Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
środa, 29 lutego 2012
Znak Jonasza bez żadnej ryby

Księga Jonasza 3,1-10
Ewangelia Łukasza 11,29-32

Ciekawe zestawienie tekstów biblijnych. W Księdze Jonasza liturgista watykański znalazł miejsce, w którym o przygodzie z wielką rybą nie ma już ani słowa, jest natomiast opisana wędrówka proroka przez Niniwę. Jonasz woła: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona”. Nie miał ochoty na tę wyprawę i marsz przez miasto, bo pogańska metropolia asyryjska brzydziła go potwornie tak religijnie, jak i politycznie: to przecież Asyryjczycy dokonali pierwszej agresji na jego naród. Ale wezwany ponownie przez Pana prorok jednak poszedł i osiągnął sukces: ludzie (oraz zwierzęta!) zaczęli pościć, pokutować, nawrócili się i katastrofa ich ominęła. Do tych wydarzeń nawiązuje Łukasz, przy czym właśnie „znakiem Jonasza” nie jest u niego jak u Mateusza pobyt w brzuchu potwora, porównany do przebywania Chrystusa w grobie, tylko ów sukces misyjny. „Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a tu jest coś więcej niż Jonasz.”

Łukasz nie pisał dla Żydów znających Biblię, ale dla Greków, wybrał zatem z Księgi Jonasza narrację nadającą się do zakończenia prostym morałem, że pogańscy Niniwici mogą być wzorem dla Narodu Wybranego.

15:40, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 lutego 2012
Pacierz ekumenisty

Ewangelia Mateusza 6, 9-13
Ojcze nasz... Napisało mi się kiedyś „Pacierz ekumenisty", gdzie ta podstawowa modlitwa chrześcijan brzmi z moim komentarzem tak oto:
"Ojcze nasz". Co to znaczy „nasz"? Bóg jest ojcem wszystkich ludzi, niezależnie od rasy i religii. Boże ojcostwo łączy nas wszystkich. W szczególny jednak sposób łączy uczniów Chrystusa, autora tej modlitwy. Mamy wspólnego Chrystusa, kogoś, kogo wspólnie uważamy za Zbawiciela. Wspólnie wierzymy w Boga trójedynego. To „nasz" zasadniczo wyróżnia spośród reszty wierzących i stanowi zasadniczą więź. Ojcze nasz, Ojcze Chrystusa, Ojcze wszystkich chrześcijan, daj nam Jedność.
"Któryś jest w Niebie". Bóg jest w Niebie. Bóg jest blisko nas, jest w nas, ale zarazem ponad nami. Nieskończenie przekracza nasze pojęcia. Przekracza także nasze różnice: to, co nam się wydaje nie do pogodzenia, być może godzi się w Bogu, który jest Inny. Któryś jest w Niebie, a nie na naszej zrytej podziałami Ziemi, ukaż nam, jak przezwyciężać podziały.
"Święć się imię Twoje". Imię Twoje jest święte. Święte są też wszystkie miejsca, gdzie wzywa się Twego imienia, niezależnie od sposobu, w jaki się to czyni. Święte są księgi innych religii, a tym bardziej innych wyznań chrześcijańskich. Święte są ich modlitwy. Święć się imię Twoje, gdziekolwiek i jakkolwiek jest wzywane.
"Przyjdź Królestwo Twoje". Przyjdź Królestwo Jedności! Niech już za naszych dni nadejdzie czas jeśli nie Jedności, to przynajmniej zgody miedzy Kościołami chrześcijańskimi. Niech już za naszych dni minie czas wzajemnych oskarżeń i potępień, wzajemnego odsądzania się od chrześcijaństwa. Niech nadejdzie czas zrozumienia, że każdy ochrzczony ma prawo nazywać się chrześcijaninem, choć nie każdemu dana jest pełnia Prawdy i Miłości. Przyjdź Królestwo Twoje, które jest Jednością w Wielości.
"Bądź wola Twoja, jako w Niebie, tak i na Ziemi". Wolą Twoją jest, abyśmy byli jedno. Jezus umarł, "aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno" (J 11,52), a więc brak troski o Jedność jest ciężkim grzechem, jest lekceważeniem Jego śmierci, jest lekceważeniem Krzyża. Bądź wola Twoja nie tylko wśród aniołów i zbawionych, ale również na Ziemi, w Kościele cierpiącym rozłam.
"Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj". Daj, abyśmy wspólnie łamali się Chlebem Twego Ciała. Duchu Święty, wskaż, jak przekroczyć bariery różnic doktrynalnych, które uniemożliwiają wspólnotę Stołu. Chleba naszego najświętszego daj nam wspólnie.
"I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Odpuść nam naszą część winy za rozłam, tak jak my wybaczamy naszym braciom z innych Kościołów ich winy wobec nas. I odpuść nam nasze grzechy przeciw Jedności.
"I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego". Nasza chęć Jedności jest szczera, ale słaba ludzką słabością: nie wystawiaj jej na próby. Diabolos to po grecku ten, co rozdziela. Wybaw nas od podstępów Rozłamcy! I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od rozłamu! Amen.

13:36, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 27 lutego 2012
Kto jest owcą, kto kozłem, czyli z czego będziemy sądzeni

Ewangelia Mateusza 25,31-46
„Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie, pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jedne od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: «Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata. Bo byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście mnie; byłem nagi, a przyodzialiście mnie; byłem chory, a odwiedziliście mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie». Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie, spragnionym, a daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię, lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?». A Król im odpowie: «Zaprawdę powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili». Wtedy odezwie się do tych po lewej stronie: «Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom. Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście mnie». Wówczas zapytają i ci: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?». Wtedy im odpowie: «Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i mnie nie uczynili». I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego".

Jedna z najważniejszych perykop ewangelijnych, może nawet ze wszystkich nowotestamentalnych, może nawet w ogóle biblijnych. Nie ma jej w innych ewangeliach: uzupełniają się one sympatycznie. Przesłanie jej można wyprowadzić z całego Nowego Testamentu, może i z całego Pisma Świętego, ale to już jest kwestia interpretacji. Nigdzie chyba nie jest napisane „kawę na ławę”, że kryterium oceny moralnej człowieka jest ostatecznie etyczne, a nie „dogmatyczne”, że nie decydują o jego pośmiertnym losie przynależność wyznaniowa, przekonania religijne czy antyreligijne. Że w końcu najważniejsze jest, jak się człowiek odnosi do bliźniego swego.

Jest to - jak przyznałem - w całej pozostałej treści Biblii kwestia interpretacji. Albowiem przykazanie miłości bliźniego jest jednym z dwóch najważniejszych, ale nie jedynym i nie pierwszym. Następuje po nakazie miłości Boga, wyrażonym zresztą dużo mocniej. Co prawda, miłowanie bliźniego wręcz jak siebie samego to szczyt samozaparcia, heroizmu: instynkt samozachowawczy to siła przeogromna, przemożna, mało kto jest zdolny ją pokonać w sytuacji konfliktu wartości. „Zawsze mamy dość siły, by znieść cierpienia naszych bliźnich” - powiedział mędrzec francuski i miał świętą rację. Bywają bohaterowie w rodzaju ojca Kolbego czy też matek, które ryzykują własne życie, by ocalić życie dziecka, ale to właśnie święte wyjątki.

Biblia nakazuje zatem kochać bliźniego bardzo mocno, ale niekoniecznie bardziej niż siebie samego. Dominuje przykazanie miłości Boga. Co prawda, nie tak bardzo dominuje - znów zrobię dygresyjne zastrzeżenie - żeby tego drugiego nie było jeszcze w ogóle w Starym (Pierwszym) Testamencie: owszem, powiedziano tam: „Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego (Księga Kapłańska 19,18).” Nie sąsiaduje tu z przykazaniem miłości Boga, ale jest. Dotyczy tu tylko „synów twego ludu”, czyli Izraela (innych synów wielokrotnie nakazuje też dobrze traktować, acz w innych miejscach źle - Biblia nie katechizm, nie jest w swoich regułach moralnych jednolita), ale jest. Tyle tylko właśnie, że miłość Boga przede wszystkim. A zatem ktoś, kto nie miłuje Go, nie może być zbawiony. A nie miłuje Go przecież żaden ateista, bezbożnik. Wbrew oczywistości kwestionuje Jego istnienie, co gorsza, nie praktykuje religijnie.

Aż do naszych czasów takie poglądy były niemal oczywistością. każda inna religia przeszkadzała w zbawieniu, a już ateizm szczególnie. Gdy tymczasem w dzisiejszej perykopie powiedziano, że miłość bliźniego wystarczy. Nie tylko, że miłość Boga musi wyrażać się również w miłości bliźniego ale że jakby ona sama zbawia.

Jakby. Bo też wymyślono tymczasem trochę nazw dla owej postawy duchowej, która skłania niewierzącego (religijnie) do miłowania bliźniego swego. „Wiara implicite”, „chrześcijaństwo anonimowe”, „wiara podstawowa”. Najlepsze jest chyba to trzecie, (wziąłem je od Stefana Wilkanowicza), bo dwa pierwsze sugerują - tak mówią niektórzy sami niewierzący - że są oni w istocie też chrześcijanami, co wygląda trochę na kaperowanie współwyznawców. Niemniej trudno zaprzeczyć, że bezinteresowna pomoc bliźniemu wynika zawsze z jakiegoś systemu wartości, nie zawsze w pełni uświadomionego, ale też nie dającego się sprowadzić do samych emocji, choćby najszlachetniejszych. I ów system wartości, może po prostu humanizm (bezprzymiotnikowy), da nam po śmierci nieporównanie lepsze życie.

Co wszakże zrobić z owym ” ogniem wiecznym ” oraz ową „męką wieczną” , która straszy na końcu perykopy? To już inna kwestia, ale głupio byłoby odłożyć komentarz „na zaś”. Zatem stoi pytanie, czy nie mamy tu jednak wyraźnego zakwestionowania nadziei powszechnego zbawienia. Ks. Wacław Hryniewicz, autor wielu książek w obronie owej nadziei, broni jej też innym od potocznego rozumieniem terminu greckiego „aionios”. Nie jest to według niego przymiotnik oznaczający nieskończoność czasową. Czyżby jednak w takim razie i ” życie wieczne„ było tylko czasowe? Hryniewicz odpowiada, że nie ma tu symetrii, przymiotnik znaczy co innego w każdym z przypadków. W odniesieniu do kary ( „kolasis” ) oznacza wieczność jej skutków naprawczych, nie jej samej.

Zainteresowanych bardziej tą sprawą odsyłam do książki „Teraz trwa nadzieja” (Verbinum, Warszawa 2006, s. 161-169). Autor informuje tam zresztą, że owo ostatnie zdanie perykopy uchodzi u niektórych biblistów za dodatek samego ewangelisty. Nie spieszyłem się z tym argumentem. żeby nie wyglądało, że uważam za autentyczne słowa Jezusa tylko te zdania ewangelii, które mi są wygodne. Niemniej nie mieści mi się w głowie, żeby Bóg współcierpiący z ludzkością (Bóg w Trójcy Jedyny, nie tylko Syn - takie są dzisiaj poglądy niejednego teologa katolickiego) dopuszczał możliwość nieskończoności kary choćby jednego człowieka. Żeby będąc wszechmocny, nie umiał sobie poradzić z naszą wolną wolą. Tak jak nie mogę uwierzyć w istnienie Boga, który nie zbawia tych, co nie wierzą w Jego istnienie, ale żyją nieraz piękniej niż wierzący. Dlatego dzisiejsza perykopa jest dla mnie tak ważna. Nie tylko dla mnie. Dla wizerunku społecznego chrześcijaństwa, dla tego, żeby nie było postrzegane jako religia w swej ciasnocie myślowej, w swej niechęci do wszystkich „innowierców” dziwnie antypatyczna.

16:51, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 lutego 2012
Spotkanie z samym sobą

Ewangelia Marka 1,12-13
„Zaraz potem pcha Go Duch na pustynię. Przebywał tam czterdzieści dni, kuszony przez szatana”.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Dwa zdania, a spraw legion. Zacznijmy od tego pchania: bronię owego pomysłu translatorskiego. Dosłowny przekład ks. Remigiusza Popowskiego i Michała Wojciechowskiego uderza słowem jeszcze mocniej: „I zaraz Duch wyrzuca Go w pustkowie”. Bo przecież oryginał nie bawi się w eufemizmy: naprawdę Jezus odczuł potężną potrzebę samotności. No i samotności właśnie na pustyni. Tu przegraliśmy z tradycją translatorską, która zachowuje pustynię, choć kojarzy się ona z piaskiem, a w Ziemi Świętej to był też teren bezdrzewny, ale skały.

Czterdzieści dni. Aż tyle? To jest w Biblii liczba symboliczna oznaczająca wielość, w potocznej polszczyźnie też mamy takie wyrażenia: piętnaście, pięćdziesiąt, sto razy ci mówiłem... Mickiewiczowskie „czterdzieści i cztery” znaczy też zapewne „wiele”: tylu wciąż ludzi bohaterskich. Sens tej lakonicznej informacji w zwięzłej Ewangelii Marka jest taki, że Jezus długo przygotowywał się duchowo do paru lat swej działalności publicznej. Mateusz i Łukasz opowiadają obszernie o owym kuszeniu. Można by rzec, że były to zwyczajne ludzkie chęci. By się najeść, gdy dokucza głód. By błysnąć swoją sprawnością i dokonać na przykład jakiegoś efektownego skoku w przepaść bez żadnego szwanku. By panować nad światem, mieć olbrzymią władzę polityczną...

Z owymi obrazami jest jednak tak, jak z ową czterdziestką: Jezus nie zwierzał się uczniom dokładnie na temat tego, co z Nim się działo na owym pustkowiu. Ewangeliści chcieli jednak przekazać po swojemu obraz człowieka, który był podobny do nas we wszystkim. Diabeł kusił Go całe życie: Łukasz kończy opis tamtych pustynnych pokus zdaniem, że odstąpił od Niego tylko do czasu. Odrzucił jednak wszystkie ambicje, wszystkie potrzeby, dając nam przykład, jak zwyciężać mamy. Siebie samego. Przygotowywał się do tego absolutnego wyrzeczenia na owych pustynnych rekolekcjach. Gdy - jak by powiedziała moja żona - spotykał się sam ze sobą.

11:18, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 25 lutego 2012
Szabat? Owszem, ale dla człowieka

Księga Izajasza 58, 9b-14
”To mówi Pan Bóg: - Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. Pan cię zawsze prowadzić będzie, nasyci duszę twoją na pustkowiach. Odmłodzi twoje kości tak, że będziesz jak zroszony ogród i jak źródło wody, co się nie wyczerpie. Twoi ludzie zabudują prastare zwaliska, wzniesiesz budowle z odwiecznych fundamentów. I będą cię nazywać Naprawcą wyłomów, Odnowicielem rumowisk na zamieszkanie. Jeśli powściągniesz twe nogi od przekraczania szabatu, żeby w dzień mój święty spraw swych nie załatwiać, jeśli nazwiesz szabat rozkoszą, a dzień święty Pana czcigodnym, jeśli go uszanujesz przez unikanie podróży, tak by nie przeprowadzać swej woli ani nie omawiać spraw swoich, wtedy znajdziesz twą rozkosz w Panu. Ja cię powiodę w triumfie przez wyżyny kraju, karmić cię będę dziedzictwem Jakuba, twojego ojca. Albowiem usta Pana to wyrzekły".

Ktoś mógłby powiedzieć, że Izajasz sam sobie przeczy: najpierw jest o mocnej miłości bliźniego a zaraz potem o rygorach szabatu. Ale przy pewnej interpretacji nie ma tu sprzeczności: gdy owe rygory rozumie się zgodnie z zasadą, że szabat jest dla człowieka a nie na odwrót. Szabat jest dla człowieka, czyli unikanie podróży nie może oznaczać zostania w domu, gdy ktoś czeka daleko. Chodzi tylko o to, żeby „w dzień święty swoich spraw nie załatwiać” - cudze na pewno. Tak jak i o to, żeby „nie przeprowadzać swojej woli”: raz na tydzień wyjątkowo uszanować cudzą.

15:08, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 lutego 2012
Dieta czy drugi człowiek?

Księga Izajasza 58,1a.2-7
” To mówi Pan, Bóg: (...)Proszą mnie o sprawiedliwe prawa, pragną bliskości Boga: «Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Tyś tego nie uznał?». Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich waszych robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród bicia niegodziwą pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż ja taki post jak ten wybieram sobie w dniu, w którym się człowiek umartwia? Czy zwiesić głowę jak sitowie i użyć woru z popiołem za posłanie, czyż to nazwiesz postem i dniem miłym dla Pana? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać? Dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków?”

Izajasz (każde jego wcielenie, bo to najpewniej księga trzech kolejnych autorów) jest genialny literacko, ale też teologicznie: to Nowy Testament w samym środku Starego, Ewangelia na kilka wieków przed Ewangelią. Aktualność niesamowita po dwudziestu wiekach po Chrystusie. Kiedy to w roku Wiary nasi duchowni zajmują się wciąż dietą beztłuszczową.

Teraz o dzisiejszym fragmencie Ewangelii. Dlatego uczniowie Jana i faryzeusze pościli, a Jezusowi nie (Mt 9,14-15)? Miłośnik ascetycznej diety powoła się może na odpowiedź Jezusa: „Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki oblubieniec jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im oblubieńca, a wtedy będą pościć.” Czyli gdy Jezus wstąpił do Nieba, wszystko wróciło do Starego Testamentu...

21:53, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 lutego 2012
W obronie swojego JA

Ewangelia Łukasza 9,25
„Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?"

No właśnie, powinniśmy sprawować się dobrze w trosce o to, co przecież dla nas najważniejsze, czyli o własne, święte JA...

21:49, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
środa, 22 lutego 2012
O poście, o brzuchu i duchu, o różnych prochach i potrawach

Księga Joela 2,12-13
„Nawróćcie się do mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca a nie szaty!"
Ewangelia Mateusza 6,6
„Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu".
Środa Popielcowa: początek Wielkiego Postu. Tak się ów czas nazywa w katolicyzmie i prawosławiu, choć w moim Kościele już na szczęście używa się również terminu „Przygotowanie Paschalne". Na szczęście, bo przecież nie gastronomia, tylko teologia, nie brzuch, tylko duch jest tu najważniejszy. Luteranie, którzy zaczynają ten okres liturgiczny równocześnie z nami, czyli też w środę (prawosławni w poniedziałek, w tym roku 27 bm.), nazywają go „Czasem Pasyjnym", może dlatego, że akcentują szczególnie właśnie Krzyż, czyli Pasję.

Ćwiczenia ascetyczne są ważne, chodzi jednak o to, żeby nie dotyczyły koniecznie, a już na pewno, żeby nie dotyczyły jedynie przewodu pokarmowego. Kiedyś pozwoliłem sobie na kalambur. Odniosłem się do dzisiejszej formuły liturgicznej „prochem jesteś i w proch się obrócisz" i zauważyłem, że proch to symbol znikomości, ale i materiał wybuchowy. Byłoby dobrze zatem, żebyśmy przez ten czas rzadziej wybuchali na bliźnich swoich...

Żeby też nie zamieniać kurczaka na łososia. Żeby wreszcie - zgodnie z dzisiejszymi słowami Biblii - nie obnosić się ze swoimi praktykami religijnymi. Przez cały rok, ale dzisiaj osobliwie. Chociaż oczywiście dobrze byłoby, gdyby mój konsumujący dorsza bez deseru widok umocnił kogoś w przekonaniu, iż nie jest w naszym środowisku jedynym takim jakby „nawiedzonym"... Takie formalne sprawy i znaki mają swoje znaczenie rozpoznawcze. Jeden z wierzących Żydów powiedział mi kiedyś, że wieprzowina i wołowina to dla niego ta sama potrawa, ale omijanie tej pierwszej traktuje jako znak swojej przynależności religijnej. Otóż ja podobnie traktuję rybę zamiast innego kręgowca.

14:35, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
wtorek, 21 lutego 2012
Kto nie chce być pierwszy?

Ewangelia Marka 9,30-37
Idą przez Galileę. Jezus nie chce, by odbywało się to hucznie, bo w ogóle nie bawi Go sława ani chwała, ale mamy tu chyba podany wyraźnie dodatkowy powód owego „sekretu mesjańskiego", jak go nazywają bibliści. Wiedział, czym skończyć się musi Jego misja: „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci go zabijają, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie". Nie spieszyło Mu się mimo wszystko do śmierci. Dla tego samego powodu ociągał się z uczynieniem cudu na weselu w Kanie Galilejskiej. Bywają sławy złowieszcze.

Uczniowie oczywiście nie wiedzieli, że ma zwyciężyć w tak bardzo inny sposób. Coś im jednak może świtało, bo wstydzili się odpowiedzieć na pytanie, o czym rozmawiali w drodze. Mimo wszystko rozumieli, że żałosna jest ich dyskusja, „kto z nich jest największy". Że nie wypada się chwalić. Ale żeby On sam okazał się słabszy od swoich wrogów? Owszem, pewnie wierzyli w zmartwychwstanie, byli tu bliżsi faryzeuszom niż saduceuszom, ale żeby ich potężny Mistrz miał być przez kogoś pokonany sromotnie? „A On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: - Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich". Któż z nas naprawdę nie chce w ogóle być pierwszym? Naprawdę chce być sługą wszystkich? A przecież jest to oczywista istota Ewangelii.

13:07, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 20 lutego 2012
„Gdzie bowiem zazdrość i żądza sporu...": o pewnej biblistycznej rehabilitacji. Świętej pamięci biskup Bursche

List Jakuba 3,13-18
”Najmilsi: kto spośród was jest mądry i rozsądny? Niech wykaże się w swoim nienagannym postępowaniu uczynkami dokonanymi z łagodnością właściwą mądrości. Natomiast jeżeli żywicie w sercach waszych gorzką zazdrość i skłonność do kłótni, to nie przechwalajcie się i nie sprzeciwiajcie się kłamstwem prawdzie. Nie na tym polega zstępująca z góry mądrość, ale mądrość ziemska, zmysłowa i szatańska. Gdzie bowiem zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek. Mądrość zaś zstępująca z góry jest przede wszystkim czysta, dalej - skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. Owoc zaś sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój.”

Żądza sporu: no właśnie. O kimś, z kim jestem pokłócony, mówię, że on lubi się kłócić. I pewnie mam rację, tyle tylko, że ja lubię to również. Niemniej są ludzie mniej i bardziej kłótliwi z natury - albo z kultury. Tej duchowej, moralnej czy jak ją nazwać. Bo gusta gustami, ale jest jeszcze coś takiego, jak praca nad sobą. Pożyteczna jak każdy ludzki trud.

Wracam zatem do tematu „księgi deuterokanoniczne", który napocząłem w piątek. Napisałem to przed promocją owych pism, która odbyła się, jak ogłosiłem, w Bibliotece Narodowej. Oczywiście byłem tam i radzę zazdrościć wszystkim, których nie było. Albowiem uroczystość prowadził i fragmenty owych książek czytał znakomicie Andrzej Krusiewicz. Tak pięknie, że była to zaprawdę uroczystość, nie impreza pomocyjna zwykła. Bo też po nim mądrze i pięknie mówili bibliści paru wyzwań.

Otóż księgi te opublikowało Towarzystwo Biblijne w Polsce, a jest to już w Polsce na szczęście organizacja między(ponad)wyznaniowa i jej przekład ekumeniczny jest dziełem 11 Kościołów: ewangelickich (protestanckich), prawosławnego, starokatolickich (polskokatolickiego i starokatolickiego mariawitów) oraz rzymskokatolickiego. Przetłumaczono Nowy Testament, księgi zwane u ewangelików dydaktycznymi (u katolików - mądrościowymi), czyli Hioba, Psalmów, Przysłów, Koheleta, Pieśń nad Pieśniami, i przyszła teraz kolej na owe „deutero”.

Fakt, że przyszła, to wydarzenie wielkie, podwójnie ekumeniczne! Nie ma ich bowiem dotąd w kanonie ewangelickim: są tam uważane za apokryfy. Przetłumaczono je zatem nie tylko wspólnie: to, że w ogóle weszły do wspólnego przekładu Biblii, to dowód dużego otwarcia duchowego i myślowego Kościołów ewangelickich. Nie wszystkich: baptyści i adwentyści nie zdecydowali się na tak nowość, niemniej przystało na nią pięć innych Kościołów wywodzących się z reformacji: luteranie, reformowani, metodyści, ewangelikalna Wspólnota Kościołów Chrystusowych oraz zielonoświątkowcy. Ciekawe, że także zielonoświątkowcy skądinąd przecież bardzo dalecy od Kościołów tradycyjnych: rzymskokatolickiego i prawosławnego. Przedstawiciel tego Kościoła, ks. Grzegorz Boboryk, wyznał podczas piątkowej uroczystości, że udział w owym przedsięwzięciu dał mu dużo. Potwierdził to, co mówił wcześniej duchowny rzymskokatolicki, ks. Janusz Kręcidło: że w Nowym Testamencie mamy wiele odniesień do tych ksiąg, trudno go zrozumieć bez ich znajomości. Ks. Kręcidło powiedział też, że właściwie to termin księgi „deuterokanoniczne” jest mylący, bo dzisiejszy kanon żydowski powstał później niż odrzucona w końcu przez Synagogę Septuaginta, żydowski przekład Biblii na język grecki zawierający również księgi napisane od razu w tym języku (który musiał wydawać się Żydom „trefny” jako język helleńskiego wroga).

Deuterokanoniczne, czyli - napiszę to tutaj wreszcie - księgi Judyty, Tobiasza (Tobita), 1 i 2 Machabejska, Mądrości, Mądrości Syracha, Barucha z Listem Jeremiasza. Z tym, że jest to „deuterokanon” katolicki: prawosławny jest większy. Ściśle biorąc, nie ma jednego kanonu cerkiewnego, w każdym razie kanon Cerkwi greckiej jest osobny. Dochowało się bowiem do naszych czasów wiele Ksiąg Machabejskich (według „Encyklopedii biblijnej” aż sześć), 151 psalmów, cztery Księgi Ezdrasza, księga pod tytułem „List Manassesa”. W publikacji, którą tu tak zachwalam, jest poza kanonem katolickim tylko Księga Machabejska trzecia. Mamy natomiast uznawane przecież za kanoniczne przez cały świat judeochrześcijański Księgi Estery i Daniela, a to dlatego, iż Septuaginta zawiera uzupełnienia hebrajskich tekstów owych pism, przyjęte do kanonu przez prawosławie i katolicyzm. A są one tak znane, jak np. zaczynająca grecką Księgę Daniela opowieść o Zuzannie i starcach oraz kończąca o Danielu w jaskini lwów.

Co to wszystko ma jednak wspólnego z Listem Jakuba i jego potępieniem żądzy sporu? A to, że protestanckie odrzucenie tylu ksiąg widzi mi się skutkiem takiej właśnie atmosfery duchowej. Był to klimat walki.

Wydarzenia: 70. rocznica śmierci biskupa Juliusza Burschego. Zwierzchnik Kościoła luterańskiego w II RP został zamordowany w więzieniu gestapo w Berlinie. W serwisie KAI przeczytałem, że ”mimo wielkich zasług dla Polski i heroicznego patriotyzmu, bp Bursche jest postacią niemal nieznaną. W Warszawie, w której mieszkał i działał przez kilkadziesiąt lat, ma maleńką uliczkę naprzeciwko luterańskiego kościoła św. Trójcy, przy której nikt nie mieszka. To właśnie podczas wizyty w tej świątyni, 9 czerwca 1991 r. Jan Paweł II oddał hołd biskupowi Burschemu mówiąc: «,Ten wielki chrześcijanin i wielki polski patriota wolał oddać życie w niemieckim więzieniu niż wyrzec się polskości». Papież dodał przy tym, że bp Bursche, swoim życiem i śmiercią zaprzeczył rozpowszechnionemu przekonaniu, że luteranin to Niemiec, a Polak to katolik. Nie zawahał się oddać życia za Polskę, mimo iż on i jego rodzina dopiero w pierwszym pokoleniu była Polakami. Ojciec przyszłego męczennika, pastor Ernest Wilhelm Bursche, był jeszcze duszpasterzem niemieckiej wspólnoty ewangelickiej w Zgierzu.

Intensywna działalność bp. Burschego jako rzecznika sprawy polskiej, obrońcy Kościoła luterańskiego na rzecz jego niezależności od Berlina i Wiednia, a także walka o jego polski charakter, sprawiły, że nazwisko Bursche było jednym z najbardziej znienawidzonych w kręgach Trzeciej Rzeszy, a także w niemieckich środowiskach ewangelickich.

Najpierw był szykanowany przez Rosjan, zesłany na dwa lata w głąb Rosji. W 1918 r., po powrocie ze zsyłki, został członkiem Tymczasowej Rady Stanu Królestwa Polskiego. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przyczynił się do zjednoczenia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego na terytorium młodego państwa. W 1919 r. jako rzeczoznawca rządu polskiego do spraw Śląska Cieszyńskiego i byłych Prus Wschodnich uczestniczył w konferencji pokojowej w Paryżu. Przedłożył tam memoriał polskich pastorów ewangelickich z grudnia 1918 r. w sprawie przyłączenia Śląska Cieszyńskiego i Górnego Śląska do Polski. Również z ramienia rządu polskiego w latach 1919-1920 kierował polskim komitetem plebiscytowym na Mazurach.

Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, w orędziu z 30 sierpnia 1939 r. deklarował: «My, Polacy ewangelicy, którzy jesteśmy integralną cząstką narodu polskiego - nas nie potrzeba nawet wzywać, abyśmy w dziejowej tej chwili złożyli ofiarę mienia i krwi na ołtarzu dobra Ojczyzny. Żadne ofiary nie będą nam zbyt wielkie, aby dać odpór mocy, która urągać śmie majestatowi Rzeczypospolitej». 1 września 1939 r., po napaści Niemiec na Polskę, wydał orędzie, które miało być odczytane z ambon kościołów ewangelickich. Potępił w nim agresję hitlerowską i wyraził nadzieję, że po klęsce hitlerowskich Niemiec Mazury, Śląsk i Pomorze wrócą do Polski. W ten sposób bp Bursche podpisał na siebie wyrok. Wezwany przez polskie ministerstwo spraw wewnętrznych oraz przez ministerstwo wyznań religijnych i oświecenia publicznego do opuszczenia kraju, ewakuował się z Warszawy do Lublina. Oświadczył jednak, że nic go nie zmusi do wyjazdu z Polski. 3 października został aresztowany z towarzyszącym mu diakonem Edwardem Schendlem. Nie było żadną okolicznością łagodzącą, że biskup Bursche w chwili aresztowania miał 77 lat, a w dodatku był inwalidą. Przewieziony do siedziby gestapo w Radomiu, z początkiem roku 1940 został przetransportowany do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranieburg, gdzie jako więzień wymagający szczególnego nadzoru, przebywał w izolacji. Zmarł zamordowany w szpitalu policyjnym w Berlinie 20 lutego 1942 r.

Gestapo aresztowało także syna bp. Burschego i trzech jego przyrodnich braci, z których przeżył tylko jeden. Niemniejszym bohaterstwem wykazał się jeden z nich, ks. prof. Edmund Bursche (1881-1940), profesor Wydziału Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu Warszawskiego, jego sześciokrotny dziekan. Kiedy był osadzony na Pawiaku, 1 maja 1940 r. odbył tam wizytację osławiony Heinrich Himmler. Zwymyślał ks. prof. Burschego jako zdrajcę narodu niemieckiego. W odpowiedzi usłyszał, że jest Polakiem, który nigdy nie zdradził swojej ojczyzny. Rozwścieczony Himmler w aktach więziennych zapisał: «,Te rodzinę należy bezwzględnie wytępić». Kilka miesięcy później, kiedy ks. Edmund Bursche przebywał w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, esesman Wilhelm Schubert wziął go, z powodu długiej brody, za Żyda. Podawszy swoje nazwisko, ks. Bursche, mimo iż był katowany, cały czas powtarzał że jest Polakiem. Zmarł z wycieńczenia w obozie Mauthausen-Gusen 26 lipca 1940 r.

W poniedziałek, 20 lutego, w kanale ,,Religia.tv", w cyklu ,,Nieznani-Zapomniani" zostanie wyemitowany film zrealizowany przez Grzegorza Polaka pt. ,,Biskup Juliusz Bursche. Ja z Polski nie wyjadę". Pierwsza emisja o godz. 13.55, powtórzenie tego samego dnia o godz. 23.30. Również 20 lutego, o godz. 17.30, w siedzibie Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego przy ul. Kredytowej 4, odbędzie się spotkanie poświęcone pamięci biskupa-męczennika. O swoim wielkim pradziadku będzie mówił prof. dr hab. Juliusz Gardawski z SGH. gp”

22:03, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 19 lutego 2012
Forsa to znowu grunt - i twardy, a jakże

Psalm 41,2
„Błogosławiony człowiek, który myśli o biednym”.

Może wystarczy przestać myśleć o sobie, zauważyć, że inni mają życie cięższe niż nasze. Czasem mimo materialnego dostatku, bo pieniądze szczęścia nie dają, na ogół jednak z powodu ich braku, bo dzięki nim można mieć prawie wszystko. Szczególnie w ustroju, w którym rynek jest panem i władcą, cośmy teraz zobaczyli dokładnie. Ręka jego bez serca jest raczej.

11:22, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
sobota, 18 lutego 2012
Ozór

List Jakuba 3,1-10

Dziś nie przytaczam całego fragmentu, bo rozwija on myśl wyrażoną wcześniej. A czyni to barwnie: „język, choć jest małym członkiem, ma powód do wielkich przechwałek. Oto mały ogień, a wielki las podpala”. Nic dodać, nic ująć, wspominając historię wielką oraz małe przeróżne.

16:33, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 lutego 2012
Wiara i uczynki muszą chodzić razem

List Jakuba 2,14-24.26
”Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy sama wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: - Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała, to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: - Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz, lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, że wiara bez uczynków jest bezowocna? Czy Abraham, ojciec nasz, nie z powodu uczynków został usprawiedliwiony, kiedy złożył syna Izaaka na ołtarzu ofiarnym? Widzisz, że wiara współdziała z jego uczynkami i przez uczynki stała się doskonała. I tak wypełniło się Pismo, które mówi: «Uwierzył przeto Abraham Bogu i poczytano mu to za sprawiedliwość», i został nazwany przyjacielem Boga. Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary. Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też martwa jest wiara bez uczynków.”

Bardzo ważny tekst. Widać w nim, że w chrześcijaństwie od początku był spór o to, co ważniejsze: wiara czy uczynki. Jakub akcentuje uczynki, Paweł wiarę. Taka różnica akcentów podzieliła potem chrześcijaństwo zachodnie na progu nowożytności, kiedy to reformacja ogłosiła pierwszeństwo wiary. Jak się potem zresztą okazało, nie wbrew Kościołowi „rzymskiemu”, bo Sobór Trydencki nie powiedział nic innego. Albowiem - mówiąc najprościej - intencja działania liczy się zasadniczo: to, co jest we wnętrzu człowieka, nie to, co widać i słychać. Czyli wiara. Tyle tylko, że „dobrymi chęciami piekło brukowane”. Liczą się tylko uczynki, które są owocem, wynikiem wiary, ale ów owoc jest przecież niezbędny: stanowi wiary, czyli intencji niezawodny sprawdzian. Utożsamiam wiarę z intencją, bo inaczej wysyłalibyśmy do piekła niewierzących (takie poglądy bywały, jeśli nawet nie zdarzają się jeszcze): Janusz Korczak też by się tam znalazł na przykład.

Pawłowa awersja do uczynków oczywiście nie oznaczała, że wolno wszystko: grzechy różne potępiał surowo. Trzeba jednak pamiętać, że Prawo żydowskie było (i jest w judaizmie ortodoksyjnym) nie tylko etyką: ks. Michał Czajkowski w książce „Paweł Apostoł - dzieło i myśl” przyznaje, że ów filar myśli chrześcijańskiej „nie zawsze rozróżniał kultyczne i moralne wymogi Prawa”. Tak jak piętnaście wieków później mało dbał o taką precyzję Marcin Luter, ale też zobaczywszy, czym jej brak grozi, wyjaśnił rzecz gromiąc grzeszników porządnie. Byli też zapewne jacyś czytelnicy Pawła, którzy postępowali tak, jakby etyka była bez znaczenia: z nimi polemizuje Jakub. Albo też, na odwrót, Paweł zwalczał takich, co nie mogli przeboleć, że Prawo przestaje obowiązywać co do joty. Byli to jednak ludzie poglądów innych niż Jakub, choć go mieli za mistrza, ponieważ on na Soborze Jerozolimskim zaakceptował chrześcijańską rewolucję.

A teraz coś o Starym (Pierwszym) Testamencie. Otóż polskie Towarzystwo Biblijne będzie dzisiaj o godz. 17 promowało w Bibliotece Narodowej (al. Niepodległości 213) kolejny tom swego przekładu ekumenicznego. Tym razem będą to starotestamentalne księgi deuterokanoniczne, nie tylko katolickie, także prawosławne, których jest więcej (aż trzy Machabejskie). Rzecz będzie też oczywiście do kupienia w lokalu Towarzystwa przy ul. Marszałkowskiej 15A.

18:57, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
czwartek, 16 lutego 2012
Personalizm przestępczy. Mali Bracia zaprawdę wielcy

List Jakuba 2, 1-9
”Bracia moi, niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby. Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie: - Usiądź na zaszczytnym miejscu, do ubogiego zaś powiecie: - Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego, to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi? Posłuchajcie, bracia moi umiłowani! Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują? Wy zaś odmówiliście ubogiemu poszanowania. Czy to nie bogaci uciskają was bezwzględnie i nie oni ciągną was do sądów? Czy nie oni bluźnią zaszczytnemu Imieniu, które wypowiedziano nad wami? Jeśli przeto zgodnie z Pismem wypełniacie królewskie Prawo: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego», dobrze czynicie. Jeżeli zaś kierujecie się względem na osobę, popełniacie grzech i Prawo potępi was jako przestępców.”

Przytoczyłem cały dzisiejszy przydział z tej księgi, bo jest wyjątkowo zwarty, ”monotematyczny" i porusza sprawę bardzo „życiową". Chodzi o to, by „nie mieć względu na osoby". Autor tekstu jest stanowczy, grozi: uznaje takich „personalistów" za przestępców. Nie myśli raczej o „kumotercach", czyli tych, co popierają bez powodów rzeczowych swoich krewnych albo przyjaciół. Przesłanie perykopy jest swoiście, ale mocno demokratyczne, jeśli nie socjaldemokratyczne wręcz: występuje w obronie biednych, przeciw bogatym. Padają słowa niemal rewolucyjne: „Czy to nie bogaci uciskają was bezwzględnie i nie oni ciągną was do sądów?". „O cześć wam, panowie magnaci..."!

Idzie tu jednak nie tyle o równość ekonomiczną, ile - by tak rzecz - obyczajową. Warto zauważyć, że dokonała się pod tym względem w PRL duża i dobra zmiana. Oczywiście tak zwany awans społeczny odbywał się w sposób nieraz tragikomiczny. Pochodzenie społeczne stawało się kwalifikacją zawodową albo też właśnie dyskwalifikacją: wiem o tym wiele z doświadczenia własnego, rodziców, przyjaciół. Niemniej ci, co czasy przedwojenne znają słabo nawet z opowiadań, nie wiedzą na przykład, ile wręcz feudalizmu było wówczas na polskiej wsi. Pana dziedzica całowała jeszcze nieraz tak zwana służba folwarczna w rękę. Inna rzecz, że księdza proboszcza tym bardziej.

I tak jesteśmy już przy sprawach kościelnych. Tu „arystokratyzacja" obyczajów jest w wyznaniach tradycyjnych (katolickim, prawosławnym) wciąż potężna. Wszystko służy podkreślaniu różnic między osobami właśnie: eminencje, ekscelencje, infułaci, prałaci...

Prawosławnym polskim nie wystarczają własne czcigodności, metropolita nazywany jest eminencją. Protestanci kopiują katolickie wyróżniki, zapominając, że przecież reformacja była buntem przeciwko eklezjalnemu feudalizmowi: naśladują nas w tym, co u nas akurat najmniej ewangeliczne. I to nawet metodyści (te kolorki biskupie), choć przecież powinni opierać się takim pokusom, jak nie ulegają im chrześcijanie ewangeliczni (baptyści, zielonoświątkowcy).

Swoistymi oazami są w moim Kościele pod tym względem zakony. Władze są w nich na ogół wybieralne, były zwierzchnik oddając urząd staje się zwykłym bratem (choć księża tytułowani są niestety wciąż „ojcami"), habity zakonne władz nie są niczym barwione. Gdy jestem już przy tych wspólnotach, parę zdań również o ubóstwie. Składa się tam taki ślub, różnie jednak wygląda jego dotrzymywanie. Franciszek z Asyżu był „biedaczyną", jego duchowi potomkowie na przykład już nieporównanie mniej.

Chcę tu jednak na koniec napisać coś pozytywnego. W Wydawnictwie Karmelitów Bosych ukazało się niedawno tłumaczenie korespondencji z zakonnikami trapistami, jaką z nimi prowadził błog. Karol de Foucauld, twórca idei Małych Braci Jezusa. Znam nieco ten zakon, mający swoje trzy placówki w Polsce, wspólnota to zaiste niebywała. Żyjąca zgodnie z marzeniem owego Karola: „Być z Bogiem ubogim i pokornym robotnikiem, prowadzić (...) najbardziej uniżone życie, być zawsze na ostatnim miejscu". Są to ludzie z wyższym wykształceniem, którzy nie przyjmują żadnych prac na wyższych stanowiskach, są robotnikami, jeden jest wyjątkowo aż listonoszem.

17:13, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
środa, 15 lutego 2012
Pięknym za nadobne?

List Jakuba 1,26
„Jeśli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw”. Wolałbym powiedzieć, jak wymyślili moi bibliści, że pobożność ta jest próżna, brzmi to bowiem bardziej obrazowo, mniej filozoficznie. Świeżo mi brzmi w każdym razie owo stwierdzenie związku między ostrością języka a religijnością: nie tylko moralnością, od razu religią. Trudno mi nie zapytać, czy publicysta religijny może być dzisiaj „jastrzębiem”. Że Jezus przecież gromił grzeszników bardzo mocno? Jednak nie tyle właśnie grzeszników, ile tych moralnie „poprawnych”, takich, co czują się upoważnieni do ostrego osądzania bliźnich.

No i głosiciel Ewangelii powinien przecież świecić przykładem delikatności. Oczywiście po drugiej, laickiej stronie agresji też w bród – ale czy chrześcijaninowi godzi się płacić pięknym za nadobne? W tradycji chrześcijańskiej dwudziestu wieków przykładów polemicznej zapalczywości legion, ale czy są to przykłady w znaczeniu „wzorce”?

Sam nie zawsze powściągam język, ale mam skłonność do polemiki raczej ze swoimi współwyznawcami. Może i jestem krytyczny zbyt jednostronnie, ale przecież bić się należy przede wszystkim we własne piersi. Mojego środowiska, mojego Kościoła.

15:32, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
wtorek, 14 lutego 2012
Cyryl i Metody, czyli o metodach ewangelizacji

Ewangelia Łukasza 10,3
„Idźcie! Oto posyłam was jak baranki między wilki.”

Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Mamy baranki zamiast owiec, bo to słowo oddaje mocniej słabość posłańców. Myślałem, żeśmy oryginalni, bo owce ma Tysiąclatka i ekumeniczna „Jedenastka”, ale baranki wybrał Wujek, a ewangelicki odpowiednik Tysiąclatki, czyli tzw. Biblia warszawska, poszła jeszcze dalej niż my, bo wolała wręcz jagnięta.

Dość zoologii, teraz teologia. Najpierw czemu dziś teksty o posłańcach, czyli z grecka apostołach? A bo dzisiaj dzień świętych Cyryla i Metodego, apostołów i patronów Europy, w przeciwieństwie do świętego Benedykta raczej wschodniej, bo „ochrzcili” Słowiańszczyznę, wywalczywszy liturgiczne obywatelstwo dla języka tych ludów. Okazali się zaś barankami pośród wilków, ponieważ działali na terenach, które za swoje uważał episkopat niemiecki: podstępnie uprowadził i więził Metodego. Takie to były czasy, na szczęście papież Mikołaj I Wielki (przydomek nie zawsze stosowany pochodzi z przedstawiającego tego Cyryla hasła „Encyklopedii Katolickiej”, z której tutaj dosłownie korzystam) oraz jego następcy okazali myślową klasę i dzieła świętych braci dzielnie bronili.

Można czasem obrywać nie od tych, których się ewangelizuje, ale od współwyznawców przypisujących sobie monopol na Ewangelię. Było tak z Cyrylem i Metodym, bywało, bywa i pewnie będzie zawsze, gdy otwarcie myślowe zderzy się z umiłowaniem dotychczasowego stanu rzeczy, by o własnej władzy nie wspomnieć. Mamy dziś w moim Kościele przedsięwzięcie zwane nową ewangelizacją. Ciekawe, czy zdobędą się jego władze na śmiałość na miarę Cyryla, Metodego oraz papieży i patriarchów wschodnich wówczas chrześcijaństwem kierujących. Jest to też jak tam wtedy sprawa języka, ale w sensie wielorakim. Dostosowywania się do języka dzisiejszej młodzieży: mówi o tym ciekawie watykański kardynał Ravasi w lutowym ”Przeglądzie Powszechnym”. Także wyzwalania się ze słownika filozofii greckiej, który był dobry tyle wieków, ale nie pasuje do innych kultur, też dzisiejszej europejskiej. Trzeba wreszcie, co w Polsce takie trudne, zrozumieć, że nikt nikogo nie nawrócił obrażaniem.

20:35, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lutego 2012
Jakubów liczba niejasna. Jak się modlić o mądrość?

List Jakuba 1,1-11
Jakub, sługa Boga i Pana Jezusa Chrystusa. śle pozdrowienia dwunastu pokoleniom w rozproszeniu. Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość. Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków. Jeżeli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. Niech zaś prosi z wiarą, a nie wątpi o niczym. Kto bowiem żywi wątpliwości, podobny jest fali morskiej wzbudzonej wiatrem i miotanej to tu, to tam. Człowiek ten niech nie myśli, że otrzyma cokolwiek od Pana, bo jest mężem chwiejnym, niestałym we wszystkich swych drogach. Niech się zaś ubogi brat chlubi z wyniesienia swego, bogaty natomiast ze swego poniżenia, bo przeminie niby kwiat polny. Wzeszło bowiem palące słońce i wysuszyło łąkę, kwiat jej opadł, a piękny jej wygląd zginął. Tak też bogaty przeminie w swoich poczynaniach.

To księga zdaniem redaktorów chrześcijańskiego kanonu biblijnego najwyraźniej ważna, bo otwiera dział tak zwanych listów katolickich albo powszechnych, choć są tutaj teksty przypisywane takim osobistościom pierwotnego Kościoła, jak Piotr czy Jan. Termin „listy katolickie” oczywiście dzisiaj myli. Kto wie, że „katolicki” znaczył kiedyś „powszechny”, tak jak „ortodoksyjny” oznaczał prawowierność a nie prawosławie, mimo że w językach zachodnioeuropejskich zrobiło się takie utożsamienie. (Jest jeszcze jedno: ortodoksyjny to w dzisiejszym języku potocznym, nie wiem, czy tylko polskim, coś jakby ciasny, nazbyt trzymający się kanonów religijnych, konserwatywny. Protestują: „otwarty” katolik jest równie prawowierny jak „zamknięty”! „Ortodoksyjny” znaczy „katolicki”, czyli powszechny, czyli myślowo szeroki, obejmujący różne interpretacje. Amen!)

Tyle ogólnie o tym dziale Nowego testamentu. Teraz o samym Liście Jakuba. Który jest autorem księgi? Przyjęło się w Kościele, w każdym razie katolickim myśleć, że było ich tylko dwóch: syn Zebeusza, brat Jana, oraz syn Alfeusza; przy czym ten drugi to byłby zarazem „brat Pański”, (rodzony, przyrodni, kuzyn) filar Kościoła pierwotnego (nawet w Liście do Galatów 2,9 wymieniony w tej roli przed Kefasem i Janem), kojarzony z jego skrzydłem konserwatywnym na podstawie wzmianki w Liście do Galatów (2,12). Wszelako owo utożsamienie ma ten spory szkopuł, że bracia Pańscy, wśród nich właśnie ktoś tego imienia (Mt 13,55 i MK 6,3??), „nie wierzyli w Niego” (J7,3-5). Czyli Jakubów byłoby trzech. Jeśli jednak nie czterech, bo nie jest też dla uczonych oczywista identyczność z synem Alfeusza jakiegoś Jakuba „Mniejszego” („Małego”, „Młodszego”), o którym wspomina Marek (15,40) jako o synu Marii i Jozesa (Józefa) I tu mamy uzasadnioną mocną tradycją hipotezę ks. Czajkowskiego z jego wstępu do tej księgi, zamieszczonego w Listach Powszechnych i Apokalipsie Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół. Biblista ten utożsamia „brata Pańskiego” z tym właśnie Jakubem. Był bratem Jezusa ciotecznym, ponieważ Maria była siostrę Jego matki (Mt 27,56). Problem tylko w tym, że ów Jakub występuje jako syn Marii Tylko z Józefem, bez innych braci Pańskich - ale ewangelie nie musiały wymieniać zawsze wszystkich czterech.

Na tym jednak trudności Jakubowych nie koniec. Zajrzałem do wstępu, jakim opatrzyła Listy raczej Powszechne niż Katolickie polska Biblia Jerozolimska (to cenna publikacja, jako tłumaczenie, co prawda, Tysiąclatki, ale cały „aparat”, czyli wstępy, przypisy z francuskiego dzieła wielce przez biblistów ocenionego). Otóż problemem jest również, czy Jakub brat Pański rzeczywiście sam napisał ową księgę. Bo, po pierwsze, kanoniczność jej budziła długo wątpliwości, które trudno zrozumieć, jeśli jej autorem był „filar” Kościoła. Po drugie, greka tekstu piękna, literacka, a brat Jakuba wykształcony (chyba) nie był. Po trzecie, księga przypomina bardzo pisma kościelne z końca I wieku lub początku II, a według Józefa Flawiusza ten Jakub został zamęczony w roku 62 (66??).

Tyle tytułem wstępu. Co zaś do myśli zawartych w owym fragmencie księgi, to podkreśliłem sobie tę o mądrości. jakże słuszną - stale się o nią modlę, tyle tylko, że jest z ową wartością duchową trochę tak, jak z każdym przedmiotem modlitewnej prośby: Bóg wysłuchuje albo nie. Autor listu twierdzi, że tej prośby wysłucha na pewno, ale pewnie jest to w ogóle sprawa skuteczności modlitwy („proście, a otrzymacie”): On wie lepiej, co nam potrzebne. Czyli, że czasem potrzebna głupota? Może dlatego, że dopiero widok jej skutków prowadzi do mądrości? Ale raczej trzeba pomyśleć o zdaniu następnym: „Niech zaś prosi z wiarą, a nie wątpi o niczym” oraz dalszych. Cały fragment (i cały list) dotyczy bowiem wiary jako postawy moralnej. Jeżeli prosimy moralnie chwiejni, tak, że naprawdę to nie marzy nam się zgoła materialne ubóstwo, nie chlubiliśmy się nim, gdyby nas spotkało, to nie jest to modlitwa o mądrość nadmiernie żarliwa.

18:31, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 12 lutego 2012
Trędowaci wciąż wśród nas

Księga Kapłańska 13,1-2.45-46
Ewangelia Marka 1,40-45

O trędowatych. W Starym Testamencie o tym, że trzeba ich izolować, w Nowym, że Jezus uzdrowił jednego. Nie gorszę się pierwszym tekstem: my też izolujemy chorych zakaźnie. Są w tym celu oddziały szpitalne, więc nieszczęśnicy nie muszą wołać o sobie: „Nieczysty, nieczysty”. Trąd przestał być uważany za chorobę zakaźną, ale wciąż bywają ludzie, których omija się szerokim łukiem. Ostentacyjnie uścisnąć ich wtedy to gest nad gesty. Jan Paweł II ściskał nawet trędowatych dosłownie.

10:39, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
sobota, 11 lutego 2012
Mnożnik serdeczny

Ewangelia Marka 8,1-10
Rozmnożenie chleba i ryby. Cóż tu napisać?

Bywają w każdym razie rozmnożenia dające się od biedy wytłumaczyć przypadkiem (pojęcie pojemne): opowiadają o nich ludzie działający charytatywnie, z siostrą Małgorzatą Chmielewską na czele. Skończyły się jej raz pieniądze i zapas pieczywa, modli się w swoim stylu (prosi Boga niemal tak ostro, jak mówi do podopiecznych) - i ktoś nagle przysyła dokładnie tyle, ile w danej chwili potrzebowała.

A poza tym dobrym ludziom zdarzają się możliwości „rozmnożenia” pokarmu znacznie częściej niż sknerom: to już chyba moralny banał.

10:26, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
piątek, 10 lutego 2012
Usłyszeć myszki. Arcybiskup Żydziński

Ewangelia Marka 7,31-37

Uzdrowienie głuchoniemego. Jezus „wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: - Effatha, to znaczy: „Otwórz się.” Po cóż tyle różnych gestów? Moja ukochana Poznanianka próbuje wyjaśnić: „Usunięcie się od tłumu mogło mieć na celu zapobieżenie sensacji lub zapewnienie spokoju kalece, który może nie był jeszcze dostatecznie przygotowany na przyjęcie Łaski. Łatwiej było o przygotowanie go do niej przez znaki. Bo właśnie uzdrowienie głuchego, który miał także niewyraźną wymowę (niektórzy egzegeci sądzą powołując się na wiersz 37, że nie mówił on wcale) dokonuje się przy pomocy znaków, o jakich Marek nigdy dotąd przy uzdrowieniach nie wspominał. (...) Po co jednak te gesty i posłużenie się śliną? Nie można dopatrywać się tutaj magicznych znaków. Oba gesty, które kaleka zapewne uważnie śledził, mogły zmierzać do pobudzenia jego wiary i nadziei.”

Odnotowałem skracając: kto chce, niech sądzi inaczej. Ja tylko myślałem, że na pewno w ogóle nie mówił - ale czy to ważne? No i mam skojarzenie ekumeniczne: „Effatha” to nazwa warszawskiego stowarzyszenia, które pod wodzą pani Danuty Baszkowskiej zajmuje się pomocą ludziom wieloraką, ostatnio głównie otwieraniem na głos innych wyznań chrześcijańskich. Co miesiąc, na pamiątkę międzykościelnego porozumienia polskiego o wzajemności sakramentu chrztu, które zawarto 23 stycznia 2000 roku, w warszawskim kościele rzymskokatolickim przy ulicy Lindleya przedstawiciele różnych Kościołów modlą się, żeby się pojednały, a najpierw zaczęły się w ogóle słyszeć. Żeby zaczęły się nawzajem słuchać i żebyśmy zaczęli słyszeć nie tylko o tym jednym wielkim, słoniu przy malutkich myszkach (metafora z pewnego tekstu świętej pamięci ks. Bogdana Trandy).

Pierwsza rocznica śmierci świętej pamięci arcybiskupa Życińskiego. Zacznę zupełnie niepatetycznie. Miał nieprzeciętne poczucie humoru, co u hierarchów, nieraz dość hieratycznych, bardzo cenię. Beatyfikowałbym Jana Pawła II już za sam dowcip z grą słów: papież - łupież. Otóż ks. Michał Heller opowiedział w KAI, że kiedyś telefon od duchownego zwanego „Żytem” odebrali jego siostrzeńcy. Przywykli, że dowcipkuje, więc zdziwili się, że tym razem jest jakiś poważny. Bo też nie był to on sam, ale jego brat o podobnym głosie (też ksiądz, profesor teologii). Co do mnie, usłyszałem po raz pierwszy o przyszłym arcybiskupie od ks. Bronisława Bozowskiego, skądinąd jeszcze większego „jajcarza”. Wszedłem do jego pokoju, gdy żegnał się z jakimś księdzem przed podróżą do Ameryki (powiedział później, że był to Życiński). Dowcipkowali sobie swobodnie. A dużo później było tak, że zgorszył kogoś mój artykuł o patriarsze Bartłomieju. Między innymi początek tekstu, gdzie wyjaśniałem różnicę między tym dostojnikiem a papieżem: bo mój znajomy spotkał patriarchę w toalecie, co w przypadku biskupa Rzymu byłoby niemożliwe. Arcybiskup bronił zgorszonej osoby, która mnie wkurzyła swoją wyłączną miłością do patosu, ale dodał również: - Bo przecież patriarchowie nie siusiają wcale... Była to aluzja do znanego dowcipu o katechetce. Jaś: - Proszę siostry, czy księża siusiają? - Tak, ale rzadziej...

Lubił dowcipy również na swój temat. Na przykład ten jakiegoś księdza, że słyszy i czyta Życińskiego wszędzie, zajrzał jednak do tabernakulum, a tam już arcybiskupa nie było. Z przezwiska „Żydziński” był na pewno dumny. Tak jak i ze swego kalamburu, że nie może prawosławnego arcybiskupa lubelskiego Abla nazywać bratem, bo Kainem jednak nie jest. A przeszkoda dla takiego nazewnictwa była tylko ta jedna, bo był to jeden z polskich hierarchów katolickich naprawdę ekumenicznych. Zrobił coś w naszym kraju zupełnie wyjątkowego: napisał z arcybiskupem Ablem wspólny list pasterski.

Jeszcze jeden szczegół, bardzo osobisty. Był dla mnie zawsze nad wyraz uprzejmy, raz jednak na szczęście nieco skrytykował („przez posły”). Za napastliwy komentarz po wyborze prymasa Glempa na przewodniczącego Episkopatu. Że piszę tak pięknie o ekumenizmie, a tu nie umiem zdobyć się na trochę zrozumienia dla cudzych poglądów. Tamten komentarz na przykład Tadeusz Mazowiecki ocenił nieporównanie dosadniej. Dotąd tekstu się wstydzę.

Tyle wątków humorystycznego i egocentrycznego. Poświęciłem im tyle miejsca, bo żaden patos nie wyrazi straty. Niestety jeszcze nie ukazała się kapitalna książka o arcybiskupie pióra Aleksandry Klich (Agora opublikuje ją za kilka dni, jutro w ”GW” fragment): rozmowa z nim o wielu sprawach: aborcji, antykoncepcji, in vitro, lustracji (też jego własnej). Dziennikarka „Gazety” jest w niej pełna najwyższego szacunku, ale dociekliwa, nieustępliwa. A arcybiskup jest, jaki był: równie otwarty (słowo już wytarte do imentu, ale nie mam innego) na świat pozakościelny, na każdego rozmówcę, lecz niedający zgody na każdy pogląd reformatorski, próbujący sięgać głębiej, szanujący również mocno tradycję swego Kościoła.

Po jego śmierci dowiedziałem się o nim czegoś dla mnie nowego. Miałem go wyłącznie za błyskotliwego intelektualistę, wyróżniającego się wśród eklezjalnych notabli nie tylko poglądami, także stylem bardzo dalekim od kościelnej sztampy. A tymczasem zabrzmiał chór opinii, że był to poza tym bardzo dobry człowiek. Oczywiście też, że miał w naszym Kościele życie niełatwe - ale to było dla mnie jasne. Nie pasował.

Umarł młodo biskup Jan Chrapek, potem Józef Życiński. Bóg pisze po liniach krzywych - godzę się z tym, bo weń wierzę i Mu ufam. Wierzyli też Mu bardzo ci dwaj ludzie niezwykli. Oni jednak już wiedzą, czemu tak być musiało. Ja wciąż żyję, zatem krzywizna Opatrzności także w tych ludzkich przypadkach przechodzi moje ziemskie pojęcie.

13:59, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 lutego 2012
Prorok nie odpoczywa

Ewangelia Marka 7,24
„Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu".

Chciał czasem odpocząć, nie dawało się. Gdyby jeszcze cieszyła Go sława, może byłoby Mu lżej. Ale prorokom nie zależy na niczym innym poza ich posłannictwem. Taka jest ich przedziwna natura.

12:26, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
środa, 08 lutego 2012
Wszyscy jesteśmy kuchmistrzami. Kryminał na temat papieży

Ewangelia Marka 7,19
„Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.” To tłumaczenie Tysiąclatki: mocne. Bo np. Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego w Polsce ma jakby łagodniejszą wersję imiesłowową. Całe zdanie brzmi tam : „Czy nie dostrzegacie, że to, co z zewnątrz dostaje się do człowieka, nie może go uczynić skalanym, bo nie wchodzi do jego serca., lecz do żołądka i jest wydalane na zewnątrz, oczyszczając wszystkie pokarmy.” My też mamy osobne zdanie: „Czyste jest więc każde jedzenie”. Tak czy inaczej sens słów Jezusa jest jasny. To była oczywiście rewolucja.

Możemy się dziwić wyznawcom judaizmu, którzy przestrzegają takich przepisów gastronomicznych, tego rodzaju wrażliwość tkwi jednak głęboko w naszej naturze. Oczywiście nie całkiem tym samym jest nasze „postne” rozróżnianie kręgowców, żydowskie i muzułmańskie niejedzenie wieprzowiny to już sprawa podobniejsza, a hinduistyczny zakaz zabijania krów jeszcze mniej podobna (chodzi o symboliczną świętość życia karmicielek człowieka) - ale mamy tu jednak chyba jakiś wspólny mianownik. Obcy dzisiejszej mentalności europejskiej, bądźmy jednak ostrożni w osądzaniu podobnych oporów jako zwykłych przesądów. Co piszę przede wszystkim sam dla siebie, wspominając Asnyka: „nie depczcie przeszłości ołtarzy...”

Lektury: przeczytałem tymczasem całą WAM-owską „Historią papieży” ks. Johna W. O`Malleya, której pierwszy rozdział tu przedrukowałem. Najpierw dowcip. Któryś papież idzie do nieba, ale tam inny czas, wszyscy śpią. Stuka, puka, w końcu wali pięścią - i wreszcie tupot anielskiego odźwiernego. Otwiera i mało uprzejmie pyta: - A co, własnych kluczy nie masz!?

Albowiem w Ewangelii Mateusza (rozdział 16) Jezus czyni apostoła Piotra opoką Kościoła i obiecuje mu dać klucze do nieba. Jest to bodaj najbardziej kontrowersyjna scena pośród chrześcijan, bo niekatolicy pytają, czy w ogóle wynika z tego prymat Piotra, a jeżeli nawet, to dlaczego jego następcą miałby być akurat biskup Rzymu. Dzieło, którego polską wersję chcę tu zareklamować, zaczyna się od postawienia problemu, który dla „piotrowości” papieży jest podstawowy: czy aby na pewno ów apostoł przybył do Rzymu i zginął w nim śmiercią męczeńską? Autor odpowiada, że tak. Można mu uwierzyć, a raczej dać się przekonać jego argumentacji: zachowuje się tu jak i w całej książce jako spokojny historyk, lubujący się w faktach, a nie myślach apologetycznych. A faktów w książce w bród.

Oto parę z nich. Kościół kojarzy się z postawą klęczącą - a z ową postawą było w jego historii między innymi tak. Gdy papież Leon III ukoronował na cesarza Karola Wielkiego, po tym akcie ukląkł i złożył mu hołd. To ten Leon i jest rok 800. Minęło dwanaście wieków, nastał bardzo jak na swe czasy nowoczesny Leon XIII. On się władzy cesarskiej już się tak nisko nie kłaniał, natomiast nalegał, by katolicy, jakich przyjmował na audiencji, przez cały czas klęczeli i nigdy nie pozwalał, by jego współpracownicy siedzieli w jego obecności. Teraz jednak o klęknięciu kolejnego papieża. Paweł VI w roku 1965 wręcz padł do stóp przedstawicielowi patriarchy Konstantynopola. Na koniec o Janie Pawle II: gdy tuż po konklawe jego krakowscy przyjaciele uznali, że jego zakaz takich hołdów przestał obowiązywać, i uklękli, ofukał ich: „Nie róbcie szopki”. Potem, co prawda, przypomniał sobie, że Jezus narodził się właśnie w szopie i już nie fukał, ale w tych dziejach jednej postawy zawiera się poniekąd cała historia Kościoła katolickiego. Najpierw pierwszy papież Piotr, którego apostoł z kooptacji Paweł publicznie ruga bynajmniej nie na klęczkach (List do Galatów, rozdział 2), potem biskup Rzymu już potężny, ale uznający świętość cesarzy (też niektórzy uważali się za namiestników Chrystusa!), dalej papież zachowujący się jak cesarz albo i półbóg, i wreszcie dwóch biskupów Rzymu z nowej już epoki.

O pokłonie Pawła VI wiem, co prawda, nie z książki O`Malleya, choć był to gest kolosalny, prośba o przebaczenie i pokora na miarę Jana Pawła II albo i ponad. O owej szopce naszego papieża wiem tym bardziej z innego źródła, bo też ów Amerykanin pisze o naszym rodaku nazbyt chłodno: zarzuca mu wielki autorytaryzm, choć w Europie wielu ludzi mówi, że autorytarny był nie tyle on, ile jego aparat kurialny, przedtem też krakowski.

Niemniej dzieło jezuity jest w sumie wzorowo obiektywne. W ocenach papieży niczego nie kryje (starannie informuje o nieślubnych dzieciach owych duchownych spłodzonych przed lub i po konklawe), ale cnoty też chętnie odnotowuje. Na koniec napiszę o cnocie pisarskiej samego autora: pisze pasjonująco. Narracja wartka niemal jak w kryminale! A optyka moralna bez lukrowania, ale i bez antykościelnej obsesji. Bo też jeśli niektórzy papieże może i byli kryminalistami, to na pewno nie wszyscy. Świętych nie brakowało.

21:52, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Kościół Cię nie ogarnie... Wariacje o kiczu, ekumenii, wspólnocie

Wpis na wtorek 7 lutego

1 Księga Królewska 8,22-23.27-30

Salomon był tak mądry, że w świątyni wyrywają mu się słowa: „Czy jednak naprawdę zamieszka Bóg na ziemi? Przecież niebo i niebiosa najwyższe nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą zbudowałem". Potem martwi się raczej tym, czy modlitwy zanoszone w tej świątyni zostaną wysłuchane, ale Izrael starożytny był świadom tego, że budynek to tylko szczególne miejsce Bożej obecności, i wierzy dalej w tę obecność, choć budowli już nie ma. „Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie" - głosił Kochanowski w duchu przecież biblijnym.

Skojarzenie estetyczne: (nie)piękno dzisiejszych świątyń katolickich. Problem oczywiście w tym, że nowożytność przyniosła rozbrat Kościoła i kultury. Gdyby go nie było, architekci dogadywaliby się jakoś z proboszczami czy raczej z biskupami, którzy są odpowiedzialni za zalew kiczu. Wynika on z owego ogólnego rozbratu, też z ”artystowskiej” pogoni za sensacją, ale pewnie najbardziej z braku humanistycznego wykształcenia naszego duchowieństwa. Sprawa nie jest przy tym „zerojedynkowa", bo na przykład warszawska świątynia jezuicka na Rakowieckiej kiczowata nie jest, ale na mój gust czegoś sakralnego brak w jej wnętrzu. W każdym razie wolę dominikański stołeczny kościół na Służewiu (wewnątrz) oraz mariański na Stegnach. O tym drugim (i całym kompleksie klasztornym) powiedział ks. Pasierb, że to Malbork, ale bronię „interioru", idealnie realizującego zasadę, że ołtarz musi być widziany zewsząd. No i witraże tam w większości niebieskie, czyli - to już mój, podobno ogólnomęski gust - niebiańskie. Może zresztą architektura to pół biedy, cała bieda w ozdóbkach. Te okropne hasła jakby dla uczczenia Komunii konieczny był styl komunistyczny...

Brzydota materialna to duży problem, kicz artystyczny nie jest bez związku z intelektualnym, bo bierze się w dużej mierze z lenistwa myślowego, co zahacza wręcz o etykę. O wiele bardziej jednak problemem moralnym jest negowanie myśli, że Kościół nie ogarnia Boga. Kościół już nie jako budynek, ale instytucja. Dojrzeliśmy wreszcie - choć niestety nie wszyscy - do zrozumienia, że poza Kościołem też jest zbawienie, a jakże. Poza Kościołami, chrześcijaństwem, poza religiami...

I z powrotem myśl o kościołach jako budynkach. Księża budują dzielnie, słusznie, bo niełatwo się modlić na stojąco w mróz. Niemniej przede wszystkim powinni budować wspólnoty, bo to one przede wszystkim są Kościołami.

21:50, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Dekalog przenajświętszy. Geniusz Szymborskiej

1 Księga Królewska 8,1-7.9-13
Salomon przenosi Arkę z Miasta Dawidowego, czyli z Syjonu (nie Betlejem, to tylko miejscowość rodowa Dawida)) na inne wzgórze, Morijah, „wzniesienie wyższe od wzgórza Syjonu i położone na północ od niego” (Biblia Poznańska). Na owym wyższym wzniesieniu zbudował dla Arki świątynię. „W Arce nie było nic oprócz dwóch kamiennych tablic, które Mojżesz tam złożył pod Horebem, gdy Pan zawarł przymierze z Izraelitami w czasie ich wyjścia z ziemi egipskiej”. Co prawda, według innych ksiąg biblijnych były w Arce również inne święte przedmioty (List do Hebrajczyków 9,4), niemniej ciekawa to religia, która tak czci nie tyle swoją doktrynę, dogmatykę, bo też mało rozbudowaną, ile etykę. Dziesięć przykazań, czyli zasady moralności, które są w większości do przyjęcia dla ludzi spoza tej religii, spoza religii w ogóle. Bo też przecież każda doktryna sprawdza się w zwykłym stosunku do ludzi: to dziś rozumiemy coraz lepiej „Wszystko, co uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili” - to już Nowy Testament, Ewangelia Mateusza 25.

PS. Co zaś do Arki, to została ona zniszczona lub wywieziona zapewne podczas zdobycia Jerozolimy przez Babilon w r. 586 przed Chrystusem i potem, jak wynikałoby z Księgi Jeremiasza 3,15-17, zastępuje ją w ogóle Jerozolima. Jest też w 2 Księdze Machabejskiej 2,4-8 opowieść, że Arkę ukrył sam Jeremiasz, ale zostanie odnaleziona, gdy Bóg ponownie zgromadzi swój lud. Jest ona schowana rzekomo w Etiopii, strzeżona nie do oglądania, co opisał między innymi Jędrzej Majka w jednej ze swoich przezabawnych powieści podróżniczych.

No i na koniec trochę o Wisławie Szymborskiej. Uwielbiam jej poezję, tak klasycznie piękną, zupełnie inną niż ta dzisiejsza, rozchełstana na ogół. Niesłychane wrażenie artystyczno-etyczne zrobił na mnie swego czasu wiersz pod tytułem ”Bagaż powrotny”, zanim jeszcze stała się tragedia małej Madzi. Oto on:

”Kwatera małych grobów na cmentarzu.
My, długo żyjący, mijamy ją chyłkiem,
jak mijają bogacze dzielnicę nędzarzy.
Tu leżą Zosia, Jacek i Dominik,
przedwcześnie odebrani słońcu, księżycowi,
obrotom roku, chmurom.
Niewiele uciułali w bagażu powrotnym.
Strzępki widoków
w liczbie nie za bardzo mnogiej.
Garstkę powietrza z przelatującym motylem.
Łyżeczkę gorzkiej wiedzy o smaku lekarstwa.
Drobne nieposłuszeństwa,
w tym któreś śmiertelne.
Wesołą pogoń za piłką po szosie.
Szczęście ślizgania się po kruchym lodzie.
Ten tam i tamta obok, i ci z brzegu:
zanim zdążyli dorosnąć do klamki,
zepsuć zegarek,
rozbić pierwszą szybę.
Małgorzatka, lat cztery,
z czego dwa na leżąco i patrząco w sufit.
Rafałek: do lat pięciu brakło mu miesiąca,
a Zuzi świąt zimowych
z mgiełką oddechu na mrozie.
Co dopiero powiedzieć o jednym dniu życia,
o minucie, sekundzie:
ciemność i błysk żarówki i znów ciemność?
KÓSMOS MAKRÓS
CHRÓNOS PARADOKSOS
Tylko kamienna greka ma na to wyrazy.”

Przypis: te słowa greckie znaczą mniej więcej ”Wszechświat wielki, czas paradoksalny (niepojęty) ”. Jeszcze nie dowiedziałem się, skąd to cytat. Poetka sama dzieci nie miała, uczucia macierzyńskie (choć oczywiście też ”tacierzyńskie”, ogólnoludzkie) wyraziła genialnie.

18:25, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
niedziela, 05 lutego 2012
Życie jest bojem

Księga Hioba 7,1
„Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka?”

I inspirowany tym cytat z literatury staropolskiej, tym razem z Sępa Szarzyńskiego: „Pokój - szczęśliwość, ale bojowanie byt nasz podniebny.” Cóż dodać? Jakie jest życie, każdy wie, i jakie powinno być, mniej więcej też każdy, co ma sumienie nie byle jakie. Tylko jak zwyciężyć los, czyli przede wszystkim siebie, wiedzą naprawdę tylko nieliczni.

08:27, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2
Archiwum