziełem aliantów, którzy bombardowali nie tylko Drezno.
Na koniec sumaryczne podziękowanie wszystkim moim gościom za wpisy! Nie odpowiadam, bo i tak mego pisania dosyć, zresztą często odpowiada inny gość (któremu ”Bóg zapłać szczególne!).
17:36, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 02 listopada 2008
Życie wieczne?
Księga Mądrości 3, 2-3

„Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju".

Tekst na trzecią Mszę dzisiaj, w dzień zwany dawniej Zadusznym, dzisiaj urzędowo dniem Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych. Urzędowo i niemądrze: a „niewierni" to psy, nie oczekują, że ich wspomnimy dzisiaj? Przecież kto wierny, a kto nie, wie jeden Bóg!

Myśląc o zbliżających się Zaduszkach, przeczytałem ponownie książkę ks. Hansa Künga „Życie wieczne?" Ten teolog szwajcarsko-niemiecki nie wzbudza mojej sympatii, bo wiem, że ma mocno przewrócone w głowie (dowody kiedy indziej), ale budzi podziw, bo pisze świetnie. Ukazała się po polsku także jego rzecz pt. „Nieomylny?", błędna dla teologów watykańskich, dla mnie wcale rozsądna, tu jednak opiszę krótko tamto dzieło eschatologiczne.
Zacznę od tego, że Küng wierzy słowom mszalnego Credo: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie". Wierzy, co nie znaczy,, że ma dowody naukowe. Powiada wręcz, że takowych nie ma - ale nie ma również dowodów ateista. Problem jest z zupełnie innej półki niż wszelka nauka. Przypominają mi się tutaj dzisiejsze poglądy Leszka Kołakowskiego: można mieć nadzieję, że jest Sens, albo tej nadziei nie mieć. Brak owej nadziei nie kompromituje człowieka, broń Boże, ale i nadzieja nie jest durną naiwnością.

Książka Künga jest jednak nie tylko o tej sprawie fundamentalnej. Także o biblistyce i etyce, religioznawstwie i medycynie. O reinkarnacji i eutanazji, o wszystkim, co wiąże się ze śmiercią. Rozważania krytyczne: widzimy w całej krasie współczesną teologię zachodnią, ale z takim wnioskiem zasadniczym. Korzystałem z wydania Oficyny Literackiej z roku 1993, ze świetnego tłumaczenia Tadeusza Zatorskiego.
11:26, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2
Archiwum