Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 28 lutego 2015
Możliwa niemożliwość

Ewangelia Mateusza 5,44
„A ja wam powiadam: miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują.” Biblia Tysiąclecia.
Psych(olog)iczna niemożliwość? Trzeba się przynajmniej starać, by ostre myśli okiełznać i modlić się za prześladowców nie tylko ustami.  

18:11, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 lutego 2015
Wtedy Komunia nie jest świętokradcza

Ewangelia Mateusza 5, 23-25
„Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i ofiaruj dar swój.” Znowu Tysiąclatka.
To nie tyle o ofierze „na tacę”, ile o wspólnym uobecnianiu Ofiary Krzyżowej. Trudno wyjść z kościoła i popędzić do brata, ale duchowe przezwyciężenie do niego niechęci jest warunkiem szczerego udziału w Komunii.

11:53, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 lutego 2015
Etyki samo sedno

Ewangelia Mateusza 7,12
„Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.”
Tak, to sedno moralnej sprawy, tak zwana złota reguła, której arcyważność doceniają chyba wszyscy etycy. To odpowiednik przykazania: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Wszelako pasują tu słowa chyba Boya w jakiejś innej sprawie: „równie bezsporne, jak niemożliwe do przyjęcia”. Albowiem Ego zawsze szczególnego miejsca pożąda.

13:43, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
środa, 25 lutego 2015
Apostoł mimo woli

Księga Jonasza 3,1-10
Ewangelia Łukasza 11,29-32
Dziś oba teksty mówią o bardzo dziwnym proroku Jonaszu. Nigdy dosyć informowania, że bohater (nie autor!) tej nowelki (nie dziełka kronikarskiego) został w niej przedstawiony jako żydowski nacjonalista. Wróg Niniwitów niemiłosierny, który (jeszcze nie w czytaniu dzisiejszym, dopiero w rozdziale ostatnim) ma pretensje do Boga, że wybaczył tym paskudnikom, ponieważ się nawrócili. Albowiem można być apostołem całkiem wbrew sobie. A w ewangelii czytamy słowa Jezusa, że jeżeli Jonasz był tak skutecznym znakiem dla owych pogan, to o ileż bardziej znakiem dla Żydów powinien być Syn Człowieczy. Inaczej niż Mateuszowa (12,38-42), ta ewangelia napisana dla nieznających Biblii Greków do epizodu z wielką rybą się nie odnosi.

16:47, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
wtorek, 24 lutego 2015
Ida została z Bogiem, a Wanda?

Psalm 34,18-19
„Pan słyszy wołających o pomoc
i ratuje ich od wszelkiej udręki.
Pan jest blisko ludzi skruszonych w sercu,
ocala upadłych na duchu.”
Biblia Tysiąclecia.
Zacznę od poprawienia tytułu wczorajszego wpisu. Bezmyślnie napisało mi się: „ «Ida» i Hłasko został z Bogiem”. Każdy mógł pomyśleć, że to błąd stylistyczny: powinno było być „zostali z Bogiem”. Połączyłem w ten sposób mechanicznie dwa osobne hasła tematyczne. Swoją drogą liczba mnoga nie byłaby tutaj bez sensu, bo tak bohaterka filmu, jak i tamten pisarz, byli jakoś Mu bliscy. O Hłasce napisałem wczoraj, o jego niewątpliwej religijności, a Ida? Odpowiedź jest prosta: została w zakonie, więc i w związku z Bogiem z założenia ściślejszym niż ludzi żyjących w tak zwanym świecie. Ale jak to wygląda w praktyce? O tym potem, najpierw pytanie, jak dzisiejsze słowa psalmu mają się do życiorysu drugiej bohaterki filmu, krwawej prokuratorki Wandy.
Najpierw wersety psalmu dwa pierwsze: pasują do jej perypetii potwornych. Odpowiedzieć mogę tylko w ten sposób, że widocznie nie wołała. Z jej sumieniem było coś nie tak, choć można upierać się, że była przecież komunistką ideową i wtedy naprawdę wierzyła, że jej ofiary to wrogowie ludu z nożem w zębach. Czy jednak Szaweł był bez winy, gdy na chrześcijan donosił i wsadzał ich do więzienia? Pastor Mieczysław Kwiecień, mój biblistyczny przewodnik, wybił mi z głowy podobne usprawiedliwienie. A wersety trzeci i czwarty? Skruchę Wandy widać w jej słowach do Idy, niby tylko ironicznych, że Jezus przyszedł zbawić też takich, jak ona. Ale gdzie „ocalenie upadłej na duchu”? Czemu nie powstrzymał jej od samobójstwa? Plany Boże niepojęte są. Można uznać, że nie ma ich w ogóle, ponieważ i Jego nie ma, ale ja wierzę w Sens, w Opatrzność mimo wszystko.
Teraz Ida. Stawiam tezę, że jest to film o życiu zwanym fachowo konsekrowanym, o siostrach zakonnych. Bez żadnej zakonów apologii, ale i bez totalnego wybrzydzenia na taką życiową drogę. Owszem, najpierw jest krytyka, karykatura wręcz: ten obrazek rytmicznego operowania łyżkami pod batutą przełożonej. Ale przecież mimo znalezienia partnera, który chce wspólnego z nią życia, Ida wraca do klasztoru. Świat jakoś jej nie pociąga. Praktyka zakonna była i pewnie zawsze będzie rozmaita. Autorytaryzm kobiecy bywa wyjątkowo nieznośny, wiem to dobrze skądinąd. Chyba nawet jakoś groźniejszy niż płci niepięknej: model siostrzyczki zakonnej, ten dawny oczywiście, pozwala na łamanie osobowości dużo bardziej niż obowiązek posłuszeństwa ciążący na zakonnym konfratrze. Nie pociągnę tego tematu, zaznaczę tylko, że antyfeministą naprawdę nie jestem, nie rozwinę też innego, tego „obupłciowego”: o tym, że zakonne ubóstwo bywa bardzo swoiste. Napiszę natomiast, że znam również zakonnice naprawdę zakochane w Bogu – i w bliźnich swoich. Konsekrowane znaczy: kochające Go szczególnie.

19:01, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 23 lutego 2015
„Wszystko, co uczyniliście...”. „Ida” i Hłasko został z Bogiem

Ewangelia Mateusza 25,40
„Amen, mówię wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnie uczyniliście”. Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Słowa Ewangelii fundamentalne. Nie jest ona moralistyczna, jej sednem nie jest etyka, raczej „dogmatyka”, sednem nie tyle imperatyw etyczny, ile indykatyw zbawczy, czyli przesłanie, żeśmy zbawieni. To jest w Ewangelii jej własne, oryginalne, to, co tylko w niej, nigdzie indziej. Niemniej ów indykatyw bez tamtego imperatywu nie wart właściwie nic, wiara bez uczynków marna, wręcz martwa jest. Do tego stopnia, że same uczynki jakby wystarczają, jakby wiarą się stają. „Wiara implicite”, „chrześcijaństwo anonimowe” to nieudolne nazwanie tego niesłychanego otwarcia myślowego Ewangelii, która ogarnia, przygarnia cały ludzki wysiłek duchowy, przełamuje wszelką zamykającą konfesyjność. Wieki trwało to otwieranie teologii, doktryny, jednak wreszcie Kościół dojrzał. Całą tę dojrzałość wyraził ksiądz Popiełuszko, kiedy powiedział pani Danucie Szaflarskiej, która mu wyznała, że jest niewierząca: - Nie szkodzi. I wtedy wiarę odzyskała. Oby znalazł się jeszcze ktoś, kto by przeczytawszy w „Wysokich Obcasach” podobne samoookreślenie Agaty Trzebuchowskiej, filmowej „Idy”, powiedział jej to samo, ze skutkiem może podobnym.
Przeszedłem w ten sposób gładko do spraw sztuki. Przyjaciel mój znakomity, znawca sztuk różnych ksiądz Zygmunt Jabłoński, pasujący do tamtego filmu, jak ulał, bo też taki genialnie ściszony, zachwalił mi skutecznie dzieło literackie, jakim są zebrane przez Andrzeja Czyżewskiego listy Marka Hłaski, wydane przez Agorę w Bibliotece „Gazety Wyborczej”. Tak, to literatura i to mocna: słusznie napisano na odwrocie okładki tej książki, że „Marek Hłasko swoimi listami napisał jedną ze swoich najlepszych powieści”.
Mimo że ciągle w nich zaznacza, że nie umie ich pisać. Może dlatego, że nie cierpiał zdawkowości, chciał być w listach serdeczny, miły, a to mu wychodziło z trudem, bo był zarazem nazbyt szczery. Zresztą napisał też raz, że w ogóle pisać nie umie. I nie było to krygowanie się: on, awanturnik przecież, z Ego jak Pałac Kultury, był wobec swojego pisania krytyczny. Nie znam za dobrze jego biografii, ale wydaje się, że nie „puszczał” swoich książek, pracował nad nimi, solidnie przerabiał. Może także i dlatego tak ostro kłócił się o poprawki redaktorskie z wydawcami, szczególnie z Giedroyciem. Kłócił się o swoje wulgaryzmy, których było dużo i były potężne, stanowiły chyba specyfikę jego stylu, był tu w literaturze polskiej zapewne pionierem. A tłumaczył je i dały się rzeczywiście wytłumaczyć ich obrazowaniem: przedstawiał obraz świata bardzo czarny. Z lektur tamtego czasu zapamiętałem szczególnie opowiadanie „W dzień śmierci Jego”. Dzieje się w Wielki Piątek: znakomite stworzenie ponurego nastroju, atmosferę nie tylko fizyczną tworzy gorący wiatr chamsin. Zauważyłem to już przy pierwszej lekturze przed wielu laty, choć wtedy jeszcze nie zdradę na wzór jakby judaszowej. Dziwiłem się wtedy tą wielkopiątkowością: nie przywykłem do akcentów religijnych w ówczesnym laicystycznym socrealizmie ani w twórczości samego Hłaski.
Albowiem był przy tym wszystkim człowiekiem niewątpliwie, nawet głęboko religijnym. Widać to coraz wyraźniej, gdy się czyta owo dzieło epistolograficzne: zwroty w rodzaju „zostań z Bogiem” stanowią coraz częściej zakończenie listu, mnożą się prośby o modlitwę i zapewnienia o swojej. Wyczytałem także krytykę religijności polskiej: gdy mu wydawca Juliusz Sakowski chce zmienić prowokującą dedykację, odrzuca to „absolutnie i kategorycznie”. „Pan mówi o zaskarżeniu przez katolików? Powiem Panu jedno – daj Boże, sprzedamy więcej książki. Czy zrażę sobie katolików? A gdzie my mamy prawdziwych polskich katolików? I jakiegoż rodzaju jest to katolicyzm? To jest katolicyzm w skali szkółki parafialnej; to nie jest katolicyzm w sensie światopoglądu. Bluźnierstwem jest ponury żart Wuja Józefa [bohatera powieści, o którą w liście chodzi], ale bluźnierstwem nie jest antysemityzm. Bluźnierstwem nie jest stosunek do drugiego człowieka tak straszliwie brutalny, że trudno mi to nawet określić. To prawda, że chłop polski szedł w niedzielę do kościoła i trzymał buty w rękach; ale po kościele szedł do knajpy, aby rżnąć się z innymi. Czy Pan wie, że w Polsce na wsi nie karmi się psów? Pies zje tyle, co ukradnie, co uchwyci gdzieś, a nie chwyci, nie ukradnie, to zdycha. Czy Pan wie, że ja kiedyś złamałem rękę w Izraelu i przez dwa miesiące nie mogłem pracować i w związku z tym zwróciłem się o pomoc do szeregu organizacji katolickich – żadna mi nie pomogła? Pomogli mi Żydzi bici i poniewierani przez Polaków. (...) Zresztą, nawiasem mówiąc, największe nieszczęście literatury polskiej polega na tym, iż « Bóg nie męczy ich przez całe życie » , jak to powiadał Dostojewski. Oni po prostu przyjęli istnienie Boga jako pewnik, a nie jako światopogląd; jako rzecz oznajmioną, a nie odkrytą; jako strach, a nie jako miłość; jako zakaz miast rozumu.”
Złudzenia polityczne – jeżeli w ogóle je miał – stracił szybko, o wiele szybciej niż tylu jego kolegów po piórze. A miał wśród nich dobrych znajomych czy nawet przyjaciół sporo: zapalał się także w tym szybko, listy do Giedroycia kończył zwrotem „całuję”, ale łatwo przyjaźnie kończył. W niczym nie był letni, raczej zimny albo gorący, jak każe Apokalipsa. A życie miał ciężkie: kariera pisarska błyskawiczna, ale raz na wozie, kiedy indziej całkiem pod. Który tak sławny pisarz polski zarabiał na życie – gdy nie starczało honorariów – pracą fizyczną? Zresztą choć pijak i hulaka, był człowiekiem niewątpliwie bardzo pracowitym, umiejącym w niejednym wziąć się w garść. Napisał: „Uważam, że każdy pisarz powinien dostać od czasu do czasu w pupę” – dziwi ta „pupa”, elegancja terminologii u skrajnego wulgarysty. I trudno nie napisać, że dostawał nieźle.
W „Encyklopedii Katolickiej” jest hasło „Hłasko”, bo jest tam na szczęście (kiedyś uważałem to za dziwactwo) sporo odniesień do ludzi i pojęć pozakościelnych Władysław Panas napisał tam, że „niemal każdy utwór emigracyjny H. sygnalizuje problem pragnienia wiary jako potrzebę autentycznych prawd w świecie upadku; skrajne pojęcie profanum i sacrum nadaje temu pisarstwu cechę uniwersalizmu, powodując, że staje się ono jednym z dramatycznych świadectw kryzysu człowieka i cywilizacji poł. XX w.” Można tak to ująć.
Prawosławni i unici zaczynają dziś Wielki Post, ja 83. rok życia. I jeszcze moja ironijka: z „Idy” cieszą się tylko Żydy...

16:21, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
Rzeczą człowieczą pokusy są

Wpis na niedzielę 22 lutego 2015

Ewangelia Marka 1,12-13a
„Zaraz potem pcha Go Duch na pustynię. Przebywał tam czterdzieści dni, kuszony przez szatana.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Tak, był zupełnie normalnym człowiekiem, czyli żył również i potem w diabelskim towarzystwie. Skąd ewangeliści wiedzieli o tych Jego pustynnych doświadczeniach: zwierzał się im w chwili szczerości? Raczej nie, to była ich późniejsza „dedukcja”, „teologumen”, podobnie jak na końcu drogi męka duchowa w Ogrodzie Oliwnym. Musieli czytelnikom powiedzieć, że zaraz na początku nie dał się namówić - piszą o tym Mateusz i Łukasz - na cokolwiek wykraczającego poza człowieczą (nie)dolę: na cudowne zaspokojenie głodu, na pokonanie ziemskiej grawitacji, na władzę nad całą ziemią. Na boską moc w swoich własnych sprawach.

00:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 lutego 2015
No i również jałmużna różna

Księga Izajasza 58,9b-10a
„Kiedy odrzucisz precz od siebie ucisk,wytykanie palcem i mowy krzywdzące,kiedy głodnemu chleba swego podaszi duszę wynędzniałą nasycisz”...
Biblia Poznańska.
Wybieram tłumaczenia według mego literackiego gustu. A tutaj warunki właściwego postu: można powiedzieć ogólnie, że życzliwość dla bliźniego swego.

08:55, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
piątek, 20 lutego 2015
Połamać wszelkie jarzmo

Księga Izajasza 58,6
„Rozerwać kajdany zła,
rozwiązać więzy niewoli,
wypuścić wolno uciśnionych
i wszelkie jarzmo połamać.”
Biblia Tysiąclecia.
Te słowa genialnego poety przywoływaliśmy kiedyś jako program polityczny w walce z „komuną”, dziś, gdy ona upadła, kojarzmy je rozmaicie. Też politycznie, bo nie upadł imperializm rosyjski, a zresztą uciskanych społecznie przecież nigdy nie brak. Poza tym jest wolność wewnętrzna, jarzmo naszych małości: potrzebna nie tylko dla postnej ascezy, także w walce z wrogiem zupełnie zewnętrznym, aby pokonać strach.

17:47, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Zaprzeć się siebie

Wpis na czwartek 19 lutego 2015

Ewangelia Łukasza 9,23
„Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje”.
Biblia Tysiąclecia.Zaprzeć się siebie to niemal sprzeczność logiczna, a na pewno niemożność psychologiczna? A przecież można po trosze wygrać z samym sobą naśladując Jezusa, który odniósł tu pełne zwycięstwo. Warto spróbować, może na przykład teraz, gdy niedługo już pamiątka Paschy.

17:46, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 18 lutego 2015
Serca, nie szaty

Księga Joela 2,12-13
„Jeszcze i teraz - mówi Jahwe -
nawróćcie się do mnie z całego serca,
poszcząc i płacząc, i zawodząc żałośnie.
Lecz rozdzierajcie serca swe, nie szaty.”
Biblia Poznańska.
Dzisiaj Środa Popielcowa, w chrześcijaństwie zachodnim początek ogólnochrześcijańskiego czasu przygotowania do świąt wielkanocnych, zwanego u prawosławnych, katolików „rzymskich”, polskokatolików i mariawitów Wielkim Postem, u ewangelików raczej Czasem Pasyjnym. Prawosławni obu kalendarzy rozpoczną ten okres w poniedziałek 23 lutego. Stosują podobnie jak katolicy, nawet ostrzejsze rygory gastronomiczne, ewangelicy raczej nie, choć nie wykluczają w ogóle takich ascetycznych praktyk. A wszyscy powinni dbać przede wszystkim o przemianę swoich serc, nie żołądków. Nie wpadajmy w żaden formalizm!

16:32, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 17 lutego 2015
Zaufać Opatrzności

Ewangelia Marka 8,14-21
Uczniowie znowu nie mają chleba, jednak tym razem Jezus nie przychodzi im z cudowną pomocą gastronomiczną. Owszem, przypomina im dwa poprzednie rozmnożenia tego podstawowego pokarmu, ale nie po to, żeby obiecać im jeszcze jeden podobny cud, ale aby wyciągnęli z tamtych jakieś inne wnioski. Jakie? Zajrzałem do komentarzy i tylko w polskim wydaniu Biblii Jerozolimskiej znalazłem wyjaśnienie: Jezus powiedział uczniom, żeby przestali kłopotać się ciągle sprawami materialnymi, ponieważ wtedy Bóg im pomógł, to i teraz jakoś pomoże. A zresztą - zaznaczył - ważniejsza jest inna sprawa chlebowa: niech się strzegą kwasu faryzeuszy i Heroda, oczywiście moralnego, kwasu ich duchowej postawy. Czy zrozumieli tę wskazówkę? Ewangelia tego tutaj nie mówi, skądinąd jednak wiadomo, jacy stali się z czasem uczniowie zwani apostołami.

12:05, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 16 lutego 2015
Kain, Abel i Hołownia

Księga Rodzaju 4,1-15.25
Opowieść o bratobójstwie, czyli o zazdrości, która jest niemal motorem historii. Czy możliwy jest grzech na bezludnej wyspie? Owszem, bo są tam jeszcze inne stworzenia, jest tak zwana natura, którą można niszczyć, niemniej Piętaszek nie miał tylu pokus.
Dołączam weekendowy przegląd publikacji, a w nim omówienie tekstu, którego autorowi naprawdę zazdroszczę.
Każda gęś czyta „Więź”, każdy szpak czyta „Znak” i każdy natnie się srodze, jeżeli nie czyta „W drodze”. Ostatnio niech szczerze żałuje, że nie wie, co rzekł tam Szymon Hołownia. W numerze lutowym pyta go Katarzyna Kolska: „Nigdy nie myślałeś o Kościele w kategorii my-wierni i oni-duchowieństwo.” Na co gość znany z mediów przeróżnych, od Rzeczpospolitej” do „Gazety Wyborczej” poprzez telewizję niejedną, odpowiada: „Nigdy. Wiem, że w Kościele jest taki podział i nawet sam kilka lat temu prawie mu uległem. Patrząc na Episkopat Polski, miałem wrażenie, że należący do niego biskupi w znacznej części są chyba z innej planety niż ja, mimo że jesteśmy w jednym Kościele. Miałem poczucie, że gdy działają osobno, robią wiele sensownych rzeczy, ale gdy zmieniają się w « Episkopat Polski » głuchną na to, co się dzieje wokół nich. Ale czy to coś zmienia dla mojego bycia w Kościele? Nie. Bo to nadal jest mój dom.” Dokładnie takie myślenie jak moje. Kiedy po jakiejś niemądrej wypowiedzi moich biskupów koleżanka z „Wyborczej” zapytała mnie, czy wystąpię z Kościoła, popatrzyłem na nią jak na wariatkę. Od młodości chodziłem własnymi drogami i nie żałuję tego, ponieważ po owych drogach wnet zaczął chodzić Kościół w sensie jego najwyższej władzy: tak było z Soborem Watykańskim II, a teraz jest z papieżem Franciszkiem.
Wicenaczelna dominikańskiego miesięcznika zmusza Hołownię do dalszych wyznań: „Niektórzy mają problem z otwartym przyznaniem się do wiary”, na co on: „Naprawdę nie rozumiem, dlaczego”. „Bo zaraz się dowiadują, że należą do ciemnogrodu. Nikt nie chce takiej łatki.” Na co Szymon wspomina, jak ktoś mu dowodził, że w TVN 24 nie można wypowiedzieć słowa Jezus, na co on przez dwie minuty chyba ze dwanaście razy powiedział na tej antenie to imię i nadal jest tam zapraszany. Ze mną i podobno kościołożerczą „GW” jest podobnie, czuję się tutaj swobodnie. Owszem, koledzy cieszą się, gdy odezwę się mocniej, na przykład gdy ostrzej skrytykuję moją hierarchię, ale ja jestem raczej gołębiem (Jonasz to po hebrajsku ten ptak właśnie!). Niemniej powalczę czasem, gdy nerwy nie wytrzymają albo nakaże sytuacja, w której milczenie albo eufemizm jest oportunizmem.
Wracam do Hołowni. Kolska: „Są osoby, które nie wstydzą się Jezusa i publicznie nas reprezentują – ciebie i mnie. Tyle że są agresywne, często niedouczone, niezbyt mądrze mówią. Jak się wtedy czujesz?” „Źle, dla wielu ludzi zwłaszcza tych, którzy stoją z dala od Kościoła, zachowanie tych osób jest potwierdzeniem, że słusznie postąpili, rozluźniając swoje więzi z Kościołem. Tragedią jest, że wykrzywiona złością twarz staje się dla nich twarzą Jezusa”.
Takich celnych myśli w wywiadzie pełniutko, nie wiem, co wybrać, żeby się nie rozpisać. No więc, że za dużo o diable: „Na każde jedno zdanie przestrogi przed Szatanem niech przypada pięć zdań o Jezusie. (...) Jeśli hukniemy na ludzi to oni się przestraszą, zbiją w gromadę i łatwiej wówczas nimi zarządzać”. Proboszcz mój huka, aż się świątynia trzęsie, więc uprawiam churching, czyli chodzę na mszę dla maluchów, jeżdżę do cudownego artystycznie i religijnie warszawskiego kościoła św. Marcina na Piwnej albo do księdza Konarskiego, czyli do kościoła św. Michała. Hołownia twierdzi, że takie poszukiwanie zawsze jest możliwe: „Pani z pipidówki też może wsiąść do samochodu lub do autobusu i pojechać pięć albo dziesięć kilometrów dalej, do kościoła, w którym jest fajny proboszcz i wikary, który mówi dobre kazania”.
No więc o obrażaniu uczuć religijnych. Trudno Hołowni je obrazić: „Być może mam przytępiony jakiś zmysł. Mam dużo współczucia dla pseudoartystów, którzy zanurzają krzyże w moczu. To, co robią, jest żenujące, świadczy o braku ich wrażliwości i empatii. (...) Powinniśmy głośno powiedzieć, że to jest kretyństwo. Nie wiem natomiast, czy ma sens ciąganie się z tym po sądach. Nie mówię, że nie ma. Trzeba natomiast głośno powiedzieć: Czy zdajesz sobie sprawę, człowieku, który uważasz się za artystę, że jest mi przykro z powodu tego, co zrobiłeś? Bo dla ciebie Jezus Chrystus jest znakiem marketingowym, tak jak coca-cola czy coś innego, ale dla mnie to jest bliska osoba. Zastanów się, co byś czuł, gdybym to zrobił ze zdjęciem twojej matki albo twoich dzieci? Czy też nazwałbyś to sztuką? (...) Natomiast powinniśmy unikać histerii oddawania ciosów, emocjonalnego zapędzenia, bo dużo większą siłę oddziaływania ma świadectwo spokojnego człowieka niż tego, który się rzuca.”
Kolska: „My zamiast mówić o Jezusie trzęsiemy się nad naszym Kościołem i obawiamy się, że inni nam go zniszczą, a tymczasem my sami swoją letniością i obojętnością rozkładamy go na łopatki.” Hołownia: „Stoimy na murach i upatrujemy wroga, który przyjdzie z zewnątrz. Tymczasem on jest wewnątrz. Ja jestem wrogiem Kościoła, ty jesteś wrogiem Kościoła. (...) A może rację ma pewien dominikanin, który powiedział kiedyś, że my w Kościele cały czas głosimy ludziom dekalog, ale nie ogłosiliśmy jeszcze Ewangelii. Boimy się, że gdy ogłosimy im Ewangelię, to oni pobiegną grzeszyć. Wciąż jesteśmy w Starym Testamencie. (...) Mamy katechezę w szkołach, bo udało się to wywalczyć z komunistami. Teraz trzęsiemy się nad tym jak nad stanem posiadania i dorabiamy do tego piętrowe ideologie o tym, że nigdzie indziej byśmy tej dziatwy nie spotkali. Co za bzdury! Wielu księży idzie na osiem godzin do gimnazjum nie po to, żeby głosić Chrystusa, tylko żeby przetrwać”.
Jeszcze koniecznie taki akapit Hołowni: „Jeśli ktoś wytrwale prezentuje się jako zrzędząca ciotka, zbiera później tego owoce. Takiej ciotki nikt nie lubi i do niej nie przychodzi, a jeśli już przyjdzie, to z obowiązku raz do roku na imieniny. Na szczęście w polskim Kościele jest coraz więcej biskupów i księży, którzy nie są zrzędzącymi ciotkami, tylko naprawdę ekscytującymi wujkami, którzy o wierze mówią interesująco i mądrze. Nigdy nie byłem takim optymistą co do przyszłości Kościoła w Polsce, jakim jestem teraz. (...) Ten Kościół rzeczywiście się fantastycznie zmienia. Ta ewangelizacyjna rewolucja idzie od dołu, nie od góry”. Szymku, dzięki też za to pocieszenie.

13:42, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
Archiwum