Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 28 lutego 2010
O czekaniu

Psalm 27,14
„Oczekuj Pana, bądź mężny,
nabierz odwagi i oczekuj Pana."


Ale tak trudno uwierzyć, że nie czekamy na Godota. Że Bóg zawsze przychodzi, chociaż często całkiem inaczej.

10:29, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 lutego 2010
Bez wroga ani rusz

Ewangelia Mateusza 5,43-44
„Słyszeliście, że powiedziano: »Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził«. A ja wam powiadam: miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują".

W komentarzu Biblii Poznańskiej wyczytałem, że słów: „a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził" nie ma w Biblii ani w pismach rabinicznych. Znaleziono je dopiero w Księdze Reguły z Qumran. Tak czy inaczej nienawiść buchała i bucha zewsząd. Bywa wręcz u niektórych gorliwe poszukiwanie wroga.

10:50, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 26 lutego 2010
Coś na piątek

Ewangelia Mateusza 5,21-24
„Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj"; kto by zaś zabił, pójdzie pod sąd. Ja natomiast mówię wam: każdy, kto żywi gniew do brata swego, pod sąd pójdzie. Kto by zaś rzekł bratu swemu: - pusta głowo, stanie przed Sanhedrynem; a kto by rzekł: - bezbożny głupcze, wrzucony będzie do ognistej Gehenny. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam przypomnisz sobie, że brat twój ma coś przeciwko tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem i idź, pogódź się najpierw z bratem twoim i wtedy, wróciwszy, złóż swój dar."

Trochę tu swoistego folkloru, wyrażeń, które moi bibliści przetłumaczyli po swojemu, ale oczywiście rzecz nie w słowniku obelg, ale w radykalizmie wymagań. Sednem etyki ewangelicznej jest jej głębokość. Liczy się rzeczywisty stosunek do bliźniego, wszystko inne jest mało ważne. Do bliźniego, czyli do Boga.
Obecny czas liturgiczny nazywa się Wielkim Postem: to duchowa pułapka. Księża Marianie wydali książkę pt. „Wielki Post i Wielkanoc z Ojcami Kościoła". Marco Pappalardo wybrał ze starożytnej tradycji chrześcijańskiej (a Magdalena Dobosz przetłumaczyła) krótkie teksty ówczesnych myślicieli, poprzedzając je własnymi radami. Dziś piątek, więc takie oto dwa tekściki.
”Mówiąc o poście i umiarkowaniu łatwo popaść w przesadę i mało owocną dewocyjność. Jej wyrazem staje się niejedzenie mięsa w piątki albo ścisły post w Środę Popielcową i Wielki Piątek. To wszystko jest dobre i powinno być przestrzegane., ale bardziej chodzi o to, by czynić to w sposób roztropny i w wolności serca.
Istnieje ryzyko, że nasze poszczenie stanie się jedynie zewnętrznym przyzwyczajeniem, które nie ma nic wspólnego z istotą i przesłaniem Wielkiego Postu. Prawdziwy post powinien nas doprowadzić do wolności i otwartości serca wobec woli Pana Boga. Jakiż więc sens może mieć poszczenie w wyznaczone dni, a objadanie się dzień wcześniej czy później? Albo dla kogoś, kto z upodobania prawie nigdy nie jada mięsa, jakim wyrzeczeniem będzie niespożywanie go w piątek? Post i wstrzemięźliwość powinny wypływać z refleksji nad Słowem Bożym i z serca.”
No i trapiący mnie od wieków problem, czy ma dzisiaj w Polsce rozróżnianie między kręgowcami: dlaczego konsumpcja ryby ma być zabiegiem ascetycznym, a kurczaka nie? Takie rozróżnienie ma co najwyżej sens znaku rozpoznawczego katolika, jakiegoś formalnego świadectwa - czy nie trzeba jednak w duszpasterstwie akcentować raczej potrzebę wielkopostnego (raczej: przedpaschalnego) znaku rozpoznawczego chrześcijanina: na przykład - zgodnie z dzisiejszą perykopą ewangelijną - przestać choć na trochę lżyć bliźniego swego.

18:41, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
Złoty medal Ewangelii

Wpis na czwartek 25 lutego 2010

Ewangelia Mateusza 7, 7-12

”Jezus powiedział do swoich uczniów: - Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre  dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest  w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy".

Najpierw słowa bardzo trudne: prosimy przecież ciągle i nie zawsze jest nam dane. I odpowiedź może być tylko jedna: niezbadane są wyroki Boże, pisze On prosto po liniach krzywych, przy czym owa prostota absolutnie przekracza nasze ludzkie pojęcia. Przeznaczono na dzisiaj katolikom także lekturę z rozdziału 4 Księgi Estery, jej modlitwę o ratunek dla jej narodu: z dalszego ciągu księgi dowiadujemy się, że modlitwa królowej została wysłuchana - ale potem była Zagłada, wbrew modlitwom niejednego Żyda.

Ta perykopa ewangelijna dziwna jest także w zupełnie innym sensie. Niezrozumiałe jest słówko „więc", łączące zapewnienia, że nie prosimy na darmo, z tak zwaną „złotą regułą" etyczną. Można to wytłumaczyć tym, że na ostatnim etapie redagowania ewangelii dopisywano do tekstu nowe, dotąd nieuwzględnione powiedzenia Jezusa nie bardzo dbając o ich związek z kontekstem. Tyle tylko, że owa łączność została tu zasugerowana spójnikiem ”więc”, ale związku przyczynowo-skutkowego nie widać. Można tylko powiedzieć, że między tamtymi zapewnieniami a tym nakazem jest pewne podobieństwo: tamte słowa są bardzo trudne do pojęcia, te bardzo trudne do wykonania. Choć który etyk powie, że stosowanie tej reguły nie jest szczerym złotem moralnym.

00:39, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 24 lutego 2010
Mój pseudopatron, nacjonalista brzydki

Księga Jonasza 3,1-10

”Pan przemówił do Jonasza po raz drugi tymi słowami: - Wstań, idź do Niniwy, wielkiego miasta, i głoś jej upomnienie, które ja ci zlecam. Jonasz wstał i poszedł do Niniwy, jak Pan powiedział. Niniwa była miastem bardzo rozległym, na trzy dni drogi. Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: - Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie to, co następuje: «Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory, niech żarliwie wołają do Boga. Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy?". Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg, i nie zesłał niedoli, którą im zagroził.»
Z tej wyjątkowej księgi watykański planista biblijno-liturgiczny wybrał w tym roku na dzisiaj tylko ten rozdział, akurat najmniej ciekawy. Cały cymes kapitalnej noweli polega bowiem na tym, że jej bohaterem jest prorok bardzo niechętny do swojej roboty. Nie chodzi tu w ogóle o przepowiadanie przyszłości, bo biblijna rola owych głosicieli była inna. Tematem ich wypowiedzi była nie tyle przyszłość, ile przede wszystkim teraźniejszość: mieli  - to, co prawda, Conrad, nie Biblia - ”wymierzać sprawiedliwość widzialnemu światu". Rzucać gromy na wielkich i małych, nie bojąc się przykrych konsekwencji.
Otóż Jonasza usiłował Bóg wysłać z podobną misją do Niniwy, na co on nie miął zgoła ochoty. Nie tyle z troski o własne bezpieczeństwo, ile z niechęci do owych paskudnych pogan. Bibliści twierdzą, że ta księga jest subtelną krytyką nacjonalizmu narodu wybranego. Tu jest nienawiść do niniwskich gojów tak wielka, iż Jonasz nie cieszy się wcale skutecznością swojej misji: wolałby, żeby owi poganie nie posłuchali i dostali - by tak rzec przystojnie - w kość. Ale to jest dopiero w rozdziale czwartym.
Co do mnie, pisującego ongiś w „Gościu Niedzielnym", teraz w „Arce Noego", jako Jonasz (to swoisty skrót od imienia „Jan"), cieszę się, gdy kogoś do czegoś przekonam; i nie narzekam, że piszę jak dziad (od wczoraj 77 lat!) do obrazu. Ale to już jednak inny temat, niewątpliwie niebiblijny.

19:53, jan.turnau
Link Komentarze (65) »
wtorek, 23 lutego 2010
Skleroza na winy cudze

Ewangelia Mateusza 6, 7-15
„Jezus powiedział do swoich uczniów: - Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich. Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zbaw ode złego. Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień".

Co tu komentować: mogę najwyżej wyznać, że ciężko przebaczyć. Niby to już dawno zrobiłem, ale uraz psychiczny wraca ciągle jak te fizyczne, co odzywają się na starość. Gdy nerwy puszczą, coś wciąż odzywa się wypomnieniem winy sprzed pół wieku. Boże, daj mi sklerozę moralną na winy cudze i pamięć jaśniejszą o winach moich. Amen.

21:31, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 22 lutego 2010
Kto i jak rządzić powinien

Ewangelia Mateusza 16,13-19
”Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: - Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: - Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: - A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: - Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: - Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr-Opoka, i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie".

Dziś w Kościele rzymskokatolickim święto świątyni w tym Kościele najważniejszej, katedry św. Piotra w Rzymie. Można zastanawiać się, czy budynek może być w tym sensie świętością: w każdym razie uznaje to kalendarz także prawosławny.
Jakby przeciw takiemu mniemaniu istnieje zwyczaj, by pisać „kościół" jako budynek z małej litery, a jako wspólnotę ludzką - z dużej. Sam staram się przestrzegać tej zasady, chociaż wydaje mi się mocno dyskusyjna: słowo „zamek" też ma dwa znaczenia, a jedną ortografię. W początkach chrześcijaństwa kościołami były małe wspólnoty, gromadzące się w małych świeckich pomieszczeniach; bardziej do nich pasowało określenie „zbór", kojarzone jednak dzisiaj z protestantyzmem, niegdyś nawet ze świątyniami tej rodziny wyznaniowej, teraz już tylko ze wspólnotami i to raczej wyznań „ewangelikalnych" (baptystów, zielonoświątkowców).
Ale to tylko wstępna dygresja. Mamy zatem, my, „rzymscy" katolicy, myśleć dzisiaj o apostole Piotrze. Dzisiejsza perykopa ewangelijna jest być może jedną z najważniejszych, ale też właśnie najbardziej dyskusyjnych. Można by powiedzieć, że ta opowieść o najświętszym rodowodzie władzy Szymona Piotra podzieliła chrześcijaństwo jakby na pół: na scentralizowany Kościół rzymskokatolicki i wszystkie inne Kościoły, skądinąd bardzo różne, ale podobne do siebie przez swój „antycentralizm", awersję do katolickiego kolosa.
Wokół tekstu ewangelijnego narosła oczywiście przez wieki olbrzymia literatura egzegetyczna i eklezjologiczna. Chyba jednak mogę napisać krótko i węzłowato, że ten olbrzymi problem zmalał dzisiaj znacznie. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że stuletni już ruch ekumeniczny w ogóle złagodził wszystkie międzywyznaniowe różnice. Nie próbuje się już zatem na przykład twierdzić, że ten apostoł nie został tu przez Jezusa szczególnie awansowany, bo opoką nie jest tu on sam, ale jego wiara: taka była czasem argumentacja protestancka. Po stronie katolickiej przyznaje się z kolei, że Kościół został zbudowany także na fundamencie apostołów i proroków (List do Efezjan 2,20), a słowa o władzy związywania skierował Jezusa także do innych apostołów, co jest napisane również w Ewangelii Mateusza (18,18). Czyli Piotr był najważniejszy, ale inni apostołowie też ważni. A jeśli papieże są następcami Piotra, a inni biskupi innych apostołów (teza oczywista tylko w doktrynie rzymskokatolickiej), to w każdym razie inni biskupi nie są urzędnikami papieża: to kolegialność Kościoła zaakcentowana przez Sobór Watykański II. Wreszcie zapamiętałem wywiad, który zrobił z arcybiskupem prawosławnym wrocławsko-szczecińskim, wybitnym teologiem arcybiskupem Jeremiaszem, dla Katolickiej Agencji Informacyjnej jej pracownik Paweł Bieliński. Rola papieża w zjednoczonym chrześcijaństwie byłaby znaczna, nie tylko honorowa. Przysługiwałoby mu mianowicie „prawo i obowiązek zwoływania soborów oraz przewodniczenie jakiemuś stałemu synodowi biskupów. (...) Prawosławni chcą, by taki synod powstał też w jednym Kościele chrześcijańskim. (...) W myśl starej zasady kanonicznej pierwszy ma również obowiązek zadbana o obsadę diecezji." Papież troszczyłby się zatem wtedy o obsadę wakujących ważnych urzędów zjednoczonego Kościoła - gdyby były z tym jakieś trudności (konflikty) na niższym szczeblu. Dalej - byłyby w kompetencji papieża kontakty ze światem zewnętrznym, jak również w ogóle koordynacja życia kościelnego. Co prawda, abp Jeremiasz zaznacza mocno, że nie byłoby to żadne centralistyczne zarządzanie całym Kościołem, żadne wtrącanie się do spraw lokalnych - ale to i tak dużo.
Oczywiście do zjednoczenia chrześcijaństwa droga jeszcze bardzo,bardzo daleka. Odnoszę jednak wrażenie, że ciężar sporów wewnątrzchrześcijańskich przenosi się z problemów struktury Kościoła na sprawy najszerzej pojętej etyki. I tu jakby mój Kościół znalazł się po trosze w centrum. Zobaczyłem to na przykładzie niemieckim: stosunku biskupów rzymskokatolickich i prawosławnych do pani biskup Margot Kässman, która została wybrana na stanowisko prezesa EKD (Ewangelickiego Kościoła Niemiec, jednoczącego niemieckich luteran, reformowanych oraz lokalną strukturę łączącą od paru wieków te dwie konfesje). Otóż relacje pani biskup z hierarchią rzymskokatolicką nie są najlepsze, niedawno skrytykowała ostro mój Kościół za zbyt małe jej zdaniem otwarcie ekumeniczne, ale katoliccy biskupi niemieccy występują z nią publicznie i jakoś tolerują jej płeć „odmienną", co sprawia prawosławnym znacznie większą trudność.
Po prostu w dyskutowanych obecnie sprawach teologicznie bliżej katolikom do protestantów niż prawosławnym. W takich kwestiach, jak urząd duchowny kobiet czy homoseksualizm stanowisko watykańskie władz kościelnych jest pewnie prawie takie, jak władz cerkiewnych, ale teologowie i zwyczajni wierni katoliccy nie są już tak nastroszeni, jak prawosławni, a zatem i katolicka hierarchia jest spokojniejsza. A z drugiej strony Kościół rzymskokatolicki jest w swoim ogólnym stosunku do tradycji kościelnej bliższy prawosławiu niż zielonoświątkowcy czy w ogóle chrześcijanie ewangelikalni. Reasumując: podział na katolików i resztę chrześcijan odszedł do lamusa.

To obfity komentarz do dzisiejszych słów Ewangelii. Ale jest jeszcze na dzisiaj parę zdań z 1 Listu Piotra 5,1-4. Tam nie ma nic o tym, kto ma rządzić, ale jak rządzić trzeba. ”Nie ze względu na niegodziwe zyski, ale z oddaniem; i nie jak ci, którzy ciemiężą gminy, ale jako żywe przykłady dla stada.” Pasterze mają owieczkom świecić własnym przykładem.
Na koniec - coś z czasopism. Warszawski Klub Inteligencji Katolickiej jako bodaj jedyny z kilkudziesięciu w Polsce ma od zarania swych przeszło półwiecznych dziejów środowisko młodzieżowe. Młodzi ludzie zestarzeli się, ale nie bezdzietnie, więc i teraz mamy w naszej organizacji grono ludzi, którzy postanowili wydawać pismo. Chcieliby robić to co miesiąc, ale sprawa kosztuje, sam KIK oczywiście za biedny, by finansować cokolwiek poza organizowaniem spotkań. Dzięki indywidualnym darczyńcom ukazał się już jednak trzynasty numer, równie ciekawy jak poprzednie. Rzecz zwie się „KONTAKT", redaktor naczelny, Misza Tomaszewski, jest magistrantem filozofii, w obecnym numerze najważniejsze wydawały mi się dwa wywiady: z Jackiem Leonciakiem o pamięci Holocaustu i z Krzysztofem Śliwińskim o Kościele katolickim w Afryce. Ten drugi, działacz KIK-u kiedyś młodzieżowy, teraz 70-letni, były wieloletni ambasador w krajach Czarnego Lądu, opowiada Krzysztof między innymi tak:
”W rzeczywistości afrykańskiej bardzo trudnym i wciąż nierozwiązanym problemem jest wielożeństwo. Pełniło ono szalenie ważną funkcję społeczną - Afryka była kontynentem bez wdów i sierot. Gdy mężczyzna umierał, jego brat lub ktoś inny musiał pojąć żonę zmarłego za swoją żonę. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał - musiał ją pojąć i miał względem niej obowiązki. Zamiast sierocińców i rent wdowich istniał więc świetnie zorganizowany system społeczny, w którym zawsze był ktoś, kto przejmował społeczną rolę zmarłego mężczyzny. My zaś przychodzimy ze swoją strasznie doktrynalną praktyką katolicką i sprawiamy, że to wszystko się załamuje... Oczywiście nie namawiam do tego, żeby akceptować poligamię, ale być może nie trzeba koniecznie stawiać jej w samym centrum nauczania afrykańskiego Kościoła. (...)”
Pytają Paweł Cywiński i Ignacy Święcicki: ”Czy tylko dlatego, że jest to pewien fakt kulturowy, Kościół powinien uznać takie postępowanie za moralne?” Śliwiński odpowiada: ”Nie wiem, czy powinien, ale znam wielu księży, którzy w oczywisty sposób przynajmniej je tolerują... Podam inny przykład: bywają w Afryce sytuacje, w których człowiek, który nie ma rodziny, nie ma też szans na przeżycie. Weźmy żołnierza. Przygotowanie pokarmu na tym kontynencie zajmuje bardzo dużo czasu, często cały dzień. Jeśli żołnierz nie będzie miał konkubiny, która go nakarmi, to umrze z głodu. Z kolei kobieta niemająca mężczyzny, który by ją obronił, uważana jest za kobietę publiczną. Jeśli więc on chce przeżyć, a ona nie chce być bezbronna, to muszą współpracować. Cóż więc ma im powiedzieć ksiądz? Że wszyscy pójdą po piekła, jeśli on wcześniej nie załatwi im unieważnienia poprzedniego małżeństwa w Watykanie?” Bardzo to ciekawe.

20:41, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
niedziela, 21 lutego 2010
Z komentarzem Jana Kochanowskiego

Psalm 91 
”Kto się w opiekę poda Panu swemu, 
A całem prawie sercem ufa Jemu, 
Śmiele rzec może: mam obrońcę Boga, 
Nie będzie u mnie straszna żadna trwoga.
Ciebie On z łowczych obierzy wyzuje
I w zaraźliwem powietrzu ratuje;
W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie.
Pod Jego pióry uleżysz bezpiecznie.
Stateczność Jego, tarcz i puklerz mocny, 
Za którym stojąc, na żaden strach nocny, 
Na żadną trwogę ani dbaj na strzały, 
Któremi sieje przygoda w dzień biały.
Stąd wedle ciebie tysiąc głów polęże, 
Stąd drugi tysiąc, ciebie nie dosięże 
Miecz nieuchronny, a ty przecie swemi 
Oczyma ujrzysz pomstę nad grzesznymi,
Iześ rzekł Panu: Tyś nadzieja moja, 
Iż Bóg najwyższy jest ucieczka twoja: 
Nie dostąpi cię żadna zła przygoda, 
Ani się znajdzie w domu twoim szkoda.
Aniołom swoim każe cię pilnować, 
Gdziekolwiek stąpisz, którzy cię piastować 
Na ręku będą, abyś idąc drogą, 
Na ostry kamień nie ugodził nogą.
Będziesz po żmijach bezpiecznie gniewliwych 
I po padalcach deptał niecierpliwych; 
Na lwa srogiego bez obrazy wsiędziesz, 
I na ogromnym smoku jeździć będziesz.
Słuchaj, co mówi Pan: iż mię miłuje, 
A przeciwko mnie szczerze postępuje, 
Ja go też także w jego każdą trwogę 
Nie zapamiętam i owszem wspomogę.
Głos jego u mnie nie będzie wzgardzony, 
Ja z nim w przygodzie, odemnie obrony 
Niech pewien będzie, pewien i zacności 
I lat sędziwych i mej życzliwości.”

Watykański biblista-liturgista naznaczył na dzisiaj tylko wersety 1-2.10-15, ale ja mego imiennika tak uwielbiam, że przedrukowałem całą jego genialną parafrazę. Oczywiście to parafraza, nie przekład, ale zajrzałem do innych poetów z Miłoszem na czele i zostałem przy arcymistrzu z dawnych wieków. Parafraza to przecież komentarz - a tu nie byle kogo.
Z Kochanowskim łączy mnie życie prawie całe. Najpierw dzieciństwo, kiedy matka uczyła mnie poezji, potem polonistyka we Wrocławiu, kiedy to twórczość Kochanowskiego „braliśmy" dość porządnie - a teraz psałterz jako serce Biblii.
I jak cała Biblia - poezja. Nie kodeks doktryny, nie katechizm, nie umowa pisemna z Bogiem, że nigdy nie upadnę, bo kiedy zachwieję się, to anioł jak laska (czyli dziewczyna śliczna) podtrzyma, nie manifest optymizmu przy dobrym winie - ale wiara, że jednak jest Sens. 
Skorzystałem tu z wydania dość sędziwego: Księgarnia Wydawnicza Polska, Berlin 1906.

22:49, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
sobota, 20 lutego 2010
Odpocząć po biegu

Księga Izajasza 58,13
„Jeśli powściągniesz twe nogi od przekraczania szabatu, żeby w dzień mój święty spraw swych nie załatwiać, (...) wtedy znajdziesz swą rozkosz w Panu".

Szabat jako symbol tępego zakazu czy jako odwieczne lekarstwo na pracoholizm: pomyślmy w ten drugi sposób.

14:28, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 19 lutego 2010
Gdyby...

Księga Izajasza 58, 7
„Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród bicia niegodziwą pięścią. (...) Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: (...) dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy (...) i nie odwrócić się od współziomków?"

Gdyby tak politycy głoszący się katolickimi przez sześć tygodni Wielkiego Postu mniej tłukli się nawzajem, gdybyśmy my, publicyści, też choć trochę hamowali emocje, gdyby zwykli zjadacze chleba mniej myśleli, jaką wybrać rybkę, a więcej, jak wspomóc schroniska dla bezdomnych, gdyby...

18:34, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 lutego 2010
Mój krzyż

Ewangelia Łukaszowa 9,23
„Jeśli ktoś chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje".

Abyśmy tylko nie myśleli, że mamy ten swój krzyż pchać bliźnim pod nos. Ani ten przenośny, ani dosłowny.

18:46, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
Post nie piła, czyli umieć żyć (”savoir vivre”)

17 lutego 2010 
Księga Joela 2,13
„Rozdzierajcie wasze serca, a nie szaty"

Pojechałem kiedyś z pewną panią, naprawdę głęboko pobożną, oraz jej siostrą na grób ich rodziców. Miałem w owym mieście znajomego księdza, odwiedziłem go, by zapytać o coś związanego z tym grobem, a on zaprosił nas na kolację. I wtedy się zaczęło. Okazało się nagle, że pani zachorowała na żołądek. Na taką dolegliwość, która uniemożliwia spożycie kurczaka. Zaczęliśmy zastanawiać się wraz z siostrą owej chorej oraz gospodarzem księdzem, co to za choroba - ale nie było znikąd odpowiedzi. Wzięliśmy, owszem, pod uwagę kalendarz - ale był to zgoła wtorek, a nie piątek. Sprawa wyjaśniła się dopiero w drodze powrotnej do Warszawy: pani należała do pewnej katolickiej organizacji religijnej, która pościła też w środę, a pani pomyliły się dni tygodnia.

Sam jednak wygłupiłem się wcześniej jeszcze potężniej. Było spotkanie koleżeńskie u pewnej katoliczki, porządnej, ale też roztargnionej: zapomniała, że dziś piątek. Okazałem się chamem: poczułem się w obowiązku przypomnieć. Pani domu, czerwona ze wstydu, zabrała ze stołu półmiski z mięsem ssaków i wnet wniosła (wspaniałe) konserwy rybne.
Jeśli chcemy pościć tradycyjnie, także dzisiaj, w środę zwaną popielcową, to nie róbmy tego niegrzecznie. Jeśli mamy rozdzierać szaty, to przynajmniej własne; jeśli serca, to też nie cudze.

18:46, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
wtorek, 16 lutego 2010
Księży naszych pokuszenia (przeciek). Buddyzmu obrona mądra

List Jakuba 1,12
„Błogosławiony mąż, który przetrwa próbę."

Przekład naszej bandy czworga (nazwa swoiście pieszczotliwa, kiedyś rozwinę temat). Ta próba to inaczej pokusa („I nie wódź nas na pokuszenie" można tłumaczyć: „Nie wystawiaj nas na próbę", co oddala obraz Boga jako kusiciela). Tysiąclatka pozwoliła sobie na wersję: „...który wytrwa w pokusie" (tak ma miesięcznik „Oremus", z którego tu korzystam), co brzmi dwuznacznie. Co prawda „homines sapientes" trwają w pokusach swoich: na przykład kusi ich bardzo długo skok w karierze życiowej. Dotyczy to także kapłanów: sami o sobie dowcipkują, że często brakuje powołań kapłańskich, ale jakoś nigdy biskupich...

Wydawnictwo „Znak" zaplanowało na kwiecień publikację powieści Macieja Grabskiego pod tytułem „Ksiądz Rafał". Zrobię przeciek i opowiem o niej trochę, bo przeczytałem podczas grypy. Będzie to przeciek kontrolowany: Znak przysłał mi egzemplarz próbny, nie do sprzedaży, ale w celach propagandowych, więc naplotkuję pozytywnie.
Otóż jest to powieść realistyczna. Poniekąd na wzór dziewiętnastowiecznej: narracja tradycyjna, żadnych eksperymentów, bo też w ogóle bez większych ambicji literackich. Autor wykazał natomiast szczytną ambicję pokazania Kościoła rzymskokatolickiego, jaki mianowicie jest. To znaczy, jaki mu się wydaje - ale wydaje mu się moim zdaniem słusznie.
Rzecz dzieje się jeszcze za PRL-u, ale problematyka ówczesnej wojny z Kościołem nie dominuje. Jest to już czas chyba Gierka, więc mniej ekscesów, a zresztą autor wyraźnie woli inne sprawy, grzechy samego Kościoła. Tych mamy w powieści co niemiara. Grabski przebija nawet tutaj pioniera tego gatunku - Jana Grzegorczyka. Jako główny grzech „kleru" - karierowiczostwo. Zostać biskupem...
Grabski ma rację. Nieszczęściem Kościoła (mojego, ale innych też trochę) jest to, że między biskupem a szarym księdzem jest dystans niemożebny. Struktury eklezjalne przypominają wojskowe, to też jest armia, a generałów od wojskowych niższej rangi różni nawet jeszcze więcej. To całowanie w rękę, te biskupie kolory, pałace, dwór kurialny, władza monarchiczna - to wszystko kusi demonicznie. I demoralizuje.
Nie wszystkich. Grabski nie popełnił satyry. Ksiądz Rafał jest człowiekiem głęboko ideowym, chyba nawet to postać zbyt idealna. Biskup ordynariusz też wspaniały człowiek. Też może nawet za wspaniały: na domiar wszystkiego jeszcze filosemita zdecydowany, ktoś w rodzaju obecnego prymasa Polski, arcybiskupa Henryka Muszyńskiego.
Świeccy też nie aniołki, są parafialne dewotki donosicielki - ale to już mniejszy cymes; wprawdzie tylko ich w języku kościelnym nazywa się wiernymi, jakby księża byli niewierni, ale poza tym urzędowy nimb świętości otacza raczej eklezjalnych oficerów, nie szeregowców.
Obejrzałem jednak też na CVD film rosyjski „Wyspa". Wspaniale prawosławny. Jest też tam powiedzenie głównego bohatera, że na butach biskupich dużo grzechów. Otóż to prawda, ale są to w dużej mierze grzechy cudze: podległych ekscelencji księży. Albowiem ciężko być biskupem. Ksiądz Alfons Nossol bardzo nie chciał być tym monarchą, w końcu posłuchał prymasa Wyszyńskiego, ale gdy przechodził na emeryturę, zwierzył mi się, że ciężar spada mu z bark: odpowiedzialność za tylu ludzi, którzy z kolei odpowiadają za swoich parafian. Winien system władzy? Pewnie tak - ale chyba niejeden biskup dochodzi z czasem do wniosku, że jego własna władza najbardziej mu przeszkadza.

Inna lektura grypowa: styczniowy „List". Oto cytaty z wywiadu z jezuitą Jackiem Bolewskim na temat doświadczeń mistycznych w innych religiach.
”Duch Święty zbawia niechrześcijan przez obecne w ich wierzeniach elementy prawdy i dobra. Nie jest to jednak jednoznaczne z tym, że religie te, same w sobie, mogą prowadzić do zbawienia. Już Ojcowie Kościoła mówili o tym, że Logos jest rozsiany w rożnych ludziach. Ten sam Logos, o którym mówiliśmy, że oświeca każdego człowieka przez rozum i różne wydarzenia. Człowiek może więc spotkać się z Chrystusem, nawet o tym nie wiedząc. Nawiązuje do tego ewangeliczna przypowieść, w której Pan Jezus tłumaczy, że dopiero na Sądzie Ostatecznym ludzie przekonają się, w którym momencie swojego życia mieli okazję spotkać Chrystusa. Jezus kończy tę przypowieść słowami: ”Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25,40). Innymi słowy: tam, gdzie czyniliście miłosierdzie, tam ”de facto” działaliście w jedności ze Mną.
Jeśli dopiero na Sądzie Ostatecznym ludzie odkryją w pełni tajemnicę Chrystusa, to znaczy, że teraz na ziemi pozostaje ona ciągle do odkrywania - nie tylko przez inne religie, ale także przez samych chrześcijan. Być może więc ukryte działanie Chrystusa w innych religiach będzie trwało aż do Jego ponownego przyjścia. Być może też wolą Boga jest trwanie innych religii jako przygotowanie do Ewangelii, która dopełni się ostatecznie dopiero po przyjściu Chrystusa w chwale. To jest tajemnica działania Ducha Świętego.
Nie zapominajmy jednak o aspekcie ludzkim. Jezus zaprosił człowieka do współpracy w przekazywaniu Objawienia. Chrześcijanie niestety nierzadko zaciemniają misterium Chrystusa - to jak żyją często nie pozwala innym zobaczyć tej tajemnicy. (...)
Oczywiście buddyści, podobnie jak hinduiści, inaczej opisują swoje doświadczenie. Może nie było ono aż tak głębokie, jak doświadczenie Boga osobowego opisane w Biblii, ale obecny jest w nim element przeżycia spotkania z inną rzeczywistością - głębszą, sięgającą poza ten świat.
Ze wspomnianą teorią religioznawców polemizował jeszcze w latach 60. XX w. młody Joseph Ratzinger. Tyle, że posługiwał się zupełnie innymi argumentami. W swojej publikacji z tego okresu mocno - moim zdaniem za mocno - przeciwstawiał religie mistyki (np. hinduizm, buddyzm) religiom Objawienia (judaizm i chrześcijaństwo).

[Pytanie wywiadowcy, Marty Wielek:] Ciekawe przeciwstawienie. Wynika z niego, że Ratzinger chyba niezbyt wysoko ceni sobie mistykę?
Trzeba najpierw przypomnieć, że chodzi o wypowiedź „wczesnego" Ratzingera, choć mimo wszystko ciągle przezeń przedrukowywaną... W swoisty sposób rozumie tu mistykę; widzi w niej głównie „bezkształtne" przeżycie. Uważa, że w religii mistycznej człowiek jest całkowicie bierny, musi po prostu poddać się doświadczeniu Boga - zanurzeniu w Niego, także jakby biernego. Nie ma tam działania Boga, jest tylko wysiłek człowieka, choć kończący się pasywnie. W religiach monoteistycznych, jego zdaniem, jest inaczej, jako przykład podaje Abrahama, który doświadczając działania Boga sam był przez cały czas postacią czynną, dlatego - o dziwo! - według Ratzingera Abraham nie mógł być mistykiem. Trudno się z tym zgodzić. Zupełnie inaczej postrzegał tę postać Jan Paweł II: życie Abrahama było dla niego przykładem głębokiego i mocnego mistycznego doświadczenia nocy wiary, o którym tyle pisze św. Jan od Krzyża.

Trudno też przyjąć koncepcję przeciwstawienia religii mistycznych i monoteistycznych. Zresztą sam Ratzinger w późniejszych tekstach próbował tę tezę trochę łagodzić. Przeciwko niej przemawia chociażby to, że „założyciele" wielkich religii, nie tylko chrześcijaństwa i judaizmu, ale także buddyzmu zawsze mieli za sobą jakieś doświadczenie mistyczne.”
Niemniej - żeby nie było nieporozumień - z włamanej do wywiadu ks. Bolewskiego ramki z cytatem z jego książki wynika dobitnie różnica między chrześcijaństwem a buddyzmem. Według chrześcijaństwa jedność z Bogiem osiąga się w Jezusie Chrystusie.

17:05, jan.turnau
Link Komentarze (55) »
piątek, 12 lutego 2010
Cudzobóstwo

Psalm 81,10
„Nie będziesz miał obcego boga,
cudzemu bogu nie będziesz się kłaniał.”

Jak wiele dobra wynikło z tego zakazu i jak wiele zła.
Monoteizm hebrajski był chyba nawet i z punktu widzenia kulturowego, ogólnoludzkiego słuszniejszy niż  kulty ościenne, był bardziej wysublimowany myślowo. W powyższej formule, jak i w pierwszym przykazaniu Dekalogu pobrzmiewa jednak jakby pojmowanie Boga jako SWOJEGO, jako Boga swego plemienia, nie tyle jedynego, ile MOJEGO.
W religioznawstwie  mamy termin „henoteizm”: chodzi o wyróżnienie jednego z bogów panteonu politeistycznego. Czy religia Żydów przeszła przez taki etap?
„Leksykon teologii fundamentalnej” (Wydawnictwo M, Lublin-Kraków 2002) powiada, że „zdaniem niektórych teologów i biblistów henoteizm cechował najstarszą formę religii Izraela (do VI w. przed Chrystusem), gdzie Jahwe czczony był jako najwyższy Bóg obok innych, niższych rangą bóstw pogańskich”. Nie tylko tutaj, także w innych dziś przeczytanych książkach nie znalazłem wyraźnego potwierdzenia myśli, którą wyczytałem ongiś, że cudzy bóg był do niczego, bo po prostu był cudzy - ale chyba ta plemienność Boga, ten „teoegocentryzm” rzeczywiście kaził początkowo religię Izraela. W sensie nie tylko intelektualnym: także moralnym. O swoją własność walczy się do upadłego. Religijność potrafi demoralizować.  
A przecież trzeba pojmować Boga, tak jak w wierszu jednego z największych teologów polskich, księdza Jana Twardowskiego:

„Napisał: Mój Bóg, ale przekreślił, bo przecież pomyślał:
o tyle mój, o ile jestem sobkiem
napisał: Bóg ludzkości, ale się ugryzł w język,
bo przypomniał sobie jeszcze aniołów i kamienie
podobne w śniegu do królików
wreszcie napisał tylko: Bóg. Nic więcej.
Jeszcze za dużo napisał.”

Wiersz „Nic więcej” cytuję z pierwszego wydania „Znaków ufności” (Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1970).
Dopadł mnie jakiś wirus kataralny, więc następny wpis chyba dopiero w poniedziałek.

18:50, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
czwartek, 11 lutego 2010
Żony gubią Salomona. Żydowskie legendy biblijne. Lourdes. Spowiedź z antykoncepcji

1 Księga Królewska 11, 4-13
”Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym  i wskutek tego jego serce nie pozostało tak szczere wobec jego Pana Boga, jak serce jego ojca, Dawida. Zaczął bowiem czcić Asztartę, boginię Sydończyków, oraz Milkoma, ohydę Ammonitów. Salomon więc dopuścił się tego, co jest złe w oczach Pana, i nie okazał pełnego posłuszeństwa wobec Pana, jak Dawid, jego ojciec. Salomon zbudował również posąg Kemoszowi, bożkowi moabskiemu, na górze na wschód od Jerozolimy, oraz Milkomowi, ohydzie Ammonitów. Tak samo uczynił wszystkim swoim żonom obcej narodowości, palącym kadzidła i składającym ofiary swoim bogom. Pan więc rozgniewał się na Salomona za to, że jego serce się odwróciło od Pana Boga izraelskiego. Dwukrotnie mu się ukazał i zabraniał mu czcić obcych bogów, ale on nie zachował tego, co Pan mu nakazał. Wtedy Pan rzekł Salomonowi: - Wobec tego, że tak postąpiłeś i nie zachowałeś mego przymierza oraz moich praw, które ci dałem, nieodwołalnie wyrwę ci królestwo i dam twojemu słudze. Choć nie uczynię tego za twego życia ze względu na twego ojca Dawida, to wyrwę je z ręki twego syna. Jednak nie wyrwę całego królestwa. Dam twojemu synowi jedno pokolenie ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na Jeruzalem, które wybrałem".

Opowieść ogromnej zgrywności: oto harem króla nad królami, mędrca nad mędrcami robi Panu Mężowi religijną wodę z mózgu. Antyfeminizm? Niekoniecznie. Tak jak niekoniecznie antykobieca jest opowieść o grzechu zwanym pierworodnym: to, że wąż skusił Ewę, nie jej małżonka. Bo nie będzie chyba odwróceniem kota ogonem, jeśli się powie, że kobiety bywają według Biblii bardziej pomysłowe niż mężczyźni, bardziej otwarte na nowinki. Zawsze złe? Byłaby to gruba nadinterpretacja, w każdym razie cała Biblia hebrajska (ani tym bardziej chrześcijańska) - patriarchalistyczna, ale nie mogła być inna - o tym nie świadczy. A trzeba czytać całą, bo to nie salami, jak już napisałem niedawno. No i trzeba czytać książkę „Kobiety w Biblii" Elżbiety Adamiak i dalszy ciąg w „Tygodniku Powszechnym".
Kobiety są bardziej kontaktowe niż my, przenikliwe dla plotek. Same je puszczają (my też!), ale i słuchają gorliwiej, co jest ważne, bo jak ktoś powiedział, nie ma nic gorszego niż plotki - wyjąwszy tylko ich brak...

Najważniejszy jednak mój komentarz jest dzisiaj oczywiście taki, że my rządzimy światem, ale nami kobiety. Albo też podobny: my królujemy jak Salomon, a one rządzą. I tak już musi być. Każda władza podchodzi od Boga!
Gdy wciąż jesteśmy przy Salomonie, ogłaszam znów wszem wobec, że katowickie Wydawnictwo KOS opublikowało księgę „Żydowskie legendy biblijne". Autor Micha Josef Bin Gorion, przełożył z niemieckiego i opracował Robert Reuven Stiller (wydanie drugie poprawione względem pierwszego wydania dwutomowego 1996). Legend zaprawdę legion, ciągną się wzdłuż Biblii owijając ją, ale nie zasłaniając. Tak jak chrześcijańskie apokryfy starożytne i nowe (powieści osnute na jej tle) nie kryją Pisma, ale je komentują po swojemu.
Zatem na przykład coś takiego:
„Wielki król Szelomo, któremu Wiekuisty powierzył władzę od końca do końca świata, był do tego wybrany już w łonie matki. Pan dał mu poznać wszystkie tajemnice i użyczył mu wglądu w sprawy świata, jak się rozwijały od czasu stworzenia.”  Ale - czytamy dalej - „wspaniałość króla Szelomo dobiegła kresu prze małe stworzonko. Jak wszyscy królowie ziemi, tak i duchy był mu podległe, ale szemrały przeciw jego władzy i sądziły, że nie wywodzi się ona z łaski Bożej, tylko wynika z jego chytrości i przemocy. Posłał więc król małego robaczka, który przeżarł czarodziejstwo Szelomona. Zaraz upadło poważanie dla króla i umarł. A śmierć jego powinna służyć za naukę wszystkim wielkim tego świata".
Otóż robaczek nazywał się Alzheimer. ”Gdy się człowiek robi starszy, wszystko na nim trochę parszy-wieje”...
Dziś w moim Kościele rzymskokatolickim liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, a w sobotę byłem na filmie tego imienia, więc teraz będzie o tym dziele sztuki. Jak krytycy piszą zgodnym chórem (wyjąwszy Edwarda Kabiesza z „Gościa Niedzielnego), jest to film wybitny, Na mój gust nawet poniekąd katolicki. Albo po prostu realistyczny. Kogoś, kto uważa, że w świętym miejscu może się dziać wyłącznie coś dobrego i bywają tam wyłącznie asceci, zgorszą nieświęte rozmowy pielgrzymów, zazdrosnych, że nie oni zostali uzdrowieni, albo zbyt dobry humor wolontariuszy - ale ja lubię oglądać samo życie, także kościelne. Zresztą gdyby twórczyni filmu chciała, mogłaby pośmiać się na przykład z buteleczek z wodą święconą zakręcanych główką Matki Boskiej, które są, owszem w Lourdes, tyle że nie na straganach, ale w sklepach. A dowcip, który opowiadają sobie wolontariusze, że Matka Boska nigdy nie była w Lourdes - słyszałem od pewnego księdza bardzo wierzącego na publicznym spotkaniu; tyle że nigdy nie był gdzieś w tamtej wersji Duch Święty i nie był w Lourdes, a w Watykanie. Księże dowcipy bywają dosadne i nie świadczą o niczym poważnym - zapewniam znając Kościół od stron przeróżnych. Zatem zgadzam się z opinią, że nie jest „Lourdes" filmem religijnym ani antyreligijnym. Gdybym musiał powiedzieć, czym jest bardziej, odpowiedziałbym, że chyba tym pierwszym. Wiedząc skądinąd, że tam naprawdę było wiele niezwykłych uzdrowień. Oraz że żadne z nich nie dowodzi po prostu istnienia Boga, choć każde stawia mocny znak zapytania.

Lektury: w zawsze ciekawym miesięczniku „W drodze" porcja tekstów pod hasłem „Czy ja się dobrze spowiadam?". Mój cytat z artykułu ks. Michała Zioło:  
”Przyszedł maj 1987 i po raz pierwszy zasiadłem w krakowskim konfesjonale w kościele Świętej Trójcy. Przygotowany teoretycznie byłem dobrze, bo i piłowano nas ostro na egzaminie jurysdykcyjnym. Przy podstoliku etyki seksualnej wpadłem oczywiście na uciążliwego i kochanego «Berbecia» - ojca doktora duplex Władysława Skrzydlewskiego, który dwoił się i troił, a raczej wcielał w najróżniejsze osoby klęczące przy konfesjonale, byle tylko oddać prawdziwą atmosferę pola bitwy. Być może miał ograniczony zestaw postaci kobiecych, bo zaproponował mi najpierw wyspowiadanie nawróconej pięknej prostytutki. Tę rundę przegrałem, skupiwszy się na zewnętrznych aspektach postaci Berbecia i przyznam, że trzeba było mieć przynajmniej wyobraźnię Pabla Picassa, żeby zapowiedzianą w przedstawieniu osobę w nim zobaczyć. Kurtyna znów została podniesiona i tym razem miałem przed sobą kobietę, która używa środków antykoncepcyjnych, ale nie zamierza opowiedzieć o tym spowiednikowi. Rozgrzany niedawnym zwycięstwem Berbeć żądał jasnych procedur pozwalających tę informację od niej wydobyć. Zniesmaczony moim intelektualizowaniem zapodał mi prosty schemat z pytaniem zasadniczym - czy pani ma męża? I czekał z nadzieją, że podjąwszy trop, wysypię z rękawa następne, podobnie inteligentne kwestie. Poirytowany moim stuporem mentis naciskał, aż wreszcie zdradził następne pytanie z upokarzającym „przecież to proste": czy pani ma dzieci? I znów naciskał - i o co brat następnie zapyta? Tym razem nie zmarnowałem okazji i wypaliłem z pojednawczym «przecież to proste»: czy dzieci są zdrowe? Osłupiał i tak trwał.” ”Berbeć” przysłał kiedyś do ”Gazety” taki artykuł na temat antykoncepcji, że nie wydrukowaliśmy go, żeby nie kompromitować Kościoła.       

Ale równie ważny jest następny, ostatni akapit tekstu ojca Zioło:
”To prawda, że nigdy podczas spowiedzi nie zostałem poniżony, upokorzony czy zraniony. Chciałem być na spowiedzi dobrym i ciepłym kapłanem przywracającym ludziom nadzieję. I nigdy nie odmawiać gościom nie w porę proszącym o ten sakrament. Czy dotrzymałem tego przyrzeczenia, osądzi Bóg. Dla mnie największą nagrodą jest wdzięczność Kościołowi za ten sakrament i zarejestrowanie go w mojej psychice jako radosne i ciepłe spotkanie z Życiem. Ciepły sakrament. Niech będzie to pociechą chociaż dla niektórych.”
Tak, mądry spowiednik to bardzo dużo. A takich trochę jest na szczęście.

20:18, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
środa, 10 lutego 2010
Salomona sukcesy wszelakie

Psalm 37, 5-6
1 Księga Królewska 10, 1-10
„Powierz Panu swą drogę,
zaufaj Mu, a On sam będzie działał.
On sprawi, że twa sprawiedliwość zabłyśnie jak światło,
a prawość twoja jak blask południa"


Słowa psalmisty równie mądre, święte, jedynie słuszne, jak niełatwe w tak zwanym wykonawstwie. Przeraźliwie trudno pojąć, że kto się wywyższa, będzie poniżon i na odwrót. Że kto chce być wielki, skarleje, gdy minie trochę czasu i prawda wyjdzie na wierzch.
Co do Salomona, to Bóg mu szczęścił na potęgę. Dziś perykopa o tym, jak odwiedziła go królowa Saby. Czyli takiego państwa i ludu Sabejczyków w południowo-zachodniej Arabii, w dzisiejszym Jemenie, a nie monarchini o tym imieniu, które znamy z Sienkiewicza i dzisiejszego Sejmu. Do opowieści biblijnej, którą radzę samemu znaleźć, dodaję apokryficzną z księgi Josefa Bin Goriona Berdyczewskiego ”Żydowskie legendy biblijne" (Wydawnictwo KOS, Katowice 2009). Według owego midraszu było mianowicie tak:
„Królowa z Szewa, która przybyła, aby poznać mądrość Szelomona, panowała na wyspie Meroe. Zadała mu wiele zagadek, a on wszystkie je potrafił rozwiązać, nauczyła go mnóstwa pieśni i porzekadeł. Przywiozła mu wiele podarków, wśród nich nasienie, z którego robi się olejek balsamiczny, i Szelomo rozpowszechnił tą roślinę w swym państwie. Mówią, iż ta władczyni poczęła z Szelomona i urodziła córkę, która stała się matką rodu Newuchadnecara" (chodzi tu chyba o babilońskiego Nabuchodonozora, o którym czytaliśmy w Biblii - a było królów tego imienia pewnie aż czterech). Zatem dobrze miał ów Salomon...

14:18, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
Bóg jest, czyli Go nie ma

Wpis na wtorek 9 lutego 2010
1 Księga Królewska 8,27
„Czy jednak naprawdę zamieszka Bóg na ziemi? Przecież niebo i niebiosa najwyższe nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą zbudowałem".

Tamta modlitwa Salomona dotyczy konkretnie tamtego pałacu,, który wybudował Bogu, ale łatwo owo pytanie rozpostrzeć na calutką teologię. Albowiem On jest jakoś szczególnie w przeróżnych świątyniach Mu poświęconych, ale oczywiście nie tylko w nich. Nie mogą Go objąć również niebiosa najwyższe, ale megaproblem polega na tym, że nie obejmuje Go nie tylko żadna przestrzeń, także żadna nasza przyziemna myśl. Rozwój myśli religijnej wywodzącej się z krainy Salomona idzie mozolnie w kierunku niemal Sokratesowego „wiem, że nic nie wiem". Każdy teolog czuje się w obowiązku dodawać coś do wiedzy o Bogu, w końcu od tego jest, myśliciel jest od wymyślania - ale tu Temat jest absolutnie inny od wszystkich innych. INNOŚĆ to Jego imię może ważniejsze od pozostałych. Teologia musi być najgłębiej negatywna. Może naprawdę Bóg umarł, jak głosił Nietsche, a po nich tak zwani teologowie śmierci Boga? Umarło pewne Jego pojmowanie.
Jestem pod wrażeniem lektury lutego „Przeglądu Powszechnego", gdzie mamy kilka ważnych tekstów pod hasłem „Powrót Boga". Powrót, ale w zupełnie nowej szacie, albo raczej właśnie bez szaty, bo nie wymyślimy Mu żadnego ornatu. Filozof katolik francuski Jean-Luc Marion, którego myśl referuje Sebastian Duda, powiada nawet, że „i kościelne dogmaty stać się łatwo mogą narzędziem w rękach bałwochwalców". Nie wysłowimy mądrości i dobroci Boga, to banał, ale również nie do pojęcia jest Jego istnienie. Nie istnieje On tak, jak każdy byt, który filozofia tomistyczna nazywa przygodnym. On istnieje INACZEJ!
Może trzeba by zdobyć się na jakiś paradoks, może w stylu naszego elektryka: Bóg tak bardzo jest, że aż Go nie ma.

14:13, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
niedziela, 07 lutego 2010
O sobie samym do potomności...

1 List do Koryntian 15,8-11
„W końcu, już po wszystkich, [Jezus] ukazał się i mnie jako poronionemu płodowi. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną."

Bloguję w przerwach między posiedzeniami bandy czworga. Autocharakterystyka Pawłowa na mój gust sympatyczna. Bo nie odbieram jej jako wewnętrznie sprzecznej: że niby najpierw pokora, potem samochwalstwo. Przecież rzeczywiście ten apostoł swoim dynamizmem górował nad innymi. Dynamizmem działania, organizowania Kościoła w tylu ośrodkach, i dynamizmem myśli teologicznej. Przesadzają ci, co zrównują jego rolę z rolą Jezusa, wielką rolę odegrał także Jan, mistrz teologiczny chrześcijańskiego Wschodu, wiodącej roli Piotra też nie wymyślili katolicy - ale trudno sobie wyobrazić chrześcijaństwo bez owego poronionego płodu.

21:46, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
sobota, 06 lutego 2010
Boże, daj mi mądrość - to wystarczy

1 Księga Królewska 3,4-13
”Król Salomon udał się do Gibeonu, aby tam złożyć ofiarę, bo tam była wielka wyżyna. Salomon złożył na owym ołtarzu tysiąc ofiar całopalnych. W Gibeonie Pan ukazał się Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: - Proś o to, co mam ci dać. A Salomon odrzekł: - Tyś okazywał Twemu słudze Dawidowi, memu ojcu, wielką łaskę, bo postępował wobec Ciebie szczerze, sprawiedliwie i w prostocie serca. Ponadto zachowałeś dla niego tę wielką łaskę, że dałeś mu syna, zasiadającego na jego tronie po dziś dzień. Teraz więc, o Panie Boże mój, Tyś ustanowił królem Twego sługę w miejsce Dawida, mego ojca, a ja jestem bardzo młody. Brak mi doświadczenia. Ponadto Twój sługa jest pośród Twego ludu, któryś wybrał, ludu mnogiego, który nie da się zliczyć ani też spisać z powodu jego mnóstwa. Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra i zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak znaczny? Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: - Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale prosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie. I choć nie prosiłeś, daję ci ponadto bogactwo i sławę, tak iż za twoich dni podobnego tobie nie będzie wśród królów"

Modlitwa Salomona jest tekstem obowiązkowym nie tylko dla sędziów, pewnie w ogóle dla prawników, może nawet i dla polityków: przecież oni przede wszystkim winni odróżniać dobro od zła! Jest to jednak modlitwa obowiązkowa dla każdego człowieka. Człowiek naprawdę mądry będzie również dobry, sprawiedliwy moralnie. Szczególnie jeśli nie będzie się modlił o zgubę swoich nieprzyjaciół: ciekawa, nowatorska ta myśl, pachnąca jakby Ewangelią. Choć może raczej swoistym kosmopolityzmem rządów tego króla nad królami, który miał szerokie przyjaźnie międzynarodowe (nie mówiąc o nieżydowskich żonach), może zbyt szerokie z punktu widzenia walki o monoteizm, z której się z czasem wycofał.

11:47, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
piątek, 05 lutego 2010
Dawid był jak tłuszcz ofiarny

Księga Syracydesa 47,2-11
”Jak tłuszcz się oddziela od ofiar dziękczynnych, tak Dawid od synów Izraela. Ze lwami igrał jakby z koźlętami i z niedźwiedziami jak z jagniętami owiec. Czyż w młodości swej nie zabił olbrzyma i nie usunął hańby ludu, gdy podniósł rękę i kamieniem z procy obalił pychę Goliata? Wezwał bowiem Pana Najwyższego, który dał prawicy jego taką siłę, że zgładził człowieka, potężnego w walce, i wywyższył moc swego ludu. Tak wysławiano go po dziesięć tysięcy razy i wychwalano z powodu błogosławieństw Pana, przynosząc mu koronę chwały. Albowiem starł nieprzyjaciół znajdujących się wokół, zniszczył wrogich Filistynów i złamał ich moc aż do dnia dzisiejszego. W każdym swym czynie oddał chwałę Świętemu i Najwyższemu słowami uwielbienia, z całego serca swego śpiewał hymny i umiłował Tego, który go stworzył. Postawił przed ołtarzem śpiewających psalmy i mile płynął dźwięk ich głosów; świętom nadał przepych i upiększył doskonale uroczystości, aby wychwalano święte imię Pana i by przybytek już od rana rozbrzmiewał echem. Pan darował mu grzechy, moc jego podniósł na wieki, dał mu przymierze królowania i tron chwały w Izraelu.”

Podtrzymuję pogląd, że istotnie Dawid był istotą niezwykłą. Jak na swój czas i miejsce - ale był. Wyróżniał się wśród swego ludu jak ów tłuszcz ofiarny - w ogóle wiktuał w tamtym czasie i miejscu najcenniejszy (my nie kochamy tłustej wołowiny z kością...).

20:24, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
wtorek, 02 lutego 2010
Dzień religijnych Judymów

Ewangelia Łukasza  2,22-40
”Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.
A żył w Jerozolimie człowiek imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: - Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: - Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu.
Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.”

Święta Rodzina odwiedza Świątynię, Niemowlę zostaje przedstawione Bogu, następuje także spotkanie z dwojgiem ludzi związanych szczególnie z jerozolimskim sanktuarium. Są z tamtymi wydarzeniami różne skojarzenia.
Symeon nazywa Jezusa światłem: mamy w naszych świątyniach święcenie gromnic, domowych symboli naszego Światła. Poza tym Ewangelia opowiada o dwojgu „świątynnikach", więc łatwo pomyśleć o dzisiejszych ludziach żyjących, przynajmniej formalnie, bliżej Boga niż zwykli zjadacze chleba. Mamy w Kościele katolickim Dzień Życia Konsekrowanego.
Takie życie prowadzą zakonnicy (księża i bracia nieduchowni), zakonnice, członkowie i członkinie tak zwanych instytutów świeckich i innych przeróżnych stowarzyszeń religijnych, ludzi żyjących razem lub osobno, ale zawsze składających śluby ubóstwa, czystości (okropne słowo - raczej celibatu!) i posłuszeństwa. A to wszystko po to, aby służyć Bogu w ludziach. Ci różni „konsekrowani" przypominają mi swoim pomysłem na życie doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych". Też rezygnują z życia osobistego, by oddać się całkowicie potrzebom bliźnich. Widzą w nich Chrystusa zgodnie z Jego powiedzeniem, że „cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych, mnieście uczynili". Widzą Go w ludziach także zakony kontemplacyjne: minęły już, mam nadzieję, czasy, gdy uważało się katolickich „kontemplatyków" za zwykłych darmozjadów. Gdyby tak ich osądzać, należałoby gardzić również buddyzmem, tak przecież bliskim wielu dzisiejszym ludziom pozakościelnym.

Modlitewne głosy zakonów kontemplacyjnych idą pod niebiosy w sprawach całego rodzaju ludzkiego, a zarabiają na życie te klasztory różnymi pracami, umysłowymi i fizycznymi, nie lżejszymi od wykonywanych przez nas w „świecie". Polecam film „Wielka cisza"!
Sam zaś wprawdzie nie wstępuję do klasztoru nawet na trochę, niemniej muszę sobie zrobić przerwę w „pisankowaniu" na 10 dni, aby działać biblistycznie w ekumenicznej bandzie czworga (sesje u nas w domu, więc mam dodatkowe problemy gospodarcze).

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
Święty Dawid z Betlejem

2 Księga Samuela 15,13-14.30
”Przybył ktoś, kto doniósł Dawidowi: - Serca ludzi z Izraela zwróciły się do Absaloma. Wtedy Dawid dał rozkaz wszystkim swym sługom przebywającym wraz z nim w Jerozolimie: - Wstańcie! Uchodźmy, gdyż nie znajdziemy ocalenia przed Absalomem. Spiesznie uciekajcie, ażeby nas nie napadł znienacka, nie sprowadził na nas niedoli i ostrzem miecza nie wygładził mieszkańców miasta. Dawid wstępował na Górę Oliwną. Wchodził na nią płacząc i mając głowę zasłoniętą. Szedł boso. Również wszyscy ludzie, którzy mu towarzyszyli, zasłonili swe głowy i wstępując na górę płakali. Król Dawid przybył do Bachurim. A oto wyszedł stamtąd pewien człowiek. Był on z rodziny należącej do domu Saula. Nazywał się Szimei, syn Gery. Posuwając się naprzód, przeklinał i obrzucał kamieniami Dawida oraz wszystkie sługi króla Dawida, chociaż był z nim po prawej i po lewej stronie cały lud i wszyscy bohaterowie. Szimei przeklinając, wołał w ten sposób: - Precz, precz, krwawy człowieku i niegodziwcze. Na ciebie Pan skierował wszystką krew rodziny Saula, któremu zagarnąłeś panowanie. Królestwo twoje oddał Pan w ręce Absaloma, twojego syna. Teraz ty sam jesteś w utrapieniu, bo jesteś człowiekiem krwawym. Odezwał się do króla Abiszaj, syn Serui: - Dlaczego ten zdechły pies przeklina pana mego, króla? Pozwól, że podejdę i utnę mu głowę. Król odpowiedział: - Co ja mam z wami zrobić, synowie Serui? Jeżeli on przeklina, to dlatego, że Pan mu pozwolił: «Przeklinaj Dawida». Któż w takim razie może mówić: «Czemu to robisz?»". Potem zwrócił się Dawid do Abiszaja i do wszystkich swoich sług: - Mój własny syn, który wyszedł z wnętrzności moich, nastaje na moje życie. Cóż dopiero ten Beniaminita? Pozostawcie go w spokoju, niech przeklina, gdyż Pan mu na to pozwolił. Może wejrzy Pan na moje utrapienie i odpłaci mi dobrem za to dzisiejsze przekleństwo. I tak Dawid posuwał się naprzód wraz ze swymi ludźmi.”

Opowieść biblijna o królu Dawidzie doskonale tłumaczy, czemu właśnie ten człowiek stał się tak ważną postacią jego ludu, czemu pochodzenie z jego ludu było tak ważnym wyróżnikiem, wyróżnieniem przez Opatrzność. Życiorys Dawida jest arcydramatyczny, czego tam nie mamy: walkę z Goliatem, zazdrość morderczą Saula, zabójczą miłość do Batszeby, wreszcie bunt własnego syna. W tej ostatniej sprawie znów widzimy blask świętości: dzisiejsza perykopa czytana w kontekście całej opowieści o owym buncie pokazuje człowieka duchowej klasy zerowej, w każdym razie na tle jego miejsca i czasu. Pamiętajmy, że była to cywilizacja śmierci: zabić własnego syna nie było niczym strasznym, a już na pewno wtedy, gdy ten chciał zabić ojca. Zaś Dawid potrafił zawołać: „Obym to ja umarł zamiast ciebie, Absolomie, mój synu, mój synu." (2 Sm 19,1).

„Bo rodzina, bądźcie pewni, także ludzie, chociaż krewni" - ironizował Aleksander Fredro. I w naszych czasach można nienawidzić syna swego, nie mówiąc o bracie i ojcu. Owszem, Dawid czuje, że sam jest jakoś winien tego wszystkiego, bo sam kiedyś strasznie złamał Prawo. Ale już same takie wyrzuty sumienia czynią go kimś większym niż ówcześni zjadacze chleba i cebuli. Aniołem nie był, ale swoją świętą wrażliwością dorósł prawie do Abrahama, Mojżesza.

12:41, jan.turnau
Link Komentarze (31) »
Archiwum