Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 30 stycznia 2014
Nie oślepiać. Luter nie był zgoła diabłem

Ewangelia Marka 4,21
”I rzekł im: - Czy po to wnosi się lampę, aby ją stawiać pod korcem albo pod łóżkiem? Czy raczej nie po to, by ją postawić na świeczniku?”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Bywają jednak lampy, które oślepiają. Na przykład gdy ludziom dalekim od Kościoła bezceremonialnie świeci się w oczy światłem Krzyża czy w inny równie triumfalistyczny sposób manifestuje się swoją religijność, aby tylko przypodobać się kościelnej hierarchii. Ludzie owi nie wiedzą wtedy nic z Ewangelii.
Trwają jeszcze styczniowe modlitwy o Jedność: napisało mi się taki megafelieton do dwumiesięcznika ”Bunt Młodych Duchem”. Ukaże się tam nie zaraz, zatem go tu wpisuję.
Notatnik starszego ekumenisty
Więcej nas łączy, niż dzieli
LUTER NIE BYŁ ZGOŁA DIABŁEM
Było to ze dwadzieścia lat temu. Po pogrzebie pisarza Władysława Terleckiego, w którym nie brałem udziału, spotkałem profesora polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, krytyka literackiego, poetę Jacka Łukasiewicza. ”Jasiu – pyta mnie – kto to był ten ksiądz, kto miał tam kazanie? – Skąd mogę wiedzieć? – Znasz go na pewno, znasz wszystkich księży, on jest spod Warszawy. – Jacku, pod Warszawą jest dużo księży. – Tak, ale tego znasz na pewno, pisuje w „Wyborczej”, jak to on się nazywa? Jakoś tak: Niemiec, diabeł... O, już wiem: Luter!” Jacek jest człowiekiem bardzo otwartym myślowo, ekumenicznie jakoś oświeconym, ale miał wtedy w podświadomości tradycyjny polski obraz niemieckiego kościołożercy, polakożercy, demona prawie. A skąd nazwisko rzymskokatolickiego polskiego imiennika, Lutra Andrzeja? Zapewne niemieccy osadnicy na ziemiach polskich w dawnych wiekach nosili przezwisko, które z czasem nazwiskiem się stało.
Wracam do doktora Marcina. Otóż za trzy lata przypadnie rocznica już pięćsetna jego historycznego wystąpienia. W roku Pańskim 1517, 31 października, ogłosił on swoje 95 tez teologicznych na temat odpustów. Nie jest całkiem pewne, czy przybił je – jak głosi legenda – na drzwiach kościoła w Wittenberdze, na pewno jednak od podobnego wydarzenia zaczęła się nowożytna historia zachodniego chrześcijaństwa. Zaczął się jego wielki rozłam.
OD KONFLIKTU DO KOMUNII
Taki tytuł nosi raport Luterańsko-Rzymskokatolickiej Komisji Dialogu do Spraw Jedności. Nie mogła ona nie zamyślić się nad tym, co się kiedyś stało i jak na to patrzeć, kiedy tymczasem tyle się zmieniło. Za trzy lata będziemy bowiem wspominać rocznicę radośniejszą. W roku 1967 rzeczona komisja rozpoczęła działalność. Nie próżnowała. Dopracowała się aż dziewięciu dokumentów. Nie przynudzę chyba, gdy wymienię ich tytuły: „Ewangelia i Kościół”, „Wieczerza Pańska”, „Drogi do wspólnoty”, „Wszyscy pod jednym Chrystusem”, „Urząd duchownego w Kościele”, „Marcin Luter – świadek Jezusa Chrystusa”, „Jedność przed nami”, „Kościół i usprawiedliwienie”, „Apostolskość Kościoła”. Raport, który tu będę referował, stanowi – jak sądzę – swoistą syntezę tamtych, jest ich smacznym owocem. Tak, jak jest ich owocem dokument podpisany na szczeblu wyższym niż komisja wspólna, przez przedstawicieli całego Kościoła rzymskokatolickiego i całej Światowej Federacji Luterańskiej: „Wspólna Deklaracja o Usprawiedliwieniu”, firmowana 31 października roku Pańskiego 1999.
LUTER CZŁOWIEK MODLITWY
O owym usprawiedliwieniu będzie dalej sporo, najpierw jednak o tym, skąd moja o owym raporcie wiedza dokładna. Otóż zadbali chwalebnie o jego udostępnienie Polkom i Polakom luteranie polscy. Przetłumaczył na nasz język redaktor portalu ekumenizm.pl Dariusz Bruncz, wydrukowało luterańskie Wydawnictwo „Warto”, słowo wstępne napisał biskup krajowy tego Kościoła, ks. Jerzy Samiec, i wspólnota ta zorganizowała międzywyznaniowy panel promocyjny na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, a raczej po prostu u siebie, bo swój lokal centralny w Warszawie tej uczelni międzywyznaniowej gościnnie użycza.
Marcin Luter był zatem Niemcem, a jakże, jedną z największych postaci tego narodu. Nie diabłem natomiast: ”poważnym, religijnym i sumiennym człowiekiem modlitwy”. W raporcie Komisji czytamy również inne słowa bardzo ważne: „Luter przełamał w sobie katolicyzm, który nie był w pełni katolicki”. To, co gwałtownie krytykował, nie było – powiem moimi słowami – rzymskokatolicką ortodoksją.
Chrześcijaństwo zachodnie przeżywało wówczas potężny kryzys. Reformą Kościoła zajmowały się, owszem, sobory późnego średniowiecza, szczególnie ten w Konstancji, oraz praktycznie każdy Sejm Świętego Cesarstwa Rzymskiego (idea rozdziału Kościoła i państwa zrodziła się znacznie później). Termin łaciński „reformatio” padał bardzo często, sam Luter używał go natomiast rzadko. Raport przedstawia syntetycznie historię jego sporu z ówczesnymi władzami Kościoła zachodniego. Można by chyba powiedzieć, że była to rozmowa głuchych. Główny przedstawiciel papiestwa kardynał Cajetan starannie przestudiował dwa pisma Lutra i sporządził nawet do nich traktaty, „interpretował jednak jego teksty w ramach własnego systemu pojęć i źle zrozumiał jego w kwestii pewności wiary, nawet jeśli prawidłowo przedstawił szczegóły Lutrowego stanowiska. Z kolei Luter nie znał teologii kardynała Cajetana. Podczas przesłuchania, które umożliwiało jedynie ograniczoną dyskusję, kardynał nakłaniał Lutra do odwołania poglądów. Przesłuchanie to nie dało Lutrowi możliwości zrozumienia stanowiska kardynała”. Raport powiada, iż „to ogromnie smutne, że dwóch tak wspaniałych teologów XVI wieku spotkało się podczas procesu o herezję”. Takie to były jednak czasy, różnice poglądów usiłowano niwelować, jak dzisiaj postępuje się z mordercami, a nawet gorzej, bo dziś mają oni lepsze możliwości obrony. Na szczęście Luter miał wśród możnych świata niemieckiego zbyt wielu zwolenników, by spłonąć na stosie, jak to się stało z Janem Husem decyzją Soboru w Konstancji, zapłonęła natomiast z czasem wojną cała środkowa Europa.
CO Z TYM USPRAWIEDLIWIENIEM?
Raport stwierdza: „Analizy historyczne teologów rzymskokatolickich pokazały, że to nie główne myśli Reformacji – jak np. nauka o usprawiedliwieniu – doprowadziły do podziału Kościoła, ale raczej Lutrowa krytyka ustroju Kościoła”. Niemniej problem usprawiedliwienia (inna nazwa zbawienia) uznano dzisiaj po obu stronach za sprawę pierwszorzędną, a łatwiejszą do uzgodnienia. Spróbuję tę rzecz krótko, a jasno wytłumaczyć. Bez cytatów jednak się nie obejdzie. Oto paragraf 124 komisyjnego raportu, gdzie z kolei zacytowana jest tamta deklaracja o usprawiedliwieniu.
„Katolicy i luteranie wspólnie wyznają: »Tylko z łaski i w wierze w zbawcze działanie Chrystusa – a nie na podstawie naszych zasług – zostajemy przyjęci przez Boga i otrzymujemy Ducha Świętego, który odnawia nasze serca, uzdalnia nas i wzywa do dobrych uczynków«. Wyrażenie »tylko z łaski« wyjaśniano w dalszej części następująco: »Orędzie o usprawiedliwieniu powiada nam, że jako grzesznicy nasze nowe życie zawdzięczamy wyłącznie miłosierdziu Bożemu, które rodzi przebaczenie i wszystko czyni nowe; miłosierdzie to możemy otrzymać jako dar i przyjąć w wierze, nigdy natomiast – w jakiekolwiek formie nie możemy na nie zasłużyć«”.
Tu taka moja myśl własna: mamy na ogół skłonności ”pelagiańskie” (od imienia teologa starożytnego Pelagiusza), wydaje nam się, że możemy sami poradzić sobie ze sobą, czyli się zbawić. Otóż jest to pogląd głęboko błędny według tak luteranizmu, jak i katolicyzmu. Bez Boga nic, dobre uczynki również. Chyba jednak nie uproszczę nadmiernie sprawy, gdy napiszę, że luteranie (i w ogóle ewangelicy, czyli protestanci) akcentują mocniej działanie Boga, Jego łaskę, rolę zbawczą wiary niż działanie nasze, nasze uczynki. Niemniej – raport cytuje tu znowu tamtą wspólną deklarację doktrynalną – „wciąż istniejące różnice są dopuszczalne. Chodzi tu o różnice, które dotyczą języka, teologicznej formy i odmiennego rozłożenia akcentów w rozumieniu usprawiedliwienia.”
Trzeba zaznaczyć, że tak luteranie jak i katolicy pojmują wiarę nie tylko jako „afirmatywną wiedzę, lecz także jako zaufanie serca, zbudowane na Słowie Bożym”. Pojęta inaczej wiara – tylko jako afirmacja doktryny – nie mogłaby być podstawą konsensusu obu wyzwań, bo dla luteranów to rzecz podstawowa. Tak jak i to, że człowiek jest grzesznikiem - usprawiedliwionym.
Na tamtym panelu niemiecki teolog luterański prof. Theodor Dieter zakończył swój referat przypomnieniem słów papieża Franciszka. Gdy w wywiadzie dla pism jezuickich zapytano go, w jaki sposób przedstawiłby się innym ludziom, nie powiedział: „Jestem biskupem Rzymu” lub „jestem następcą św. Piotra” lub „przewodzę Kościołowi powszechnemu”, lub „jestem zastępcą Chrystusa na ziemi”. Odpowiedział natomiast: „Najlepsze podsumowanie, jakie przychodzi mi na myśl, z głębi mojego serca i które uważam za najodpowiedniejsze, brzmi: jestem grzesznikiem, na którego spojrzał Pan.” Profesor Dieter skomentował, że równie dobrze mógłby to być cytat z Lutra. „Wiemy, że Luter definiuje przedmiot teologii następująco: grzeszny człowiek i usprawiedliwiający Bóg, a teraz słyszymy to jako autoprezentację papieża. Trudno nie myśleć o tym, co by się wydarzyło, gdyby Luter miał możliwość spotkać się z takim papieżem.”
Zaprawdę Bóg pisze po liniach bardzo, bardzo krzywych. Musiało tak być? Niepojęte są Jego drogi. Jest taka myśl, że może chciał, by w ten sposób nie zaginęły jakieś duchowe wartości. Nie można jednak było tego zapewnić inaczej? A no cóż, człowiek ma wolną wolę i właśnie jest grzesznikiem: był nim tak Luter, jak i ówczesny papież Leon X. I to też jest coś, co do czego zgodni są tak luteranie, jak i katolicy „rzymscy”.
W następnym numerze na podstawie tego samego dokumentu o dogadywaniu się na temat Eucharystii, Urzędu, Pisma Świętego i Tradycji.
Jan Turnau ”Gazeta Wyborcza”

13:24, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
środa, 29 stycznia 2014
Czy budować Świątynię? Ród Dawida wyda Mesjasza. Czy Franciszek był kapusiem?

2 Księga Samuela 7,4-17
Mamy tu słowa, które Pan skierował do proroka Natana: o tym, że Bóg nie dopominał się o zbudowanie Mu świątyni, wystarczał Mu namiot, nie oczekuje dalej od Dawida takiej dla siebie budowli. Natomiast sam zbuduje dom Dawidowi, nie materialny – chodzi o dynastię, ale i o coś, kogoś więcej. Bibliści twierdzą, że mamy tu pierwsze z proroctw mesjańskich, zapowiedź pojawienia się w rodzie Dawida owej postaci szczególnej. Co do budowania przyszłej świątyni jerozolimskiej, to Tysiąclatka zwraca uwagę na tendencję myślową wrogą takiemu pomysłowi: na przykład w Księdze Królów 8,27 mam obiekcję samego budowniczego Salomona: „Czy jednak naprawdę zamieszka Bóg na ziemi? Przecież niebo i niebiosa najwyższe nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą Ci zbudowałem.” Z kolei Poznanianka odsyła do 1 Księgi Kronik 22,7-8: Dawid wyjaśnia tam Salomonowi, że on sam zbyt wiele krwi przelał w życiu, by być godnym świątynię Boga budować. Niemniej budowla stanęła.
Lektura niebiblijna, historyczno-aktualna. Gdy 13 marca Roku Pańskiego 2013 wybrano na biskupa Rzymu pewnego kardynała z Argentyny, natychmiast odezwały się podejrzenia: jak się zachowywał, gdy tam szalała junta? Bo podobno bardzo nieładnie. Na dwóch swoich braci zakonnych, jezuitów, rzekomo wręcz doniósł. Kieleckie katolickie wydawnictwo ”Jedność” przetłumaczyło książkę dziennikarza włoskiego Nella Scava pod polskim tytułem: ”Lista Bergoglio. Ocaleni przez Franciszka w czasach dyktatury. Historia nigdy nie opowiedziana”. Zacznę od gramatyki: nazwiska włoskie, nawet i papieskie, trzeba deklinować: mówi się o przygodach Don Camilla, nie ”Camillo”, zatem i Bergoglia! Ale to mój przytyk jedyny, poza tym książka udana, warta złotych dwudziestu sześciu. Nie mam większych nadziei, by przekonała panią Ewę Wójciak, która nazwała zaraz papieża słowem nieparlamentarnym (teraz kandyduje do Parlamentu Europejskiego) i potem potwierdziła tę swoją opinię. Są ludzie, którzy nie lubią Kościoła tak bardzo, że owe emocje zasłaniają fakty i można tylko zapytać, kto temu winien: czy nie jakiś ksiądz, który swoim postępowaniem zamazał prawdziwy obraz jego instytucji.
Autor „Listy Bergoglia”, dziennikarz śledczy, prześledził historie sporej liczby ludzi, którzy ocaleli dzięki obecnemu biskupowi Rzymu. Owszem, działał on zgodnie z zasadą, że ważniejsze jest ich życie niż bardzo ryzykowne działanie, ale to założenie nie jest przecież żadną podłością. A walczył o tamte życia uparcie a misternie, nie kłaniając się generałom ani trochę. No i potem nie wkładając żadnego wysiłku w swój dobry wizerunek społeczny: sprawę tę przejęli inni, z autorem „Listy” na czele. Było trzeba.

15:16, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 stycznia 2014
Dawid tańczący pośród rzeźni. Słoma świętego Tomasza

2 Księga Samuela 6,12b-14
„Poszedł Dawid i sprowadził z wielką radością Arkę Bożą (...) do miasta Dawidowego. Ilekroć niosący Arkę Pana postąpili sześć kroków, składał w ofierze wołu i tuczne cielę. Dawid wtedy tańczył z całym zapałem.”
Co sześć kroków rzeźnia, cały czas główny liturg tańczy – oto jak wyglądało nabożeństwo naszych przodków w wierze 30 wieków temu. Panta rei, modlitwa też. Choć tego tańca mi żal: czasem myślę sobie, że może on bardziej wymowny niż nasze potoki pobożnych sloganów (niestety słyszę je także ”w kontekście” ekumenii) .
A dzisiaj w moim Kościele wspomina się Tomasza z Akwinu. Wielki myśliciel, również filozoficzny, choć niedzisiejszy, także samą formą swoich rozważań: bo tutaj też tempora mutantur, by znów błysnąć językiem klasycznym. Parędziesiąt lat temu tomizm był w polskich środowiskach katolickich przedmiotem ostrej krytyki (Tischnera, Andrzeja Siemianowskiego), po czym ustalił się pogląd umiarkowany (przede wszystkim Stefana Swieżawskiego), że tomiści (niektórzy) to nie Tomasz. Przypominam poza tym, iż pod koniec życia Akwinata powiedział, że jego olbrzymia twórczość pisarska to słoma: na szczęście znaleźli się tacy, jak dzisiaj kardynał Dziwisz, co nie zrozumieli opinii autora w ten sposób, że trzeba ”Summę teologiczną” spalić.

14:06, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Dalsze przypadki Dawidowe i triumf wreszcie. Nabożeństwa ekumeniczne, publikacje

2 Księga Samuela 5,1-7.10
No i doczekał się uroczy Dawid królowania: po śmierci Saula obwołują go następcą wszystkie pokolenia Izraela. Trudno mi jednak nie cofnąć się do wydarzeń wcześniejszych. Trzeba napisać, że po Saulowym wzruszeniu, że Dawid nie zabił go, choć mógł, król dalej chce go zgładzić. Owszem, jeszcze raz Dawid nie płaci mu pięknym za nadobne, nie pozwala go uśmiercić, choć nadarzyła się sposobność, jeszcze raz król go podziwia i błogosławi, ale on stracił już nadzieję na przemianę duchową. Decyduje się szukać azylu u filistyńskiego króla Get, co oczywiście stawia go u owych wrogów Izraela jak i Izraelitów w sytuacji dwuznacznej. Wychodzi z niej jakoś obronną ręką: nie przechodzi czynnie na ich stronę, nie walczy ze swymi rodakami ani nie przewodzi im w walce z Filistynami, gromiąc tylko ich wrogów Amalekitów. Tymczasem w bitwie z tymiż Filistynami ginie król Saul, a inny (nie Jonatan) jego syn Iszbaal przejmuje po nim panowanie. „Tylko dom Judy poszedł za Dawidem”. (...) Długo trwała wojna pomiędzy domem Saula, a domem Dawida. Siła Dawida rosła, podczas gdy dom Saula stawał się coraz słabszy”. Czytamy dalej o dwóch wspaniałomyślnych zachowaniach Dawida: po śmierci wodza wojsk Saulowych Abnera oraz króla Iszbaala, aż mamy w końcu dzisiejszą opowieść o ostatecznym sukcesie syna Jessego. Narrator notuje jeszcze, że nowy król zdobył Syjon, nazwany Miastem Dawidowym, i kończy dzisiejszą perykopę słowami, iż „stawał się coraz potężniejszy, bo Jahwe (Pan) Bóg Zastępów był z nim” A my nowotestamentalnie pytamy, czy aby na pewno Pan Bóg jest z ludźmi, którzy zdobywają władzę siłą. Niemniej nie ulega kwestii Dawidowa moralna nieprzeciętność: pośród notorycznych morderców jawi się jako święty.
To wszystko o tym, co było lat temu trzy tysiące, teraz aktualia. Czas dialogów, wewnątrzchrześcijańskich i międzyreligijnych, bo wczoraj mieliśmy w Polsce Dzień Islamu.
Mam jakąś ksenofilijną skłonność od młodości. Przed ekumenicznym nabożeństwem piątkowym w kaplicy metodystycznej przy placu Zbawiciela usiadł koło mnie ktoś chcący rozmowy. Choć na starość zrobiłem się milczkiem, byłbym dużo życzliwszy, gdybym wiedział, że był to mariawita. Nie tylko dlatego, że „innowierca”, czyli ciekawy myślowo – obowiązuje mnie chyba wobec niego grzeczność szczególna, taka jak wobec gościa, ważniejszego poniekąd niż mój domownik.
Warszawa jest również stolicą dialogu, Kościoły mają tu na ogół swoje centrale, więc ich duchownych więcej, łatwiej urządzić międzywyznaniowe spotkanie. Minął światowy tydzień (oktawa) takich modlitw styczniowych, nad Wisłą dalej trwa najpobożniejszy karnawał, przeniósł się jednak na Pragę. Tu było w sobotę, w przeddzień Dnia Islamu, spotkanie międzyreligijne. W domu parafialnym przy tamtejszej katedrze zjawili się przedstawiciele Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP, Ligi Muzułmańskiej w RP, Rady Wspólnej Katolików i Muzułmanów oraz ambasadorowie państw muzułmańskich. Jak przystało na takich spotkaniach, mówiono więcej o tym, co łączy, niż co dzieli, arcybiskup Henryk Hoser powiedział, że łączy wiara w Boga pokoju, miłości i miłosierdzia. Można oczywiście sceptycznie pytać o praktyczny wyraz tej wiary tak u katolików, jak i muzułmanów, ale ważne jest stanowisko autorytetów. A w niedzielę w tejże katedrze arcybiskup Hoser pocieszał, że z każdym rokiem umacnia się wśród chrześcijan wzajemna życzliwość. Mamy coraz większą świadomość, że nie jesteśmy powołani do rozdziału, ale do jedności. Nie będę narzekał, że jest zastój, bo długo żyję i wciąż pamiętam, co było ongiś. Jak też mam ciągle nadzieję na nabożeństwo ekumeniczne w katedrze lewobrzeżnej. Będzie jeszcze po prawej stronie Wisły ekumenia w Ząbkach 2 lutego, w tamtej świątyni rzymskokatolickiej przy ul. 11 Listopada 4 o szóstej wieczorem. Przedtem jednak wróci na brzeg lewy, by w czwartek zaświecić na ulicy Piwnej o godz. 17.30 w kościele św. Marcina, prekursorze, seniorze modlitw o Jedność, które od pół wieku brzmią tam nawet co miesiąc, demona rozłamu dzielnie przepędzając.
A na piątkowym nabożeństwie w kaplicy ewengalicko-metodystycznej obdarowano mnie publikacjami ewangelicko-augsburskimi, czyli po prostu luterańskimi. W tej pod tytułem „Z Biblią na co dzień 2014” na dzisiaj przeczytałem z Psalmu 145 „Dobry jest Pan dla wszystkich, a miłosierdzie Jego jest nad wszystkimi Jego dziełami”. Osobliwie nad gatunkiem homo sapiens, co papież Franciszek tak mocno akcentuje. Załapałem się również na „Kalendarz Ewangelicki 2014”, książkę także publicystyczną. Została wydana przez luterańską „Augustanę” w Bielsku-Białej, ale nie tylko tego Kościoła dotyczy: również dwóch innych ewangelickich: ewangelicko-reformowanego i ewangelicko-metodystycznego. Albowiem te trzy wspólnoty wyznaniowe są dziś sobie bardzo bliskie duchowo, połączone wspólnotą kazalnicy i ołtarza (interkomunią). Wcześniejsza jest więź luteranów i reformowanych (kalwinistów), w Niemczech istnieje nawet ich wspólny Kościół (Unijny), metodyści dołączyli dopiero po wojnie. Rzecz w tym, że pierwotnie bliżsi byli protestantom (ewangelikom) „drugiej reformacji” (baptystom, zielonoświątkowcom), których cechą charakterystyczną jest nieuznawanie chrztu niemowląt. Otóż dzisiaj metodyści dopuszczają obie praktyki. Skądinąd opóźnianie terminu tego podstawowego sakramentu chrześcijan robi się coraz częstsze także na przykład u luteranów: zostawia się nieraz dzieciom w tej sprawie decyzję. Znak czasu. Niemniej gdy chrześcijanie polscy postanowili połączyć się formalnie wspólnotą chrztu, to przystąpiło do niej poza rzymskokatolickim sześć Kościołów zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej bez siódmego chrześcijan baptystów.

16:01, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 26 stycznia 2014
Aby nie było rozłamu w islamie

1 List Pawła do Koryntian 1,10-13.17
„Aby nie było wśród was rozłamów”: no właśnie. Skończył się właśnie wczoraj Tydzień (Oktawa) Ekumeniczny. Zrozumieliśmy jednak w końcu to Pawłowe upomnienie, przynajmniej w tym sensie, że się nie mordujemy, jak to było potwornie w wojnie trzydziestoletniej, a nawet dogadujemy się w tym i owym. Na przykład katolicy czytają Biblię bez oporów, a ewangelicy miewają klasztory, katolicy dogadali się z luteranami w sprawie usprawiedliwienia (zbawienia). Niestety natomiast szyici (alawici) wciąż nienawidzą sunnitów (wahabitów) i na odwrót: mamy między innymi dlatego tragedię Syrii. Dziś Dzień Islamu, módlmy się o ekumenizm pośród jego wyznawców.

17:26, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 stycznia 2014
Nawrócenie moralne Saula

Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22
Takie dziś do wyboru „lekcje”, bo dziś w Kościele katolickim święto Nawrócenia Saula, Szawłem zwanego (jeszcze jeden opis tego wydarzenia w Dziejach - 26,4-18). Nawrócił się? Kiedyś twierdziłem niemądrze, że nie nawrócił się moralnie, bo zawsze był ideowy, ale ksiądz Mieczysław Kwiecień, współtłumacz mój z EPP i przyjaciel, wytłumaczył mi, że jednak przedtem była to moralność niemal terrorysty, w każdym razie donosiciela okropnego: po swoim nawróceniu Paweł nie prześladowałby Żydów wierzących po staremu, gdyby tylko mógł.

12:39, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 stycznia 2014
Saul, nie Szaweł, Juda, nie Judasz? Dawida moralna nieprzeciętność

1 Księga Samuela 24,3-21
Ewangelia Marka 3,13-19
Ze Starego Testamentu czytamy dalej o Dawidzie i Saulu. Nie dość powtarzać, że ten drugi nazywał się dokładnie tak, jak Szaweł z Tarsu: zeslawizował jego imię Wujek, jeśli nie wcześniej Leopolita. Ewangelicka współczesna Biblia Warszawska obu zwie Saulem, bo też tak było w Biblii Gdańskiej. Oczywiście jednak ważniejsze są ludzkie charaktery czy raczej zasady moralne: widzimy dzisiaj wielką dobroć Dawida. Ma okazję zabić śpiącego króla, ale się powstrzymuje, tylko daje mu potem dowód, że tak postąpił (odciętą mu połę jego płaszcza). Saul wzrusza się bardzo, aż płacze: „Przecież jeżeli ktoś spotka swego wroga, czy pozwoli na to, by spokojnie szedł dalej drogą?”. Faktycznie Dawid wyrastał ponad etyczną przeciętność ówczesną, kiedy to zabijaliśmy się spokojnie (owszem, nie groziło to nienarodzonym w tym stopniu, co teraz).
A z Testamentu Nowego mamy dziś opowiadanie o wyborze Dwunastu, gdzie znowu problem nazewniczy. Trzeba też bowiem wiedzieć, że w oryginale nie ma żadnego Judasza: jest jeszcze jeden Juda; nazwany inaczej nie tylko w polskich tłumaczeniach, żeby go jakoś wyróżnić. W nowym wydaniu Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół chętnie bym nazwał go oryginalnie (i zgodnie z oryginałem) Judą, ale nie liczę na zrozumienie współtłumaczy, bo został nawet tradycyjny Szaweł, jest tylko Stefan zamiast Szczepana: to jedno wywalczyłem.

14:09, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 stycznia 2014
Zazdrość ojca, miłość syna

1 Księga Samuela 18,6-9;19,1-7
„I śpiewały kobiety pośród grania i tańców: - Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy.”
Mało który król nie poczułby się takim komentarzem dotknięty. Saul namawia syna Jonatana i wszystkich swoich podwładnych, by Dawida zabili, ale syn nie daje się podpuścić. Wręcz ostrzega Dawida i przekonuje ojca, żeby dał mu spokój. Póki co skutecznie: Saul wręcz przysięga, że Dawida nie zabije.
Niezwykła była przyjaźń między Jonatanem i Dawidem, ta szczególna życzliwość królewskiego syna wobec człowieka, którego ojciec miał za wroga. Istnieje przypuszczenie, że w grę wchodził seks gejowski. Problem analizują Iwona i Jakub Slawikowie w „Roczniku Teologicznym” ChAT (rok LII, Zeszyt 1-2, r. 2010). Podsumowują tak: „Wprawdzie w przyjaźni Jonatana i Dawida nie znajdziemy nic, co jednoznacznie wskazywałoby na homoseksualną (czy raczej biseksualną – przynajmniej w przypadku Dawida, który utrzymywał relacje płciowe z kobietami) orientację czy tożsamość genderową, to jednak nagromadzenie wątków homoerotycznych czy homofilijnych nie pozwala przejść obok nich obojętnie”. Podoba mi się to wahanie: bo obok homofobijnego wykluczania takich związków między historycznymi postaciami jest też skrajność przeciwna - doszukiwanie się ich wszędzie.

14:01, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
środa, 22 stycznia 2014
Dawida triumf legendarny

1 Księga Samuela 17,32-33.37.40-51
Walka Dawida z Goliatem: wielki symbol zwycięstwa małego, ale prawego, nad potężnym, ale podłym. Trochę w tym faktograficznej przesady? Pewnie tak, Goliat mógł nie być aż takim olbrzymem, ale trzeba też wiedzieć, że np. wojska asyryjskie miały oddziały walczące procami, więc nie były to wcale zabawki. Zarazem przeznaczona na dzisiaj opowieść jest jedną z paru biblijnych wzmianek na temat walki z wielkoludami (2 Księga Samuela 21,15-22 i 1 Księga Kronik 20,6), może zdarzyło się kiedyś coś takiego. Ale też dzisiejsza nasza perykopa mogła powstać w oparciu o tamte przekazy jako element tworzącej się legendy wokół coraz bardziej popularnej postaci. I mógł nie przechwalać się naprawdę Dawid, że pasąc owce radził sobie bez trudu z lwem albo i niedźwiedziem (1Sm 17,34-37). My zaś poradzimy sobie najlepiej z tekstem, jeśli zadumamy się teraz nad jego przesłaniem, które brzmi oczywiście: można mieć siłę potworną i sromotnie przegrać. Acz nie bywa tak zawsze, nie było tak w Warszawie w r.1944 i wiele razy wcześniej. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, innych już nie zawsze.

13:18, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
wtorek, 21 stycznia 2014
Święty Dawid, czyli małe jest duże

1 Księga Samuela 16,1-13
Samuel wybiera nowego króla. Ryzykuje tym życie, bo dotychczasowy władca Saul jest bezwzględny, zatem Bóg doradza mu dokonanie owego wyboru pod pretekstem uczty ofiarnej. Bierze w niej udział także ojciec przyszłego króla Dawida, niejaki Jesse: prorok robi przegląd jego siedmiu synów, ale żaden z nich nie zyskuje nominacji, dopiero mało ważny, najmłodszy, nieobecny, bo pasie owce. Ten jest piękny: niebieskooki, rudy (blondyn?), więc interesujący wśród tylu brunetów. Księga powiada, że po namaszczeniu Duch Pański go opanował. Bo i faktycznie był postacią pośród innych tego czasu i miejsca niezwykłą. Nie tylko bohaterem, co niemal bezbronny zabija mocarza Goliata, ale człowiekiem bardzo moralnie wrażliwym. Acz nie bezgrzesznym zgoła, o czym w Biblii przeczytamy także dalej.

17:02, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Rytuał i etyka prawdziwa. Niesakramentalni. Cichociemni

1 Księga Samuela 15,16-23
Saul pokonuje Amalekitów, ale prorok Samuel nie jest zeń zadowolony: król zgarnął łupy, co było zabronione. Tłumaczy się, że lud wziął owce i bydło, by je złożyć Bogu na ofiarę, na co prorok: „Czyż milsze są Panu całopalenia i ofiary krwawe od posłuszeństwa rozkazom Pana?” Ta myśl jest też w przepisanym na dzisiaj psalmie 50. I u wszystkich proroków: ciążyła na judaizmie tradycja krwawych ofiar, na szczęście zakończona wraz ze zburzeniem świątyni -Żydzi mieliby dzisiaj potężne problemy z ekologami.

Lektury. Przeczytałem styczniowe „W drodze”: temat główny to „niesakramentalni”. Zeszyt zaczyna się od przejmującego wyznania Antoniego Grześkowiaka. Porzucony przez żonę i ożeniony ponownie dziennikarz, znany z prasy katolickiej pod tym pseudonimem, opowiada o swojej doli. Druga żona jest w przeciwieństwie do pierwszej głęboko religijna, on również, więc decydują się na rezygnację z seksu, warunek udziału w Eucharystii, ale jest to dla nich oczywiście dramat. Ona chciałaby, by mąż wystąpił o stwierdzenie nieważności poprzedniego związku, ale on ma opory. Nie całkiem dla mnie jasne: mnie się wydaje po prostu, że nie tędy droga, tak po rzymsku okropnie jurydyczna; o wiele lepiej rozumiem praktykę prawosławia, które dopuszcza następne małżeństwo, choć nie jako wesele, tylko smutne uznanie rozpadu poprzedniego. Niemniej autor kończy swój wstrząsający tekst w ten sposób.
„Zgadzam się ze stanowiskiem Watykanu, bo wiem, że wprowadzenie klauzuli sumienia wiodłoby do wielu nadużyć i mogłoby spowodować jeszcze większą falę rozwodów. Wydaje mi się jednak, że Kościół powinien traktować inaczej kogoś, kto jest rozwiedziony, od tego, kto z taką osobą, kierowany szczerym uczuciem, zawarł małżeństwo. Nie powinno się karać za miłość, bo przecież to właśnie ta najważniejsza cnota chrześcijańska leży u podstaw większości związków. Czasem jest tak, że ludzie się w sobie zakochują i dopiero po jakimś czasie jedno z nich przyznaje się do tego, że ma za sobą doświadczenie małżeńskie. Niektórzy reagują odejściem, inni zostają, bo silna więź emocjonalna sprawia, że nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Nie wszystko jest tak proste, jak w podręcznikach teologii czy Kodeksie prawa kanonicznego.
Pewne sprawy wymagają, moim zdaniem, wyjaśnień, aby uniknąć zarzutu, że mamy do czynienia z kościelną schizofrenią. Do niedawna rozwiedzeni żyjący w nowych związkach mogli się czuć gorzej traktowani w Kościele niż księża pedofile popełniający najbardziej haniebną zbrodnię. Księdza pedofila, co najwyżej, przenoszono do innej parafii. Nadal sprawował sakramenty, ale nie mógł ich udzielić osobie, której grzech (życie w związku niesakramentalnym) był nieporównywalnie mniejszy. Jeżeli jeszcze dziś pedofilię w konfesjonale można rozgrzeszyć, to trzeba także zweryfikować stanowisko wobec osób żyjących w związkach niesakramentalnych, osób, które, powtarzam, nie są zbrodniarzami.
Jeszcze bardziej pobłażliwie traktuje się księży łamiących celibat, którzy także brukają sakrament. Ich związki są tajemnicą poliszynela, a oni sami nie ponoszą na ogół żadnych konsekwencji i sprawują sakramenty - których, jak wyżej, nie udzielą, osobom żyjącym, jak to się kiedyś mówiło, na kocią łapę. Można powiedzieć: każdy odpowiada za swoje czyny i każdego sądzić będzie Bóg. Zgoda, ale niech takie same reguły obowiązują świeckich i księży, aby w Kościele nie było równych i równiejszych.
Wybrałem trudną drogę. Nie oczekuję taryfy ulgowej i litości. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy może zdobyć się na takie wyrzeczenia, jak moja żona i ja. Gdy myślę o innych, przywołuję słowa Chrystusa: «Żal mi tego ludu», o którym pierwszy duszpasterz małżeństw niesakramentelnych w Warszawie, widząc przed sobą tłum ludzi zgromadzonych na rekolekcjach dla nich przeznaczonych, powiedział, przywołując również słowa Chrystusa: «Nie widziałem takiej wiary w Izraelu»”.

Potem jest tekst Anny Jednej, która porzucona przez męża wybrała samotne wychowywania trojga dzieci, a szczęście znajduje w Jezusie eucharystycznym. Dalej inne przeżycia i przekonania, zawsze jednak ze zrozumieniem duszpasterskiego problemu, którego to zrozumienia - czytamy w piśmie dominikańskim - wciąż jeszcze u niektórych księży brak. Choć już na pewno jest ono na papieskich szczytach.

A w styczniowym „Znaku” o znaku. Krytykuje ten miesięcznik krakowski Paweł Grad, student filozofii i historii na UW (publikował już między innymi w „Kronosie”, „Pressjach”, „Chrystianistas”). Krytykuje – mówiąc schematycznie – z prawa. No cóż karta się odwraca: pojawiło się już dość dawno pokolenie, któremu nasze, staruszków, myślenie wydaje się mniej więcej tak niezrozumiałe, jak nam kiedyś religijna mentalność naszych ojców i dziadków.
Grad pisze spokojnie, bez złośliwości, językiem uczonym. Zaczyna od tego i to jest sedno jego polemiki, że w roku 1964 znika z pisma znak krzyża, pod którym zaczęło wnet po wojnie swoją działalność. Znak, pod którym według legendy zwyciężył przecież cesarz rzymski Konstantyn: znika w ten sposób wręcz „logo” chrześcijaństwa. Autor nie wali na oślep: „Symboliczna interpretacja zniknięcia symbolu konstatyńskiego zwycięstwa z okładki krakowskiego miesięcznika sama w sobie jest tylko ryzykowną hipotezą. By zrozumieć, co tak naprawdę mogłaby ona znaczyć, należy prześledzić proces ewolucji, jaką przeszedł w czasie Soboru dyskurs katolicko-inteligenckiego środowiska skupionego wokół »Znaku«. Doprowadził on do wykształcenia się tożsamości środowiska związanego z miesięcznikiem oraz »Tygodnikiem Powszechnym«. Tożsamość ta została nazwana »katolicyzmem otwartym«”. Jesteśmy w domu: o tę formację myślową autorowi chodzi, o publicystykę Turowicza, Stommy, Malewskiej, Cywińskiego, Morawskiej, Bortnowskiej, ale także Juliusza Eski, mojego teologicznego mistrza w „Więzi”.

Gradowi odpowiada dzisiejszy współredaktor „Znaku” Janusz Poniewierski: „Założycielem miesięcznika, wśród których był znakomity historyk filozofii i mediewista Stefan Swieżawski, dobrze pamiętali legendę: »Kiedy Konstantyn Wielki wydawał swój edykt mediolański, w którym dawał pełną wolność i potęgę państwową Kościołowi, rozległ się głos z nieba: - W tym momencie wlewa się trucizna w ciało Kościoła». Co więcej, znali teksty teologów komentujące legendę. Wiedzieli zatem, czym grozi sojusz tronu z ołtarzem i miecza z krzyżem. W tej sytuacji trudno się dziwić, iż obce im były marzenia o »Kościele konstantyńskim« i zamiast umieszczać krzyż na standardach woleli nosić go w sercach.” Boję się skomentować, że tu jest pies pogrzebany, bo przecież Paweł Grad też nosi krzyż w sercu swoim. My jednak – ja również, uczeń „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” – mamy do sztandarów cichą awersję. W ogóle jesteśmy jakoś cichociemni. Wydaje nam się, że krzyż triumfalnie głośny to jakby wewnętrzna sprzeczność.

15:46, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 19 stycznia 2014
On jest PANEM

Psalm 40,2
„Tęskniąc czekałem na PANA, a On skłonił się ku mnie i wysłuchał mego wołania.”
Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów.

Aby tylko wierzyć Mu, że wie lepiej, jak wysłuchać naszych wołań, jak nam najlepiej pomóc. A słowo „PAN” pisane jest w ten sposób, bo chodzi o JHWH, o Tego, który jest ponad wszystkim.

13:47, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 stycznia 2014
„Sprawiedliwi”

Ewangelia Marka 2,17
„Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.” Tak się tłumaczył, ale przecież brał owych sprawiedliwych w cudzysłów, w każdym razie niektórych, owych uczonych w Piśmie i faryzeuszy. Podobnie postępuje Franciszek. Karci nie tyle grzesznych świeckich wiernych, ile duchownych, którzy zakładają, że sam urząd czyni ich sprawiedliwymi. Jezus dał mu święty przykład, żeby rachować sumienia przede wszystkim religijnych prominentów, pysznych bardziej niż polskie pączki.

20:25, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
piątek, 17 stycznia 2014
Na Dzień Judaizmu problemy różne trzy

Psalm 9,16
„Błogosławiony lud, który umie się cieszyć i chodzi, Panie, w blasku Twojej obecności.”
Podobnie jak w grece, także w języku hebrajskim mamy dwie możliwości translatorskie: odpowiedni termin można tłumaczyć – jak w Biblii Tysiąclecia – jako „błogosławiony”, ale nie błądzi też Przekład Ekumeniczny 11 Kościołów, w którym mowa jest o „szczęśliwym”. A lud żydowski umie się radować, chasydzi osobliwie. Jest to szczególnie budujące duchowo dzisiaj, po Zagładzie.
Dziś Dzień Judaizmu, świętowany był jednak wczoraj, bo szabat zaczyna się już w piątek wieczorem. Centralne uroczystości odbyły się w Sandomierzu, a można rzec, że są tam szczególnie potrzebne. W tamtejszej katedrze mamy bowiem cykl XVIII-wiecznych obrazów przedstawiających męczeństwo chrześcijan, z których jedno malowidło głosi, że byli oni mordowani przez Żydów. Że Żydzi dokonywali rytualnych morderstw dzieci, co obraz malowniczo przedstawia. Zarzut jest absurdalny, ponieważ w prawie żydowskim nie ma absolutnie żadnych podstaw dla takiego rytuału: jest przecież zakaz spożywania krwi. Nie ma też dla tego żadnych podstaw w gastronomii żydowskiej: wersja, jakoby krew chrześcijańskich dzieci była potrzebna dla produkcji macy, jest idiotyzmem, bo receptura tego wypieku nie zawiera krwi jakiejkolwiek. Prawdą jest natomiast, że ta kalumnia kosztowała życie może nawet i milionów Żydów, jeśli brać pod uwagę jej dalsze pośrednie skutki: propaganda hitlerowska bazowała przecież na wszystkich możliwych antyżydowskich argumentach. Z owym obrazem był problem konserwatorski: stanowił przecież integralną część całego zabytku. Nie przeszedł pomysł, żeby go oddać do muzeum, Polska Rada Chrześcijan i Żydów zaproponowała natomiast zostawienie go w katedrze, ale obraz rzekomego mordu byłby opatrzony tablicą, stwierdzającą, że nigdy nic takiego nie miało miejsca. Sprawa ciągnęła się dziwnie długo, od 2006 roku malowidło było zasłonięte, w końcu wczoraj zostało odsłonięte i taką tablicą opatrzone.
Co zaś do antysemityzmu w ogóle, to ciągle wydaje mi się, że jego miarą jest także lęk przed ukrywaniem żydowskiego pochodzenia. Nieśmiertelna jest fraszka księdza Jana Twardowskiego:
„Koci, koci, łapci,
pojedziem do babci,
ale ani słówka,
Bo babcia Żydówka.”
Ukrywanie owego pochodzenia też przed własnymi dziećmi było do niedawna zadziwiająco częste w różnych środowiskach. Wiedzieli wszyscy na około, tylko nie dzieci. Tu wspomnienie także mojego dziadka, Jerzego Turnaua. Wybitny teoretyk i praktyk rolnictwa, twórca Wyższych Kursów Ziemiańskich w Lwowie, mniej już wybitny malarz i powieściopisarz, był pól krwi Żydem, bo ród Turnauów z tego narodu niewątpliwie się wywodzi, zapewne z miasta czeskiego Turnau, teraz Turnov. Otóż owo pochodzenie ukrywane było starannie i wyszło na jaw dopiero po wojnie. Wydaje mi się jednak niemożliwe, żeby sam dziadek o tym fakcie nie wiedział, co więcej, mam na ten temat hipotezę literacką. Napisał był mianowicie głośną powieść pod tytułem ”Sąsiedzi”, krytyczną wobec środowiska ziemiańskiego, któremu (nie tylko tam) zarzucał fatalne gospodarowanie. Krytykowali ją jednak z kolei znawcy tego gatunku literackiego, twierdząc, że to „Mniszkówna”, tylko gorsza. Porównanie owo wzięło się stąd, że mamy tam też związek uczuciowy przekraczający barierę klasową. Arystokrata Rzędziński kocha się w pannie Waldekównie z rodziny niemieckiej, też ziemiańskiej, ale nie hrabiowskiej zgoła. Utwór nie jest jednak melodramatyczny, bo hrabina Rzędzińska w końcu aprobuje Waldekównę, ale o to nie kruszę kopii, interesuje mnie właściwie tylko jedno zdanie w powieści, która wydaje mi się poniekąd autobiograficzna: Waldekowie to przecież Turnauowie. Dziadek nie mógł im przypisać pochodzenia żydowskiego, bo byłaby to skaza na ziemiańskości, ale na s. 393 zdradził się jakby taką myślą młodego pana hrabiego: „A ja chcę wykazać, że przez domieszkę krwi semickiej Rzędzińscy odznaczają się wybitnemi zdolnościami na każdym polu”. Skądinąd dziadek Żydów jako kontrahentów gospodarczych w tej powieści i w innych swoich „pisankach” często krytykował: może dla niepoznaki, raczej po prostu uważał, że za ostro walczą o pieniężny zysk.
Napisałem o mordach rytualnych, o pochodzeniowych tajemnicach, teraz jeszcze o tym, czy Nowy Testament jest antyżydowski. Oto mój już raz w ten blog wpisany tekst o pewnej publikacji na ten temat.
„Nowy Testament a judaizm” to nowa książka na temat Biblii ks. Michała Czajkowskiego. Wydał ją TUM – Wydawnictwo Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej; z przedmową emerytowanego metropolity wrocławskiego Mariana Gołębiewskiego, przewodniczącego Sekcji Biblijnej Komisji Nauki Wiary Episkopatu Polski. Rzecz niewielka, niecałe sto stron: autor bardzo zwięźle traktuje problem, czy w chrześcijańskiej części Biblii mamy teksty antysemickie. I odpowiada, że na pewno nie.
Jak zatem zinterpretować krytyczne wypowiedzi na temat Żydów zawarte we wszystkich czterech ewangeliach, szczególnie w dziełach Mateusza i Jana? Teza Czajkowskiego, zgodna z obecnym nauczaniem watykańskim, jest taka, że na ostateczny kształt Nowego Testamentu wpłynął konflikt Kościoła pierwotnego z Synagogą, znacznie większy niż za życia Jezusa. Czyli że redaktorzy tych ksiąg ”wyostrzali” relacje o wydarzeniach, a nawet i same wypowiedzi Jezusa o Żydach. Ale na teksty te wpłynęła także troska dyplomatyczna ówczesnych chrześcijan. Powszechna opinia dzisiejszych biblistów jest taka, że ewangeliści świadomie próbują zdjąć winę za śmierć Jezusa z Rzymian, obciążając odpowiedzialnością za nią religijnych przywódców Izraela. Pokazywanie przez chrześcijan, że Mistrz został skazany przez wysokiego urzędnika rzymskiego oskarżony o bunt przeciwko Rzymowi, mogło być dla chrześcijan niebezpieczne, a także utrudniać im głoszenie Ewangelii. Dbali więc o swoją lojalność.
Żaden krytyczny sąd o Żydach w tekstach nowotestamentalnych nie jest jednak dla Czajkowskiego przejawem antysemityzmu, nawet i antyjudaizmu. Gdy zatem na przykład ewangelia Jana wielokrotnie przedstawia Żydów jako przeciwników Jezusa, ma na myśli nie cały lud Izraela, do którego przecież sam autor tekstu należy, lecz tylko jego przywódców. I to nie wszystkich: przecież Nikodem czy Józef z Arymatei według tej ewangelii Jezusowi sprzyjali. Niemniej taki obraz Żydów antyjudaizmowi oczywiście służył.
Mój komentarz laika: podziwiam śmiałość biblistów, również przecież chrześcijańskich. Nie boją się podważyć wiary swoich współwyznawców, sugerując przecież, że autorzy (redaktorzy) ksiąg świętych byli w swoim pisaniu jednak co nieco tendencyjni. Wiem i pisałem sto razy, że reportażowa dokładność relacji była ówczesnym pisarzom absolutnie obca - ale taka ”koloryzacja” to jednak coś, czego się zwyczajny chrześcijanin po Piśmie Świętym nie spodziewa. Co jednak do owego wybielania Rzymian kosztem Żydów, mam swoją małą, ale niepokonalną wątpliwość. Dobrze, iż ks. Czajkowski w imieniu biblistów stwierdza: ”Mimo to nie mamy wątpliwości, iż wina niektórych przywódców ludu [żydowskiego] jest raczej bezsporna”. I też na szczęście taka informacja: ”Żydowski teolog Pinchas Lapide twierdził, że fałszywe jest nie tylko uogólniające oskarżenie, że Żydzi spowodowali śmierć Jezusa, ale także twierdzenie, że żaden Żyd nie miał nic innego z Jego śmiercią”. Otóż to! Nie przesadzajmy. Obraz rozdartego wewnętrznie Piłata w ewangelii Jana jest mi laikowi dziwnie bliski prawdy. Mam zresztą pytanie: czemu Żydzi na ogół tak bronią tych niektórych swoich przodków? Grecy zmusili do samobójstwa świętego Sokratesa i nie przychodzi im dziś do głowy relatywizowanie winy ówczesnych Ateńczyków. Oczywiście zarzut bogobójstwa nie był niegdyś w Europie tym samym, co pretensja o uśmiercenie ojca europejskiej filozofii, ale w dzisiejszej zlaicyzowanej kulturze to bardzo podobne sprawy: niedoli dwóch największych herosów Europy. W końcu która władza hołubi proroków?

10:36, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
czwartek, 16 stycznia 2014
Sumienia nasze wrażliwieją

Psalm 44,10
„Odrzuciłeś nas, Boże, i okryłeś wstydem, nie wyruszasz już z naszymi wojskami.”
Rzecz jasna dla nas po tysiącach lat, że nie wyruszał Bóg z żydowskimi wojskami także i wcześniej nieraz, a potem z wojskami chrześcijan. Przykazanie „nie zabijaj” nabrało przez ten czas radykalizmu. Dziś nawet i średniowieczne krucjaty w obronie Ziemi Świętej jawią nam się jako wątpliwe moralnie. Sumienia nasze wrażliwieją stopniowo.

15:32, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 15 stycznia 2014
Nie spadają na ziemię

1 Księga Samuela 3,19
„Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemi.”
To Tysiąclatka, Poznanianka tłumaczy obraz: „nie dozwalając, by jego słowa były bezowocne”.
Jak na proroka miał Samuel rzeczywiście władzę dużą, bo był również sędzią, czyli przywódcą politycznym narodu. Późniejsi prorocy nie cieszyli się już taką gestią.
Zastanawiam się nad rolą nas, publicystów. Kudy nam do proroków, ale też walczymy słowem. I gdy nieraz wydaje nam się, że jesteśmy głosami wołającymi na puszczy (Wujek tak nazwał słusznie pustynię; lasów wtedy u nas nie brakowało, terenów piaszczystych zawsze na lekarstwo), nie traćmy nadziei: media są przecież władzą przynajmniej czwartą. Wielu je demonizuje, mało kto angelizuje, ja na swój los nie narzekam: grunt, że mnie czytają, a ocena moich słów nie do mnie należy.

15:36, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
wtorek, 14 stycznia 2014
Nie, nie była pijana

1 Księga Samuela 1,9-20
Chcemy mieć dzieci. W każdym razie niektórzy z nas chcą. Jedni wcześniej, drudzy później, czasem dopiero na starość. Kiedyś przedłużenie rodu było pragnieniem tak silnym, że może porównywalnym z instynktem seksualnym albo raczej z lękiem przed śmiercią, chęcią życia: to był właściwie ten sam instynkt, bo czuliśmy, że żyjemy dalej w życiu naszego potomstwa.
Posiadanie dziecka było szczególną potrzebą kobiety: od tego zależał jej prestiż, bo uważano, że niepłodność tylko jej może się przydarzyć. A syn był zawsze cenniejszy niż córka.
W dzisiejszym tekście ma taki problem matka przyszłego proroka Anna. Ale modli się o potomka tak żarliwie, obiecując Bogu, że odda go Jemu, iż ma wygląd pijanej, w każdym razie posądza ją o to kapłan Heli. Przekonany, że się pomylił, pokrzepia ją pobożnym słowem. Poczęła Samuela, które to imię znaczy: „Uprosiłam go od Pana”.
Z tą sprawą jest jak z każdą w relacji z Bogiem: trudno bowiem powiedzieć, że skutek modlitwy zależy po prostu od jej żarliwości. Czasem jest tak, jak w tamtym filmie o dziewczynie, która długo prosi Boga, by nie zżarł jej rak, ale z czasem jakby godzi się z tym stanem i zaczyna patrzeć na swoje życie głębiej. Bo On jednak wie lepiej.

Wpis na poniedziałek 13 stycznia
Kościół nie jest spółdzielnią rybacką
Ewangelia Marka 1,16-20
„Przechodząc brzegiem Jeziora Galilejskiego ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: - Pójdźcie za mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc nieco dalej ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim.”
Jest taki dowcip z cyklu „papież idzie do nieba”. Poszedł tam któryś, otwiera mu jakiś anioł, ale nie wie, czy może go wpuścić, więc idzie zapytać Boga Ojca: - Przyszedł jakiś facet i mówi, że jest papieżem, co z nim zrobić? Ojciec wysyła Syna, bo on przecież był na ziemi i się zna na jej sprawach. Jezus wraca i śmieje się, śmieje, aż Ojciec się zdenerwował: - Przestań się tak cieszyć i powiedz, co to za facet. Syn: - Powiedział mi coś potwornie zabawnego: spółdzielnia rybacka, którą założyłem dwa tysiące lat temu, istnieje i ma się dobrze...
Anegdota z cyklu absurdalnych, jednak niekoniecznie antykościelnych. Tak jak i inna prostsza (obie znam ze źródeł katolickich): papież nie może się do nieba dostukać, bo umarł w nocy. Kiedy wreszcie ściągnął jakiegoś odźwiernego i przedstawił się, słyszy głos bardzo niezadowolony: - No co, własnych kluczy nie masz?!
Z Pisma wynika, że trzon Dwunastu a potem Kościoła w pieluszkach stanowili skromni rybacy. Jakub i Jan byli bogatsi z domu, jeśli ich ojciec miał najemników, ale też nie najbogatsi. Plebejskość początkowa instytucji kościelnej wydaje się pewnikiem, mimo że Mateusz celnik musiał nieźle zarabiać. A poziom wykształcenia? Też nie był wysoki, szczególnie w owym trzonie, choć jeśli Zebedeusz miał więcej pieniędzy, to i jego synowie więcej może wiedzy o świecie. Chyba dlatego Jan stworzył później wielką teologię, porównywalną z Pawłową. Zarazem przedziały intelektualne nie były wówczas tak ogromne, jak teraz, i wśród słuchaczy Ewangelii od razu byli ludzie w rodzaju Nikodema, a może i Joanny, żony Chuzy, majordamusa Heroda, kto wie, czy nie bardziej wykształconej. Dominowali jednak ludzie dosyć prości. Dziś natomiast Kościoły muszą bardzo dbać o ogólne wykształcenie swoich ewangelistów. Lepiej rozumie to protestantyzm niż prawosławie, gdzie obok wielkich teologów są proboszczowie całkiem nieuczeni. Owszem, Franciszek jest rybakiem ludzi dużo efektywniejszym niż Benedykt profesor, ale żeby w oczach świata nie wychodzić na ciemniaka, trzeba mieć nie tylko moc duchową. Owszem, świat to ludzie nauki, kultury, mediów, ale też całkiem zwyczajni, nie z owych szczytów, niemniej owe szczyty są nieporównanie bardziej opiniotwórcze. Trzeba mieć u nich jakiś autorytet.
Zakończę również anegdotą, tym razem faktem autentycznym sprzed przeszło pół wieku. Moi starsi koledzy z Mazowieckim na czele czekali aż z audiencji u nowomianowanego biskupa wrocławskiego Bolesława Kominka wyjdzie sławny Stefan Kisielewski, nieprzebierający w słowach . – No i co, jaki on jest? – pytają. – Jak na biskupa to bardzo inteligentny.

12:22, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
niedziela, 12 stycznia 2014
Bez względu na osoby

Dzieje Apostolskie 10,34-35
„Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: - Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły Mu jest ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.”
A my, chrześcijanie, przekonujemy się wreszcie, że ludzie mili Bogu są w każdym Kościele chrześcijańskim, w każdej religii, w każdym środowisku ateistycznym czy agnostycznym.

12:42, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
sobota, 11 stycznia 2014
Pokonywać przekonując

Ewangelia Jana 5,5
„Kto pokonuje świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Są jednak różne metody pokonywania świata, czyli zwyciężania, jak tłumaczą inni. Pokonywania przekonywaniem. Nie ogniem i mieczem, ale słowem i świadectwem moralnym. Na szczęście Kościoły dojrzały już do takiego sposobu głoszenia swojej wiary. Jezusowego przecież właśnie. Jedynego naprawdę skutecznego.

17:37, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
piątek, 10 stycznia 2014
Bogu, czyli bliźniemu swemu

1 List Jana 4,19-21
„Ukochani, jakże nie mamy kochać, skoro On pierwszy nas ukochał.
Jeśli by ktoś powiedział: - Kocham Boga, a swojego brata nienawidził, kłamcą jest. Albowiem kto nie kocha brata swego, którego widzi, nie może kochać Boga, którego nie widzi.
I to przykazanie mamy od Niego, aby ten, kto kocha Boga, kochał też swego brata.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Wersety zgoła fundamentalne. Etyki religijne raczej nie łączą dwóch przykazań miłości – taką myśl miałem przed rozmową z ks. Michałem Czajkowskim. Teza moja była w ogóle religioznawcza, miałem na myśli w szczególności hinduizm, ale również religię Starego Testamentu. Bo przecież wprawdzie oba przykazania miłości są w Piśmie Świętym żydowskim, ale osobno – połączył je w jedno dopiero Jezus. Na co jednak uczony biblista wrocławski przypomniał mi, że rozmówca Jezusa aprobuje to połączenie, było ono zatem obecne w rabinackiej myśli ówczesnej. Może rzec trzeba, że JUŻ w tej myśli, bo przecież rozwijała się, jak każda. Na pewno natomiast Chrystus swoją śmiercią spowodował, że owa myśl stała się faktem.
W tej naszej rozmowie powiedziałem jednak również, że nawet i w hinduizmie musiały być jakieś przesłanki dla owego połączenia, jeśli tam powstał buddyzm, który tak zajął się bliźnim, że niemal przestał mówić o Bogu. Po czym zatelefonowałem z kolei do innego mojego przyjaciela, znawcy hinduizmu wielkiego, profesora Marii Krzysztofa Byrskiego. Według niego hinduizm jest w ogóle o wiele bliższy chrześcijaństwu niż Stary Testament. Choćby przez to, że jest tam formuła fundamentalna: atman jest brahmanem. Ale nie będę tu streszczał słów profesora, bo nie miejsce po temu, a namawiam go mocno, by swoje niezwykle ciekawe poglądy wreszcie opublikował. Zatem tylko myślę sobie, że w każdym razie słowa dzisiejsze biblijne głosić trzeba wszem i wobec, bo jest ich konsekwencji praktycznych przeraźliwie mało. Choć na pewno więcej niż było kiedyś.
Ale też mniemam, co tu powtarzam stale, a ma to podstawy w Biblii: że kto naprawdę kocha bliźniego, ten kocha także Boga. Opowieść o czwartym królu ma podstawy przede wszystkim w Ewangelii Mateusza, w jej rozdziale 25: cokolwiek uczyniliście...

13:16, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 stycznia 2014
Miłość i strach

1 List Jana 4,16b-18
„Bóg jest miłością i trwający w miłości w Bogu trwa, a Bóg trwa w nim.
W tym dopełniła się miłość pośród nas, że odwagę mamy na Dzień Sądu, albowiem jak On jest, tak na tym świecie i my jesteśmy.
Strachu nie ma w miłości, lecz pełna miłość wypędza strach, gdyż strach zawiera udrękę. A ten, kto się boi, nie osiąga pełni w miłości.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Wielowiekowa pedagogia strachu nie z tych wersetów wynikała. Zupełnie inną tu mamy koncepcję duszpasterską, ale i teologiczną, jeśli nie wręcz doktrynalną: Bóg będący miłością to całkiem nie ten straszący piekłem.

13:02, jan.turnau
Link Komentarze (84) »
środa, 08 stycznia 2014
Co to znaczy, że Jezus był ofiarą przebłagalną?

1 List Jana 4,7-10
„Umiłowani, miłujcie się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.”
Bóg jest miłością: to Biblia, to tytuł i treść jednej z encyklik Benedykta XVI, oby był hasłem wszystkich naszych ambon. W tekście dzisiejszym równie ważne jest zdanie, że „nie my umiłowaliśmy Boga, ale On nas umiłował. Ale dalszy ciąg o „ofierze przebłagalnej” ciężki do pojęcia dla dzisiejszego człowieka. Szukałem prostego wyjaśnienia w „Encyklopedii Katolickiej”, „Nowym leksykonie teologicznym” Herberta Vorgrimlera i jakoś nie znalazłem. Na szczęście przypomniałem sobie, że jest znakomita książka Josepha Ratzingera „Wprowadzenie w chrześcijaństwo”, wznowiona w 2006 r. (oczywiście w tłumaczeniu) przez Znak, a w niej taki oto rozdzialik.
”Jakie miejsce zajmuje właściwie krzyż w wierze w Jezusa jako Chrystusa? (...) Wielu chrześcijanom, a zwłaszcza tym, którzy niedokładnie znają swą wiarę, wydaje się, jakoby krzyż należało rozumieć w ramach pewnego mechanizmu naruszonego i przywróconego prawa. Miała to być forma, w jakiej nieskończenie obrażona sprawiedliwość Boga została przejednana przez nieskończonej wartości zadośćuczynienie. Wydaje się to ludziom wyrazem postawy, w której chodzi o ścisłe wyrównanie między «winien» i «ma»; jednocześnie pozostaje jednak uczucie, że to wyrównanie polega na jakiejś fikcji. Daje się najpierw potajemnie lewą ręką to, co potem uroczyście odbierze się prawą. «Nieskończony okup», przy którym Bóg zdaje się obstawać, ukazuje się zatem z obu stron w niepewnym świetle. Na podstawie niektórych pobożnych tekstów nasuwa się wyobrażenie, że chrześcijańska wiara w krzyż przedstawia sobie tak surowo sprawiedliwego Boga, iż wymagał złożenia w ofierze człowieka, złożenia w ofierze własnego Syna. I ze zgrozą odwracamy się od sprawiedliwości, której ponury gniew czyni niewiarygodnym posłannictwo miłości.
Obraz ten, choć tak bardzo rozpowszechniony, jest zupełnie fałszywy. W Biblii pojawia się krzyż nie jako składnik mechanizmu obrażonego prawa, lecz wprost przeciwnie, występuje jako wyraz najwyższej miłości, która całkowicie się oddaje; jako zdarzenie, w którym ktoś jest tym, co czyni, a czyni to, czym jest; jako wyraz życia oddanego całkowicie dla drugich. Gdy przyjrzymy się dokładniej, to teologia krzyża w Piśmie Świętym stanowi prawdziwą rewolucję w przeciwstawieniu do wyobrażeń o zadośćuczynieniu i odkupieniu w pozachrześcijańskiej historii religii, przy czym oczywiście nie można zaprzeczyć, że w późniejszej świadomości chrześcijańskiej rewolucja ta została w wysokim stopniu zneutralizowana i rzadko uznawano jej znaczenie. W religiach świata zadośćuczynienie oznacza zwykle przywrócenie naruszonego związku z Bogiem za pomocą pokutnych uczynków. Prawie wszystkie religie obracają się wokół problemu zadośćuczynienia; powstają z poczucia winy wobec Boga i wyrażają usiłowanie, by to poczucie winy usunąć, winę przezwyciężyć przez spełnienie uczynków pokutnych Bogu w ofierze. Zadośćuczynienie, którym ludzie starają się przejednać bóstwo i usposobić je przychylnie, stanowi centralny punkt historii religii.
W Nowym Testamencie sprawa przedstawia się wprost przeciwnie. Nie człowiek przychodzi do Boga i przynosi Mu dar pojednawczy, tylko Bóg przychodzi do człowieka, by mu dawać. Z inicjatywy potęgi swej miłości przywraca naruszone prawo, usprawiedliwiając w swym stwórczym miłosierdziu niesprawiedliwego człowieka, przywracając życie umarłemu. Jego sprawiedliwość jest łaską; jest ona czynną sprawiedliwością, która naprawia nieprawość człowieka, czyni go prawym. Stajemy tutaj wobec punktu zwrotnego, jaki chrześcijaństwo wniosło do historii religii: Nowy Testament nie mówi, że ludzie pojednali się z Bogiem, tak jak właściwie powinni byśmy oczekiwać, gdyż ludzie zawinili, a nie Bóg. Nowy Testament mówi raczej: „w Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat” (2 Kor 5,19). Jest to naprawdę coś niesłychanego, nowego - punkt wyjścia chrześcijańskiej egzystencji i centrum nowotestamentalnej teologii krzyża. Bóg nie czeka, by winowajcy przyszli i pojednali się z Nim, On sam wychodzi im naprzeciw i jedna się z nimi. W tym okazuje się prawdziwy kierunek stawania się człowiekiem; jest nim kierunek krzyża.
Zgodnie z tym, krzyż ukazuje się w Nowym Testamencie przede wszystkim jako dążenie z góry ku dołowi. Nie stoi on jako dzieło pojednania, które ludzkość ofiarowuje zagniewanemu Bogu, tylko jako wyraz owej niepojętej miłości Boga, która się oddaje aż do poniżenia, by w ten sposób ratować człowieka; jest to Jego zbliżenie się ku nam, a nie na odwrót. Przez ten zwrot w idei zadośćuczynienia, a zatem także w ogóle w religii, otrzymują nowy kierunek w chrześcijaństwie także kult i cała egzystencja. Wielbienie wyraża się w chrześcijaństwie przede wszystkim w dziękczynnym przyjęciu boskiego zbawienia. Główna forma kultu chrześcijańskiego nazywa się więc słusznie Eucharystią, dziękczynieniem. W kulcie tym ludzie nie przynoszą Bogu tego, czego sami dokonali; kult ten polega raczej na tym, iż człowiek pozwala się obdarować; nie sławimy Boga przez to, że, jak się nam wydaje, dajemy Mu ze swego - jakby to nie była zawsze Jego własność! - tylko przez to, że pozwalamy, by nam dał to, co jest Jego własnością, i że przez to uznajemy Go za jedynego Pana. Wielbimy Go, przekreślając fikcję, że istnieje dziedzina, w której możemy stanąć wobec Niego jako samodzielni partnerzy, podczas gdy prawdziwie tylko z Nim i przez Niego w ogóle możemy istnieć. Chrześcijańska ofiara polega nie na darowaniu czegoś, czego by Bóg bez nas nie posiadał, tylko na tym, żebyśmy całkowicie przyjmowali i pozwolili Mu się całkowicie wziąć. Pozwolić Bogu, by w nas działał - oto jest chrześcijańska ofiara.”
Dodam od siebie, że Ojciec nie spowodował śmierci Syna, tylko Jego ludzcy bracia. A to dlatego, że stał się człowiekiem, że najradykalniej jak można podjął nasz los, a (nie)dola człowiecza oznacza czasem śmierć zgoła nienaturalną.

13:10, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
wtorek, 07 stycznia 2014
Przykazanie „de sexto”, czyli „de sexo”. Gendery – te cholery!

1 List Jana 3,23
„A przykazanie Jego zaś jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jego Syna, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie, tak jak nam kazał."
Z uporem maniakalnego reformatora dowodzę ciągle fundamentalnego znaczenia miłości bliźniego. Sprawa podstawowa, a jakże trudna: łatwiej wierzyć we wszystkie dogmaty oraz nie pić, nie palić i nawet żony nie zdradzać niż naprawdę wyzbyć się „dopępkowiczostwa”, egocentryzmu. Kochać bliźniego swego jak siebie samego – to znaczy przeraźliwie mocno... W radiowej Jedynce familijnej wysłuchałem opowieści o czwartym królu w wiele mówiącej teologicznej wersji. Spóźnił się bardzo do Betlejem, dotarł dopiero na Golgotę, bo pomagał różnym napotkanym po drodze bliźnim: nie wiedział, że spotykał w nich przecież samego Jezusa.
No i są problemy z ukonkretnieniem tego nakazu – i zakazów stąd wynikających. W„Tygodniku Powszechnym” z 5 bm. wprawdzie dziwnie mało o wielkiej postaci tego pisma, a potem „Znaku”, Stefanie Wilkanowiczu, który w piątek skończył lat dziewięćdziesiąt – ale o innych sprawach sporo i mądrze. O tych „de sexto”, czyli dotyczących przykazania w katechizmie katolickim szóstego, albo prościej „de sexo”.
Najpierw tamtejszy homileta Wacław Oszajca. Jezuita i poeta; mam nadzieję, że od 13 marca 2013 r. mniej ludzi myśli, iż ten dwuczłon to oksymoron, jako że jezuita to posłuszeństwo, a poeta - pomysłów pełnia. Jezuickie posłuszeństwo papieżowi (czwarty ślub) nigdy nie było tępe, dzisiaj także nie jest. Na przykład właśnie ojca Oszajcy SJ, co śmiałością poglądów zadziwia raz po raz. W tekście pt. „Poradnik kaznodziei” napisał był najpierw, że „kazanie nie może być propagandą, ideologiczną agitką; ani lekcją, wykładem, popisem krasomówstwa. Nie powinno też być agresywną polemiką czy »pyskówką«.” Dalej, że „homilia jest zwierzeniem, wyznaniem – bardzo intymnym, gdyż polega na opowiadaniu o wierze, czyli o miłości. Jest dzieleniem się tym, co mamy najcenniejszego: naszym przeżywaniem życia. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, że w przypadku życia rodzinnego – a zwłaszcza małżeńskiego – my, żyjący w celibacie duchowni, mamy do powiedzenia niewiele. Owszem, można długo i mądrze mówić o etyce życia małżeńskiego i rodzinnego, o jego moralnych aspektach, można precyzyjnie określać granice, co jest, a co nie jest grzechem powszednim czy ciężkim. Tyle że ta moralistyka nikogo na duchu nie podniesie: słabego nie umocni, mocnego nie utwierdzi. Powie ktoś: przecież nie trzeba amputować sobie nogi, żeby być dobrym chirurgiem. To prawda – ale jest również prawdą, że nie można być instruktorem narciarstwa czy pływania, jeśli samemu używa się nart na plecach zamiast na nogach, spacerując z nimi na Krupówkach. Święto Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa powinno być dniem, w którym kazania głoszą diakoni, żonaci diakoni. Małżeństwo i rodzina to ich domena, powołanie i doświadczenie. Niestety, gdzie szukać w polskim Kościele diakonów. Tu i ówdzie mówi się nawet, że stali diakoni nie są nam potrzebni, bo mamy wystarczającą liczbę prezbiterów. Owszem, tyle że w Kościele nie o sprawność w świadczeniu usług chodzi, ale o to, by sobie wzajemnie pomagać w odkrywaniu piękniejszej strony życia. Być może przede wszystkim małżeńskiego, skoro tyle się mówi o kryzysie rodziny. Któż lepiej potrafi tego dokonać, jeśli nie człowiek, który takie życie zna osobiście?”
Święte słowa Jegomości, w Polsce jednak nie tylko brakuje diakonów żonatych w ogóle, ale i ci nieliczni raczej nie tak są tak odważnie myślący, jak prezbiter Oszajca.
Zupełnie świecki teolog i redaktor, żonaty Artur Sporniak w tymże numerze „Tygodnika” pisze o antykoncepcji, swoje dzielnie myśląc. Duża część obszernego artykułu to pełen szczegółów opis drogi przez mękę polskich małżeństw katolickich, potem krótszy drogi myślowej papieży. Encyklika „Casti connubii” Piusa XI podtrzymuje nauczanie o prokreacji jako pierwszorzędnym celu seksualności, potem Pius XII wyraźnie akceptuje metody zwane naturalnymi (poprzednio zakazane – dodatek mój), następnie Sobór Watykański II mówi już też wyraźnie o roli zwyczajnej miłości między małżonkami. Ale Paweł VI zakazuje antykoncepcji encykliką „Humanae vitae”, co wywołuje ostrą dyskusję (a na tzw. Zachodzie katolickim zakaz jest powszechnie lekceważony - JT). Wreszcie autorska puenta. Pigułka hormonalna okazuje się jednak szkodliwa, bo blokuje układ rozrodczy kobiety, nie łamie zatem przykazania szóstego, owszem, ale piąte, „nie zabijaj”. Jako sposób na wyjście z moralnego dylematu Sporniak postuluje zatem, by Kościół nauczający dopuścił stosunki pozapochwowe, seks oralny i petting w okresie płodnym kobiety.
No i gender. Duży tekst Anny Goc i Marcina Żyły o ks. Dariuszu Oko(u?), spokojna analiza jego psychiki porządnego uczonego (filozofa) i zawziętego ideologa „antygenderyzmu”, miłego człowieka i niewątpliwie homofoba. Obok list tego duchownego do „Tygodnika Powszechnego”, w którym odsądza pismo od czci i wiary. Młodziutki autor Błażej Strzelczyk odpowiada na krytyki po swoim liście do Episkopatu Polski w sprawie jego listu pasterskiego. Bp Grzegorz Ryś w swoim stałym felietonie mediuje między tymi, „dla których gender w jakiejkolwiek formie (z akademickimi studiami włącznie) jest synonimem i dowolnie konfigurowanym zbiorem wszelkiego zła”, a „stroną przeciwną”.
Tyle o głosach rzymskokatolickich. W Polsce są także biskupi prawosławni, którzy też piszą listy pasterskie. Na Boże Narodzenie napisali między innymi, że „świat pogrąża się coraz bardziej w otchłani grzechu”. Mogą odzywać się wspólnie z hierarchią mojego Kościoła - ekumenizm - co do meritum tej tezy jednak, pytam uprzejmie, czy świat nie tkwił bardziej w owej otchłani, gdy chrześcijanie mordowali się nawzajem w dwóch kolejnych wojnach światowych. Chwalstwo wieków minionych to błąd myślowy bardzo poważny. Tu wynika z przekonania, że życie nienarodzonych ważniejsze jest jakby niż narodzonych, a ”genderyzm” równy marksizmowi.

15:19, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014
Ewangelia paradoksem stoi

Ewangelia Mateusza 2,1-12
Dziś uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli Epifanii, potocznie Trzech Króli. Piszę zawsze w to święto najpierw, że raczej nie królów, ale mędrców, że ich liczba z Biblii nie wynika. Nie ukrywam też, że rozumiana po dzisiejszemu historyczność tej opowieści jest dyskusyjna, tak jak niejedna perykopa w Mateuszowej i Łukaszowej Ewangelii Dzieciństwa. Niemniej ich przesłanie teologiczne, także tej o magach ze Wschodu wciąż powinno porywać.
Przeczytajmy tekst uważnie. Oto świat pozażydowski pokłonił się Jezusowi, a nie przerażony Herod „i cała Jerozolima z nim”. „Cała Jerozolima” to oczywiście nie wszyscy ówcześni mieszkańcy, to ówczesna elita władzy tego ludu i to nie cała przecież. Mamy tu bowiem już Mateuszową myśl o przyszłości, o wyroku na Jezusa wydanym formalnie przez Piłata, jednak pod wpływem Sanhedrynu. Ile tam było nacisku żydowskiego, ile własnego okrucieństwa rzymskiego – toczy się na ten temat dyskusja biblistów, o której napisałem niedawno sygnalizując książkę ks. Michała Czajkowskiego 14 grudnia. Zapewne ewangelie Mateuszowa i Janowa rolę żydowską przeceniają, rzymskiej nie doceniają, tutaj jednak tylko moja myśl ogólniejsza.
Często tak bywa ze wspólnotami mocno ustabilizowanymi, że zasklepiają się twardo w sobie, niechętnie patrzą na wszystko, co poza nimi, nie cierpią żadnej krytyki, samokrytyki tym bardziej. Każdy spoza nich to najpewniej wróg, jakiś gender na przykład. Ewangelia Mateusza mówi tu, że taka postawa to błąd fatalny, że właśnie prawda, że właśnie cnota poza wspólnotą, poza jej elitą, świecić jasno potrafi. Mędrcy ze Wschodu są tu symbolem wszystkich „spoza” wszystkich „innych”. Okazali się od owej elity mądrzejsi, lepsi.
Albo powiedzmy tak: mędrcami oni byli, bo uwierzyli, że dziecko malutkie ze zwyczajnej, skromnej rodziny to przyszły król nad króle. Że właśnie w słabości siła najpotężniejsza. Historia nieraz takim paradoksem stoi, a Ewangelia zawsze.

12:25, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
niedziela, 05 stycznia 2014
Hymn nad hymny; „Theos czy Hios”?

Ewangelia Jana 1,18
„Boga nikt nie widział
Jednorodzony Bóg
będący w łonie Ojca
On ukazał.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Dziś jak na szczęście nieraz wspaniały prolog ewangelii Janowej. Jeśli za czymś tęsknię w liturgii przedsoborowej, to nie za łaciną, bo piękna, ale niezrozumiała, tylko za tym hymnem, który w on czas kończył zawsze mszę, czytany po lewej stronie ołtarza. Mamy tam jednak biblistyczny problem pewien: „Jednorodzony Bóg” czy po staremu, wulgatowemu, Wujkowemu, Biblii Jerozolimskiej, choć już nie ewangelickiej Biblii Warszawskiej – ”Jednorodzony” albo po prostu Jedyny Syn. Różnica brzmieniowa malutka: „Theos czy Hios”, ale semantyczna duża. Poznanianka pisze, że lekcja z Bogiem „jest najlepiej udokumentowana [czyli występująca w największej liczbie rękopisów?], ale nie daje dobrego sensu, ponieważ nie harmonizuje z poprzednim »Bóg« na początku wiersza i z określeniem »który jest na łonie Ojca«”. Widzi mi się laikowi, że kopiści chcieli przez tę poprawkę podkreślić Chrystusową boskość, choć i tak już w tej ewangelii akcentowaną.
Ale to sprawa dla uczonych: dla zwykłych Czytelniczek i Czytelników wypowiedziana w tych słowach Prologu myśl, że Bóg jest jak Syn Boży. A jaki jest Syn? Taki, jak na krzyżu. Amen.

12:54, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2
Archiwum