Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
czwartek, 31 stycznia 2013
Donośność ciszy

Ewangelia Marka 4,21-23
„I rzekł im: - Czy po to wnosi się lampę, aby ją stawiać pod korcem albo pod łóżkiem? Czy raczej nie po to, by ją postawić na świeczniku?
Nie ma bowiem nic tajemnego, co by nie miało być ujawnione. Ani też niczego nie da się ukryć, co by nie miało być odsłonięte.
Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Dobrą Nowinę należy rozgłaszać, to oczywiste. Na szczęście nie trzeba już w Polsce pozwolenia na każdy druk. Ale jest równie niewątpliwy problem wrażliwości ludzkich uszu i uszu. Nie rozkręcamy regulatora radia ani telewizora „do dechy”, chyba żeśmy ogłuchli. To częsty spór mieszkańców osiedla z proboszczem, który uważa, że dzwoniąc o szóstej rano głosi Ewangelię i tyle. Świadkowie Jehowy, zresztą ci, których spotykam, bardzo sympatyczni, ryzykują naruszeniem ludzkiej potrzeby spokoju. Wrzask reklam może i działa na niektórych zgodnie z zamierzeniami handlowymi (musi być w tym jakaś kalkulacja), ale wielu irytuje potężnie. To też jest problem głosu kaznodziei: krzyk nawet na ambonie to forma apostolatu dzisiaj wątpliwa. Ksiądz Popiełuszko był w swojej akustycznie spokojnej mowie bardzo nowoczesny. Wrażliwość oczu: uważajmy z pobożnymi plakatami, szczególnie w zabytkowych świątyniach. To trochę tak jak z natrętnym morałem, „smrodkiem dydaktycznym” (Wańkowicz), który brzydzi nie tylko literaturę piękną. Apostolska antyskuteczność.

12:34, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
środa, 30 stycznia 2013
Siejba

Ewangelia Marka 4,1-20
Przypowieść o siewie. Zajrzałem najpierw do synopsy Michała Wojciechowskiego: tekst jest u wszystkich trzech synoptyków. Najdłuższy u Mateusza, najkrótszy u Łukasza, przy czym Marek poświęca parę słów więcej niż Mateusz samej przypowieści, potem bardzo się ogranicza. Streszcza tylko proroctwo Izajasza o słuchaniu i nierozumieniu, jak też nie podaje Mateuszowej puenty optymistycznej, że słuchacze Jezusa szczęśliwsi są niż wielu proroków i sprawiedliwych. W wyjaśnieniu przypowieści znowu jest troszkę dłuższy niż Mateusz, ma przytyk: „Nie rozumiecie tej przypowieści? Jakże zrozumiecie inne przypowieści?” Tyle komparatystyki, przydającej się do poznania Biblii, która jest barwna także drobnymi różnicami.

Efekt siejby: nie za wielki, Mateusz i Marek podają liczby. Niemniej tekst nie jest pesymistyczny, jest realistyczny po prostu. Nie ma słów potępienia dla tych, którzy zawiedli; ludzi naprawdę żyjących Ewangelią nigdy nie było na pęczki. Kiedyś, gdy istniał Kościół „socjologiczny”, gdy każdy formalnie był chrześcijaninem (katolikiem, prawosławnym, luteraninem...), mogło się wydawać, że siew udaje się niemal prawidłowo - dzisiaj lepiej widać miarodajny obraz ewangelijny. Ale nie rysujmy go grubą kreską: ani kiedyś, ani teraz ludzie nie dzielili się geometrycznie na dobrych i złych, żyjących według Ewangelii albo też wręcz przeciwnie. Człowiek nie jest robotem, nie pędzi stale po tym samym torze, każdy zeń zbacza, chociaż jeden częściej, inny rzadziej, jeden bardzo mocno, inny tylko trochę.

12:44, jan.turnau
Link Komentarze (58) »
wtorek, 29 stycznia 2013
O mojej modlitwie. O dobroci związków

Psalm 40,2
„Z nadzieją czekałem na Pana,
a On się pochylił nade mną
i wysłuchał mego wołania.”
To Tysiąclatka, a Kochanowski sparafrazował tak oto:
„Czekałem z cierpliwością, a Pan mię obaczył
i prośby moje wysłuchać raczył,
wywiódł mię mocą swojej zwyciężnej prawicy
z błot nieprzebytych i z trzęsawicy.”

Staram się nie uprawiać tak zwanej modlitwy błagalnej, nie prosić Go o pomoc, ponieważ wie On lepiej, jak kierować moim losem, nie potrzebna Mu moja rada. Owszem, modlę się o wspomożenie, ale ograniczam się raczej do jednej kwestii: by dodał mi mądrości. Też w tej sprawie Bóg poradzi sobie sam, ale prośba taka zakłada moją ogólną niekompetencję, więc mogę ją pokornie wznosić. Naśladuję tu Salomona - choć napisać coś takiego to spora megalomania. I proszę Go o pomoc dla innych ludzi, ale to też sprawa inna: przezwyciężam w ten sposób własny egocentryzm.

Co myślę o związkach partnerskich? Najpierw w kwestii heteroseksualnych. Wydaje mi się, że mamy tu alternatywę. Albo tak akcentować potrzebę mocnych struktur prawnych chroniących rodzinę, że wszystkie słabsze wydają się dla tamtych groźną konkurencją, albo też stosować przysłowie: „lepszy rydz niż nic”. Lepsza jest każda struktura zacieśniająca więzy, wspomagająca wzajemną życzliwość.
A związki homoseksualne, główny strach na prawicy? Powiedział świętej pamięci kardynał Martini, że należy je uznać, kiedy są trwałe. Niech zatem troszczy się o tę trwałość także prawo cywilne. Nie wiem, czy takie związki należy nazywać małżeństwami, czy jednak nie bliżej im do wielkich przyjaźni, ale przyjmijmy proste założenie, że lepsza jest każda międzyludzka bliskość niż obojętność egoistów.

Tyle myśli po dyskusjach sejmowych, w których padały słowa przeróżne. Także posła Kalisza, który zabawił się w historyka Kościoła. Wygłosił pogląd, że wprowadzono dzisiejszą instytucję małżeństwa dopiero na Soborze Trydenckim. Owszem, była tu w Kościele katolickim znaczna ewolucja, ale nie przesadzajmy. Preferuję inną argumentację.

15:42, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Grzechy przeciw Duchowi. Prymas Józef Glemp

Ewangelia Marka 3,28-30
„Amen, powiadam wam, że wszystkie grzechy będą ludziom odpuszczone i wszystkie bluźnierstwa. Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma dla niego przebaczenia na wieki, ale obciąża się winą nieprzemijającą. Twierdzili bowiem: - On ma ducha nieczystego!”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Trudno zrozumiałe zdania: skąd to swoiste wyróżnienie Trzeciej Osoby Trójcy? Zwykłem tłumaczyć , że „Duch tchnie, kędy chce”, czyli działa w człowieku najgłębiej. Niemożliwe, żeby zatrzymała Go jakaś przeszkoda zewnętrzna, jakieś uwarunkowania psycho- albo socjologiczne: może być tu tylko najbardziej własny upór grzesznika, nie ma więc dlań żadnego usprawiedliwienia. Chyba jednak rację mają autorzy „Komentarza praktycznego do Nowego Testamentu”, którzy wyjaśniają inaczej: „Przez to ostrzeżenie Jezus chce dać do zrozumienia, że Jego nauczanie jest inspirowane przez samego Ducha Świętego”. Kto więc - rozwijam tę egzegezę - twierdzi, że ma On ducha nieczystego, myli Ducha z diabłem, czyli bluźni potwornie. Trzeba tu w każdym razie pamiętać, że mowa Jezusa jest językiem proroczym, ostrym, świadomie przesadnym: nadzieja powszechnego zbawienia nie wali się pod wpływem dzisiejszego logionu.

Wydarzenia: śmierć prymasa Józefa Glempa. „ De mortuis nihil nisi bene”, ale nawet w pierwszych dniach żałoby nie można przesadzać w wyliczaniu zasług. Następca kardynała Wyszyńskiego oczywiście do niego nie dorastał, co w powodzi laudacji jakby przestaje być oczywiste. Prymas Glemp miał jakiś całkiem szczególny antytalent retoryczny, zadziwiającą nieumiejętność doboru stosownych wyrażeń (nie mówiąc o nieustannych błędach gramatycznych). Nie był zatwardziałym konserwatystą jak kilku innych biskupów polskich, zdarzały mu się decyzje bardzo rozsądne, wręcz bardzo śmiałe, jak tamten list do ojca Rydzyka albo odsunięcie od władzy w Kościele tak zwanych ósemek, czyli współpracownic prymasa Wyszyńskiego, które szarogęsiły się przy nim nieprzyzwoicie. Skończył też z przesadną mariologią Prymasa Tysiąclecia. Bywał jak na hierarchę tej rangi bardzo pokorny, na przykład w sprawie księdza Popiełuszki. Ale mam mu za złe na przykład to, że zgodził się (jeśli nie domagał się wręcz), by mu zostawiono tytuł prymasowski z przedziwnym uzasadnieniem (kustosz grobu św. Wojciecha), przez co pozbawił tego tytułu arcybiskupa Muszyńskiego. Powinien był wybrać: albo rezygnację z władania metropolią warszawską, ale z zachowaniem owego tytułu, albo utratę, ale za to Stolicę. Jednak na starość robił się coraz pokorniejszy. Odnosił się niegdyś jako prymas pogardliwie do księdza Pieronka, zanim ten jego kolega ze studiów w Rzymie też został biskupem, wiele lat później jednak pojechał do Krakowa, żeby się z nim pogodzić.

PS. Sprawa translacyjna, tym razem na końcu wpisu. Zacytowałem nasz przekład Nowego Testamentu nieco inaczej niż to jest w pełnym wydaniu ostatnio publikowanym: w tamtej książce jest jeszcze „zaprawdę” zamiast „amen” tylko przez nasze niedopatrzenie: przyjęliśmy bowiem zasadę, że rezygnujemy zawsze z pięknego słowa staropolskiego na rzecz obecnego w greckim oryginale terminu hebrajskiego, tak nam skądinąd dobrze znanego.

13:43, jan.turnau
Link Komentarze (49) »
niedziela, 27 stycznia 2013
Co stałe, co zmienne, co niemoralne

Psalm 19,8-10
„Prawo Pańskie jest doskonałe i pokrzepia duszę,
świadectwo Pana niezawodne, uczy prostaczka mądrości.
Jego słuszne nakazy radują serce,
jaśnieje przykazaniePana i olśniewa oczy.”

Owszem, jest stale problem, co jest nakazem Bożym, a co w istocie ludzkim, uwarunkowanym w różny sposób. Gdy przeczytałem w pasjonującej książce paulina Andrzeja Napiórkowskiego „Reforma i rozwój Kościoła. Duch Boży i instytucja” (wydanej przez jezuicki WAM), że „najczęściej godność biskupa otrzymywali najmłodsi synowie feudała lub jego synowie z nieprawego łoża”, to pomyślałem sobie, że sprawy małżeńsko-rodzinne wyglądały kiedyś zgoła inaczej. Cóż więc okropnie zdrożnego stanowi legalizacja związków partnerskich, gdy kiedyś na kocią łapę płodzono przyszłych hierarchów...

Niemniej Dekalog to nie wymysł naćpanych facetów, choć tak pewnie myślą niektóre celebrytki.

09:15, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
sobota, 26 stycznia 2013
Jak wybierać biskupa

List do Tytusa 1,1-5
„Paweł, sługa Boga i apostoł Jezusa Chrystusa, posłany do szerzenia wśród wybranych Bożych wiary i poznania prawdy (...) W tym celu zostawiłem Cię na Krecie, byś należycie załatwił zaległe sprawy i ustanowił w każdym mieście prezbiterów, jak ci poleciłem.”

Dziś dzień dwóch pradawnych świętych: biskupów Tymoteusza i Tytusa. Obaj byli synkami duchowymi Pawła, w Biblii mamy dwa listy do pierwszego, jeden do drugiego (przypisywane zresztą raczej jakimś współpracownikom Apostoła, choć taki krytycyzm stale widzi mi się wątpliwy). W cytacie dzisiejszym mamy ślad jednego ze sposobów ustanawiania kościelnych zwierzchników, mianowicie przez nominację, ale były również procedury bardziej demokratyczne: prezbiterów czy raczej biskupów (nie było jeszcze rozróżnienia tych funkcji) wybierali wierni albo też w każdym razie zatwierdzali wybór dokonany w mniejszym gronie. Dziś takie decyzje podejmuje się w Kościołach chrześcijańskich różnie, u protestantów najdemokratyczniej. W moim Kościele decyduje biskup Rzymu, choć bierze pod uwagę opinie lokalne, które sumuje po swojemu nuncjusz przedstawiając w Watykanie trzech kandydatów. Przydałaby się tu jakaś demokratyzacyjna reforma, choć powrót do obyczajów pierwszych wieków będzie możliwy np. w Polsce chyba dopiero wtedy, gdy będzie oczywiste, kto jest naprawdę wiernym. Gdy skończy się ostatecznie tak zwany katolicyzm socjologiczny.

09:24, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
piątek, 25 stycznia 2013
Paweł Pierwszy największy

Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22
Dzisiaj w moim Kościele święto: Nawrócenia Świętego Pawła. Na pamiątkę faktu niebywałego: dotychczasowy prześladowca wyznawców Chrystusa stał się nagle niemal najgorliwszym z nich. Można zapytać, czy pasuje tu słowo ”nawrócenie”: kojarzy się z jakąś zmianą w postępowaniu moralnym. A przecież - tak się nieraz mówi, ja sam tak kiedyś myślałem - z płomiennego przeciwnika stał się płomiennym zwolennikiem, ale zmienił się tylko znak przy liczbie, z ujemnego na dodatni, sama liczba została ta sama, ogromna. Otóż przyjaciel mój, pastor Mieczysław Kwiecień, przekonał mnie, że Paweł odmienił się również moralnie, co zresztą sam wyznawał: przecież przedtem pałał nienawiścią: ”dyszał żądzą zabijania uczniów” jak napisano o nim w Dziejach Apostolskich (9,1), i ”prześladował tę drogę, głosując nawet za karą śmierci”, jak sam wspominał (Dz 22, 4). Trudno usprawiedliwić etycznie taki fanatyzm. On jednak Pawłowi definitywnie minął. Spierał się odtąd tylko słowem z wyznawcami swej dawnej religii i to raczej oni go prześladowali. Trudno przypuścić, żeby ich zaczął gnębić, gdyby mógł. Po prostu potraktował poważnie sedno nowej wiary, jakim jest niestosowanie przemocy. Stał się wyznawcą krzyża, nie miecza. Bywało później w Kościele całkiem inaczej.

Na tym problemów Pawłowych oczywiście nie koniec. Ktoś wygłosił hipotezę na pozór bliską bluźnierstwa, że Szaweł zmienił poglądy tak radykalnie z przyczyny całkiem naturalnej: dostał wylewu, jego mózg, zalany krwią, zaczął funkcjonować inaczej. Nie gorszę się wcale takim tłumaczeniem, bo przecież wiem, że Bóg działa przez »przyczyny wtóre«. Jeśli zwykłe wyspanie się zmienia światopogląd, robi optymistę z człowieka w depresji, to mogło być i tak, że porażenie słońcem i zmęczenie podróżą dokonało w Szawłowym mózgu zmiany niebywałej. Tyle że nie stępiło jego działania, jak to bywa na ogół po wylewach, ale właśnie zaostrzyło.

Skutki owego wylewu okazały się kolosalne! Stawszy się Pawłem, Szaweł przyjmuje nową religię w wersji radykalnej: otwartej na całą ludzkość. Tak to jeden fakt fizjologiczny ma konsekwencje cywilizacyjne wręcz. Jeśli można wyrokować, co by było, gdyby nie było, trzeba by powiedzieć, że Apostoł Narodów dokonał rewolucji o skutkach globalnych. Gdyby nie on, nie tylko Kościół pozostałby niewielką żydowską sektą: nie zaistniałaby Europa! Owszem, na ten fenomen złożyły się trzy czynniki: przesłanie nowej religii, filozofia grecka i prawo rzymskie, ale ta nowa religia otworzyła się na świat helleński dzięki dynamizmowi misyjnemu Pawła oraz jego olbrzymiej odwadze myślowej. Nie on, co prawda, otrzymał znak z Nieba, że trzeba otworzyć się na pogan: Bóg dał go u Korneliusza Piotrowi. Ale Paweł przyjął to otwarcie całym swoim najszerszym sercem, tak, że nawet umiarkowanie taktyczne Opoki uznał kiedyś za krętactwo (List do Galatów 2,11-14). Stał się w ten sposób patronem wszystkich chrześcijańskich (i niechrześcijańskich) reformatorów, którzy odróżniają istotę religii od jej zmiennych nakazów i zakazów. Oraz patronem wszystkich „ funkcjonariuszy kultu”, którzy przekonują doń zabłąkane owieczki pokazując, że ortodoksja danej religii to wcale nie ta konfesyjna ciasnota, nie ta myślowa biedota... Paweł jako patron księży Bonieckiego i Czajkowskiego, Orzechowskiego i Prusaka - i tylu, tylu innych, apostołów zaprawdę znakomitych, przez owe owieczki uwielbianych, przez tępe władze tępionych.

Co do dzisiejszych czytań: uważny Czytelnik (i Czytelniczka!) zauważą pewną różnicę w obu przeznaczonych na dzisiaj opisach pochodzących z tej samej księgi. W tym z jej dalszych rozdziałów towarzysze Apostoła „ widzieli światło, ale głosu nie słyszeli”, w pierwszym „słyszeli głos, lecz nie widzieli nikogo”, czyli napisano dokładnie na odwrót. No i jest jeszcze jedna relacja w tychże Dziejach - 26,13: „W samo południe, w czasie drogi ujrzałem światło z nieba jaśniejsze od słońca, które olśniło tych, którzy ze mną jechali. Gdy wszyscy upadliśmy na ziemię, usłyszałem głos”. Jest to właściwie wersja z rozdziału 22. Bo też obie te relacje to własne słowa Pawła, ta z rozdziału 9 też chyba musiała pochodzić od niego, ale autor księgi trochę przekręcił. Niech kto chce, uzna to za dowód, że Biblia nie jest w ogóle wiarygodna - ja zostaję przy swoim.

14:04, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
czwartek, 24 stycznia 2013
Umyj uszy

Psalm 40,7
„Nie chciałeś ofiar krwawych ani z płodów ziemi,
lecz otworzyłeś mi uszy.
Nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzech.”
Przekład 11 Kościołów polskich.

Jeszcze jeden dystans wobec rytuałów. Komentator zaznacza, że „psalmista, podobnie jak prorocy, nie odrzuca ofiar i ich wartości (zob. Ps 54 [53], 8), lecz żąda przede wszystkim posłuszeństwa wobec Boga i Jego słowa”. Rytuały symbolizują to posłuszeństwo, jednak przecież ważniejsze są czyny „naturalne”. Dlatego zbawieni są również ci, co nie praktykują religijnie, tylko etycznie. Tylko tyle ? Aż tyle. Żyją nieraz znacznie ofiarniej niż my podobno wierzący, głusi czasem jak pień.

22:52, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 23 stycznia 2013
Kij się znalazł

Ewangelia Marka 3,1-6
Uzdrowienie w szabat. Faryzeusze śledzą Jezusa, czy złamie w ten sposób święto, żeby Go było za coś oskarżyć. Jak się chce uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Nie pomaga retoryczne pytanie Jezusa, co wolno w szabat: czynić coś dobrego czy raczej coś złego? Obrońcy Prawa sprzymierzają się nawet z Herodem, aby Go wreszcie zgładzić.

11:30, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
Szabat nie Pan Bóg

Wpis na wtorek 22 stycznia 2013
Ewangelia Marka 2,23-38
Uczniowie Jezusa pożywiają się kłosami, faryzeusze gorszą się taką czynnością w szabat. Jezus przypomina, że Dawid konsumował wręcz chleby pokładane (sakralne), i dodaje, że szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie na odwrót. Priorytet potrzeb naturalnych przed rygorami rytualnymi, relatywizacja tych drugich. Obyczaje, także religijne, są elementem kultury, a ta stanowi człowieczeństwo, co więcej, odpoczynek jest równie święty jak praca - ale nie przesadzajmy w niczym. Chyba że w miłości Boga i (czyli) bliźniego, ale to już inna bajka. Szabat nie jest Bogiem.

11:28, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Pościć po chrześcijańsku. Poczytajmy „Znak” o przeludnieniu! Tischner: wyzwolić, aby zbawić

Ewangelia Marka 2,18-22
Problem postów. Przyszli w tej sprawie do Niego razem (!) uczniowie Jana i faryzeusze, a On im odpowiadał, że „nikt młodego wina nie wlewa do starych bukłaków”, czyli że nastała nowa epoka. I to jest zrozumiałe, zaczęło się Nowe Przymierze. Jezus mówi jednak również, że gdy weselnikom zabiorą pana młodego, wtedy w ów dzień będą pościli. Bibliści tłumaczą, że owo zabranie zapewne oznacza śmierć Jezusa - czyli chodzi o jakiś czas smutku, nie o żaden powrót obyczajów Starego Przymierza. Z Biblii Poznańskiej wiem, że „Prawo nakazywało post tylko raz w roku w Dzień Pojednania [Przebłagania], ale pobożniejsi Żydzi pościli dobrowolnie w niektóre dni. Faryzeusze pościli dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki”. Nie było natomiast nic takiego, jak post jakościowy, stosowany w prawosławiu i w moim Kościele, przezwany złośliwie rozróżnianiem kręgowców. Sam też wyzłośliwiałem się na ten temat nieraz, nie będę się zatem powtarzał, napiszę tylko, że w tym rybnym rygorze kryje się niebezpieczeństwo religijnego formalizmu, które groziło ludziom Starego Przymierza (niech łosoś nie zastępuje kurczaka!). A na koniec informacja z „ Encyklopedii biblijnej”, że właściwa wersja logionu Mk 9,29 brzmi: „Ten rodzaj [demonów] nie może wyjść inaczej, jak tylko przez modlitwę” - „i post” to dodatek późniejszy.

Poniedziałkowy przegląd publikacji. Parę dni temu nie mogłem zasnąć, wróciłem więc do lektury styczniowego „Znaku”. W końcu zasnąłem, bo cudze myśli zawsze uspokajają mnie bardziej niż własne, niemniej trafiłem na lekturę wielce ciekawą. Niemal zaraz na początku zeszytu teksty o przeludnieniu. Hasło ogólne z okładki: „Mit przeludnienia” oraz taka myśl poniżej: „Wszyscy żyjący dziś ludzie mogliby zamieszkać na terenie stanu Teksas. Co więcej, dzietność - wbrew stereotypom - spada również w Afryce i w Azji. Ale to nie liczba ludności jest problemem, lecz sprawiedliwy dostęp do zasobów. Paradoksalnie, pomóc może ograniczenie... śmiertelności”. Szymon Szczęch uzasadnia to przede wszystkim twierdzeniem, że nastąpił nie tylko niebywały wzrost liczby ludności, ale i niebywały wzrost produkcji żywności. Nie ma jej za mało, tylko jest niesprawiedliwie rozdzielana oraz marnotrawiona przez tych, co mają jej po dziurki w nosie. Co więcej, przyrost naturalny trwa, ale wolnieje „ Nawet jeśli osiągnie pułap 10 miliardów, to najpewniej się na nim zatrzyma. Malthus pomylił się także w tym aspekcie. Rewolucja przemysłowa wraz z idącymi za nią przeobrażeniami cywilizacyjno-społecznymi nie tylko zrewolucjonizowała produkcję żywności, ale zadziałała również jak bomba depopulacyjna - choć z opóźnionym zapłonem.” Tu teza nienowa, że najwięcej dzieci rodzi się w rodzinach najbiedniejszych, ale z nowym tłumaczeniem tego zjawiska. Nie tyle tym, że biedacy nie stosują antykoncepcji, ale że potrzebują licznego potomstwa. jako siły roboczej koniecznej do utrzymania rodziny. Poza tym niski poziom życia zwiększa śmiertelność dzieci, co też skutkuje psychicznie wielką chęcią ich posiadania. Tak zatem „ Ubodzy ludzie są liczni dlatego, że są ubodzy (...), a nie dlatego są ubodzy, że są liczni.”

A Katarzyna Górak-Sosnowska stawia tezę, że wcale nie we wszystkich krajach arabskich przyrost naturalny jest ogromny. Taki został w Arabii Saudyjskiej, Jordanii oraz Jemenie, ale gdzie indziej już się wydatnie zmniejszył. Działa modernizacja: wzrósł poziom wykształcenia, wiek zawierania małżeństwa, poziom analfabetyzmu jest jeszcze dwukrotnie wyższy wśród kobiet, ale nabór do szkół podstawowych jest już jednakowy, a na studiach wyższych dziewcząt już znacznie więcej niż chłopców. Kraje arabskie zmagają się obecnie nie z wysoką liczbą urodzeń, ale z nadreprezentacją osób w wieku produkcyjnym.

Pamiętam dyskusje na temat przyrostu naturalnego dwadzieścia lat temu, gdy publicyści katoliccy wbrew laickim twierdzili mniej więcej to, co dziś wyczytałem w „Znaku”.

No i nowa książka Tischnera. Nie ukazała się jeszcze, publikacja dopiero za miesiąc, ale ja jako agent reklamowy mam już egzemplarz przedwstępny. Tytuł: „Rekolekcje paryskie”, wydaje Znak, redaktor książki Wojciech Bonowicz, świetny biograf, autor alfabetu myśli Tischnerowych, tischnerolog w ogóle przysięgły. A ten tom to wystąpienia naszego klasyka w paryskim ośrodku księży pallotynów. Tematyka rozmaita, między innymi teologia wyzwolenia, która dziś ekscytuje robiony przez młodzież KIK-owską kwartalnik „Kontakt”. Tischner jest krytyczny, ten nurt myślowy za bardzo przejmuje się jego zdaniem marksizmem, ale wydobywa z owego buntu latynoamerykańskiego intuicją fundamentalną: „Istnieje ścisły związek między zbawieniem a wyzwoleniem (...). Aby człowieka zbawić, trzeba go najpierw mieć jako człowieka. Niewolnika rzucanego i miotanego zewnętrznymi siłami zbawić nie można, nie można go też pewnie i potępić. Niewolnik jest poniżej poziomu zbawienia i potępienia.” Albowiem tylko ludzie wolni mogą być ludźmi odpowiedzialnymi, a to jest sedno moralności.

13:38, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
niedziela, 20 stycznia 2013
Godzina Jezusa

Ewangelia Jana 2,1-12
Cud rozmnożenia wina. Słowa Jezusa do Matki trzeba przełożyć normalnie: „Jeszcze nie nadeszła godzina moja” bez tego „czyż” Tysiąclatki. Po prostu nie był cierpiętnikiem, nie spieszno Mu było na krzyż, a każdy cud ten czas przybliżał. Sława proroka grozi najgorszym. Zgodził się jednak, nie była to odmowa definitywna. Znał swoją misję.

11:17, jan.turnau
Link Komentarze (15) »
sobota, 19 stycznia 2013
Etyka prywatna „sprawiedliwych”

Ewangelia Marka 2,13-17
Powołania Lewiego (czyli najpewniej Mateusza), a potem zgorszenie faryzeuszy, że biesiaduje z celnikami i grzesznikami.
Odpowiedział im, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”. A potem wyjaśnił: „Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Bo też ci pierwsi powołać się nie dawali: sprawiedliwość ich (mówiąc po naszemu - po prostu etyka) była dosyć wątpliwa. A jak jest z etyką prywatną tych, co dziś tyle gardłują na temat rodziny na przykład?

01:42, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
piątek, 18 stycznia 2013
Łoże?

Ewangelia Marka 2,1-12
Uzdrowienie paralityka. Przyczepię się do Tysiąclatki, która nie wiedzieć czemu upiera się, że chorego przyniesiono przed Jezusa na łożu. Może chodziło o uniknięcie „łóżka”, które kojarzy się zbyt współcześnie, kolokwialnie, ale jeżeli nawet, to co z tego, kiedy trudno przypuścić, że targano ciężki mebel aż na dach. Opowieść jest u wszystkich synoptyków, greka ma terminy różne, ale żaden chyba nie sugeruje takiego wysiłku. My mamy u Marka wręcz matę, u Mateusza i Łukasza łóżko (mogłyby być też nosze). A perykopę pamiętam z dzieciństwa, z matczynego czytania nam i komentowania. Oczywiście przekładu Wujka, gdzie mamy łóżko oraz, owszem, łoże, tylko co z tego? Poznanianka ma wszędzie nosze.

Za dużo jednak we mnie lingwisty i tłumacza, za mało teologa, biblisty. Ważniejszy niż techniczny jest tu szczegół teologiczny: Jezus uzdrawia cieleśnie, żeby pokazać swoją moc leczenia duchowego. Choć przecież nie tylko po to.

15:51, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
czwartek, 17 stycznia 2013
Czemu taki sekret?

Ewangelia Marka 1,40-45
Uzdrowienie trędowatego, zakaz rozgłaszania tego cudu, bezskuteczny: nie pomaga nawet schronienie się Jezusa na odludziu, w miejscach trudno dostępnych, bo i tak przychodzą tam ludzie szukający ratunku. Na początku swojej ewangelii Marek szczególnie mocno akcentuje ów nakaz dyskrecji. Żądza sławy była Jezusowi obca absolutnie, choć przecież to uczucie tak bardzo ludzkie. Każdy z nas chce być jakoś zauważony, choć jedni chcą być aktorami, inni raczej reżyserami. Potrzebujemy poczucia własnej wartości, stale jakoś zakłócanego. Wielkość duchowa polega na obróceniu się całkiem na zewnątrz siebie, tak by ważna była wyłącznie misja. Ale On znał też wszystkie niebezpieczeństwa swojej misji, co Mu kazało być ostrożnym: groziło, że ogłoszą Go mesjaszem politycznym, narodowym wyzwolicielem. Co zresztą w końcu się stało: witano Go w Jerozolimie triumfalnie jako kogoś takiego.

Dziś w Polsce, we Włoszech, w Austrii, w Holandii i Szwajcarii Dzień Judaizmu. Czy mesjasz żydowski jest polityczny? W każdym razie nie jest wąsko narodowy, jest kimś, kto zmieni cały ludzki świat. Chrześcijanie rozumieją natomiast Jego misję tylko jako swoisty zaczyn, który dokona ostatecznej przemiany dopiero u kresu dziejów. Przypominam anegdotę wizjonerską na ów eschatologiczny temat: ktoś zapyta Chrystusa, które to Jego przyjście, a On odpowie po angielsku: - No comment. Są sprawy póki co niepojęte.

14:02, jan.turnau
Link Komentarze (49) »
środa, 16 stycznia 2013
Kobieta tylko służącą? Świetna książka Joanny Petry Mroczkowskiej!

Ewangelia Marka 1,29-31
„A oni prosto z synagogi udali się do mieszkania Szymona i Andrzeja razem z Jakubem i Janem .Teściowa Szymona leżała w łóżku z silną gorączką, o czym Jezusa powiadomiono nie zwlekając. Podszedł do łóżka, ujął ją mocno za rękę i postawił na nogi. Gorączka ją opuściła, tak że mogła ich ugościć.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Zajmę się ostatnim słowem: „ugościć”. Brzmi ono łagodniej niż „ usługiwała im” Tysiąclatki i Paulistki. Łagodniej w jakim sensie? Ano w tym, że usługiwanie mężczyznom przez kobietę przed chwilą bardzo chorej budzi skojarzenia „patriarchalistyczne”. Oczywiście przetłumaczyliśmy w ten sposób nie po to, żeby ich uniknąć (choć nie wiem, czy przełożyliśmy słusznie - tam jest jednak termin grecki „diekonei”), są one jednak w mojej głowie, pociągnę zatem ten temat.

Jezuicki WAM wydał niedawno świetną książkę: Joanny Petry Mroczkowskiej „Feminizm - antyfeminizm. Kobieta w Kościele”. Publicystka „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi” i „W drodze” znakomicie żongluje między Scyllą kościelnego konserwatyzmu a Charybdą antykościelnego feminizmu, przy czym - jako że pisze przede wszystkim dla katolików - polemizuje głównie z pierwszym. A jest on - nie zdawałem sobie z tego w pełni sprawy - zgoła potężny. Autorka sypie faktami, nie tylko z podwórka polskiego, także watykańskiego. Pisze np. tak: „Żadnej kobiecie nie wolno było zabierać głosu na Soborze. (Świeckim mężczyznom udzielono głosu przy sześciu okazjach.) (....) Dopiero w 1971 r. podczas Synodu Biskupów »biskupi byli dostatecznie dojrzali«, aby wysłuchać kobiety zabierającej głos, jak to ujęła soborowa audytorka Alda Miceli. Jednakże nie nastąpił oczekiwany postęp w tej kwestii. W roku 1994 na synodalnym zjeździe dotyczącym życia konsekrowanego, kiedy za wielki przywilej uznano zaproszenie 20 przełożonych zakonów żeńskich jako obserwatorek, głosować mogli tylko duchowni mężczyźni. Zakonnicom tego prawa nie udzielono.” Minęło tymczasem 40 lat z hakiem i podobne sprawy zapewne poszły naprzód, ale co było, to było. Na szczęście nastał Jan Paweł II, który głosił „nowy feminizm”, ten bez skrajności, o którym w książce dużo.

W niewielkiej książce autorka podejmuje podstawowe problemy roli kobiet w Kościele rzymskokatolickim. Zacytuję je z czwartej strony okładki.
„Czy kobieta to nieudany mężczyzna?
Czy jej miejsce jest tylko w domu?
Jak wrażliwość kobiet i ich talenty mogą wspierać Kościół?
Czy feminizm musi wywoływać najgorsze skojarzenia?”

Blog mój jest przede wszystkim biblistyczny, odnotuję zatem oczywiście również, że plotka o Marii Magdalenie jako prostytutce znajduje też pod piórem Petry Mroczkowskiej stosowną krytykę.
Wstęp do książki napisał dr Jacek Prusak, jezuita, facet bardzo jak na Polskę odważny.
A teraz myśli moje własne. Porównam walkę kobiet z kościelnym patriarchalizmem do sporu innych wyznań z watykańską wyniosłością, przekonaniem, że tylko tam jest prawda, gdzie indziej guzik z pętelką. I tu są skrajności, dialog ekumeniczny kuleje nie tylko z winy Rzymu, myślę jednak, że przede wszystkim, że pychy nad Tybrem bardzo dużo. A już tak jest, że akcja powoduje reakcję, że beton rodzi beton.

13:00, jan.turnau
Link Komentarze (67) »
wtorek, 15 stycznia 2013
Podnóżki nasze poczciwe

Psalm 8,7-9
„Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich,
wszystko złożyłeś pod jego stopy.
Owce i bydło wszelakie,
i dzikie zwierzęta,
ptaki niebieskie i ryby morskie,
wszystko, co szlaki mórz przemierza.”

No właśnie, uczyniliśmy sobie ziemię poddaną, jak nam Pan Bóg przykazał zaraz na wstępie Biblii. Tyle tylko, że owo poddaństwo mylnie pojmowaliśmy: jako niewolnictwo po prostu. Na szczęście zaistniał ruch ekologiczny, ochrona środowiska stała się wręcz dyscypliną naukową, Kościoły z patriarchą ekumenicznym Bartłomiejem I na czele włączyły tę etyczną problematykę do swojego nauczania. Oczywiście są jeszcze liczni „homines sapientes”, którzy myślą, czują i postępują po staremu: nie tylko Afrykanie spokojnie tępiący nosorożce, ale i Europejczycy zachowujący się w sposób wyjątkowo obrzydliwy wobec zwierzęcia darzącego nas wyjątkowymi uczuciami, zaprawdę naszego najlepszego przyjaciela. Niemniej zmieniło się wiele. I wszyscy chwalcy wieków minionych, uważający nasze czasy za najgorsze powinni uwzględnić w swoich ocenach tę wzrastającą wrażliwość etyczną. Pewnie, że puszcza amazońska nie jest ważniejsza od dzieci nienarodzonych (choć nie jest to problem tylko drzew: także ludzi, którzy żyją w ich cieniu), jak wołają ich obrońcy, ale nie dajmy się zagonić do takiej alternatywy: ważne jest jedno i drugie. Uczmy się jedni od drugich wrażliwości moralnej, która jest w istocie jedna: współczucie ze wszystkim, co żyje. Buddyzmu, Alberta Schweitzera, każdego myślącego chrześcijanina.

15:56, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Wariacje rybołówcze

Ewangelia Marka 1,14-20
Powołanie najważniejszych apostołów: „Szymona i brata Szymonowego Andrzeja, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana”. Metafora: „Pójdźcie za mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi.” Łukasz formułuje to trochę inaczej, jako słowa do Szymona: „Odtąd ludzi będziesz żywcem łowił”, co w wersji mniej dokładnej, bez tego „żywca”, zostało zapamiętane jako formuła Ewangelii. Uczepmy się słowa jednak.

Złowić człowieka żywcem znaczyć może na przykład: nie przerobić go na swoje własne kopyto. Chrześcijaństwo nie jest żadną miarą ideologią, jakimś systemem opisującym człowieka totalnie: nie ma być on takim a nie innym w każdym calu, od stóp do głów, od lewego kciuka do prawego. Już na pewno nie ma być jednej i tej samej opcji politycznej, partyjnej, narodowej, kulturowej - to oczywiste (choć nie dla wszystkich, nie dla każdej rozgłośni i stacji telewizyjnej...). Człowiek, który przyjął chrześcijaństwo, nie musi również uznać za własne choćby czegoś takiego, jak określony styl religijności. Na szczęście wydarzył się Sobór Watykański II i wprawdzie spowodował totalną zmianę modlitwy liturgicznej, czyli z jednej obowiązkowej na drugą (błąd papieża Pawła VI), ale na szczęście może już dziś katolik modlić się po trydencku. To ogromna zmiana stylu całego Kościoła. Ja wolę nową liturgię z całym jej ponownym połączeniem modlitwy prezbitera i laikatu, nie oddzielonych językiem ani postawą fizyczną przewodniczącego wspólnoty, która cała „mszy” (termin księdza Pasierba) - ale niech będzie święta rozmaitość. Na szczęście każdy może się modlić w domu po swojemu: jeden woli różaniec, inny stałą lekturę Biblii (choć każdy powinien znać tę podstawę wiary chrześcijańskiej).

Jak ja bym chciał, żeby apostolat promował przyjęcie chrześcijaństwa przede wszystkim jako religii, nie konkretnej konfesji. Oczywiście najbliższa mi jest moja, ale chrześcijaninem jest dla mnie każdy wyznawca Chrystusa, od prawosławnego do zielonoświątkowca. Edyta Stein przyjęła chrzest w Kościele rzymskokatolickim, ale na tę jej decyzję wpływ miała konwersja przyjaciółki na luteranizm (czy też inne wyznanie z tej rodziny). Nasz wychowanek nawrócił się moralnie pod wpływem chrześcijan ewangelikalnych i cieszymy się, że czuje się związany z jednym z tych Kościołów, że w ogóle żyje religijnie.

Kościoły różnią się w niektórych zasadach etycznych: aborcja w prawie państwowym, antykoncepcja, in vitro, dopuszczalność rozwodów, nie mówiąc o roli kobiet w Kościele albo o problemie homoseksualistów. A te dwie ostatnie sprawy skłóciły rodziny chrześcijańskie dotąd spokojnie znoszące swoją odmienność w Światowej Radzie Kościołów: prawosławie i „tradycyjny” protestantyzm (luterański, reformowany), także anglikanizm. Prawosławni, przede wszystkim Cerkiew moskiewska, zarzuca protestantom zbytnie dopasowywanie się do świata.

Pluralizm? Nie ma jednej prawdy? Jest, ale musimy przyjąć, że niełatwo do niej dotrzeć. Nasze poglądy wydają nam się słuszniejsze, ale nie gardzimy innymi, dialogujemy, nie rzucamy anatem. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy różnymi grupami wędrowców zmierzających do jednego celu. Odległość odeń każdej z nich jest kwestią dyskusji, ale cel jeden. Jest nim Jezus Chrystus. Nie wierzymy jednakowo, ale w Jednego.

I tak to jesteśmy przy ekumenizmie. Słusznie, bo jego czas szczególny już się gdzie niegdzie rozpoczął, a Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan 18-25 bm.

13:52, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 13 stycznia 2013
Bóg Ewangelii internacjonalistą jest

Dzieje Apostolskie 10,34-35
„Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: - Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.”

W każdym narodzie są tacy sprawiedliwi. Teraz te słowa Biblii łatwiej zrozumieć niż na przykład zaraz po wojnie, gdy bardzo żywe były jeszcze obrazy okrucieństwa sąsiadów z zachodu i wschodu. Nawet i później, gdy zbierałem materiały do książek „Dziesięciu sprawiedliwych” i „Bracia zza Buga”: o tym właśnie, że w każdym narodzie są ludzie postępujący podobnie. Czas leczy rany, szczególnie wtedy, gdy nie przynosi nowych. Za ONZ, a już na pewno za Unię Europejską dzięki Ci, Boże!

00:16, jan.turnau
Link Komentarze (58) »
sobota, 12 stycznia 2013
Samoumniejszanie się, czyli świętość

Ewangelia 3,22-30
Dzisiaj czytamy znowu o Janie Chrzcicielu. Było mianowicie tak, że nad Jordanem udzielali chrztu obaj: Jezus - Ewangelia precyzuje dalej (4,2) , że nie On sam, tylko Jego uczniowie - oraz Jego krewniak. „A powstał spór między uczniami Jana, a pewnym Żydem w sprawie oczyszczenia. Przyszli więc do Jana i powiedzieli do Niego: - Nauczycielu, oto Ten, który był z Tobą po drugiej stronie Jordanu i o którym ty wydałeś świadectwo, teraz udziela chrztu i wszyscy idą do Niego.” Z Biblii Poznańskiej wiem, że ów spór o oczyszczenie dotyczył zapewne rytualnego obmywania rąk (Mt 15,1 nn; Mk 7,1-2; Łk 11,37 nn), ale w perykopie dzisiejszej nie o to chodzi: o konkurencyjność działań obu wielkich nauczycieli. Jan daje odpowiedź kończącą się mocno: „Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał”. Zobaczyć podobną potrzebę to być wielkim świętym.

15:55, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 11 stycznia 2013
Potrzeba pustyni

Ewangelia Łukasza 5,12-16
„Gdy Jezus przebywał w jednym z miast”, uzdrowił trędowatego. Przykazał mu, żeby nikomu o tym nie mówił, ale aby pokazał się kapłanowi i złożył stosowną ofiarę „na świadectwo dla nich”. Trzeba zaznaczyć, że obaj złamali Prawo: trędowaty, bo zbliżył się do zdrowego, a Jezus ponieważ dotknął niedotykalnego. „Oni” to tu oczywiście kapłani: trędowaty miał uzyskać u nich świadectwo, że już jest zdrowy, wolny zatem.

Ewangelia ta dodaje jednak, choć - inaczej niż Markowa - nie mówi tego wyraźnie, że ten nakaz sekretu nie poskutkował. Sława Uzdrowiciela rosła i tłumy proszących o pomoc były coraz gęstsze. „On jednak usuwał się na miejsca pustynne i modlił się”. To z kolei słowa, których nie ma u Marka: Łukasz dodał je akcentując swoim zwyczajem Jezusową potrzebę dialogu z Ojcem. A miał o czym z Nim rozmawiać, gdy owa sława nieuchronnie zapowiadała Jego dramatyczną „godzinę”.

19:34, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
czwartek, 10 stycznia 2013
Czemu wciąż udajemy Greków?

1 List Jana 5,4
„Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat, tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara”.
Świat: dla licznych ludzi Kościoła (Kościołów) symbol wszelkiego zła. Źródła podobnej teologii są w Biblii. Nie w Starym (Pierwszym) Testamencie, bo tam dominuje przekonanie, że przecież twórcą świata jest Bóg, a więc nie może on być przeciwny Bogu - ale w Nowym. Streszczam hasło „Encyklopedii biblijnej”.

W grece tamtejszej mamy trzy terminy: „kosmos”, „oikumene” (świat zamieszkany) i „aion”. Najważniejszy jest ten trzeci. Czasem jest stosowany w neutralnym lub nawet pozytywnym znaczeniu „wszechświat”, np. w Dziejach Apostolskich 17,24: „Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim”; kiedy indziej chodzi o ludzkość lub świat zamieszkany.

Szczególnie jednak u Pawła oraz Jana „aion” ma inne znaczenie. Tam świat jest skrótowym określeniem całej ludzkości będącej w niewoli grzechu. Ta niewola nie jest jednak stałym uwarunkowaniem, gdyż dzięki działaniu Boga przez Chrystusa „przemija postać tego świata (1 Kor 7,31). Dlatego Paweł przynagla Rzymian, by z tego świata nie brali wzoru (Rz 12,2). U Jana wzywa się uczniów, by nie mieli nic wspólnego ze światem, szczególnie zaś, żeby by go nie miłowali (1J2,15-17). Jednocześnie Jezus nie modlił się, by Bóg zabrał uczniów z tego świata złego (J 17,15). Nawet w czwartej ewangelii świat wciąż pozostaje światem Bożym - w stworzeniu i zbawieniu. Jest to ten sam świat, jaki ma na myśli ma Mateusz, gdy mówi o zmartwychwstałym Jezusie, który posyła uczniów, by nauczali wszystkie narody (28,19), czy Łukasz ukazujący Jezusa, który mówi uczniom, że będą świadkami od Jerozolimy aż po krańce ziemi (Dz 1,8).

Pojęcie świata w Nowym Testamencie - powiada „Encyklopedia” - tkwi korzeniami w Starym, lecz wielki wpływ wywarła na nie myśl grecka, a nawet pesymizm późnej starożytności, gnostycyzm. Niestety - to już słowa moje własne - podobna sytuacja trwa do dzisiaj. Udajemy Greków oddzielając duszę od ciała, a Kościół od dzisiejszego świata. Nie taki on potworny, a w każdym razie nie gorszy niż ten przed wiekami, co się zwał ”civitas christiana”, ale też nie za bardzo chrześcijański był. Na przykład aborcje zdarzały się rzadko, ale mordowanie urodzonych o wiele częściej niż teraz w tak zwanym kręgu europejskim.

14:36, jan.turnau
Link Komentarze (35) »
Bać się Boga, ludzi również

Wpis na środę 9 stycznia 2013

1 List Jana 4,18
„W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości.”
Bywają neurotyczne lęki przed karą Bożą, osobliwie przed piekłem. Bywają tacy lękliwi, choć jest ich coraz mniej. I zawsze jest trochę ludzi, którzy nie mają zgoła podobnych problemów psychicznych. Boga się nie boją, bliźnich raczej też. W każdym razie ich sądów moralnych - chyba że poza zdolnością do takich sądów mają bliźni owi jeszcze władzę karania.

Co do samej miłości jednak, trzeba czasem do niej wiedzy. Czasem nienawiść ustaje, gdy poznaje się życiorys bliźniego swego. Tak jak w powieści „Wilczyce” Anety Borowiec (Agora).

14:25, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 stycznia 2013
Cuda się dzieją, ale co to znaczy?

Ewangelia Marka 6,34-44
Cud rozmnożenia chleba. Cuda w ogóle.
Cóż mogę powiedzieć innego, jak to, co zawsze: żeby unikać w tej sprawie wszelkiego aprioryzmu. Że konieczny jest tutaj sceptycyzm metodologiczny. Przyjaciel z dawnych lat, profesor filozofii Andrzej Siemianowski tłumaczył mi, że taki sceptycyzm nie oznacza jakowegoś dogmatyzmu, nie jest wątpieniem we wszystko, z zasady, tylko nieprzyjmowaniem żadnych twierdzeń w sposób naiwny, bez krytycznej refleksji, dyskusji.

Tak jest i z tą kwestią. Fundamentalną: w końcu odpowiedź na nią dzieli światopogląd ateistyczny od religijnego. W ramach tego drugiego mieści się umysłowość ludzi widzących cud, gdzie się da, z brudną szybą włącznie, i mentalność bardziej krytyczna. Trudno zakwestionować „ sceptycyzm metodologiczny” współczesnego Kościoła rzymskokatolickiego: myślę o urzędach watykańskich, nie lokalnych.

A cuda biblijne, w szczególności Jezusa? W „Katechizmie Holenderskim” wyczytałem między innymi taką myśl: „Wśród cudów Jezusa nie ma żadnego przypadku, w którym cud byłby karą. Inaczej niż w Starym Testamencie, gdzie mamy opowieści, w których cud jest «sądem» Bożym. Gdy «synowie gromu» proszą Go o ogień z nieba, Jezus udziela im surowej reprymendy (Łk 9,55).” „Katechizm” dystansuje się również od pojęcia cudu jako wyjątku od praw natury. Precyzuje swoją opinię po krytyce komisji kardynalskiej, ale obstaje przy pytaniu, czy możemy dzisiaj określić granice natury i jej praw. Powiedziałbym prościej: cóż wiemy o „ naturze”, dzisiaj, po XX-wiecznych odkryciach fizyki? Ale nie wynika z tego bynajmniej, że cuda się nie dzieją. Przeciwnie, przy takim ujęciu sprawy łatwiej uwierzyć w różne niezwykłości, właśnie dlatego, że zmieniło się wyobrażenie natury.

Wracając do cudów Jezusa: w dziele „Wierzę” francuskiego teologa Bernarda Sesboüé (tłumaczenie wydane przez księży marianów) wspomina się opinię Waltera Kaspera (dziś kardynała), że cuda odnoszące się do natury wolno uważać z pewnym prawdopodobieństwem za niehistoryczne (chodzi m.in. o rozmnożenie chleba). Stanowisko autora francuskiego jest jednak ostrożniejsze: „Badania historyczne nie są w stanie odpowiedzieć ani zdecydowanie »tak«, ani zdecydowanie »nie« na pytanie o historyczność konkretnego cudu”. Rzecz w krytycyzmie współczesnej biblistyki, nieodrzucanym generalnie przez autorytety watykańskie. jeśli bibliści katoliccy zastanawiają się nad tym, co na pewno powiedział sam Jezus („ipsissima verba Iesu”), to nie mogą nie stawiać podobnych pytań przy Jego czynach.

14:22, jan.turnau
Link Komentarze (62) »
poniedziałek, 07 stycznia 2013
Królestwo niebieskie - cóż to znaczy? ”Kontakt”, czyli ”katolew”

Ewangelia Mateusza 4,17
„Nawracajcie się, albowiem bliskie jest Królestwo Niebieskie” - słowa Jezusa do Galilejczyków, wypowiedziane już przedtem przez Jana Chrzciciela: u synoptyków to centrum nauczania Jezusa. Nie jest jasne, czy owo królestwo już nadeszło, czy raczej dopiero nadejdzie i czy nadejdzie wnet, czy dopiero w przyszłości. Słuchaczom na ogół wydawało się, że nastąpi szybko, jeszcze za ich życia, ale gdy mijały lata, dochodzili do wniosku, że to sprawa dalszej przyszłości. Dzisiaj na ogół Kościoły są bardzo ostrożne w określaniu terminu Powtórnego Przyjścia. Zarazem powiada się, że jest to poniekąd proces: wszystkim tym, co robimy na ziemi, jak żyjemy, mamy przygotowywać nadejście „nowego nieba i nowej ziemi”, czyli świata odmienionego. A sama ta wizja przyszłościowa, posiadanie takiego celu ziemskich starań jest już pojęciową rewolucją: Królestwo Niebieskie już nadeszło. Jezus już raz przyszedł i pokazał, jak żyć.
Lektury: nowy (21) numer „Kontaktu”, kwartalnika młodzieży warszawskiego KIK-u. Pismo robione z wielką „ikrą” redakcyjną, zabawnie ilustrowane i śmiałe w pomysłach tekstowych, wydawane pod wodzą Miszy Tomaszewskiego. Ogólna orientacja jest swoiście lewicowa, trochę tak, jak u „Krytyki Politycznej”, tyle że redakcja godzi taką orientację społeczną z wiarą katolicką: tytuł rubryki religijnej: „Katolew”. Podobnie jak tamto środowisko, młodzież KIK-owska buntuje się przeciwko liberalnej myśli społeczno-gospodarczej, która króluje w III RP. Powtarza z uporem, że Radio Maryja zostało wyhodowane przez samych twórców nowej rzeczywistości, bo zignorowali niedolę tych, którzy nie stali się jej beneficjentami. Broni latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia, powstałej z autentycznej troski o los tamtejszych mas, gnębionych przez amoralnych latyfundystów: to nie był „Chrystus z karabinem”, marksizacja myśli chrześcijańskiej. Owszem, takie pomysły rodzą się w krajach Ameryki Centralnej i Południowej, bo sprzyja im skrajne rozwarstwienie społeczne, a jest też myśl „katolewicowa” ortodoksyjna, którą Jan Paweł II cenił. Redakcja podparła swoje oceny rozmową z pracownikiem KUL-u, ks. Andrzejem Pietrzakiem, który poznał tamten kontynent pracując dziesięć lat jako misjonarz w Brazylii (jest zakonnikiem werbistą).

A w ”Kontakcie” poza tym kreślone sprawnym piórem Ignacego Dudkiewicza sylwetki niegdysiejszych luminarzy katolickich: powieściopisarza Grahama Greene'a oraz księdza Bronisława Bozowskiego.

12:29, jan.turnau
Link Komentarze (26) »
 
1 , 2
Archiwum