Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Duch trzeźwego myślenia. Pigułka „dzień po”. Dzień Islamu

2 List do Tymoteusza 1,7
„Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia.” Biblia Tysiąclecia.
Zamiast tego myślenia moi bibliści woleli „umiarkowanie”, ale mi tu opcja Tysiąclatki jakoś bardziej pasuje. Biblia Jedenastu Kościołów ma wręcz „rozsądek”, a jest to dar Boży osobliwie potrzebny, gdy wokół tyle różnych fanatyzmów, zgoła nie tylko islamskich. Tak mało tego, co zwie się Bożą bojaźnią, tak wiele różnych lęków.
Na wokandzie pigułka. Sięgam po „Tygodnik Powszechny”, gdzie jak zwykle stanowisko umiarkowane (może jednak bibliści moi słusznie „umiarkowanie” wybrali). Między innymi kierownik działu religijnego i redakcyjny komentator teologiczny Artur Sporniak zawsze tam mądrze wyważa. Cytuje ginekolożkę z Krosna Agatę Nowak. Lekarka obawia się, że ta pigułka zastąpi dziewczynom normalne środki antykoncepcyjne. Co może mieć złe skutki medyczne, ale również pedagogiczne, na co zwraca z kolei uwagę filozof siostra Barbara Chyrowicz: „Przez tak łatwy dostęp do tabletki « dzień po » daje się sygnał: « przypadkowe współżycie to nie problem » . To jednak totalne banalizowanie seksu.” Sporniak pokazuje błędy po obu stronach: „Liberalna strona zrównuje tabletki « dzień po » z antykoncepcją ignorując jej [ewentualne - JT] « antyzagnieżdżeniowe » działanie. Dla ruchu pro-life z kolei stosowanie tych tabletek to po prostu aborcja”. Episkopalny zespół ekspertów mówi o grzechu ciężkim, choć nie o ekskomunice, bo nie wiadomo, czy do niezagnieżdżenia, czyli aborcji doszło. Stanowisko moralne przesuwające początek życia ludzkiego na moment zagnieżdżenia jest odrzucane bez dyskusji, choć wiadomo, że zapłodniona komórka może się jeszcze podzielić, czyli odrębny genom to jeszcze nie odrębne życie jednostkowe. „Możliwy jest także proces połączenia dwóch zapłodnionych komórek jajowych, w wyniku czego powstaje genetyczna hybryda” – dowiaduję się też z tekstu Sporniaka. A kończy się on (tekst) taką smutną myślą profesor Chyrowicz: „Myślę, że poślizgnęliśmy się na demagogii, która jest obecna i z jednej, i z drugiej strony. Zamiast organizować nagonki na siebie, powinniśmy rzeczowo rozmawiać”. Oj tak, święte słowa Jejmości, niestety tacy już kłótliwi jesteśmy w prawie każdej sprawie.
Ale w pewnej cholernie ważnej widać moralny postęp. Wczoraj skończył się w całym świecie Tydzień (raczej Oktawa) Modlitw o Jedność Chrześcijan, czyli już modlimy się pospołu, co kiedyś w moim Kościele zabronione. Również w Polsce głównie rzymskokatolickiej taka modlitwa od dawna się odbywa: wymiana kaznodziejów, religijne komplementy, wspólne błagania, by Bóg wspomagał ludzkie wysiłki na rzecz przywracania jedności. „Interhomilia”, czyli wspólnota ambony już ma zatem miejsce, choć kardynał Ratzinger kręcił na nią nosem (arcybiskup Nossol - kalambur niezamierzony - przekonał go jednak, że jeżeli pozwala na nią nawet konserwatywny prymas Wyszyński...), ale interkomunia, wspólnota ołtarza to jeszcze przyszłość. Prawosławnym absolutnie nie odpowiada, zresztą teraz mają z protestantami stosunki niedobre (bo tam kobiety wręcz biskupami, bo tam otwarcie na homozwiązki), ale i mój Kościół ostrożny, czasem dopuszcza innych chrześcijan u siebie, ale w drugą stronę ciężko, w każdym razie wobec ewangelików, bo prawosławni sami odmawiają. Co do mnie, gdy jest taka okazja, komunikuję się z wszystkimi chrześcijanami w ten sposób najgłębszy duchowo. W sobotę byłem w mojej stolicy na nabożeństwie ekumenicznym w katedrze polskokatolickiej, czyli Kościoła doktrynalnie bliskiego (starokatolickiego), choć w przeszłości ponuro uległego PRL. Do komunii przystąpiłem, nawet wraz z jedną zakonnicą.
A dzisiaj u nas po raz piętnasty Dzień Islamu. Coraz ważniejszy, choć akurat u nas, póki co, raczej spokojnie. Żeby było jeszcze sympatyczniej, przypominam staropolskie przysłowie na temat kotła, który przyganiał garnkowi, a sam smolił. Dzisiaj chrześcijanie nie smolą już żadnymi stosami, ale dawniej nie gardzili żadną przemocą. To, że Chrystus nie zabijał, ale dał się zabić, słabiutko nas inspirowało. Nie patrzmy na islam z moralnego wysoka. Dla utwierdzania się w przekonaniu, że zwyczajny muzułmanin żadnego noża w zębach nie trzyma, polecam po raz któryś „Więź” zimową. Tezę, że „Państwo Islamu” tworzą  „muzułmanie trockiści”, rozpisano w tym kwartalniku obszernie na głosy wielorakie.
Na koniec wiadomość, że to pisanie zawieszam na trochę: innego za dużo.

14:37, jan.turnau
Link Komentarze (174) »
niedziela, 25 stycznia 2015
Ludziołówstwa wędka powszednia

Ewangelia Marka 1,17
„Chodźcie za mną, uczynię was rybakami ludzi.” EPP.
Uczy Franciszek, że wędka elementarna to twarz zawsze radosna. Ale jak się uśmiechać, gdy męczą kłopoty, niewyspanie, jeśli nie depresja. Albo i niewątpliwie naganne malkontenctwo.

20:23, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
sobota, 24 stycznia 2015
Zwariował

Ewangelia Marka 3,20-21
„Potem idzie do domu, gdzie tłum znów gęstnieje, tak że nie mogli nawet wziąć do ust kawałka chleba. Gdy to doszło do Jego rodziny, przyszli, aby Go ubezwłasnowolnić, mówiono bowiem: - Zwariował.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Perykopa bez odpowiedników u Mateusza i Łukasza. Zastanawia, bo przecież do Jego rodziny należała matka. Według niektórych biblistów mamy tu sugestię, że i ona Go nie rozumiała zupełnie. Tysiąclatka tłumaczy delikatniej: zamiast „ubezwłasnowolnić” „powstrzymać”, ale i tak to brzmi mocno. Co do mnie, nie dziwię się, że Jego bracia mogli tak reagować, jeżeli weń nie wierzyli (J 7, 3-6): musieli Mu zazdrościć sukcesów. Nie sądzę natomiast, żeby ona była Mu niechętna, choć kręcili jej w głowie niezgorzej. Przede wszystkim chyba martwiła się, że tłumy nie dają Mu żyć.

10:36, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
piątek, 23 stycznia 2015
Filip zaraz piąty

Ewangelia Marka 3,13-19
Ustanowienie Dwunastu. Przyglądam się ich listom u synoptyków i w Dziejach. O którym napisać dzisiaj? Zauważam, że zaraz po najważniejszych, Piotrze z Andrzejem i Jakubie z Janem, zawsze jest Filip. Czemu ma takie poczesne miejsce, chyba nie przypadkiem? W każdym razie najwięcej o nim dowiadujemy się z Ewangelii Jana. Podobnie jak Piotr i Andrzej pochodzi z Betsaidy w Galilei (J 1,43-51). Po powołaniu go przez Jezusa spowodował, że dołączył doń nastawiony sceptycznie Natanael, czyli najpewniej Bartłomiej z tamtych list, zaraz po nim wymieniany (tylko w Dziejach rozdziela ich Tomasz). Może miał żyłkę finansową, bo zauważył, że nakarmienie takiego tłumu wymagałoby pieniędzy (J 6,1-14). Miał bliskie związki z sąsiednim Grekami: imię greckie i rolę pośrednika między nimi a Jezusem (J 12,20-22). To on też powiedział do Niego: „Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy” (J 14,8-11). I to nam musi wystarczyć, nie licząc tekstów pozabiblijnych, gnostyckiej Ewangelii Filipa oraz Dziejów Filipa.

15:40, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
czwartek, 22 stycznia 2015
Nie przewróciło Mu się w głowie. Papież i króliki

Ewangelia Marka 3,7a-12
„A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolicTyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o Jego wielkich czynach. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, żeby Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste na Jego widok padały przed Nimi i wołały: - Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały.” Biblia Tysiąclecia.
Nie przewróciło Mu się w głowie od takiej popularności, nie zależało Mu na niej. Nie tylko dlatego, że wiedział, czym ona Mu grozi. Miał głowę nie w chmurach, gdzieś o wiele wyżej. 
A pośród dzisiejszych „papaliów” problem regulacji poczęć: owe króliki. Franciszek odezwał się na ten temat bardzo sensownie: że tu jak we wszystkim trzeba zachowywać się odpowiedzialnie. O antykoncepcji nie wspomniał, powiedział natomiast, czym grozi demograficznie, czyli także ekonomicznie postawa, że dzieci zbędne. Podał liczbę troje jako określane przez socjologów i demografów minimum, aby zapewnić odnawialność pokoleń. Mam nadzieję, że już dzisiaj mało kto w Polsce patrzy na rodziny „trzy plus” jak na lekkomyślne. W każdym razie ja je podziwiam i tyle. Najwyżej jeszcze wyznam samochwalczo, żeśmy z żoną mieli w tym zakresie zadania wychowawcze na miarę rodzin z siedmiorgiem. Z naszą dwójką kłopoty były zupełnie w normie, z dzieckiem przybranym takie jak z całą piątką. Ale to już minęło jak sens jakiś czarny.

15:06, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 21 stycznia 2015
Sprawa faryzeuszy skomplikowana

Ewangelia Marka 3,6
„Faryzeusze zaś, ledwie wyszli, natychmiast zmówili się z poplecznikami Heroda przeciw Jezusowi, naradzając się, jak by Go zgładzić.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
A chodziło znowu o szabat. Szpiegowano Go, by móc oskarżyć o pogwałcenie świętego czasu. Gdy nawinął się w synagodze człowiek z ręką bezwładną, Jezus go uzdrowił. Zadał potem fundamentalne pytanie: „Godzi się w szabat dobrze czy źle czynić? Uratować człowieka czy zabić? Lecz oni milczeli”. Do czarnego obrazu faryzeuszy Ewangelia Marka dodaje powyższą wiadomość o ich sojuszu z pogardzanym przez porządnych Izraelitów królem. Jak napisałem w poniedziałek, nie ma później w ewangeliach ani słowa o udziale tego stronnictwa w zamordowaniu Jezusa, czyli nie posunęli się oni we wrogości do Niego aż tak daleko, niemniej istnieje ten przekaz Markowy. Owszem, jest również informacja zupełnie inna. Z kolei w Ewangelii Łukasza 13,31 czytamy: „W tejże godzinie podeszli jacyś faryzeusze, mówiąc Mu: - Wyjdź stąd i uchodź, bo Herod chce się zabić”. Czyli jednak czasem zdobywali się na gesty obrończe. Kojarzy się to z dwiema postaciami życzliwych Jezusowi faryzeuszy, Nikodemem i Józefem z Arymatei, ale czy nie były to postawy tylko nielicznych ludzi tej duchowej orientacji: słówko „jacyś” daje do myślenia. Nie wiem, czy dojdziemy kiedyś do czegoś pewniejszego na ten temat.

14:46, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
wtorek, 20 stycznia 2015
Szabaty tworzymy sami

Ewangelia Marka 2,27
„To szabat został ustanowiony dla człowieka, nie człowiek dla szabatu”. Biblia Tysiąclecia.
Ewangelijne słowa naczelne, które można interpretować na różne sposoby. Ciągle pzyypominam sobie przemówienie księdza Ziei w KIK-u warszawskim sprzed prawie pół wieku, kiedy to ten nasz prorok przedstawił tamte słowa Jezusa jako podstawę personalizmu, idei, którą wtedy zachwycaliśmy się w nowo powstałej „Więzi”. Można też pójść w kierunku odwrotnym: bronić szabatu, czyli także niedzieli jako sposobu na regenerację człowieka fizyczną, psychiczną i oczywiście duchową: obstawać przy czymś przecież oczywistym, że należy czasem odpocząć po biegu, by użyć tytułu powieści Władysława Terleckiego (jest na ten temat wspólny apel polskich chrześcijan). Mnie jednak wciąż przychodzi do głowy koncept, który przedstawiłem wczoraj: że był to główny punkt sporu między religią starą a nową, czyli o to, co jest w praktyce ważniejsze, forma czy treść.
Ale zamiast odnosić ten wielki problem do pytania o przesadne formalizmy religijne, które mamy również u siebie w katolicyzmie, o czym też napisałem wczoraj, proponuję dzisiaj refleksję autokrytyczną na temat biurokracji w naszych relacjach z bliźnimi. Czy nie ma jej na przykład w naszych życzeniach świątecznych: pilnujemy się rygorystycznie, żeby wysłać je temu i owemu, mieć to odfajkowane, zamiast pomyśleć, jak „dopieścić” bliźniego najbardziej: potraktować go naprawdę serdecznie, na przykład telefonując do niego, aby się wygadał, żeby go spokojnie wysłuchać, choć jest arcygadułą męczącym.

16:13, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Religia młodego wina. Watykan od samego środka

Ewangelia Marka, 2,18-22
Perykopa oczywiście bardzo ważna: spór o posty był poważną przyczyną konfliktu starej religii z nową. Dotyczył tego, co jest ważniejsze, forma czy treść. Istota religijnego przesłania czy narosłe na nim zwyczaje i rygoryzmy?
Zauważmy najpierw ważny szczegół: do Jezusa przychodzą uczniowie Jana i faryzeusze, czyli ludzie z otoczenia tego, który torował Mu drogę, w towarzystwie facetów, których tradycja uczyniła głównymi Jego przeciwnikami. Co prawda, nie ulega kwestii, że jest to tradycja wątpliwa, że ich antyjezusowy sojusz z saduceuszami skończył się przed Jego zamęczeniem; tak daleko nie chcieli się posunąć, w każdym razie ewangelie za krzyż winią tylko ówczesną formalną władzę żydowską, czyli Sanhedryn, będący głównie elitę kapłańską opanowaną raczej przez saduceuszy. Że gdy dojrzewały teksty ewangelijne, w każdym razie obie późniejsze, Mateuszowa i Łukaszowa, Świątynia już była zburzona, kapłani stracili posady, zapanował judaizm synagogalny, ostro już wówczas skonfliktowany z zalążkiem Kościoła, a wodzili w nim rej faryzeusze. Tak czy inaczej, wersja Markowa dzisiejszej wizyty u Jezusa różni się od Mateuszowej, gdzie przychodzą sami „joannici” (Mt 9,14, oraz Łukaszowej, gdzie mamy faryzeuszy i uczonych w Piśmie (Łk 5,33). Tak to czytając którąś ewangelię, tak jakby była jedyna, nie zaglądając do innych, nie porównując wersji równoległych, można poznać istotę Dobrej Nowiny, ale biblistyczne jej poznanie wymaga całościowej lektury.
Wracam jednak do owej istoty Ewangelii: otóż jest nią to, co Jezus powiedział kończąc odpowiedź wysłannikom: „Nikt nie przyszywa łaty z surowego sukna do starego ubrania, w przeciwnym razie nowa łata obrywa jeszcze część ze starego ubrania i robi się gorsze przedarcie. Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków. W przeciwnym razie wino rozerwie bukłaki; i wino przepadnie, i bukłaki.”
Tak przetłumaczyła to Tysiąclatka, zajrzałem do EPP, ciekaw, co znaczy tu „surowe sukno”, i znalazłem tam „nowy materiał”, a Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów ma po prostu „nowe sukno” (także takie porównania mają swój sens poznawczy) – przede wszystkim jednak przypomniała mi się wieczerza wigilijna z 12 potraw, podobno patriotycznie postna...
Czas jednak na to, co przeczytałem nie w samej Biblii. Otóż skończyłem czytać książkę Wydawnictwa „Znak” naprawdę pasjonującą: „Dziennik watykański: władza, ludzie, polityka”, rzecz dziennikarza amerykańskiego Johna Thavisa. Osiadł on w Rzymie z żoną i dziećmi na przeszło 30 lat, jako korespondent Catholic News Service, największej i najstarszej agencji prasowej specjalizującej się w tematyce religijnej, i wyspecjalizował się. Można oczywiście uśmiechnąć się ironicznie nad katolickością jego instytucji, bo tam na Zachodzie, także zaoceanicznym, już dawno zapomnieli, co to jest nasza religia, nasz święty Kościół. Ironia tego rodzaju towarzyszyć może lekturze „Dziennika”, bo autor jest faktografem, nie tradycyjnym apologetą, który nie rezygnuje z białego tuszu. Taki czytelnik nie przyjmuje jednak formuły Vaticanum Secundum, że „Kościół, w którego łonie znajdują się grzesznicy, święty i stale potrzebujący oczyszczenia, nieustannie podejmuje pokutę i odnowę”. Thavis nie kwestionuje świętości i nie programuje odnowy Kurii, jedynie referuje fakty. Opisuje, co zobaczył w niej przez tyle lat, a zobaczył to, co stwierdził syntetycznie w swoim wstępie. Napisał tam, że wydarzenia ochrzczone imieniem Vatileaks, skandaliczne wycieki dokumentów za sprawą kamerdynera papieskiego Paola Gabrielego „są tylko widomym przejawem kultury od dawna goszczącej w murach Watykanu – kultury przekłamań i wypaczeń, dobrych intencji i niekompetentnego wykonawstwa oraz sprzecznych celów i zmiennych sojuszów. W kulturze tej, zbudowanej na hierarchii, lecz cierpiącej na organiczny chaos, karierowiczostwo jednych duchownych często przyćmiewa oddaną pracę dla Kościoła drugich, a papież – choć uważany za niepodlegającego krytyce – bywa niedoinformowany w sprawie szczegółów ważnych decyzji. W teorii Watykan powinien stać się poufnością, wszakże w praktyce przecieka niczym dwutysiącletnia łódź.”
Dzięki jednak niektórym z tych przecieków Thavis napisał książkowy załącznik do słynnej już piętnastopunktowej analizy Kurii Rzymskiej, jaką niedawno przedstawił Kościołowi i światu papież Franciszek (tekst przemówienia publikowany był w „Magazynie Świątecznym” z 3-4 stycznia). Jakby poproszony przez Ojca Świętego, zgromadził mu przebogatą dokumentację. Rzetelną? Cytuję dalej autora: „Niniejsza książka jest dokumentem, nie wytworem wyobraźni. Wydarzenia w niej opisane naprawdę miały miejsce. Narrację, w której pojawiają się odtworzone rozmowy oparłem na setkach wywiadów, zapisków, materiałów archiwalnych audio i wideo oraz własnych obserwacji. Wszystkie postaci, bardziej i mniej znaczące, są prawdziwe. I chociaż niektóre historie mogą wydawać się lekko surrealistyczne, zapewniam, że żadna nie zrodziła się z mojej wyobraźni – całość stanowi rzetelną kronikę pewnego wycinka czasów na tym najdziwniejszym ze światów”.
Ale nawet taki sensacyjny materiał można przedstawić mniej lub bardziej ciekawie. Otóż na okładce książki napisano, że jest Thawis „dziennikarzem, pisarzem, watykanistą”: owszem, jest także w pełni pisarzem. Jego „Dziennik watykański” czyta się dosłownie jak powieść: autor ma duży talent narracyjny, co więcej tłumaczka, Urszula Gardner, spisała się znakomicie, oddała doskonale styl Amerykanina, celnie dobierając słowa, dosadne, ale zawsze w granicach dobrego smaku i autentycznej troski o to, żeby centrala rzymskiego Kościoła pracowała lepiej. A nie tylko o sprawność organizacyjną tu naturalnie chodzi, tak jak nie troszczy się głównie o nią Franciszek. Choć grzech szkodzi wszystkiemu, także organizacji.
Nie zakończę na tym, musi być chociaż spis rozdziałów: „Dzwony” (o kłopotach z kolorem dymu), „Na wysokości” (przygody i poglądy pielgrzymkowe), „Nuestro Padre” (kłamca potworny ojciec Maciel), „Kości” (wykopaliska kontra parkingi podziemne), „Łacinnik” (watykańskie enfant terrible), „Papież, który będzie świętym” (kłopoty z beatyfikacją Piusa XiI), „Rąbki szat i skórki z banana” (absurdy dworskiej etykiety), „Seks” (temat doktryny ciągle kłopotliwy) i „Prawdziwy Benedykt” (to główna postać książki, przedstawiona krytycznie, ale bez żadnej niechęci).
Korzystałem z egzemplarza recenzyjnego, premiera dopiero 29 stycznia, ale już radzę szykować się do skoku na księgarnię. Wszystko, co napisałem, brzmi bardzo reklamiarsko, ale ja naprawdę czytałem kolegę do fachu z zapartym oddechem. I z zazdrością: zaimponował mi wiedzą i jakością pióra.

16:20, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 18 stycznia 2015
Wybieram optymizm

Psalm 40,2
„Z nadzieją czekałem na Pana,
a On się pochylił nade mną
i wysłuchał mego wołania.”
Bywa tak, bywa inaczej. Wiara to jednak zaufanie, przekonanie, że On wie lepiej, jak mnie uszczęśliwić. Wiara w Sens. Owszem, optymizm.

14:15, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 17 stycznia 2015
Arcykapłan

List do Hebrajczyków 4,15
„Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonemu we wszystkim na nasze podobieństwo z wyjątkiem grzechu.” Biblia Tysiąclecia.
Religia nasza zaprawdę niebywała: arcykapłan na krzyżu okropnie pohańbiony. Inna rzecz, że to tylko doktryna pokorna: praktyka to pycha, przepych nie do przemożenia. We Franciszku nadzieja ostatnia.

14:45, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
piątek, 16 stycznia 2015
Przekazu sprawa przeciężka

Psalm 78,3-4
„Tego, cośmy słyszeli i poznali,
co nam ojcowie nasi przekazali,
nie zataimy przed ich synami,
lecz opowiemy przyszłemu pokoleniu.” 
Biblia Poznańska.
Rodzice przekazali mi katolicyzm w taki sposób, że trwam przy nim tyle lat i przed dziećmi zgoła nie zatajam, ale jak go opowiedzieć atrakcyjnie przyszłym pokoleniom? Dzieciom udało mi się, chociaż trochę połowicznie, ale z wnukami trudniejsza sprawa. Dziewczyny i chłopcy  wyjątkowo porządni, ale nie rozumieją, po co im ta doktryna i przenudna liturgia. Problem to nie tylko mój oczywiście, jest kościelny kolosalny, za mało, oj, za mało zgłębiany.
PS. Przedrostka „prze” użyłem aż dwa razy, ponieważ znalazłem w pewnym dawnym liście jednego zakonnika do drugiego przeuprzejmy termin „Wasza Przewielebność”, chyba dzisiaj raczej nieużywany. Albowiem „tempora mutantur et nos mutamur in illis”, o czym trzeba pamiętać także w sprawie powyższej.

14:24, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
czwartek, 15 stycznia 2015
Ego Jego i nasze. Franciszek nie car

Ewangelia Marka 1,44
„Pamiętaj: - Nikomu ani słowa”. Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Powiedział tak trędowatemu, którego uzdrowił i który oczywiście Go nie posłuchał. „Takiego narobił rozgłosu, że Jezus nie mógł się już pokazywać w żadnym mieście. Przebywał na odludziu, w miejscach trudno dostępnych, a jednak ludzie szli do Niego zewsząd”. Czemu bał się sławy? Główny powód był pewnie taki, że wiedział, czym ona grozi, jaki bywa los proroka. Poza tym jednak do autoreklamy nie miał skłonności jakichkolwiek: swojego ego nie czcił zupełnie, różnił się tym od nas zasadniczo.
Teraz drobna polemika z kolegą redakcyjnym. Tomasz Bielecki napisał we wtorkowej „Wyborczej”, że „Watykan od lat 90. XX wieku dyscyplinował teologów (w tym tych ze Sri Lanki), którzy chcieli uczynić katolicyzm zbyt azjatyckim. Sam Franciszek ostrzegał parę dni temu, że » sesja jogi nie nauczy serca, by czuło ojcostwo Boga » , a kurs duchowości zen nie uczyni go wolnym ku miłości”. Otóż wiem skądinąd, że Watykan dyscyplinuje dalej, ale czy to wina osobista papieża, czy raczej jego nieumiejętność poradzenia sobie z szefem doktrynalnym, kardynałem Muellerem, który nie tylko w tym należy do antyfranciszkowej opozycji. Sam bowiem papież - wyczytałem w ostatnim „Tygodniku Powszechnym” u Piotra Sikory (s. 8) - powiedział 9 stycznia o jodze i zenie w szerszym kontekście: „Możesz odbyć tysiąc kursów katechezy, tysiąc kursów duchowości, tysiąc kursów jogi, zen i wszystkich tego rodzaju rzeczy. Ale to wszystko nie będzie nigdy w stanie dać ci wolności dziecka.” Staram się unikać złudzeń przedrewolucyjnego Rosjanina, co za wszystko obwiniał carski dwór, nie samego monarchę, jednak Franciszkowi carskiej władzy w różnych sprawach brak.
A w genialnym kalendarzu Kalickiego dzisiaj o zamordowaniu w r. 1919 dwojga wybitnych komunistów: Karola Liebknechta i Róży Luksemburg.

14:25, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 14 stycznia 2015
Potrzeba odludzia

Ewangelia Marka 1,35
„Nazajutrz wstał bardzo wcześnie, jeszcze po ciemku, i wymknął się na odludzie, aby się modlić.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Homo orans, człowiek modlitwy. Sporo jest zawsze takich ludzi, On potrzebował tej rozmowy szczególnie . A swoją drogą potrzebna Mu była chyba też po prostu samotność. Bo zapewne jest tak, że im kto bardziej żyje życiem drugich, tym chętniej bywa czasem sam. Musi odpocząć.
A w znakomitym kalendarzu historycznym Włodzimierza Kalickiego pod tytułem „Zdarzyło się” zamach we Francji. Tak – na cesarza Napoleona III, nieudany.

14:46, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 stycznia 2015
Świat pod naszymi stopami. Kalickiego kalendarz genialny

Psalm 8,5-9
List do Hebrajczyków 2,5-12
„Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od aniołów,
uwieńczyłeś go czcią i chwałą.
Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich,
wszystko złożyłeś pod jego stopy:
owce i bydło wszelakie,
i dzikie zwierzęta,
ptaki niebieskie i ryby morskie,
wszystko, co szlaki mórz przemierza.” Biblia Tysiąclecia.
Sławne słowa o potędze człowieka. W przepisanym na dzisiaj fragmencie Listu do Hebrajczyków nieznany (nie Paweł) autor księgi odnosi owe sformułowania do Jezusa. Synem Człowieczym jest Jezus, któremu - „udoskonalonemu przez cierpienie” - Ojciec poddał wszystko. „Teraz wszakże nie widzimy jeszcze, by wszystko było Mu poddane”: autor umieszcza to poddanie oczywiście dopiero na końcu czasów. Póki co, całe stworzenie poddane jest homo sapiens i mamy to, co mamy. Nie tylko korzystanie z „natury” w sposób mało ekologiczny (raczej mało „ekofilijny”), ale i mordowanie się tego gatunku wzajemne.
Lektura wczorajsza niebywała. Załapałem się na książkę niesamowitą: Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” (Znak Horyzont 2014, Biblioteka „Gazety Wyborczej”). Na pierwsze wejrzenie absolutna „cegła”: prawie tysiąc dwieście stron średniego druku, czytanie w łóżku wykluczone, bo ciężar właściwy właśnie kolosalny. Czytało się te opowieści pisane świetnie w „Magazynie” „Gazety Wyborczej”, potem w „Dużym Formacie”, ale jeśli tego aż tyle? Otóż właśnie dlatego, że aż tyle! Dzieło studiować można od deski do deski przez cały rok czytając codziennie, bo jest tam opowieść pasjonująca dokładnie na każdy dzień: na dzisiaj mamy o pożarze potwornym w Berdyczowie w Roku Pańskim 1883. Swoista lekcja historii powszechnej kapitalna, codziennie będę się jej uczył stopniowo.

20:32, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Cztery ewangelie, cztery Jego biografie. Nawracać ludzi żywcem

Ewangelia Marka 1,16-18
„Przechodząc brzegiem Jeziora Galilejskiego ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: - Pójdźcie za mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”. Biblia Tysiąclecia.
Mam w uszach powiedzenie Jezusa zgrabniej brzmiące: „Odtąd już ludzi łowić będziesz”, pochodzące oczywiście z naszego kochanego Wujka. Dopóki nie poznałem porządniej ewangelii przy sekretarzowaniu trzem biblistom, myślałem, że jest to tłumaczenie piękniejsze, ale mniej wierne niż tamto o „rybakach ludzi”, że wszyscy trzej ewangeliści napisali tak samo, tylko tłumacze różnie. Nie zdawałem sobie wtedy w pełni sprawy, że takich drobnych różnic jest wiele, że „łowienie ludzi” jest, ale u Łukasza (tam dosłownie: „żywcem”); Mateusz ma jak Marek tamtych „rybaków”. I tu tradycyjna moja weekendowa relacja czytelnicza.

Wydawnictwo katolickie krakowskie „M” dostarczyło czytelnikowi polskiemu fajnej lektury biblistycznej w postaci książki autora amerykańskiego pastora i biblisty anglikańskiego, laureata nagrody Ratzingera (2013), Richarda A. Burridge’a pod tytułem „Cztery ewangelie, jeden Jezus” w bardzo udanym tłumaczeniu Wojciecha Fladzińskiego. Jest to właściwie publicystyka, niemal „felietonistyka”, „czytadło” niemal, znakomite wprowadzenie laików do uczonego tematu. Z taką właśnie tezą, że choć Temat jeden, to Jego portretów wiele – i dobrze, że wiele. W celu natomiast pewnie trochę apologetycznym, bo różnice w relacjach mogą rzucać cień na ich prawdziwość, oraz dydaktycznym, żeby życiorys Jezusa jakoś syntetycznie przedstawić, robiono z czterech biografii jedną. Pozwolę tu sobie na cytat kolosalny, ale fundamentalny przecież.

„Tradycyjnie Ewangelie uważano za biografie Jezusa. W dziewiętnastym wieku pojawił się typ biografii wyjaśniającej osobowość bohatera odebranym przez niego wychowaniem, okresem dojrzewania, edukacją, rozwojem psychologicznym itd. Ewangelie odbiegały od biografii tego typu. W trzeciej dekadzie dwudziestego wieku uczeni tacy jak Karl Ludwig Schmidt i Rudolf Bultmann odrzucili wszelkie poglądy uznające Ewangelię za życiorys Jezusa. Stali oni na stanowisku, że ewangeliści nie przejawiali zainteresowania osobowością, wyglądem ani charakterem Jezusa jako człowieka, nie mówili też niczego o Jego życiu poza krótkim okresem działalności publicznej z naciskiem na śmierć. Według Bultmanna, Schmidta i innych Ewangelie były popularną literaturą ludową, zbiorami opowieści przekazywanych ustnie. Takie podejście stało się znane jako „krytyka form”, gdyż skupiało się na „formach” czy „typach” poszczególnych opowieści ewangelicznych. Nie uznając Ewangelii za biografie Jezusa, określano je mianem « wyjątkowych » form literatury. To podejście na następne pół wieku zdominowało studia nad Ewangelią.

Od trzech, czterech dziesięcioleci odradza się jednak zainteresowanie ewangelistami w ich podwójnej roli: teologów i świadomych twórców literatury. I znowu pojawiło się pytanie o gatunek Ewangelii oraz ich miejsce w kontekście literatury pierwszego wieku. Proponowano wiele nazw, ale coraz częściej teksty ewangeliczne znów uważa się za biografie. Szczegółowa analiza porównawcza licznych starożytnych żywotów z jednej strony i Ewangelii z drugiej wykazuje wiele wspólnych cech gatunkowych. Z formalnego i strukturalnego punktu widzenia są napisane prozą narracyjną i liczą od dziesięciu do dwudziestu tysięcy słów, czyli tyle, ile mieściło się na typowym zwoju długości mniej więcej dziesięciu metrów. Do utworów prozatorskich podobnych rozmiarów należą antyczne romanse, monografie historyczne i właśnie biografie. W odróżnieniu od tych współczesnych żywoty grecko-rzymskie nie obejmują całego życia danej postaci (w ściśle chronologicznym porządku) z dogłębną analizą psychologiczną jej osobowości. Częstokroć mają one szczątkową chronologię: zaczynają się narodzinami bohatera lub jego wejściem na scenę publiczną, a kończą śmiercią; przestrzeń pomiędzy tymi wydarzeniami zapełniają wybrane historie, anegdoty, mowy, sentencje - wszystkie dostarczają jakichś informacji o przedstawionej postaci. Wobec powyższego to, że w Ewangeliach główny akcent pada na publiczną posługę Jezusa od chrztu do śmierci, nie odbiega zbytnio od antycznej praktyki.

Podobieństwo do grecko-rzymskich biografii Ewangelie wykazują również w warstwie treściowej. Zaczynają się od krótkiej wzmianki o genealogii, rodzinie lub miejscu pochodzenia bohatera, następnie mamy relację o jego przyjściu na świat, czasem anegdotę o wychowaniu, po czym zazwyczaj przechodzimy szybko do początku działalności publicznej w późniejszym życiu. Biografie dowódców, polityków lub mężów stanu opisujące ich wielkie czyny i cnoty trzymają się znacznie ściślej porządku chronologicznego niż żywoty filozofów, pisarzy czy myślicieli – na ogół bardziej anegdotyczne, z nastawieniem na prezentację poglądów oraz nauk bohatera. Chociaż autor może twierdzić, że podaje o bohaterze tylko informacje, często realizuje ukryte cele: jest apologetą (broni pamięci bohatera przed atakami innych), polemistą (dyskutuje z jego przeciwnikami) lub dydaktykiem (naucza o nim jego naśladowców). Podobnie Ewangelie, żeby wyjaśnić wiarę pierwszych chrześcijan, skupiają się na nauczaniu Jezusa i czynionych przez Niego znakach. Co do punktu kulminacyjnego: od piętnastu do dwudziestu procent ewangelicznego tekstu poświęconych jest ostatniemu tygodniowi życia Jezusa, Jego śmierci i zmartwychwstaniu; porównywalnie dużo miejsca zajmują opisy śmierci bohaterów w żywotach pióra Plutarcha, Tacyta, Korneliusza Neposa i Flawiusza Filostratosa. Dzieje się tak, gdyż w sytuacji kryzysowej bohater ujawnia swój prawdziwy charakter, przekazuje ostateczną naukę lub dokonuje najwspanialszego czynu. Dlatego można doszukać się wyraźnego podobieństwa pod względem formy i treści między biografiami antycznymi a Ewangeliami.”

Kawałek dalej autor podsumowuje: „Ewangelie są więc formą grecko-rzymskich biografii”. Z czego także wynika, że totalne kwestionowanie historyczności owych biblijnych ksiąg byłoby równie niesłuszne, jak twierdzenie, że bohaterów tamtych dzieł, Plutarcha i tp., nie było nigdy na świecie albo że mieli życiorys całkowicie inny.

Na koniec dodam tylko, że książka księdza Burridge’a ma podtytuł „Interpretacja symboliczna” i że autor wrócił do starożytnego nazwania czterech ewangelistów określeniami zoologicznymi, wywodzącymi się z Księgi Ezechiela 1,4-28, a potem Apokalipsy 4,7. Mateusz byłby zatem człowiekiem, Marek orłem, Łukasz wołem, Jan lwem według wcześniejszego pomysłu wschodniego, zachodni robi lwem Marka, Jana orłem. Burridge woli, by lwem był Marek, i w ten deseń charakteryzuje ewangelistów w swojej książce dalej. To też oczywiście ciekawe, zwierzęta kocham, zwierzakiem jest też jak wiadomo człowiek, niemniej co za dużo, to niezdrowo, zatem na tym mój wpis dzisiejszy, i tak długi, kończę.

Nie całkiem jednak, wracam do jego początku, do Łukaszowego połowu ludzi „żywcem”: jakże bardzo współcześnie brzmi ten przekład Ewangelii dosłowny.

17:09, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 11 stycznia 2015
Potężny delikatnością ogromną. „Jesus Charlie”

Księga Izajasza 42,3-4
„Nie będzie wołał ni podnosił głosu,
Nie da słyszeć krzyku swego na dworze.
Nie złamie trzciny nadłamanej,
Nie zgasi [ledwo] tlejącego się knotka.
On rzeczywiście przyniesie Prawo.
Nie zniechęci się ani nie załamie,
Aż utrwali Prawo na ziemi.” Biblia Jerozolimska polska.
„Dwór” tu w sensie „odkryta przestrzeń”, nie pałac władcy. A ogólny sens tekstu jest taki, że najpotężniejszy ten, który jest najdelikatniejszy. Czyli na przykład terroryści islamscy skazani są na ostateczną porażkę. Pan Bóg sprawiedliwy, choć Jego nierychliwość widoczna jest nieraz bardziej do czasu długiego dramatycznie. I tu taka refleksja. Kiedy migały mi przed oczami w telewizorze deklaracje solidarnościowe „Je suis Charlie”, dwa razy wydało mi się, że czytam „Jesus Charlie”. I wydało mi się nieidiotycznie. Owszem, Jezus był tam obrażany na równi z Mahometem, ale pamiętajmy, co powiedział z krzyża: ”Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34a). A przede wszystkim to, że jest przecież w każdym człowieku mordowanym.
Co do delikatności, wrażliwości, polecam również opowiadanie Konwickiego „Zwierzoczłekoupiór”. Zrobiło kiedyś na mnie wrażenie ogromne.

14:11, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
sobota, 10 stycznia 2015
Znowu o tej miłości

1 List Jana 4,20
„Jeśli by ktoś powiedział: - Miłuję Boga, a swojego brata nienawidził, kłamcą jest. Albowiem kto nie miłuje swego brata, którego widzi, nie może kochać Boga, którego nie widzi.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Przykazanie miłości Boga, zatem i bliźniego powtarza się w tej księdze biblijnej jak mantra. A oto coś na ten temat: tekst napisany przez autorkę francuską Danielle Sciaky, który przysłała mi zaprzyjaźniona zakonnica z tego kraju, siostra Marie Bernard, a ja przełożyłem, jak umiałem, niezbyt dosłownie. Jak kochać bliźniego czynem niejednym.
„Aby świat był piękniejszy, chciałabym, mój Boże, zapalić dzisiejszej nocy takie oto gwiazdki.
Gwiazdkę uważnego spojrzenia
żeby zapalić trochę światław sercu tych
których nie zauważa nikt.
Gwiazdkę uważnego słuchania
żeby zrobiło się trochę cieplej
w sercu tych
dla których nikt nie ma czasu.
Gwiazdkę dobrego słowa
żeby sprawić trochę radości
paroma zdaniami
zachęty, podziękowania, czułości.
Gwiazdkę wzajemnej usługi
żeby obdarować się trochę
rękami, które podajemy sobie
wspólnie pracując, w tej pracy się łącząc.
Gwiazdkę świeżego powietrza
żeby pooddychać głęboko
żeby głęboko odczuwać
cuda, które nas otaczają.
Chciałabym, Boże mój, zapalić kilka małych gwiazdek, aby prowadziły do Ciebie nasz świat.”

16:58, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 stycznia 2015
My, ludzie raczej niemężni

Ewangelia Marka 6,49-50
„Widząc Go kroczącego po morzu, sądzili, że to widmo i krzyczeli; wszyscy bowiem zobaczywszy Go przerazili się. Ale On natychmiast zwrócił się do nich i powiada: - Bądźcie mężni, to JA JESTEM, nie bójcie się! I wstąpił do nich do łodzi, a wiatr ustał.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Współtłumacz nasz i redaktor naszych kolejnych tomików, które złożyły się w końcu na cały Nowy Testament, ksiądz profesor Mieczysław Kwiecień wprowadził do tekstów powyższe „wersaliki”, czyli duże litery. W ten sposób Jezus nie przedstawił się po prostu, nie powiedział, że nie jest widmem i tyle, lecz zaznaczył swoją boskość słowami podobnymi do tych, których użył IHWH wobec Mojżesza na Synaju. W ten sposób uspokoił przestraszonych, także zapewne silnym wiatrem (w perykopie Mk 4,35-41 mowa jest wyłącznie o meteorologicznej przyczynie strachu). Myśmy jednak niemężni na ogół i tylko czasem, gdyśmy w formie doskonałej, gdy się raz wreszcie wyśpimy porządnie, nie lękamy się byle czego. Albo kiedy wierzymy naprawdę, że On JEST.

13:25, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 08 stycznia 2015
Cuda zdarzają się i zdarzały. Kardynała Kaspera sprzed lat wielu poglądy

Ewangelia Marka 6,34-44
Rozmnożenie pięciu chlebów i dwóch ryb tak wielkie, że nakarmionych zostało pięć tysięcy mężczyzn (Marek o kobietach nie pisze).
Refleksję na ten temat zacznę od wspomnienia tekstu we wczorajszym dodatku medycznym do „GW” pt. „Tylko Zdrowie”. Dr Anna Kłodzińska, lekarz rodzinny ze Szczecina, nie pisze nic o konflikcie jej kolegów z ministrem Zdrowia, zajmuje się zdrowiem, ale swojej córki. 18 lat temu została ona wyleczona z choroby nowotworowej, z guza wielkości 4-5 cm, w sposób zgoła niezwykły. „Zbliżała się Wigilia, ten czas minął mi, mojej rodzinie i moim przyjaciołom w atmosferze modlitwy. Bóg nas wysłuchał. Kiedy zrobiono USG, okazało się, że guza nie ma!” Bardzo podobną historię rodzinną usłyszałem w zeszłym roku z ust żony mojego przyjaciela: również groźny nowotwór, również modlitwa, również córeczka okazała się nagle zdrowa.
Oczywiście możliwe są różne interpretacje: człowiek jest istotą psychofizyczną, psychika niewątpliwie oddziałuje na fizjologię i zawsze można powiedzieć, że żadnego cudu nie było, czyli rzecz była zgodna z naturą. Bo też faktycznie owa natura widzi się nam dzisiaj o wiele mniej jasno niż wtedy, gdy Tomasz z Akwinu definiował cud jako wydarzenie z nią niezgodne. Teologowie wracają zatem dzisiaj do Augustyna, który mówił, że cudem jest wszystko, co uczynił Stwórca. I definiują cud jako znak Boży dla konkretnego człowieka: wystarczy jakaś niezwykłość wydarzenia oraz „kontekst religijny”, czyli właśnie modlitwa. A wiem o przypadku niezwykłego zniknięcia nowotworu zapewne bez owego kontekstu.
Ale cuda czynione przez Jezusa? Jak kiedyś dawniej, zajrzałem do dzieła „Jezus Chrystus” Waltera Kaspera (rok wydania w Niemczech 1981, w Polsce, w Instytucie Wydawniczym „Pax” dwa lata później). Jest tam oczywiście także nasz temat. Stanowisko autora przewodzącego dzisiaj skrzydłu reformatorskiemu jest jak na teologię zachodnią, dużo odważniejszą niż polska, umiarkowane. Kasper pisze zatem, że „ wiele opowieści o cudach zawartych w ewangeliach musimy określić jako legendarne”. Brzmi to w uszach Polaka katolika rewolucyjnie, parę zdań dalej są jednak takie oto: „Mimo to błędem byłoby wnioskować, że nie ma żadnych historycznie uzasadnionych cudów Jezusa. Prawdą jest coś przeciwnego. Chyba nie ma żadnego poważnego egzegety, który by wątpił w podstawowy trzon cudownych cudów Jezusa”. Mamy dalej argumenty za historycznością wielu cudów w ewangeliach opisanych - chociaż nie wszystkich. Kasper pisze bardzo ostrożnie, że „tak zwanych cudów wobec natury z pewną dozą prawdopodobieństwa nie ma potrzeby uznawać za historyczne”: chodzi tu o wskrzeszenia i cuda wobec żywiołów natury, pewnie także o takie, jak ten opisany w tekście dzisiejszym. Z hasła cuda w „Encyklopedii Katolickiej” można dowiedzieć się, ze niektórzy teologowie zachodni byli tu bardziej zdecydowani. Napisałem „byli”, nie „są”, bo hasło było pisane tak jak i książka Kaspera lat temu wiele, a człowiek tym się różni od krowy, że poglądy zmienia, naukowiec zaś, że zbytnią pewnością siebie on szczególnie nie powinien grzeszyć.
A w sprawach cudów Jezusa niekategoryczność sądów jest potrzebna nade wszystko, bo tajemnicą jest tak owa natura stworzenia, historia sprzed lat dwóch tysięcy, jak i natura samego Jezusa. To trzecie przy założeniu chyba oczywistym, że moc sprawcza ludzi bardzo różna bywa, nieraz bardzo wielka. Tamte daty powstania książek zaznaczyłem nie w celu nachalnie apologetycznym: wcale nie po to, żeby sugerować, iż  teologowie tamci dzisiaj historyczności żadnych cudów Jezusa może już nie kwestionują. Chodziło mi tylko o to, by jakiś zdrowy agnostycyzm, tak zwany sceptycyzm metodologiczny w głowach czytelniczych zasiać. Na koniec przypomnienie istotne, że w tamtych czasach reportaży historycznych nie pisał nikt, nikt nie unikał w swojej narracji szczegółów dodanych po to, by tezę swoją jakoś nimi wzmocnić. Ewangeliści z księżyca nie spadli na pewno, co jednak nie znaczy, że zmyślali wszystko.

14:54, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
środa, 07 stycznia 2015
Religia czwartego króla

1 List Jana 3,23
„A to jest Jego przykazanie, żebyśmy wierzyli w imię Syna Jego, Jezusa Chrystusa, i kochali siebie nawzajem - takie przykazanie nam dał.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Mamy czasem skłonność narzekać: przykazania, czyli wymagania, pretensje kościelne nieustanne... Zważmy jednak spokojnie, o co one są: przecież o sprawy oczywiste. Mamy wierzyć w Jego imię i kochać się nawzajem. Otóż ta wiara w Jego imię, czyli coś, co mówi, kim On jest (Jehoszua znaczy „Pan zbawia”), to religia szczególna: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili”. A piszę to także pod wrażeniem legendy o czwartym królu albo raczej mędrcu Artabanie, którą przypomniała mi wczorajsza radiowa Jedynka Familijna. Spóźnił się on do Jezusa o 33 lata, bo zatrzymywały go wciąż pilne potrzeby bliźnich, i z depresji wyciągnęło Go dopiero Jego wyjaśnienie, że owi bliźni to był On sam.
Wszystkim polskim chrześcijanom wschodnim świętującym według kalendarza juliańskiego na dzisiejszą uroczystość Bożego Narodzenia składam życzenia najlepsze.

12:26, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
wtorek, 06 stycznia 2015
Mało kto jest prorokiem we własnym kraju

Ewangelia Mateusza 2,1-12
Dzisiaj u wszystkich chrześcijan posługujących się kalendarzem gregoriańskim uroczystość zwana na Zachodzie Epifanią albo po polsku Objawieniem Pańskim, na Wschodzie raczej Chrztem Pańskim, jako że u prawosławnych i unitów łączy się wspominanie objawienia się Dzieciątka Mędrcom z pierwszym wystąpieniem Jezusa publicznym, tamtym nad Jordanem. Świętują również „gregoriańscy” Ormianie, tyle że u nich nie ma w ogóle święta w końcu grudnia: zgodnie z najstarszą tradycją jest tylko wspólna uroczystość dzisiaj.
Nazwa „Trzech Króli” jest oczywiście nazbyt potoczna, bo i liczba przybyszów ze Wschodu nie z Biblii pochodzi, i nazwanie ich monarchami zgoła nie stamtąd. Owi „magoi” to już o wiele bardziej mędrcy, czyli w tamtych miejscach i czasach astrologowie, choć wyczytałem gdzieś, że Herodot rozumiał przez to szczep irański, a Arystoteles uczniów Zaratustry. W każdym razie byli to prominenci ze Wschodu, a nie z Południa, Murzyn do tej trójki nie pasuje, choć mamy go w jasełkach i w coraz popularniejszych u nas nazbyt jasełkowych Orszakach Trzech Króli. Napisałem, że Mędrcy ewangelijni byli, czyli było to wydarzenie historyczne? Bibliści niektórzy skłonni są wątpić. Na pewno natomiast przesłanie teologiczne jasne jest jak owa gwiazda betlejemska: oto ogromne autorytety ówczesnego świata pozażydowskiego pokłoniły się Jezusowi, natomiast „Herod i cała Jerozolima z Nim” odrzuciły go już wtedy, gdy się dopiero urodził. W Ewangelii Mateusza widać już tutaj konflikt młodziutkiego Kościoła z Synagogą, odciska się na ewangelijnym tekście wyraźnie.
Może być jednak dzisiaj również komentarz ogólnoludzki, inspirowany późniejszymi słowami samego Jezusa, powtarzanymi potem potocznie jako swoiste przysłowie: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Za dużo jest zawsze takich, co pytają, dlaczego on, a nie ja. A wtedy każdy Żyd chciał być Mesjaszem, kimś - uważano - jakoś nadludzkim, a już szczególnie ktoś ze szczytu religijnej władzy. Na pewno nie mógł nim być jakiś przybłęda z Galilei.
PS. Dzisiaj też dzień pamięci o misjach. Ja pamiętam szczególnie o księdzu Edwardzie Michowskim, który po długim pobycie „in partibus infidelium” duszpasterzuje już (a może i misjonuje) w Polsce, w Laskowicach Pomorskich i tam założył Pokój Mertona, ośrodek myśli wielkiego trapisty amerykańskiego.

11:41, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015
Świat – co to? Przegląd periodyków: „Kontakt”, „Znak”, „W drodze”...

1 List Jana 3,13
„Nie dziwcie się, bracia, jeśli świat was nienawidzi.” Biblia Tysiąclecia.
Czyli piosenka kościelna prastara, nad Wisłą najchętniej śpiewana, od złym świecie i dobrym Kościele. Czytajmy jednak list Janowy dalej: na czym złość świata polega? „Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą”, czyli światowość to jednak nieprzestrzeganie zasad etycznych jakoś ogólnoludzkich, niekoniecznie zaraz specyficznie chrześcijańskich czy wręcz katolickich i nie tylko przez niekatolików łamanych. To nauczanie papieża Franciszka, który z powodu podobnej pedagogii jest tak popularny w środowiskach zwanych lewicowo-liberalnymi (na temat tego określenia napiszę kiedy indziej). Nie chodzi o to, by tamtą specyfikę zacierać, ale by przez przeakcentowanie jej nie zadzierać z inaczej myślącymi i czującymi, z którymi przychodzi nam żyć obok siebie. Zgadzam się z panią Ewą Woydyłłą, z którą rozmawia Jarek Mikołajewski w sobotnim „MiŚ-u”, że „humanizm nie wyklucza religii. Humanizm jako konieczność, religia jako opcja. Niech każdy wierzy, w co chce, ale wiara jest kwestią osobistą, w której nikt nie jest odpowiedzialny przed nikim. Tylko przed sobą. W humanizmie zawiera się sama istota ziemskiej, międzyludzkiej odpowiedzialności – w opiece i sprzeciwie.” Ale autorka zaznacza, że „humanistyczne zachowania, życie w trudnej odpowiedzialności za innych i wobec innych nakazuje zresztą również Pismo Święte”.
Nawet przede wszystkim! Co więcej, w Biblii ów imperatyw etyczny chodzi w parze z indykatywem zbawczym, czyli wiarą, że w tej praktyce etycznej nie jesteśmy sami. Chodzi w parze z – mówiąc modnie – „narracją”, iż istnieje Absolut etycznego dobra, który zapewnia tego dobra ostateczne zwycięstwo, czyli, mówiąc teologicznie, zbawienie. Humanizm plus nadzieja...
Weekendowe notatki z lektury.
Było jej dużo, zacznę od „młodokikowskiego” kwartalnika „Kontakt”. Numer 26, jak zawsze kapitalnie ilustrowany, zatytułowany kalamburowo „Zielone pojęcie”, czyli pojmowanie problemów ekologii. Pierwszy tekst franciszkanina, Stanisława Jaromiego, pod tytułem „Na straży stworzenia” i pod lidem: „Franciszkowe braterstwo uniwersalne, to znaczy otwartość na świat pozaludzki i gotowość do dialogu z całym stworzeniem, jest też nowym sposobem patrzenia na drugiego człowieka, rodzącą solidarność identyfikacją z ubogimi.” Tu już mamy nie tylko Franciszka z Asyżu i jego zakonników, także jezuitę Franciszka z Argentyny, autora encykliki „w tym temacie”, która podobno już prawie gotowa. Bo też Ameryka Południowa rym to puszcza brazylijska, gdzie drzewa i tubylcy to wspólny problem jeden. Autorów różnych środowiskowo w „Kontakcie” od Sasa do lasa, także Krzysztof Śliwiński, kolega mój z tegoż KIK-u, co kawał życia spędził z kolei w Afryce i przejmująco opowiada między innymi o tamtejszej rodzinie, wielożeństwie wynikłym z biblijnego prawa lewiratu. O młodym człowieku, który ma dwie żony dużo starsze od niego, owdowiałe małżonki jego starszego brata. Solidarność familijna jakże inna od naszych pojęć, obyczajów, także religijnych aksjomatów. I jak tu głosić chrześcijańską oraz też liberalną monogamię...
Z nowego, już styczniowego numeru „Znaku” zapamiętałem najbardziej tekst Agaty Listoś-Kostrzewy o pastafarianach, czcicielach Kościoła Latającego Potwora z Spaghetti, dzisiejszych ateistycznych racjonalistach prześmiewczych. Naczelna redaktor Dominika Kozłowska kończy tak swoje myślenie: „Największym wyzwaniem dla Kościoła nie jest dziś proponowana zmiana zasad finansowania państwa ani rozwiązania równościowe będące w oczach części katolików zakamuflowaną postacią « ideologii gender » , lecz uwiąd wyobraźni religijnej”. Na mój gust ostry to jakiś uwiąd intelektualny na eklezjalnych szczytach polskich. Co prawda, z ostatniego listu Episkopatu zdanie o latającym potworze Genderze na szczęście wyleciało, ale nie widzę hic et nunc świadomości, że dzisiaj potężnie główkować trzeba. Slogany religijne wyrzućmy do kosza, nie mówiąc o pohukiwaniach gromkich.
Następnie też styczniowy miesięcznik dominikański „W drodze”. Rozpoczyna się pytaniami „dlaczego Bóg lubi seks?” i „co wolno w małżeńskiej sypialni?” Jezuita, psychoterapeuta Jacek Prusak, redaktorka „Więzi” Ewa Kiedio i psychoterapeutka Barbara Smolińska mówią o tym, co w łóżku, jak na katolicką Polskę śmiało. Widać potrzebne jest oczywiste dla mnie stwierdzenie Prusaka, że „kiedy w momentach największej bliskości wyrywa nam się: « O Boże » , pamiętajmy, że może to być nasza modlitwa”, ale przydają się też pytania intymne redaktorki na temat pettingu, jak też oczywiście jej rady, jak nie być we wspólnej łożnicy samolubem albo samolubką.
Prowincjał dominikanów Paweł Kozacki popełnił w tym numerze organu swego śmiały tekścik z takim zdaniem: „Grupa wiernych niezadowolona z decyzji biskupa dotyczącej ich parafii chciała się z nim spotkać w kurii, by wyrazić swoje zdanie. Zostali odprawieni z kwitkiem, a na odchodne usłyszeli, że biskup nie będzie z nimi rozmawiał, bo nie mówią w swoim imieniu”. No właśnie. Ale Domini canes, czyli psy Pańskie szczekają, a karawana kościelna spokojnie idzie dalej. Może jednak nie na wieki wieków.
PS. Nie mogę nie zareklamować również wczorajszego „Tygodnika Powszechnego”, gdzie celnych tekstów na mój eklezjalny temat w tak zwany bród. O konwencji o zapobieganiu przemocy – żeby ją ratyfikować, o kobietach i kościelnych funkcjach – żeby je do nich dopuścić, o Benedykcie XVI, że nie chce być papieżem równoległym (raczej równoczesnym) -ale to tworzy się jakoś samo.

19:14, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 stycznia 2015
Słowo Boże w namiocie

Ewangelia Jana 1,14
„I Slowo ciałem się stało,
i rozbiło namiot wśród nas.”
Przekład dosłowny, taki jest przede wszystkim w tłumaczeniu filologicznym Popowskiego i Wojciechowskiego oraz w naszym EPP. Tak, Słowo jest jakby w namiocie, nieosłonięte murami, narażone na ataki, ale nieodgrodzone od nas niczym. Zaglądajmy doń, także do Jego zapisu, jaki mamy w Biblii.

09:56, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
sobota, 03 stycznia 2015
Jak gołębica

Ewangelia Jana 1,32
„Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim”
Biblia Tysiąclecia.
No właśnie, nie jak gołębica, nie jak jastrząb. Na zarozumiałych przedstawicieli żydowskiej władzy Jezus często grzmiał, ale tych, co byli od niej daleko, pokornych „celników i grzeszników”, traktował raczej łagodnie.

08:28, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 stycznia 2015
Wołajmy łagodnie, wzorem Taize

Ewangelia Jana 1,23
„Jestem głosem wołającego na pustyni.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Sławne słowa Jana Chrzciciela. Zapamiętane w wersji Wujkowej, czyli zlokalizowane na puszczy, bo pustkowiem była w on czas w Polsce ogromna przestrzeń leśna, oznacza potocznie wołanie niesłyszane, więc nieskuteczne. Sens ewangelijnego logionu jest oczywiście inny, niemniej ewangelizować można w różny sposób. Jan grzmiał groźnie, jak tamtocześni prorocy, dzisiaj jednak skuteczniejszy jest na ogół język bardziej gołębi. Na przykład taki, jaki z dużym powodzeniem wśród młodzieży stosuje Wspólnota Taize. Delikatność, łagodność, wrażliwość, przesłanie pozytywne: zaufanie i pojednanie.
Zakończyło się właśnie Europejskie Spotkanie Młodych w Pradze. Przeczytałem w serwisie KAI, że przeor Wspólnoty brat Alois podziękował Kościołom i władzom za nich wkład w dobry przebieg spotkania. Zaznaczył, że Chrystus oddał swoje życie, aby wszystkich ludzi zgromadzić w jedną rodzinę, a swoich wyznawców wzywa, by stawali się znakami pokoju w świecie. „Pojednanie między chrześcijanami jest pilną koniecznością właśnie dlatego, żeby taki znak nabrał mocy” - stwierdził przeor Taizé. Wskazał, że chrześcijanie muszą pilnie odpowiedzieć na pytanie, jak okazać swym życiem, że możliwa jest jedność z poszanowaniem pluralizmu. „Zawsze będą istnieć różnice między chrześcijanami; pozostaną one zachętą do szczerego dialogu, mogą również nas wzajemnie wzbogacać. Czy nie nadszedł jednak czas, by najważniejsza stała się wynikająca z chrztu wspólna dla wszystkich tożsamość, która już jednoczy nas w Chrystusie?” - zapytał brat Alois. Nawiązując do przypadającej w lipcu bieżącego roku 600. rocznicy śmierci Jana Husa zakonnik stwierdził, że jego nieskazitelnie uczciwa osobowość skłania wszystkich do nawrócenia i pojednania. Podkreślił, że jedność jest wyłącznie darem Bożym. Zastawiając się nad tym, w jaki sposób znaleźć się pod jednym dachem, zasugerował sześć możliwości. Pierwsza to tworzenie z sąsiadami i członkami rodziny swego rodzaju „podstawowych wspólnot”, żeby się razem modlić, pomagać sobie wzajemnie i bardziej się do siebie zbliżyć. Druga – intensyfikacja istniejącego już współdziałania wspólnot różnych wyznań. „Każda wspólnota mogłaby robić razem z chrześcijanami innych wyznań wszystko, co można zrobić wspólnie, i nie robić niczego, nie licząc się z nimi” - zaproponował brat Alois. Trzecia propozycja to sprawienie, aby katedry czy główne kościoły miast były domami wspólnej modlitwy dla wszystkich mieszkających tam chrześcijan. Czwarta dotyczy łączenia dialogu teologicznego oraz refleksji etycznej poszczególnych Kościołów ze wspólną modlitwą. Piąta - zachęty do przyjęcia przez wszystkie Kościoły posługi jedności sprawowanej przez Biskupa Rzymu. „Czy nie można by rozpoznać w nim kogoś na podobieństwo sługi, który czuwa, żeby między braćmi i siostrami przy całej ich ogromnej różnorodności panowała zgoda? Czy nie byłoby do pomyślenia przyjęcie tego, że Kościoły w różny sposób odnoszą się do tej posługi?” - pytał przeor Taizé. Ostatnia - szósta - dotyczyła przemyślenia możliwości przyjmowania Eucharystii przez tych, którzy pragną jedności i wierzą w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, bowiem nie jest ona wyłącznie zwieńczeniem jedności, ale również drogą do jedności. „Zaufajmy Duchowi Świętemu, żeby poprowadził nas ścieżkami, których jeszcze nie znamy. Jego natchnienia przygotowują nas, byśmy się stawali wiarygodnymi świadkami komunii” - zakończył swoje rozważanie brat Alois. Rano uczestnicy 37 Europejskiego Spotkania Młodych wzięli udział w Eucharystii w goszczących ich parafiach. Zapewne niejeden uczestnik niekatolik przyjął tam Komunię w świątyni rzymskokatolickiej.
A co do wrażliwości brata przeora, to wspominam coś, co mi opowiadała jedna Polka o spotkaniu z nim parę lat temu. Był duży śnieg, co też było przedmiotem komentarzy. Polka nie wiedziała, z jak śnieżnego kraju Alois pochodzi, więc go o to zapytała, na co on odpowiedział, że jest Niemcem jakby speszony. Odprężył się, gdy powiedziała, że zatem śnieg to dla niego nic nadzwyczajnego, i tylko przyznał, że raczej nie w takiej ilości. Otóż nie sądzę, by każdy Niemiec miał dzisiaj podobne narodowe kompleksy. Tak wrażliwe jest właśnie Taize.

21:40, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum