Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
Biblia to nie ser salami

1 List do Koryntian 13,1-13
1. Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się miedzią, co dźwięczy, lub cymbałem, co brzęczy.
2. I choćbym miał proroctwo i znał tajemnice wszystkie, i miał wszelkie poznanie, i gdybym miał całą wiarę tak iżbym góry przestawiał, a miłości bym nie miał, niczym byłbym.
3. I gdybym rozdał wszystko, co posiadam, i jeślibym wydał ciało swoje na pastwę płomieni, a miłości bym nie miał, nic mi to nie da.
4. Miłość jest pełna cierpliwości i pełna dobroci jest miłość, nie jest zazdrosna, nie jest wyniosła, nie nadyma się [miłość].
5. Nie czyni nie nieprzystojnego, nie szuka swego, nie wpada w gniew, nie obmyśla nic złego.
6. Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale współraduje się prawdą.
7. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, zawsze ma nadzieję, wszystko wytrzymuje.
8. Miłość nigdy nie ustaje. Bo czy to proroctwa - przeminą, czy to języki - zamilkną, czy to wiedza - przeminie.
9. Cząstkowe jest bowiem nasze poznanie i cząstkowe prorokowanie.
10. A gdy przyjdzie, co doskonałe, to cząstkowe przeminie.
11. Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, myślałem jak dziecię, rozumiałem jak dziecię, gdy zaś mężem się stałem, przeminęło to, co dziecinne.
12. Albowiem teraz widzimy jak w zwierciadle, zgadując, wówczas zaś twarzą w twarz; teraz poznaję częściowo, a wówczas poznam tak, jak i zostałem poznany.
13. Teraz trwa wiara, nadzieja, miłość, te trzy, większa zaś z nich jest miłość
.

Tekst bardzo znany, a jednak wybierając coś z lektur przepisanych na dzisiaj, nie mogłem go pominąć. Jego piękno jest niesamowite, może on konkurować z najgenialszymi wierszami ludzkości. No i przesłanie moralne, tak jakoś ogólnoludzkie: miłość jest największa, bo jest ostatecznym sprawdzianem etycznym postawy człowieka i to właśnie z punktu widzenia każdej wiary, każdego światopoglądu.

Przekład powyższy pióra „bandy czworga"; nielepszy od innych, mało się zresztą od innych różni, ale dotąd nieopublikowany, więc może przez to ciekawszy.
A wpisuję dzisiaj również poniższą myśl Benedykta XVI (cytuję z książeczki ”Myśli o Bożym”, edycja polska: Wydawnictwo eSPe, Kraków 2008). Papieże, w ogóle hierarchowie mało mówią na temat fragmentów Biblii, które trudno pojąć, trudno zrozumieć, jak mogły się znaleźć w Piśmie Świętym. Otóż jest to możliwe, jeżeli wyobrazimy sobie „Księgę nad Księgami" jako drogę. Od obrazu Boga jako bóstwa plemiennego, które popiera własne plemię, jego wrogów traktuje jako własnych nieprzyjaciół, każde ich mordować, do takiego na przykład hymnu o Miłości. „W każdej rzeczy końca patrzaj", jak zalecał polski pisarz średniowieczny Biernat z Lublina.

”Odkryć Biblię jako całość -- to wielka rzecz, do której jednak dochodzi się powoli i stopniowo. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę tylko pojedyncze fragmenty, może być trudne zrozumieć, że chodzi o Słowo Boże: mam na myśli niektóre fragmenty Ksiąg Królewskich z relacją opisującą zagładę narodów żyjących w Ziemi Świętej. A zatem tylko jeżeli weźmiemy pod uwagę całość jako jedną jedyną drogę -- krok po kroku -- i jeśli nauczymy się czytać Pismo w sposób integralny, będziemy mogli pojąć piękno i bogactwo Pisma Świętego. Trzeba zatem czytać wszystko, mając na uwadze całościowy charakter Pisma Świętego, gdzie jedna część tłumaczy inną, jeden krok wędrówki objaśnia inny.”
Oczywiście nie od razu wszystko - ale czytając Stary Testament trzeba pamiętać, że jest Nowy, a i w Starym np. końcówka Księgi Izajasza o cierpiącym Słudze Jahwe.

13:17, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 stycznia 2010
Prorok rachuje królewskie sumienie

2 Księga Samuela 12,1-7a.10-17
Tym razem nie zacytuję, tylko streszczę. Bóg porusza sumienie Dawida wysyłając doń następnego proroka, Natana. Ten opowiada królowi o bogaczu, który miał „owce i bydła wiele", ale był skąpy niemiłosiernie, więc zamiast ugościć kogoś zwierzęciem ze swego dobytku, zabrał biedakowi jedyną ukochaną owieczkę. Usłyszawszy to, Dawid oburzył się, bo cudzy grzech jest bardziej oczywisty. Ale gdy zrozumiał, wyznał winę i wobec tego otrzymał mniejszą karę: nie śmierć swoją własną, tylko swego syna, który się wnet urodzi. A także w dalszej przyszłości bunt jednego z poprzednich synów królewskich, Absaloma, straszny zamach stanu, rozdarcie królestwa.

A propos władców: wczoraj Donald Tusk okazał dużą klasą. Można oczywiście podejrzewać wszystko, nawet strach przed przegraną. Można komentować nawet i tak: że premier woli władzę od pałacu, czyli kocha ją nad życie. Można wszystko - ale możliwe jest też przyznanie, że zachował się po prostu mądrze, w najlepszym sensie tego słowa.

11:26, jan.turnau
Link Komentarze (84) »
piątek, 29 stycznia 2010
Dawid cudzołóżca, morderca

2 Księga Samuela 11,1-4a.5-10a.13-17.27c
”Na początku roku, gdy królowie zwykli udawać się na wojny, Dawid wyprawił Joaba i swoje sługi wraz z całym Izraelem. Spustoszyli oni ziemię Ammonitów i oblegli Rabba. Dawid natomiast pozostał w Jerozolimie. Pewnego wieczora Dawid, podniósłszy się z posłania i chodząc po tarasie swego królewskiego pałacu, zobaczył z tarasu kąpiącą się kobietę. Kobieta była bardzo piękna. Dawid zasięgnął wiadomości o tej kobiecie. Powiedziano mu: - To jest Batszeba, córka Eliama, żona Uriasza Chetyty. Wysłał więc Dawid posłańców, by ją sprowadzili. Kobieta ta poczęła, posłała więc, by dać znać Dawidowi: - Jestem brzemienna. Wtedy Dawid wyprawił posłańca do Joaba: - Przyślij do mnie Uriasza Chetytę. Joab posłał więc Uriasza do Dawida. Kiedy się Uriasz stawił u niego, Dawid wypytywał się o powodzenie Joaba. ludu i walki. Następnie rzekł Dawid Uriaszowi: - Wstąp do swojego domu i umyj sobie nogi, Uriasz opuścił pałac królewski, a za nim niesiono dar ze stołu króla. Uriasz położył się jednak u bramy pałacu królewskiego wraz ze wszystkimi sługami swojego pana, a nie poszedł do własnego domu. Przekazano wiadomość Dawidowi: - Uriasz nie wstąpił do swego domu. Dawid zaprosił go, aby jadł i pił w jego obecności, aż go upoił. Wieczorem poszedł Uriasz, położył się na swym posłaniu między sługami swojego pana, a do domu swojego nie wstąpił. Następnego ranka napisał Dawid list do Joaba i posłał go za pośrednictwem Uriasza. W liście napisał: „Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpicie go, aby został ugodzony i zginął". Joab obejrzawszy miasto, postawił Uriasza w miejscu, o którym wiedział, że walczyli tam dzielni żołnierze nieprzyjacielscy. Ludzie z miasta wypadli i natarli na Joaba. Byli zabici wśród ludu i sług Dawida; zginął też Uriasz Chetyta. Postępek, jakiego dopuścił się Dawid, nie podobał się Panu.”

Opowieść klasyczna.
Może trzeba wyjaśnić, że Dawid próbował najpierw zatuszować uwiedzenie Batszeby: gdyby potem spała z mężem, nie byłoby oczywiste ojcostwo Dawida. Gdy jednak Uriasz nie chciał spać we własnym domu, uważał bowiem, że w czasie wojny żołnierz nie powinien mieć takich wygód (werset 11, opuszczony w podanym przez Kościół fragmencie), król postanowił zamordować wiernego oficera i potem zalegalizować związek z Batszebą.

Popęd seksualny jest jak powódź czy pożar: niszczy wszystko po drodze. Nawet subtelny król Dawid uległ mu ze skutkiem morderczym. Ale jest to też opowieść o pokusach władcy: gdyby syn Jessego nie zaszedł tak wysoko, nie miał do faktycznej dyspozycji każdą kobietę, która mu się spodoba, nie upadłby tak nisko. Władza demoralizuje - to też morał na dzień dzisiejszy.

16:17, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
czwartek, 28 stycznia 2010
Kłopot ze światłem

Ewangelia Marka 4,21
„Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, by je postawić na świeczniku?"
Pewnie, że światło (w innych przekładach: lampa albo świeca) nie jest do zasłaniania. Ale jeżeli sam niosę owo światło, powinienem się z nim pchać byle do przodu, byle wyżej? Jestem przekonany, że niosę rzecz cenną, potrzebną bliźnim, że po prostu mam rację, ale przecież autoreklama, tupet jest nawet nie tyle nieetyczny, ile jakoś nieestetyczny. Bardzo cenię Jana Nowaka-Jeziorańskiego, ale podczas jedynego z nim spotkania zdziwił mnie. Wydrukowałem jego artykuł tak, że nie z mojej zresztą winy nazwisko sławnego autora nie zostało wyeksponowane. Otóż był to niewątpliwie błąd w sztuce redaktorskiej, ale zaskoczył mnie swoją własną uwagą, że to był błąd. Idolem moim jest Jerzy Turowicz, który najchętniej milczał skromnie. Ludzie nie lubią gaduł, takich, co to wszystko wiedzą najlepiej, a język świerzbi im niemiłosiernie. Wolą takich, co przepraszają, że żyją, chowają się sami za siebie. „Vox populi, vox Dei"...

Może jednak jest inaczej: może chowam światło pod korcem, bo brak mi odwagi cywilnej, bo za mało zależy mi na oświeceniu bliźnich? W każdej sprawie trzeba rachunku sumienia oraz modlitwy o oświecenie w sprawie oświecania.
Dziś Tomasza z Akwinu, arcyklasyka katolicyzmu. Miał wszystkie walory intelektualisty: subtelną inteligencję, umiejętność precyzyjnej analizy problemu (dzielenie włosa na czworo to chyba przesada dopiero późniejsza, schyłku scholastyki), pracowitość niebywałą (choć gdyby mniej siedział nad książkami, więcej spacerował, nie przeszedłby do legendy jako tłuścioch też niebywały), wreszcie odwagę godną naśladowania (powiedziano o nim, że ochrzcił Arystotelesa, co jest prawdą w tym sensie, że przełamał katolicki monopol Platona), nie bał się podpaść konserwie (arcybiskup Paryża wziął jego dzieła na indeks, na szczęście nie na długo). Nie jest winien, że tomizm stał się z czasem jedynie słuszną filozofią katolicką (co już na szczęście minęło i chyba nie wróci). Są bowiem tacy, co nie rozumieją, że świecznik powinien być wieloramienny. Niech świeci światłem przeróżnym.

14:47, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 27 stycznia 2010
O plewach

Ewangelia Marka 4,3-8
” Słuchajcie! Oto wyszedł siewca, aby siać! I zdarzyło się, kiedy siał, że jedno ziarno upadło przy drodze, przyleciały ptaki i wydziobały je. A inne upadło na zbocze skały, gdzie nie było dużo ziemi, i szybko wzeszło, bo głębokiego gruntu nie miało. Ale kiedy słońce przygrzało, jego żar wypalił je, a że nie miało korzenia, uschło. Inne ziarno upadło między ciernie i gdy te urosły, zagłuszyły je i nie przyniosło plonu. Jeszcze inne upadły na ziemię urodzajną, wzeszły, wyrosły i obficie obrodziły, dając plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, a nawet stokrotny.”

Przekład ”bandy czworga”, przede wszystkim pełnego wtedy bardzo odważnych pomysłów ks. Czajkowskiego. Było to podczas wakacji w roku 1982 lub 1983, w malutkiej „daczy", postawionej przez moją żonę w Górkach koło Osiecka na wschodnim Mazowszu. Biskupa Jeremiasza nie było, bo właśnie zdobył szlify hierarchiczne i - jak mówią na Śląsku - „był przeszkodzony", pracowaliśmy we trzech, czyli też z pastorem Kwietniem.

A pomyślałem sobie dzisiaj, że plony zależą też od jakości ziarna. Gdy przypomina plewy, nie pomoże najlepsza gleba. Gdy ewangelizujemy „mową przez lufcik do ludu chińskiego" (wyrażenie chyba z drugiej połowy lat pięćdziesiątych, wymyślone po przełomie październikowym) albo gadamy bardzo pięknie, ale świadczymy czynem brzydkim lub tylko bezczynem - siew nie może się udać.

Rozładuję patos morału szmoncesem z lat stalinizmu. Icek depeszuje do Mośka: - Nadeszła wiosna, chyba trzeba coś zasiać, skopię wreszcie ogródek. Mosiek do Icka: - Nie kop, bo w ogródku zakopane są dolary! Icek do Mośka: - Coś ty nabzdurzył, przyszło UB i skopało cały ogródek! Mosiek do Icka: - Teraz możesz siać.

16:00, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 stycznia 2010
O pasterzach, nie pastuchach

2 List do Tymoteusza 1,1-8
”Paweł z woli Boga apostoł Chrystusa Jezusa, posłany dla głoszenia życia obiecanego w Chrystusie Jezusie, do Tymoteusza, swego umiłowanego dziecka. Łaska, miłosierdzie, pokój od Boga Ojca i Chrystusa Jezusa, naszego Pana. Dziękuję Bogu, któremu służę jak moi przodkowie z czystym sumieniem, gdy zachowuję nieprzerwaną pamięć o tobie w moich modlitwach. W nocy i we dnie pragnę cię zobaczyć, pomny na twoje łzy, by napełniła mnie radość na wspomnienie wiary bez obłudy, jaka jest w tobie; ona to zamieszkała pierwej w twej babce Lois i w twej matce Eunice, a pewien jestem, że mieszka i w tobie. Z tej właśnie przyczyny przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa naszego Pana ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według danej mocy Boga.”

Dziś dzień świętych Tymoteusza i Tytusa, przyszła zatem jednodniowa kolej na listy Pawła zwane pasterskimi, adresowane do owych jego ukochanych uczniów. Watykański decydent przeznaczył na dziś powyższy początek drugiego z dwóch listów do Tymoteusza albo również pierwsze wersety epistoły do Tytusa. Jak widać, wybrałem to pierwsze.

Te trzy listy należą do tzw. „Corpus Paulinum", ale wraz z trzema innymi (do Efezjan, Kolosan i drugim do Tesaloniczan) zajmują w owym korpusie miejsce szczególne. Nie bardziej poczesne, choć chyba i nie pośledniejsze. Chodzi o autorstwo. Piszę tu wciąż do znudzenia, że w tamtych miejscach i czasach prawo autorskie działało odwrotnie niż teraz: dla piszących często nieważna była autorska sława, raczej skuteczność perswazyjna głoszonych treści, więc zdobiono teksty wielkimi nazwiskami. Otóż według niektórych biblistów autorem owej szóstki listów nie był sam apostoł nad apostołami, napisali je raczej po jego śmierci najbliżsi uczniowie. Co prawda, trudno uwierzyć, że listów do Tymoteusza i do Tytusa nie pisał (dyktował) sam Paweł, zaczynają się bowiem tak osobiście, ale uszanujmy fachowe kompetencje uczonych biblistów: może jednak rację mają ci bardziej sceptyczni.

Przymiotnik „pasterski" wziął się stąd, że sporo w tych tekstach o pasterzowaniu, czyli zarządzaniu eklezjalnymi strukturami. Obraz kościelnego przywódcy jako pasterza, w tamtych miejscach i czasach zrozumiały, dzisiaj trąci nie tyle myszką, ile owieczką. Czyli zwierzątkiem może i poczciwym, ale zgoła niemądrym, takim, którym rządzić trzeba władczo, bo inaczej zgubi się sromotnie. Co gorsza, w trzodzie wiernych świeckich są w takim razie też i barany, bardziej bojowe, ale jeszcze głupsze. No i słyszałem pewną księżą zresztą złośliwość, iż niektórzy pasterze duchowni pastuchami raczej bywają. Nie oceniałbym tak jednak wszystkich naszych biskupów, niektórzy naprawdę zasługują na owo biblijne miano, które pojawiać się zaczęło ostatnio w podpisie pod listami otwartymi polskich hierarchów.

O zarządzaniu Kościołami nie ma jednak w dzisiejszym tekście niemal ani słowa, więc może niepotrzebnie poruszyłem ów hodowlany temat (leży mi wciąż na wątrobie). Widać tu natomiast wzruszająco samego Pawła, człowieka bardzo uczuciowego, przejętego swoją misją nie abstrakcyjnie: troszczącego się również najserdeczniej o swoich młodych współmisjonarzy.

14:53, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Nawrócenie Pawła, nawrócenie Kościoła. Kazanie przeciw karze śmierci

Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22
Wspominamy dzisiaj wydarzenie w dziejach chrześcijaństwa olbrzymie: nawrócenie Pawła z Tarsu.

Najpierw uwaga co do samych tekstów: różnią się co do szczegółów. Autor korzystał z różnych tradycji, a nie było w zwyczaju dbać o zgodność relacji nawet w tym samym dziele. Co czas, to obyczaj... Zatem w opisie z rozdziału 22 towarzysze podróży widzą światło, a głosu nie słyszą, w tym drugim jest na odwrót. Co więcej, w Dziejach 26,12-18 jest jeszcze inna wersja: tam o zjawiskach okulistycznych i akustycznych nie ma mowy, dłuższa jest natomiast mowa Jezusa do Pawła. Mamy tam między innymi zdanie, które zapadło mi w pamięć: „Trudno ci przeciw ościeniowi wierzgać". Oścień służył do poganiania wołów, ale przenośnie oznaczał również stymulowanie procesów myślowych.

Otóż oścień, który dopadł Pawła, był potężny. Spotkałem się kiedyś z hipotezą na pozór bliską bluźnierstwa, że Szaweł zmienił poglądy tak radykalnie z przyczyny zgoła naturalnej. Dostał mianowicie wylewu, jego mózg, zalany krwią, zaczął funkcjonować inaczej. Nie gorszę się jednak takim tłumaczeniem, bo wiem, że Bóg lubi działać przez ”przyczyny wtóre”. Jeśli zwykłe wyspanie się zmienia światopogląd, robi optymistę z człowieka w depresji, to mogło być i tak, że porażenie słońcem i zmęczenie podróżą dokonały zmiany w Szawłowym mózgu. Tyle że nie stępiły jego funkcjonowania, jak to bywa na ogół po wylewach, ale właśnie zaostrzyło. Znam jednak taki właśnie przypadek dzisiejszy, nie religijny, raczej polityczny: nastąpił obrót poglądów o 180 stopni, który można kojarzyć z faktem niewielkiego wylewu.
Tak czy inaczej Szaweł stał się Pawłem. Tu trzeba wyjaśnić, że jego nowe imię nie było całkiem nowe, tylko dotąd nie używane. Miał je dwa: zwał się Saulem (tak, Szaweł to spolszczenie) jak tamten król (pochodził również z pokolenia Beniamina), ale jako obywatel rzymski również Paulusem (por. Dzieje Apostolskie 13,9).

Czy można powiedzieć, że się nawrócił? Ze słowem tym kojarzy się na ogół przemiana moralna: czy stał się lepszy etycznie? Stwierdzenie tego bez ogródek mogłoby się równać powiedzeniu, że chrześcijanin jest lepszy moralnie od Żyda, co grzeszy przeciw ekumenizmowi. Można jednak myśleć tak: przedtem był niewątpliwie nietolerancyjny, po fakcie pod Damaszkiem przekonywał tylko słowem. Czy fanatyzm prześladowcy daje się zawsze usprawiedliwić bezgrzeszną klapką na oczach? Można też zapytać, co by było, gdyby historia nabrała rozpędu i zmienił poglądy na chrześcijaństwo nie dopiero Konstantyn, ale już Neron, tak że jeszcze za życia Pawła nowa religia byłaby nie pod wozem, ale wręcz rozparta na rydwanie i mogąca niszczyć wyznawców starej. Jaki byłby w on czas Paweł wobec tych, co wierzgali przeciw ościeniowi? Czy nawróciłby się w tym sensie, że dałby ludziom żyć, jak chcą, nie wtrącałby ich do więzienia, jak poprzednio uczniów Chrystusa?

Gdybanie to jednak myślenie gorszej natury. „Historia alternatywna" to gatunek mniej poważny niż teologia. A można popatrzyć na radykalną przemianę Szawła teologicznie. W książce naszej „bandy czworga" „Paweł Apostoł - dzieło i myśl" (Biblioteka „Więzi", Warszawa) ks. Michał Czajkowski stawia tezę, że „pod Damaszkiem nie tyle chodziło o nawrócenie Pawła na inną religię, ile o powołanie go na misjonarza pogan (zob. np. Ga 1,15-16). On sam, dumny do śmierci ze swej żydowskości (zob. np. Flp 3,5), owo doświadczenie w drodze do Damaszku nazywa nie nawróceniem, lecz objawieniem: »Bóg (...)zechciał mi objawić swojego Syna, abym wśród pogan głosił Dobrą Nowinę o Nim« (Ga 1,15-16)»." Byłoby zatem chrześcijaństwo nie tyle nową religią, ile starą zaakceptowaną dla celów misjonarskich. Można myśleć i tak, nie sugerując jednak, że da się łatwo do takiej tezy przekonać dzisiaj Żydów, mimo niewątpliwych postępów w dialogu.

Nawrócenie Pawła było tym albo innym, w każdym razie przemianą w życiu Apostoła kolosalną. Otóż w owo święto rzymskokatolickie papież Jan XXIII ogłosi 51 lat temu pomysł zwołania soboru, który zjednoczyłby podzielone potwornie chrześcijaństwo, a dzień 25 stycznia to wieńczący dzieło koniec corocznego Tygodnia (Oktawy) Modlitw o Jedność Chrześcijan. Czy ruch ekumeniczny można nazywać kościelnym nawracaniem się moralnym? Oczywiście tak: gdy nie wymyśla się sobie nawzajem od heretyków, schizmatyków i paskudnych papistów, to przecież porzucenie tej międzywyznaniowej nienawiści jest moralną „metanoją". Każdy Kościół musi sobie robić rachunek sumienia, czy odnosi się do innych, jak przystało uczniom jednego Chrystusa. Musi także pytać, czy obstaje przy swojej doktrynie konfesyjnej z czystej miłości do Prawdy, czy jednak nie trochę także z miłości do poglądów, które kocha, , bo są jego własne, bo kocha w nich własne eklezjalne ego.

PS. Wysłuchałem wczoraj przepięknego kazania: podczas coniedzielnej mszy radiowej w warszawskiej bazylice Świętego Krzyża ks. Waldemar Rakoczy wystąpił bardzo mocno przeciwko karze śmierci. Uzasadniał to ewangelijnie. Na wczorajszą niedzielę był w moim kościele przeznaczony nie tylko fragment, który komentowałem, także wersety 4,14-21, gdzie Jezus mówił, jakie przesłanie przynosi. Cytując Księgę Izajasza powiedział, że został powołany, aby ”ubogim niósł Dobrą Nowinę, więźniom głosił wolność”. Ks. Rakoczy zajął się więźniami: ogólna teza kazania była taka, że Jezus był nauczycielem łagodnym, nie postulował ciężkich kar; w ten sposób ksiądz doszedł do kary najcięższej. Gdy zaczął mówić o „tle liberalnym", pomyślałem sobie, że kaznodzieja pewnie „odetnie się" od tych prądów myślowych i środowisk, które dla polskiego duchowieństwa są niemal gorsze od komunistycznych, ale nie! I tu ks. Rakoczy okazał się bardzo odważny: liberałów zwalczających karę śmierci pochwalił mocno. Podał przykład z USA, gdzie owi liberałowie bronili fanatyka skazanego za zamordowanie lekarza aborcjonisty; wystąpili w jego obronie, choć sami są przecież za aborcją, więc morderca powinien im być nienawistny. Zachowali się szlachetnie: można by ich posądzać o jakąś nieszczerość, ale nie ma powodu. Ludzie tego rodzaju nie przeciwstawiają się aborcji i eutanazji, ale chrześcijanie z kolei nie walczą z uśmiercaniem więźniów. Trzeba takich przestępców izolować, ale dać im szansę nawrócenia. Módlmy się za jednych i drugich - powiedział ks. Rakoczy odważnie zrównując moralnie swoich i nieswoich.

Kardynał Ratzinger powiedział swego czasu, że myśl liberalna i chrześcijańska powinny się spotykać, aby się wzajemnie zapładniać. Te słowa przyszłego papieża padły kilkanaście lat temu, nie słyszałem potem ich kontynuacji: raczej jakby kontestację przez nieustanne narzekanie na relatywizm itp. Niemniej są doskonałym hasłem dla dialogu bodaj dziś najważniejszego. Jutro w Polsce Dzień Islamu, już dziesiąty. Bardzo to ważny teren dialogu, ale dla chrześcijaństwa równie ważne jest szersze otwarcie na buddyzm. To religia, która świetnie pasuje do mentalności liberalnej i właśnie dlatego powinna być przedmiotem naszej szczególnej uwagi.

17:18, jan.turnau
Link Komentarze (56) »
niedziela, 24 stycznia 2010
O pomyłce

Ewangelia 1,1-4; 4,14-21

”Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystkie od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.”

Rzadki to w Biblii inicjał autobiograficzny autora. Wzbudza w czytelniku obraz człowieka, który chyba nie był sam świadkiem wydarzeń ewangelijnych, więc postanowił dowiedzieć się o nich później dokumentnie. Jako Grek, choć z Antiochii, miał ambicję naśladowania dziejopisów helleńskich. Mogę jednak pochwalić się, że słyszałem kiedyś pedantyczną analizę polskiego biblisty, z której wynika, że Łukasz mimo swych starań dziejopisarskich pomylił się, gdy dalej, na początku rozdziału 3 kreślił ramy chronologiczne wystąpienia Jana Chrzciciela nad Jordanem. Otóż księdzu profesorowi wtedy na Świętym Krzyżu wciąż coś nie pasowało w Łukaszowych danych personalno-historycznych. Prosił, by tych wątpliwości nie upowszechniać, ale ja nie widzę w nich nic kompromitującego Ewangelistę. Łukasz pomylił się w sprawie nie najważniejszej: jego dzieło jest wielkie nie dzięki walorom reporterskim, tylko literackim i teologicznym: przypowieści o miłosiernym ojcu i litościwym Samarytaninie nic na tej nieścisłości nie tracą. Nic też nie traci główne serdeczne przesłanie o Jezusie Zbawicielu.

12:13, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
sobota, 23 stycznia 2010
O męskiej przyjaźni Dawida

2 Księga Samuela 1,1-4.11-12.

”Po śmierci Saula, po zwycięstwie nad Amalekitami, wrócił Dawid i zatrzymał się przez dwa dni w Siklag. Na trzeci dzień przybył jakiś człowiek z obozu, z otoczenia Saula. Odzienie miał podarte, a głowę posypaną ziemią. Podszedłszy do Dawida, padł na ziemię i oddał mu pokłon. Dawid zapytał go: - Skąd przybywasz? Odpowiedział mu: - Ocalałem z izraelskiego obozu. Rzekł do niego Dawid: - Opowiedz mi, proszę, co się tam stało? Opowiedział więc, że ludzie uciekli z pola walki, wielu żołnierzy zginęło, i że również ponieśli śmierć Saul i jego syn Jonatan. Dawid schwyciwszy swe szaty, rozdarł je. Tak też uczynili wszyscy mężowie, którzy z nim byli. Potem lamentowali i płakali, i pościli aż do wieczora, ponieważ padli od miecza Saul i syn jego Jonatan, i lud Pana, i dom Izraela.”

Tak się kończy opowieść o pierwszym królu Izraela i jego przyszłym następcy oraz o królewiczu Jonatanie. Ta trzecia postać wyjątkowo też sympatyczna; przypuszczenie, że łączyła ją z Dawidem miłość homoseksualna, nie gorszy mnie bynajmniej, nie widzę jednak w tekście powodu dla takiej interpretacji. To nie była Grecja, a zresztą mężczyźni zawsze mogą się przyjaźnić bez krzty erotyki.

12:14, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
piątek, 22 stycznia 2010
Dawid w jaskini z królem. Dzień Dziadka

1 Księga Samuela 24,3-21
”Saul zabrał trzy tysiące wyborowych mężczyzn z całego Izraela i wyruszył na poszukiwanie Dawida i jego ludzi po wschodniej stronie Skał Dzikich Kóz. I przybył Saul do pewnych zagród owczych przy drodze. Była tam jaskinia, do której wszedł Saul. Dawid zaś znajdował się wraz ze swymi ludźmi w głębi jaskini. Ludzie Dawida rzekli do niego: .,Właśnie to jest dzień, o którym po\wiedział ci Pan: «Oto Ja wydaję w twe ręce wroga, abyś z nim uczynił, co ci się podoba»". Dawid powstał i odciął po kryjomu połę płaszcza Saula. Potem jednak zadrżało serce Dawida z powodu odcięcia poły należącej do Saula. Odezwał się też do swych ludzi: - Niech mię broni Pan przed dokonaniem takiego czynu przeciw mojemu władcy i pomazańcowi Pana, bym miał podnieść rękę na niego, bo jest pomazańcem Pana. Tak Dawid skarcił swych ludzi i nie pozwolił im rzucić się na Saula. Tymczasem Saul wstał, wyszedł z jaskini i udał się w drogę. Powstał też i Dawid i wyszedłszy z jaskini zawołał za Saulem: - Panie mój, królu!. Saul obejrzał się, a Dawid rzucił się twarzą ku ziemi oddając mu pokłon. Dawid odezwał się do Saula: - Dlaczego dajesz posłuch ludzkim plotkom, głoszącym, że Dawid szuka twej zguby? Dzisiaj na własne oczy mogłeś zobaczyć, że Pan wydał cię w jaskini w moje ręce. Namawiano mnie, abym cię zabił, a jednak oszczędziłem cię. mówiąc: nie podniosę ręki na mego władcę, bo jest pomazańcem Pana. Zresztą zobacz, mój ojcze, połę twego płaszcza, którą mam w ręku. Przeto że uciąłem połę twego płaszcza, a ciebie nie zabiłem, wiedz i przekonaj się. że we mnie nie ma żadnej złości ani zdrady, ani też nie po pełniłem przeciw tobie przestępstwa. A ty czyhasz na życie moje i chcesz mi je odebrać. Niechaj Pan dokona sądu między mną i tobą, niechaj Pan na tobie się pomści za mnie, ale moja ręka nie zwróci się przeciw tobie. Według tego, jak głosi starożytne przysłowie: «Od złych zło pochodzi». ręka moja nie zwróci się przeciw tobie. Za kim to wyruszył król izraelski? Za kim ty gonisz? Za zdechłym psem, za jedną pchłą? Pan więc niech będzie rozjemcą, niech rozsądzi między mną i tobą, niech wejrzy i poprowadzi moją sprawę, niech obroni mnie przed tobą. Kiedy Dawid przestał mówić do Saula, Saul zawołał: - Czy to twój głos, synu mój, Dawidzie?. I Saul zaczął głośno płakać. Mówił do Dawida: - Tyś sprawiedliwszy ode mnie, gdyż świadczyłeś mi dobro, podczas gdy ja wyrządzałem ci krzywdę. Dziś dałeś mi dowód, że mi dobro świadczyłeś, kiedy bowiem Pan wydał mię w twoje ręce, ty mnie nie zabiłeś. Przecież jeżeli kto spotka swego wroga, czy pozwoli na to, by spokojnie dalej szedł drogą? Niech cię Pan nagrodzi szczęściem za to, coś mi dziś uczynił. Teraz już wiem, że na pewno będziesz królem i że w twojej ręce utrwali się królowanie nad Izraelem.”

Nic dziwnego, że Żydzi uważają Dawida za człowieka niezwykłego Na tle swojej epoki był on zaprawdę święty. Ale Saul też miał trochę sumienia: można było go wspaniałomyślnością wzruszyć do płaczu. No cóż, porównał moralnie siebie i swego rywala.
Jest w tym opowiadaniu element mniej patetyczny. Miesięcznik „Oremus", z którego tu korzystam, podaje teksty Biblii Tysiąclecia z drobnymi zmianami. Tu jedna mogłaby wyglądać na swoistą cenzurę obyczajową: opuszczenie informacji, po co Saul wszedł do jaskini. Chciał „okryć sobie nogi": idiom hebrajski oznaczający defekację, tłumaczony: ”za potrzebą”. Nie mam jednak do redakcji czasopisma wyraźnej pretensji, waham się: może rzeczywiście trzeba bardzo brać pod uwagę odbiór słuchaczy. Żeby ten niezamierzony efekt humorystyczny nie zepsuł za bardzo poważnego nastroju mszy. Ale czy niebezpieczniejsza niż rubaszna wesołość nie jest w ogóle nuda? Cóżby się stało, gdyby się ktoś uśmiechnął? Inna wątpliwość: czy bez podania celu odwiedzin ustronnego miejsca opowieść jest jasna - Dawid złapał Saula w sytuacji mało królewskiej. Chyba miał zamiar posłużyć się tym kawałkiem płaszcza, by obśmiać pomazańca, po czym jednak użył owej poły dla samoobrony.
Dzień Dziadka. W czasach biblijnych byłbym archipatriarchą, dziś też nie narzekam na swój los. Raczej wspólnie z żoną i młodszymi pokoleniami narzekamy na nudę kościelną - i tłumaczymy wnukom, że Bóg istnieje mimo księżego marudzenia.

17:24, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 stycznia 2010
Zazdrość motorem dziejów. Dzień Babci

Księga Samuela 18,6-9; 19,1-7
”Gdy Dawid wracał po zabiciu Filistyna Goliata, kobiety ze wszystkich miast wyszły ze śpiewem i tańcami naprzeciw króla Saula, przy wtórze bębnów, okrzyków i cymbałów. I śpiewały kobiety wśród grania i tańców: - Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki tysięcy. A Saul bardzo się rozgniewał, bo nie podobały mu się te słowa. Mówił: - Dawidowi przyznały dziesiątki tysięcy, a mnie tylko tysiące. Brak mu tylko królowania. I od tego dnia patrzył Saul na Dawida zazdrosnym okiem. 
Saul namawiał syna swego Jonatana i wszystkie sługi swoje, by zabili Dawida. Jonatan jednak bardzo upodobał sobie Dawida, uprzedził go więc o tym, mówiąc: - Ojciec mój, Saul, pragnie cię zabić. Od rana miej się na baczności; udaj się do jakiejś kryjówki i pozostań w ukryciu. Tymczasem ja pójdę, by stanąć przy mym ojcu na polu, gdzie ty się będziesz znajdował. Ja sam porozmawiam o tobie z ojcem. Zobaczę, co będzie, i o tym cię zawiadomię. Jonatan mówił życzliwie o Dawidzie ze swym ojcem Saulem. Powiedział mu: - Niech nie zgrzeszy król przeciw swojemu słudze Dawidowi. Nie zawinił on przeciw tobie, a czyny jego są dla ciebie bardzo pożyteczne. On przecież swoje życie narażał, on zabił Filistyna, dzięki niemu Pan dał całemu Izraelowi wielkie zwycięstwo. Patrzyłeś na to i cieszyłeś się. Dlaczego więc masz zamiar zgrzeszyć przeciw niewinnej krwi, bez przyczyny zabijając Dawida? Posłuchał Saul Jonatana i złożył przysięgę: - Na życie Pana, nie będzie zabity! Zawołał Jonatan Dawida i powtórzył mu całą rozmowę. Potem zaprowadził Dawida do Saula i Dawid został u niego jak poprzednio.”


„I od tego dnia patrzył Saul na Dawida zazdrosnym okiem". Potężne to uczucie: o kogóż można nie być zazdrosnym? Czyje sukcesy nie mogą mnie zmartwić? Źle jest, gdy żona pracuje w tym samym zawodzie, co mąż: pewnie mogą się wspierać wzajemnie wiedzą, nawet i popierać kumotersko, ale trzeba idealnego męża, by nie patrzył zazdrośnie na habilitację żony, gdy on ledwie obronił doktorat. Sukcesy młodszych ode mnie: mogliby być moimi wnukami, a błyszczą już światłem większym niż moje. Kto nigdy w życiu nie był zazdrosny, niech podniesie kamień. Nie da się zazdrościć tylko Jezusowi z Nazaretu, na sukces po krzyżu nie ma popytu. 
Dzień Babci. Niezwykła to rola w wielu familiach, szczególnie tam, gdzie żłobek i przedszkole tylko w marzeniach. Babcia daje z siebie wszystko, oby dostawała nie tylko laurkę na dzisiaj! Oby było jej znośnie, gdy jest skądinąd teściową! Bronko, Biruto, Mimko - wszystkiego, co najlepsze, od Waszych najukochańszych!  

PS. A co do nieomylności ”Humanae vitae” - pokaże czas. Tyle że to w moim przypadku może już nie być doczesność.

13:36, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
środa, 20 stycznia 2010
Zwycięstwo zwykłą procą

1 Księga Samuela 17, 32-33.37.40-51
”Dawid rzekł do Saula: - Niech pan mój się nie trapi. Twój sługa pójdzie stoczyć walkę z tym Filistynem. Saul odpowiedział Dawidowi: - To niemożliwe, byś stawił czoło temu Filistynowi i walczył z nim. Ty jesteś jeszcze chłopcem, a on wojownikiem od młodości. Powiedział Dawid: - Pan, który wyrwał mnie z łap lwów i niedźwiedzi, ocali mnie również z ręki tego Filistyna. Rzekł więc Saul do Dawida: - Idź, niech Pan będzie z tobą. Wziął w rękę swój kij, wybrał sobie pięć gładkich kamieni ze strumienia, włożył je do torby pasterskiej, którą miał zamiast kieszeni, i z procą w ręce skierował się ku Filistynowi. Filistyn przybliżał się coraz bardziej do Dawida, a giermek jego szedł przed nim. Gdy Filistyn spostrzegł Dawida i mu się przyjrzał, wzgardził nim dlatego, że był młodzieńcem, i to rudym, o pięknym wyglądzie. I rzekł Filistyn do Dawida: - Czyż jestem psem, że przychodzisz do mnie z kijem? Złorzeczył Filistyn Dawidowi przez swoich bogów. Filistyn zawołał do Dawida: - Zbliż się tylko do mnie, a ciało twoje oddam ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom. Dawid odrzekł Filistynowi: - Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i oszczepem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, którym urągałeś. Dziś właśnie odda cię Pan w moją rękę, pokonam cię i utnę ci głowę. Dziś oddam trupy wojsk filistyńskich na żer ptactwu powietrznemu i dzikim zwierzętom; niech się przekona cały świat, że Bóg jest z Izraelitami. Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani oszczepem Pan ocala. Ponieważ jest to wojna Pana, On więc odda was w nasze ręce. I oto gdy wstał Filistyn i zbliżał się coraz bardziej ku Dawidowi, ten również pobiegł szybko na pole walki naprzeciw Filistyna. Sięgnął do torby pasterskiej i wyjąwszy z niej kamień, wypuścił go z procy, trafiając Filistyna w czoło, tak że kamień utkwił mu w czole i Filistyn upadł twarzą na ziemię. Tak to Dawid odniósł zwycięstwo nad Filistynem: kamieniem z procy trafił Filistyna i zabił go, chociaż nie użył miecza. Dawid podbiegł i stanął nad Filistynem, chwycił jego miecz, a dobywszy z pochwy, dobił go i odciął mu głowę. Gdy spostrzegli Filistyni, że ich wojownik zginął, rzucili się do ucieczki.”

Jedna z tych perykop biblijnych, bez których nie byłoby sporego kawałka kultury kręgu śródziemnomorskiego. I jedna z tych, które same proszą się o akcent optymistyczny. Tu jest oczywiście takowy: oto mały i słaby, niemal nieuzbrojony zwycięża mocarza. Ileż potem takich scen literackich nie tylko w „Trylogii" Sienkiewicza, ileż takich scen w historii polskiej i obcej. Dawid jako Wołodyjowski i trochę naszych historycznych zwycięstw nad Goliatami, co wciąż nam grozili zewsząd. Trzeba oczywiście wiedzieć, że praca ówczesna nie była na gumkę, tylko na sznurek przewodzący siłę odśrodkową. I zadumać się nad wysubtelnieniem naszych uczuć, które każą nam skrzywić się na widok obrazu Dawida, który dobija leżącego, a potem paraduje z jego głową (to drugie już poza dzisiejszym tekstem). Dziś inaczej wyglądają opowieści o podobnych zwycięstwach. Jak się jednak dalej okaże, Dawid był piękny nie tylko fizyczną urodą: miał duszę poety, a ci wyprzedzają duchowo swój czas.

PS. Piękny wygląd kompromituje w tym kontekście, bo wojownikowi przystoją mniej delikatne rysy.

PS bis: wiadomość dla Czytelnika zainteresowanego nieomylnością „Humanae vitae": wypowiedzi Ratzingera, że nie jest nieomylna, dotąd nie odszukałem. Chyba powiedział to kiedyś w Krakowie, gdzie ”humanewityzm” jest bardzo mocny. A poza tym nie może być nieomylne coś tak dyskusyjne.

14:41, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Uroda a kariera

Księga Samuela 16,12
„Był rudy, miał piękne oczy i pociągający wygląd."
To o Dawidzie, kolejnym wybrańcu Bożym, o którego namaszczeniu mamy dzisiaj „lekcję". Z któregoś poprzedniego wersetu wynika jednak, że nie był wysokiego wzrostu. Czym odróżniał się od swego poprzednika na „tronie" królewskim Izraela, czyli Saula: tamten był ”wysoki i dorodny, a nie było od niego piękniejszego człowieka wśród synów izraelskich" (9,2).

Na marginesie księgi nad księgami stawiam sobie pytanie do poduszki, ile znaczy w polityce, walce o władzę i jej utrzymywaniu uroda fizyczna. Nie może nie mieć znaczenia: nie tyle kolor włosów (przypuszcza się, mówiąc nawiasem, że Dawid był po prostu blondynem, czyli odmieńcem wśród samych brunetów) i oczu, nie tyle wysoki wzrost (casus Napoleon), ile coś w wyglądzie zewnętrznym, co działa na otoczenie, a nie daje się po prostu nazwać. A może tu raczej o wnętrze chodzi? Czym działał na ludzi Piłsudski? Do teraźniejszości po przykłady polityków nie sięgam: może trzeba jeszcze poczekać z przypuszczeniami psychologicznymi.

Myślę sobie po laicku, że wytwarzamy jakieś „pole charyzmatyczne", którym przyciągamy albo odpychamy bliźnich. Pamiętam, że nasz pełen świetnych pomysłów słownych kolega w „Więzi" Stefan Bakinowski odniósł taki termin do Jana Pawła II po jego pierwszej pielgrzymce do ojczyzny.

14:16, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Samuel rozmawia z Saulem. Rabin rozmawia z Jezusem. Ja rozmyślam o Benedykcie XVI

”Po zwycięstwie Saula nad Amalekitami Samuel powiedział Saulowi: - Dosyć! Powiem ci, co rzekł do mnie Pan tej nocy. Odrzekł: - Mów. I mówił Samuel: - Czy to nieprawda, że choć byłeś mały we własnych oczach, to jednak ty właśnie stałeś się głową pokoleń izraelskich? Pan bowiem namaścił cię na króla izraelskiego. Pan wysłał cię w drogę i nakazał: «Obłożysz klątwą tych grzesznych Amalekitów, będziesz z nimi walczył, aż ich zniszczysz». Czemu więc nie posłuchałeś rozkazu Pana? Z chciwości zabrałeś łup, popełniłeś więc zło przed Panem. Saul odpowiedział Samuelowi: - Posłuchałem głosu Pana: szedłem drogą, którą mnie posłał Pan. Przyprowadziłem Agaga, króla Amalekitów, Amalekitów zaś obłożyłem klątwą. Lud zabrał najlepsze owce i bydło z obłożonej klątwą zdobyczy, aby je ofiarować Panu, Bogu twemu, w Gilgal. Samuel odrzekł: - Czyż milsze są Panu całopalenia i ofiary krwawe od posłuszeństwa rozkazom Pana? Otóż lepsze jest posłuszeństwo od ofiary, uległość od tłuszczu baranów. Opór bowiem jest jak grzech wróżbiarstwa, a krnąbrność jak złość bałwochwalstwa. Ponieważ wzgardziłeś nakazem Pana, odrzucił cię On jako króla.”

Po urlopie zdrowotnym wracam do pisania. 
Bóg w wyobrażeniach autora tej księgi był swoiście ludobójczy. Zobowiązywał swój naród do tzw. „cheremu", czyli klątwy. „Polegała ona - cytuję wyjaśnienie Biblii Poznańskiej - na kompletnym zniszczeniu wrogów i ich dobytku żywego czy martwego. Taki sposób postępowania był wtedy powszechnie przyjęty w czasie wojny, np. u Moabitów, Asyryjczyków, Rzymian, Celtów itd., a był swego rodzaju ofiarą ze strony ludu, bo wtedy nie bogacił się on na wrogach. Równocześnie cherem było uważane za specjalną karę Bożą i ponadto chroniło zwycięski naród przed »zarażeniem się« religią pokonanego narodu."

Oczywiście Saul nie ma naszych dzisiejszych skrupułów moralnych, co więcej, nie ma ich Samuel ani autor księgi jego imienia: w tamtych czasach i miejscach dojrzewała już etyka ewangeliczna (w Księdze Izajasza jest wizja Sługi Jahwe, który nie morduje, a daje się zamordować), ale nie w tym utworze. Niemniej prorok czyni tutaj królowi rachunek sumienia, którego sens możemy zrozumieć: potępia chciwość Saula, co więcej, głosi zasadę religijno-moralną nie będącą dzisiaj zupełnym truizmem: tę mianowicie, że dla Boga nieporównanie ważniejsze jest okazywane Mu posłuszeństwo niż niepotrzebne Mu do niczego ofiary rytualne. Warto dzisiaj pomyśleć nad tym przesłaniem biblijnym: nad tym, co jest naprawdę Bogu miłe. Nad tym, co jest najgłębiej treścią, nie formą. Na przykład czy milszy jest nasz święty znak religijny w miejscu, w którym razi choć jedną osobę, czy rezygnacja zeń w imię radykalnej miłości bliźniego.
Warto zamyślić się też nad słowami Samuela, że Saul był kiedyś mały we własnych oczach. Rzeczywiście usłyszawszy od proroka, że ten zamierza go wynieść na szczyty Izraela, odpowiedział bardzo pokornie (1 Księga Samuela 9,21). Ale władza i w ogóle różne życiowe awanse demoralizują: przewraca nam się w głowach. Niepowodzenia rodzą depresję, powodzenia nieraz agresję: ambicje lubią rosnąć w postępie geometrycznym. 

Wczoraj świętowaliśmy w Polsce, już po raz trzynasty, Dzień Judaizmu. Nasz potoczny stosunek do Żydów jest, jaki jest, chyba ubywa nam antysemitów, natomiast na pewno przybywa „filosemitów", czyli ludzi zaangażowanych w serdeczny dialog z judaizmem. Przeciwnicy takiej postawy i takich poglądów (oczywiście skryci: jest dziś w Polsce na szczęście poprawność polityczno-religijna, która nie pozwala tu na szczerość) powiadają jednak, że kochamy Żydów bez wzajemności. Bo przecież robimy różne gesty, bijemy się w piersi, a z ich strony wciąż głównie krytyka, otwarcia nie widać. Otóż nie jest tak źle. Właśnie parę dni temu otrzymałem z krakowskiego katolickiego Wydawnictwa m książkę Jacoba Neusnera „Rabin rozmawia z Jezusem". Rozmowa tego amerykańskiego autora jest ważna też oczywiście dlatego, że odnosi się do niej Benedykt XVI w swojej książce „Jezus z Nazaretu" i chwali ją za dialogowość. Odnosi się do jej autora z szacunkiem i sympatią, choć się z nim oczywiście nie zgadza. Ale nawet gdyby papież go nie chwalił, ja go chwalę, choć lektura jego książki trochę mnie denerwowała.
Rzecz jest swoiście rozgadana: powtórzeń legion. Denerwowało mnie też dosłowne rozumienie powiedzenia Jezusa: „przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką..." (Ewangelia Mateusza 10,35). Wydaje mi się, że w każdej religii, każdym systemie etycznym możliwa jest aprobata a nawet gloryfikacja ludzi, którzy skonfliktowują się z rodziną, bo chcą być wierni tej religii czy etyce. Neusner jednak widzi w tym powiedzeniu przeciwstawienie Torze („Czcij ojca swego i matkę swoją") Jezusa - i jako Żyd, nie chrześcijanin oczywiście wybiera Torę. W ogóle jego książka jest głównie polemiką dotyczącą właśnie tego sedna różnicy między dwiema religiami: gdy uzna się, że Jezus nie był tylko choćby najmądrzejszym rabinem, zmienia się wszystko. Choć dobrze jest też zapoznać się na przy przykład z poglądami Neusnera na czystość rytualną faryzeuszy. A w ogóle właśnie wartą przeczytać tę książkę tak naprawdę pięknie świadczącą o autorze. Neusner chce rozmawiać, jest chrześcijaństwu, szczególnie Chrystusowi autentycznie życzliwy, pełen szacunku i przyjaźni - jak przystało na starszego brata w wierze.

A papieżowi udało się uniknąć wielkiej porażki, jaką byłoby niedojście do wizyty w rzymskiej synagodze albo - co już było mniej prawdopodobne - jakiś zgrzyt dyplomatyczny podczas niej. Gospodarze powiedzieli grzecznie, ale bez ogródek swoje, gość pobronił trochę swego poprzednika i jakoś poszło. Oczywiście jednak nie jest to żaden postęp w dialogu - tyle że nie kolejna wpadka.
Benedykt XVI jest dla mnie postacią niezrozumiałą. Czytam zbiór jego studiów (esejów?) teologicznych wydanych w Polsce pod tytułem „Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej" (W drodze 2009) i podziwiam autora; erudycję połączoną z pewną elegancją stylu, która nie czyni z uczonych wywodów zwyczajnej naukowej „piły". Nie odpycha mnie też bynajmniej jego krytycyzm wobec teologicznych tendencji posoborowych: autor ma święte prawo do takich poglądów, wypowiada je w sposób umiarkowany, dość wyważony. Są to jednak teksty sprzed kilkudziesięciu laty, od tego czasu krytycyzm autora wzrósł bardzo, co więcej, gdy został szefem doktrynalnym mojego Kościoła, potem papieżem, mierzy innych teologów własnymi poglądami. Nawet to jednak byłoby pół biedy: najgorsze jest to, że zachowuje się jak pełen pasji polemicznej profesor, gdy już nie jest profesorem, ale wielkim kościelnym politykiem. Chodzi mi tutaj o „polityczność” w dobrym tego słowa znaczeniu, które oznacza po prostu rozwagę. Polityk nie może prowokować, chyba że sam chce awantury, że ją planuje.

Na koniec te stroje papieskie: nie służą przecież w społecznym odbiorze autorytetowi Kościoła. To przepych, nie mistyczne piękno.
Biorę też jednak w tej ocenie pod uwagę nieustępliwość Benedykta w sprawie nadużyć seksualnych. Zrywa dość mocno z zamiataniem pod dywan, które było tak głęboko zakorzenionym zwyczajem eklezjalnym, jakimś panicznym lękiem przed nagą prawdą, że trzeba istnej rewolucji etycznej, by to zmienić. Ale może postawa papieża to żaden cymes: wyszły na wierzch takie okropności moralne, że żaden dywan nie mógł ich przysłonić.
Dziś początek Tygodnia (Oktawy) Modlitw o Jedność Chrześcijan. Wspólne nabożeństwa odbyły się w różnych miastach Polski już wcześniej i będą po tym czasie szczególnym. Mimo mało ekumenicznych akcentów w deklaracji ”Dominus Iesus” i innych przeszkód po różnych stronach chrześcijanie pamiętają już na ogół, że sa wyznawcami jednego Chrystusa. Bogu dzięki!

14:32, jan.turnau
Link Komentarze (43) »
czwartek, 14 stycznia 2010
Pan Bóg nie jest na etacie

Psalm 44, 10-11.14-15.24-25

”Odrzuciłeś nas, Boże, i okryłeś wstydem,  

nie wyruszasz już z naszymi wojskami. 

Sprawiłeś, że ustępujemy przed wrogiem,  

a ci, co nas nienawidzą, łup sobie zdobyli.

Wystawiłeś nas na wzgardę sąsiadów,  
na śmiech otoczenia, na urągowisko. 

Uczyniłeś nas przysłowiem wśród pogan,  

głowami potrząsają nad nami ludy.

Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? 

Przebudź się! Nie odrzucaj nas na zawsze! 

Dlaczego ukrywasz Twoje oblicze? 

Zapominasz o naszej nędzy i ucisku?”


Nie dziwmy się ludowi Izraela, że myślał i wierzył tak, jakby Bóg był jego etatowym opiekunem, dobrze płatnym licznymi ofiarami różnych rodzajów, jakby zawsze miał obowiązek zapewniać mu sukcesy łącznie z militarnymi. 

My, chrześcijanie, katolicy też długie wieki uważaliśmy, że Bóg powinien „wyruszać z naszymi wojskami". Przypomniała mi się scena z „Krzyżowców" Zofii Kossak. Wojska krucjatowe przegrywają i sułtan zastanawia się, czemu tak się dzieje: - Czyżby Bóg zdradził chrześcijan? A może to Boga zdradzili chrześcijanie? Oczywiście zdradzili go już wtedy, gdy w ogóle wymyślili krucjaty. Ich teologia dotrwała aż do naszych czasów: przecież kołatała się jeszcze w głowach protestantów amerykańskich, którzy jak ich prezydent wierzyli, że Bóg idzie z nimi na Irak.

Można jednak komentować dzisiejszy psalm całkiem inaczej. Jako skargę ludu jakoś podobną do tej, której miejscem jest Auschwitz i Birkenau: gdzie był Bóg? Bo przecież nie jest nawet z tymi, którzy giną najniewinniej w świecie. A raczej jest, ale w sposób, który nam pojąć równie trudno, jak trudno było pojąć Izraelowi, czemu pozwala mu przegrać z Filistynami. Oni wręcz zabrali Arkę Bożą, największą świętość, wydawało się, że gwarantującą zwycięstwo, o czym opowiada dzisiaj 1 Księga Samuela 4, 1-11.

21:50, jan.turnau
Link Komentarze (74) »
środa, 13 stycznia 2010
Kiedy to głos Boga? Nuncjusz i my

1 Księga Samuela 3,1-10.19-20

”Młody Samuel usługiwał Panu pod okiem Helego. W owym czasie rzadko odzywał się Pan, a widzenia nie były częste. Pewnego dnia Heli spał w zwykłym miejscu. Oczy jego zaczęły już słabnąć i nie mógł widzieć. A światło Boże jeszcze nie zagasło. Samuel zaś spał w przybytku Pana, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: - Oto jestem. Pobiegł do Helego mówiąc mu: - Oto jestem: przecież mnie wołałeś. Heli odrzekł: - Nie wołałem cię, wróć i połóż się spać. Położył się zatem spać. Lecz Pan powtórzył wołanie: Samuelu! Wstał Samuel i pobiegł do Helego mówiąc: - Oto jestem: przecież mnie wołałeś. Odrzekł mu: - Nie wołałem cię, synu. Wróć i połóż się spać. Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pana nie było mu jeszcze objawione. I znów Pan powtórzył po raz trzeci swe wołanie: Samuelu! Wstał więc i poszedł do Helego, mówiąc: - Oto jestem: przecież mnie wołałeś. Heli spostrzegł się, że to Pan woła chłopca. Rzekł więc Heli do Samuela: - Idź spać. Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: mów, Panie, bo sługa Twój słucha. Odszedł Samuel i położył się spać na swoim miejscu. Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak poprzednim razem: Samuelu, Samuelu! Samuel odpowiedział: - Mów, bo sługa Twój słucha.
Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię. Wszyscy Izraelici od Dan aż do Beer-Szeby poznali, że Samuel stał się rzeczywiście prorokiem Pana.”


No właśnie, nie sposób od razu zgadnąć, czy to człowiek woła, czy Bóg. Szczególnie że może to być prowokacja diabelska; ta zresztą może polegać właśnie na tym, że ktoś zbyt dobrego mniemania o sobie uzna wołanie własnego ego za głos Boży. Bardzo łatwo o taką pomyłkę.

Dotykamy tu fundamentalnego problemu eklezjalnego: autentyczności powołania prorockiego. Samuel jest akurat przykładem proroka, który do końca życia miał w swoim narodzie ogromny autorytet (zresztą nie tylko religijny: był sędzią a nawet przywódcą wojskowym). Jak wiadomo, nie jest to jednak życiorys najczęstszy: zdanie, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, wypowiedział sam Chrystus. Myślę o prorokach reformacji: różnie im się wiodło. Luter mimo oporów także rodzimych odniósł w Niemczech niewątpliwy sukces, jest tam przecież bohaterem narodowym, Zwingli również znalazł posłuch w swojej ojczyźnie, Kalwin jednak nie był przecież Szwajcarem, tylko Francuzem i w swym rodzinnym kraju bynajmniej nie odnosił sukcesów.

Kiedy to mówi Bóg? Odpowiedź daje często czas, weryfikator w ogóle potężny. Lutra oraz Kalwina docenił po wiekach Kościół rzymskokatolicki. Zresztą również dopiero po wiekach tylu własnych pasjonatów: można by napisać grube dzieło na temat takich, co dopiero za grobem odnieśli zwycięstwo. Jak powiedziała nam w wywiadzie wczoraj wspomnianym Halina Bortnowska, Kościół jest po trosze hipopotamem: porusza się powoli i niejednego przygniata swym cielskiem. W ogóle jednak owa nieżyczliwa nowościom ospałość instytucji, nieraz tragiczna, „humana est": casus Budda, Sokrates.

Prorocy współcześni: teologowie katoliccy śmiało szukający nowych form wyrazu dla starej wiary chrześcijańskiej. Z przyjemnością odnotowuję grubą książkę Dariusza Gardockiego SJ o chrystologii kontrowersyjnego dla Watykanu jezuity hiszpańskiego Jona Sobrino, książkę krytyczną, ale daleką od polsko-katolickiej apriorycznej nieufności wobec wszelkich zachodnich nowości (Wydawnictwo Rhetos).

Ale też sygnalizują inną książkę o całkiem innym religijnym zjawisku kontrowersyjnym. Marianie (PROMIC) wznowili rzecz brazylijskiego dziennikarza Oliva Cesca pt. „Pilne przesłanie z Medjugorie". Autor spokojnie broni tamtych objawień Maryjnych, które nie mogą doczekać się uznania kościelnego. Ma ono swoich możnych obrońców: ostatnio jako taki ujawnił się kardynał wiedeński, główny redaktor „Katechizmu Kościoła Katolickiego", Christoph Schönborn, dobrze widziany w Watykanie. Sam nie byłem w tej wiosce hercegowińskiej i chyba nie zdobędę się już na taką długą podróż, czytałem jednak i myślałem sporo na ten temat. Nie sądzę, by można było lekceważyć świadectwa tylu ludzi, od biskupów do ludzi obojętnych religijnie, którzy tam przeżyli coś niezwykłego - ale zastanawia mnie dodatkowo to, co wyczytałem. Przede wszystkim zapamiętałem moje sceptyczne zdziwienie, gdy jeszcze „za komuny" dowiedziałem się, że Gospa przepowiada straszną wojnę: pomyślałem wtedy, że to strachy na Lachy, gdzież coś takiego w dzisiejszej Europie! Nie było to proroctwo fałszywe. Dalej: sprawa konfłiktu franciszkanów z kościelną władzą diecezjalną, która ciąży na Medjugorie. Wyczytałem również, że w tekstach objawień tamtejszych są krytyczne uwagi o biskupach: jak Maryja mogłaby tak mówić? Otóż oczywiście nie Maryja: święte teksty (Z Biblią na czele) są dziełem także ludzkim, głos Boży miesza się tam z bardzo człowieczym. Święta Brygida przypisywała Jezusowi pogląd, że ukrzyżowali Go Żydzi, co jako żywo nie wynika z Ewangelii. Tyle mojej małej apologii.

Wydarzenia
We wtorek odbyło się spotkanie opłatkowe dziennikarzy z nuncjuszem arcybiskupem Józefem Kowalczykiem w jego rezydencji na ul. Szucha, organizowane przez zarząd SDP nie tylko dla członków tej organizacji. Były oczywiście życzenia, w naszym imieniu złożyła je nuncjuszowi prezes Krystyna Mokrosińska. Nuncjusz życzył nam bardzo serdecznie. Bardzo dziękował też za przybycie i parokrotnie, mocno, za pisanie o pielgrzymkach i wtedy, gdy Papież umierał. Można to skomentować w ten sposób, że była to zwykła kurtuazja, oczywista u dyplomaty oraz gospodarza spotkania, że to był przecież opłatek. Poza tym w końcu żaden biskup polski nie krytykował sposobu, w jaki pisaliśmy o papieżu Polaku. A przecież miałem uczucie dużej bliskości duchowej między nami a tym polskim hierarchą. Normą jest tu raczej narzekanie na media, a przecież w porównaniu do zachodnich środków przekazu jesteśmy w sumie wobec największego polskiego Kościoła bardzo kurtuazyjni: trudno, żebyśmy zawsze bili brawo, jeśli nie wręcz pokłony. Wtorkowe dobre słowa arcybiskupa bardzo mnie ucieszyły.

14:58, jan.turnau
Link Komentarze (71) »
wtorek, 12 stycznia 2010
O Samuelu i sobie samym

1 Księga Samuela 1, 9-20
”Gdy w Szilo skończono ucztę po ofierze, Anna wstała. A kapłan Heli siedział na krześle przed bramą przybytku. Ona zaś smutna na duszy zanosiła do Pana modlitwy i płakała nieutulona. Uczyniła również obietnicę, mówiąc: - Panie Zastępów! Jeżeli łaskawie wejrzysz na poniżenie służebnicy twojej i wspomnisz na mnie, i nie zapomnisz służebnicy twojej, i dasz mi potomka płci męskiej, wtedy oddam go dla Pana na wszystkie dni jego życia, a brzytwa nie dotknie jego głowy. Gdy się tak żarliwie modliła przed obliczem Pana, Heli przyglądał się jej ustom. Anna zaś mówiła tylko w głębi swego serca, poruszała wargami, lecz głosu nie było słychać. Heli sądził, że była pijana. Heli odezwał się do niej: - Dokąd będziesz pijana? Wytrzeźwiej od wina. Anna odrzekła: - Nie, panie mój. Jestem nieszczęśliwą kobietą, a nie upiłam się winem ani sycerą. Wylałam tylko duszę moją przed Panem. Nie uważaj swej służebnicy za córkę Beliala, gdyż z nadmiaru zmartwienia i boleści duszy mówiłam cały czas. Heli odpowiedział: - Idź w pokoju, a Bóg Izraela niech spełni prośbę twoją, jaką do Niego zaniosłaś. Odpowiedziała: - Obyś był życzliwy dla służebnicy twojej! I poszła sobie ta kobieta: jadła i nie miała już twarzy tak smutnej jak przedtem. Wstali o zaraniu, i oddawszy pokłon Panu, wrócili i udali się do domu swego w Rama. Elkana zbliżył się do żony swojej, Anny, a Pan wspomniał na nią. I stało się, że po upływie dni Anna poczęła i urodziła syna nazywając go imieniem Samuel, ponieważ mówiła: - Uprosiłam go od Pana.”

Dalszy ciąg (pre)historii proroka Samuela. Jego imię znaczy po hebrajsku „imię Boga", a „Belial" to w tymże języku „nikczemność, bezwartościowość" oraz imię Szatana. Gdy jesteśmy przy sprawach słownikowych, wyznam, iż myślałem, że termin „indykatyw" jest starszemu pokoleniu znany, tym mianowicie, co uczyli się łaciny, gdzie tryb oznajmiający to „indicativus". Pomyliłem się najwyraźniej, ale „errare humanum est", czyli błądzić jest rzeczą ludzką. A ja jestem jednak człowiek, choć zdaniem niektórych nie do zniesienia. 
Jaki zaś jestem jako katolik? Sporo na ten temat można dowiedzieć się z rozmowy, którą zrobiłem wraz z Kasią Wiśniewską z intelektualistką katolicką Haliną Bortnowską, równie pobożną, jak odważnie myślącą („Arka Noego" z 9 bm.), pod tytułem ”Gdzie się kończy katolik”. Ta nasza rozmowa pasuje tematycznie do najnowszej „Więzi". Temat wiodący numeru styczniowego mojego rodzinnego miesięcznika to „polskie katolicyzmy". Jest zatem obszerny artykuł redaktora naczelnego Zbigniewa Nosowskiego oraz ankieta: znani autorzy od byłego księdza Tadeusza Bartosia do byłego ekumenisty Tomasza Terlikowskiego. 
We wstępie do numeru Nosowski powiada, że „w ostatnich latach coraz wyraźniej widać - także wśród młodzieży, i to nie tylko wewnątrz Kościoła - narastającą potrzebę jasnych definicji ideowych, czasem wręcz powiewanie sztandarami. Warto zatem naszkicować społeczno-religijną mapę polskiego katolicyzmu i określić własne na niej miejsce". Co do mnie, powiewanie sztandarem nie jest w moim guście. Rozumiem, że nie należy własnych poglądów ukrywać pod korcem, szczególnie gdy chodzi o wiarę religijną. Ona z istoty swojej wymaga świadectwa. Tyle że trzeba świadczyć przede wszystkim przykładem, nie wykładem. Słowo „sztandar" nie bardzo mi tu pasuje, za bardzo pachnie pustawą deklaracją. Nie trzeba być na pewno chorągiewką chwiejącą się na wietrze historii czy własnej histerii - i tyle.
Mówiąc o owym powiewaniu Nosowski raczej odnotowuje cudze skłonności, jest socjologiem, nie ideologiem, pewnie uczeńszym ode mnie, nie mam tutaj powodu z nim polemizować. Gdy jednak szufladkuje polski katolicyzm, czyni to w sposób mocno ideologiczny: tak nazywam opis czyichś poglądów przesycony interpretacją, a raczej właśnie nadinterpretacją.
Według Nosowskiego katolików polskich można podzielić na cztery grupy. Dwie pierwsze to skrajni albo umiarkowani konserwatyści, dwie dalsze to liberałowie. Używam tych obiegowych terminów w braku innych: zgadzam się z Nosowskim, że nie są najlepsze. Problem jednak w tym, że opisując owych „liberałów" autor dzieli ich na dwie grupy, z których druga to w jego opisie po prostu groźna skrajność. To tacy katolicy, co to pluralizm, kryzys wartości, sekularyzację i dialog, a przede wszystkim wolność uważają za najwyższe wartości. Do tego stopnia, że swoją chęć przekonywania do własnych racji chowają głęboko do kieszeni. Przepraszają, że żyją, chowają się sami za siebie, innym pozwalają na wszystko, wszystko wszystkim przebaczają...

Być może streszczając Nosowskiego sam z kolei robię z jego poglądów niemal karykaturę. Powinienem go cytować, cytować, cytować... Jeśli tak się zachowałem, to go z góry przepraszam. Mam nadzieję w każdym razie nadzieję, że zaciekawiłem tym ważnym tekstem Zbyszka moje Czytelniczki i Czytelników! Zatem zalecając serdecznie lekturę pasjonującego numeru „Więzi", zaznaczam usilnie, że do takich liberałów nie należę (co w całym moim blogu widać gołym okiem). A nawet w ogóle nie widzę ich wkoło siebie, a trochę dalej też nie. Może jednak oślepłem na starość i ogłuchłem. Wszystko jest możliwe, czego moje długie lata ziemskiego życia nauczyły mnie dokumentnie.

18:44, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Kłopoty biblijnego bigamisty. Jak być kapłanem: samokrytyki w bród

1 Księga Samuela 1,1-8
”Był pewien człowiek w Ramataim, Sufita z górskie okolicy Efraima, imieniem Elkana, syn Jerochama, syna Elihu, syna Tochu, syna Sufa Efratyty. Miał on dwie żony: jednej było na imię Anna, a drugiej Peninna. Peninna miała dzieci, natomiast Anna była bezdzietna. Corocznie człowiek ten udawał się z miasta swego, aby oddać pokłon i złożyć ofiarę Panu Zastępów w Szilo. Byli tam dwaj synowie Helego: Chofni i Pinchas, kapłani Pana. Pewnego dnia Elkana składał ofiarę. Dał wtedy żonie swej Peninnie, wszystkim jej synom i córkom po części ze składanej ofiary. Również Annie dał część, lecz podwójną, gdyż Annę bardzo miłował, mimo że Pan zamknął jej łono. Jej rywalka zasmucała ją bardzo w tym celu, aby się trapiła, że Pan zamknął jej łono. I tak działo się przez wiele lat. Ile razy szła do świątyni Pana, dokuczała jej w ten sposób. Anna więc płakała i nie jadła, l rzekł do niej jej mąż, Elkana: - Anno, czemu płaczesz? Dlaczego nie jesz? Czemu się smuci twoje serce? Czyż ja nie znaczę dla ciebie więcej niż dziesięciu synów?".

Opowieść piękna w swoim rodzinnym realizmie. Tak to bywa, gdy patriarchalizm podtrzymuje poligamię. Ale patriarcha Elkana wypada tu bardzo sympatycznie, tak jak zresztą Abraham, który miał podobne problemy z niepłodnością żony i konfliktem kobiet w swojej rodzinie. No cóż: jedna żona to trudna sprawa, a dwie - okropność... Oczywiście żartuję!
Elkana nie kapłan, dalej jednak będzie o kapłanach. „Przegląd Powszechny", miesięcznik jezuitów warszawskich, ale też młodych świeckich redaktorów, zajął się w numerze styczniowym księżmi. Autorzy w ankiecie na temat „Jakich kapłanów dziś potrzebujemy?" i poza nią są wieloracy: dwóch biskupów, dużo księży z Tomaszem Halikiem na czele, jeden były benedyktyn, siostra Chmielewska i inne siostry, świeccy katolicy i takiż agnostyk. Zacytuję obecnego naczelnego „Przeglądu", Krzysztofa Ołdakowskiego SJ nie dlatego, że naczelny ani nawet że jest na przodku, ale dlatego, że mi trafił do gustu, ponieważ trafił w sedno, a ton osobisty ujmuje.

”Kapłaństwo jest posługą, która wymaga osobistego świadectwa, nie tylko przez to, co się robi, ale przede wszystkim przez to, kim się jest. Ludzkie serca otwierają dzisiaj najczęściej wartości podstawowe: życzliwość, uprzejmość, uśmiech, pogoda ducha oraz gościnność. Dlatego ważne jest takie bycie dla innych, bycie do dyspozycji, które pozwala podejść bez lęku i obaw, by zapytać, wyżalić się oraz po prostu być wysłuchanym. Niedobrze dzieje się wtedy, gdy ludzie spotykają księży, w których więcej jest urzędnika i funkcjonariusza sacrum niż pasterza. To może być bardzo odpychające od Pana Boga i Kościoła na długie lata. Dlatego jest ważne, by przyjąć człowieka takim, jaki on jest, cieszyć się tym, że po prostu przychodzi, że czegoś szuka. Nie ze wszystkich da się uczynić od razu przekonanych i świadomych chrześcijan.
Tylko pełna otwartości posługa dla dobra człowieka i jego duchowego wzrostu jest uzasadnieniem wyboru drogi powołania kapłańskiego. Ksiądz powinien być człowiekiem ogarniętym pasją zdobywania ludzi dla Chrystusa i pomagającym w znalezieniu osobistej drogi do Niego. Mogę powiedzieć od siebie, że największym szczęściem jest dla mnie doświadczanie z bliska działania Boga w życiu innych. Czuję się bardzo wyróżniony, gdy ktoś dopuszcza mnie do najgłębszej tajemnicy swojego życia. Jestem podniesiony na duchu, kiedy jestem potrzebny innym. Także wtedy, gdy dają mi odczuć, że moja modlitwa, wypowiedź czy napisany tekst stały się dla nich źródłem światła.
Chyba najtrudniejsze jest poczucie bezradności. Ogarnia mnie ono często w spotkaniu z bólem, cierpieniem i śmiercią. Czuję, że słowa są zupełnie nieadekwatne do ciężaru chwili, która przytłacza. Nie wiem, co powiedzieć. Pozostaje obecność i współczucie. Czuję się wtedy bardzo mały. Ani wiara, ani modlitwa nie rozwiązują automatycznie wszystkich problemów, jakie napotykamy, ale z pewnością pozwalają je przetrwać i przezwyciężyć. Sprawiają, że w przestrzeni bólu i cierpienia możliwe jest spotkanie z Bogiem. Bardzo boję się duchownych, którzy znają odpowiedź na każde pytanie. Cenię tych, którzy potrafią powiedzieć: Nie wiem, szukam tak samo jak Ty.
Chyba największym wrogiem współczesnych księży jest rutyna, przyzwyczajenie i oswojenie ze świętością oraz poczucie bycia specjalistą od Pana Boga. Konkretne słabości można pokonywać, a nawet mogą one stać się źródłem błogosławieństwa w późniejszym życiu. Trudniej natomiast przezwyciężyć mentalność polegającą na dążeniu do ułożenia sobie dostatniego i wygodnego życia przy użyciu Pana Boga.
Potrzeba dzisiaj księży rozmiłowanych w Bogu, którzy przekażą innym smak tej jedynej i wyjątkowej relacji. Sam w sobie pozostaje On dla wielu zbyt odległy, abstrakcyjny i niedostępny. Potrzebni są ci, którzy sprowadzą Go na ziemię.”

A z nowego numeru „Gościa Niedzielnego" wybrałem coś z wywiadu z dominikaninem Wojciechem Jędrzejewskim: „Ludzie są agresywni, bo noszą w sobie wiele zranień, fałszywych obrazów, krzywdzących słów usłyszanych od ludzi Kościoła. Sam w drugiej klasie podstawówki dostałem na religii w pysk od katechetki. Mały Wojtuś pisał sobie na karteczce, a katechetka myślała, że bazgrze po ławce. Uważałbym z określeniem »demoniczne ataki na Kościół«. Bardzo często wynikają one ze zwykłej ludzkiej złości na to, że w tym Kościele jest tak mało Ewangelii".
I z tegoż numeru „Gościa" piękna samokrytyka tamtejszego stałego felietonisty ks. Tomasza Horaka: „Gdyby Sienkiewiczowi wpadły w ręce moje teksty, opadłby mu pewnie ręce." Otóż chyba nie opadłyby: noblista wiedział, co to Ewangelia.

16:01, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
niedziela, 10 stycznia 2010
Miliony sprawiedliwych

Dzieje Apostolskie 10,34-35
„Otworzywszy usta, Piotr rzekł: - Naprawdę przekonuję się, że nie ma u Boga względu na osobę. Ale w każdym narodzie ci, którzy boją się Go i czynią sprawiedliwość, są przez Niego przyjmowani".

Tłumaczenie nasze. Oczywiście chodzi o bojaźń Bożą nie polegającą na strachu, tylko na miłości. Ale zwracam uwagę na formułę uniwersalistyczną: Bóg nie stosuje różnych miar do oceny ludzi z różnych narodów (tu chodzi o inne niż żydowski). Można to uogólnić: w każdej wspólnocie są ludzie różnej wartości moralnej, nie wolno przylepiać etykietek.

Kiedyś udało mi się zebrać wspomnienia o życzliwych Polakom Niemcach i Austriakach, które zatytułowałem „Dziesięciu sprawiedliwych", potem powstała książka „Bracia zza Buga" o równie zasłużonych dla nas podczas wojny Rosjanach, Ukraińcach, Białorusinach, Litwinach. Nacjonalizm bazuje na przekonaniu właśnie mało biblijnym, że Bóg ma wzgląd na osobę. Otóż jeżeli ma, to w sensie zgoła przeciwnym (lepsze jest tłumaczenie „Paulistki": „Bóg jednakowo traktuje wszystkich ludzi"): bierze pod uwagę wartości konkretnej osoby, nie oceniając zbiorowo żadnej wspólnoty.

Bierzmy przykład z góry, nie wygłaszajmy fałszywych frazesów na temat przewrotnych i chciwych Żydów, z reguły antypolskich Niemców, w gruncie rzeczy dzikich Rosjan. Nie wygłaszajmy też uogólnień na temat ludzi różnych zawodów. Np. na temat naszych lekarzy. Sam mógłbym ”w tym temacie” ponarzekać, ale dziś pochwalę pod niebiosy panią doktor Jarzynkę, tak uroczo troskliwą, że aż człowieka zatyka. Bóg Jej zapłać!

11:41, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
sobota, 09 stycznia 2010
Nie bój się, kochaj

1 List Jana 4,18
„W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości."

Chodzi o lęk przed karą pośmiertną. Autor listu przestrzega przed tym lękiem, postuluje postawę moralną, w której motorem jest miłość, nie obawa kary. Niestety jednak Kościoły zachodnie za bardzo akcentowały tamtą karę,  grożącą niemal każdemu wiecznością piekła, więc psychoza lękowa szalała. Na szczęście nadszedł czas chrześcijaństwa uspokajającego; czy czasem nie za bardzo, to inna sprawa. Oraz oczywiście miłość doskonała nie jest łatwa: wymaga w istocie więcej niż ta pełna strachu.

13:29, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 08 stycznia 2010
Być pod Jego wpływem

1 List Jana 4,7-10

”Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym  przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.”

Słowa te zawierają  podstawową myśl wiary chrześcijańskiej: o misji ziemskiej Syna Bożego. Niby to oczywistą, bo słuchaną przez nas stale w kościołach chyba na ogół bez oporów myślowych. Mało kto z nas zadaje sobie jednak pytanie, na czym owa misja właściwie polegała. Co się właściwie dokonało przez to, że Jezus został zamordowany? Co dała nam w istocie ta Jego tak okropna ofiara z życia? Problem jest fundamentalny, niełatwo go rozwikłać w formie wpisu do blogu. Spróbuję go jednak napocząć.

Zajrzałem do fundamentalnego dzieła wielkiego naszego teologa  ks. Wacława Hryniewicza. Rzecz (z lat 80., wydawcą było Towarzystwo Naukowe KUL-u) jest trzytomowa, każdy tom ma trochę inną nazwę, zawsze jednak są w tytule słowa „Chrystus" i „Pascha". W tomie I, zatytułowanym „Chrystus nasza Pascha", autor polemizuje z poglądem niektórych współczesnych teologów, jakoby rola zbawicielska Chrystusa polegała tylko na tym, że dał nam On swoim życiem przykład do naśladowania. Teolog polski proponuje interpretację, którą nazywa słusznie personalistyczną.
Posłużę się cytatem.
”Zbawcze działanie Chrystusa urzeczywistnia się w osobowym spotkaniu z człowiekiem. Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały zmienia moje życie przez swoją obecność oraz osobowe oddziaływanie. Jest w tym coś analogicznego do osobowego wpływu jednego człowieka na drugiego, który jest tym silniejszy, im silniejsza osobowość oddziaływującego. Bóg potrafi być bardziej obecnym w stosunku do nas i przenikać swoją mocą niż ktokolwiek z ludzi. Mówiąc językiem paradoksalnym, jest On bardziej obecny w nas niż my sami w stosunku do siebie. Podobnie jak człowiek wchodzi w życie człowieka i zmienia je (na dobre lub złe), tak również wchodzi w nie Bóg Zbawiciel, zawsze dla dobra osoby ludzkiej. To osobowe przenikanie rozbija krąg egoizmu i wprowadza we wspólnotę osób, która jest wyzwoleniem dla człowieka oraz miarą jego współodpowiedzialności za drugiego. Jeżeli na płaszczyźnie czysto ludzkiej możemy mówić o wyzwoleniu z egoizmu i egzystencji egocentrycznej, która odczłowiecza człowieka, to odnosi się to w jeszcze większej mierze do relacji miedzy Bogiem a człowiekiem. Jest w dziele odkupienia coś, co można by nazwać antropologicznym podłożem, głęboko zakorzenionym w ludzkim doświadczeniu międzyosobowego spotkania, które wyzwala i przemienia. Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały obdarza człowieka swoim istnieniem i obecnością. Przyjmując ten osobowy dar, wyzwalamy się z zamknięcia w sobie, aby jak On sam żyć dla Boga i ludzi. Jest to jednak dar wymagający dobrowolnego przyjęcia, zależny od ludzkiej wolności.”

Nie twierdzę, że to tłumaczy wszystko. Trzeba dodać na przykład, że ofiara Jezusa nie była potrzebna obrażonemu Bogu Ojcu, żeby Go przebłagać za grzech Adama i Ewy: albowiem zadośćuczynić Mu mógł tylko równy Mu godnością... Taki feudalny sposób myślenia krytykował swego czasu Joseph Ratzinger. Owszem, mamy w dzisiejszym tekście biblijnym wyrażenie „ofiara przebłagalna", nawiązujące do ofiar Starego Przymierza, ale dziś rozumiemy, że Bóg się na nas nie obraził: obraża się tylko ten, co nie kocha, a Bóg jest Miłością.

18:20, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
czwartek, 07 stycznia 2010
Indykatyw, imperatyw...

Ewangelia Mateusza , 4,17
„Odtąd zaczął Jezus zwiastować i mówić:- Nawracajcie się, przybliżyło się bowiem Królestwo Niebios".

Tłumaczenie naszej czwórki. Napisaliśmy „zwiastować", nie „nauczać" pod wpływem pastora zielonoświątkowego księdza Mietka Kwietnia, w którego rodzinie Kościołów ewangelikalnych to wyrażenie jest częściej używane. A pasuje tu szczególnie, bo mamy tu - jak mi wytłumaczył z kolei ksiądz Michał Czajkowski - indykatyw zbawczy i imperatyw etyczny. Ten pierwszy - zwiastowanie nadejścia Królestwa - znaczy, że nadeszła Łaska Boża, możliwość nawrócenia w postaci wyciągniętej ręki Bożej i tylko trzeba, żebyśmy się tej ręki uchwycili. I nawrócili się, to znaczy zmienili swoje życie.

Wyzbyć się komicznego egocentryzmu, gonitwy za pozorami, chęci błyszczenia blaskiem w istocie bardzo bladym. Zmądrzeć.

PS. Dzisiejszy przydział ewangelijny (Mt 4,12-17.23-25), z którego cytowałem i komentowałem tylko jeden werset, zaczyna się zdaniem: „Gdy Jezus usłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei". Co mi brzmi dość dziwnie, bo wyglądałoby, że Galilea była bardziej bezpieczna niż Judea, gdy tymczasem Herod, który kazał uwięzić Jana Chrzciciela, był formalnie tetrarchą właśnie Galilei. Szukałem wyjaśnienia u niektórych biblistów i nie znalazłem, ale wymyśliłem własne. Wersja Biblii Tysiąclecia (i Poznańskiej) „usunął" nie jest jedyną możliwą, na przykład „Paulistka" ma „odszedł" (nasza czwórka też). Czyli może Jezusowi nie chodziło w ogóle o własne bezpieczeństwo, tylko o coś innego, wyruszył do Galilei z innych powodów. Może dlatego, że nie był już w Judei potrzebny osobiście, jako ten, na którego Jan wskazywał jako na Mesjasza?

Dziś Boże Narodzenie u chrześcijan wschodnich (prawosławnych i grekokatolików) posługujących się kalendarzem juliańskim, czyli u większości prawosławnych polskich. Ślę im wszystkim na tym miejscu serdeczne życzenia radości, którą daje wiara, że od dwóch tysięcy lat mamy Zbawiciela. A naszego współtłumacza arcybiskupa Jeremiasza pozdrawiam szczególnie!

15:20, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 06 stycznia 2010
Święto mędrców z bardzo daleka

Ewangelia Mateusza 2, 1-12
”Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: - Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon. Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: - W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok: »A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego Izraela». Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: - Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym j i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny.”

Chyba nie musiałem cytować dzisiejszego przydziału Ewangelii, bo przecież opowieść jest na ogół dobrze znana. Albo jednak musiałem, bo znana jest raczej w wersji bajkowej: z królami dokładnie trzema, z jednym nawet Murzynem (choć Afryka nie jest na Wschód od Izraela) i tym podobnymi obrazkami. Ale może zamiast wybrzydzać na te dodatki powinienem wysławić cudowną barwność tej biblijnej perykopy, tak wielką, że dalsze ubarwienia są raczej zbyteczne. Bo w końcu przybysze są gdzieś z końca (ówczesnego rzymsko-grecko-, żydowskiego) świata, prowadzi ich niezwykła gwiazda. Oraz składają hołd i hojne dary Niemowlęciu leżącemu w żłobie.

Ostatnie zdanie napisałem niechcący, jakby sam bawiąc się dalszym tekstu ubarwianiem. Bo przecież powinienem dzisiaj komentować tylko tekst Mateuszowy, a ten Ewangelista - w przeciwieństwie do Łukasza - nie podkreśla wcale nędzy Narodzin, nie akcentuje tego, że Chrystus jest zbawcą przede wszystkim najbiedniejszych. Przesłanie Mateusza jest inne. Warto dokładnie przeczytać dzisiejszą opowieść, by zauważyć, że jej bohaterem negatywnym jest nie tylko Herod: przeraziła się nim „cała Jerozolima", czyli nie tyle ówczesne władze rzymskie, ile żydowskie. Ewangelia Mateusza podobnie jak Janowa nosi wyraźne ślady narastającego konfliktu Kościoła z Synagogą i pierwszy ślad ów mamy już na początku dzieła. Chrystus zostaje odrzucony już dzieckiem w kolebce.

Cudownie kolorowa opowieść ma jednak przesłanie również pozytywne. Swoi nie przyjmują Jezusa, obcy jednak - owszem, i to tak wspaniale. Nie kłaniają Mu się królowie, może jednak ktoś nie mniej ważny. Rola ówczesnych orientalnych magów nie była monarsza, ale też ogromna, byli elitą intelektualną, ale też elitą władzy, w sumie godnymi reprezentantami świata pozażydowskiego.

Można dzisiejszą Ewangelię skomentować dwojako. Triumfalistycznie: oto cały dzisiejszy świat powinien jak owi mędrcy pokłonić się Chrystusowi, bo w Nim jest prawda i w Jego Kościele. Ekumenicznie: prawda bywa daleko od naszych myślowych przyzwyczajeń, przekracza nasze religijne opłotki. Mędrcy rzeczywiście przybyli albo i nie, bibliści snują różne przypuszczenia (w grudniowej „Biblii krok po kroku" ks. prof. Edward Staniek - tradycyjne), ale jedno wydaje mi się pewne, że dzisiejsza uroczystość uczy szerokiego otwarcia.

15:26, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
wtorek, 05 stycznia 2010
Filip nie z konopi, Natanael, czyli Bartłomiej

Ewangelia Jana 1, 43-51
”Jezus postanowił udać się do Galilei. I spotkał Filipa. Jezus powiedział do niego: - Pójdź za Mną. Filip zaś pochodził z Betsaidy, z miasta Andrzeja i Piotra. Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: - Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: - Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: - Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: - Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: - Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: - Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: - Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś królem Izraela! Odparł mu Jezus: - Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: - Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego".

Kolejna scena powołania Apostołów. Teraz są to Filip i Natanael. Obaj mają swoje portrety w książeczce Znakowej „Dwunastu Apostołów", którą tu uporczywie polecam jako lekturę biblistyczną niemal obowiązkową. Filip jest mniej kłopotliwy niż ten, którego namawiał do pójścia za Chrystusem.
Problem z Natanaelem jest najpierw identyfikacyjny: występuje tylko w Ewangelii Jana, w pozostałych mamy Bartłomieja. Nie jest to jednak dziw nad dziwy: podobnie jest i z Mateuszem, nazywanym czasem Lewim, Ewangeliści nie dbali o szczegóły, także o takie „nomenklaturowe". Choć zatem „Encyklopedia biblijna", nowocześnie biblistyczna, czyli dość sceptyczna, powiada, że „brakuje ostatecznego dowodu na tę identyfikację i zdradza ona tendencję do harmonizacji", to taka harmonizacja wydaje mi się uprawniona. W polecanej książeczce ks. Michał Czajkowski pisze, że pełne imię Natanaela mogło brzmieć: Natanael-bar-Tolomaj, czyli syn Tolomaja (imię znane ze Starego Testamentu), a w synoptycznych spisach Apostołów Filip zawsze sąsiaduje z Bartłomiejem, czyli ten też uchodził za jego znajomka.
Następny problem z Natanaelem jest właśnie taki, że wypowiedział zdanie, którego używa się jako symbolu brzydkiej pogardy dla małych miejscowości czy raczej ludzi stamtąd. W imię poprawności etycznej powinniśmy unikać wartościowania bliźnich według cech nie dotyczących tego, co moralnie najważniejsze: nie dzielić ich na ładnych i nieładnych, bogatych i biednych, warszawiaków i pochodzących z Pacanowa. Zaraz jednak okazuje się, że Jezus wysoko ceni Natanaela. A co on robił pod drzewem figowym? Bibliści słusznie domyślają się, że nic zdrożnego, raczej pobożnego: bo właśnie był to człowiek prawy. Zresztą wiadomo, że siedzenie pod figowcem oznacza w judaizmie studiowanie Pisma.

14:23, jan.turnau
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Szymon Piotr - pytania biograficzne. Apokryf Eduarda Mendozy

Ewangelia Jana 1,35-42
”Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: - Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! (to znaczy: Nauczycielu), gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: - Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: - Znaleźliśmy Mesjasza" (to znaczy: Chrystusa). I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: - Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas (to znaczy: Piotr).”

Kiedyś napisałem, że Piotr był uczniem Jana i potem nawet trochę upierałem się, że tak powiada Ewangelia, kiedy mi to koleżanka podała w wątpliwość. Oczywiście miała rację: o uczniostwie Janowym Piotra nie ma w dzisiejszym tekście (ani w innych Ewangeliach) ani słowa. W ogóle niewiele wiemy o tym, co robił najważniejszy z Apostołów, zanim go Jezus wybrał do tej historycznej roli. Owszem, wiemy, że był rybakiem - synoptycy (trzej pierwsi Ewangeliści) inaczej przedstawiają jego powołanie, wiążąc je właśnie z wykonywaniem tego zawodu - ale to sprawa świecka. A religijność tego człowieka? A jego zdolności przywódcze? Ludzie się zmieniają, ujawniają się nagle ich talenty, o które nikt ich nie posądzał, bywają też oczywiście nieoczekiwane nawrócenia religijne, może więc Szymon był najzwyczajniejszym rybołówcą, zanim zaczął łowić ludzi. Może jednak już wcześniej modlił się więcej niż inni? No i właśnie ciekawe, że w przeciwieństwie do swego brata Andrzeja nie poszedł za Janem Chrzcicielem. Może po prostu podzielili się rolami: Szymon został w zawodzie, by utrzymać rodzinę (miał żonę i teściową, o rodzinie Andrzeja Ewangelie milczą), a Andrzej wstąpił do Janowego „zakonu". Taki podział ról sugeruje arcybiskup Jeremiasz, pisząc o Andrzeju w książce Znakowej „Dwunastu Apostołów". A może Szymonowi Jan Chrzciciel, pustynny asceta, nie bardzo pasował?

Podobne pytania można by mnożyć. Powstawały z nich apokryfy i powstają dalej. Jako prezent pod choinkę dostałem od synowej książkę, którą do tej kategorii literackiej zaliczyć można: Eduarda Mendozy „Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa" (Znak). Pisarz hiszpański co prawda pobożnością nie błyszczy, błazen z niego, nie kapłan na pewno, ale jego powieść jako swoisty apokryf sobie przeczytałem. Fabuła jest taka, że pewien rzymski patrycjusz, szukając lekarstwa na permanentną biegunkę i straszne wiatry wewnętrzne, dotarł aż do Nazaretu. Są czasy dzieciństwa Jezusa, ma On lat paręnaście, a Józef jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Posądzony przez władze rzymskie i żydowskie o zamordowanie lokalnego notabla, ma zostać ukrzyżowany, zresztą na krzyżu, który kazano mu osobiście wystrugać. Poproszony przez Jezusa, Pomponiusz zabawia się w detektywa i szuka dowodów na Józefową niewinność. 
Mendoza lubi dowcipy raczej grube, na punkcie homoseksualizmu ma obsesję tematyczną, ale bohaterów Ewangelii zostawia na moralnym piedestale, ich świętych tajemnic szyderstwem nie tykając. Rzecz czyta się dobrze, bo styl mimo niektórych wulgarności dość wysmakowany, a rzecz jest w sumie rodzajem kryminału, choć i apokryfu - jak się rzekło - również.

14:37, jan.turnau
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum