Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 27 lutego 2011
Któż jak nie Bóg?

Psalm 62,2-3.6-9
”Jedynie w Bogu spokój znajdzie ma dusza,
od Niego przychodzi moje zbawienie.
Tylko On jest opoką i zbawieniem moim,
twierdzą moją, więc się nie zachwieję.
Jedynie w Bogu szukaj spokoju, dusza moja,
bo od Niego pochodzi moja nadzieja.
On tylko jest skałą i zbawieniem moim,
On moją twierdzą, więc się nie zachwieję,
W Bogu zbawienie moje i chwała,
Bóg opoką mocy mojej i moją ucieczką.
W każdym czasie jemu ufaj, narodzie.
Przed Nim wylejcie wasze serca.”


Można skomentować to sceptycznym przypomnieniem po raz tysiączny, że skała owa i twierdza tysiąc razy wali się ludziom widzącym ją w Bogu. Od czasu napisania tego psalmu takie katastrofy zdarzają się wciąż - nic się nie zmieniło.
A raczej zmieniło się - w historii Narodu Wybranego. Bo poszczególnym Żydom po tysiąckroć waliła się ziemia, waliła się całym rodzinom, pokoleniom czy jak inaczej nazwać poszczególne części tego ludu, ale w wieku XX uderzono weń totalnie. Niemniej wśród tych, co pozostali, są nadal wierzący.
Albowiem nie zawaliło się pytanie: któż jak nie Bóg? W każdym razie żaden z ludzi. Każdy może zawieść. Nadzieja wbrew nadziei, zapatrzona w dal przekraczającą każdy ziemski horyzont, nie zawiedzie. Dana jest niektórym, Bożym wybrańcom. Czemu nie wszystkim? Nie wiem.

10:09, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
sobota, 26 lutego 2011
Nie bądź dzieckiem? Bądź, ale...

Ewangelia Marka 10,1
„Amen, powiadam wam: kto nie przyjmie Królestwa Bożego po dziecięcemu, ten doń nie wejdzie.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Co prawda, pomysł, żeby hebrajskie wyrażenie „amen” zostawić, jak jest w skądinąd greckim oryginale, przyszedł nam do głowy później, gdy już Ewangelia Marka była przetłumaczona. W rezultacie mniej oryginalna wersja „zaprawdę” jest jeszcze nawet w drugim wydaniu naszych „Czterech Ewangelii i Dziejów Apostolskich”. Ale powinna być ta z „amen” bo przecież warto wiedzieć, że tradycyjne „zaprawdę” to odpowiednik równie tradycyjnego terminu hebrajskiego.

Tyle biblistyki, teraz teologia dnia codziennego. Przyszły mi do głowy takie oto (złote?) myśli.
Być dzieckiem, ale nie złotym młodzieńcem.
Być dziecięcym, ale nie zdziecinniałym.
Być dziecięcym, ale nie infantylnym.
Mieć wiarę dziecka, ale wiedzę religijną księdza.

09:47, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
Dytyramb na cześć przyjaźni

Wpis na piątek 25 lutego 2011
Księga Syracydesa 6,5-17
”Miła mowa pomnaża przyjaciół, a język słodko mówiący uprzejme pozdrowienia. Żyjących z tobą w pokoju może być wielu, ale gdy idzie o doradców, jeden z tysiąca. Jeżeli chcesz mieć przyjaciela, posiądź go po próbie, a niezbyt szybko mu zaufaj. Bywa bowiem przyjaciel, ale tylko na czas jemu dogodny, nie pozostanie nim w dzień twego ucisku. Bywa przyjaciel, który przechodzi do nieprzyjaźni i wyjawia wasz spór na twoją hańbę. Bywa przyjaciel, ale tylko jako towarzysz stołu, nie wytrwa w dniu twego ucisku. W powodzeniu twoim stanie się jak drugi ty, z domownikami twymi będzie w zażyłości. Jeśli zaś zostaniesz poniżony, stanie przeciw tobie i skryje się przed twym obliczem. Od nieprzyjaciół bądź z daleka i miej się na baczności przed twymi przyjaciółmi. Wierny bowiem przyjaciel potężna obrona, kto go znalazł, skarb znalazł. Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty ani równej wagi za wielką jego wartość. Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bojący się Pana. Kto się boi Pana, dobrze pokieruje swoją przyjaźnią, bo jaki jest on, taki i jego bliźni.”
Złote myśli biblijne. Swoisty „savoir vivre” - wiedza o tym, jak żyć. Rady cenne jednak pod warunkiem, że bojaźń Boża nie będzie neurozą, ale miłością Dobra.

PS. Wysłannicy kairskiego uniwersytetu sunnickiego Al-Azhar przekazali Watykanowi wiadomość, że wznowią dialog, jeżeli papież przeprosi za krytykę postępowania władz egipskich wobec Koptów. Także za wypowiedź wtedy w Ratyzbonie, z której mogło wynikać, że islam jest tolerancyjny tylko wtedy, gdy nie jest w większości.

Wydawało mi się, że Benedykt XVI dostatecznie wytłumaczył wtedy, że nie chciał obrazić islamu, a i teraz jego słowa nie były żadną agresją. Zgadzam się, że tak wtedy, jak i teraz, chrześcijanie powinni pamiętać, jak nietolerancyjni byli w Europie, gdy dysponowali siłą. Ale czy ta pamięć i skrucha ma sznurować papieżowi usta, gdy chrześcijanom dzieje się niewątpliwa krzywda? Czy ma tłumić zwyczajne wyrazy solidarności z prześladowanymi?

09:46, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 lutego 2011
O rządzeniu żądzami w „Tygodniku Powszechnym": edukatorów seksualnych pakt o nieagresji!

Księga Syracydesa 5,2
„Nie daj się uwieść żądzom i sile, by iść za zachciankami swego serca".
To Tysiąclatka, Poznańska ma: „Nie ulegaj swemu sercu i swoim oczom kierowanym złymi pożądliwościami". Wszystko jedno, byleby tylko nie uważać, że żądze muszą być seksualne. A żądza władzy? A coś, co się w ascetyce chrześcijańskiej nazywa „pożądliwością oczu", a co oznacza chyba chęć „szpanowania": ot, choćby supersamochodem.
O żądzach płciowych sporo i bardzo roztropnie w najnowszym „Tygodniku Powszechnym". Jezuita i poeta Wacław Oszajca opowiada bez wykrętów i prozą świetną, jak został księdzem i jak nim pozostał mimo żądz przeciwnych. Ale też o tym, że „niedotrzymanie ślubu czystości czy celibatu (...) nie jest sprawą błahą, ale czyż zawinione nieuctwo, egoizm, arogancja i wszystkie pozostałe grzechy główne są dla chrześcijanina mniej groźne od grzechu nieczystości? Czyż one również nie są nieczystością? Dlaczego więc wykroczenia przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu piętnujemy najmocniej, jak się da, a do pozostałych odnosimy się z większą wyrozumiałością? I nie chodzi tylko o żyjących w celibacie?"

To autor duchowny sławny, a autor świecki Artur Sporniak o wychowaniu seksualnym w ogóle pisze też bardzo mądrze. Powinienem może przytoczyć cały tekst, ale tylko głośna teza, że w tej edukacji możliwy jest kompromis (jakże rzadka to a roztropna opinia!), oraz większa połowa artykułu bardzo ważnego.

”Kościół początkowo nie należał do prekursorów wychowania seksualnego. Sytuacja zmieniła się dopiero po Soborze Watykańskim II, który w Deklaracji o wychowaniu chrześcijańskim wyraźnie zaznacza, że dzieci i młodzież winny «otrzymać pozytywne i roztropne wychowanie seksualne, dostosowane do ich wieku«. W nowszych czasach ukazały się dwa dokumenty poruszające ten problem: opracowane w 1983 r. przez Kongregację ds. Wychowania Katolickiego «Wytyczne wychowawcze w odniesieniu do ludzkiej miłości» oraz wydana w 1995 r. przez Papieską Radę ds. Rodziny «Ludzka płciowość: prawda i znaczenie». W obu podkreśla się jako fundamentalną w wychowaniu perspektywę etyczną.
Problem w tym, że nauczanie moralne Kościoła w dziedzinie seksualności poprzeczkę umieściło niebotycznie wysoko: wszelkie zachowanie seksualne inne niż otwarty na nowe życie, pełny stosunek seksualny w małżeństwie stanowi czyn «wewnętrznie zły», czyli moralnie naganny zawsze, niezależnie od intencji i okoliczności. Przy czym zakłada się, że czynienie moralnego zła jest najbardziej fundamentalnym niszczeniem własnego człowieczeństwa (dlatego np. lepiej jest zginąć, niż popełnić moralne zło).

Takie surowe podejście trudno dziś obronić, choćby dlatego, że pomija ono fakt, iż ochrona seksualności jako etycznej wartości zakłada także dbałość o jej biologiczną sprawność i zdrowie. Mogą się zatem zdarzyć sytuacje wymagające użycia narządów seksualnych poza kontekstem małżeństwa (np. przy pobieraniu spermy do badania czy przy ochronie w okresie menopauzy i andropauzy przed funkcjonalną atrofią narządów długo nieużywanych). Przyjęty i broniony przez Kościół reżim deontologiczny zdaje się niekiedy godzić w wartości, które ma chronić.

Młodzieży oczywiście nie interesują metaetyczne trudności z uzasadnieniem norm moralnych. Interesuje ją jednak, co np. usłyszy o masturbacji. A słyszy sprzeczny przekaz. Z jednej strony, że «dostarczenie sobie samemu przyjemności do czasu znalezienia odpowiedniego partnera jest idealnym rozwiązaniem, zarówno dla duszy, jak i dla ciała» (dr Andrzej Depko). Z drugiej, że «zarówno Urząd Nauczycielski Kościoła - przy niezmiennej tradycji - jak i moralne wyczucie chrześcijan bez wątpliwości stanowczo utrzymują, że masturbacja jest aktem wewnętrznie i poważnie nieuporządkowanym» (deklaracja Kongregacji Nauki Wiary „Persona humana). Ostrości tego stanowiska nie łagodzi dodawane zwykle zastrzeżenie, że w seksualnej sferze możemy mieć kłopot z pełnią wolnej woli i świadomością, a więc także z pełną odpowiedzialnością moralną.

Przeciwstawność tych ujęć wychowawcom może pomóc przekroczyć współczesna nauka. Zarówno biologia ewolucyjna, jak neurobiologia pokazują, że mechanizmy ludzkiej seksualności zostały tak ewolucyjnie ukształtowane, by najpierw i przede wszystkim zbliżały oraz wiązały ze sobą parę potencjalnych rodziców. Te same mechanizmy zatem powodują, że seksualność, nadużywana poza kontekstem więzi, być może na chwilę rozładowuje psychiczne napięcie, ale zarazem pogłębia poczucie osamotnienia i przez to wcale nie prowadzi do duchowej równowagi. Z kolei nadużywana poza kontekstem seksualnym, np. dla poprawienia sobie nastroju, jest drogą do uzależnień. Warto wobec tego z pełnym uruchamianiem seksualnych zdolności poczekać do czasu zawiązania się trwałej relacji międzyosobowej. Wówczas także niespodziewane pojawienie się dziecka nie będzie dramatycznym przeżyciem.

Taki przekaz nie powinien być kontrowersyjny ani dla młodzieży, ani dla nauczycieli.

Pewne porozumienie czy choćby «pakt o nieagresji» jest możliwy. Wszystkim stronom przecież chodzi ostatecznie o dobro dzieci i młodzieży. Podstawą takiego paktu musiałoby być założenie, że przeciwnik ideologiczny nie kieruje się złą wolą, a moja własna perspektywa, jak każda, nie jest całkowicie uniwersalna. Zatem choćbym był przekonany, że jestem najbliżej prawdy, zawsze mogę się czegoś nauczyć od osób inaczej myślących.

- To prawda, że nasz program nie jest nastawiony na zachęcanie do wstrzemięźliwości, ale też nie jest nastawiony na zachęcanie do seksu -. mówi «Tygodnikowi» szefowa Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton", Aleksandra Józefowska. - Ludzie często mylą seksualność z seksem i błędnie kojarzą edukację seksualną z nauką seksu. Tymczasem jednym z filarów edukacji seksualnej jest pogłębianie samoświadomości i nauka asertywności. Skupiamy się na pokazywaniu konsekwencji podejmowania współżycia. Zachęcamy do uważnego przyjrzenia się swoim motywacjom i do podjęcia odpowiedzialnej decyzji.

To nie jest podejście, które jako cel zakładałoby deprawowanie młodzieży, a   takie oskarżenia kierowane są wobec wolontariuszy „Pontonu" z różnych stron.

W deklaracji programowej «Porozumienia na rzecz upowszechniania edukacji seksualnej dzieci i młodzieży w polskiej szkole» znalazło się stwierdzenie, że «lepsze efekty uzyskano wtedy, gdy przekazywano młodzieży nie tylko praktyczne wiadomości na temat bezpiecznego seksu, ale i wiedzę dotyczącą postaw i norm społecznych». Nic przecież nie stoi na przeszkodzie mówić uczniom również, jakie stanowisko wobec seksualności zajmuje Kościół i jakie argumenty za swoim stanowiskiem przedstawia. Z drugiej strony, także programy edukacyjne opracowane przez Szymona Grzelaka, mimo nastawiania na promocję wstrzemięźliwości, zakładają przekazywanie młodzieży rzetelnej informacji o środkach antykoncepcyjnych.

To, co naprawdę istotne, to przemiana myślenia. Dawniej sądzono, że niewiedza chroni, a wiedza deprawuje, dziś wiemy, że jest odwrotnie: to niewiedza kończy się często krzywdą i deprawacją, a wiedza pomaga dojrzewać do odpowiedzialności. Najlepsze wyniki dydaktyczne przynosi poważne traktowanie młodzieży. Oznacza to j ukazywanie jej rzetelnej informacji, umiejętne stawianie pytań i powstrzymanie się od dawania odpowiedzi, zanim wypowiedzieć się zdołają młodzi i ludzie.”

W tymże numerze „TP" napisałem o nadwiślańskiej ekumenii, więc na koniec jednak coś o tym, że bywają grzechy gorsze niż te łóżkowe. Przynajmniej tak się kiedyś gdzie niegdzie uważało. Oto taka anegdota (prawdziwa?) historyczno-ekumeniczna.

W Hiszpanii szaleje wojna domowa, do furty klasztoru żeńskiego puka dziewczyna prosząc o azyl. Przeorysza odmawia, ale na szczęście upewniła się, czy się nie przesłyszała: - Aha, jesteś prostytutką, to w porządku, zapraszamy! Powiedziałam, że nie, bo zrozumiałam, że jesteś protestantką...

20:45, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 23 lutego 2011
Pasterze i pastuchy. Polski spór o relikwie

Wpis na wtorek 22 lutego 2011

1 List Piotra 5,1-4
1. Proszę więc starszych wśród was, jako również starszy i świadek cierpień Chrystusa, a także uczestnik chwały, która ma się objawić:
2. paście powierzone wam stado Boże, [strzegąc] bez przymusu, lecz ochotnie, po Bożemu, nie dla hańbiącego zysku, lecz z pełnym oddaniem,
3. nie panując nad tymi, którzy zostali wam powierzeni, lecz będąc przykładem dla stada.
4. A gdy objawi się Arcypasterz, otrzymacie niewiędnący wieniec chwały
.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Problematyka pasterska pojawia się dzisiaj w biblijnym przydziale, albowiem mamy dziś w Kościele rzymskokatolickim święto spore: katedry św. Piotra Apostoła. Można złośliwie zapytać (pytania są zawsze ortodoksyjne, heretyckie bywają tylko poglądy...), który papież beatyfikował czy nawet wręcz kanonizował ów budynek. Jeśli jednak adwentyści Dnia Siódmego mają w swej teologii działkę, która zwie się sanktuariologią, to może i (rzymscy) katolicy mogą też tak awansować martwą naturę... Ważny jest zresztą sam tekst biblijny, nie okazja kalendarzowa. A jest on również poważny.
Najpierw jednak parę informacji „translatologicznych”. Otóż owi starsi to presbyteroi, co znaczy po grecku starsi, ale w pierwotnym Kościele byli to nie tyle ludzie niemłodzi, ile „funkcyjni”. I nie tyle prezbiterzy w sensie dzisiejszym, gdy tak się zwą osobnicy zwani potocznie księżmi; nazywani też oficjalnie kapłanami, choć bez „pełni kapłaństwa”, którą mają tylko biskupi. Co zaś do episkopatu jednak, to trzeba wiedzieć także, że w czasach, gdy owa księga biblijna powstawała (I wiek) trójstopniowej hierarchii eklezjalnej (diakoni, prezbiterzy, biskupi) jeszcze nie było. W ogóle nie było hierarchii czyli - mówiąc brzydko - kasty kapłańskiej. Byli tylko właśnie różni funkcyjni, też już diakoni i też owi prezbiterzy, tyle że ci drudzy i biskupi byli jednym i tym samym, chociaż różnie nazywanym, czyli jakąś ówczesną władzą kościelną.

No i jestem wreszcie w sednie dzisiejszej sprawy biblijno-liturgicznej. Zacznę jednak od Władzy Najwyższej. Od Głowy Kościoła, którą jest Chrystus. Owszem, nie biskup Rzymu, choć jest tak nazywany, co słusznie gorszy ewangelików. Do średniowiecza papież nie był nawet nazywany namiestnikiem czy też zastępcą Chrystusa, ale jedynie następcą św. Piotra. Otóż w dzisiejszym tekście mowa jest o Chrystusie, albowiem Arcypasterz (w Tysiąclatce „Najwyższy Pasterz”) to nie arcybiskup, jakich sporo, ale właśnie On. On, wzór dla tych, co mają być przykładami dla stada.
Stado... Terminologia hodowlana ma swoje zalety, bo jest obrazowa, ale i wady swoje. No bo stado to w tym przypadku albo owce, czyli zwierzątka może i potulne, ale orłom niepodobne, albo też niepotulne a głupie nad wyraz barany. Dla takich podopiecznych przymus jest - wydawałoby się - niezbędny. Pasterz ma być nie tyle przewodnikiem, wskazującym i torującym drogę, ile poganiaczem z batem czy też kijem. Zresztą znawca Pisma przypomni, że Psalm 23 zawiera werset: „Twój kij i laska pasterska są mym pocieszeniem”: mowa o kiju wyraźna. Nie będę upierał się, że pasterz ówczesny zwyczajny używał owych urządzeń wyłącznie do obrony owiec przed drapieżnikami i do podpierania się na drogach nierównych. Tyle tylko, że „starsi” nie mają być pastuchami. Kościół nie może być demokracją, jeśli przez to rozumieć źródło władzy: nie jest nią lud, jeno Bóg. Nie znaczy to jednak, że sprawowanie władzy nie może być bardziej demokratyczne, czyli liczące się bardziej z wolą większości Ludu Bożego: laokratyczne, jak kto woli, od słowa laos (lud). To jest właśnie przesłanie biblijne dzisiejsze, amen!

PS 1. Co do pasterzy: moim krytykom tutejszym dedykuję następujący kalambur. Teksty Episkopatu Polski podpisywane są dzisiaj już nie: „kardynałowie, arcybiskupi i biskupi polscy”, ale krócej i biblijniej: „pasterze”. Gdyby jednak ktoś chciał być złośliwy, mógłby odwołać się do Pisma Świętego, gdzie Dziecię w Betlejem odwiedzają u Łukasza pasterze, u Mateusza mędrcy. Dwie różne grupy społeczne. No więc jak kto pasterz, to nie mędrzec...
Oby pasterze moi kościelni polscy brali przykład ze świętej pamięci pasterza Józefa Życińskiego, który błyszczał mądrością różnorodną.

PS. 2. Dyskusja o ampułce z krwią Papieża dla Roberta Kubicy trwa: był to temat wczorajszego „Lisa na żywo”. Padały tam różne poglądy, Tomasz Terlikowski niemal z płaczem bronił kultu relikwii, Tadeusz Bartoś z nieco ironicznym uśmiechem go krytykował. Padła też informacja błędna: nie jest prawdą, że „Katechizm Kościoła Katolickiego” milczy na ten temat. Poświęca mu wprawdzie tylko parę słów w rozdziale o religijności ludowej (wymienia się tam też „nawiedzanie sanktuariów, pielgrzymki, procesje, drogę krzyżową, tańce religijne, różaniec, medaliki itp.”), ale to nie milczenie. Ważne jest jednak również zdanie komentujące: „Kościół popiera formy religijności ludowej, wyrażające zmysł ewangeliczny i ludzką mądrość, wzbogacające życie chrześcijańskie, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary”. Wydaje mi się, że takiego rozświetlenia dokonał występujący również w tym programie dominikanin ks. Paweł Gużyński. Mówił mniej więcej tak, że trzeba uważać, by cześć dla konkretnej relikwii nie zaczęła nabierać cech magii i z tego punktu widzenia decyzja kardynała Dziwisza, ogłoszona w jaskrawym świetle telewizyjnym, była krokiem ryzykownym. Choć - to już moje słowa - była na pewno miłym dowodem życzliwości dla sportowca, który Papieża czci szczególnie.

Mój komentarz dalszy jest natomiast taki: cześć dla pamiątek po ludziach świętych jest wyrazem naturalnej ludzkiej potrzeby, niemniej równie naturalny jest dzisiaj opór niektórych ludzi przeciw kawałkowaniu zwłok. Główne relikwie to na przykład dla mnie raczej zapisy myśli świętego, jego rękopisy itp. Ciało zmarłego po jego śmierci to nie on sam: on jest już w innym świecie.

13:30, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
Mądrość i śmierć ze spokojem?

Księga Syracydesa 4, 11-19
”Mądrość wywyższa swych synów i ma pieczę o tych, którzy jej szukają. Kto ją miłuje, miłuje życie, a kto dla niej rano wstaje, będzie napełniony weselem. Kto ją posiądzie, odziedziczy chwałę, a gdzie ona wejdzie, tam Pan błogosławi. Którzy jej służą, oddają cześć Świętemu, a miłujących ją Pan będzie miłował. Kto jej słucha, sądzić będzie narody, a kto do niej się przykłada, mieszkać będzie spokojnie. Kto jej zaufa, ten ją odziedziczy i posiadać ją będą jego pokolenia. W początkach powiedzie go trudnymi drogami, bojaźnią i strachem go przejmie, dręczyć go będzie swoją nauką, aż nabierze zaufania do jego duszy i wypróbuje go przez swe nakazy. Następnie powróci do niego po drodze gładkiej i rozraduje go, i odkryje mu swe tajemnice. A jeśliby zszedł na bezdroża, opuści go i odda w moc jego upadku. ”

Mądrość... Takie były to czasy i miejsca, że sławiono ją jako wartość szczególną. Czyniono tak w Biblii przedchrześcijańskiej, w jednej księdze kanonicznej i dwóch niekanonicznych, czyli też w tej właśnie. Poza tym był stoicki ideał mędrca patrzącego chłodno na przeciwności losu i panującego nad swoimi żądzami. „Kupić by cię, mądrości, za drogie pieniądze..." - to już Jan Kochanowski, którego po śmierci córeczki ogarnia antystoickie zwątpienie. A Paweł z Tarsu ze swoim wyznaniem, że „ mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzącym przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej " (1 Kor 2,4-5)? Pamiętam esej Krzysztofa Michalskiego, drukowany kilka lat temu w „Arce Noego", w którym autor konfrontuje jakby pogodną, stoicką śmierć Sokratesa z rozpaczliwą Chrystusa. To „jakby” jest moje - bo czy aby na pewno mistrz Platona umierał tak spokojnie? Są na ten temat inne domysły literackie (Herbert).

12:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 lutego 2011
Misja czy musztra

Ewangelia Marka 9, 14-29
Uzdrowienie chłopca opętanego przez szczególne diabelstwo, rzucające nawet w ogień lub wodę.
Podobne stany psychiczne zdarzają się dzisiaj bardzo rzadko, niemniej młodzież wymaga od Kościoła głębokich przemyśleń. Jest to, po pierwsze, sprawa języka. W lutowo-marcowej „Więzi" Konrad Sawicki bardzo ciekawie rozmawia na ten temat z biskupem koszalińsko-kołobrzeskim Edwardem Dajczakiem. Trochę cytatów.
”Bp Dajczak: W diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, gdzie przez kilkanaście lat byłem biskupem pomocniczym, czasami w niedzielę, bez sutanny, jak zwykły parafianin, wchodziłem do nawy kościoła. Potrafiłem być na czterech Mszach świętych z rzędu, by przyjrzeć się reakcjom ludzi i samemu doświadczyć Kościoła z drugiej strony. Siadałem na przykład na Mszach porannych między dorosłymi albo na Mszach wieczornych stawałem pod chórem, gdzie gromadzą się młodzi, i obserwowałem ich zachowania. Po reakcjach starszych widać było, kiedy kazanie ich męczyło: zaczynali się wtedy wiercić i niecierpliwić. Młodzi natomiast poszturchiwali się nawzajem i szeptem pytali: - Ty, co on chce powiedzieć? albo: - O co mu chodzi? W tych pytaniach najczęściej nie było słychać złej woli ani złośliwości, był to jednak dla mnie wyraźny sygnał wskazujący, że «stary» język kaznodziejski wymaga pilnej korekty.
(...)
Sawicki: «Polski Kościół czeka wielka praca nad językiem, którym przemawiamy do wiernych» - wie Ksiądz Biskup, kto to napisał?
Bp Dajczak: Nie.
Sawicki: To fragment niedawno opublikowanego, głośnego listu ojca Ludwika Wiśniewskiego do nuncjusza abp. Migliorego. Ten cytat zgubił się w całej dyskusji, jaką list zainicjował.
Bp Dajczak: Czytałem list, ale akurat tego cytatu nie zapamiętałem.
Sawicki: Może zacytuję cały akapit, żeby było wiadomo, w jakim kontekście te słowa padają: «Przetacza się przez nasz kraj rewolucja obyczajowa [...]. Jest pytanie, jak w tej sytuacji ma się zachowywać Kościół. Łagodzić twarde zasady moralne? Oczywiście nie. Jednakże ludzie Kościoła mają obowiązek zastanowić się nad językiem, którym przemawiają i prezentują zasady moralne. Zdaje się, że my, polscy duchowni, jesteśmy ciągle na etapie sloganu religijnego. Zdaje się, że najczęściej wygłaszamy oklepane święte frazesy, których nie są w stanie słuchać młodzi i uciekają z Kościoła [...]. Polski Kościół czeka wielka praca nad językiem, którym przemawiamy do wiernych». Przywołuję ten cytat, dlatego że o. Wiśniewski formułuje istotny związek przyczynowo-skutkowy: zły język Kościoła skutkuje ucieczką młodych. Czy Ksiądz Biskup też tak to widzi?
Bp Dajczak: Tak. Język «sloganu religijnego» również dlatego jest zły, że nie liczy się z osobistym doświadczeniem wiary człowieka, do którego kierujemy przesłanie. A problem zostaje jeszcze pogłębiony przez to, że współczesny człowiek zna różnorodne teorie religijne, ale często bez najmniejszej relacji osobowej z Bogiem. Jeżeli na to nałoży się nasz religijny slogan, podany z zasady w formie moralizatorskiego «musisz» i »nie wolno ci», to człowiek nie odkryje sensu, dlaczego to musi, a tamtego akurat mu nie wolno.”
To jest sprawa języka, to jest sprawa tępego moralizowania, ale w wielu polskich diecezjach również rygorów pedagogicznie absurdalnych. Chłopak czy dziewczyna nie mogą być bierzmowani, jeśli nie będą na określonej ilości Mszy, co musi być potwierdzone pieczątką i podpisem. Pewien chłopiec naprawdę pobożny zgubił taki dokument i zupełnie nie wie, co teraz robić. Jakaś swoista musztra zamiast mądrego pogłębiania duchowego!

12:56, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 20 lutego 2011
Mordobicie i Krzyż

Ewangelia Mateusza 5, 38-39
„Słyszeliście, że powiedziano: »Oko za oko, ząb za ząb«. Ja natomiast mówię wam, abyście nie przeciwstawiali się złu. Lecz ku temu, kto uderzy cię w prawy policzek, obróć i drugi".
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Wyczytałem gdzieś, że nadstawienie drugiego (lewego) policzka było w tamtym czasie i miejscu dowodem szczególnej niekonfliktowości, ponieważ uderzenie w prawy, uskuteczniane wierzchem dłoni, uchodziło za zniewagę szczególną, domagającą się odwetu większego niż mordobicie zwyczajne.

Radykalizm ewangeliczny w praktyce jednak niepedagogiczny? Pedagogia Krzyża jest w ogóle szczególna.

00:11, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
sobota, 19 lutego 2011
Bez wiary nie można podobać się Bogu?

List do Hebrajczyków 11,6

„Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi wierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają".
Czy aby na pewno? Na pewno musimy szukać Boga w tym sensie, że nie możemy szukać tylko zaspokojenia potrzeb bożka, jakim jest własne „ja". Ale czy nie podobają się Bogu ateiści albo agnostycy w rodzaju Janusza Korczaka?

Dzisiaj trudniej uwierzyć, że On jest, z powodów przeróżnych. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Znaczne trudniej dziś znaleźć Boga w sensie przekonania o Jego istnieniu, dlatego w literaturze kościelnej tyle dobrych słów o tych, co Go szukają w sensie intelektualnym, niezależnie od wyniku owych poszukiwań. I tyle złych słów o tych, co deklarując wiarę, kryją Go własnym podłym postępowaniem moralnym albo i pyszną pewnością rzekomych posiadaczy prawdy.


Trzeba dziś słuchać Życińskiego, Tischnera, Halika, krytyków religijnego dogmatyzmu.
Chociaż też i Kołakowskiego. Cytat z książki „Jeśli Boga nie ma" (Znak 1988): „W ramach naturalistycznego ujęcia człowieka nie da się uprawomocnić jego godności. I tak powraca to samo albo-albo: nieobecność Boga, jeśli tylko konsekwentnie przy niej obstawać i wnikliwie rozpatrzyć, obraca człowieka w ruinę w tym sensie, że obrabia z sensu to wszystko, co zwykliśmy uważać za istotę człowieczeństwa: dążenie do prawdy, odróżnienie dobra od zła, roszczenie do godności i przekonanie, że tworzymy coś, co oprze się obojętnemu niszczycielstwu czasu".

Tym bardziej jednak szanuję tych, którzy nie wierząc w Sens, żyją tak, jakby On był. Nieważne, jak to nazwiemy: anonimowym chrześcijaństwem, wiarą „implicite" czy wiarą podstawową. Może to trzecie określenie - Stefana Wilkanowicza - jest najlepsze. A nie ulega kwestii (Ewangelia Mateusza 25, List Jakuba), że wiarę poznaje się po uczynkach.

09:21, jan.turnau
Link Komentarze (40) »
piątek, 18 lutego 2011
Wieża Babel i brat Abel. Dowcipy Arcybiskupa Józefa

Księga Rodzaju 11,1-9
”Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: - Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: - Chodźcie, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi. A Pan zstępując z nieba, aby zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, rzekł: - Są oni jednym ludem i mają wszyscy jedną mowę i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem na przyszłość nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego! W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi. ”

Mnogość języków nie ma związku z wysokością wieżowców i ta druga nie ma związku z moralnością. Ci, co walnęli w wysokościowce nowojorskie, nie mieli żadnego związku z Opatrznością. A przecież opowieść o wieży Babel służy nie tylko do pułapki biblistycznej: „Pan Bóg nie chciał wieży Babel, a Kaina zabił..."
Inny dowcip też biblistyczny: powiedzenie arcybiskupa Życińskiego, że nie może swego prawosławnego odpowiednika Abla nazywać bratem, bo przeszkadza w tym zasadniczo jego imię (poprawka pedancka: był jeszcze jeden brat, nie bratobójca, Set...). Do obu arcybiskupów lubelskich wrócę, ale najpierw komentarz do dzisiejszej perykopy starotestamentalnej. Owszem i mnie denerwuje eklezjalne wybrzydzanie na pyszne ludzkie przekonanie o własnej nieograniczonej mocy, robienie z Boga bożka zazdrosnego o nasze sukcesy. Niemniej sporo w tym wybrzydzaniu racji. Los nasz nie jest w naszych rękach i nigdy nie będzie. Zatem kto nim rządzi? Ślepa fortuna czy jednak Ktoś? A że pisze po liniach przeraźliwie krzywych, to już - zgadzam się - nie teoria filozoficzna, ale empiria twarda.

Wracam do arcybiskupów lubelskich. Są autorami wspólnego listu pasterskiego, fakt chyba w Polsce bez precedensu. Napisali go w październiku r. 2000, w związku z przyznaniem przez KUL doktoratu honoris causa prawosławnemu patriarsze rumuńskiemu Teoktystowi. Zdobyłem pełny tekst od arcybiskupa Abla i zamieszczam puentę. Może przykład Zmarłego skłoni jego episkopalnych konfratrów do ekumenicznego naśladownictwa.
„Po upadku Powstania Styczniowego, kiedy Polacy wyrażali swój ból w stroju oznaczającym żałobę, także niektórzy prawosławni Rosjanie mieszkający w Lublinie solidarnie nosili oznaki żałoby. W prostych znakach, wskazujących na smutek i ból, wyrażała się duchowa więź, ważniejsza od etnicznych więzów krwi czy doraźnych zasad politycznej strategii. Wierzymy głęboko, że także i obecne przeżycie wspólnoty łączącej nas wiary chrześcijańskiej znajdzie swój wyraz na poziomie codziennych zachowań, w których Ewangelia Chrystusa będzie dla nas ważniejsza od nawyków i obiegowych opinii obcych chrześcijaństwu".

PS. Jeszcze jeden dowcip Zmarłego. Napisałem we wrześniu 2010 r. w „Arce Noego" o patriarsze Bartłomieju, że on niemal równy papieżowi, ale różnica jest ogromna. Wytłumaczył mi ją - napisałem wtedy - ktoś w taki o to sposób: - Janek, spotkałem kiedyś w Białymstoku patriarchę Bartłomieja w toalecie, a spotkałbyś w takim miejscu papieża? Bałem się trochę, że ktoś może to uznać za złośliwość wobec Ojca Świętego (choć przecież w klozecie nie spotkasz żadnej głowy państwa), ale stało się raczej na odwrót. Pewna wielbicielka Patriarchy zgorszyła się moim tekstem tak, że napisała na mnie donos do abp. Zycińskiego. Gdy go spotkałem, nawybrzydzałem na nią, a on uspokajał mnie, tłumaczył ją miłością do Bartłomieja niesłychaną oraz uzupełnił w tym kontekście stary dowcip o Jasiu i katechetce. - Proszę siostry, czy księża siusiają? Zakonnica myśli, myśli i dała odpowiedź wyważoną: - Tak, ale rzadziej... No więc ówczesny komentarz Arcybiskupa: - Ta pani uważa zapewne, że patriarchowie wcale...

15:50, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 17 lutego 2011
Ekofilia cnotą dużą

Księga Rodzaju 9, 1-13
”Pobłogosławił Bóg Noego i jego synów, mówiąc do nich: - Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystkie bowiem gady i płazy, i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko. Tylko nie wolno wam jeść mięsa z krwią życia. Upomnę się o waszą krew przez wzgląd na wasze życie; upomnę się o nią u każdego zwierzęcia. Upomnę się też u człowieka o życie człowieka i u każdego o życie brata. Jeśli kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na wyobrażenie Boga. Wy zaś bądźcie płodni i mnóżcie się; zaludniajcie ziemię i miejcie władzę nad nią. Potem Bóg tak rzekł do Noego i do jego synów: - Ja, ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami; z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. Zawieram z wami przymierze tak, iż nigdy już nie zostanie zgładzona żadna istota żywa wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię. Po czym Bóg dodał: - A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i z każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy. Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między mną i ziemią".

Ileż tu myślowych inspiracji!
„ Bądźcie płodni i mnóżcie się ". Ileż było lęków przed przeludnieniem. Sam zresztą im ulegałem i dotąd nie wiem, co o tym w końcu myśleć. Może po prostu prawda jest po środku, czyli w jednych krajach ludzi jednak za dużo, ale w Europie za mało zgoła. Albo też nigdzie za dużo, trzeba tylko umieć tak gospodarować, żeby starczyło dla wszystkich: teza oficjalna katolicka. W każdym razie glob przeludniony jako całość pewnie nie jest, bo gdyby bogata Ameryka Północna z takąż Europą były mniej egoistyczne, starczyłoby chyba dla wszystkich.
I tu nieuchronnie problem regulacji poczęć: takowa musi być, przyznaje się to już raczej od prawa do lewa, tylko czy dzielić metody na „naturalne" i „sztuczne"? Od 40 lat podważam tę teorię.
„Wszelkie zwierzę niechaj się was lęka. " Stopniowo staliśmy się najpotężniejszym ssakiem na ziemi i najbardziej drapieżnym.
„ Tylko nie wolno wam jeść mięsa z krwią życia. " Wygląda to na jakiś zabobon, ale sens jest taki, że panem życia jest Bóg, a siedliskiem życia jest krew. Przełóżmy to na język laicki i otrzymamy coś w rodzaju buddyjskiego współczucia dla każdej istoty żywej. Oczywiście tu symbolicznego, ale to już coś.
„ Łuk mój kładę na obłoki " - przypomina się Benedykt XVI w Auschwitz, ale warto pomyśleć nad całym dzisiejszym tekstem, brzmiącym tak „ekofilijnie". Nasi bracia już teraz są o tyle słabsi, wymagający naprawdę naszej opieki...

15:12, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
środa, 16 lutego 2011
Potopy i Pan Bóg

Księga Rodzaju 8,6-13.20-22
”Po czterdziestu dniach Noe, otworzywszy okno arki, które przedtem uczynił, wypuścił kruka: ale ten wylatywał i zaraz wracał, dopóki nie wyschła woda na ziemi. Potem wypuścił z arki gołębicę, aby się przekonać, czy ustąpiły wody z powierzchni ziemi. Gołębica, nie znalazłszy miejsca, gdzie by mogła usiąść, wróciła do arki, bo jeszcze była woda na całej powierzchni ziemi; Noe, wyciągnąwszy rękę, schwytał ją i zabrał do arki. Przeczekawszy zaś jeszcze siedem dni, znów wypuścił z arki gołębicę i ta wróciła do niego pod wieczór, niosąc w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego. Poznał więc Noe, że woda na ziemi opadła. I czekał jeszcze siedem dni, po czym wypuścił znów gołębicę, ale ona już nie powróciła do niego. W sześćset pierwszym roku, w miesiącu pierwszym, w pierwszym dniu miesiąca wody obeschły na ziemi i Noe, zdjąwszy dach arki, zobaczył, że powierzchnia ziemi jest już prawie sucha. Noe zbudował ołtarz dla Pana i wziąwszy ze wszystkich zwierząt czystych i z ptaków czystych złożył je w ofierze całopalnej na tym ołtarzu. Gdy Pan poczuł miła woń, rzekł do siebie: - Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem: będą one zatem istniały, jak długo trwać będzie ziemia, siew i żniwo, mróz i upał, lato i zima, dzień i noc”.

Może i trudno się dziwić obrazom Boga z siwą brodą: przecież w Biblii bywa on taki „człekokształtny” (po cóż mówić po grecku „antropomorficzny”?). Wczoraj żałował, że stworzył ludzi, dziś rozczula się i obiecuje poprawę...
Można by dalej żartować sobie z tekstu, w którym Bóg daje się udobruchać czując zapach palonych zwierzaków, śmiech to zdrowie, owszem. Ale popatrzmy na tekst jak na prastary zabytek. Niech nas nastroi trochę poważniej patos patyny i podziwiajmy piękno tego arcyantyku, opowieści o tym szczególnym ocaleniu żeglarzy na oceanie.
Nie, nie wcisnę tu jednak żadnego apologetycznego kitu: ja też zapytam, czy Bóg dotrzymał słowa. Bo przecież potopy były i potem, są i będą dalej. Dotykamy tu nieśmiertelnego problemu zwanego fachowo teodyceą: skąd zło? Też to przecież niezawinione wcale przez człowieka: bezmierne cierpienie całego stworzenia dręczonego przez bezlitosną Naturę. Gdzie jest w tym wszystkim Pan Bóg?

W każdym razie zwracam uwagę na dający do myślenia powód, dla którego też Bóg obiecał, że nie będzie więcej ”potopił”: bo człowiek jest jakoś zdeterminowany od urodzenia. Czyli grzech pierworodny, ta wrodzona skaza na charakterze nie liczy się tak moralnie, jak tak zwane grzechy uczynkowe. Bo i pewnie, to przecież nie nasza wina, że tacy przychodzimy na świat. I kretyński był pomysł bodaj Augustyna, teraz na szczęście zakwestionowany odgórnie, że dzieci nieochrzczone nie idą do nieba, tylko do jakiejś otchłani, przedpokoju Bożego szczęścia.
PS. Odpowiadam na pytanie w poście potężnie podejrzliwym: jeżeli pliki rzeczywiście giną, w co wątpię, to nie moja to wina. Ten blog jest administracyjnie, technicznie dziełem Agory, jam jeno autor. A cenzury nie ma na pewno: gdyby była, nie wymyślano by mi tutaj od arcykapłanów...

15:06, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 lutego 2011
Tsunami globalne i skromny morał mój

Księga Rodzaju 6, 5-8; 7,1-5.1
”Kiedy Pan Bóg widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się. Wreszcie Pan rzekł: - Zgładzę ludzi, których stworzyłem, z powierzchni ziemi: ludzi, zwierzęta, gady i płazy, i ptaki powietrzne, bo żal mi, że ich stworzyłem. Tylko Noe znalazł upodobanie w oczach Boga. A potem Pan rzekł do Noego: - Wejdź wraz z całą twą rodziną do arki, bo przekonałem się, że tylko ty jesteś wobec mnie prawy wśród tego pokolenia. Z wszelkich zwierząt czystych weź z sobą siedem samców i siedem samic, ze zwierząt zaś nieczystych po jednej parze; samca i samicę; również i z ptactwa po siedem samców i po siedem samic, aby w ten sposób zachować ich potomstwo dla całej ziemi. Bo za siedem dni spuszczę na ziemię deszcz, który będzie padał czterdzieści dni i czterdzieści nocy, aby wyniszczyć wszystko, co istnieje na powierzchni ziemi, cokolwiek stworzyłem. I spełnił Noe wszystko tak, jak mu Pan polecił. A gdy upłynęło siedem dni, wody potopu spadły na ziemię.”

Opowieść bliska mi ogromnie, bo przecież moja „kolumna" w „Gazecie Wyborczej" nazywa się „Arka Noego". Pomysł nazewniczy zresztą nie mój (Piotra Pacewicza) i niezbyt oryginalny: nazywa się tak dziecięcy zespół muzyczny, też - chyba już zawieszona - audycja zoologiczna w którejś rozgłośni, pewnie jeszcze niejedno. No cóż, Biblia w tym sensie zbłądziła pod strzechy, to fakt. Ale że z jej obecnością pod dachami różnych domów dzisiejszych jest gorzej, że dla wielu ludzi naszych czasów „Arka Noego" nie kojarzy się już z globalnym tsunami - to też prawda, niekoniecznie święta.
A może sama ta opowieść nie jest święta, bo wydaje się mało budująca? Bóg wypada w niej nie najlepiej. Zmieniły się nam pojęcia etyczne: jeżeli On istnieje, to nie może być takim okrutnikiem - myślimy sobie, a autorytety kościelne mają podobne inklinacje teologiczne. Jeszcze czasem któryś biskup nazwie tragedię Haiti czy jakąś inną karą Bożą, ale zaczyna na szczęście dominować duch encykliki „Dives in misericordia" - „Bogaty w miłosierdzie".

Zresztą, jeżeli jakaś kara okazała się skuteczna pedagogicznie, to chyba nie tamta superpowódź. Wydaje mi się, co prawda, że jednak jest jakiś postęp moralny wśród naszego gatunku, ale czy to skutek takich kosmicznych straszności?
Zatem bajeczka dla (nie)grzecznych dzieci? Oj, nie. Wiele różnych takich katastrof jest „naturalnych", ale sporo innych powodujemy własną głupotą. A głupota nie zawsze bywa bezgrzeszna. Czasem trzeba myśleć, nie ma rady. Inaczej karzemy się osobiście.
Na koniec jednak, dla porządku, pytanie, czy ów biblijny potop wraz ze zbudowanym statkiem ocalenia wydarzył się naprawdę. Pewnie inspiracją dla tej opowieści była jakaś powódź potężna (są tego ślady w innych dziełach starożytnych), ale tu fundamentalizm biblijny, dosłowne rozumienie tekstu zawodzi. Szczegóły, na przykład zoologiczne, są przecież dziwnie mało prawdopodobne historycznie.
Tej arki pewnie nie było, inna biblijna jednak istniała faktycznie (skrzynia z tablicami Prawa) i trochę dziwne, że zaginęła może bezpowrotnie. Kto wie, czy w czasie zdobycia Jerozolimy nie została wywieziona, ale wręcz zniszczona. A o jej faktycznym istnieniu świadczy dokładny jej opis w Księdze Wyjścia 25, 16, tak dokładny, że na jego podstawie pewien architekt stwierdził, że tylko te wymiary zapewniały stabilność urządzenia.

Jutro opowieści i komentarza ciąg dalszy.

17:45, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Cyryl i jego Metody. Niebo i ziemia, czyli Wszystko

Ewangelia Łukasza 10,3
„Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki.”
Jeden werset z dziewięciu, więc wątpię, żeby akurat ten był w świadomości watykańskiego biblisty szczególnie przydatny do refleksji nad dniem dzisiejszym, ale może jednak. Albowiem pasuje do dzisiejszych świętych jak ulał: do patronów Europy wschodniej Cyryla i Metodego. I oczywiste jest, że żywot mieli niełatwy z powodu wilków wewnątrzkościelnych. Nie wiem, ile w tym było zawiści biskupów niemieckich, którym akcja cerkiewnosłowiańska wydawała się zwykłą konkurencją, a ile rzeczywistego przekonania, że języki liturgiczne mają prawo być tylko trzy i nie więcej. Pretekstem był chyba raczej napis na krzyżu hebrajski, grecki i łaciński: chodziło faktycznie o to, że ów czwarty język należał do innej kultury, co więcej, tej jakiejś „minorum gentium”, ludzi przecież niepiśmiennych, barbarzyńców oczywistych.
Dziś chrześcijaństwo rozumie, że Murzyn ma święte prawo modlić się w swoim narzeczu, wciąż jednak brak odwagi, by inkulturować się skutecznie w świat zlaicyzowanej Europy. Tu trzeba przynajmniej odwagi Cyryla i Metodego, jeśli nie Pawła z Tarsu z całym jego pierwotnym Kościołem. Trzeba nowego języka nie w sensie lingwistycznym, bo to już dla nas fraszka, ale w ogóle mentalnym. W tym stanie rzeczy bój przeciw prezerwatywie, antykoncepcji w ogóle, to jakieś „kontrproduktywne” szaleństwo. Kontrewangelizacyjne po prostu.

A na tych, co tak myślą, patrzy się wilkiem. To ból mój też własny, ale innym reformatorom dużo gorzej.
Lektury: numer 17 „Biblii krok po kroku”. Ma za główny temat wieżę Babel oraz Sodomę i Gomorę, ale jest tam i coś w związku z pierwszymi rozdziałami Biblii, które teraz studiujemy. Zeszyt został zakończony takim krótkim tekstem dr Marcina Majewskiego, wykładowcy Pisma Świętego i języka hebrajskiego na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie:
”«Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię». Umieszczając to zdanie na samym początku Księgi Rodzaju autor biblijny wyraźnie polemizuje z mitami kosmogonicznymi starożytnego Bliskiego Wschodu. Według nich świat powstał w wyniku walki bogów (np. Marduka z Tiamat w Babilonii) i jest efektem ubocznym ich zmagań o władzę. Tymczasem Bóg Biblii jest Bogiem Jedynym. On wszechmocnym aktem woli stwarza wszechświat. Jest Stwórcą nieba i ziemi, czyli całego istniejącego świata.

Para wyrazów «niebo i ziemia» oznacza w jeżyku biblijnym «wszystko», czyli cały istniejący świat, «byty widzialne i niewidzialne», jak czytamy w Credo. Jest to typowo semicki sposób wyrażania się, częsta figura retoryczna w Biblii, zwana meryzmem. Polega ona na wskazaniu dwóch skrajnych punktów zbioru, aby wyrazić jego całość. Na przykład wyrażenia: «pomrą od syna faraona do syna niewolnicy» (Wj 11,5), «synowie i córki oraz starcy i dzieci» (Jl 3,1n) to meryzmy, wskazujące na wszystkich ludzi. Obydwa wyrazy („niebo i ziemia") występują od razu z rodzajnikami określonymi, co nie jest zwyczajnym użyciem rodzajnika w języku hebrajskim. Gdy mówimy o jakiejś rzeczy po raz pierwszy, najczęściej występuje ona bez rodzajnika, a dopiero wtedy, gdy chodzi o rzecz już znaną, wprowadza się rodzajnik. Wyrazy „niebo" i „ziemia" występujące z rodzajnikiem już w pierwszym wersecie Biblii wskazują na to, że jest to streszczenie dzieła, a nie pierwsze zdanie w opisie stwarzania. Jest to tytuł dla całego poematu stwórczego z Księgi Rodzaju (Rdz 1). Niebo i ziemia nie są pierwszymi bytami stworzonymi, gdyż zostały stworzone dopiero w drugim i trzecim dniu (Rdz l, 6-10). Pierwsze zdanie Biblii jest zatem podsumowaniem i syntetycznym ujęciem całego opowiadania o stworzeniu świata, dlatego pojawia się tu określony rodzajnikami meryzm.

Meryzm pierwszego wersetu Biblii został wykorzystany przez Pana Jezusa, gdy mówił o zasięgu i charakterze swojej boskiej władzy: ”Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi”. Podobnie meryzmu tego używa Credo Kościoła: «Wierzę w...Stworzyciela nieba i ziemi». Pierwsze zdanie Biblii jest fundamentem dziejów Zbawienia, prawdą tak istotną, że weszła do chrześcijańskiego wyznania wiary jako jego pierwsze sformułowanie.”

15:51, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
niedziela, 13 lutego 2011
„Rozwodnicy”

Ewangelia Mateusza 5,32
„Każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo, a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa”.
Mamy tu słowa o „wypadku nierządu”, o których pisałem wielokrotnie, że są różnie interpretowane przez prawosławie i katolicyzm. Jako powód do rozwodu - bo mowa jest o zdradzie małżeńskiej - w chrześcijaństwie wschodnim, i w Kościele katolickim jako tylko aluzja do małżeństw z punktu widzenia Prawa nielegalnych, będących „nierządem”, nie małżeństwem, więc to w ogóle inna sprawa, rozwód wykluczony.

Zastanowiło mnie jednak dopiero teraz, czemu cudzołóstwem nazywa się tutaj ożenek z oddaloną przez męża. Cóż ona oddaleniu winna, a niedola jej, szczególnie w społeczeństwie tradycyjnym, ogromna? Łukasz (16,18) ma też taki surowy osąd (choć bez tego„nierządu”), Marek natomiast powiada bardziej zrozumiale: „Kto oddaliłby swoją żonę i poślubił inną, cudzołoży wobec niej, i jeśli ona odejdzie od swego męża i poślubi innego, cudzołoży” (10,11-12). Tu sprawa wygląda inaczej, bo decyzja odejścia należy do kobiety. Muszę to przemyśleć, ”przeczytać”.

11:08, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
sobota, 12 lutego 2011
Wąż, ona i on: ciąg dalszy. Komentarz księdza Halika

Księga Rodzaju 3,9-24
Nie przepiszę tym razem tutaj dzisiejszego przydziału biblijnego: proszę zajrzeć do swego egzemplarza. A zamiast komentarza taki dowcip opowiedziany przez Tomasza Halika na spotkaniu w „GW”.
Pan Bóg pyta kogoś z Kościoła o to, co dziwnego zobaczył w TV. Najpierw, czemu kobiety tak się męczą rodząc dzieci: - Panie Boże, sam napisałeś w Księdze Rodzaju, że tak ma być. Na co Bóg: - Ależ ja tego nie rozumiałem dosłownie. I znowu obraz telewizyjny, i znowu pytanie: - Czemu ten rolnik wietnamski tak się męczy orząc ? - Panie Boże, ależ to też jest zadekretowane przez Ciebie w tejże księdze! Stwórca jednak tak polubił szklany ekran, że pyta trzeci raz: - A co to takiego dziwnego w Rzymie: jakieś superauta z facetami w purpurowych strojach? - To są właśnie ci ludzie, którzy Twoje słowa rozumieją dosłownie...

A swoją drogą jakże jakoś feministyczne są słowa Biblii na dzisiaj: „Ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”.
Czyli owo panowanie to nie coś „zgodnego z naturą”, tylko kara za grzech. Problem jeno, czy zasłużona.

16:00, jan.turnau
Link Komentarze (25) »
piątek, 11 lutego 2011
Wąż, ona i on. Książka dla każdego do dialogu chętnego. Arcybiskup Józef niebywały

Księga Rodzaju 3,1-8
„Wąż był najbardziej przebiegły ze wszystkich zwierząt polnych, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: - Czy to prawda, że Bóg powiedział: «Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu»?”. Niewiasta odpowiedziała wężowi: -Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: «Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli»”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: - Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy, i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią; a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu”.

Gdyby on i ona byli Chińczykami, zjedliby gada zamiast mu ulec. A podobno „wężyzna” jest bardzo smaczna, coś trochę jakby kurczak...
Utożsamienie węża z szatanem to pomysł raczej chrześcijański, sprawa nie jest prosta. Trzeba w ogóle wiedzieć coś dla nas dziwnego, że judaizm nie wierzy w istnienie szatana, w każdym razie nie całkiem tak, jak chrześcijanin.
Ukazała się właśnie bezcenna książka Beaty Deskur i Tomasza Królaka „Drogi do Boga. Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie o sobie”. Rzecz przebogata informacyjnie, bo w formie wywiadów z 30 przedstawicielami tych trzech religii. Czytamy w niej o Bogu i człowieku, świętach i modlitwie, kobiecie i mężczyźnie, rodzinie i małżeństwie, seksie, bioetyce, złu i śmierci, a także o tym, co te trzy religie sądzą o sobie nawzajem (Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2011). A o diable naczelny rabin Krakowa Boaz Pash powiada tak: „Szatan nie istnieje. To legenda. Co prawda, jeśli przypomnimy sobie historię Hioba i inne przypowieści biblijne, tam rzeczywiście występuje szatan. W judaizmie szatan ma trzy imiona: szatan, je ce hara (zła inklinacja, zła wola) lub anioł śmierci. Zgodnie z nimi pojęcie szatana funkcjonuje w judaizmie na trzech poziomach: jako ten, który pcha człowieka do złego, jako ten, który go karze, i potem jako anioł śmierci, który zabija. W judaizmie szatan, gehenna czy też złe moce - to są tylko pojęcia, za którymi nie kryją się realne, odrębne siły. To jest coś, co zostało stworzone razem z dobrem. Dlatego mówimy, że jeżeli nie byłoby zła, człowiek nie wiedziałby, co to jest dobro”.

Może to jest cenne wsparcie dla „satanologii” chrześcijańskiej, ten jakby naiwny optymizm, skrajne przeciwieństwo dualizmu manichejskiego.
A z „Encyklopedii biblijnej” podaję, że w świecie starożytnym wąż był postacią ambiwalentną: kojarzono go różnie, wieloznacznie. Zawsze jako zwierzę ważne, ale ze znakiem ujemnym, jak w Księdze Rodzaju, albo czasem dodatnim: grecki bóg leczący Asklepios. Jeszcze w Księdze Hioba występuje jako stwór nieżyczliwy człowiekowi, niemniej jednak Boży doradca. To właśnie coś jak w tych „Drogach do Boga”.
Arcybiskup Życiński nie żyje. Śmierć równie niespodziewana, jak dla mej polskiej wspólnoty kościelnej fatalna. Powiedziałbym, gdyby nie zabrzmiało to niegrzecznie, że był wśród biskupów polskich po śmierci Papieża jedynym intelektualistą. Specjalistą nie tylko od spraw kościelnych, także od „światowych”, od kultury. Był też w tym gronie chyba jedynym zasługującym na miano pisarza: eseisty z własnym, charakterystycznym, przechodzącym chwilami w manierę stylem pisarskim. No i był jednym z najodważniejszych, najwyraźniej odcinającym się od radiomaryjnej ideologii. Będzie to dla nowego nuncjusza egzamin: czy wybierze godnego następcę. A takich księży sporo, choć dotąd nie sfioletowanych, spoza episkopalnego establishementu.

Oto trochę wybranych myśli rozpoczynających książkę ”Elementarz księdza Życińskiego dla biskupa i świeckiego”, dzieło Tomasza Kunza (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002).

”Doświadczenie wątpliwości i rozterek oceniamy zwykle negatywnie, uważając je przede wszystkim za składnik naszych wewnętrznych niepokojów. Tymczasem w rozwoju ludzkiej myśli wielkie odkrycia dokonywały się właśnie dzięki twórczemu niepokojowi i wątpliwościom podporządkowanym krytycznej refleksji. W dziedzinie religijnych poszukiwań połączenie pytań niesionych przez wątpienie z racjonalną, krytyczną refleksją niesie również szansę pogłębienia wiary i odejścia od stereotypów sprzyjających bezmyślności.
*
Dogmatyzm, w jakiejkolwiek występowałby formie, prowadzi zawsze do uproszczeń i zniekształceń prawdy. Dlatego też wątpliwości w wierze nie są najgorszym zagrożeniem dla życia religijnego. W połączeniu z refleksją i wysiłkiem poszukiwań prowadzą one do oczyszczonej wiary, bardziej subtelnej, rozróżniającej, głębszej. Znacznie bardziej niebezpieczny od wątpliwości jest syty dogmatyzm zadowolonych z siebie osobników, którzy wiedzą wszystko najlepiej.
*
Ostre linie demarkacyjne przeciwstawiające postawę wiary i niewiary nie uwzględniają całej złożoności ludzkich niepokojów i wahań, poszukiwań i zwątpień. [...] Oczekiwanie, iż wszystko staje się automatycznie proste po czyimś zdeklarowaniu wiary lub niewiary, ma niewielki wskaźnik potwierdzeń w realnym życiu.
*
Bardzo często wątpliwości w wierze mogą pojawiać się jako reakcja na stwierdzenie wielości stanowisk i ocen dotyczących kwestii religijnych. Sam fakt występowania alternatywnych ujęć prowadzi już do niepokoju, czy ujęcie akceptowane przez nas jest obiektywnie najlepiej uzasadnione. Kiedy niepokój pogłębia się, przychodzą surrealistyczne przypuszczenia, iż gdyby nasze stanowisko było rzeczywiście uzasadnione, wówczas uznawano by je powszechnie. Brak jedności poglądów staje się wtedy dodatkowym czynnikiem potęgującym wątpienie. Należy zauważyć, iż w żadnej z dziedzin ludzkiej refleksji nie występuje całkowita jedność poglądów. [...] Zamiast tęsknić za zuniformizowaną, przyjętą powszechnie prawdą, musimy więc podejmować indywidualny trud osobistego poszukiwania prawdy w gąszczu sprzecznych teorii i krańcowo różnych ocen.
*
...na krętych ścieżkach naszego poszukiwania prawdy nie będzie ruchu jednokierunkowego. Dramat ludzkich poszukiwań i niepewności stanowi udział nas wszystkich i wszyscy wzajemnie mamy respektować odmienność uczciwych i szczerych prób dotarcia do domu Ojca.
*
...nasze wątpliwości religijne stwarzają szansę osobistych przemyśleń prowadzących do pogłębionej wiary wolnej od nawyków i rutyny. Jej istotnych cech nie należy upatrywać w niezmąconym spokoju wnętrza czy w samozadowoleniu z uznanych wcześniej twierdzeń. Znacznie bardziej doniosłą cechą spojrzenia wiary jest odsłonięcie nowej perspektywy zdarzeń ukazujących dodatkowy wymiar naszych wartościowań i doświadczeń.
*
...trzeba nam połączyć pełną prawdę o człowieku, jego rozdarciu, niespełnieniu i tęsknocie, z wiarą w to, że nasza egzystencja jest czymś więcej niż katalogowaniem kolejnych rozczarowań. Tej ostatniej wiary nie sposób sobie narzucić jednorazowym aktem woli. Może jednak stać się ona naszym udziałem, gdy w refleksji nad życiem poświęcimy więcej uwagi zagubionemu wymiarowi głębi.
*
Aby [...] przeżyć zdumienie światem, trzeba przekroczyć zaczarowany krąg wstępnych pytań. Trzeba z niepewnością i krytycyzmem przyjąć określone założenia i podjąć ryzyko konsekwentnego wcielania ich w życie. Bez tego kroku nie można doświadczyć zadziwienia światem, gdyż miejsce zadziwienia zajmuje neurotyczna recytacja tych samych pytań.
*
Istnieje pewien typ programowego sceptycyzmu, wobec którego blakną takie wartości, jak prawda, przyjaźń czy nawet zbawienie. Odróżnia on teatralną pozę od ludzkiego doświadczenia dramatu życia.
*
Człowiek nie jest istotą tragiczną, którą ewolucja zaopatrzyła w poetycką wrażliwość w celu boleśniejszego przeżywania dramatu Ikarów i Syzyfów. Może on być istotą odkrywającą sens, jeśli tylko zechce na ścieżkach intelektualnych poszukiwań cenić wyżej harmonię prawdy i łaski niż atrakcyjne schematy wyzwolenia przewidziane na najnowszy sezon. W tym poszukiwaniu sensu na ścieżkach naznaczonych przez piękno i ból nie ma goryczy ostatecznej przegranej, jeśli ludzki czas staje się formą otwarcia na wieczność kochającego Boga.
*
W naszym poszukiwaniu sensu w codziennych zmaganiach z życiem przeżywanym refleksyjnie pozornie błahe sprawy mogą okazać się nośnikiem wielkich treści. Czasem jeden gest, jedna decyzja, rzecz pozornie drobna [...] może ukazać cale życie w zupełnie nowej perspektywie. Nasze drobne codzienne gesty, nasze wzajemne spotkania, więź modlitwy, umiejętność dzielenia trosk — mogą tworzyć klimat w dużym stopniu zależny od każdego z nas. Od nas zależy, czy stworzy się w naszym środowisku atmosfera ogólnego zniechęcenia, gdzie każdy do każdego ma o coś pretensje i celebruje swoje odciski, czy też przełamie się wcześniejsze uprzedzenia, wyjdzie z apatii, stworzy atmosferę zaufania, optymizmu, nadziei. ”

Niech słowo „nadzieja” dobrze zakończy to moje epitafium. Może Arcybiskup zostawił ślad nie do zatarcia. Oby.

16:33, jan.turnau
Link Komentarze (67) »
czwartek, 10 lutego 2011
Opuść rodziców - Biblia ci każe!

Księga Rodzaju 2, 18-25
„Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc. Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta ziemne i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę «istota żywa». I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny. Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: - Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem. Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali nawzajem wstydu. ”

Problem translatorski dziwny: przekład Tysiąclatki różni się tu od wszystkich mi dostępnych, a jest ich sporo (łącznie z francuską Biblią Jerozolimską i dwoma żydowskimi tłumaczeniami na język polski). Wydaje się poza tym niezbyt logiczny. Bo czytamy powyżej: „ Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę «istota żywa». I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu... " Zatem dwie nazwy: jedna ogólna, druga konkretna? Poznanianka na przykład ma: „ A każde stworzenie żywe miało nosić takie imię, jakie mu nada człowiek. Nadał więc człowiek imiona wszystkim zwierzętom domowym... "
Biblia tysiąca błędów, jak się wyzłośliwiał ks. Eugeniusz Dąbrowski? Na starość zrobiłem się mniej pochopny w sądach: powinienem zapytać samego tłumacza. Niestety nie żyje: był to ks. Czesław Jakubiec. Natomiast w wydaniu Tysiąclatki z 1980 r. znalazłem wyjaśniający sprawę przypis: „Inny możliwy przekład: „Każda istota żywa winna nosić imię nadane jej przez Adama". Może uwzględniono wersję ks. Jakubca przez szacunek dla uczonego jak na polską biblistykę katolicką wybitnego (autora dość w tym środowisku pionierskiej pracy „Biblia i Ewangelia").
Filologii dość, teraz teologii co niego. No więc mamy dzisiaj swoisty fundament feminizmu. Jak na patriarchalizm tam i wtedy, to dużo: ta identyczność kości i ciała. Ale znalazłem też myśl bezcenną familiologicznie: „ Dlatego to mąż opuszcza ojca swego i matkę swoją ". Niech opuści naprawdę, niech poszukają własnego mieszkania za wszelką cenę. Niech nie ryzykują mając nadzieję, że jednak im właśnie się uda, choć nie udawało się tylu małżeństwom przedtem. Choćby teściowa była prawie święta, synowa również, konfrontacja tych dwóch kobiet to za dużo jak na jednego młodego człowieka. Wiem, co piszę, nie tylko z książek. I psychologizuję dalej: bohaterka tytułowa Księgi Rut była idealna dla swojej teściowej, bo nie było męża i syna, o którego serce i umysł mogłyby ze sobą walczyć.

PS. Wracam do tego tłumaczenia ks. Jakubca: tłumaczyłoby się ono być może, gdyby nazwa „ istota żywa” służyła odróżnieniu zwierząt od natury martwej?
I na koniec wpisu przytaknięcie komentatorowi, który zauważył sprzeczność między monogenizmem biblijnym a poligenizmem czy raczej monofiletyzmem nauki: no cóż - grzech opanował w jakiś sposób jakąś większą populację. Obraz biblijny to pewnie midrasz, swoista beletrystyka, ale jego teza teologiczna sprawdzalna jest gołym okiem.

13:30, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
Wolny jak człowiek, czyli o ś-wiadomości złego i dobrego. Ciapek

Wpis na środę 9 lutego
Księga Rodzaju 2, 4b - 9.15-17
”W dniu, w którym Pan Bóg stworzył ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła, bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby. Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła. Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: - Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz".

Kapitalna to opowieść. Zwracam uwagę na zrównanie dzieła Natury, a więc Boga właściwie, z działalnością człowieka: deszczu naturalnego ze sztucznym. To przecież przesłanie, że Naturę, czyli Boga, wspomagać trzeba - i jest to cnota, nie grzech. No i opowieść fundamentalna o dwóch drzewach.
Problem mniejszy z pierwszym: jak wynika z tejże księgi 3, 22, owoce owej rośliny miały dawać nieśmiertelność, utraconą potem wskutek grzechu pierworodnego. Co jednak zrobić z ową „wiadomością złego i dobrego", jak zostało mi w uszach po katechezie rodzicielskiej, albo właśnie „poznania dobra i zła"? W komentowaniu tego archetypu biblijnego kładłbym nacisk nie tyle tradycyjnie na aspekt czysto moralny kwestii (nieposłuszeństwo, pycha, chęć własnego decydowania o moralności), ile antropologiczny: przecież rodzaj ludzki różni się tym od pozostałych, że ma świadomość dobra i zła. Ś-wiadomość: małpy zabijają, a jakże, choć nie należą do mięsożernych, kot bawi się myszą, choć bez tego nie umrze z głodu, ale one nie grzeszą: nie wiedzą, że tak nie trzeba robić. Człowiek posiadł tę jedyną w swoim rodzaju (ludzkim) wiedzę, że są pewne bariery, których przekraczać nie należy. Nie żadne mury, nie płoty, nie żywopłoty nawet: zrobię hyc i nic. A przecież coś - i to nawet nieraz bardzo wiele. Goryl nie jest wolny, nie tylko w tym sensie, że zamknięty w ZOO: on nie wie, że odgryzienie palca troskliwemu opiekunowi, bo tak mu się nagle zachciało, to moralne świństwo.Wiedza przepotężna. Dzięki niej mamy zbrodniarzy i świętych. Dzięki niej mieliśmy Auschwitz i ojca Maksymiliana w nim. Ali Agcę i Jana Pawła II, Mao Tse Tunga i Dalajlamę...
Jest, owszem, zagadka delfinów. Skąd u nich ta miłość szczególna do naszego gatunku? Skąd zresztą również psia wierność nadludzka? No cóż, żadna reguła ani teoria nie jest krystalicznie prawdziwa. Mimo wszystko homo solum sapiens est. Choć z tą mądrością robi, co mu się żywnie podoba.

PS. Co zaś do psów, opowieści nie z tej zwierzęcej ziemi legion, każdy ma swoją, a moja jest taka. Przybłąkał się do nas jeszcze w Cieplicach mały, rudy, brzydki bardzo, chudy jeszcze bardziej psiak. Było tak, że ślicznego białego Mikusia karmiliśmy na werandzie kawą zbożową z mlekiem, bo chlapał na około pijąc. Dołączył do niego wnet przybłęda: skradał się i podkradał tamtemu wikt. Szybko podwoiliśmy porcję, z czasem oswoiliśmy tego drugiego i nazwaliśmy Ciapkiem. Po przeniesieniu się do Sobieszowa wnet stał się naszym psem jedynym, bo Mikuś gdzieś się podział, ktoś go ukradł, albo i sam zmienił właściciela, bo wolał mieć monopol. Otóż mój ojciec nie lubił psów, matka kochała strasznie, Ciapka również. On świetnie wiedział o tej różnicy emocji, choć ojciec nie uderzył go nigdy. Czuł obojętność, ale reagował nadmiarem uczuć. Siadał na balkonie, gdzie miał miskę z takąż kawą, i nerwowo wypatrywał powrotu ojca z pracy, by zobaczywszy podnosić zaraz oszalały jazgot i dopiero wtedy wypijać swój konsumpcyjny przydział.

13:09, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 08 lutego 2011
Największy cud Boski: ewolucja!

Księga Rodzaju 1,20-2,4a
”Po stworzeniu światła Bóg rzekł: - Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba. Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: - Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień piąty. Potem Bóg rzekł: - Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, gady i płazy, i dzikie zwierzęta według ich rodzajów. I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich gadów i płazów. I widział Bóg, że były dobre. Wreszcie Bóg rzekł: - Uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim gadem i płazem. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: - Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad każdym gadem i płazem. I rzekł Bóg: - Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się rusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona. I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień szósty. W ten sposób zostały ukończone niebo i ziemia oraz wszystkie zastępy stworzeń. A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał stwarzając. Oto są dzieje początków po stworzeniu nieba i ziemi.”

No to co: kreacjonizm czy ewolucjonizm? Zależy, co się rozumie przez oba te „izmy". Jeżeli stworzenie świata przez Boga przeciwstawia się naukowej teorii ewolucji albo na odwrót, to powyższe pytanie ma sens. Jeżeli natomiast rozróżnia się dwa zgoła różne problemy: filozoficzno-religijny i paleontologiczny, to wtedy nie ma „czy", jest „i".

Był sobie sto lat temu taki genialny paleontolog i mistyk-wizjoner w jednej jezuickiej osobie, który nazywał się Pierre Teilhard de Chardin. Otóż wymyślił on teorię supersyntetyczną, że Pan Bóg nie był taki niemądry, żeby stwarzać Wszechświat po kawałku. On stworzył Kosmos nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie ruchomy! Rozwijający się stopniowo aż do zaistnienia homo sapiens. Ba, na tym nie koniec! Kresem, końcem, a raczej uwieńczeniem dzieła stworzenia jest według owego Piotra Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek.

Wizjonerzy nie są lubiani. Teilhard ze swymi dziełami na indeksie zmarł w 1955 roku, gdy trwało jeszcze polowanie na teologicznych czarowników. Nie doczekał rewolucji eklezjalnej, która zaczęła się trzy lata później dzięki papieżowi Janowi XXIII, i która w końcu dała czarownikowi francuskiemu satysfakcję w którejś z wypowiedzi Benedykta XVI. Przedtem zresztą miał przeciwników z różnych stron: pamiętam z mojego redagowania „Więzi" dwa stanowiska na temat Teilharda: skądinąd otwartego filozofa ścisłego bardzo, który określił tamtą wizję jako gnozę, ale również zachwyt nad genialnym wizjonerem świętej pamięci Andrzeja Krasińskiego: wielka szkoda, że nie dożył on dni naszych.

20:18, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
Czy wszechświat jest na pewno dobry?

Księga Rodzaju 1,1-19
„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: - Niechaj się stanie światłość. I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy. A potem Bóg rzekł: - Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich. Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem. I tak upłynął wieczór, a po nim poranek, dzień drugi. A potem Bóg rzekł: - Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha. A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem. Bóg widząc, że były dobre, rzekł: - Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona. I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień trzeci. A potem Bóg rzekł: - Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata, aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią. I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień czwarty”.

Pewne sprawy są oczywiste: że nie jest to paleontologia, ale teologia. Co prawda fundamentalizm biblijny ma w świadomości chrześcijan głębokie korzenie, podstawy, chciałoby się rzec właśnie: fundamenty. Tradycja egzegetyczna ciąży. Stworzenie wszechświata w zwyczajne sześć dni nie jest już teorią dominującą wśród teologów i władz kościelnych, ale błąka się po marginesach. Szczególnie w środowiskach chrześcijan „ewangelikalnych” czy raczej po prostu ewangelicznych. Wszędzie tam jednak w Polsce - jeśli się nie mylę - zaczyna dominować współczesna biblistyka, nieszukająca już w Piśmie Świętym naukowego oświecenia, tylko religijnego uświęcenia. Niestety i w katolicyzmie polskim mamy wciąż obrażanie się na teorię ewolucji (prof. Maciej Giertych).
Otóż ten początek Biblii to w języku hebrajskim utwór rytmiczny, hymn opiewający Stwórcę świata. Powiązany ze starowschodnimi wyobrażeniami o budowie świata, daleki jest jednak tak od kosmologicznego politeizmu, ubóstwiającego ciała niebieskie, jak i od manicheizmu, uznającego istnienie dwóch źródeł bytu: pozytywnego i negatywnego. Stwórca jest jeden i świat jest dobry: stwierdzenie jego dobroci powtarza się jak refren w tym hymnie o Genezie.
Wszechświat jest dobry, bo to dzieło Boże rozwija się cudownie, uwieńczając się stworzeniem człowieka. Ale nie mogę nie zauważyć, że jest zły, bo działają w nim siły niszczące. Wspaniała budowla jest jakby źle wykończona: Tsunami staje czasem w poprzek wszystkiemu.

19:46, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
czwartek, 03 lutego 2011
Rosnąca świadomość krzyża

Ewangelia Łukasza 2,40
„Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim".
Mamy tu chyba powiedziane, tak jak i potem w wersecie 52, że Jezus nie czuł się Mesjaszem, wręcz Synem Bożym, już dzieckiem w kolebce. Dojrzewał stopniowo do świadomości tej swojej jedynej w historii ludzkości misji. Gdy podjął ją po prawie trzydziestu latach, chyba już wiedział, że nie ma być królem ziemskim, że czeka Go nie radość, ale krzyż (nawiązuję do wpisu wczorajszego). Nie śpieszyło Mu się do tego końca, stąd „sekret mesjański", tak widoczny u Marka, stąd niechęć do sprawienia cudu w Kanie Galilejskiej w Ewangelii Jana.
Ale dziś w ogóle to opowieść o Niemowlęciu, którego Rodzice przynieśli do świątyni, by Je ofiarować Bogu. Dawniej święto Oczyszczenia Maryi, Matki Bożej w Polsce Gromnicznej, dziś - chrystocentrycznie - Ofiarowania.

PS. Wyskakuję na kilka dni poza Warszawę jako sekretarz Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół. Następny wpis 7 bm.

12:36, jan.turnau
Link Komentarze (71) »
wtorek, 01 lutego 2011
Król nie z tej ziemi

List do Hebrajczyków 12,2
„On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę".
Kto Mu obiecywał? Poznanianka ma „który wolał raczej przyjąć krzyż niż ofiarowaną Mu radość", Warszawianka - „zamiast należytej Mu radości wycierpiał krzyż", Ekumenistka 11 Kościołów - „zamiast zapewnionej Mu radości wziął krzyż".

Kto Mu radość ziemską obiecywał, ofiarowywał, zapewniał, od kogo Mu się należała? Raczej nie od Ojca. W relacje między Osobami Trójcy trudno nam wnikać, przekraczają absolutnie nasze pojęcia, niemniej z Ewangelii wynika niewątpliwie, że wolą Ojca była nie owa radość, ale krzyż. Szczęście ziemskie „ofiarowywała" Mu natomiast cała tradycja Jego ludu, w której Mesjasz miał być władcą zgoła ziemskim, po prostu królem. Mesjasz to przecież „pomazaniec", a namaszczeni byli potem, w historii chrześcijaństwa „postbiblijnego", nie tylko władcy kościelni, także królowie, a jakże. Ale Jezus Chrystus okazał się królem nie z tej ziemi.

14:21, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
Archiwum