Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 28 lutego 2014
Kościoły i rozwody

Ewangelia Marka 10,11-12
„Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo.”
Chrześcijański Zachód, będący pod przemożnym wpływem prawa rzymskiego, radzi sobie z tym problemem na sposób jurydyczny: sędziowie kościelni zastanawiają się, czy małżeństwo zostało zawarte zgodnie z prawem. Inaczej postępuje chrześcijański Wschód, stosując tak zwaną zasadę ekonomii: „Troszcząc się o to, żeby nie było większego grzechu, Kościół może zdjąć ze związku małżeńskiego swoje błogosławieństwo w przypadku cudzołóstwa lub całkowitego rozkładu pożycia małżeńskiego. W takim przypadku zezwala też stronie pokrzywdzonej na powtórne zawarcie związku małżeńskiego” (cytuję tekst ks. Jerzego Tofiluka w książce „Porównanie wyznań”, wydanej przez Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Reformowanego). Różnica w postępowaniu kościelnym wynika także, jeśli nie przede wszystkim, z innej egzegezy klauzuli „z wyjątkiem przyczyny cudzołóstwa”, znajdującej się w ewangelii Mateusza 5,32 i 19,9. Prawosławni rozumieją ją jako właśnie podstawę do zdjęcia błogosławieństwa, „rzymscy” katolicy natomiast zwracają uwagę na to, że klauzula jest tylko w ewangelii Mateusza napisanej dla Żydów, czyli chodziło w niej o istniejące wśród nich związki nielegalne, będące faktycznie cudzołóstwem, czyli zgoła rozerwalne. Kościoły ewangelickie dopuszczają również wyjątkowo uznanie powtórnego małżeństwa (które nie jest tam sakramentem). Na koniec trudno nie zauważyć, że mój Kościół patrzy dzisiaj na „rozwodników” coraz miłosierniej, osobliwie błogosławiony Franciszek, wyraźnie forujący kardynała awangardowego Waltera Kaspera, który na konsystorzu swoją opcję reformatorską w ich sprawie dzielnie prezentował.

16:23, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 27 lutego 2014
Jeżeli tak, to może ta nadzieja

Ewangelia Marka 9,43-48
„Jeśli twoja ręka jest ci przyczyną upadku, utnij ją. Lepiej ci wejść do życia kaleką niż dwie ręce mając, odejść do Gehenny, w ogień niegasnący. Jeśli twoja noga jest ci przyczyną upadku, utnij ją. Lepiej ci wejść do życia kulawym niż dwie nogi mając, być wrzuconym do Gehenny.
Jeśli twoje oko jest ci przyczyną upadku, wyłup je. Lepiej ci wejść do Królestwa Bożego jednookim niż oboje oczu mając, być wrzuconym do Gehenny, gdzie robak toczyć ich nie przestaje i ogień nigdy nie gaśnie.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Oczywiście absurdalne jest traktowanie podobnych zdań dosłownie, ale jeżeli nie kazał Jezus obcinać sobie ręki czy nogi oraz wyłupywać oka, to może także kres będzie miał ów ogień Gehenny. Czyli niepłonna jest może nadzieja powszechnego zbawienia.

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
środa, 26 lutego 2014
Ekumeniczna pigułka

Ewangelia Marka 9,38-40
„Odezwał się Jan: - Mistrzu, widzieliśmy kogoś, kto wyrzucał demony w imię Twoje, a nie chodzi z nami; staraliśmy się mu przeszkodzić, bo z nami nie chodzi. Odrzekł Jezus: - Nie przeszkadzajcie mu, nie ma bowiem nikogo, kto by dokonywał potężnych dzieł w imię moje i mógł potem mnie zniesławić. Albowiem kto nie jest przeciwko nam, jest z nami.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Najpierw o tych „potężnych dziełach” zamiast tradycyjnych „cudów”. Otóż oryginał grecki ma trzy różne terminy, które zwykło tłumaczyć się jako „cuda”: „terata”, „semeia” i „dynamoi”: tylko pierwszy dosłownie cuda oznacza, drugi to znaki, trzeci to właśnie owe dzieła potężne. A dzisiejsza perykopa to cała ekumenia w pigułce!

12:30, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
wtorek, 25 lutego 2014
Kto jest z nas największy?

Ewangelia Marka 9,33-35
„Przyszli do Kafarnaum, a gdy był w domu, zapytał ich: - O czym to dyskutowaliście w drodze?? Oni zaś milczeli. W drodze bowiem dyskutowali o tym, kto z nich jest największy. Wtedy Jezus usiadł, przywołał Dwunastu i powiedział im: - Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ze wszystkich ostatni i sługą wszystkich.”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów.
Co tu komentować; chyba tylko napisać, że to jedna z najważniejszych perykop ewangelijnych, a ta dyskusja to jakby obrazek z życia niemal każdej ze wspólnot homo sapiens. Oczywiście także z każdego stada wielu innych gatunków, ale w naszym gatunku znalazł się ktoś, kto dał dyskutantom taką radę, a potem potwierdził ją własną śmiercią.

14:02, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 24 lutego 2014
Mądrość z góry. Cud Majdanu! Szczęsny dar wolności: „Znak” lutowy!

List Jakuba 3,13-18
„Któż z was jest mądry i posiadł wiedzę? Niech w pokorze mądrości pokaże dobrym postępowaniem swoje uczynki. Jeżeli jednak gorzką zazdrość i żądzę sporu w sercach swoich macie, to nie wynoście się nad innych i nie występujcie przeciw prawdzie. Nie jest to mądrość przychodząca z góry, lecz ziemska, zmysłowa, demoniczna. Bo gdzie jest zazdrość i żądza sporu, tam nieład i wszelka zła sprawa. Ale mądrość z góry jest najpierw czysta, następnie pełna pokoju, wdzięczna, uległa, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, nieosądzająca, nieobłudna. A owoc sprawiedliwości w pokoju siany jest dla tych, co czynią pokój.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół
Gorzka zazdrość – oto być może motor wszystkiego złego. Nie mieści się nam w głowie, że ktoś może być szczęśliwszy od nas. Ale to głupota. Pierwsze zdanie dzisiejszej perykopy brzmi w Biblii Tysiąclecia: „Kto z was jest mądry i rozsądny?”- jest tu rozsądek zamiast naszej wiedzy, ale my poszliśmy za oryginałem, gdzie mamy imiesłów „wiedzący”, czyli rzecz jest w tym, żeby wiedzieć, jak być szczęśliwym. A taka wiedza, inaczej: mądrość, przychodzi z góry. Stamtąd, skąd jest wszelkie dobro. Chodzi o to, żeby popatrzeć trochę wyżej, ponad rzeczy głaszczące nasze wciąż niedopieszczone JA.
Ofiary Majdanu: zaprawdę ofiary, ci ludzie oddawali coś innym, ofiarowywali wolność. A ona przecież, jak wiemy z piosenki o makach na Monte Casino, „krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd”. Błądzi przeraźliwie: musi tak być? Tak to znów moje pytanie: „Unde malum?” – skąd zło? Tyle, że dzisiaj powinienem pytać także, skąd dobro. Skąd ta mądrość Majdanu? Cud Ducha Świętego! Zaprawdę Mądrość z Góry, ale i szczęście. Któż się spodziewał takiego zwycięstwa?
Zajmę się jednak dalej pytaniem mniej fundamentalnym: o wolność. Czyli o tym, co wyczytałem w lutowym „Znaku”. Cały tam blok tekstów teologicznych z ks. Wacławem Hryniewiczem na początku: rozmawiają z nim redaktorzy Dominika Kozłowska i Janusz Poniewierski. Powiada Hryniewicz: „»Chrystus wyzwolił nas ku wolności« (List do Galatów 5,1). To jest pewien dar Boga, wynikający z Jego własnej wolności. Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga (...) To jest ta iskra Boga, o której mówili chasydzi. Wolność jest czymś z Boga. Oczywiście tej wolności można nadużyć (...) Ale jest to dar, który trzeba trzymać w rękach i z pewnym drżeniem zastanawiać się, co ja mogę z nim zrobić. (...) To szczęsny dar, tylko trudny. Gdyby Bóg uważał, że jest to dar nieszczęśliwy, nie odważyłby się nam go dać.” Stwierdzenie takowe kojarzy mi się z kwestią, nad którą ksiądz Hryniewicz spędza życie: nad nadzieją powszechnego zbawienia, czyli (nie)wiecznością piekła. Bo jeżeli jest to dar szczęśliwy, to dlaczego pewna liczba ludzi ma być wskutek tego daru nieskończenie szczęścia pozbawiona. Ciągle nie mogę pojąć, jak Bóg jako absolutna miłość i mądrość mógłby dawać ludziom do ręki taki ładunek wybuchowy. Obraz Boga tak nieostrożnego nie mieści mi się w głowie. A Hryniewicz mówi o teologach, którzy radzą sobie dobrze ze smutkiem na myśl, że ktoś z ich znajomych może być zatracony na zawsze: „Twierdzą, że Bóg potrafi dokonać swoistej logotomii mózgu i wtedy nie będzie się w ogóle pamiętało nawet o najbliższych. Będziemy się cieszyć Bogiem, nie czując bólu związanego z nieobecnością tych, których za życia kochaliśmy”. Zatem świętość-obojętność – czego to ludzie nie wymyślą...
Wracam jednak do naszej wolności. Mamy w tej rozmowie z teologiem na przykład taki smaczny akapit „Jeżeli ktoś ma władzę, to jego wolność wydaje mu się niemalże równa Boskiej wolności. Znam hierarchów, którzy potrafią powiedzieć: »Ja mogę księdza wdeptać w ziemię«. Albo: »Ksiądz wie, że ja mam długie ręce, które sięgają daleko?«. Kiedy jeden z teologów ujął się za mną publicznie w pewnym piśmie, to go biskup wezwał i zapytał: »Księże, czy ksiądz chce sobie zepsuć karierę?«. Nic dziwnego, że Hryniewicz wspomina dalej Franciszkowe uderzenie w kościelne karierowiczostwo. Oczywiście niekościelnego jest też od jasnej cholery, ale z tym niemal jak z molestowaniem seksualnym nieletnich: od Kościoła wymaga się w podobnej sprawie szczególnie dużo. Zresztą właściwie w każdej: Kościół jako znak, wzór dla ludzkości. W końcu w laickim świecie nie kojarzy się tak urzędu z etyką, jak w Kościołach: tytuły „Ojciec Święty”, „Jego Świątobliwość”, w prawosławiu o hierarchach „Błogosławiony”...
Problem wolności to między innymi problem sumienia. Dominika Kozłowska rozmawia w tym numerze „Znaku” również z etykiem, teologiem, ks. Andrzejem Szostkiem. Sumienie a autorytet Kościoła. Autor tłumaczy rzecz tak: „Byłoby aktem arogancji, gdybym rozstrzygał sprawy bardzo ważne, nikogo nie pytając o zdanie. (...) W ten sposób warto spojrzeć na autorytet Kościoła. Człowiek pokorny zdaje sobie sprawę, że wielu rzeczy nie wie. Ma także świadomość, że wielu rzeczy nie da się poznać inaczej niż przez doświadczenie. Nie będzie się więc upierał, żeby mu najpierw rzecz wytłumaczyć tylko spróbuje zawierzyć i z perspektywy zawierzenia – zrozumieć. Efekty bywają różne. Nie twierdzę, że taki wybór zawsze prowadzi do posłuszeństwa Kościołowi. Chcę jedynie pokazać, że zawierzenie autorytetowi nie jest przeciwne sumieniu.” Ks. Szostek podaje przykłady : rozwody, antykoncepcja, in vitro, związki homoseksualne, kapłaństwo kobiet. I mówi, że Kościół powinien zareagować na naciski zewnętrzne w tej sprawie, tak jak Jezus, kiedy usłyszał od niektórych słuchaczy: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” Nie uczynił żadnego cudu, żeby ich przy sobie zatrzymać, nie zaczął ich przekonywać. Ks. Szostek dalej: „Kto stanowczo odrzuca naukę Kościoła, ten jest poza nim. Wspólnota Kościoła to wspólnota jednej wiary. Heretyk ma prawo być heretykiem z najuczciwszych powodów, nie można jednak zamazywać faktu, że jest heretykiem.” Wzywa autor, by wyłączenia heretyka ze wspólnoty nie traktować „jako kary, ale jako konsekwencję wewnętrznej uczciwości. Widocznie Pan Bóg prowadzi ludzi różnymi drogami. Nie każdego tą drogą, której znakiem jest jedność eucharystyczna.” Czyli jednak nie może ktoś taki otrzymać sakramentalnego rozgrzeszenia. Ks. Szostek podaje przykład kogoś, kto nie ma na sumieniu ani osobiście, ani zawodowo żadnego czynu in vitro, mimo to nie przystępuje do Komunii – co autor uważa za zbytnią wobec siebie surowość i to człowiekowi tłumaczy bezskutecznie.
Mnie jednak logika wywodu jakoś nie zadowala. Wynikałoby zeń, że ktoś, kogo na przykład kościelny zakaz antykoncepcji nie przekonuje, co więcej, metody zwane naturalnymi w jego małżeństwie nie skutkują, ma po prostu zrezygnować z Komunii? Popatrzmy na sprawę praktycznie: ilu ludzi w ten sposób straci, a w każdym razie osłabi więź ze swoim Kościołem! A sprawa nie jest przecież teologicznie oczywista. Została tak rozstrzygnięta przez papieża Pawła VI, mimo że kolejno dwie powołane przezeń komisje, najpierw ekspertów, potem biskupów, były za zmianą stanowiska. Zresztą za tą zmianą jest w Kościele bardzo wielu hierarchów i teologów, nie mówiąc o wiernych świeckich, którzy się zakazem zgoła nie przejmują. Pewnie to niedobrze, że nie robią sobie z niego problemu i nie jest to samo argumentem za zmianą doktryny, ale jeżeli są to wątpliwości także ludzi ową doktrynę kształtujące? Ks. Szostek pisze, że „Kościół ma prawo w swoich orzeczeniach dojrzewać, choć dojrzewać nie znaczy zmieniać co chwilę zdanie.” W tym przypadku jednak chwila się ciągnie. I chodzi o to, że by nie trwała tak długo, jak sprzeciw wobec teorii Kopernika. A z tamtą sprawą porównywana była nieraz: bodaj na przykład przez kardynała Kőniga.
W tym numerze „Znaku” również ważny artykuł teologa świeckiego, profesora Józefa Majewskiego, pt. „Watykańska strażniczka ortodoksji a teologia”. Owa strażniczka to Kongregacja Nauki Wiary. Czy jednak nie lepiej „doktryny”? Mniejsza już o stałą pomyłkę: „Kongregacja Nauki i Wiary”, choć myśl o podobnej instytucji nie jest przecież śmieszna. Przede wszystkim podejrzewam, że urzędowemu tłumaczowi chodziło tu o uniknięcie złych skojarzeń, które termin „doktryna” budzi, ale on o wiele bardziej pasuje niż „nauka”. Tu chodzi już raczej o nauczanie, nie naukę. A Majewski opowiada o różnych dzisiejszych sporach teologów z nauczaniem watykańskim, w tym rzecz, że nie tylko teologów, czyli ekspertów. Autor daje przykład różnicy poglądów między watykańską kongregacją a Komisją Dialogu i Ekumenizmu Konferencji Katolickich Biskupów Indii: chodzi tam o to, czy wielość religii jest Bożym dopustem, owocem grzechu podziału ludzkości, czy też inne niż chrześcijańska religie są chcianymi i zaplanowanymi przez Boga kanałami Łaski. Zatem kolegialność kościelna, dochodzenie do prawdy w wyniku wewnątrzkościelnego dialogu czy też watykański dyktat: oto jest pytanie fundamentalne.

17:53, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
niedziela, 23 lutego 2014
Jak siebie samego. Eucharystia według Lutra

Księga Kapłańska 19,18
„Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego.”
Nie żywić urazy do synów żadnego ludu, nie szukać pomsty to jeszcze nic, ale kochać Kowalskiego jak siebie samego to zadanie dla Iksińskich zaprawdę niewykonalne: pozbyć się własnego JA? Trzeba na to mocarza. Ale byli osiłkowie tacy, jak choćby owa teściowa, co w czasie tej wojny poszła na śmierć za synową, albo bardziej znany Maksymilian Kolbe. Poszli za Jezusem z Nazaretu.
Dołączam napisany dla „Buntu Młodych Duchem” artykuł na temat Eucharystii w doktrynie luterańskiej, dedykując go bardzo miłej Czytelniczce, ewangeliczce teolożce.
Tak już w życiu ludzkim jest, że upowszechnienie grozi uproszczeniem. Rozchodząc się, wiadomość nie pogłębia się, ale spłyca, upraszcza, oddala się od prawdy. Podobnie jest z różnymi wierzeniami religijnymi: przyjmowane przez masy podlegają przekręconej ironicznie wersji marksistowskiego prawa dialektyki, według której ilość przechodzi w bylejakość.
Podobnie rzecz wygląda z luterańską doktryną Eucharystii. Jej potoczne rozumienie (czasem i u luteranów) jest takie, że Chrystus jest w tym sakramencie obecny jedynie symbolicznie. Otóż nie są to poglądy Lutra i luteranów, ale Zwingliego i tych ewangelików, którzy przyjmują jego poglądy (różne również od koncepcji Kalwina). W poprzednim numerze „Buntu” referowałem dokument pt. „Od konfliktu do komunii”, będący raportem luterańsko-rzymskokatolickiej Komisji Dialogu do Spraw Jedności (wydanym w Polsce przez luterańską oficynę WARTO). Oficjalni przedstawiciele obu wyznań w 1999 r. dogadali się w sprawie teologicznej zwanej w środowiskach ewangelickich raczej usprawiedliwieniem, w katolickich – zbawieniem. Tymczasem również teologowie - czyli tylko eksperci, jeszcze nie oficjalni przedstawiciele Kościołów - zbliżyli swoje poglądy również w paru innych sprawach: także Eucharystii, zwanej u ewangelików Wieczerzą Pańską.
Luter na ten temat spierał się z Zwinglim mocno. Dyskusja z nim skłoniła go do tego - czytam w raporcie - „aby jeszcze mocniej podkreślać swoją wiarę, że Chrystus udziela sam siebie, mianowicie udziela swego Ciała i Krwi, które są rzeczywiście obecne w sakramencie. To nie wiara czyni Chrystusa obecnym, a raczej Chrystus ofiarowuje siebie, swoje Ciało i Krew, uczestnikom Wieczerzy, bez względu na to, czy w to wierzą, czy nie. Sprzeciw Lutra wobec kościelnej doktryny tamtych czasów nie polegał na tym, że Luter negował realną obecność Jezusa Chrystusa. Zastrzeżenie Lutra dotyczyło o wiele bardziej rozumienia »przemiany« w Wieczerzy Pańskiej.”
O co mu chodziło? „Dla wyjaśnienia »przemiany« IV Sobór Luterański (1215) użył czasownika transsubstantiare, który zakłada rozróżnienie między substancją a akcydencjami [może raczej akcydensami- JT]. Nawet jeśli Luter widział w owym słowie możliwe wyjaśnienie tego, co dzieje się w Wieczerzy Pańskiej, nie mógł zrozumieć, że filozoficzna interpretacja powinna być wiążąca dla wszystkich chrześcijan (...) Uważał, że Ciało i Krew Chrystusa są obecne »w, z i pod« postaciami chleba i wina. Następuje wymiana właściwości między Ciałem i Krwią Chrystusa, a elementami Chleba i Wina. To stwarza sakramentalną jedność między chlebem i Ciałem Chrystusa oraz winem i Krwią Chrystusa.”
Dzisiaj na szczęście lepiej rozumie się w moim Kościele, że czym innym niż istota wiary jest forma językowa jej wyrażania. Chyba dlatego właśnie w raporcie czytamy takie krzepiące słowa: „Luteranie i katolicy mogą wspólnie podkreślać realną obecność Jezusa Chrystusa w Wieczerzy Pańskiej” . We wspólnym dokumencie teologów obu wyznań zostało powiedziane: „W sakramencie Wieczerzy Pańskiej Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek jest w pełni i całkowicie obecny ze swoim Ciałem i swoją Krwią pod znakiem chleba i wina”. Cytując te słowa raport komentuje, że „to zdanie potwierdza wszystkie istotne elementy wiary w eucharystyczną obecność Jezusa Chrystusa, nie przejmując jednak języka pojęciowego transsubstancjacji”.
Jest jednak jeszcze problem. Czytam w raporcie: „Luter rozumiał Wieczerzę Pańską również jako wydarzenie wspólnotowe, jako prawdziwy posiłek, w której błogosławione elementy są konsumowane i nie powinno się ich po Komunii przechowywać. Nalegał, aby spożywać wszystkie elementy, dzięki czemu uniknie się pytań o czas trwania obecności Chrystusa w Eucharystii”. Praktyka liturgiczna luterańska jest tak, że gdy pastor idzie do chorego z Komunią, to odprawia dopiero u niego obrzęd konsekracji. Otóż raport powiada też, że tamten wspólny dokument „wezwał luteranów, aby po liturgii komunijnej z szacunkiem obchodzili się z pozostałymi elementami eucharystycznymi. Jednocześnie tekst napominał katolików, aby zwracali uwagę na fakt, że praktyka eucharystycznej adoracji »nie zaprzecza wspólnemu przekonaniu o Eucharystii jako uczcie«. Warto wiedzieć, że prawosławni przechowują podobnie jak katolicy konsekrowany chleb, natomiast adorują nie tę postać eucharystyczną, ale ikony. A co do owego obchodzenia się z pozostałymi elementami eucharystycznymi, to praktyka jest różna. Dawniej było raczej tak, że wino wylewało się do specjalnego urządzenia mającego odpływ do ziemi (powrót do ziemi, z której winorośl wyrosła), a opłatek paliło; dziś raczej wino się wypija, a opłatki zostawia dla następnej konsekracji.
Rzeczywista Obecność to jednak nie jedyny problem w tym dialogu. Czytam w raporcie: „Główne zastrzeżenie Lutra wobec katolickiej nauki o Eucharystii skierowane było przeciwko rozumieniu mszy jako ofiary. Teologia Eucharystii jako realnego wspomnienia, w którym jedyna oraz na wieki wystarczająca ofiara Chrystusa (List do Hebrajczyków 9,1-10,18) uobecnia się sama dla wiernych, nie była w pełni zrozumiana w późnym średniowieczu. Stąd też wielu widziało w mszy kolejną ofiarę, która dołączała się do Ofiary Chrystusa”. Sam czytałem w powojennym katechizmie katolickim, że msza jest powtórzeniem Ofiary na krzyżu. Otóż raport cytuje znowu ów wspólny dokument: „Luterańscy i katoliccy chrześcijanie wspólnie wyznają, że Jezus Chrystus obecny jest w Wieczerzy Pańskiej jako Ukrzyżowany, który umarł za nasze grzechy i dla naszego usprawiedliwienia zmartwychwstał, i jako ofiara, która została złożona raz po wszystkie czasy za grzechy świata. Ofiara ta nie może być ani kontynuowana, ani powtarzana, ani też zastąpiona czy uzupełniona”. Czyli znowu dogadanie się. Tyle że - zaznaczam ponownie - dogadali się tutaj tylko eksperci, nie oficjalni przedstawiciele Kościołów.
I ostatnia sprawa: Komunia pod jedną postacią czy pod dwiema? Luter nie uważał, że przyjmując komunię tylko pod postacią chleba świeccy przyjmują „tylko połowę Chrystusa”. Krytykował natomiast praktykę zakazującą im przyjmowania Komunii pod dwiema postaciami. Z raportu wynika, że obie strony uznają, iż „do pełnej postaci Eucharystii należy chleb i wino”, ale praktyka liturgiczna jest różna. Dodam od siebie, że praktyka rzymskokatolicka za rzadko stosuje ową „pełną postać”. Ale oczywiście żadnego jej zakazu teraz u nas nie ma.
Na koniec zwierzę się z uczucia, które dręczyło mnie przy tym pisaniu: że referując owe dyskusje teologiczne opowiadam o sprawach dla dzisiejszego zwykłego czytelnika bardzo, bardzo dziwnych. Przypominała mi się ciągle wypowiedź jakiejś katoliczki, bardzo mi duchowo bliska, że kwestia realnej obecności właściwie jej nie obchodzi: to dla niej jakaś „scholastyka”, zamierzchłe spekulacje. Chrystus JEST, a jak, to TAJEMNICA i cześć.

09:52, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
sobota, 22 lutego 2014
Katedra Piotra, trzech Janów, Pawła, Benedykta, Franciszka...

Ewangelia Mateusza 16,13-19
Dzisiaj słynne słowa o Piotrze Opoce, bo w moim Kościele święto Katedry Piotra. Oczywiście słowa te dalej dzielą chrześcijaństwo, ale o ile mniej dzisiaj niż pół wieku temu. O ile łatwiej uznać prawosławnym, protestantom, starokatolikom szczególną rolę kościelną biskupów Rzymu, gdy są nimi ludzie tacy, jak teraz Franciszek, a przed nim Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł I i II, Benedykt XVI. Też każdy z tamtych na swój sposób ściągał ich urząd z piedestału, który ich niemal beatyfikował. Napisało mi się kiedyś taki megafelieton.
Pewien biskup francuski żalił się papieżowi Janowi XXIII, że bardzo trudno mu być następcą znakomitego hierarchy, członka Akademii Francuskiej. Papież pocieszył go tak: „A ja? Czy Ekscelencja sądzi, że miałem łatwe zadanie? Dam Ekscelencji dobrą radę: trzeba postępować jak ja: inaczej.” Faktycznie zachowywał się całkiem inaczej niż jego poprzednik, Pius XII. Niczym nie przypominał tamtego papieża: niski i gruby, wesoły i gadatliwy, bardzo towarzyski, typowy piknik, różnił się zasadniczo od tamtego astenika, dostojnego dyplomaty, trzymającego z otoczeniem eklezjalny dystans. No cóż, można powiedzieć – co człowiek, to osobowość, charakter, sposób bycia; dotyczy to przecież także papieży. To też ludzie, choć namiestnicy samego Chrystusa.
Jednak właśnie namiestnicy, zastępcy Chrystusa na ziemi. Otóż różnica między papieżami Pacellim i Roncallim była nie tylko kwestią osobową. Owszem, zdecydowała osoba, ale zaczęła podejmować decyzje, które kształtują Kościół na jej własny obraz i podobieństwo. Jego pontyfikat owiany jest mnóstwem anegdot: są to jednak nie tylko jego dowcipy. Miał zawsze dobry humor, ale rolę swoją pojmował nadzwyczaj poważnie. Zwierzył się komuś, że kiedy powiedział kardynałom o decyzji zwołania soboru, dopiero gdy zobaczył ich zdumienie, uświadomił sobie, że rozpoczął rewolucję.
Pontyfikat Piusa XII stanowił punkt kulminacyjny w awansowaniu papiestwa. Proces ten zaczął się od upadku zachodniego cesarstwa rzymskiego. Gdy w stolicy imperium zabrakło potężnej władzy świeckiej, rósł autorytet duchownej. Różne były koleje tej historii, efekt jej był jednak taki, że biskup Rzymu stał się zaprawdę kimś pośrednim między Bogiem a człowiekiem. Służyły temu uchwały poprzedniego soboru: ogłoszone przez Vaticanum Primum dogmaty o prymacie i nieomylności papieża, zrównoważone zaakcentowaniem roli innych biskupów dopiero przez Vaticanum Secundum, czyniły z niego monarchę całkiem absolutnego. Otaczała go niemal boskim nimbem szaleńcza w swoim deifikacyjnym zapale teologia. Akcentował ową wyniosłość dworski obyczaj. Monarchie upadały, a ta trwała w kształcie robiącym w epoce demokratycznej wrażenie wręcz groteskowe.
Wśród „kwiatków” Jana XXIII, a przedtem monsignora Roncallego, skrzętnie zbieranych przez różnych autorów, są takie oto. Nuncjusz apostolski w Paryżu odwiedza tamtejsze Seminarium Polskie incognito: nie przedstawiając się, ubrany jak zwykły ksiądz. Nic dziwnego, że musi czekać na audiencję u rektora, który dowiedział się od furtiana, że „jakiś gruby proboszcz prosi o przyjęcie”. Gdy został papieżem, zaprotestował przeciw codziennej zmianie swoich białych skarpetek. Gdy dowiedział się, że rozdawane służą jako przedśmiertne relikwie, bo leczą reumatyzm, miał powiedzieć garderobianemu: „Ależ przecież ja też mam reumatyzm”. Jako swoisty amulet służyły też oczywiście piuski: podczas zbiorowej audiencji poprzedni papież potrafił rozdać ich całą setkę, ten ani jednej. „Sedia gestatoria”, czyli papieska lektyka, nie budziła jego sympatii: „Jest to najbardziej niewygodny fotel, jaki znam” – mawiał i używał go rzadko, tylko po to, by jak najwięcej wiernych mogło go widzieć.” Podwyższył natomiast pensję jego nosicielom, bo mają teraz cięższą pracę niż za poprzednika. „Pluralis maiestatis”, czyli mówienie o sobie w liczbie mnogiej, też wydawało mu się zabawne, potrafił zatem tak tłumaczyć swoje ranne zniknięcie z pałacu w Castel Gandolfo: „Poranek był tak piękny, że nie chciało nam się spać. Nie chcąc więc nikomu przeszkadzać, wstaliśmy i udaliśmy się na wspaniały spacer...”,
Owszem, można powiedzieć, że osobista skromność to jedno, a ustrój Kościoła – drugie. Zgadzam się, są to sprawy różne, jednak jakoś powiązane. W końcu to on przecież właśnie zwołał sobór równoważący przechył centralistyczny poprzedniego. A poza tym komuś, przed kim nie pada się plackiem, znacznie łatwiej przeciwstawić własną opinię. Tu anegdota na temat Piusa IX. Podobno, gdy któryś z oponentów przeciw jego autorytaryzmowi nie dość nisko schylił przed nim na klęczkach swoją głowę, papież skorygował mu postawę własną nogą... Chyba to jednak nieprawda, choć dobrze zmyślona, faktem jest jednak, że dopiero właśnie Jan XXIII zniósł na dobre zwyczaj całowania Ojca Świętego w stopę. Cóż, że chodziło o uczczenie relikwii umieszczonych w papieskim trzewiku: zwykłego biskupa też całuje się niby nie w rękę, ale w pierścień z relikwią.
Padanie na kolana... po papieżu Roncallim był papież Montini. Choć miał osobowość zupełnie inną: nieśmiały, ostrożny, dzielący włos na czworo, podejmujący decyzje z ogromnym trudem. Jan XXIII nazwał go Hamletem, co było też jednym z kwiatków jego swobodnego stylu, Paweł VI doprowadził jednak sobór do szczęśliwego końca. Rezygnował też z takich elementów monarchicznego przepychu, jak lektyka czy ów pluralis. Ale ten papież dokonał przede wszystkim aktu pokory zaprawdę kolosalnego. 14 grudnia Roku Świętego 1975 padł na kolana i ucałował stopy metropolity prawosławnego Melitona, reprezentującego patriarchę Konstantynopola. Nawet nie samego patriarchy, tylko jego przedstawiciela. Najwyższy zwierzchnik Kościoła rzymskokatolickiego, uważający się za zwierzchnika całego chrześcijaństwa, uczynił gest największego samouniżenia wobec „schizmatyckiego” biskupa. W 10. rocznicę unieważnienia wzajemnych anatem, czyli po akcie prawnym, biskup rzymski dokonał aktu moralnego. Wymazał z serca swojego Kościoła grzech pychy wobec Kościoła bratniego, wobec całej rodziny bratnich Kościołów prawosławnych.
Potem był Jan Paweł I. Przezwano go papieżem uśmiechu, bo ujmował ludzi swoim obliczem wyjątkowo radosnym i życzliwym. Kardynałowie wybrali go, bo po kurialiście Pawle VI chcieli mieć duszpasterza. Na pewno otrzymali człowieka, który do watykańskiego urzędu zupełnie nie pasował. Czuł się w nim bardzo obco. Plotka, że go otruto, jest oczywiście kalumnią, nie ułatwiano mu jednak pracy: mówiono, że sekretarz stanu Jean-Marie Villot bez żadnej litości obciążał go kolejnymi sprawami, choć wiedział, że go przerażają. Na pewno papież ten chciał być bliżej wiernych, zaraz w pierwszym przemówieniu nie użył monarszej liczby mnogiej, zniósł też zwyczaj zwracania się do niego słowami „Jego Świątobliwość”.
No i Jan Paweł II. Pluralizm straszy jeszcze w tekście początkowym, potem jednak papież z Krakowa rozpoczyna wojnę z wywyższaniem się niebywale radykalną i konsekwentną. Zaczęło się to jeszcze w Polsce, gdzie panowały (i panują trochę dalej) pośród episkopatu obyczaje raczej książęce. Publicysta katolickiego miesięcznika krakowskiego „Znak” Janusz Poniewierski zebrał „kwiatki Jana Pawła II” w książce po takim tytułem. Przetłumaczona na kilka języków ukazuje Karola Wojtyłę jako człowieka, który z cnoty pokory zrobił program swego pontyfikatu. Niech będzie tutaj trochę takich papieskich dowcipów: służących zstępowaniu z podniebiańskich wyżyn przez zwykłe rozśmieszanie widowni, ale też ośmieszaniu urzędowej wody sodowej. Uczeń Karola Wojtyły Jerzy Gałkowski tak wspominał czas, gdy przyszły papież łączył zajęcia na KUL-u z urzędem biskupa: „Nasze seminaria coraz częściej odbywały się w Krakowie. Były przerywane przez księży, urzędników kurii. Jeden z nich za każdym razem przyklękał do ucałowania pierścienia, co w widoczny sposób zawstydzało młodszego Księdza Biskupa. Bronił się bezskutecznie gestami i postawą ciała. Wreszcie poradził sobie – także ukląkł. Pomogło.” Gdy został kardynałem, benedyktyn ojciec Leon Knabit pocałował go gratulując w rękę, na co Wojtyła zrobił to samo. Wkrótce po inauguracji pontyfikatu na papieskie pokoje udało się wedrzeć grupie przyjaciół z Krakowa. Przyjaźń przyjaźnią, ale papież papieżem, więc przyklękli. Na co Jan Paweł: - „Nie róbcie szopki”. Anegdota ma ciąg dalszy. Napisałem o niej felieton do miesięcznika „Więź”, ale redaktor naczelny Tadeusz Mazowiecki tekstu nie przyjął. Znam księży – powiedział. Pewnie, że papież się nie obrazi, ale zgorszysz śmiertelnie prałatów. Niemniej bez wielkiej nadziei spróbowałem jeszcze szczęścia w „Gościu Niedzielnym”, piśmie kurii biskupiej w Katowicach, gdzie też miałem stały felieton. I wydrukowali! Ale kiedy pół roku później pogratulowałem odwagi tamtejszemu naczelnemu ks. Stanisławowi Tkoczowi, okazało się, że Mazowiecki miał rację: sąsiednia kuria wystosowała pisemny protest... Potem jednak papież pozwalał klękać, całować pierścień, choć nie zawsze: koledze szkolnemu Jerzego Klugerowi zabronił. „Papamobil” go denerwował: ta szklana klatka. Tłumaczono: - Nic na to nie poradzimy, że lękamy się o Waszą Świątobliwość, na co papież: - Ja też niepokoję się o swoją świątobliwość. Do kogoś odwiedzającego go powiedział: „Poczekaj tu na mnie, muszę trochę popapieżyć”. Na koniec pontyfikalny dowcip, który powtarzam, ile razy mogę: - „Ktoś się raz pomylił i zamiast »niech żyje papież«, zaczął wołać: »niech żyje łupież«. Ja was do tego nie zachęcam”. Może jednak te dowcipy to w końcu nic bardzo poważnego. Jeśli tak, to przypomnę owe ogromne mea culpa, ktoś naliczył aż osiemdziesiąt uderzeń w kościelną pierś, które wykonał papież Wojtyła.
Można twierdzić, że rządy Benedykta XVI stanowią regres w owym procesie demokratyzacji papieskich obyczajów. Że pancerny kardynał bardzo nie lubił nowości także w tej materii. Owszem, nie zrobił żadnego gestu ani nie powiedział nic, co by naruszało pontyfikalną etykietę. Nawet drobnymi decyzjami zwiększał jej przepych: wzbogacał swój papieski strój. Niemniej to wszystko blednie wobec tamtej niesłychanej decyzji: abdykacji. I to przecież nie z powodu choroby papieża, ale niedomagania całego Kościoła, tak wielkiego, że papież nie daje sobie z tym rady. Czyli nie tylko samokrytycyzm personalny – również instytucjonalny. Czyli nie tylko pokora własna: także stwierdzenie, że sam Kościół jest grzeszny poważnie. Afery pedofilskie, niewyjaśniona kompromitująca afera wewnętrzna w Kurii Rzymskiej, nie mówiąc o bardzo mętnych działaniach watykańskiego banku. W tym przejściu na emeryturę widać - by tak rzec – postęp w pokorze. Nie zdecydował się na to poprzednik Benedykta, choć czuł się o wiele gorzej. Oczywiście nie wiedział o kościelnej sytuacji tyle, co ten papież, ale widzę tu jakiś stopniowy rozwój samoświadomości papiestwa, dojrzewanie do kolejnych decyzji.
PAPIEŻ POZAPAŁACOWY
Nic dziwnego, że następnym biskupem Rzymu został kardynał z kraju bardzo dalekiego od centralnego ośrodka władzy: tylko on mógłby ocenić krytycznie sytuację i przedsięwziąć reformę. Przedsięwziął. Franciszkowa krytyka braci w biskupstwie, ich gonienia za karierą, odbiega radykalnie swoim językiem od dotychczasowych eufemizmów. To słowa, są już i czyny: zamieszkanie poza watykańskim pałacem jest gestem symbolicznym, większym niż wszystko, co można było sobie wyobrazić. Wszyscy widzimy to i zachwycamy się. Rewolucja nabiera tempa.
Schodzenie papieży z podniebnego piedestału nie jest oczywiście jedynym czynnikiem eklezjalnej reformy. Pominąłem w tym szkicu zupełnie postęp w dialogu z pozakatolickim światem: rewolucję ekumeniczną przede wszystkim. Zająłem się jednak warunkiem rozwoju tamtych spraw: przywódca duchowy noszony w lektyce dosłownie czy przenośnie nie jest w stanie zobaczyć rzeczywistego stanu rzeczy. Niedowidzi, nie dosłyszy, nikt mu nie powie nic nieprzyjemnego: taki jest los półbogów.

18:47, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
piątek, 21 lutego 2014
Wiara bez uczynków, uczynki bez wiary

List Jakuba 2,17
„Tak i wiara, jeśliby nie miała uczynków, sama z siebie byłaby martwa.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Słowa fundamentalne zgoła. A warte uwagi, bo nie widać dość dobrych uczynków u wielu z tych, którzy mienią się wierzącymi. Tymczasem zaś nastał problem tych, co nie religijnie w ogóle nie wierzą, ale czynią. Wymyślono dla nich termin „wiara implicite”. Może nie najlepszy, pewnie lepszy jest Stefana Wilkanowicza „wiara podstawowa”, mniejsza jednak o to. Mniejsza o to, jak nazwiemy światopogląd raczej agnostyczny Korczaka oraz w ogóle wszystkich bohaterów mieniących się ateistami. Grunt, żeby powiedzieć wyraźnie, iż poza Kościołami, religiami są ludzie duchowo znakomici.

16:13, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 20 lutego 2014
Ubogi jest u Boga

List Jakuba 2, 1-9
„Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy go miłują? Wy zaś odmówiliście ubogiemu poszanowania. (...) Jeśli zaś kierujecie się względem na osobę, popełniacie grzech i Prawo potępi was jako przestępców.”
Ubogi, czyli ten, co jest u Boga: to pewnik etyczny, choć chyba nie etymologiczny, bo bogaty też ma przecież Boga w swoim polskim brzmieniu. To pewnik etyczny i nie tylko chrześcijański: liberałowie ekonomiczni też twierdzą, że troszczą się o gorzej sytuowanych, nawet bardziej skutecznie. Pasuje mi tu jednak właśnie słowo „gorzej sytuowany”: bo w etyce ewangelijnej chodzi nie tylko o tych, którym brakuje mamony. O wszystkich, którym się nie poszczęściło, którzy nie należą do żadnej z kategorii „możni tego świata”: także na przykład o takich, co nie mają „nazwiska”, nie widać ich w telewizorze, na pierwszych stronach gazet. Nie są utytułowani, nie nazywa się ich profesorami, redaktorami. W Kościele też bywa względu na osoby od groma, i to nie tylko kościelne: stanowisko w „świecie” także liczy się, a jakże. A księdza Lemańskiego cenię bardzo za to, że traktuje swoich parafian tak samo hierarchów, a nawet cieplej chyba.
I tu wspomnienie o kimś, kto nie miał w życiu szczęścia. O moim koledze szkolnym, Janku Olszewskim. Był wybitnym krytykiem filmowym – napisał informując o jego śmierci w „Gazecie Wyborczej” Tadeusz Sobolewski. Na filmie nie znam się zupełnie, mogę jednak napisać tutaj, że był człowiekiem wybitnym, intelektualistą naprawdę dużej klasy.
Znałem go bardzo dobrze. Bardzo długo. Poznałem go 75 lat temu w liceum ogólnokształcącym w Cieplicach (dziś to administracyjna część Jeleniej Góry). Byliśmy w tej samej klasie aż do matury, jeździliśmy do Cieplic z Sobieszowa tym samym tramwajem, opowiadaliśmy sobie w drodze i na przerwach mniej lub bardziej przyzwoite dowcipy. Chyba jednak także w tych żartach był ode mnie lepszy. Także i w tym: tak się jakoś dziwnie złożyło, że ja na lekcjach błyszczałem, uchodziłem za klasową gwiazdę, a nie on, choć górował nade mną dojrzałością intelektualną. Po prostu miałem więcej tupetu, a i jakiegoś szczęścia, zresztą potem przez całe życie.
W mojej pamięci o nim jest przede wszystkim wyrzut sumienia. Nie byłem temu winien, że to ja dostałem się na wrocławską polonistykę, a nie on: przybyłem na ten uniwersytet jako młody człowiek źle widziany przez reżim (fatalne pochodzenie społeczne), a tak się jeszcze dziwniej złożyło, że to mi ułatwiło zdobycie studenckiego indeksu. On dostał się na mniej obleganą germanistykę; jak się wtedy dowiedziałem ( nie chwalił się tym), znał od razu dobrze ten język. Natomiast winien byłem wobec niego potem myślowym oportunizmem. Zaraz po studiach zacząłem pracować we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim”; gdy trzeba było zamówić artykuł o Tomaszu Mannie, prosiłem go o tekst. I dopuściłem do jego odrzucenia, nie przeciwstawiłem się koledze, który forsował taką decyzję redakcji, bo chciał wepchnąć swoją rzecz, zgrabną, ale słabiutką, o wiele mniej wartą niż tekst Janka. Bo on już wtedy górował nad rówieśnikami erudycją i inteligencją, zabłysł wnet znakomitym tekstem w „Odrze”.
Nasze drogi się tematycznie rozeszły, ja zrobiłem się publicystą religijnym, on filmowym. Spotykaliśmy się rzadko, ale pamiętam jedną rozmowę, w której mówił, że zazdrości mi pisania w największym dzienniku polskim, a i tego, że mam dzieci, wnuki. Nie poszczęściło mu się także w sprawach rodzinnych. Teraz już mu jest wreszcie dobrze tam, w krainie szczęścia wiekuistego.

14:04, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
Gdy język świerzbi

Wpis na 19 lutego 2013 r.

List Jakuba 1,19
„Każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia”... Ba, pewnie, że tak być powinno. Pan Bóg nie lubi dusz porośniętych słowami – napisał ksiądz Twardowski. Ważna jest cnota słuchania, którą miał Jan Paweł II. Gadulstwo to wada nieznośna, nie tylko męczy, bo nudzi: nieraz przecież rani. Człowiek podobnie wymowny nie tylko topi wszystko i wszystkich we własnym słowotoku: bywają gaduły zabawne, urocze, ale są też złośliwe. Język jest częścią ciała niebezpieczną, papież Franciszek ostatnio, ale i wcześniej potępiał plotkarstwo. Już jakieś „nadinformowanie” szkodzi bliźnim będącym jego tematem, gorzej, gdy obgadujemy tego czy owego, żeby mu za plecami dokuczyć.
A przecież jesteśmy też pod tym względem różni: jeden jest mrukiem, zamkniętym w sobie, łatwo mu przychodzi milczenie, drugi ma wręcz fizjologiczną potrzebę mówienia. Trzeba się zdobyć na trochę tolerancji. Zresztą na cudze gadulstwo narzekają nie tylko małomówni.

13:58, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 lutego 2014
Wytchnienie. Prababka Żydówka

Psalm 94,12-13
„Błogosławiony mąż, którego Ty wychowujesz Panie,
i pouczasz Twoim prawem,
aby mu dać wytchnienie
w dniach nieszczęśliwych.”
To tłumaczenie Tysiąclatki, Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów polskich poradził sobie inaczej: „Szczęśliwy jest ten, którym Ty, Panie, kierujesz i uczysz go swego Prawa, aby mógł odpocząć po dniach nieszczęścia.” Błogosławiony czy szczęśliwy – oto mały dylemat, który tu często przedstawiam. Jestem na ogół za tym drugim, tu stanowczo, bo chodzi o szczęście. Owszem, wbrew Prawu nie jest w istocie możliwe, ale jak cenne jest stwierdzenie, że należy nam się czasem wytchnienie. Albowiem życie nie jest romansem, jak głosi dawne porzekadło, oj, nie.
A teraz malutki przegląd prasy, samochwalczy: oto mój felieton z ostatniego ”Magazynu Świątecznego”, nie każdy go czytał.
”Głośne myślenie
Prababka-Żydówka
Jonasz
«Koci, koci, łapci,
pojedziem do babci,
ale ani słówka,
bo babcia Żydówka».
Nie posłucham jednak księdza Twardowskiego i odnotuję, co przeczytałem we francuskim miesięczniku katolickim ” La Lettre” (nr 59, styczeń 2014), promującym dialog chrześcijańsko-żydowski. Otóż Aron ben Gilad, katolik pochodzenia żydowskiego, zbadał na swoim blogu pochodzenie papież Benedykta XVI. Pochodzi on po kądzieli od Judy Loewa ben Bezabela, rabina Pragi (1512-1609), który poślubił Perlę Shmelkes-Reich (1516-1610). Idąc przez następne pokolenia dochodzi się do Elizabeth Tauber, konwertytki na katolicyzm (ur. 1834), która poślubiła z kolei Antona Petera Peintnera. Maria Tauber-Peintner (ur. 1855) wyszła za Isidora Riegera. Maria Peintner-Rieger wyszła z kolei za Josepha Ratzingera, ojca Josepha Aloisa Ratzingera.
Papież miałby zatem prababkę Żydówkę w sensie religijnym, ale ona sama też mogła wyjść za człowieka o tej przynależności narodowej, czyli może babka Żydówka... Judeosceptykom współczuję.”
Po czym zajrzałem do Google`a i znalazłem tam pisemko internetowe ”Wolna Polska”, a w nim informację, że Joseph Ratzinger (tak, chodzi o przyszłego papieża) w sierpniu 1987 roku dokonał w Holandii mordu rytualnego na pewnej dziewczynce. A papież Bergoglio to judeosatanista...

15:14, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 17 lutego 2014
Jakub późno nawrócony. O niestałości, wątpliwościach i ubóstwie, które wywyższa

List Jakuba 1,1-11
Ciekawe, że ta księga umieszczona jest w kanonie jako pierwsza wśród tak zwanych listów powszechnych (adresowanych do całego Kościoła, nie do jednej z jego wspólnot, jak listy Pawłowe czy ten do Hebrajczyków). Poprzedza ona nie tylko listy przypisywane ewangeliście Janowi, także te noszące imię Piotra, jakby nie było „księcia apostołów”, opoki Kościoła. Jeśli nawet nie napisał tej księgi Jakub, brat Jezusa, tylko została mu przypisana, by dodać jej autorytetu, to i tak przypisanie jej właśnie jemu świadczy o jego szczególnej pozycji w pierwotnym Kościele. Paweł wymienia go jako jednego z jego (Kościoła) filarów, obok Piotra i Jana. Tak to na czele wyznawców Chrystusa stają ci, co zgoła nie chodzili za Nim, gdy wędrował po ziemi. Szaweł nie chodził na pewno, Jakub, brat Pański, zapewne też. Nie był bowiem raczej jednym z Dwunastu. Utożsamienie go z apostołem Jakubem, synem Alfeusza, jest mocno wątpliwe, raczej był on owym Jakubem Młodszym, synem Marii (Mk 15,40) i Kleofasa (Jn 9,25), bratem ciotecznym Jezusa, bo ta Maria była siostrą Jego matki. Czy to nie paradoks (ale ewangelijny: „ostatni będą pierwszymi”), że rządzą Kościołem tacy „robotnicy ostatniej godziny”, jak Paweł oraz ten brat Jezusa, który podobnie jak inni bracia docenił Go dopiero po Jego śmierci (por. Mt 12,46-50, Mk 3,31, Łk 8,19-21, J 7,3-5 oraz Dz 1,14). Historia także ta święta, niespodziankami stoi. A - jak już napisałem niedawno - można by napisać apokryf współczesny, może całą powieść o tym Jakubie z Nazaretu. O tym, że apostołowie i inni uczniowie Jezusa jeszcze z czasów, gdy żył na ziemi, wypominali mu początkowo późne nawrócenie.
Teraz wreszcie o tym, co dzisiaj czytamy w Biblii. Cnota stałości, wytrwałości: hartuje się w różnych próbach, doświadczeniach. Jej przeciwieństwem jest chwiejność. Trzeba się modlić o mądrość, podstawę wytrwałości, którą Bóg daje chętnie, nie wymawiając. Autor księgi jest moralistą, nie psychoterapeutą, nie wnika w trudności psychiczne, którzy mają różni ludzie hamletyzujący. Nie zajmuje się problemem tzw. wątpliwości w wierze, które – dziś to się już zaczyna rozumieć – służą nieraz intelektualnemu jej pogłębieniu. Jakub pisze o czym innym, o stałości moralnej. I o temacie naczelnym papieża Franciszka: ubóstwie. Ono awansuje człowieka, a bogactwo poniża, ponieważ przeminie, zwiędnie jak kwiat polny, gdy go słońce spali.

16:19, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Człowiekobójstwo

Wpis na niedzielę 16 lutego

Człowiekobójstwo
1 List do Koryntian 2,7-8
„Głosimy tajemnicę mądrości, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata: gdyby bowiem ją pojęli, nie ukrzyżowaliby Pana chwały.” Pan chwały to Bóg. Zarzut „bogobójstwa” jest absurdalny, bo nikt nie może chcieć zabić Boga (chyba że wariat). Co nie znaczy, że usprawiedliwione jest tutaj „człowiekobójstwo”: mordercza nienawiść do proroka z Nazaretu.

14:11, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 lutego 2014
Cuda: między dwoma dogmatyzmami

Ewangelia Marka 8,1-10
Cud rozmnożenia chleba. Zajrzałem do książki ks. Waltera Kaspera „Jezus Chrystus”, którą 30 lat temu wydał w Polsce „Pax” (tłumaczył Bernard Białecki). Autor, wybitny niemiecki teolog, z czasem biskup, później kardynał i kolejny szef watykańskiej ekumenii, jeden rozdział swego dzieła poświęcił cudom. Napisał tam m.in. tak: „Wiele opowieści o cudach zawartych w Ewangeliach musimy określić jako legendarne. (...) Mimo to błędem byłoby wnioskować, że nie ma żadnych historycznie uzasadnionych cudów Jezusa. Prawdą jest coś przeciwnego. Chyba nie ma żadnego poważnego egzegety, który by wątpił w sam podstawowy trzon cudownych czynów Jezusa. (...) Trzeba przyjąć jako historyczne te cuda, których nie można wyjaśnić ani jako tradycję wywodzącą się z judaizmu, ani z hellenizmu. Są to cuda wyraźnie skierowane przeciw judaizmowi. Dotyczy to zwłaszcza uzdrowień w szabat, powodujących spory o przykazanie święcenia szabatu.” I tak dalej – zacytowałem trochę autora, aby pokazać jego postawę myślową. Jednych zadziwi jego krytycyzm: jak teolog katolicki może nie wierzyć w cuda Jezusa! Innych nie przekonają żadne argumenty za tym, że jednak niektóre niezwykłości ewangelijne wydarzyły się rzeczywiście. A mnie podoba się taki sceptycyzm umiarkowany: gdzieś między dwoma dogmatyzmami. Cuda to w ogóle zjawiska tajemnicze, a te ewangelijne jeszcze bardziej, ponieważ ich historyczność, to, czy wydarzyły się realnie, to problem niełatwy do rozstrzygnięcia.

08:43, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
piątek, 14 lutego 2014
Predestynacja? Owszem, przeznaczenie do zbawienia wszystkich! O dialogu chrześcijan i Żydów

Dzieje Apostolskie 13,46-49
„Paweł i Barnaba powiedzieli do Żydów: - Należało głosić słowo Boże najpierw wam. Skoro jednak odrzucacie je i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego, zwracamy się do pogan. Tak bowiem nakazał nam Pan: »Ustanowiłem Cię światłością dla pogan, abyś był zbawieniem aż po krańce ziemi«. Poganie słysząc to, radowali się i wielbili słowo Pańskie, a wszyscy przeznaczeni do życia wiecznego uwierzyli. Słowo Pańskie rozszerzało się po całym kraju”.
Żydzi to tutaj oczywiście nie cały naród, do którego należeli przecież apostołowie, którzy się tak odezwali, tylko ta jego część, która nie przyjęła nowej wiary, co więcej, tylko jakaś konkretna grupa tych opozycjonistów. Zaczął się rozłam trwający aż dotąd, na szczęście już teraz nie tak konfliktowy. Rozwija się dialog. A występujące tutaj pojęcie „przeznaczenia do życia wiecznego” nie może być rozumiane tak, żeby zeń wynikała Boża decyzja potępiająca człowieka niezależnie od jego postępowania. Jan Kalwin skłonny był do podobnego obrazu Boga, też zresztą przecież Augustyn z Hippony, a i trochę Luter. Dziś jednak także ewangelicy interpretują owe słowa Pawła bardziej optymistycznie. Można przeczytać na ten temat tysiąc teorii różnych teologów, ja mam swoją własną, prostą i jasną, że Bóg, owszem, wie, jak człowiek postąpi, ale przewidzenie nie oznacza przeznaczenia. A co do tego drugiego, to przeznaczył On wszystkich ludzi do zbawienia i po to Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu, żeby ten plan Boży się zrealizował. Bóg jest nie tylko Sprawiedliwością, nie karze za grzechy niepopełnione, jest także Miłosierdziem, za żadne grzechy nie karze wiecznym piekłem! Amen!
PS. Wiadomość z dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Ma on u nas przynajmniej dwie instytucje: w Warszawie jest Polska Rada Chrześcijan i Żydów, w Krakowie Klub Chrześcijan i Żydów ”Przymierze”. Otóż ten drugi nominował do Nagrody Im. Ks. Stanisława Musiała sześć osób, a to: prof. Stanisława Krajewskiego, wybitnego intelektualistę żydowskiego, wspólprzewodniczącego stołecznej Rady, działacza społecznego Mirosława Skrzypczyka, ks. Romualda Jakuba Waszkinela- Wekslera (każdy wie, kto to), Centrum Badań nad Zagładą Żydów, działaczkę społeczną Agnieszkę Cahn oraz ks. Wojciecha Lemańskiego (też każdy wie, kto zacz). Kapituła Nagrody postanowiła nagrodzić dwie pierwsze osoby. A wczoraj ksiądz Wojciech wystąpił w warszawskiej synagodze reformowanej wraz dziennikarką Radia TOK FM, Anną Wacławik-Orpik, tą, która zrobiła z nim sławną książkę-wywiad dla Agory. Mówił bardzo na poziomie: mało o swoich kłopotach, dużo o tymże dialogu i o samym Bogu.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 lutego 2014
Gdyby Salomon był kawalerem...

1 Księga Królewska 11,4-13
„Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym”
I mówią nierozumni, że celibat niedobry. A jak się jednak ożenić, to nie z całym haremem. A jak już, to dobrze sprawdzać, czy któraś żona nie ma skłonności bałwochwalczych...
Dzisiaj kult bogini Asztarty oraz bogów Milkoma i Kemosza wydaje się myślowym prymitywizmem, w każdym razie w zostawieniu z czcią dla JHWH, niewyobrażalnego, mniej więcej takiego, jakiego dzisiaj czczą Żydzi, chrześcijanie, muzułmanie. Nie wiadomo jednak, czy nie był to tylko henoteizm, czyli również po trosze kult plemienny, niewykluczający istnienia innych bóstw, choć traktujący swego boga jako najwyższego. Przy takim pojmowaniu miejsce dla innych żądnych czci istot łatwo było znaleźć, nawet w ustroju przecież patriarchalnym, w którym mąż pod pantoflem haremu raczej nie był.
Karą za uległość wobec kultów okolicznych miało być według księgi biblijnej zabranie rodowi Dawida dziesięciu pokoleń północnych, czyli podział królestwa na judzkie i izraelskie (jedenaste pokolenie, lewickie, kapłańskie, było ponad tym podziałem). Syn Salomona, który utracił aż tyle, że została mu tylko Judea, nazywał się Roboam, władca izraelski – Jeroboam. Podobieństwo imion dziwiło mnie od dzieciństwa, gdy matka uczyła nas tej świętej historii. Jeroboam był dowódcą wojsk Salomonowych tak ambitnym, że chciał pozbawić tronu nawet samego Salomona. Zapanowawszy nad północą izraelską nie mógł mieć świątyni w Jerozolimie, więc kazał wznieść posągi złotych cielców w Betel i Dan, odtwarzając - jak sądził - dawne formy kultu. Taka to była polityka, religia, a przede wszystkim żądza władzy, rzecz tak ponuro ludzka.

14:25, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 12 lutego 2014
Po prostu zaufać

Psalm 37,5-6
”Powierz Panu swą drogę,
zaufaj Mu, a On sam będzie działał.
On sprawi, że Twa sprawiedliwość zabłyśnie jak światło,
a prawość twoja jak blask południa.”
Najpierw kwestia literacka. Chrypi mi to ”światło”: taki jakiś ogólnik, brak konkretu, literackiego obrazu, dziwny w tekście przecież biblijnym. Zajrzałem do innych przekładów polskich (ten jest Tysiąclatki) i wszystkie - łącznie z żydowskim rabina Cylkowa, chwalonym przez Miłosza, i samym Miłoszowym - mają to słabo błyszczące słowo. Wujek ma, co prawda, ”światłość”, ale to wychodzi na jedno. Na szczęście w Biblii Jerozolimskiej, bardzo podobno wiernej, stoi ”jour”, czyli dzień - to już bardziej obrazowo, w każdym razie w zestawieniu z owym południem jako jasnością maksymalną.
Mam zaufać Bogu, On będzie działał za mnie. Ale cóż to właściwie znaczy? Mam po prostu słuchać Jego przykazań? Brzmi to jednak dosyć po staremu, a zresztą przykazania to drogowskazy nazbyt ogólne. Moja dzisiejsza tępota wynika jednak może z tego, że zapomniałem, co przecież stale powtarzam, że Bóg jest MIŁOSIERNY. Faustyna: ”Jezu, ufam Tobie!”. Nie powinienem zatem tonąć w skrupułach, bylebym tylko kochał bliźniego jak siebie samego. Tylko tyle, aż tyle...

14:09, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 lutego 2014
Dla kogo jest świątynia?

1 Księga Królewska 8,22-23.27-30
„Czy jednak naprawdę zamieszka Bóg na ziemi? Przecież niebo i niebiosa najwyższe nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą zbudowałem. Zważ więc na modlitwę Twego sługi i jego błaganie, o Panie, Boże mój, i wysłuchaj to wołanie i tę modlitwę, w której dziś Twój sługa stara się ubłagać Cię o to, aby w nocy i w dzień Twoje oczy patrzyły na tę świątynię. Jest to miejsce, o którym powiedziałeś: »Tam będzie moje imię«, tak aby wysłuchać modlitwę, którą zanosi Twój sługa na tym miejscu.”
Ciekawe wątpliwości Salomona. Uważa jednak, że świątynia jest potrzebna, bo tam jest Jego imię, czyli jest to miejsce przypominające, że On istnieje. Do tego również służą kościelne budowle chrześcijańskie, choć są również po to, żeby Jego wyznawcy nie musieli modlić się marznąć, moknąć czy spalając się w słońcu. Sprawa wystawnych kościołów wciąż budzi dyskusję, także zresztą mało tych gustownych. Myślę o warszawskiej Świątyni Opatrzności, ogromnej, artystycznie wtórnej, bardzo kosztownej. Pomysł jej budowania od początku wydawał mi się wątpliwy. Podziękowano szczególnie Bogu za opiekę nad narodem już przecież kościołem na Rakowcu, a argument, że musi być w stolicy jakaś budowla kościelna wielka, służąca ogólnopolskim manifestacjom religijnym, uważam za niewystarczający. Zamiast takiego tradycyjnego architektonicznie olbrzyma lepiej było wybudować parę kościołów mniejszych w miejscach, gdzie są bardziej potrzebne zwykłym wiernym. Takich w rejonie Świątyni też bardzo wielu, ale zmieściliby się w czymś skromniejszym. Kardynał Nycz znalazł się jednak w sytuacji przymusowej, trudno było burzyć budowlę zaczętą. Pomysł umieszczenia w tej świątyni muzeum dwóch wielkich Polaków jest w zasadzie dobry, ale dofinansowanie państwową dotacją znowu trochę dyskusyjne, bo to jednak część budynku sakralnego. Niemniej nie robiłbym o to tyle hałasu, obliczonego oczywiście na efekt wyborczy, szczególnie że budowa całej Świątyni odbywa się jednak zgodnie z kolejnymi uchwałami sejmowymi. Ale najbardziej mnie martwi kwestia ogrzewania w zimie takiej kubatury: to poważny problem wielu większych świątyń polskich; Salomonową ominął.

12:52, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 lutego 2014
Nic, tylko Dekalog. Szymon Hołownia vivat!

1 Księga Królewska 8,1-7.9-13
„W Arce nie było nic oprócz dwóch kamiennych tablic, które Mojżesz tam złożył pod Horebem, gdy Pan zawarł przymierze z Izraelitami w czasie ich wyjścia z ziemi egipskiej.”
Czytamy dzisiaj o intronizacji Arki w Świątyni. Zanim to nastąpiło, „król Salomon i cała społeczność Izraela zgromadzona przy nim przed Arką składali wraz z nim na ofiarę owce i woły, których nie rachowano i nie obliczono z powodu ich wielkiej liczby.”
Czyli najpierw obrzęd, który wydaje nam się moralnie okropny: nie trzeba być wegetarianinem, żeby zawstydzić się taką masową rzeźnią na cześć Boga. On owe owce i woły stworzył nie po to, żeby je zabijać bez konieczności, bez przeznaczenia na żywność dla króla Stworzenia. Jeśli nawet przyjąć, że nie były to ofiary całopalne (kremacja tylu nie była praktycznie możliwa), czyli że służyły potem nakarmieniu ludzi, oraz widzieć w tej informacji o masowości wschodnią przesadę, której w Biblii sporo, to i tak łączenie sacrum z zabijaniem wydaje nam się dzisiaj dzikim pogaństwem. W inspirującej się jakoś Ewangelią świeckiej myśli europejskiej pojawiła się wrażliwość, której nie było zgoła przed Chrystusem.
Ale potem Arka. Czy rzeczywiście nie było w niej nic poza tablicami? Czytam w przypisie do Biblii Poznańskiej: „Wiadomość, że w Arce oprócz tablic Przymierza było jeszcze naczynie z manną i różdżka Aarona, pochodzi od Autora Listu do Hebrajczyków (9,4). Według relacji Ksiąg ST przedmioty te były złożone przed Arką (Wj 16,33, Lb 17,25). Tradycja talmudyczna umieszczała w Arce jeszcze więcej pamiątek, a mianowicie: resztki pierwszych rozbitych tablic, zwój Prawa i imiona Boże [listę owych imion?]”. Co jednak było w Arce poza tablicami, nie jest tutaj zbyt ważne, choćby dlatego, że została ona zniszczona podczas zdobycia Jerozolimy przez Babilon w 586 r. przed Chrystusem, jeśli zaś wtedy tylko wywieziona, to jest dalsze losy są właściwie nieznane. W świadomości żydowskiej jej miejsce zajmuje w ogóle Jerozolima, a Prawo z kamiennych tablic ma się przenieść do serc ludzkich (Jeremiasz 31,31-34).
Co jednak owe dziesięć przykazań oznacza? Jak patrzyć na nie dzisiaj? Nieżyjący już prezes warszawskiego KIK-u, profesor ATK (dzisiaj UKSW), napisał był coś takiego, że mamy tu całość zasad międzyludzkiego współżycia. Może nawet życia ludzkiego w ogóle? Może nawet łącznie z czterema pierwszymi przykazaniami (czterema w dekalogu biblijnym, nie katechizmowym katolickim) dotyczącymi formalnie kultu religijnego?
Można by bowiem rzec, że przykazanie pierwsze, zakaz czci innych bogów, da się zinterpretować po laicku: inni bogowie to przecież też wszystkie wartości „przyziemne”, pieniądze, władza, uciechy stołu i łoża, a pewnie i własne wściekłe Ja... Zakaz czci obrazów jest przecież niedaleki myślowo od naszego przekonania, że jest On niewyobrażalny myślowo, niepojęty, czyli próżna jest wszelka na Jego temat spekulacja: więcej o Nim nie wiemy, niż wiemy. Nawet istnieje Bóg przecież inaczej niż wszelkie stworzenie: to oczywiście nie ateizm, ale też nie teizm naiwny, myślowo wątpliwy. Zakaz wypowiadania się na Jego temat na próżno to ogólnoludzka zasada nienadużywania wielkich słów (które tak lubią niektórzy politycy...). Na koniec obowiązek świętowania co siedem dni można zrozumieć jako konieczność odpoczynku po powszednim biegu, spokojniejszego, głębszego spojrzenia na życiowe sprawy. Wielka była mądrość Narodu Wybranego.

Lektura weekendowa: stały felieton Szymona Hołowni na drugiej stronie „Rzeczpospolitej” zawsze wyważony, tym razem taki oto: ”Biskupi do końca stycznia mieli przesłać do Watykanu odpowiedzi na ankietę, którą papież wysłał do wiernych przed kolejnymi sesjami synodu poświęconymi kondycji rodziny. Pytań było prawie 40: jak ludzie dziś przyjmują nauczanie Kościoła w tej sprawie (i jak jest ono głoszone), czy nim żyją (a jeśli nie, to dlaczego), jak lokalny Kościół reaguje na rosnącą liczbę sytuacji trudnych (związki nieformalne, rozwody), czy takie pary objęte są duszpasterską opieką. Padły pytania o potrzebę uproszczenia praktyki stwierdzania nieważności małżeństwa czy o to, jak przekazywać wiarę dzieciom adoptowanym przez pary homoseksualne. W znanych mi parafiach zachodniej Europy nie rozmawiano ostatnio o niczym innym, jak tylko o tej ankiecie. W znanych mi parafiach polskich debatowano nad wszystkim, tylko nie nad nią. Dysponentem ankiety był lokalny biskup. Kręgi oficjalne w Polsce zapewniają, że włożono wysiłek w dotarcie z ankietą do świeckich. Czytaj: gdzieniegdzie wywieszono w Internecie, tu i tam skonsultowano z diecezjalnym i parafialnym aktywem (ja do żadnego ruchu nie należę, na mszy jestem w różnych miejscach Polski jakieś 300 razy w roku, o ankiecie nie słyszałem ani słowa). (...). Owszem, świeccy w Polsce bywają skrajnie gnuśni (bo wygodnie im w roli dosłownie pojmowanych „owieczek”). Nie wierzę jednak, że milczeliby w palącej dziś miliony ludzi sprawie. Nie wiem więc, co ankieta powie o sytuacji rodziny – o sytuacji Kościoła instytucjonalnego mówi, że jego wzrok czasem sięga tylko do ostatniego rzędu kościelnych ławek. Zajmujemy się tymi, co i tak przychodzą, masa ochrzczonych odpływających z naszych radarów będzie dalej odpływać w pokoju. (...) Wypowiedziom w sprawie ankiety towarzyszył festiwal zapewnień, że papież co prawda pyta, ale naprawdę zna już odpowiedzi. Prewencyjny lęk zasłonił istotę sprawy: przecież nie mieliśmy tu debatować nad zmianą Chrystusowego prawa, ale o tym, jak dotrzeć z nim do ludzi, sprawić, by dawało im nadzieję potrzebną do rozplątywania poplątanych sytuacji! Nie wiem, skąd się to w nas bierze, że gdy ktoś (świat czy papież) proponuje nam rozmowę, my proponujemy mu walkę (kontra albo u boku). Że czasem nie umiemy ogłosić światu Dobrej Nowiny, zanim najpierw nie ogłosimy mu nowiny złej. Że daliśmy z siebie zrobić speców od (realnych) zagrożeń, nie od (równie realnych) szans. Ojciec Święty proponuje rozmowę ze światem. Na jego wezwanie odpowiadamy z entuzjazmem: «Dobrze, kochany Ojcze Święty! Bagnet na broń! Do boju!»".
Tekst jakże sensowny, śmiały! Szymku, Bóg Ci wielki zapłać!
Dalej w ”Rzeczpospolitej” artykuł o tym, że Arka, tym razem Noego, była okrągła, służyła do przedtrwania, nie pływania.
Dzisiaj trzecia rocznica śmierci arcybiskupa Życińskiego: jakże go brak nam dramatycznie dzisiaj! Zaopiekowałby się księdzem Lemańskim i tyloma innymi sprawami. Oraz pierwsza rocznica Benedyktowej abdykacji: aktu wielkiej pokory; kontynuacji postawy poprzedników, trzech Janów oraz Pawła, co przed prawosławnym hierarchą na kolana padł.

16:34, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
Sól ziemi

           Wpis na niedzielę 9 lutego 2014 r.

Ewangelia Mateusza 5,13
„Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól straci swój smak, czymże ją posolić?”
Każdy powinien zadawać sobie to pytanie ewangelijne. Mieć duchowe ambicje ponadprzeciętne. Zmieniać otoczenie zamiast być przezeń zmienianym. Odstawać moralnie od reszty. Ciężka to, oj, bardzo ciężka sprawa.
A w polskiej literaturze wybitna powieść Józefa Wittlina pod takim właśnie tytułem: solą ziemi jest tu niepiśmienny Hucuł, w tamtym wojskowym środowisku wyjątkowo sympatyczny.

16:28, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 lutego 2014
Salomonowa władzy filozofia

1 Księga Królewska 3,4-13
Dzisiaj opowieść o sławnej modlitwie Salomona, który nie prosi o bogactwo ani o zgubę swoich nieprzyjaciół, ale o „serce pełne rozsądku”. O co proszą Boga dzisiejsi władcy w Niego wierzący?

14:14, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
piątek, 07 lutego 2014
Prawdziwa wielkość żydowskiego bohatera. Papież Franciszek do biskupów polskich

Księga Syracydesa 47,2-11
„Jak tłuszcz się oddziela od ofiar dziękczynnych, tak Dawid od synów Izraela”. Późna księga starotestamentalna wspomina króla wychwalając go obrazowo, dzisiaj jednak znając Ewangelię zrobilibyśmy to inaczej. Owszem, wyróżniał się wśród swojego ludu, ale może nie tyle swoimi sukcesami militarnymi, choć trudno, by pisarz żydowski się nimi nie radował, ale jeszcze duchową wrażliwością, o której czytaliśmy ostatnio. Owszem, pokonał Goliata, zwyciężał w ogóle Filistynów, ale triumfował najbardziej, gdy nie zabił Saula, który czyhał na jego życie, gdy rozpaczał po śmierci Absaloma, choć ten zasłużył na nią jako groźny buntownik.
Na początku wizyty naszych biskupów u Franciszka napisałem tutaj sporo zdań pełnych obaw, teraz uważam (czego zresztą nie wykluczyłem), że panikowałem. Oto mój komentarz dla internetowej ”Wyborczej” pod tytułem: ”Papież prosi biskupów o duszpasterskie nawrócenie”.
Tekst jest taki: ”Terminu «nawrócenie» nie ma w tekście papieskiego listu, ale Katolicka Agencja Informacyjna, która umie czytać kościelne teksty, tak zatytułowała swoją wiadomość o tym dokumencie i potem pełny jego tekst. Bo też nie wynika z niego wcale, że polski Kościół rzymskokatolicki jest bez skazy, że jego styl nie różni się niczym od Franciszkowego. Sądząc z oburzania się niektórych polskich biskupów, że prasa przeciwstawia ich papieżowi, można było obawiać się od niego samych wobec nich komplementów.
Owszem, mowa jest o «ogromnym potencjale wiary, modlitwy, miłosierdzia i praktyki chrześcijańskiej. Wierni licznie uczestniczą w sakramentach, istnieją wartościowe inicjatywy w zakresie nowej ewangelizacji i katechezy, istnieje szeroka działalność charytatywna i społeczna, zadowalająca liczba powołań kapłańskich». Są to zresztą oceny, które może kwestionować tylko radykalny antyklerykał. Mamy w liście papieskim także zdanie optymistyczne, że w Polsce uczestniczy w katechezie «większość uczniów w szkołach. Osiągają oni dobrą znajomość prawd wiary». Pierwsze zdanie jest statystycznie prawdziwe, drugie bardzo wątpliwe, ale zwracam uwagę na to, co czytamy dalej: «Trzeba położyć większy nacisk na kształtowanie wiary przeżywanej jako relacja, w której doświadcza się radości bycia kochanym i zdolnym do kochania».
W tych słowach mamy całą Franciszkową koncepcję duszpasterstwa, czyli postawy Kościoła wobec otaczającego świata. Papież patrzy na niego krytycznie, pisze, że widać w nim «ideę niczym nieskrępowanej wolności, tolerancji wrogiej lub nieufnej wobec prawdy czy niezadowolenia ze sprzeciwu Kościoła wobec panującego relatywizmu». Ale on ten współczesny świat najzwyczajniej kocha. Przede wszystkim tych najbiedniejszych - w liście jest też o nich oczywiście mowa - ale na pewno także ludzi w ogóle, niezależnie od ich poglądów różnych od papieskich. Mam trochę nadziei, że spora część biskupów wyjechała z Rzymu z taką myślą biskupa koszalińskiego Edwarda Dajczaka: «Jeśli nasza wizyta ad limina apostolorum ma mieć jakiś sens, to musimy sobie jasno powiedzieć, że jeśli to, co robi Ojciec Święty, zaczyna aż tak do ludzi przemawiać, również do tych, którzy sa daleko od Kościoła,   to postawmy sobie pytanie, jak to zrobić, żeby po Franciszkowemu wrócić do domu i bardziej tak zachowywać się, reagować i poszukiwać, jak on.» Otóż to!

19:02, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 06 lutego 2014
To każdy człowiek musi. W sandałach czy bez nich

1 Księga Królewska 2,1-2
Ewangelia Marka 6,9
”Kiedy zbliżył się czas śmierci Dawida, wtedy rozkazał swemu synowi Salomonowi, mówiąc: -Ja wyruszam w drogę przeznaczona ludziom na całej ziemi. Ty zaś bądź mocny i okaż się mężem.”
Droga każdego człowieka... Jest bowiem tylko jedno, które człowiek musi, ale to na pewno: umrzeć. Prawie tak samo pewne jest, że nie znamy dnia ani godziny swojej śmierci. Ale tylko prawie, bo niektórzy potrafią ją przewidzieć: podobno jakoś przeczuwamy jej czas, gdy chorujemy długo. Czy ja go sobie wywróżę? Może dlatego, że czuję się jak na mój pesel świetnie, nie wyobrażam sobie zupełnie owej podróży. I bardzo się jej boję. Może to trochę lęki starcze: nawet podróż do Lublina widzi już mi się problemem.
Ale w dzisiejszych tekstach biblijnych jest też drobiazg zupełnie nie eschatologiczny. W perykopie ewangelijnej mamy coś, co różni tekst Markowy o podróży misyjnej od odpowiednich wersów u pozostałych synoptyków: instrukcyjka w sprawie sandałów. U Mateusza (10,10) należą one do rzeczy w tamtej wyprawie nieważnych, Łukasz (9,3) w ogóle ich nie wymienia, według Marka mają iść jednak obuci. Skąd ta różniczka? Może Rzymianom, dla których była pisana ta ewangelia, długa podróż na bosaka mogła wydawać się dużym dziwactwem? Zakładamy, iż rozumieli sens owych słów Jezusa: że w zestawieniu z celem podróży wszystko jest bez znaczenia. ”A samemu wciąż wytrwale trzeba naprzód iść i świecić”: To Asnyk, a w ewangeliach chodzi o światło wiary poświadczanej życzliwością bezmierną.

16:50, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 05 lutego 2014
Nawrócenie Jakuba z Nazaretu

Ewangelia Marka 6,1-6
Czytamy dzisiaj, że Nazaret Go lekceważy (według Ewangelii Łukasza 4,29 nawet chciało Go zabić). Można to dość łatwo zrozumieć, choć oczywiście nie usprawiedliwić. No bo gdyby wyróżniał się jakoś od dawna, był uczonym rabinem albo prorokiem w stylu Jana Chrzciciela, ubranym i odżywiającym się niezwyczajnie, uwierzyliby Mu dużo łatwiej. A tu jakiś zwykły cieśla niespodziewanie zaczyna się mądrzyć: przecież mógłby tak nauczać prawie każdy z nas.
Ciekawe, że krótka dzisiejsza perykopa zawiera imiona czterech Jego braci. Nieważne tutaj, czy byli to bracia rodzeni (ewangelicy dopuszczają taką możliwość: po Jezusie Maryja mogłaby przecież urodzić ze zwykłego związku z Józefem ich wspólne dzieci, także córki, bo i o nich tu mowa) czy przyrodni, stryjeczni, cioteczni, nazywani też braćmi nawet i dzisiaj. Wiadomo o nich jednak skądinąd, że nie wierzyli w Niego (J 7,5), czyli im w szczególności nie mieściło się w głowie, że ktoś taki, jak oni, mógłby być całkiem nie taki. Zazdrość między rodzeństwem to niestety raczej ”normalka”. Ciekawa mogłaby być powieść, której bohaterem byłby ”brat Pański” Jakub, który nie tylko przekonał się do Jezusa po Jego zmartwychwstaniu, ale wręcz stał się filarem pierwotnego Kościoła. Być może właśnie On był przywódcą nazaretańskich niedowiarków, doznał jednak potem duchowej przemiany trochę podobnej do tej Szawłowej: również radykalnej.

13:06, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 lutego 2014
Dawid zaprawdę w aureoli. Papież - Ojciec Święty, kucharka - Córka Święta...

2 Księga Samuela 18,9-10.14b.24-25a
Dramatu rodzinnego ciąg dalszy: Syn Dawida Absalom zostaje zabity przez siostrzeńca i wodza wojsk królewskich Joaba. Odbywa się to w sposób swoiście malowniczy: jadąc na mule Absalom zawisł na gałęzi wielkiego drzewa (dębu, terebintu?), według dawnych katechetycznych opowieści opartych o hipotezę Józefa Flawiusza zaplątał się włosami w roślinnej gęstwinie; tak uwięzionego przebił go trzema oszczepami Joab. Nie ma w wybranym na dzisiaj, mocno skróconym tekście informacji o tym, że ów królewski siostrzeniec uważał ojcowską wspaniałomyślną miłość buntownika za skrajną głupotę, to, że Dawid rozpaczał zamiast cieszyć się, iż potężny bunt stracił przywódcę. Ale taki był ten król, przedziwny w tamtych czasach bezwzględnego patriarchatu i spokojnego zabijania bliźniego swego, jakby był muchą nieznośną. Zaprawdę, należy się Dawidowi aureola.
Jednak było, minęło, nastały w naszym kręgu kulturowym czasy nieporównanie łagodniejsze. Ochrona życia? Owszem, demokracja liberalna dopuszcza aborcję, niemniej życia narodzonych broni całym systemem prawnym. No i władcy nie żądają jak to było w czasach biblijnych padania przed nimi na twarze. Od Jana XXIII papieże pokornie schodzą z nieba, dowcipkują na temat swojego urzędu. W tygodniku archidiecezji fryburskiej ”Konradsblatt” zobaczyłem taki dowcip rysunkowy. Kucharka (w Hotelu Świętej Marty na pewno) pyta Franciszka: - Jeszcze jedna repeta, Ojcze Święty? Na co papież: - Bardzo chętnie, Córko Święta! Jak mówią Włosi, jeśli to nie prawda, to dobrze zmyślone.

13:44, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
Archiwum