Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
sobota, 31 stycznia 2009
Małowierni
Ewangelia Marka 4,35-41

Burza na jeziorze, lęk uczniów, zdziwienie Jezusa, potem ich pytanie, „kim On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne”. Powiedział im, że brak im wiary, ale była w tym chyba szczypta dowcipu: któż z chrześcijan wszystkich wieków nie modli się: - Jezu, ratuj?
11:17, jan.turnau
Link Komentarze (64) »
piątek, 30 stycznia 2009
Komunizm też był ziarenkiem
Ewangelia Marka 4,30-31

„Królestwo Boże (...) jest jak ziarnko gorczycy.”

Sens wyrażenia „Królestwo Boże” w Ewangeliach nie jest jasny: dawniej oczywiste było, że chodzi o Kościół, dziś ta pewność wśród biblistów minęła. Niewątpliwie jednak chodzi o panowanie dobra. Tu mamy zapewnienie, że maleńkie z początku dzieło czy tylko idea może zrobić karierę. I tylko pytamy, czemu idea zła, diabelska wręcz, też może urosnąć ogarniając pół świata.
14:11, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
czwartek, 29 stycznia 2009
O nadziei i Marku Rojszyku
List do Hebrajczyków 10,23

„Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę".

Są w wierze chrześcijańskiej dwie trójce: ta przenajświętsza, „ontologiczna": Ojciec, Syn i Duch Święty oraz tamta, „aretologiczna": wiara, nadzieja i miłość. Tak się dziwnie składa, że w każdej z tych trójc jedna część jest trochę w zapomnieniu. Duch Święty był do niedawna na chrześcijańskim Zachodzie w cieniu Ojca i Syna - aż oświetlił Go dialog z prawosławiem oraz ruchy pentekostalny i charyzmatyczny. O nadziei też za mało się mówi w naszych okcydentalnych Kościołach i wielu nie może się na nią zdobyć: ogień piekielny zakrywa im ją swoim potwornym blaskiem, a depresja zamyka przed nią duszę. Tak, Bóg jest godny zaufania, ale Jego oblicze wydaje się wciąż rozgniewane.

PS. Napisałem wczoraj o świetnej homilii warszawskiego dominikanina, przekręcając nazwisko. Otóż ów złotousty zwie się Marek Rojszyk. Przepraszam, życząc dalszych natchnień Ducha!
17:34, jan.turnau
Link Komentarze (19) »
środa, 28 stycznia 2009
Protestantyzacja religii żydowskiej. Homilia ojca Rojsyka
List do Hebrajczyków 10,11-14

„Każdy kapłan Starego Przymierza staje codziennie do wykonywania swej służby, wiele razy te same składając ofiary, które żadną miarą nie mogą zgładzić grzechów. Jezus Chrystus przeciwnie, złożywszy raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy (...) udoskonalił na wieki tych, którzy są uświęcani."

List do Hebrajczyków rozwija myśl, że Jezus jest kapłanem (arcykapłanem), którego ofiara jest bardziej skuteczna niż starotestamentalne. Co współczesnemu człowiekowi wydaje się oczywiste przynajmniej w tym sensie, w jakim sakralne mordowanie zwierząt wydaje mu się barbarzyńskim anachronizmem.

Nie możemy jednak zapominać, że dzisiejsza religia żydowska żadnych takich krwawych ofiar nie składa. Można twierdzić, że tylko dlatego, iż Świątynia została zburzona, a miała ona wyłączność na takie akty sakralne, ale można też snuć historię alternatywną, w której zwycięża judaizm wysublimowany, intelektualny, synagogalny. Przecież już od niewoli babilońskiej ów judaizm się tworzył, powstawała sieć synagog - czy nie zwyciężyłby w końcu zupełnie likwidując tamtą rzeźnię? Ciekawe, że poza grupką fanatyków dziś nikt ze wspólnoty żydowskiej nie dąży do odbudowy Świątyni, choć nie jest to przecież całkiem niemożliwe. Judaizm synagogalny (rabinizm) wywodzi się zapewne od synodu w Jamne (Jabne) w końcu I wieku, który rozpoczął proces rekonstrukcji judaizmu po zburzeniu Świątyni. Mam ochotę porównać ten przełom w religii żydowskiej do reformacji w chrześcijaństwie, też awansującej rolę słowa kosztem (choć nie całkowitym) uobecnienia Chrystusowej ofiary.

Tyle myśli o dzisiejszej porcji Biblii. A poza tym dzisiaj liturgiczne wspomnienie Tomasza z Akwinu i - również wspomnienie, choć już tylko moje własne - wczorajszej homilii innego dominikanina, ojca Rojsyka, podczas Mszy za Turowicza w kościele na Freta.  Świetna homilia, nie kazanie, tylko komentarz do Pisma. Nie ściśle biblistyczny, jak mój wczorajszy, ale biblijny. Nie moralistyczny, ale z taką myślą będącą może i morałem, ale nie wobec świeckich słuchaczy: rodziną Jezusa są wszyscy, nie tylko ważni prałaci... Poszedłem do zakrystii i podziękowałem serdecznie.
17:52, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 27 stycznia 2009
Tekst antymaryjny?
Ewangelia Marka 3,31-35

„Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali do Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: - Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają o Ciebie. Odpowiedział im: - Któż jest moją matką i którzy są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: - Oto moja matka i moi bracia. Kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką".

Można ten tekst interpretować „łagodnie". Jego przesłanie mamy wtedy po prostu takie, że rodzina Jezusa jest szersza niż wspólnota krwi: kryterium etyczne. Chodzi o rodzinę czasów mesjańskich czy eschatycznych, należą do niej ci, co pełnią wolę Bożą.

Takie mniej więcej komentarze mamy w wydaniach Biblii przeznaczonych dla szerszego grona czytelników.
Bibliści w swoich pracach naukowych są jednak bardziej dociekliwi. Mam w swojej bibliotece książkę dr Elżbiety Adamiak pt. „Mariologia", wydaną w Bibliotece Pomocy Naukowych Wydziału Teologicznego UAM. Autorka powiada tam, że „W Ewangelii według św. Marka, pierwszej spośród Ewangelii synoptycznych, (...) są jedynie dwa teksty mówią o Matce Jezusa - 3,31-35 i 6,1-6. Oba mają wydźwięk negatywny, a przynajmniej zachowują daleko idącą rezerwę. Dlatego nazywane bywają tekstami «antymaryjnymi» (...). W Mk 3, 31-35 centralną ideą są słowa Jezusa określające Jego prawdziwą rodzinę. (...) Omawiana perykopa sama w sobie nie musi mieć wymowy negatywnej wobec Matki Jezusa. Nie wyklucza członków naturalnej rodziny Jezusa z Jego rodziny eschatycznej (...) W tekście mamy jednak pewne wzmianki, które mogą wskazywać na wymowę negatywną. Matka i bracia Jezusa stoją na zewnątrz - a eschatyczna rodzina jest wewnątrz domu. Osłabia to myśl o ich przynależności do tej rodziny (to usytuowanie ma też znaczenie merytoryczne)".
Szczególnie - analizuje dalej Elżbieta Adamiak - że mamy wcześniej opowieść o tym, że mówiono, iż Jezus „stracił rozum", czy też „odszedł od zmysłów", a większość egzegetów jest zdania, że ci mówiący to bliscy krewni Jezusa, nie wyłączając Jego Matki. Taką interpretację zdaje się potwierdzać brak tej opowieści w paralelnych miejscach Ewangelii według Mateusza i Łukasza. Ewangeliści ci rozumieli ją pewnie jako zbyt krytyczną wobec rodziny Jezusa. Według niektórych egzegetów Matka i bracia Jezusa nie są w stanie Go zrozumieć, są sceptyczni wobec Jego misji, choć nie można mówić o wrogości.

Że bracia Jezusa (raczej według mnie przyrodni lub cioteczni niż rodzeni) aż do Zmartwychwstania byli wobec Niego sceptyczni, to dla mnie oczywiste. Ale Matka? A Zwiastowanie? Na mój chłopski rozum miała zrozumienie większe niż Jego kuzyni, ale nie takie, jak po Zmartwychwstaniu, wiele rzeczy Ją dziwiło albo po prostu napawało lękiem o Niego, choćby o Jego wytrzymałość fizyczną i psychiczną, nie mówiąc o bezpieczeństwie od elity władzy. No i myśląc dalej po laicku sądzę, że w pierwotnym Kościele, w którym dojrzewały Ewangelie, był do Maryi stosunek różny. Paweł twardo milczy na Jej temat, ale w ogóle żaden z niego biograf Jezusa, a więc i Jego Matki. Marek jest natomiast uczniem Piotra: czy aby na pewno Maryja nie była Kefasowi znacznie dalsza duchowo niż na przykład Janowi?
15:56, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Męskie problemy i męskie kobiety
2 List do Tymoteusza 1,1-8 albo List do Tytusa 1,1-5

Dziś święto dwóch synków Pawłowych. Używam terminologii rodzinnej, którą stosował między innymi mój po trosze ojciec duchowny, spowiednik, sławny ksiądz Bronisław Bozowski: miał on wiele duchowych dzieci, księży i świeckich (rzadkiej dziewczyny). To go upodobniało trochę do Apostoła Pawła; można by  powiedzieć ogólniej, że był do tamtego olbrzyma podobny po prostu przez to, że obaj byli indywidualnościami, obaj nie bali się forsować swoich bardzo świeżych poglądów, obaj mieli uczniów.

W tekstach przeznaczonych przez mój Kościół na dzisiaj widać uczucia ojcowskie Pawła. Tymoteusza nazywa dzieckiem swoim umiłowanym, Tytusa dzieckiem swoim prawdziwym. Z oboma miał problemy, szczególnie jeden i ten sam, choć różnie rozwiązywany. Żydzi nalegali, by obrzezał Tytusa, ale im nie uległ, natomiast obrzezał „sua sponte" Tymoteusza. Czytamy o tym w Dziejach Apostolskich 16,3 z takim wyjaśnieniem, że zrobił to, bo wszyscy wiedzieli, że jego (Tymoteusza) ojciec był Grekiem. Co ma piernik do wiatraka? Otóż to (wyjaśniła mi Biblia Poznańska), że ów Tymoteusz miał złą legitymację dla apostolatu wśród Żydów, bo jego matka, Żydówka, nie miała prawa wyjść za poganina. Mówiąc inaczej, w przeciwieństwie do Tytusa, który był „czystym" Grekiem, Tymoteusz nie tylko miał obowiązki Żyda, bo dzieci dziedziczyły wyznanie matki, ale i złą reputację jako taki mieszaniec. W tej szczególnej sytuacji Paweł obrzezał swego synka, by miał on jakieś „wejścia" do ludu matki.

Wracam jednak do księdza Bozowskiego też dlatego, że - przepraszam za jednoznacznik - jest anatomiczne ŕ  propos. Otóż Bronek słynął z zachowań i powiedzeń zgoła niekonwencjonalnych. Dziś w „Dużym Formacie" wielka rozmowa Katarzyny Wiśniewskiej na temat celibatu z profesorem poznańskiego wydziału teologicznego Józefem Baniakiem. Co mówi profesor socjolog? Proszę nie pytać, tylko czytać, a ja ujawnię pewną rozmowę, jaką miałem na ów księży temat z Bronkiem właśnie. Była przelotna, na schodach, ale dla mnie ważna. Moje poglądy na celibat ewoluowały, wtedy jeszcze były zachowawcze, ujawniłem je rozmówcy, a on popatrzył ze zdziwieniem i zapytał krótko a węzłowato: „A co z ptaszkiem..." Był z niego facet tak figlarny, że pasował raczej płci brzydkiej - choć i wśród  nadobnej miał gorące wielbicielki. Należał do licznych księży, którym celibat pasował, ale rozumiał, że nie każdy jest Bronkiem Bozowskim. Tu powtórzę moją myśl po raz setny: potrzeba w Kościele Judymów, ale nie każdy jest takim mocarzem duchowym, lepiej, żeby miał żonę legalną niż kochankę albo legalną po zwolnieniu z księżego ślubu. Lepszy też ksiądz żonaty - to złota myśl Bronka - niż celibatariusz stary kawaler, egocentryczny leniwiec, mniej chętny do posługi niż ojciec czworga dzieci. No i nie miejmy nadziei, że na celibacie wiszą wszystkie problemy kościelne: rozwody duchownych to rzecz  jeszcze poważniejsza.

Tyle o mężczyznach, czas na panie. Sygnalizuję dwie publikacje poniekąd feministyczne. Jedna to „Miniatury ekumeniczne. Księga pamiątkowa na stulecie urodzin siostry Joanny Lossow (1908-2005)". Książka wydana przez  Oficynę „Adam" i opracowana przez kombatantkę Joanny w walce o Jedność siostrę Marię Krystynę Rottenberg - to dzieło swego gatunku: zbiór artykułów na tematy zbliżone do ekumenicznego, napisanych przez uczonych różnych wyznań. Taka jest większa część dzieła, ale - też zgodnie z gatunkiem - poprzedzona szkicami o samej siostrze Joannie od Jedności. Opowiadają o niej siostra Maria Krystyna, ojciec Salezy Bogdan Brzuszek oraz przyjaciel mój i kombatant w tej samej sprawie, znany dziennikarz eklezjolog Grzegorz Polak. Grześ czyni to felietonowo wręcz, bez patosu i kościelnego sosu, także bez żadnej hagiografii. Bo nie była jako żywo słodką siostrzyczką z buzią w ciup: gdyby nie jej ostry język i odwaga, która góry przenosi, nie byłoby u nas tyle nowego, ile wywalczyła to Pierwsza Przyczyny Polskiej Ekumenii. Wciąż to nowość dość naskórkowa, elitarna, niebłądząca na ogół pod strzechy plebanii, ale zwyczaj mszy katolickich z homilią „innowiercy" ma już u nas swą długą historię, w której jest także pretensja kardynała Ratzingera o taki synkretyzm. Wybronił nas wtedy bardzo chytrze arcybiskup Nossol, zasłaniając tę nowinkę pozwoleniem Prymasa Tysiąclecia jako niewątpliwego tradycjonalisty. U którego Joanna wywalczyła to, obawiam się zresztą, właśnie z powodu owego tradycjonalizmu: dla ludzi starej daty kazanie należało przecież do części mszy mniej ważnej: obowiązywał pod grzechem śmiertelnym tylko dalszy ciąg.

Niewiasty w psychologii od Pana Zagłoby uważane są za słabiutkie „dusznie", gdy łamią ów schemat, uchodzą za „męskie". Jak się zwą, tak się zwą, faktem jest, że takich przebojowych nie brak. Czego dowodem jest świeży numer „Więzi" pod tytułem „Kościół jest kobietą". Że jest w praktyce polskiej niezupełnie, głoszą ostro i twardo panie skądinąd pobożne: Alina Petrowa-Wasilewicz, Ewa Karabin (!), Elżbieta Adamiak, zza grobu Stanisława Grabska i inne katofeministki, ale też panowie i księża (to płeć osobna?). Walka z eklezjalnym antyfeminizmem przypomina mi wojnę z antysemityzmem - tak długie już dzieje obu  bojów. Wiem, że niewiasta może być chyba nawet nuncjuszem, ale nie bywa, a w Polsce nie będzie jeszcze ze sto lat... Niemniej wyczytałem w raporcie Laboratorium „Więzi" coś, co mnie jednak zdziwiło. Mówi siostra Bernadeta (nazwiska i nazwy zakonu brak): „Moja wspólnota posługuje w kuchni nowicjatu jednego z męskich zgromadzeń. Zdarzyło się to kilka lat temu: nowicjusze szli wesołą gromadką na boisko w pobliżu klasztoru, aby pograć w piłkę podczas południowej rekreacji. Równie wesoło mijali siostrę, która dźwigała dwa wiadra wody, aby podlać kwiatki pod oknami tegoż nowicjatu. Tylko jednemu z nich przyszło do głowy, aby pomóc siostrze w niesieniu tych wiader. Niestety, na swój jakże ludzki odruch nie miał on pozwolenia mistrza nowicjatu. Dostał pokutę i zakaz zbliżania się do sióstr... Obecnie takie sceny w tym miejscu już się nie zdarzają. Dlaczego? Cudowna przemiana? Nie! To efekt ciężkiej pracy sióstr nad tym, aby uznawano ich godność. Przypominały często i regularnie, kim są, po co są, jaka jest ich misja. I że na pewno nie są tylko tanią i wygodną siłą roboczą. I nie są niebezpieczne - bo mają już swojego Oblubieńca. I że czujność to nie to samo, co strach..."

Tego arcymistrza nowicjatu suspendowałbym natychmiast, dobrze jednak, że wreszcie zmądrzał. Niesłychana była dla mnie wiadomość, że zdarzyło się to „kilka" (czyli nie kilkadziesiąt) lat temu. I dziwić się potem, że księża odchodzą za pierwszą z brzegu babką. Winna jest temu jednak nie tylko kultura laicka - także kościelny brak kultury i elementarnego pomyślunku.

PS. Tydzień (Oktawa) Modlitw o Jedność Chrześcijan skończył się właśnie, w ubiegłą sobotę świętowaliśmy Dzień Judaizmu, a mamy dzisiaj coś pokrewnego: Dzień Islamu. Od dziewięciu lat jest już w Polsce też taki ponadreligijny, pojednawczy akcent, coraz potrzebniejszy, bo Polska w Europie to kraj otwarty na wyznawców Koranu. Jest Rada Wspólna Katolików i Muzułmanów, Żydzi to starsi bracia w wierze, muzułmanie, można by powiedzieć - młodsi. Błogosławieni ci, którzy walczą z nienawiścią.
15:17, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
niedziela, 25 stycznia 2009
Nawrócenie Kościoła
Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22

Zamiast trzeciej niedzieli zwykłej można dziś świętować liturgicznie wydarzenie zwane nawróceniem świętego Pawła. Napisałem „zwane”, bo słowo „nawrócenie” kojarzy się z przemianą moralną, a przecież Paweł zwalczając rodzący się Kościół nie był łajdakiem: tak wtedy, jak i potem słuchał swego sumienia, tyle że właśnie potrzebowało oświecenia.
Jest poza tym dzisiaj rocznica szczególna: 50 lat temu doznał oświecenia papież Jan XXIII: wpadł na pomysł, który zaraz ogłosił, żeby zwołać Sobór Watykański II. Zaczęła się w Kościele katolickim nowa epoka. Można powiedzieć, że Kościół zaczął się nawracać, zmieniać także moralnie. Rozpoczął się proces, który można hamować, ale nie da się go cofnąć.
14:03, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
sobota, 24 stycznia 2009
Oszalał
Ewangelia Marka 3,20-21

„Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: - Odszedł od zmysłów.”

Kto to był ci „bliscy”, rodzina czy uczniowie, nie wiadomo. Co do rodziny, to byli to najpewniej Jego bracia (rodzeni, przyrodni, cioteczni?), nie wpatrzeni weń jak w ikonę. O co im chodziło: czy o Jego zdrowie, nadwerężane przez szalony wysiłek służby ludziom, czy raczej - mniej życzliwie - o dziwne zachowanie, nauczanie. Ciekawa jest opinia „Komentarza praktycznego do Nowego Testamentu”, że „zamieszczając powyższe słowa - wszystko wskazuje na to, że nie jest to ich pierwotny kontekst - Marek chciał pokazać, jak bardzo Jezusa nie rozumieli nawet najbliżsi, jak był opuszczony w swej misji Cierpiącego Sługi.”

Odwieczny sposób na dyskredytację: zrobić z kogoś wariata.
10:26, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 stycznia 2009
Który ważniejszy?
Ewangelia Marka 3, 13-19

Ustanowienie Dwunastu, sztabu apostolskiego, lista tych oficerów (generałów?). Pomyślałem sobie, że warto porównać cztery takie listy, bo tyle właśnie ich jest w Biblii, by odnotować różnice w kolejności imion i dywagować, skąd się wzięły i co znaczą.

W „Synopsie czterech Ewangelii" (opracowanie i tłumaczenie profesora Michała Wojciechowskiego, Vocatio, wydanie trzecie poprawione, Warszawa 1997) mamy tych czterech wykazów pożyteczne zestawienie. Wrażenie moje z lektury porównawczej jest takie, że różnic owych jest właściwie mało, choć przecież synoptycy niezbyt dbali o zgodność swoich informacji czy raczej materiały, na podstawie których opracowano te dzieła, różniły się co nieco (Dzieje napisał pewnie również Łukasz). Wyraźnie była jakaś główna ”linia”.

Oto te cztery listy zestawione przez Wojciechowskiego.
Mateusz 10,1-4:
Szymon zwany Piotrem i Andrzej, jego brat, Jakub Zebedeuszowy i Jan, jego brat. Filip, Bartłomiej, Tomasz, Mateusz poborca, Jakub Alfeuszowy, Tadeusz, Szymon Kananejczyk, Juda Iskariota - ten, co go wydał.
Marek 3, 13-19:
Szymon, Jakub Zebedeuszowy i Jan, brat Jakuba, Andrzej, Filip, Bartłomiej, Mateusz, Tomasz, Jakub Alfeuszowy, [Juda] Tadeusz, Szymon Kananejczyk i Iskariot, który i go wydał.
Łukasz 6, 12-13:
Szymon, którego nazwał Piotrem, Andrzej, jego brat, Jakub, Jan, Filip, Bartłomiej, Mateusz, Tomasz, Jakub Alfeuszowy, Szymon zwany Gorliwym, Juda Jakubowy i Juda Iskariot, który stał się zdrajcą.
Dzieje 1, 13:
Piotr, Jan, Jakub, Andrzej, Filip, Tomasz, Bartłomiej, Mateusz, Jakub Alfeuszowy, Szymon Gorliwy, Juda Jakubowy.
Piotr zawsze na przedzie, Judasz zawsze na końcu (w Dziejach już go oczywiście nie ma).
Na drugim miejscu u Mateusza i Łukasza Andrzej, u Marka i w Dziejach natomiast Jakub z Janem, na piątym miejscu zawsze Filip, poza Dziejami na szóstym zawsze Bartłomiej - i dalej proszę sobie samemu popatrzeć.
Czemu tak a nie inaczej? Pytałem moich trzech trójwyznaniowych mędrców: powiedzieli, że biblistyka nic tu pewnego nie wymyśliła, są tylko jakieś przypuszczenia. Nie zawsze mogła to być opinia o  ważności osoby: w książeczce Znaku „Dwunastu Apostołów" arcybiskup Jeremiasz przypuszcza, że Marek umieszcza Andrzeja dopiero na czwartym miejscu, bo gdy pisał swą Ewangelię, Andrzej mógł być daleko, gdzieś na północy, może w dzisiejszej Polsce, więc piszący nie pamiętał dobrze jego roli wśród Apostołów. Rzeczywiście trudno przypuścić, żeby Marek, uczeń Piotra,  deprecjonował świadomie jego rodzonego brata. Chociaż... między rodzeństwem różnie bywa. Ciekawe, że też w Dziejach Apostolskich Andrzej nie jest na liście zaraz za Piotrem: ale to jest dla mnie zrozumiałe, bo wtedy już Jakub i Jan wyraźnie dominowali we wspólnocie, a o Andrzeju raczej głucho.
13:59, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
Łódka bezpieczeństwa

Wpis na czwartek 22 stycznia 2009
Ewangelia Marka 3,7

„Polecił swym uczniom, żeby łódka była stale dla Niego w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli".

Szczegół wagi niewielkiej, ale obrazowy: żeby Jezus nie został zadeptany lub zepchnięty do wody, musiał chronić się w łódce. No cóż, gdyby tak dzisiaj pojawił się jakiś cudotwórczy lekarz...
Pamiętam długachną kolejkę do Harrisa i jego uzdrowienia niektórych: nie znamy świata energii, ale jest oczywiste, że między jednymi ludźmi jest łączność parapsychologiczna, między innymi - nie. Mnie dotknął bez żadnego wrażenia, mego syna aż „kopnął", choć Staś był tylko „holownikiem" chorego. Ale nie jest to - jak było z cudami Jezusa - kwestia wiary: syn jest bardziej sceptyczny ode mnie.

08:10, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
środa, 21 stycznia 2009
Któż to ów Melchizedek?
List do Hebrajczyków 7-13.15-17

Tajemniczy jest niebywale ów Melechizedek (dawniej wymawiano „Melchizedech"), kapłan Boga Najwyższego i król Jerozolimy, o którym czytamy dzisiaj, a pierwotnie w Księdze Rodzaju 14, 17-20. Staje się postacią mniej zagadkową, gdy przestanie się uważać owego „Boga Najwyższego" za Boga chrześcijan i Żydów: było to pewnie naczelne bóstwo ówczesnej Jerozolimy, oczywiście jeszcze nie opanowanej przez Izraelitów. A chleb i wino, które ofiarował Abrahamowi, nie kojarzy się jednoznacznie z Eucharystią, gdy się pamięta, że był to dość normalny pokarm i napój tamtego miejsca i czasu. Niemniej można tu widzieć „typ" (zapowiedź) Komunii. Melchizedechem nazywa się parament liturgiczny w kształcie półksiężyca, w który wkłada się Hostię, by ją umieścić w monstrancji. No i ostatnie zdanie dzisiejszego fragmentu Listu do Hebrajczyków jest cytatem z Psalmu 110, odnoszonym do Chrystusa.

Tyle informacji zdobyłem i nie schowałem pod korcem.
14:46, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
wtorek, 20 stycznia 2009
Wszystko dla człowieka
Ewangelia Marka 2,27

„To szabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu".

Pamiętam, jak w KIK-u warszawskim już prawie pół wieku temu ksiądz Jan Zieja mówił, że te słowa Jezusa to biblijna podstawa dla personalizmu. Na pewno, z tym, że nie tylko szabat jest dla człowieka, a nie na odwrót: także Kościół jest dla człowieka, nie vice versa. Choć tego czasem nie widać.
14:02, jan.turnau
Link Komentarze (49) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Jezus umarł, więc żyje. Bardzo ciekawy „List"
List do Hebrajczyków 5,7

„On to za swego ziemskiego życia z wielkim wołaniem i łzami zanosił błagania i prośby do tego, który mógł Go ocalić od śmierci. I został wysłuchany dzięki swej uległości!"


”Paulistka" podkreśla wykrzyknikiem tę tezę na pozór absurdalną, ale jest ona jedynie paradoksalna. Tak, został wysłuchany, ocalony od śmierci, bo powstał z martwych. Chrześcijaństwo głosi nieśmiertelność osiąganą w taki sposób. Nie tylko przez pozostanie w dobrej pamięci u potomnych: też w ten sposób (temu m.in. służą beatyfikacje i kanonizacje), ale również „ontologicznie".

Lektury: nie pamiętam, czy polecałem tu już krakowski miesięcznik „List". Ta inicjatywa kilkorga świeckich katolików (naczelna: Ela Konderak) jest oryginalna. To niby coś na kształt „Znaku", ale właśnie kształt inny, choć treść trochę podobna, autorzy z podobnej półki. Forma magazynu ilustrowanego: ilustrowanego bardzo gustownie, dużo „światła", teksty krótsze niż w „tołstych żurnałach". No i tylko problematyka religijna, bo to „pismo poświęcone odnowie życia religijnego", jak głosi podtytuł. Styczniowy numer głównie o Mszy trydenckiej. Świetny edytorial naczelnej, podaję cały, bo wiele mówi.

”Należę do osób, które pamiętają z dzieciństwa Mszę św. trydencką Wspominam ją dobrze - wcale nie miałam wtedy doświadczenia sztywności, niewygody czy wyobcowania. Przeciwnie, kościół był miejscem, gdzie na ogół czułam się dobrze. Pamiętam też cukierki i lalki, które ze sobą przynosiliśmy. Teraz też czasem widzę na Mszy dzieci z pluszakami. Różnica między nami z tamtych czasów a współczesnymi dziećmi polega na tym, że my dzieliliśmy się naszymi gadżetami ukradkiem, ryzykując awanturę, którą mogła nam zawsze zrobić jakaś starsza osoba, a współczesne dzieci robią to zupełnie «oficjalnie». My robiliśmy to na kolanach, bo przez znaczną część Mszy się wówczas klęczało, i tylko w gronie dziewczynek, bo obowiązywał bezwzględny zakaz przechodzenia na lewą czyli męską stronę a  współczesne dzieci nie muszą się krępować żadnymi zakazami i nakazami. Czasem też przemieszczaliśmy się dyskretnie na tych kolanach, żeby lepiej się porozumiewać. A wszystko przed samym ołtarzem, bo tam było miejsce dzieci, Nie było z nami rodziców, bo to był świat, w którym nawet małe dzieci same chodziły i do szkoły i do kościoła (dzięki temu rodzice rzeczywiście mieli swoją Mszę, a my swoją), l tylko jeden z księży, który nas pilnował uderzał czasem w wystające kolano kogoś, kto był na tyle leniwy, że chciał klęczeć tylko na jednym. Wspominam dobrze tamtą Mszę, znam na pamięć całe jej fragmenty po łacinie i z przyjemnością je czasem przywołuję, a jednak gdyby mi ktoś dzisiaj zgodnie z tendencją panującą w niektórych środowiskach kazał pójść na Mszę trydencką, odmówiłabym. Nie tylko dlatego, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Przede wszystkim dlatego, że widzę, jak wielkim błogosławieństwem była reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II, Nie przekonują mnie argumenty o jakimś nadzwyczajnym sacrum rytu trydenckiego. W kościele, do którego mam szczęście chodzić na Mszę, nigdy mi sacrum nie brakowało. Bóg jest tu wielki i bliski zarazem. Tajemniczy i odsłaniający się. Skłania do dystansu, a jednocześnie zabiega o mnie. l to bez względu na to, czy Msza odbywa się w kościele, w kapitularzu, na zboczu góry czy w łodzi na środku jeziora. Nie brakuje mi łaciny ani chorału, bo tu liturgia od zawsze była bogata w te elementy. l za tę watykańską liturgię, dzięki której nigdy nie miałam „trydenckich pokus", bardzo dziś dziękuję. Podobno nie wszędzie w Kościele jest tak dobrze, ale ja w to nie wierzę.”

Po czym redakcja rozmawia z teologiem i historykiem, dominikaninem ojcem Pawłem Krupą. Otóż wspiera on tamten głos laikatu. Przypomniało mi się, co napisał Zbigniew Nosowski w „Więzi" w komentarzu do decyzji Benedykta XVI zaraz po tym fakcie: że Msza „trydencka" nie jest wspólnotowa, nie angażuje świeckich. Idzie tu o całą wizję Kościoła, w której laikat to niegodni grzesznicy, którzy mogą tylko patrzeć i słuchać, mogą być tylko gośćmi, nie współgospodarzami Eucharystii. Albo też - jak tłumaczy z kolei liturgista, też dominikanin Tomasz Kwiecień - mamy tu „do czynienia z dwiema duchowymi i intelektualnymi postawami wobec wiary. Pierwsza, związana z liturgią trydencką, wyraża się w przekonaniu, że wszystko jest jasne i wszystko zostało już rozstrzygnięte raz na zawsze. Druga, związana z liturgią watykańską, to postawa osoby, która ciągle zmaga się z wiarą, poszukuje odpowiedzi."

Ks. Kwiecień nie jest jednak jednostronny: wręcz optuje za znalezieniem trzeciej drogi między dwiema formami rytualnymi i wydaje mu się, że taki jest zamysł Benedykta XVI. Nie rozumie, czemu ryt trydencki został nagle zabroniony, jeśli był źródłem uświęcenia dla licznych pokoleń. Owszem, już ojciec Krupa zauważył, że „trydencka" koncepcja Eucharystii jest w pewnym stopniu obecna w (słynącym wspaniałą liturgią) prawosławiu. Ja nawet sądzę, że koncepcja ta istnieje w Cerkwi o wiele mocniej niż w katolicyzmie przedsoborowym: tam świecki bardzo rzadko przystępuje do Komunii, musi spowiadać się za każdym razem, jest w rezultacie widzem wspaniałego przedstawienia (odbywającego się zresztą w dużej mierze za ikonostasem), słuchaczem wspaniałego koncertu - ale to któryś myśliciel prawosławny powiedział, że Cerkiew rosyjską zgubiły sławne jej chóry, ułatwiły laicyzację. Wprowadzają we wspaniały nastrój, ale to za mało. Co więcej, liturgia tradycyjnych Kościołów protestanckich też słabo angażuje świeckich. Chyba musimy wspólnie szukać liturgii eucharystycznej dla naszych czasów - wzdycham w Tygodniu Modlitw o Jedność.
W obu wywiadach „Listowych" dużo innych myśli śmiałych. Np. taka, że również mszę trydencką można odprawiać byle jak, tylko że tego w tym rycie z natury rzeczy nie widać, albo że tradycjonaliści nie powinni wiązać swojej teologii z określoną opcją polityczną. Jest też o lefebrystycznej mentalności oblężonej twierdzy (Żydzi, masoni), a w ogóle o tym ruchu w osobnym artykule Jarosława Dudycza. No i opowieść Witolda Dziedzicza „Dlaczego chodzę na Mszę trydencką?" Co do mnie, nie szukam Mszy innej niż „watykańska", byle by była rzeczywiście wspólnotowa, ciepła. Taka, żeby chodziło się na nią nie z lęku przed grzechem ciężkim, tylko z potrzeby serca (polecam niedzielną Mszę dla dzieci do lat stu u Zmartwychwstańców w Warszawie na Chełmskiej). No i umysłu: czy kazania muszą być tak mało inteligentne? Ks. Kwiecień napisał coś nieco innego: że w zborze luterańskim nie słyszał, by pastor odnosił się do słuchaczy z ironią, bez szacunku i ciepła.
16:24, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
niedziela, 18 stycznia 2009
Dola prorocza
1 Księga Samuela 3,19
„Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść na ziemię żadnemu jego słowu."

Tak jest: z czasem okazuje się, że prorocy mieli rację. Ale co się namęczą, to się namęczą. Napisał Jean Vanier, piewca wartości niepełnosprawnych intelektualnie i w ogóle różnych „maluczkich":

”Czasem ludzie wierzą,
że ci, którzy zagrażają spójności grupy,
muszą być opętani przez złego ducha;
często uznaje się ich za szalonych.
W niemal wszystkich społeczeństwach, prymitywnych
czy oświeconych,
minionych czy współczesnych,
normą i regułą jest
ów proces wymuszania zgodności
przez zwalczanie każdej odmienności.
Tylko niektóre społeczeństwa zdają sobie sprawę z tego,
że cxi „nienormalni" są w jakimś sensie prorokami
ukazującymi światu prawdę,
która wykracza daleko poza ich doświadczenie normalności.”
11:42, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
sobota, 17 stycznia 2009
Kim jest Bóg?
List do Hebrajczyków 4,12-13

„Żywe jest słowo Boże, skuteczniejsze i ostrzejsze niż wielki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczyma Tego, któremu musimy zdać rachunek".

Tyle tylko, że Bóg nie jest księgowym. Ufajmy.
13:40, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
piątek, 16 stycznia 2009
Antyteologia Sebastiana Rejaka

Psalm 78,3-4
„Cośmy słyszeli a poznali, a ojcowie nasi opowiadali nam, nie zataimy przed synami ich, pokoleniu późnemu opowiadając chwałę Boga i potęgę Jego, i cuda Jego, których dokonał.”
Tłumaczenie Izaaka Cylkowa.
Jutro Dzień Judaizmu. Leży przede mną tom niebywały. Można go czytać z obu stron. Od jednej są to eseje w języku polskim, od drugiej - w języku hebrajskim, którego zapis - jak wiadomo - zmierza w lewą stronę. Po środku angielszczyzna, mowa międzynarodowa. Tytuł: „Myślenie po Zagładzie. Głosy z Polski. Praca zbiorowa pod redakcją Sebastiana Rejaka." Publikacja przygotowana do druku przez wydawnictwo MUZA SA we współpracy merytorycznej z Centrum Badań Holokaustu Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Najbardziej zainteresował mnie esej samego Sebastiana Rejaka pt. „Antyteologia jako odpowiedź na Szoa". Absolwent KUL-u, obecnie II sekretarz w MSZ, referuje różne opinie teologiczne, powstałe po Zagładzie. Na pytanie, również zresztą papieskie, „gdzie był Bóg?", daje odpowiedź radykalną: po Holokauście niemożliwa jest teologia, czyli mające swój przedmiot zajęcie intelektualne. Doświadczyliśmy śmierci Boga i teraz „niemożliwa jest już nawet proteza wiary".

Możliwa jest natomiast antyteologia. Autor rozumie ją ”nie jako agresywną  polemikę z teizmem, ale jako przedstawienie alternatywy wobec teologicznej wizji świata. Jest to wizja bez-bożna (pozbawiona hipotezy Boga - God-less), ale nie amoralna czy antyreligijna. Co więcej, stoję na stanowisku, że zwalczanie religii, także w jej warstwie teologicznej, byłoby  z gruntu nierozsądne. Dla większości ludzi istnienie Boga jest niestety jedynym powodem, który powstrzymuje ich od krańcowego libertynizmu i popełniania zbrodni, jeśli byłoby to korzystne z jednostkowego punktu widzenia. Większość ludzi jest bowiem przekonana, jak Iwan Karamazow, że „jeśli Boga nie ma - wszystko jest dozwolone".

Do tezy tej mam stosunek podwójnie krytyczny. Choć nie wiem, jak dziś - w myśl psalmu 78 - „opowiadać chwałę Boga i potęgę Jego, i cuda Jego", choć szamocę się z tym problemem, to jednak od antyteologii jestem daleki. Mam, po drugie, wątpliwości, czy można aż tak zdecydowanie głosić ów pogląd Dostojewskiego. Za Kołakowskim sądzę, że bez hipotezy Boga wali się wszystko, również etyka, ale tylko teoretycznie. Praktycznie, psychologicznie, socjologicznie sprawa jest bardziej skomplikowana.

16:52, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
czwartek, 15 stycznia 2009
Księga podwójnie dziwna. Polacy czytają Biblię?

List do Hebrajczyków 3,12-13

„Uważajcie bracia, żeby wśród was nie było jakiegoś zepsutego przez niewiarę serca, które by odeszło od Boga żywego, ale zachęcajcie się co dzień wzajemnie, dopóki trwa owo »dzisiaj«, ażeby ktoś z was zwiedziony przez grzech nie stał się nieczuły na Boga."

Wersja Biblii Poznańskiej. Ma ona tutaj „nieczułość na Boga", co jest pewną parafrazą: Paulistka i Tysiąclatka zachowują „zatwardziałość", Gdy kończy się nasze «dzisiaj», ludzie decydują się rozmawiać z człowiekiem reprezentującym to, co jest radykalnie „jutrem", i słyszę potem, że Iksiński pojednał się z Bogiem (przełamał swoją zatwardziałość...). I pytam, czy musiał się jednać z Bogiem: może tylko z Kościołem, a to nie to samo.  
List do Hebrajczyków to księga biblijna dosyć dziwna. Po pierwsze, nie ma autora. W Starym Testamencie to byłaby „nie dziwota”, bo tam takich anonimów prawie od groma: choćby Księgi Królewskie i Kronik. Wyjaśniam jednak, że nie chodzi mi o problem autorstwa w sensie ścisłym, naukowym, bo to sprawa tak skomplikowana, że mało który utwór biblijny ostałby się jako napisany rzeczywiście przez daną osobę. Jeśli chodzi o księgi nowotestamentalne, to niepewne jest autorstwo na przykład wszystkich czterech Ewangelii.

„Winna” jest mianowicie epoka, w której te teksty powstawały: wtedy ludzie też mieli ambicje intelektualne, pewnie niemniejsze niż teraz, ale innego rodzaju. Dzisiaj rozładowujemy swoje kompleksy niższości przez świadomość, że jesteśmy kojarzeni jako autorzy  jakiegoś tekstu. Ważne jest, by utwór ów uchodził za niegłupi, ale bodaj ważniejsze, żeby było wiadomo, że to myśmy go spłodzili (zasada: źle czy dobrze, byle z nazwiskiem...). Otóż w tamtych czasach chodziło o co innego: żeby przesłanie tekstu było moralnie skuteczne. Do tego potrzebna była nie tylko „autonomiczna” siła argumentacji, logika, precyzja wywodu i td., itp.: także autorytet autora. Ówczesne teksty były trochę jak dzisiejsze z licznymi nazwiskami pod spodem: ważne jest, nie kto rzecz faktycznie napisał, ale kto się (też faktycznie...) podpisał.
Po tym felietonie historycznym wracam do Biblii. Otóż powiedziałem już, o co mi nie chodzi, teraz czas na wyjaśnienie moich rzeczywistych intencji. Chcę mianowicie zauważyć, że w Nowym Testamencie jest tylko jedna księga nie mająca w ogóle autora: żadnego, nawet i owego niepewnego. Jest to lektura moja dzisiejsza: List do Hebrajczyków. Owszem, kto ma Biblię Wujka, pierwotną lub zmodernizowaną, ten znajdzie tam tytuł „Św. Pawła Apostoła List do Żydów”. Przez jakiś czas bowiem w moim rzymskokatolickim Kościele przypisywano go Pawłowi - ale dziś nikt poważny nie twierdzi, że to on go napisał. Na pewno napisał List do Rzymian, oba do Koryntian, do Galatów, do Filipian, 1 do Tesaloniczan i do Filemona, inne - nie wiadomo, bibliści dyskutują,  natomiast ów do Hebrajczyków (Żydów) miał innego autora. I nie wiadomo zupełnie, jakiego. Barnaba, Łukasza, Apollos czy nawet późniejszy Klemens Rzymski? - jeden Pan Bóg wie.
I to jest dziwność pierwsza. Druga to nazwa „list”. Paweł napisał wprawdzie tylko jeden tekst, który pasuje do tego potocznego określenia - List do Filemona, reszta to „epistoły”, coś w rodzaju papieskich encyklik, czyli mówiąc po polsku, listów okólnych. Nawet jednak fundamentalny traktat teologiczny,  jakim jest List do Rzymian, ma formę listu, zaczyna się jak ówczesna korespondencja: od autora i adresu. Dzieło, któremu dopisano później adres: ”do Hebrajczyków”, nic takiego nie ma w swej treści. Ma, co prawda, formę listu na końcu, krótki dopisek, może samego Pawła, niemniej całe dzieło ani nie jest Pawłowe (to nie jego styl, staranna kompozycja, słownictwo, teza o Chrystusie jako najwyższym kapłanie), ani nie jest klasyczną epistołą.

Aha, i  muszę dodać, że wprawdzie Dzieje Apostolskie też nie mają autora w potocznej nazwie, ale ich autorstwo Łukaszowe jest tradycyjnie oczywiste, a z punktu widzenia nowoczesnego bardziej pewne niż wiele innych.
PS. Popełniłem w „Gazecie Wyborczej” z 22 grudnia felieton pt. „Polacy czytają Biblię”. Tę optymistyczną tezę wydedukowałem z tekstu zamieszczonego w tygodniku katolickim „Niedziela”, gdzie zreferowano badania socjoreligijne Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Nie tyle same badania, ile ich wyniki, które są w szczególności takie, że tylko nieco ponad 25 proc. Polaków czyta codziennie Pismo Święte, a 33 proc. robi to „czasem w tygodniu”. Co redakcja uznała za smutne, bo mało, a ja za wesołe, bo dużo. Albowiem wynikałoby z tego, że co drugi Polak uczęszczający co niedziela do kościoła, zagląda codziennie do Biblii. Myślałem, że co najwyżej - co piąty.

Dostałem potem dwa listy. Jeden od ateisty, który wyniki uznał za oczywiście fałszywe, bo nie ma wśród swoich 30 znajomych katolików ani jednego, który czyta Pismo codziennie: nawymyślał mi zatem nieźle. Drugi - nieporównanie grzeczniejszy - list napisał do mnie ewangelik z któregoś - jak się domyślam - z Kościołów „wolnych” (baptystów, zielonoświątkowców). Wyraził nadzieję, że owi katoliccy czytelnicy Biblii przejrzą, czyli zmienią wyznanie.

Nie posądzam oczywiście socjologów katolickich o fałszerstwo, ale - szczerze mówiąc - nie bardzo mi się mieści w głowie aż takie święte czytelnictwo. Pewnie jednak moja głowa zbyt ciasna, odporna na nowy obraz Kościoła, inny niż ten, do którego przywykłem. Po drugie, jest czytanie i czytanie, nawet i codzienne. Może na przykład Iksiński i Igrekowska czytają codziennie to, co im Kościół, matka nasza, poleca na dany dzień, ale tylko fragment Ewangelii, a to lektura o wiele łatwiejsza niż na przykład List do Hebrajczyków, trudny nawet dla biblistów.

16:41, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 14 stycznia 2009
Jak dobrze mieć teściową
Ewangelia Marka 1,30-31

„A teściowa Szymona leżała z gorączką. Mówią Mu zaraz o niej. Podszedł do niej i podniósł ją chwyciwszy za rękę. I opuściła ją gorączka, i usługiwała Mu".

Słowa Biblii Poznańskiej: podoba mi się ten praesens historicus „mówią" - zgodny z oryginałem a dodający relacji dynamizmu.  
Teściowa... Temat dowcipów, ale i poezji: „Dytyramb na cześć teściowej" Tadeusza Różewicza. Rozdział na jej temat w bardzo mądrej i pięknej „Psychologii domowej" Marii Braun-Gałkowskiej (Wydawnictwo KUL) nazywa się też przekornie: „Jak dobrze mieć teściową". Bo i naprawdę dobrze, jeżeli...
Oto cały ten rozdział.
„Kiedy jest się młodym, łatwo zawiera się nowe znajomości i przyjaźnie. W wieku trochę starszym jest to już trudniejsze, wymaga więcej czasu, oswojenia się z innym sposobem bycia i myślenia, polubienie więc kogoś obcego jest czasami zadaniem naprawdę niełatwym. A takie zadanie staje przed większością ludzi w momencie, gdy syn lub córka wybierają sobie współmałżonka. Wybierają według własnych preferencji, czasem trudnych do przyjęcia, i nieraz z dnia na dzień oczekują, że zupełnie obca dziewczyna czy chłopak, wychowani w innym środowisku, stanie się jak rodzony syn, zostanie pokochana jak córka, a przecież ta młoda osoba o zupełnie odmiennych nawykach jest nieraz wręcz drażniąca.
Co dziwniejsze, sami narzeczeni, jeśli nie zmroziło się ich już w momencie pierwszego zetknięcia, też najczęściej oczekują, że zostaną pokochani, a jeśli się to nie stanie od razu, czują jakby żal. Tak to od wzajemnych uraz rozpoczyna się często nowa relacja międzyludzka, ważna nie tylko dla obu stron, ale dla całej grupy rodzinnej. Zaczynając się od uraz, przeradza się nieraz w wojnę jawną lub podjazdową, doprowadzającą często do rozbicia małżeństwa dzieci lub zerwania przez nie stosunków z rodzicami.
Tak jednak być nie musi. Jak każdy kontakt międzyludzki, tak i ten nie jest rzeczą nadaną z zewnątrz i sprawą przypadku, ale zależy od uczestniczących w nim osób, a przede wszystkim od ich dojrzałości. Dojrzałość zaś każe spojrzeć na rzecz realistycznie: dwoje obcych ludzi, nie związanych pociągiem erotycznym, często z odmiennym sposobem życia i z reguły o dużej różnicy wieku, na zaprzyjaźnienie się musi mieć czas. Przyjaźń taka może się czasem rozwinąć ku wielkiemu pożytkowi obu stron, jeśli od początku nie poczyni się trudnych do naprawienia błędów, a robią je i rodzice, i dzieci. Są one oczywiście odmienne, ale ich wspólną cechą jest brak wczucia się w sytuację drugiej strony.
Najczęściej nieporozumienia powstają między synową a teściową. Dziewczyna zwykle nie umie pojąć tego, że choć narzeczonemu wydaje się zachwycająca, w zachwycie tym biorą udział czynniki tego rodzaju, że wcale nie ma powodu, by podzielali go wszyscy. Powinna więc starać się zrozumieć, że teściowie siłą rzeczy patrzą na nią krytyczniej i ostrożniej. Powinna zrozumieć, że choć teraz ona stała się dla narzeczonego kobietą najważniejszą, dotąd była nią matka. Małżeństwo nie musi popsuć kontaktu syna z matką, ale na pewno go zmieni. Jest to więc dla matki zawsze moment trudny, tym bardziej że kochając swe dziecko, w sposób naturalny niepokoi się o to, czy dobrze wybrało towarzysza życia. Jest to dla młodej dziewczyny na pewno trudne do zrozumienia, ale skoro teraz sama ma stać się żoną i matką, powinna zrobić ten wysiłek, a wczucie się w sytuację drugiej osoby jest początkiem dobrego kontaktu. Odnosi się to zresztą także do małżeństwa córek.
Tak więc młode synowe i zięciowie powinni przede wszystkim wykazać cierpliwość, dać teściowej czas na polubienie się, nie zrażać się jej początkową rezerwą, pokazać, że rzeczywiście zależy im na dobru współmałżonka, a także że nie zamierzają powodować jego niechęci do rodziców.
Dla teściów również zrozumienie swojej sytuacji emocjonalnej jest pierwszym krokiem do ułożenia dobrych stosunków. Jeżeli własne dzieci często drażnią swoim zachowaniem, to tym bardziej młody człowiek wychowany w innym środowisku, ale tak jak w stosunku do własnego dziecka to «drażnienie» nie zmienia miłości, tak i w stosunku do tego nowego dziecka nie ma ono istotnego znaczenia. W związku z realistyczną oceną cech własnego wieku, powinni dać sobie czas na polubienie synowej, nastawiając się jednak od razu na życzliwość. Dziecko urodzone z własnego ciała i wychowane we własnym domu jest oczywiście najbardziej kochane, ale właśnie miłość do niego powinna wskazać na potrzebę pewnego wycofania się we właściwym czasie. Na to trzeba się nastawić od początku - rodzice nie wychowują dziecka dla siebie, ale by odeszło i połączyło się ze współmałżonkiem. Oczywiście, chciałoby się, żeby ten współmałżonek był jak najlepszy i w okresie namysłu można dziecku radzić w tej sprawie, gdy jednak decyzja zapadnie, choćby nie była po myśli rodziców, należy ją szanować.
Mimo że związek dziecka z matką jest tak bardzo bliski, nie on jest sakramentem. Sakramentem jest małżeństwo. Działanie więc na szkodę związku małżeńskiego jest rodzajem świętokradztwa. Chrystus powiedział w tej sprawie surowo: Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela (Mt 19, 6), a w starszej wersji liturgii sakramentu małżeństwa ksiądz mówił: «Kogo Bóg złączył, człowiek niech się nie waży rozłączać» - aż dziw, ile matek na to się waży. Dzieje się tak często pod pozorem starania o dobro dziecka. Trzeba jednak zrozumieć, że z chwilą, gdy dziecko już żyje w małżeństwie, jego prawdziwym dobrem jest życie z tym sakramentem zgodne.
Sprawa właściwego ustawienia kontaktu ze współmałżonkiem dziecka jest szczególnie ważna u kobiet, gdyż wiele z nich nie uświadamia sobie, że z wiekiem zmieniają się ich zadania. Wiele kobiet nieprzygotowanych do nowej sytuacji, z nie dość pogłębionym życiem wewnętrznym, uważa rezygnację z takiego rodzaju aktywności, do jakiej były wcześniej przyzwyczajone, za tragedię. Dlatego starają się wszelkimi siłami podtrzymać swoją poprzednią rolę, nie dopuścić do samodzielności dzieci, do ich psychicznego, a nawet fizycznego odejścia.
Matka ma wychowywać dziecko dla świata - nie dla siebie; jeśli jednak wcześniej nie zadbała o własny rozwój i o dobry kontakt z mężem, po odejściu dzieci zostaje jej pustka. Dlatego walczy czasem o dorosłe dziecko z własnym zięciem czy synową. Zdarza się, że matka w swej drapieżnej miłości nie pozwala dorosłemu dziecku na wyjazdy, strasząc je, że jeśli zostanie sama, na pewno zachoruje lub umrze. Zdarza się, że matka nie chce dopuścić do małżeństwa dziecka, a gdy już ono nastąpi, wtrąca się nieustannie, niejednokrotnie stając się przyczyną rozwodu.
Na ogół najlepiej jest, jeśli - przynajmniej w początkowym okresie małżeństwa - dzieci mieszkają osobno. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Badania prowadzone na ten temat na moim seminarium wskazały, że najistotniejszy jest inny czynnik. Porównano postawy rodzicielskie dwóch grup teściowych: tych, których dzieci są zadowolone i niezadowolonych z małżeństwa (w obu grupach mieszkających razem). Okazało się, że matki dzieci niezadowolonych z małżeństwa były bardziej gniewliwe, zasadnicze, skłonne do naginania cudzej woli do swojego zdania, skłonne do separowania dzieci od wpływów zewnętrznych, były zachłannie opiekuńcze, wścibskie, mniej szanujące prawa dziecka, z tendencją do utrzymywania dzieci w zależności od siebie i do dominowania nad nimi.
Łatwo zrozumieć, dlaczego takie cechy teściowych, jak tendencja do dominacji i wtrącania się, wpływają niekorzystnie na małżeństwo dzieci. Jednakże matki dzieci o nieudanych małżeństwach charakteryzowały się także cechami przez nie same uważanymi zapewne za pozytywne, a więc tendencją do rezygnacji z kontaktów towarzyskich i traktowaniem roli matki jako męczennicy niespodziewającej się wdzięczności. Uważały, że bardzo kochają swoje dzieci, poświęcając się dla nich, wyręczając, doradzając, równocześnie same rezygnując ze wszystkiego. Właśnie to jest błędem - powinny mieć własne życie, a nie żyć tylko życiem swoich dzieci, które jako dorosłe muszą już decydować za siebie.
Badania te wskazują na złe skutki wymienionych postaw teściowych, ale mają jednocześnie wydźwięk pozytywny: postawy przeciwne, a więc życzliwość, zgodność, tolerancja, szacunek i niewtrącanie się charakteryzowały teściowe małżeństw udanych.
Wśród wielu ludzi, z którymi stykamy się w ciągu życia, nie wszyscy są naprawdę bliscy. Rodzice towarzysza życia, czyli współmałżonka dziecka - mogą się stać takimi, bo choć często dzieli ich mnóstwo spraw i upodobań, łączy miłość do tej samej osoby. Jeśli jest to naprawdę miłość, a nie chęć posiadania, mają szansę na przyjaźń. Ile warta może być przyjaźń z młodą osobą, kochającą nasze dziecko i rodzącą nasze wnuki, a wprowadzającą do rodziny nowy powiew i inne niż już znane wartości? Chyba tyle, ile przyjaźń z osobą starszą, która wychowała naszego ukochanego, ma wiele doświadczenia, może przekazać wartości, jakich dotąd nie dostrzegało się i wskazać korzenie, z których nowa rodzina wyrasta.
Zdarzają się takie przyjaźnie może częściej niż na pozór można by sądzić. W literaturze dość trudno znaleźć ich opisy, ale warto zajrzeć do Starego Testamentu i przypomnieć sobie historię Noemi i Rut Moabitki, jej synowej, historię przyjaźni, która przetrwała śmierć męża Rut i która zaważyła na początkach rodu Dawidowego, z którego wywodzi się Chrystus. Bardzo różnie można czytać Pismo Święte; wolno chyba na opowiadanie o pięknej Rut spojrzeć też od strony Noemi - patronki dobrych teściowych.”
12:38, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
wtorek, 13 stycznia 2009
Psałterz Izaaka Cylkowa
Psalm 8

Napisałem tu niedawno, że mamy już nie tylko część Biblii w nowym przekładzie żydowskim, ale i nowe wydanie części starego tłumaczenia.

Od roku 2006 ukazuje się stopniowo żydowski przekład Biblii z końca XIX wieku, dokonany wtedy przez wieloletniego rabina Wielkiej Synagogi na Tłomackiem, Izaaka Cylkowa (1841-1908). Jest to przedsięwzięcie Wydawnictwa „Austeria”, które przedrukowuje w formie reprintu dzieło bardzo pozytywnie ocenione przez Czesława Miłosza.

Cylkow był postacią niezwykłą. W przedmowie do przedruku Tory ciekawie pokazał go na tle ówczesnej sytuacji Żydów w Polsce niedawno zmarły intelektualista żydowski Henryk Halkowski.  Przekład Cylkowa przeznaczony był dla środowiska, które łączyło przywiązanie do swojej religijnej tradycji (nie byli to Żydzi reformowani) z utożsamianiem się ze społeczeństwem polskim. Było to możliwe wtedy, gdy nie załamała się jeszcze obywatelska koncepcja narodu,  nie została zastąpiona etniczną, gdy jeszcze nie triumfował model Polaka-katolika; do tamtej pory odrzucany przez wszystkie demokratyczne ugrupowania w Polsce i na emigracji, z czasem przeciwstawiony modelowi Polaka-Europejczyka. Polska była podzielona pomiędzy trzy mocarstwa, w każdej miała innych wrogów i sojuszników, Żydzi zaś byli wszędzie. Według Halkowskiego dlatego właśnie przywódcy rodzącego się wówczas ruchu narodowego uznali antysemityzm za najlepsze spoiwo polskiego nacjonalizmu. W tak pojmowanej „polskiej ojczyźnie” nie było  już miejsca dla Żydów, także dla tych, którzy chcieli się zasymilować z polskim społeczeństwem: przeszli na syjonizm albo na katolicyzm. Dziś już na szczęście jest w Polsce środowisko Żydów pobożnych, ale używających języka polskiego i dla nich zdaniem Halkowskiego jest w szczególności dzieło dziewiętnastowiecznego rabina. Zresztą nie w całości wtedy opublikowane, później również nie, bo sytuacja była już właśnie inna, a potem rękopisy zaginęły. Ba, nawet grób Cylkowa na warszawskim cmentarzu żydowskim został zapomniany - odnaleziono go dopiero w latach 90., już po reklamie Miłosza.
Oto Psalm 8 w tłumaczeniu wybitnego Polaka i Żyda.

”1. Przewodnikowi chóru Gitejczyków. Psalm Dawida.
2. Boże Panie nasz, jak wspaniałe imię Twoje po wszystkiej ziemi, coś wzniósł świetność Twoję na niebiosach.
3. Przez usta dzieci i niemowląt utwierdziłeś Sobie chwałę, wobec przeciwników Twoich, by uśmierzyć wroga i mściwego.
4. Gdy spoglądam na niebiosa Twoje, dzieło pięści Twoich, księżyc i gwiazdy, któreś ustanowił.
5. Czemże jest człowiek, że pamiętasz o nim, a syn człowieczy, że nań zważasz.
6. A upośledziłeś go o mało od bóztwa, i chwałą i blaskiem uwieńczyłeś go.
7. I postanowiłeś go władcą nad dziełami rąk Twoich, wszystko poddałeś pod stopy jego.
8. Trzody i bydło wszelkie, jak i zwierzęta dzikie.
9. Ptactwo nieba i ryby morza, wszystko co ciągnie po drogach morskich.
10. Boże, Panie  nasz, jak wspaniałem imię Twoje po wszystkiej ziemi.”
13:46, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 11 stycznia 2009
Może jednak
Księga Izajasza 42,2-4

„Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku. On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, nim utrwali Prawo na ziemi."

Wizja odnoszona przez chrześcijan do Chrystusa. Czy postawa „non violence", oczywiście bardzo piękna, zmienia cokolwiek w pełnej wszelkiej gwałtu rzeczywistości? Czy przykład Jezusa i Buddy utrwala cokolwiek dobrego w świecie doczesnym? jest wśród współczesnych Żydów teoria, że Jezus był mesjaszem, któremu się nie udało zmienić świata - ale przyjdzie kiedyś inny, który tego dokona. A może jednak coś się udało obu guru, może jednak świat się zmienia, może powstał ferment moralny, który powolutku zakwasza ciasto ludzkiej pewności.

Napisałem to także jako polemikę z katolickim czy w ogóle chrześcijańskim narzekaniem na okropność współczesności: było kiedyś gorzej.
16:37, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
sobota, 10 stycznia 2009
Kryterium
1 List Jana 4,20-21

„Jeśliby ktoś mówił: miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego".

Komentarz zbyteczny.
08:15, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
piątek, 09 stycznia 2009
Nie lękaj się
1 List Jana 4,18

„W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości."

Bywa lęk i lęk. Bywają ludzie, których moralność opiera się na lęku przed karą: nie tyle może karą Bożą w sensie dosłownym, ile obawą przed przekroczeniem paragrafu. Nie wiedzą na przykład, czemu pigułka albo prezerwatywa jest gorsza od kalendarzyka i termometru, ale nie stosują tych pierwszych choćby dlatego, że boją się spowiednika.
Albo też może boją się spowiednika, który ochrzani ich za egoizm: przecież bywają ludzie, którzy spowiadają się sięgając głębiej niż jakiś paragraf, i spowiednicy głębsi niż tylko kościelne prawo.

Ale bywa też, choć chyba już bardzo rzadko, neurotyczny strach przed piekłem, który w istocie zakłada, że Bóg nie jest Miłością.
15:03, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
czwartek, 08 stycznia 2009
Cuda i historia

Ewangelia Marka 6,34-44

Cud rozmnożenia chleba i ryby. Te niezwykłe wydarzenia znalazły się również na krytycznym warsztacie biblistów.
Zaglądam najpierw do dzieła teologa jak na miary światowe raczej umiarkowanego, bo przedrukowanego w ostrożnej Polsce: do książki „Wierzę” Bernarda Sesboüe, tam, gdzie pisze on o cudach Jezusa. A pisze on tak:
”Podsumowując, należy uznać, że badania historyczne nie są w stanie odpowiedzieć ani zdecydowanie tak, ani zdecydowanie nie na pytanie o historyczność konkretnego cudu. Trzeba zresztą przyjąć, że w wielu przypadkach wniosek do końca pewny jest niemożliwy, gdyż nie można z całkowitą pewnością stwierdzić, «co wydarzyło się naprawdę». Z drugiej strony kwestii historyczności cudów nie musimy rozważać dogłębniej niż historyczności innych działań i słów Jezusa. Wiara, która opiera się na solidnym fundamencie pełnej historyczności, może zachować pewien dystans wobec stwierdzenia historyczności konkretnego cudu. Nauczanie Kościoła domaga się zachowania historycznej podstawy cudów Jezusa. Nie narzuca uznania historyczności wszystkich tych cudów. Zachowanie pewnej tajemniczości należącej do natury cudu jest znakiem Bożej transcendencji.”

Bibliści klasyfikują cuda Jezusa. Są zatem egzorcyzmy i uzdrowienia, są trzy wskrzeszenia oraz cuda wobec wszechświata, czyli właśnie takie, jak ten, o którym czytamy dzisiaj u Marka:
”uspokojenie burzy, chodzenie po wodzie, cudowny połów, przemienienie wody w wino, rozmnożenie chleba itd. Opinie na ich temat są o wiele bardziej podzielone, a osąd wymaga pewnej ostrożności. W. Kasper nie waha się nawet powiedzieć, że «cuda odnoszące się do natury wolno uważać z pewnym prawdopodobieństwem za niehistoryczne»".
Zanim skończę z cytowaniem, zamelduję jeszcze, że ukazała się swego czasu książka „Wielka księga cudów” (Wydawnictwo M, Kraków 2007). Jest to dzieło dziennikarza, Kennetha L. Woodwarda, autora „Fabryki świętych”, którą tu reklamowałem - ale człowieka uczonego. Ta rzecz o cudach jest cenna choćby przez to, że dotyczy nie tylko cudów Jezusa, nie tylko w ogóle cudów „chrześcijańskich”, ale też tych z innych religii. Podtytuł brzmi: „Cudowne opowieści w chrześcijaństwie, judaizmie, buddyzmie, hinduizmie i islamie”. Są to zatem opowieści, czyli teksty, wobec których trzeba stosować taką krytykę, jaka stosuje także współczesna biblistyka.

A teraz, co ja na to? Może nie jak na lato, ale też nie jak na zimę z zimnymi kaloryferami. Już dawno temu przeczytałem i przyswoiłem sobie myśl, że cud jest znakiem. Tak się zresztą te wydarzenia nazywają w oryginale biblijnym, gdzie są aż trzy ich określenia: znaki, dosłownie cuda oraz „dzieła mocy”. Otóż - tu napiszę swoimi słowami mniej więcej to, co jest też w cytowanej książce „Wierzę” - cud jest z natury rzeczy czymś subiektywnym, tak jak każdy znak. Nawet i znak drogowy jest sobą tylko dla faceta, który jeździ samochodem i wie, co taki obrazek znaczy. Jeden uzna za znak „z góry” dla siebie nawet coś dającego się wytłumaczyć w sposób „naturalny”, ktoś inny powie o jakimś uzdrowieniu naprawdę niewytłumaczalnym medycznie, że wszystko przed nami, nauka się rozwija.

I może będzie miał rację, ale będzie miał swoją rację też ten pierwszy. Dopiero Tomasz z Akwinu wymyślił definicję cudu jako czegoś, co przekracza siły natury. Pomijając wszystko inne, cóż to takiego ta natura? Jest to sprawa nieporównanie bardziej skomplikowana, niż to się wydawało średniowiecznemu „klasykowi katolicyzmu”.
Tak zatem nie jest dla mnie najważniejsze, czy Jezus wskrzesił Łazarza, czy nie. Ważne są dla mnie moje własne przeżycia. Czy przeżyłem jakiś bardzo wyraźny znak z nieba? Może jest nim to, że mimo podeszłego wieku i kryzysu gospodarczego, który wymusza zwolnienia, mogę jeszcze aktywnie pracować zawodowo.

14:17, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
środa, 07 stycznia 2009
Dziś Boże Narodzenie
Ewangelia Mateusza 2,1-12

Czemu mam ciągle komentować teksty przeznaczone na dany dzień przez mój, rzymskokatolicki Kościół? Jestem przecież zwariowanym ekumenistą i powinienem czasem zajrzeć do innego kalendarza biblijno-liturgicznego. Tym razem oczywiście do prawosławnego, bo dziś mamy uroczystość Narodzenia Pańskiego w kalendarzu juliańskim, a stosuje go ogromna większość prawosławnych polskich (też całe ich „zagłębie", czyli Podlasie).

No i mamy przykazane na dzisiaj w Cerkwi opowiadanie o wizycie Mędrców. Świecki dwa razy kazania nie powtarza, więc tylko odeślę do wpisu wczorajszego i podam informację kojarzącą się z tak monarchicznie nazywanym świętem. Otóż u braci prawosławnych (i unitów) jest to uroczystość Chrztu Pańskiego, zwane świętem Jordanu, pamiątka obu objawień: i tego dokonanego przez Dzieciątko mędrcom, i tego 30 lat później, gdy Jezus, już dojrzały mężczyzna, objawił się swemu ludowi w wodach Jordanu. A chyba bardziej tej drugiej Epifanii, bo tę pierwszą tekstem Ewangelii świętuje się już dzisiaj.

I tak to doszedłem do przypomnienia, że zbliża się czas szczególnych modlitw o jedność chrześcijan. Na całym świecie jest to tydzień (raczej oktawa) 18-25 stycznia, w Warszawie duża część naszego miesiąca wypełniona jest nabożeństwami z kazaniami innego wyznania niż świątynia. Oto kalendarz.

Nabożeństwa o Jedność Chrześcijan w Warszawie
Styczeń 2009
„Aby byli jedno w Twoim ręku” (Ez 37, 17)

10 stycznia 2009 (sobota),  godz. 11: Kościół Adwentystów Dnia Siódmego, ul. Foksal 8.

15 stycznia (czwartek), godz. 19: Parafia Opatrzności Bożej  w Wesołej, ul. Ks. Piotra Skargi 2 (Chemin Neuf).

18 stycznia (niedziela), godz.  18: Kościół Ewangelicko-Augsburski, Plac Małachowskiego 1

19 stycznia (poniedziałek), godz. 18: Kościół Starokatolicki Mariawitów,  ul. Wolska 186.

20 stycznia (wtorek), godz. 18: katedra prawosławna św. Marii Magdaleny, Al. Solidarności 52.

21 stycznia (środa), godz. 18: Kościół Chrześcijan Baptystów, ul. Waliców 25.

22 stycznia (czwartek), godz. 18: Kościół Polskokatolicki, ul. Szwoleżerów 4.

23 stycznia (piątek), godz. 18: Kościół Ewangelicko-Metodystyczny, ul. Mokotowska 12.

24 stycznia (sobota), godz. 18: Kościół Ewangelicko-Reformowany, Al. Solidarności 74.

25 stycznia (niedziela), godz. 18: katedra rzymskokatolicka św. Floriana na Pradze.

26 stycznia (poniedziałek), godz. 19: kościół rzymskokatolicki Dzieciątka Jezus, ul. Lindleya (Stowarzyszenie Effatha)

29 stycznia (czwartek), godz. 17.30: kościół rzymskokatolicki św. Marcina, ul. Piwna 9/11
15:36, jan.turnau
Link Komentarze (22) »
wtorek, 06 stycznia 2009
Mądrzejsi od arcykapłanów
Ewangelia Mateusza 2,1-12

Uroczystość zachodniochrześcijańska Objawienia Pańskiego, zwana bardzo błędnie świętem Trzech Króli. Z całą pewnością nie królami byli, jeno mędrcami, choćby nawet i potężnymi, bo wiedza to wszędzie potęga. Niewykluczone, że było ich trzech, ale to już arytmetyka pozaewangelijna, a w apokryfach bywa ich nawet dwunastu.

Uroczystość Objawienia (Epifanii), bo owi pielgrzymi reprezentują całą ludzkość, której poprzez nich objawił się Zbawiciel. Opowieść ewangelijna przebarwna, źródło komentarzy przeróżnych. Można bowiem zauważyć gładko, że oto cały świat kłania się Bogu chrześcijan albo że kłania Mu się pokornie nauka. Ale też można ogłosić, jak ja dziś w „Gazecie Wyborczej", że owi podróżni pokłonili się królowi żydowskiemu, choć nie w pałacu, nie z insygniami władzy Go znaleźli, tylko w nędznej zagrodzie dla bydła. A to dlatego właśnie, że nie monarchami, tylko mędrcami byli, wiedzieli, że najpotężniejsze imperium silne jest swoją słabością.

Znaleźli go w stajence? Otóż tu mamy problem biblistyczny poważny. Albowiem o żadnej stajni Mateusz nie mówi, ten symbol biedy jest tylko u Łukasza. Można by rzec, że ewangeliści uzupełniają się nawzajem, w końcu Mateusz w ogóle nie pisze, w czym mędrcy znaleźli Dziecię, zresztą mogło tymczasem znaleźć lepsze mieszkanie. Co gorsza jednak, Łukaszowi przeczy. Z jego Ewangelii wynika, że Maria i Józef wcale wcześniej w Nazaret nie żyli (czyli nie było tam Zwiastowania itp.), osiedli tam dopiero po powrocie z Egiptu, ponieważ bali się Archelaosa, równie okrutnego jak ojciec Herod.

No cóż, to jeszcze jeden dowód, że pisarze biblijni faktograficzną wierność mieli za nic. Tłumaczyłem tu już nieraz, że byli w tym dziećmi epoki: nawet wielcy historycy greccy dzisiejszymi uczonymi nie byli, ważna była dla nich nie tyle drobiazgowa dokładność relacji, ile jej moralne przesłanie. Biblistyka dzisiejsza, katolicka, protestancka, prawosławna, nie uzgadnia na siłę także różnic między księgami Królewskimi i Kronik, mówi o tendencyjności tych drugich. Otóż według niej swoiście tendencyjne przecież są też Ewangelie, różniące się między sobą nie tylko opowieściami o Narodzeniu (które zresztą są tylko u Mateusza i Łukasza): Ewangelia Janowa różni się sporo od trzech pierwszych, ze względu na podobieństwa synoptycznymi zwanych. Wspólne im jest przesłanie o Jezusie Chrystusie (Mesjaszu), Synu Bożym w innym sensie niż jest nim każde z ludzkich dzieci; „współistotnym Ojcu", jak Go nazwała późniejsza teologia, w Ewangelii Jana najwyraźniej Bogiem nazwanym, ale i w innych księgach Nowego Testamentu wyraźnie Jego boskość sugerującym. O Jezusie z Nazaretu, który przez swoją mękę i śmierć pokazał nam, jak żyć: raczej dać się zabić niż zabijać. Ale każdy z Ewangelistów, Paweł i inni autorzy nowotestamentalni mają własną teologię.

Przed dzisiejszym świętem, w ostatniej „Arce Noego" umieściliśmy mój artykuł pt. „Przybieżeli do Betlejem królowie?". Królowie na pewno nie, ale czy mędrcy na pewno tak? Dzisiejsza biblistyka chrześcijańska nie upiera się przy historyczności tej cudownej pielgrzymki, jak nawet i różnych innych cudów. Jest tyglem, w którym praży się myśl naukowa nie pozbawiona wiary, ale i nie odrzucająca zrodzonej w protestantyzmie krytyki tekstu. Co się wypraży, zobaczymy, a póki co, przyjmijmy przesłanie dzisiejszego tekstu ewangelijnego. Jest ono - by je do końca przedstawić - rewolucyjne w swojej „ksenofobii". Na wieść, że narodził się nowy król żydowski, przestraszył się nie tylko Herod: „cała Jerozolima z nim". Mateusz, sam zresztą Żyd, przygadał tu ostro elicie władzy swego ludu, która - jak głosi opowieść o Mędrcach - okazała się mniej otwarta na Nowe niż jacyś brzydcy poganie.

Nie pouczajmy tym tekstem dzisiejszych Żydów, raczej siebie: ileż jest duchowej mądrości z dala od formalnych granic chrześcijaństwa!
14:49, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
Archiwum