Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Prześladowani, prześladowani, prześladowani... A embriony?

List do Hebrajczyków 11,37-38
„Kamienowano ich, przerzynano piłą, kuszono, przebijano mieczem; tułali się w skórach owczych, kozich, w nędzy, w utrapieniu, w ucisku - świat nie był ich wart - i błąkali się po pustyniach i górach, po jaskiniach i rozpadlinach ziemi”.
To o starożytnych Żydach, a mogłoby być też o Żydach nowożytnych, o chrześcijanach starożytnych i nowożytnych, zabijanych przez niechrześcijan albo i przez chrześcijan innego wyznania; o męczennikach nie za wiarę religijną, tylko za wiarę w wolność, w prawa człowieka.
Zaliczyłem trochę tekstów na ów persekucyjny temat. Przede wszystkim o niedoli moich współwyznawców na Wschodzie i Południu. Tam, gdzie panuje islam, a jeżeli nawet rządy są świeckie, to społeczeństwom daleko do tolerancji europejskiej. Owszem, myśmy też nie idealni, ale nasze niechęci do minaretów są niczym prawie wobec tamtejszych morderstw. Czegoś się jednak z czasem nauczyliśmy.

Lektur owych legion. Przede wszystkim dotyczą filmu „Ludzie Boga”, który w zlaicyzowanej przecież potężnie Francji zrobił furorę, najpierw na festiwalu w Cannes, gdzie zdobył główny laur, potem w kinach tego kraju, gdzie przez pierwsze dwa tygodnie obejrzało go ponad milion ludzi. Na polskie ekrany wszedł, jak wiadomo, 28 bm. i chyba też u nas odniesie sukces, bo prasa reklamuje go gorliwie. Katolicka oczywiście, ale też „Duży Format” „Gazety Wyborczej”. Tam ogłasza go okładka, a w środku jest długa rozmowa z konfratrem zamordowanych trapistów francuskich Polakiem ks. Michałem Ziołą, który o mało co nie zginął również z nimi w marokańskim Tibhirine. Jeśli nie było tak (hipoteza chyba wydumana), że zakonnicy zostali zabici przez omyłkę przez wojsko francuskie, które urządziło nalot na tę miejscowość, a potem upozorowało mord tubylców obcinając głowy ofiarom, to jest to rzeczywiście symbol prześladowania za wiarę. A jeśli i za przynależność narodową, to w każdym razie owi nieszczęśnicy niczym nie zasłużyli na nienawiść: nikogo nie usiłowali nawracać, Koran potrafili recytować z pamięci itd. Ale nie uciekli, choć liczyli się z takim obrotem losu.

Islam islamem, ale za niedolę chrześcijan w tamtych rejonach odpowiada również zdechrystianizowana Europa. To temat specjalnego bloku materiałów w ostatnim „Tygodniku Powszechnym”. Zdaniem politologa z USA Edwarda N. Luttwaka, dziennikarza niemieckiego Henryka M. Brodera i polskiego Marka Kęskrawca, Zachód mógłby wziąć prześladowanych w skuteczną obronę, ale nie robi tego, bo lekceważy swoją religię, a poza tym wygodniej mu nie zadzierać z arabskimi potęgami, szczególnie z wyjątkowo nietolerancyjną Arabią Saudyjską. „Tygodnik” otwiera jednak ów blok tekstów oświadczeniem protestacyjnym przewodniczącego Parlamentu Europejskiego prof. Jerzego Buzka: może też rządy się ruszą. Póki co, rusza się lud w niektórych z tych krajów; zobaczymy, czy nie skończy się to awansem radykalnych sił islamistycznych, czyli niczym dobrym dla mniejszości chrześcijańskich.
Uważałem dotąd, że zbyt mało solidarny jest też Watykan (biskup pakistański popełnił kiedyś samobójstwo w proteście przeciw sytuacji osamotnienia), ale teraz widać, jak reagują władcy tamtejsi państwowi oraz religijni (w Egipcie na krytyczne słowa papieża zareagował ostro również egipski ośrodek religijny Al Azhar: Sorbona islamu).

Przypomniała mi się również lektura książki o prześladowaniu chrześcijan w Polsce przez władze PRL. Nasz przedzielny wydawca przekładów dr Henryk Ryszard Tomaszewski napisał i wydał własnym sumptem dzieło pt. „Zjednoczony Kościół Ewangeliczny 1947-1987”. Było mianowicie tak, że władza zwąca się sama ludową okazywała swoistą chęć ekumeniczną: siłą łączyła małe wspólnoty ewangelickie, by łatwiej je kontrolować. Polską Radę Ekumeniczną, grupującą prawosławnych, protestantów i innych niekatolików, ktoś spoza mojego Kościoła nazwał dlatego przedsionkiem Urzędu Wyznań, ale gwałcono również autonomię samych protestantów (ewangelików). Żeby tylko autonomię, w ogóle więziono i torturowano przecież nie tylko księży rzymskokatolickich, „innowierczych” również, a jakże (omówię obszerniej książkę Tomaszewskiego w „Buncie Młodych Duchem”). Spotykali się w jednej celi, najpierw głównie kłócili się o doktrynę, potem zaczynali solidarną, serdeczną przyjaźń. Bo wszyscy byli - jak ich ostrzegał szczery urzędnik wyznaniowy PRL - owcami przeznaczonymi na rzeź.

Prześladowania polityczne, ale znoszone przez ich ofiary z chrześcijańskim spokojem. Biblioteka „Więzi” wydała niedawno rzecz dokumentacyjną: Marii z Esterhazych Mycielskiej książkę o jej bracie, Janosu Esterhazym (1901-1957), działaczu politycznym węgierskim, zamęczonym przez komunistów. Arystokrata przez matkę Elżbietę z Tarnowskich związany z Polską, przywódca mniejszości węgierskiej w Czechosłowacji, wspomagał Żydów i wszystkich ludzi innej narodowości będących w potrzebie. Współwięzień Jan Bosznak wspomina go tak: „Był wzorem dla każdego z nas. Znosił niewolę z takim wewnętrznym zrównoważeniem, jakby nie był w więzieniu, lecz w domu (...) On był człowiekiem wewnętrznie wolnym, gdyż potrafił się wznieść ponad wszystko, co go otaczało, a zawdzięczał to swojej wierze, głębokiej wierze w Boga”. Wiara sprawdza się najlepiej pośród prześladowań, widać wtedy czasem, jaką może być siłą. Jak wielkie góry przenosi...

Na koniec tego dziennego notesu wracam do „Tygodnika Powszechnego” i do początków. Do początków ludzkiego życia: problem, co zrobić z zamrożonymi embrionami homo sapiens. Redaktorzy Müller i Ponikło prowadzą dyskusję między posłem Jarosławem Gowinem a zakonnicą Barbarą Chyrowicz, profesorem etyki na KUL-u. Gowin jest za adopcją owych zarodków, siostra Chyrowicz - podobnie jak Kościół hierarchiczny - przeciw, bo sama metoda jest niemoralna. Gowin broni dzielnie tezy, że jeśli są to osoby ludzkie, to trzeba ocalać życie choćby jednej, siostra ma myślowe opory, argumentując też np. tak, że oznaczałoby to selekcję owych istnień: wybierałoby się najzdrowsze, inne faktycznie skazując na śmierć. Co do mnie, sama metoda in vitro mi nie przeszkadza, mam natomiast wątpliwości, czy jednak rzeczywiście nie byłoby to faktycznie poparcie dla nowych zamrożeń. Przypomniała mi się teza Magdaleny Środy, że etyka religijna w przeciwieństwie do laickiej niesłusznie lekceważy skutki działań, akcentując wyłącznie zasady. Niemniej jestem raczej za Gowinem - jeśli nie za znacznie bardziej reformatorską opinią, że i tak 70 proc. embrionów ginie niezagnieżdżonych, jeśli zatem jest i tak selekcja naturalna, to dlaczego wykluczona jest sztuczna? Na co można z kolei orzec, że selekcja naturalna zabija także płody i dzieci już urodzone. Czy jednak aż tak często, w sposób tak nieunikniony?

16:01, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
niedziela, 30 stycznia 2011
Pochwała głupoty! Broń Boże!

List do Koryntian 1,27
„Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców”
Wszelako Bóg nie wybrał niektórych wypowiedzi duchownych i świeckich katolików, które są jednak głupie, nie da się ukryć. Tu „świat” ma rację, a raczej inni katolicy po prostu.

11:10, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
sobota, 29 stycznia 2011
Wiara, nadzieja, świat niewidzialny

List do Hebrajczyków 11,1
„Wiara jest poręką tych dóbr, których się widzimy.”

Redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski ułatwił mi zrozumienie tego zdania w swoim komentarzu dla „Gościa Niedzielnego”. Słusznie tam pyta o sens twierdzenia, że wiara jest czegoś dowodem. Bo jeśli nawet sama nie wymaga dowodu (bo nie jest wiedzą), to jak sama może czegoś dowodzić? Nosowski słusznie odsyła do Biblii Warszawsko-Praskiej, czyli dzieła biskupa Kazimierza Romaniuka, który przetłumaczył tak oto: „Wierzyć to znaczy być pewnym, że się otrzyma to, czego się oczekuje; to znaczy być przekonanym o istnieniu tego, czego się nie widzi.”

Zajrzałem też jednak do tłumaczenia filologicznego, czyli grecko-polskiego tekstu Wojciechowskiego i Popowskiego: mamy tam, co prawda, coś na kształt dowodu, bo „argument”, ale pedanteria translatorska nie zawsze wskazana. No i poznawszy troszeczkę oryginał, napisałbym może tak: „Jest zaś wiara wynikająca z nadziei ufnością, że są rzeczy niewidzialne.”
Krótko, węzłowato, może oryginalnie, bo inaczej niż napisali inni, a z oryginałem chyba zgodnie.

10:32, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
piątek, 28 stycznia 2011
Kto kogo czym nawraca? A pycha odpycha

Psalm 37,23-24
„Pan umacnia kroki człowieka,
a w jego drodze ma upodobanie.
A choćby upadł, nie będzie leżał,
bo jego rękę Pan podtrzymuje.
Zbawienie sprawiedliwych pochodzi od Pana,
On ich ucieczką w czasie utrapienia.
On ich wspomaga i wyzwala,
wybawia od występnych i zachowuje,
On bowiem jest ich ucieczką.”


Ten passus psalmu mógłby zdobić dzień każdego świętego, nie tylko dzisiejszego Tomasza z Akwinu, ale jego również, bo doń też pasuje jak ulał. Na pewno Bóg ma upodobanie w Jego drodze. Nie każdy musi być arcymyślicielem, czytać i czytać, przede wszystkim myśleć i pisać (wtedy - XIII wiek - do czytania było nieporównanie mniej niż teraz). Ale myślenie nie grzech, a śmiałe nawet większa cnota. Czynię w ten sposób aluzję do tego, że Akwinata nie kombinował pod obowiązujący ideologiczny sznurek, nie uważał, że Ewangelia to chrystianizm-platonizm (jak potem - nie przymierzając - marksizm-leninizm), uważał, iż Arystoteles też wart uwagi, nawet poważnej. Moralnie chyba nie upadał bardzo, bo by się to przedostało przez sito hagiografów. Z upadkami fizycznymi mógł mieć kłopoty, albowiem podobno był tuszy ogromnej, nie mógł pracować inaczej niż przy stole odpowiednio wyciętym, by brzuch nie oddalił go od księgi za bardzo. Myślę jednak, że powstawał jakoś, podtrzymując się „ręką przez Pana podtrzymywaną”. „Utrapienia” mógł mieć za życia z racji swoich poglądów, które nawet arcybiskup ówczesny Paryża Stefan Tempier obłożył na trochę indeksem ksiąg zakazanych. Na trochę jednak tylko; co prawda, nie ma w jego i moim Kościele rangi apostoła, dziś nie święto (nieobowiązkowe), wspomina się go jednak obowiązkowo.

A ja czuję się w obowiązku wspomnieć, co napisał jego przez jakiś czas współbrat zakonny, dziś już niedominikanin profesor Tadeusz Bartoś we wstępie do swojej niedawno wydanej książki „Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności” (WAB, Warszawa 2010).
”Nie jestem tomistą. Czytając jednak od wielu już lat teksty Tomasza z Akwinu, z narastającym zdziwieniem dostrzegałem rozziew między tym, co pisze on sam, a tym, co piszą o nim jego komentatorzy. Lektura rozmaitych dzieł Akwinaty, także praca tłumacza, doprowadziły mnie do innego aniżeli popularny w naszym kraju podręcznikowy obraz jego myśli.
Tomasz z Akwinu nie zbudował spójnego systemu filozoficznego. Dostrzec można nieciągłości w jego myśleniu, nakładanie się na siebie przekonań, których nie sposób złączyć w jedną całość. Tomiści tymczasem często w punkcie wyjścia zakładają systemową i doktrynalną koherencję dzieła. Założenie tak silne sprawia, że nie dostrzega się pęknięć. Choćby nieprzystawalności platońskiego (to jest neoplatońskiego - Tomasz tego nie rozróżniał) i arystotelesowskiego wpływu w kwestii rozumienia prawdy. Będę o tym mówił w kolejnych rozdziałach książki.
Niedostrzeganie pęknięć w myśli autora skutkuje niedostrzeganiem źródeł jego filozoficznej inspiracji. Dopiero bowiem w miejscach nieciągłości rodzą się pytania istotne. Autentyczny ruch myśli zaczyna się tam, gdzie oczywistość powstrzymana zostaje zapytywaniem, którego nie sposób unieważnić. Gdy tego nie widzimy, pozostajemy bez pytań, z pustymi rękoma gotowych odpowiedzi.
Tomiści, choć nie tylko oni — podobna do tomistycznej totalizująco-systematyzująca ideologizacja myśli możliwa jest właściwie w każdym systemie filozoficznym - głusi są na wymiar historyczny. Nie dostrzegają, że średniowieczny styl filozoficzny, ówczesny sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości, nie jest światem, w którym żyje współczesny filozof czy teolog. Jakby nie widzieli upływającego czasu. Jakby czas nie istniał! Budują swoją „wieczystą filozofię" zatopieni w słowach, których nie potrafią ożywić.
Dlaczego tak się dzieje? Jaka intencja przyświeca twórcom podobnych ideologii? W nowożytności (a ściślej: w jednym z jej istotnych nurtów) dominującym pragnieniem było zdobycie trwałej podstawy. Jedyna i słuszna filozofia (jedyna i słuszna nauka) miała dawać trwałe oparcie, bezwzględny punkt odniesienia, poczucie posiadania prawdy, dysponowania niezawodną racją. Tomiści czynili więc sobie z Tomasza z Akwinu nauczyciela tego, jak myśleć należy. A kto myślał inaczej, stawał się podejrzany o relatywizm, kwestionowanie wszelkiej prawdy, wszelkiej podstawy wiedzy.
Tomista i podobnie nastrojony myśliciel religijny, teolog, duchowny, nie zwleka — przechodzi do ataku. Broni przecież prawdy absolutnej. W rzeczywistości jednak chroni jedynie iluzję własnego uprzywilejowanego dostępu do prawdy, wyższej pozycji epistemicznej, którą sam sobie obrał. Taka jest metodologia postępowania wszelkiej maści religijnych i bogobojnych oraz - vice versa - świeckich i ateistycznych ideologii. Broni się prawdy absolutnej, tej właśnie, którą samemu się wyznaje.
Dążność do ideologizacji myśli Tomasza z Akwinu w Europie nowożytnej wynikała z niefortunnego sprzężenia systemu religijnego katolicyzmu z doktryną tomistyczną w okresie nowożytnym. Tomizm i katolicyzm były przez wieki w oficjalnej symbiozie. Obrona prawdy, obrona wiary, obrona Tomasza były niczym obrona Częstochowy, odsiecz wiedeńska i bitwa pod Lepanto w jednym — składały się na szeroki nurt ochrony zagrożonej kultury katolickiej w nowożytności. Aż do obłędnego przekonania, że wróg czyha wszędzie i na stałe zachować trzeba czujność bojową, by móc w każdej chwili dać odpór. Ten duch katolicyzmu, dobrze znany z naszego rodzimego podwórka, nie narodził się dzisiaj, kształtował się od początku nowożytności, kiedy to w procesie historycznym poszczególne obszary ludzkiego życia (edukacja, medycyna, nauki szczegółowe, władza polityczna) uwalniały się spod dominującego wpływu religii. Ta zaś nie umiała się z tym pogodzić.
(...)Podejmujący się głoszenia śmierci prawdy absolutnej ryzykuje, że zostanie wyśmiany, ogłoszony szaleńcem, nieukiem, odszczepieńcem, relatywistą, nihilistą. A jednak trzeba głosić ów koniec. By na zawsze przepadła iluzja mechanicznego dostępu do własnej niekwestionowanej nieomylności. W tym wszystkim niech nas strzeże święty Tomasz — Doctor Angelicus.
Przedziwny to był mędrzec. Żył w czasach jakże odmiennych, inne rzeczy miał w głowie, ale jednego z całą pewnością mu nie brakowało: umiaru, zdrowego rozsądku, świadomości, że żadna ludzka wiedza nie wystarcza, by dosięgnąć absolutu. Całe życie ciężko pracował, nie wynosił się, nie dążył do władzy i wpływów. Na koniec uznał, że jego dzieło jest nicością — omnia palea, „wszystko to słoma" - powiedział przed śmiercią.
W ten sposób zostawił nam testament. Weźmy go dosłownie, uznajmy, że nie była to jedynie niejasna metafora: każde ludzkie dzieło jest nicością, słomą jesteśmy i myśli nasze. Po cóż się puszyć i nadymać. Więcej niewiedzy aniżeli wiedzy jest we wszystkim, o czym myślimy, co mówimy i robimy. Trzeba głosić śmierć prawdy absolutnej. Tomasza z Akwinu mamy za patrona.”

Za tak zwanej komuny krążył dowcip: jaka jest różnica między Marksem a marksistami? Taka, jak między Kantem a kanciarzami. Między Tomaszem a tomistami już jednak inna, ale dobrze, że Bartoś ową dyferencję akcentuje (czynił to też nawet po początkowym zapale profesor Stefan Swieżawski). A w ogóle to dobrze, że ową książkę napisał. Za eklezjofila zgoła nieuważany, spowodował nią jednak, że pewna pani (doktor nauk humanistycznych, więc rozumiejąca, w czym rzecz) zaczęła z powrotem chodzić do kościoła. Albowiem eklezjalna pycha od tej instytucji odpycha. Co już chyba raz tu napisałem poetycznie.

18:20, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
środa, 26 stycznia 2011
Dwóch świętych na „Ty”

2 List do Tymoteusza 1,1-8
List do Tytusa 1,1-5

Listy te są przeznaczone (do wyboru) przez mój Kościół na dzisiaj, bo mamy dziś w kalendarzu katolickim święto ich adresatów. Ściśle biorąc, nie święto, tylko „wspomnienie obowiązkowe”, uczczenie ich większe niż zwykłym wspomnieniem, ale nie takie, jakim obdarowano apostołów. Bo też ani nie należeli do Dwunastu, ani nie zostali do tej gwardii dokooptowani, jak Paweł. Byli jego synami duchowymi. Miał młodych współpracowników wielu, działał przecież niebywale szeroko, ale ci dwaj szczególnie przypadli mu do serca. Powstrzymałem się przed napisaniem, że dowodem owej serdecznej więzi są właśnie owe listy do nich, bo kwestionowane jest ich Pawłowe autorstwo, pewnie natomiast to, że uznano ich za adresatów owych pism, świadczy, jak wielką rolę odgrywali w tworzącym się Kościele.

Jacy byli? „Encyklopedia biblijna” analizuje pod tym kątem wzmianki na ich temat w Dziejach Apostolskich i innych księgach biblijnych. Nie zreferuję tego materiału, bo czasu mi brak (nie skończyłem jeszcze pracy nad wpisanym tu wczoraj wstępem i inne roboty jak zające), a zresztą sprawa nie jest prosta, bo nie jest to materiał - zdaniem „Encyklopedii” - jednolity, dający jasny obraz dzisiejszych bohaterów dnia. Zakończę natomiast uwagą, że imię pierwszego z nich staje się chyba modne: sam znam dwa takie miłe przypadki: to bardzo młody Czapliński i nieco starszy Polak. Tytusom też życzę imieninowo, a gdy któryś z nich pojedzie na Kretę, niech wie, że przed wiekami Kościołowi przewodził tam jego patron.

15:56, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
wtorek, 25 stycznia 2011
Paweł wielki

Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22

Zamiast zwykłego komentarza wpisuję coś, co napisałem jako wstęp do kolejnej naszej książki biblijnej. Tekst nieostateczny, nie ze wszystkimi współtłumaczami uzgodniony - ale może wart lektury.

I oto czwarta już nasza książka z tekstami tego autora. Po Liście do Galatów, Liście do Rzymian wydanych razem z opowiadającymi o nim Dziejami Apostolskimi, po Listach więziennych. Tu już są jego pisma wszystkie. Listów trzynaście, ułożonych przed wiekami od najdłuższego do najkrótszego.

Byłoby o jeden więcej, gdyby do „Corpus Paulinum" zaliczyć również znajdujący się w kanonie zaraz po tamtych księgach List do Hebrajczyków. Były takie tendencje, o czym świadczy chociażby Wulgata i za nią Biblia Wujka, dziś jednak żaden autorytet kościelny ani naukowy nie przypisuje tego dzieła Pawłowi. Powstało w kręgu jego myśli, niemniej zbyt różni się od jej formy i treści, aby uznać go za autora. Co prawda, autorstwo niektórych innych jego listów też jest przez pewnych biblistów kwestionowane, nigdy jednak tak mocno, jak to jest z tym traktatem teologicznym. Czeka nas jeszcze praca nad jego wspólnym przekładem, ciężka, bo dzieło to, choć pięknie wykończone stylistycznie, teologię ma bardzo skomplikowaną.

Pawła wszakże w ogóle tłumaczyć niełatwo. Na ogół dyktował, nie pisał, pisanie zaś zawsze porządkuje myśli. Jeżeli „hymn o miłości" z 1 Listu do Koryntian jest jego pióra (co jest kwestionowane), to można powiedzieć, że pisarzem bywał genialnym, ale wolał dyktować. Dodatkową trudnością dla tłumacza greki antycznej jest styl pisarski tamtej epoki. Styl od dzisiejszej całkiem inny. Czytając Pawła mam podobne wrażenie, jak przy lekturze Platona: po cóż te długie zdania, skomplikowane wywody tak dziwnie zawinięte? Jak przybliżać myśl Apostoła ludziom wychowanym na literaturze tworzonej ze słów przesiewanych przez sito najgęstsze, ze zdań ciętych, siekanych wręcz. Będąc felietonistą dzienników, z trudem godziłem się na propozycje translatorskie moich uczonych współpracowników, walczyłem o to, by przynajmniej - jeśli się da - przecinki zastępować kropkami, okresy zdaniowe dzielić na osobne części. Przy tej drobiazgowej, żmudnej pracy zapominałem o najważniejszym: by podziwiać postać Pawła z Tarsu. Postać olbrzymią i pasjonującą.

Paweł nie był faktycznym twórcą chrześcijaństwa ani nawet wraz z Jezusem jego współtwórcą, jak twierdzą niektórzy autorzy pozakościelni. Jeśli z kimś współtworzył Kościół pierwotny, zbudowany na wierze w Chrystusa, to przecież nie sam, z Piotrem, Janem, Jakubem...

Nie można nawet wyłącznie Pawłowi przypisywać otwarcia na świat pozażydowski: w końcu przecież w wizji danej Piotrowi, nie jemu, został unieważniony przez Boga podział na pokarmy czyste i nieczyste rytualnie (Dzieje Apostolskie 10). Otwarcia na pogan, czyli narody (jeden termin grecki etnoi tłumaczymy różnie, zależnie od kontekstu) dokonał właściwie cały Kościół, decydując się na tę rewolucję.

A przecież Paweł był jej niewątpliwym przywódcą, nieustraszonym obrońcą, konsekwentnym realizatorem. W Liście do Galatów mamy jego opowieść o konflikcie z Piotrem, który widać bywał skłonniejszy do kompromisów. Jest to zresztą scena dająca do myślenia na temat przywództwa w Kościele: jeśli ma być ono, jak wierzy mój rzymskokatolicki Kościół, skupione szczególnie w rękach jednej osoby, to model owego prymatu widoczny w tej księdze Biblii różny jest od monarchiczności watykańskiej. Czy w owym modelu dzisiejszym możliwy jest ktoś obok papieża podobny do Pawła? Obok opoki możliwa jest rwąca rzeka wiary? Możliwy jest tak śmiały krytyk biskupa Rzymu?

Szlifuję stylistycznie ten tekst 25 stycznia, gdy mój Kościół wspomina liturgicznie tamto wydarzenie niedaleko Damaszku. Nie mogę tu też nie wspomnieć, że również właśnie 51 lat temu papież Jan XXIII wpadł na pomysł, by zwołać Sobór Watykański II, inicjując w ten sposób reformę, bez której nie byłoby na przykład Ekumenicznego Przekładu Przyjaciół. Ale choć papież prostaczek, który pokonuje ociężałość urzędu, trafia się bardzo rzadko i watykańska zmiana kursu była ogromna, oczywiście w drodze do Damaszku stało się coś nieporównanie większego. Cud zaiste.

Niektórzy usiłują „naturalizować" tamto cudowne wydarzenie. Ktoś wygłosił hipotezę na pozór bliską bluźnierstwa, że Szaweł zmienił poglądy tak radykalnie z przyczyny naturalnej: dostał wylewu, jego mózg, zalany krwią, zaczął funkcjonować inaczej. Nie gorszę się takim tłumaczeniem, bo wiem, że Bóg działa przez „przyczyny wtóre". Jeśli zwykłe wyspanie się zmienia świato-pogląd, robi optymistę z człowieka w depresji, to mogło być i tak, że porażenie słońcem i zmęczenie podróżą dokonało zmiany w Szawłowym mózgu. Tyle że nie stępiło jego działania, jak to bywa na ogół po wylewach, ale właśnie zaostrzyło.

Dość tej fizjologii: teraz teologia. Otóż pomyślałem sobie kiedyś, że może faryzeuszowi Szawłowi było łatwiej porzucić opory wobec Chrystusa, bo był uczniem Gamaliela. Przecież wiadomo, że ten wielki rabbi był człowiekiem myślącym szeroko, a nawet wiadomo z Dziejów Apostolskich (5,34-39), że kiedyś stanął zdecydowanie w obronie apostołów. Powiedział wręcz: „Odstąpcie od tych ludzi i zostawcie ich. Albowiem jeśli ludzki jest zamysł ten i dzieło to, w niwecz obrócone zostaną. Jeśli zaś z Boga są, nie zdołacie ich obrócić w niwecz. Uważajcie, byście się nie okazali przeciwnikami Boga". Może Szaweł znał takie poglądy Mistrza, najpierw nie przyjmował ich, ale stanowiły jakiś ładunek myślowy, któremu trzeba było tylko Bożej iskry, by nagle wybuchnął.

Są w jego życiorysie też mniejsze zagadki. Obliczenia biblistów wskazują, że jego pobyt w rodzinnym Tarsie, swoista kwarantanna zalecona przez przyjaciół, by uciszyć przeciwników, mogła trwać nawet kilkanaście lat. Co wtedy robił, czego nie robił, ożenił się albo się nie ożenił; czyżby wtedy nauczył się robienia namiotów, żeby potem nie być dla nikogo ciężarem? Nie wiemy, może nie dowiemy się nigdy.

Ożenił się? Napisał o kobietach tyle, że przypina mu się łatkę antyfeministy, homoseksualisty... W jakiej mierze był dzieckiem swojej epoki, w której kobieta nie za bardzo była człowiekiem?

Jedno jest pewne: w Liście do Efezjan powiada, że żony powinny być posłuszne swoim mężom, co brzmi anachronicznie, ale pada też słówko „nawzajem". Niechby je duchowny każdego wyznania akcentował błogosławiąc związek małżeński! I jest parę rzeczy niepewnych: czy ten, co napisał, że „nie ma mężczyzny ani kobiety", mógł być autorem zaiste patriarchalnych słów w 1 Liście do Tymoteusza, ba, w niewątpliwie Pawłowym 1 Liście do Koryntian. Może dopisała je inna ręka, człowiek niższego lotu, reformator mniej odważny?

Sporo wiemy o Apostole Pawle, mało nam jednak tego. Wystarczy wszakże, by powtórzyć tutaj za tyloma jego czytelnikami w ciągu wieków, że jest wzorem wiary w Jezusa. Równie odważnej myślowo, jak żarliwej. Zawarł z Nim przyjaźń zaprawdę na śmierć i życie.

Tłumacząc korzystaliśmy z oryginału greckiego w opracowaniu Nestlego-Alanda, z jego wersji nr 27 (Stuttgart 1993). Słowa w nawiasach kwadratowych to te, które są tylko w niektórych rękopisach greckich. Kursywą w nawiasach kwadratowych pochyłych napisaliśmy słowa dodane przez nas, by tekst był jaśniejszy, a kursywą bez nawiasów - cytaty ze Starego Testamentu. Są one w dziele Pawła oczywiście: był w stu procentach Żydem człowiek, co zrobił tyle, by wiara Żydów, choć niewątpliwie odmieniona, stała się religią narodów.

17:29, jan.turnau
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Personalizm nasz potężny

Ewangelia Marka 3,22
„Uczeni w Piśmie, którzy przyszli Jerozolimy, mówili o Jezusie: - Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy".

Jak się kogoś bardzo nie lubi, to taki ktoś nie ma szans akceptacji w żadnej sprawie: choćby stanął na głowie, zawsze będzie źle. Zawsze można wymyślić coś, żeby nielubianego skrytykować. Jezus zakwestionował logikę tamtego zarzutu: „Jak może szatan wyrzucać szatana?". Właściwie to owi uczeni mogli byli powiedzieć inaczej: owszem, niby to dobrze czyni ludziom, ale nie trzeba mu wierzyć: to jest klasyczny populizm, chodzi mu tylko o PR.

Biblia mówi o Bogu, że nie ma względu na osoby. My, ludzie, mamy do tak pojętego personalizmu skłonności potężne. Wystarczy trochę autopsychoanalizy, by zdać sobie z nich sprawę. Są jak jakaś wada wzroku, występująca w zależności od tego, na kogo się patrzy. Zaciemniają obraz w każdej kwestii, w ocenie każdego czynu. Również na przykład każdego tekstu, na który trzeba spojrzeć okiem dobrego redaktora, czyli zapomniawszy dokumentnie, kto go napisał.

17:29, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 23 stycznia 2011
Diabeł, czyli rozłamca

1 List do Koryntian 1,10
„Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, aby nie było wśród was rozłamów.”

Niedziela pośród Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan: modlitw o sklejanie tego, co kiedyś rozłamano, i o to, by nie rozłamywano znowu. No cóż, diabeł, diabolos, to po grecku rozłamca. Strasznie trudno jest ulec jego pokusie, żeby stawiać na swoim, jątrzyć, rozdzielać. Strasznie trudno jest mieć własne zdanie, ale nie własną sektę. Potrafią to chyba tylko święci.

12:00, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
sobota, 22 stycznia 2011
Mówiono, że zwariował

Ewangelia Marka 3,20-21
„Jezus przyszedł do domu, a tłum się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: - Odszedł od zmysłów.”

Jezus był prorokiem nad prorokami, a tacy robią wrażenie wariatów. Bo i naprawdę są jacyś dziwni, inni niż inni. Mówiono tak na przykład o księdzu Bronisławie Bozowskim, postaci wśród duchowieństwa polskiego niebywałej, bohatera tysiąca anegdot, apostoła wśród tysiąca typów najróżniejszych. Błogosławieni wariaci, albowiem oni przybliżają Królestwo Niebieskie.

10:48, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
piątek, 21 stycznia 2011
Łaska, czyli dobroć spotkania

Psalm 85,11-12
„Łaska i wierność spotkają się ze sobą,
ucałują się sprawiedliwość i pokój.
Wierność z ziemi wyrośnie,
a sprawiedliwość spojrzy z nieba.”


Biblia Poznańska ma „dobroć” zamiast łaski. Bo też łaska Boża to miłość Boża, nie ludzka łaska, nie jakiś gest dostojnika, który raczy zauważyć byle kogo. Przypominam, że w języku czeskim i słowackim „laska” to miłość i na odwrót. Psalmista opisuje tu sytuację szczęścia szczególnego, gdy spotyka się sporo wartości ogromnych. A że jest poetą nad poetami, więc owe wartości personifikuje przepięknie.

Bywają też spotkania person, ludzi wysokiej rangi społecznej. Przeczytałem gdzieś, że spotkali się jak łaska i wierność dwaj znani biskupi długo skonfliktowani. Było takie spotkanie dwóch starszych ludzi Kościoła po latach wzajemnej niechęci. Tak już jest z nami, że kiedy życie się kończy, wtedy emocje gasną, zapalają się światła pojednania. I nie trzeba moralizować złośliwie, że lepiej późno niż wcale. Cieszmy się każdym takim spotkaniem, bierzmy zeń przykład ochoczo.

16:23, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 stycznia 2011
Grzech czy śmiech?

Psalm 40, 9.17a
„Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, Boże, a Twoje prawo mieszka w moim sercu. Niech się radują i weselą w Tobie wszyscy, którzy Ciebie szukają".
Z przeznaczonych na dzisiaj wersetów Psalmu 40 wybrałem te, które mówią o radości. Bo za mało o niej w naszych polskich świątyniach rzymskokatolickich. Od dawna chodzę na Mszę dla dzieci, bo jest na niej wesoło: urocze kazanie dialogowane z ich udziałem, ich dowcipy niezamierzone i zamierzone mądrego księdza tworzą w sumie klimat duchowy, jakiego mi trzeba w Eucharystii. Pobożność polska, co słychać w naszych pieśniach kościelnych, w porównaniu na przykład z francuską jest nazbyt smętna. Ruch charyzmatyczny katolicki i Kościoły zielonoświątkowe mają pewnie swoje wady, ale na pewno dobrze rozumieją, że Ewangelia to dobra nowina a nie ponura. Najlepszą opowieścią o świętości Papieża jest książka Janusza Poniewierskiego „Kwiatki Jana Pawła II". Porzekadło „smutny święty to żaden święty" należałoby wywiesić na drzwiach wszystkich świątyń chrześcijańskich.

Dość mamy smutku w dzień powszedni, niech chociaż niedziela będzie radosna. Oczywiście Psalm 40 mówi też o tym, że mamy mieć prawo moralne w sercu a nie w nosie, ale „moralina" kaznodziejska często niewiele zmienia w tej lokalizacji: jeden ciepły uśmiech księdza działa nieraz mocniej niż dziesięć słów o grzechu, takim czy owym.

14:22, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
środa, 19 stycznia 2011
Melchizedek wielki i tajemniczy

List do Hebrajczyków 7, 1-3.15-17
”Jezus jest arcykapłanem na wieki na wzór Melchizedeka. Ten to Melchizedek, król Szalemu, kapłan Boga Najwyższego, wyszedł na spotkanie Abrahama, wracającego po rozgromieniu królów, i udzielił mu błogosławieństwa. Jemu Abraham także wydzielił dziesięcinę z wszystkiego łupu. Imię jego najpierw oznacza króla sprawiedliwości, a następnie także króla Szalemu, to jest Króla Pokoju. Bez ojca, bez matki, bez rodowodu, nie ma ani początku dni, ani też końca życia, upodobniony zaś do Syna Bożego, pozostaje kapłanem na zawsze. Jest to jeszcze bardziej oczywiste i wskutek tego, że na podobieństwo Melchizedeka występuje inny kapłan, który stał się takim nie według przepisu prawa cielesnego, ale według siły niezniszczalnego życia. Dane Mu jest bowiem takie świadectwo: «Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka»".

Występuje tu postać niebywale tajemnicza. Któż to ów Melchizedek (-dech, jak się mówiło dawniej)? Księga Rodzaju, do której odwołuje się List do Hebrajczyków, jest lakoniczna: „A Melchizedek, król Szalemu, wyniósł chleb i wino. Był on kapłanem Boga Najwyższego. I pobłogosławił Abrama mówiąc: - Niech Abram będzie błogosławiony przez Boga Najwyższego, Stwórcę nieba i ziemi. Niech też będzie błogosławiony Bóg Najwyższy, który wydał twych nieprzyjaciół w twoje ręce. Wtedy dał mu [Abram] dziesięcinę ze wszystkiego" (Biblia Poznańska).

Scena niesamowita: oto Abra(ha)m, przywódca ludu, który zdobywa stopniowo ziemię Kanaan, po jednej z bitew zostaje nakarmiony, napity i pobłogosławiony przez kapłana-króla jednego z plemion tubylców. To jeszcze nic, na wojnie różnie bywa, ma się sojuszników, ale ów dostojnik religijno-państwowy okazuje się jakby nie poganinem politeistą, jak wszyscy Kanaanici, ale wyznawcą Boga Jedynego!

Bogata w komentarze informacyjne Poznanianka studzi trochę to zdziwienie: „Pomimo że w kilku psalmach pojęcie El-Eljon (= Bóg najwyższy) odnosi się do Boga Izraela, w ustach Melchizedeka nie musi ono koniecznie oznaczać Boga Jedynego; zna je też Balaam (Księga Liczb 24, 16) oraz Fenicjanie i Aramejczycy. Prawdopodobnie idzie o cześć bóstwa, któremu w panteonie ówczesnym przyznano miejsce naczelne, główne. „Byłby to zatem henoteizm, nie czysty monoteizm, niemniej pojęcie wzniosłe” oraz - komentuje dalej Poznanianka - byłby to fakt historyczny: „Czegoś takiego nie mogła wymyślić późniejsza tradycja żydowska, tak wroga wszystkiemu, co pogańskie!"

Nie wymyśliła i uczyniła z Melchizedeka miarę w ocenie swoich największych postaci: Psalm 110 wywyższa w ten sposób Mesjasza, cytujący go List do Hebrajczyków 17,7 - Chrystusa. Szalem to zapewne Jerozolima, a chleb i wino, którym ugościł Abrahama Melchizedek, to według rabinów a potem Ojców Kościoła ofiara religijna, dla chrześcijan swoisty prototyp Eucharystii. Stąd Melchizedek znalazł się w jej tekście centralnym (w pierwszej, znanej na pamięć starszym ludziom, Modlitwie Eucharystycznej).

Informacji sporo, teraz mój komentarz: Prawda rozsiana jest szeroko, przykład Melchizedeka dowodzi tego wspaniale. A trwa właśnie Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan: niech świadomość tamtej szerokości towarzyszy nam szczególnie tu i teraz. Tu, w jednej wierze w Boga w Trójcy Jedynego, i teraz, gdy rozumiemy coraz lepiej, żeśmy wszyscy jednej religii, bardziej jeszcze niż Abraham i Melchizedek!

 

13:10, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 18 stycznia 2011
Szabatować nie zaszkodzi

Ewangelia Marka 2,23-28

Uczniowie byli głodni, więc gdy szli z Jezusem wśród zbóż, zrywali kłosy w celu konsumpcyjnym, co zgorszyło faryzeuszy. ”Praktyczny komentarz do Nowego Testamentu” wyjaśnia, że Prawo Mojżeszowe (Księga Powtórzonego Prawa 23,26) „zezwalało na takie zaspokajanie głodu, nie uważając tego za kradzież, faryzeusze byli jednak zdania, że nie należało tego czynić w szabat: zarówno sama wędrówka po polach, jak i praca rąk wyłuskujących ziarno z kłosów, były zajęciami pozostającymi w kolizji z prawem odpoczynku szabatowego”. Reakcja obronna Jezusa wydaje nam się dziś oczywista, postawa faryzeuszy formalistyczna szaleńczo, trzeba jednak pomyśleć samokrytycznie o naszym chrześcijańskim formalizmie religijnym.

A ja dodatkowo pomyślałem sobie, że w ogóle to jakiś formalizm szabatowy przydałby mi się może: za bardzo lubię pracować, szczególnie zresztą „blogować”. Jezus wypowiada słynne słowa: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” i to racja, nawet najświętsza i najgłębiej humanistyczna, ale też właśnie szabat jest dla człowieka i szkoda zeń nie skorzystać. Cóż, kiedy na miłość nie ma lekarstwa, tę do pisania też...

15:36, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
„Strach nas w opiekę bierze”....

Ewangelia Marka 1,18-22
Opowieść o tym, że uczniów Jana i uczniów faryzeuszów do spółki gorszyło niestosowanie się do postnych rytuałów przez uczniów Jezusa. Trzeba wciąż pamiętać o skomplikowaniu ówczesnej sytuacji religijnej w Izraelu. Poza „zakonnikami” esseńczykami i zelotami „terrorystami” byli saduceusze niewierzący w pośmiertne zmartwychwstanie ciał i istnienie aniołów, w ogóle doktrynalnie dalsi od uczniów Chrystusa. Byli faryzeusze kojarzeni dziś bardziej od saduceuszy z oporem wobec Chrystusa, ale oba stronnictwa okazały się Jego wrogami groźnymi. Wreszcie pomnażali tę rozmaitość uczniowie Jana, którzy niemal jak faryzeusze trzymali się kurczowo przepisów Prawa i jakikolwiek „luz” bardzo im się nie podobał. Tak: olbrzymi głosiciel Chrystusa miał zwolenników nawet i po swojej śmierci, nie przekonał niektórych z nich do Jego misji. Była różnorodność, dialog spokojnyniekoniecznie.

Niełatwo zgodzić się na spokojne sąsiadowanie z innością. Dziś w Polsce czternasty już Dzień Judaizmu, wspaniała inicjatywa pojednawcza. Wspaniała, bo potworna przeszłość Zagłady nie zachodzi mgłą. Książka Grossów burzy opinię publiczną jeszcze przed jej wydaniem przez Znak. Wyrzuty sumienia, ale obok zarzuty, że usiłuje się je tworzyć wbrew rzeczywistym faktom historycznym.
Podobno dżentelmeni nie spierają się o fakty. Zatem o co? Pewnie o uogólnienia, które też są przecież faktami, tylko łatwiejszymi do zakwestionowania. Z rozmów o książkach Grossa zapamiętałem powiedzenie Magdaleny Bajer, że owe tezy ogólne jakoś mniej ją przejmują, każdy natomiast pojedynczy przejaw nieludzkiego okrucieństwa starczy jej do moralnej refleksji.
Przeglądając wydaną przez KUL książkę Anny Jeziorkowskiej-Polanowskiej „Pieśni zaklęte w dwa języki... O kołysankach polskich, żydowskich i polsko-żydowskich (1864-1939)” natrafiłem zaraz na taką pierwszą zwrotkę kolędy Chaima Siemiatyckiego (tłum. B. Drozdowski):
„Śpij mój mały, nie szczędź snu,
handel twego taty zamilkł,
rodzynkami, migdałami,
luli, luli-lu.
Na trakcie tatę pobili,
zapłacili wioskowe myto,
cielątko stracił i żyto,
a skrwawionego rzucili.
Słońce kołyskę twą tuli,
zamykam okna i dźwierze,
strach nas w opiekę bierze,
luli, mój mały, luli.”

W moim stałym felietonie w „Metrze” poprosiłem młodych czytelników o opinie, jak to jest dzisiaj wśród nich z antysemityzmem. Otrzymałem kilka ciekawych listów z różnymi diagnozami. Był optymizm, ale i pesymizmu sporo: u kogoś dziadek z niechęcią do Żydów niezbyt zrozumiałą, u kogoś innego, że w domu spokojnie, ale wśród kolegów antysemickie schematy myślowe. I było zgorszenie księżym powiedzeniem z ambony, że w jakiejś sprawie nie będzie „żydował” (czyli targował się). Grzech księdza mały, wrażliwość Czytelniczki wielka i piękna.

16:31, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 16 stycznia 2011
Gdy przyjaciele przyjadą Cię odwiedzić w niedzielę

Psalm 40,7
„Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi, ale otworzyłeś mi uszy.”

Rytuał skonfrontowany z właściwą postawą religijno-etyczną: instrukcja także dla nas, chrześcijan dzisiejszych. W tym rzecz, że mamy uszy najwyżej półotwarte: nakazy i zakazy dotyczące praktyk religijnych górują w potocznym nauczaniu kościelnym (ambona, konfesjonał) nad praktyczną istotę Ewangelii, jaką jest miłość bliźniego. Jakże dziwne było dla Róży Thun („Arka Noego” sprzed tygodnia) powiedzenie księdza niemieckiego, że gdy przyjaciele przyjadą Cię odwiedzić w niedzielę, to chyba lepiej nie zostawić ich samych niż pojechać na Mszę. Albowiem niedzielny obowiązek rytualny jest mniej ważny niż przykazanie miłości.

Pytanie ogólniejsze: czy w ogóle Eucharystia, spotkanie najradośniejsze, to ciężki obowiązek czy szczęście największe? Warto zeń korzystać, ale szczęście bliźniego jest ważniejsze niż moje.

12:46, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
sobota, 15 stycznia 2011
Słowo jak miecz obosieczny

List do Hebrajczyków 4,12
„Żywe jest Słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ciała, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca".

Bóg działa jak rentgen, owszem, ale słowa „miecz obosieczny" można rozumieć też na naszą ludzką korzyść: bo to jest też narzędzie do odcinania naszych win niezawinionych, skrupułów mniej lub bardziej chorobliwych. Bóg jest miłosierniejszy od każdego bliźniego naszego, choćby nam najbardziej życzliwego.

13:39, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
piątek, 14 stycznia 2011
Bóg jest nam odpoczynkiem

List do Hebrajczyków 4, 1-5.11
W dzisiejszym przydziale tekstu pozaewangelijnego (kiedyś to się nazywało lekcją) fragment obszernego dzieła mało przypominającego list, raczej traktat teologiczny. Dzieło na pewno nie Pawłowe, taka jest też dziś opinia Kościoła katolickiego, choć powstało w kręgu genialnej myśli Apostoła i choć Sobór Trydencki przypisał mu autorstwo w sensie ścisłym.

Słowem kluczowym jest tu odpoczynek. Odpoczynek Boży. Albowiem Bóg jest też tym właśnie. Po śmierci: modlimy się „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie" oraz widujemy spokojne wreszcie twarze naszych zmarłych. I za życia: „I odpoczął Bóg w siódmym dniu po wszystkich dziełach" (przypomina to właśnie List do Hebrajczyków). Pamiętaj, abyś dzień święty święcił odpoczynkiem po sześciodniowym biegu. Daj sobie czasem święty spokój.

16:56, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
czwartek, 13 stycznia 2011
Chrystus, Harris, Jan Paweł II

Ewangelia Marka 1,45
„A ludzie zewsząd schodzili się do Niego".

Końcowe zdanie dzisiejszej perykopy: stwierdzenie skutku Jezusowych uzdrowień, konkretnie jednego: oczyszczenia z trądu. Byłemu trędowatemu powiedział: „Uważaj, nikomu nic nie mów. Ale on zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych". Z wielu powodów Chrystus nie pragnął rozgłosu. Przede wszystkim był człowiekiem absolutnie pokornym, nie marzył o popularności. Przeczuwał zresztą jako jej skutek tragiczny koniec ziemski swojej misji, bał się też, że zostanie uznana za polityczną, a wreszcie po prostu chciał trochę odpocząć.

Sława ciąży. Przypominają mi się kilometrowe kolejki do Harrisa, uzdrowiciela sprzed lat. Męczył się, narażając się przy okazji na podejrzenia o szarlatanerię albo i wręcz szatańską siłę. A on po prostu korzystał z energii wciąż nieprzebadanych naukowo, ale oczywiście istniejących, które pozwalały mu leczyć niektórych. Na mnie nie podziałał zupełnie (zresztą nie trapiło mnie nic wielkiego), ale na mojego syna, który zresztą służył tylko jako oparcie fizyczne dla chorego krewnego, podziałał tak, że omal go nie przewrócił. Harris nie działał na wszystkich i nie było chyba tak jak z Jezusem, który mógł uzdrowić wszystkich, którzy weń wierzyli. Ale jeden i drugi służył bliźnim swoim charyzmatem.

PS. W ostatniej „Polityce" ciekawa i ważna rozmowa Adama Szostkiewicza z profesorem Cezarym Szczylikiem, onkologiem, „o cudzie przypisywanym Janowi Pawłowi II, innych nadzwyczajnych uzdrowieniach, przyszłości walki z rakiem oraz potędze i rozterkach ludzkiego umysłu". Ogólny ton myślowy wywiadu bardzo mi się podoba. Profesor nie przesądza raczej nic na 100 procent, chyba że to, iż istnieje „jakaś więź między psyche a naszymi możliwościami bronienia się przed chorobami. Sądzę, że to jest jeden z najciekawszych kierunków, w jakim nauka będzie eksplorować życie". Więź ową trzeba dalej badać, na pewno. A cuda? Na przykład takie zdanie Profesora: „Uzdrowienie jednej zakonnicy to cud, ale uzdrowienie społeczeństwa czy państwa, przeobrażenia w świecie są formą cudów w dużo większej skali". Cudów Jana Pawła II.

19:47, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
środa, 12 stycznia 2011
Czy diabeł nas jeszcze kusi?

Ewangelia Marka 1,32-34
„Z nastaniem wieczora gdy słońce wzeszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wielu złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.”
Znów dzisiaj temat szatański. Znów demony demaskują Go przed czasem. I znów wracam do listopadowego numeru „Znaku”, bo był tam otwierający zeszyt bardzo ciekawy komplet tekstów pod wspólnym tytułem „Czy diabeł nas jeszcze kusi?”
Otóż byłego naczelnego miesięcznika Michała Bardela skusiło, żeby napisać esej wstępny „Dlaczego Bóg diabelstwa nie ukróci?” Rzecz pisarsko kapitalna, przypomina się Leszek Kołakowski. Autor stawia kwestię fundamentalną: Bóg przecież wszechmocny i jest Dobrem Absolutnym, a Złego toleruje. Kilka cytatów.

”Boga wszechmogącego z istnieniem diabła pogodzić niełatwo. Jeśliby diabeł miał być wrogiem Bożym i buntownikiem, jeśliby miał się kierować pychą i zawiścią, jak wytłumaczyć pobłażliwość, z którą Pan Bóg spogląda na jego poczynania? On - wszechmocny i nieskończony, odwieczny i niestworzony - miałby toczyć walkę ze skończonym i słabszym, przez siebie samego stworzonym archaniołem, który w niejasnych i niepodanych nam do wierzenia (...) okolicznościach miał unieść się dumą i wystąpić z szeregu synów Bożych? Na co liczyłby diabeł, znając swego Stwórcę lepiej od najznamienitszych teologów czasów naszych i dawniejszych, lepiej od zastępów aniołów, księstw, mocy, cherubinów, serafinów i tronów? Czy Pan Bóg w swej nieskończonej władzy nie mógłby jednym słowem in saecula saeculorum strącić Lucyfera   w przepaść, choćby tak widowiskowo, jak to nam przepowiada objawienie świętego Jana? Mógłby, bez kwestii, ale nie chce. Nie chce, bo diabeł widocznie jest Mu niezbędny, w strukturze świata stworzonego i niezastąpiony, i konieczny. Wrócimy niebawem do tej niezbędności.
Jeśliby diabła poważnie przeciwstawić Bogu, jeśliby go nazwać wrogiem złowrogim i godnym nieodwołalnego potępienia, to uczynić to można bez popadania w trudności chyba jedynie na płaszczyźnie dualistycznej. Tylko tam, gdzie gnostycy pierwszych wieków po Chrystusie zrównywali dobrego i złego Boga zarówno pod względem mocy, jak i odwieczności, szukać by można odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg diabelstwa nie ukróci. Tam też łatwiej było o odpowiedź na starożytne inde malum?, na szukanie sensu bólu, cierpienia i niesprawiedliwości. Te łatwe odpowiedzi przyciągały przecież przez wieki umysły tej miary, co święty Augustyn z Hippony.
Ale jeśliby diabła Bogu nie przeciwstawiać, to jakież jest inne wyjście? Może uznać rzecz najoczywistszą na świecie, poświadczoną dobrze w księgach Starego Testamentu: diabeł nazywany aniołem zbuntowanym to anioł wyznaczony do specjalnych poruczeń, w równym stopniu niewdzięcznych i upokarzających, co niezbędnych i koniecznych w Boskiej dialektyce dobra i zła. Diabeł jako sługa, porucznik Pana Boga, którego naczelną misją jest wodzić na pokuszenie, to pomysł ani nowy, ani oryginalny - znamy go dobrze z niektórych interpretacji rabinicznych. Nowym pomysłem byłoby zachować go dla treści nowotestamentalnych, w których - zgodnie z klasyczną wykładnią chrześcijańskiego diabelstwa - powraca subtelnie pognostycka wizja zrównoważonej, ale na dziwnej zarazem i niewytłumaczalnej równowadze opartej, walki między Bogiem i Szatanem. Pognostycka, więc już nie gnostycka, bo okrojona w kwestii najdonioślejszej: zło i dobro nie są tu równie odwieczne. Szatan dwoi i się troi, bo oto jest zarazem wrogiem Boga i Jego sługą, zarazem nienawidzi Go, ale nic bez Jego przyzwolenia nie wskóra. Czy zatem wizja nowotestamentalna istotnie prezentuje obraz diabła będący konsekwencją dualizmu, usuwając jednocześnie dualizm jako taki: został zatem skutek bez przyczyny, przypadłość bez substratu, uśmiech bez kota?
Czy rzeczywiście demonologia Nowego Testamentu skłania nas wyłącznie ku wizji równoważnego zmagania sił z natury swojej nierównoważnych? Pociągająca to kwestia, lecz na inną okazję. Pozostańmy, na razie, przy diabelstwie starotestamentalnym. Bo co to właściwie znaczy «być na usługach Pana Boga»?
Rozpatrzmy rzecz następującą: byłbyż dobry jakikolwiek uczynek, jeśliby jego wykonaniu nie towarzyszyła skłonność przeciwna? Mielibyśmy zasługę, czyniąc «dobro» bez możliwości czynienia zła? Jeśli tak - pójdźmy śladem Orygenesa i usuńmy te cielesne organa, które ku złemu ciągną naszą duszę, a od zła się uwolnimy szybko i skutecznie. Jednak potępiony jest Orygenes. Bo nie sztuka trzymać w ryzach oberżnięte namiętności. Nie ma zasługi w dobru czynionym z przymusu, kiedy nie można czynić inaczej. Zasługa jest wtedy, kiedy odpór damy pokuszeniu. Im trudniej nam się ku dobru skłaniać, tym większe dobro rodzimy. Większa pokusa grosz wdowi zachować, niż powstrzymać się od trwonienia tego, na czym nam zbywa. Nie ma dobra bez zła, nie ma zasługi bez pokuszenia. Nie ma moralności bez wolności. Ale też wolności nie ma bez diabelstwa. Nie ma bez niego dobrych uczynków, nie ma ekonomii zbawienia.”

Cytaty mimo moich starań mocno wybiórcze, trzeba przeczytać całość.

Inne artykuły też warte lektury. O egzorcyzmach Jezusowych pisze Matt Baglio (fragment wydanej już książki Znakowej). O dwóch poglądach na ten temat: konserwatywnym i liberalnym. Liberałowie uważali, że opisy opętania w ewangeliach to tylko alegorie: chodziło o podkreślania władzy szatana nad światem. Na zarzut, że czyny Jezusa wyraźnie potwierdzają Jego wiarę w rzeczywiste istnienie diabła, bibliści zachodni argumentowali, że Jezus stosował jedynie zabieg PR-owski, żeby w prosty sposób przedstawić niewykształconemu społeczeństwu swój punkt widzenia. Konserwatyści odpowiadali na to, że takie teorie skrajnie przeinaczały teksty Biblii, lekceważąc kompletnie również wielką tradycję kościelną. Co do mnie, myślę, że mamy tu do czynienia z kwestią ogólniejszą: jak rozumieć prawdziwość Pisma Świętego? Dyskusja wewnątrzchrześcijańska trwa. Ważnym głosem jest tu posynodalna adhortacja apostolska „Verbum Domini” Benedykta XVI, dokument papieski opracowany na podstawie dyskusji katolickiego Synodu Biskupów, który muszę tu wreszcie omówić.

Póki co, powiadam najkrócej tak: wierzę, że jest jaka siła ponadludzka, która walczy z Dobrem. Czemu Bóg powala jej tak bezczelnie hasać, nie wiem. Bóg w ogóle jest Tajemnicą nad tajemnicami, nie tylko to jest przecież dla nas niepojęte. Odrzucam jednak pomysł, jakoby diabeł służył Dobru przez to, że nas kusi, bo gdybyśmy nie mieli wyboru między grzechem i cnotą, nie mielibyśmy żadnej zasługi, a więc nie służylibyśmy Dobru.

Jakoś nie mieści mi się w głowie obraz Boga, który wymyślił nam taką grę za cenę Auschwitz, Kołymy i Haiti. Co więcej, rozumiem, że człowiek bez wolnej woli to inny gatunek zoologiczny, ale jednocześnie nie mieści mi się w głowie plan Boży zakładający wieczną klęskę niektórych ludzi: jeżeli już zdarzają się wszystkie tamte potworności, to przynajmniej być musi totalna wiktoria Boga, takaż klęska Szatana! Amen!

15:52, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
wtorek, 11 stycznia 2011
Mój diabeł raczej zwyczajny

Ewangelia Marka 1,21-28

Opowieść o uwolnieniu opętanego. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak bardzo pasują do siebie te dwa słowa: uwolnić i opętać. Przecież opętać to dosłownie związać, bo pęta to więzi uniemożliwiające poruszanie się, wolność. Inna rzecz, że obrazy ewangelijne, ten również, ukazują szatana siedzącego raczej wewnątrz człowieka niż obejmującego go morderczym duchowo uściskiem. „Milcz i wyjdź z niego" - mówi Jezus do ducha nieczystego. Rozkaz milczenia jest sformułowany dosadnie: „włóż sobie kaganiec" - znaczy tu dosłownie termin grecki. Chodzi o ujawnienie przez demona, kim jest Jezus, czyli że jest „Świętym Boga", Mesjasza, Synem Bożym.

Jezus powstrzymuje takie ujawnianie Jego boskości, bo nie śpieszy Mu się do śmierci albo może też - jak to tłumaczy „Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu" - nie daje się nabrać na takie pochlebstwo. Wypowiadane jest tu zresztą w liczbie raz pojedynczej, raz mnogiej: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży". Nie jeden zatem czart?

Na diabła mamy niewątpliwie modę. Może dlatego, że była posucha: odnowa soborowa nie sprzyjała Szatanowi. Kojarzył się z nienawistnym lękiem przed światem, a Vaticanum Secundum promowało otwarcie. Wszelako karta lubi się odwracać i znów egzorcyści górą. Dziennikarze chwytają temat z lubością.

Obejrzałem swego czasu film na rzeczony temat, który mi się bardzo nie podobał, choć został uznany za znakomity: „Dziecko Rosemary" Polańskiego. Trafiło mi do przekonania tylko zbliżenie oczu owego niemowlaka: rzeczywiście wyraz ich był niesamowity. Niemniej sam pomysł, żeby Zło mogły wychować dwie z pozoru sympatyczne panie, wydał mi się może i swoiście dowcipny, ale sprawa nie jest przecież do śmiechu. Polański - rozumiem - chciał powiedzieć coś właśnie strasznego: że pozory mylą, ludzkości zagrażają ludzie wyglądający na nieszkodliwych. Może i zatem teza zbliżona do „Banalności zła" Hannah Arendt, ale wydała mi się jednak jakimś upupieniem problemu.

Szczególnie, że w tym samym czasie przeczytałem wspomnienia oświęcimskie Władysława Bartoszewskiego. Pomyślałem sobie, że Auschwitz jest dowodem na istnienie diabła nieporównanie bardziej przekonującym niż tamten obraz filmowy. Auschwitz, Kołyma, hitleryzm, stalinizm. Hitler narodził się w spokojnej, pobożnej, katolickiej Austrii, Stalin zaś był wychowankiem seminarium duchownego w Gruzji, czyli jednym z najstarszych państw chrześcijańskich. Na swoim historycznym i geograficznym tle obaj wodzowie jawią mi się jakoś demonicznie. A raczej nie oni sami: te całe ich diabelskie dzieła.

Tak, zgadzam się ze zdaniem między innymi Adama Michnika, że istnienie diabła może nawet łatwiej udowodnić niż to, że Bóg jednak jest. Bo w świecie, który On stworzył, zło widać o wiele wyraźniej niż dobro. A czasem właśnie wybucha tak niespodziewanie i potwornie, że trudno je napisać zwyczajnie, z małej litery.

Wierzę zatem w istnienie Szatana, niemniej wciąż wydaje mi się, że działa on w sposób na pozór całkiem zwyczajny. Żeby weń uwierzyć, nie trzeba mi żadnych nadzwyczajnych jego manifestacji. Zresztą przecież powtarza się dzisiaj czyjeś powiedzenie, iż marzy on właśnie o tym, żebyśmy ignorowali jego egzystencję. Stąd mój odruchowy sceptycyzm wobec rozmaitych demonicznych dziwności, o których dziś słyszy się na nowo bardzo wiele. Odruchy jednak trzeba kontrolować, myślowe tym bardziej.

Książkę egzorcysty francuskiego ks. Henriego Ameta „Czy trzeba bać się diabła?" (Wydawnictwo Księży Marianów PROMIC, Warszawa 2010, dobry przekład Aleksandry Frej) przeczytałem z dużą sympatią. Autor daleki jest od „demonomanii", którą dostrzegam nie tylko wśród katolików, także zielonoświątkowców czy prawosławnych. Kojarzenie homeopatii z szatanem jest takiej skłonności przykładem klasycznym. Główna teza książki francuskiego autora jest właśnie taka, że diabła nie należy się bać. Owszem, on istnieje i działa potężnie, ale nie każde dziwne zjawisko jest tego przejawem, wiele powinno być badanych (i leczonych!) przez psychiatrów. Ksiądz Amet twierdzi wręcz, że trzeba uważać ze stosowaniem egzorcyzmów, bo ów obrzęd może skołataną psychicznie osobę utwierdzić w błędnym przekonaniu, że jest opętana. A w ogóle to podstawowym zadaniem egzorcysty jest pocieszanie, uspokajanie, a nie straszenie. Autor cytuje św. Franciszka Salezego, który głosił, że „egzorcysta powinien posiadać naparstek wiedzy, beczkę przezorności i ocean miłosierdzia".

Niemniej właśnie Szatan jest. Czy jest osobą? W dyskusjach stwierdzono, że nie w sensie ludzkim: nie ma zdolności wchodzenia w relacje, kochania i bycia kochanym. Kardynał Ratzinger określił go jako nie-osobę albo anty-osobę. W każdym razie jakąś siłą pozaludzką. Spokojne traktowanie tej sprawy przez autora uwiarygodnia jego przekonanie odnoszące się także do opętań opisanych w Ewangeliach, że psychiatria czy jakaś inna nauka nie wszystko wytłumaczy i nie wszystkiemu da radę. Sekty satanistyczne na przykład mogą być tego dowodem. Choć - to już mój pogląd, choć chyba ksiądz Amet by go nie odrzucił z oburzeniem - dowód działania diabelstwa podstawowy to nieludzka potęga ludzkiej „naturalnej" nienawiści.

14:57, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Ludziołówstwo: dwie psychotechniki. czyli czy pycha odpycha?

Wpis na poniedziałek 10 stycznia 2011
Ewangelia Marka 1,17
„Pójdźcie za mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi.”

Najpierw drobiazg translacyjny. Została mi w uszach z dzieciństwa (katecheza matczyna i świątynna) formuła „odtąd ludzi łowić będziesz”. To brzmi ładniej, ale nie było tak, jak myślałem, że ze względów estetycznych Wujek przetłumaczył niedosłownie. W samym oryginale greckim są dwie różne wersje. Mateusz i Marek mają wersję rzeczownikową (z rybakami), Łukasz tę, co mi się utrwaliła, bo widocznie lansowano ją jako zgrabniejszą. Ściśle biorąc, Łukasz (cytuję przekład dosłowny Popowskiego i Wojciechowskiego) napisał: „Od teraz ludzi będziesz żywcem łowiącym”. Gdybym był jednym z moich tutejszych komentatorów, zauważyłbym, że kiedyś był problem, czy łowić żywcem, albowiem niektórych łowiono przez zabijanie: stos służył temu, by spalany nie grzeszył dalej niewiarą i dzięki temu uniknął piekła. Wyręczywszy komentatora, zauważę tylko, że tamto to jednak, zbrodnicza oczywiście, ale przeszłość, a dzisiaj morduje kto inny za inne poglądy religijne. Można skomentować uogólniająco: oto zbrodniczość religii jako takiej. Tyle, że o jej etycznych skutkach pozytywnych też trzeba pamiętać: swej przez skromność nie pochwalę, na buddyzm się przykładowo powołam.

Od translacji i tolerancji przechodzę wreszcie do refleksji zasadniczej. Jak ludzi (żywcem) łowić? Oczywiście raczej przykładem niż wykładem, oczywiście widząc dobra duchowe w każdej religii, jak i heroiczną etykę ateistów i agnostyków. Ale poza tym jak?

Najwyższy dotąd rangą krytyk listu ojca Wiśniewskiego, przewodniczący Episkopatu arcybiskup Józef Michalik twierdzi, że główny dzisiejszy problem katolicyzmu to tchórzostwo w głoszeniu Ewangelii. Tkwi ono w istocie w fałszywej niechęci do urażenia innych: „Często boimy się mówić, że pełnia prawdy znajduje się w Kościele”. Rzeczywiście czasem przesadzamy w tego rodzaju delikatności, ale w Polsce grzeszymy chyba częściej przesadą przeciwną. Wydaje mi się na podstawie długiego doświadczenia życiowego, że zbyt gromkie, nachalne, „tupetliwe” świadectwo jest na ogół antyświadectwem. Że pokorne cielę ssie dwie matki, że pycha odpycha! Że Kościół mój w ojczyźnie mojej chronicznie lekceważy kwestię własnego „image`u”, obrazu swego w szerokim odbiorze. A jest to wizerunek instytucji nadętej przekonaniem, że wszystkie rozumy pojadła, że jest nieomylna w każdym calu i detalu. Były dominikanin, krytyk Kościoła czasem niesprawiedliwy (szczególnie w ocenie JP II, ale nawet i BXVI) napisał niemniej dzieło pt. „Koniec prawdy absolutnej”, które działa na niektórych proeklezjalnie. Po jego przeczytaniu pewna pani poszła po raz pierwszy po latach do kościoła. Wydał jej się wreszcie nienadęty samozadowoleniem.

Odwaga cywilna to oczywiście cnota nieczęsta. I oczywiście są środowiska, w których zdecydowane zaangażowanie religijne wywołuje zdziwienie, dobrze, jeżeli nie złośliwe.

Europosłanka Róża Thun, katoliczka jednocześnie religijnie twarda i myślowo otwarta (można być takim, taką, a jakże!) w ostatniej ;Arce Noego” opowiada, jak walczyła, żeby imprezy Unii Europejskiej nie były organizowane w niedzielę poza Brukselą w taki sposób, że katolik z Polski żadną miarą nie mógł uczestniczyć w mszy, bo dojazd był karkołomny. Ale na łonie naszej ojczyzny bywa często raczej na odwrót. Rarogami bywają raczej ludzie nie po oficjalnie kościelnej linii. W styczniowym numerze „W drodze” Dariusz Karłowicz głosi, że do polskich mediów zaprasza się głównie jako specjalistów ludzi wypowiadających się po linii „Gazety Wyborczej”. Zaznacza co prawda gdzieś, że ma na myśli media prywatne, ale ignoruje jakby fakt istnienia mediów najpotężniejszych, czyli publicznych, gdzie przecież widać raczej „Rzeczpospolitą”, jak też i to, że Tomasz Terlikowski jest gwiazdą rozświetlaną wszędzie, łącznie z należącymi do Agory TOK FM-em. Jest „wyrazisty”, to fakt, ale Karłowicz w tym samym tekście walczy również z medialną pogonią za „czytelnictwem, oglądalnością czy słuchalnością”. A walczy z cenzurą laicystyczną w mediach nie zauważając na przykład, jak kościelnie układna, cenzurująca się programowo jest np. niedzielna poranna Jedynka Familijna w radiowym Programie I (trudniejsze problemy przemilcza).

Wracam do Terlikowskiego, a przez niego do kwestii psychotechniki „ludziołówstwa”. Czy naprawdę jego wykrzykiwane poglądy w rodzaju „stosowanie antykoncepcji to grzech śmiertelny, za który idzie się do piekła” nie odstraszają ludzi od Kościoła? Czy aby na pewno na tym polega odwaga apostolatu?

12:00, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
niedziela, 09 stycznia 2011
Bóg nie kolesiuje

Dzieje Apostolskie 10,34-35
„Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.”

To powiedział Piotr i chodziło o rewolucję otwierającą nową religię na świat pogański. Ale ja mam asocjację inną. Pomyślałem sobie, że „nieposiadanie względu na osoby” to cnota potwornie trudna. Oddzielić w sobie własną sympatię do człowieka od jego rzeczywistej kwalifikacji. Na przykład nie awansować za bardzo własnych osobistych sekretarzy... Albo nie rozprawić się radykalnie z kolegą, który chorobliwie lubi chłopców. Opanować swoją życzliwość twardą sprawiedliwością.

12:03, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 08 stycznia 2011
Znów ubogi u Boga

Psalm 72,1-4.7-8
”Boże, przekaż Twój sąd Królowi,
a Twoją sprawiedliwość synowi królewskiemu.
Aby Twoim ludem rządził sprawiedliwie
i ubogimi według prawa.
Niech góry przyniosą ludowi pokój,
a wzgórza sprawiedliwość.
Otoczy opieką uciśnionych z ludu,
będzie ratował dzieci biedaków.
Za dni Jego zakwitnie sprawiedliwość
i wielki pokój, aż księżyc nie zgaśnie.
Będzie panował od morza do morza,
od Rzeki aż po krańce ziemi.”

Chrześcijaństwo, ale też judaizm widzi w owym królu Mesjasza. Różnica między religiami jest tylko (to dużo, ale mniej, niż sądzono ongiś) taka, że dla Żydów powtórne Przyjście będzie dopiero pierwszym.

Póki co, obraz rządów jest tutaj, mówiąc złośliwie, populistyczny, a dobrotliwie, czyli prawdziwie - ewangeliczny, czyli święcie socjaldemokratyczny. Albo też jest to koncepcja pośrednia: tak zwana społeczna gospodarka rynkowa.
Dość jednak takich skojarzeń politycznych, powtórzę tylko kalambur: ubogi u Boga. U władzy każdej ziemskiej też, choć tam już często głównie w słowach.
Oczywiście jednak - nie ściemniam apologetycznie - u Boga będzie ubogi widomie, gdy wróci Jezus i zrobi wreszcie święty porządek.
Metaforyka cudowna: te góry i wzgórza w służbie pokoju i sprawiedliwości...
A Rzeka to Eufrat.

10:33, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 stycznia 2011
Rozmyślanie o nawracaniu

Ewangelia Mateusza 4,17
„Nawracajcie się, przybliżyło się bowiem Królestwo Niebios.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.

Co to znaczy? Po pierwsze, co to znaczy „nawracać się”? Zmienić wyznanie? Dziś w kalendarzu juliańskim Boże Narodzenie: pierwszy dzień Świąt w większości parafii prawosławnych w Polsce. Czy słowa Chrystusa znaczą, że dobrze byłoby zmienić wyznanie z prawosławnego na katolickie albo właśnie na odwrót? Na szczęście takie myślenie staje się już powoli w świadomości chrześcijan anachroniczne. Powoli, ponieważ ekumenizm rozwija się faliście, dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Upowszechnia się jednak z wolna przekonanie, że zamiast samemu zmienić konfesję na bliższą moim obecnym poglądom, lepiej starać się, by mój Kościół dotychczasowy robił się lepszy, mądrzejszy, bardziej otwarty na wartości duchowe innych wyznań. By przybliżało się pojednanie chrześcijan. A przybliżanie (się) tej jedności to właśnie między innymi przybliżanie (się) Królestwa Niebiańskiego.

Oczywiście jednak nawracanie mojego Kościoła powinienem zaczynać od siebie: bo mój Kościół to też ja, a na siebie mam wpływ największy. Jeśli tylko naprawdę chcę...

21:28, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 06 stycznia 2011
Morał midraszu o mędrcach ze Wschodu

Ewangelia Mateusza 2,1-12
Dziś dzień wolny od pracy pozadomowej, dobrze jednak byłoby, żeby był choć trochę zajęty refleksją nad przesłaniem dzisiejszej uroczystości. Święto to bardzo stare i dostojne, początkowo połączone z dzisiejszym Bożym Narodzeniem (świętowanym dotąd u Ormian 6 stycznia). Bo też Narodzenie było według obu ewangelii, Mateusza i Łukasza, od razu Objawieniem. Nazywa się oficjalnie uroczystością Objawienia Pańskiego (Epifanii), oczywiście nie żadnych „Trzech Króli”. Oczywiście z Biblii nie wiadomo, ilu ich było (święta skądinąd liczba „trzech” z czasem zwyciężyła, ale w apokryfach pojawia się nawet dwunastka), monarchami też nie byli, choć może trochę rządzili z tylnego siedzenia. Czy w ogóle byli, czy przybyli faktycznie z tak daleka do żydowskiego miasteczka Betlejem, czy nie jest to biblijna beletrystyka, midrasz? Chcielibyśmy to wiedzieć na pewno, ale przecież nie to jest tutaj najważniejsze. Zapytajmy przede wszystkim o przesłanie teologiczne tej cudownej opowieści.

Najogólniejsze przesłanie na pewno jest takie, że oto kłania się Jezusowi elita świata pozażydowskiego. Ewangelia Mateusza akcentuje hołd wielkich, gdy natomiast Łukaszowa „maluczkich” - pasterze to byli ci najbiedniejsi, pogardzani, ot, pastuchy po prostu. To jednak tylko strona pozytywna przesłania. Negatywna zawiera się w paru słowach, które łatwo przegapić myśląc tylko o obrzydliwość Heroda. Otóż przeraził się on wiadomością., że urodził mu się konkurent do władzy, ale nie tylko on: „cała Jerozolima z nim”. Czyli żydowska elita władzy, ta, co - aluzja jest przejrzysta - za parędziesiąt lat osiągnie to, czego nie dopiął Herod teraz, bo Józef uciekł z rodziną do Egiptu. Mateusz i Jan przedstawiają elitę swego ludu bardziej krytycznie niż Łukasz i Marek.

Zostawmy jednak w spokoju Żydów, a raczej wstawmy się w ich miejsce: my, dobrzy katolicy. Bo owi mędrcy to może być dzisiejszy świat pozachrześcijański, często mądrzejszy od nas. Czyli jeżeli morał dla nas, to nie ten triumfalistyczny: Jezusowi kłania się elita naukowa, reprezentacja ludzkości przyznała nam rację! Nie, inaczej, pokorniej: oni nieraz lepiej czczą Jezusa niż my.

Dzisiejsza perykopa ewangelijna urzeka nie tylko barwnością narracji; także obrazowym przedstawieniem samego sedna Ewangelii: ostatni będą pierwszymi.

A poza tym napisało mi się nową wersję dzisiejszej kolędy:
Mędrcy, mędrcy, nie królowie,
władzy im nie trzeba.
Korona im nic nie powie
o tym, co jest z nieba.
A jest stamtąd gwiazdka mała,
podobna do krzyża.
A jest krzyża wielka chwała,
że sam się poniża.
Prawdziwy nie przypomina
berła ani miecza.
Betlejemska to nowina,
Boża, nie człowiecza.

12:42, jan.turnau
Link Komentarze (65) »
 
1 , 2
Archiwum