Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
piątek, 20 listopada 2009
Pies to grzech?

Ewangelia Łukasza 19, 45-46

„Jezus wszedł do Świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: - Napisane jest: »Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców«".

W jaki sposób bezcześcimy Świątynię? Na pewno bardziej złymi myślami niż za krótkim strojem. A w ogóle bardziej złą moralnie treścią niż nieelegancką formą.

Zresztą co wypada w kościele? Kiedyś uważaliśmy, że nie wypada tam klaskać, a Papież pozwalał. Podobno we Włoszech to w ogóle „normalka" i może dobrze byłoby, żeby także u nas w ten sposób oceniano kazania: może zmuszałoby to księży do większego wysiłku myślowego.

Ale co gorszy? O polityce na ambonie napisałem już wiele razy, więc może teraz temat bardziej nowy, poniekąd ekologiczny. Mój ojciec, który zresztą nie kochał psów, opowiadał nam ze śmiechem, że ktoś postawił był problem moralny: czy to jest grzech, gdy ksiądz wejdzie do kościoła? I że ktoś inny zapytał na to zgrabnie: ale czyj to może być grzech? Psa? Przecież zwierzęta nie są zdolne grzeszyć. Oczywiście to może być „wina" tego, co wpuścił albo i nie wypędził. Kiedyś rajdując z młodzieżą przyszliśmy na Mszę z takim nieczłowieczym towarzyszem podróży. Baliśmy się reakcji kościelnej: na szczęście ksiądz zbierający „na tacę" uśmiechnął się mile. W końcu było już w Polsce sporo Mszy z błogosławieniem zwierząt.

To trochę tak, jak z płaczem dzieci albo w ogóle z ich niesubordynacją w miejscu świętym: przeszkadza mi ona znacznie mniej niż zgorszone miny zatopionych w modlitwie duchownych i świeckich.

18:26, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
Współczucie

Wpis na czwartek 19 listopada 2009 r.

Ewangelia Łukasza 19, 41-44
”Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: - O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia"

Co tutaj znaczy: „co służy pokojowi"? Powodem płaczu Jezusa jest prorocza wizja napaści Rzymian na Jerozolimę, więc może to po prostu sugestia, że Żydzi sami sprowokowali tę straszną dla nich wojnę? Nie, trzeba to rozumieć ogólniej: „pokój" oznacza tu Ewangelię, Dobrą Nowinę, której elita żydowska nie zrozumiała. A że potoczny mesjanizm żydowski był nieraz prowokacyjnie polityczny, to inna sprawa. „Co zostało zakryte" - w sensie biblijnym: mamy w Piśmie Świętym tego rodzaju zwroty nie sugerujące przecież po prostu, że Bóg uniemożliwia człowiekowi właściwe postępowanie. Język Biblii jasny w ogóle nie jest, tym bardziej nie twierdzę, że ja wszystko w jej tekstach rozumiem. Podstawowe przesłanie dzisiejszej perykopy jest chyba takie, że Jezus zapłakał. Bo jest Miłosierdziem, a więc Współczuciem. Jest to jedyny w Biblii obraz Jezusa płaczącego i niech ten płacz zostanie nam przede wszystkim z dzisiejszej lektury Biblii.

12:09, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
środa, 18 listopada 2009
Patologia podejrzliwości

2 Księga Machabejska 7,1.20-31
”Siedmiu braci zostało schwytanych razem z matką. Bito ich biczami i rzemieniami, gdyż król Antioch chciał ich zmusić, aby skosztowali wieprzowiny zakazanej przez Prawo. Przede wszystkim zaś godna podziwu i trwałej pamięci była matka. Przyglądała się ona w ciągu jednego dnia śmierci siedmiu synów i zniosła to mężnie. Nadzieję bowiem pokładała w Panu. Pełna szlachetnych myśli, zagrzewając swoje kobiece usposobienie męską odwagą, każdego z nich upominała w ojczystym języku. Mówiła do nich: - Nie wiem, w jaki sposób znaleźliście się w moim łonie, nie ja wam dałam tchnienie i życie, a członki każdego z was nie ja ułożyłam. Stwórca świata bowiem, który ukształtował człowieka i wynalazł początek wszechrzeczy, w swojej litości ponownie odda wam tchnienie i życie, dlatego że wy gardzicie nimi teraz dla Jego praw. Antioch był przekonany, że nim gardzono, i dopatrywał się obelgi w tych słowach. Ponieważ zaś najmłodszy był jeszcze przy życiu, nie tylko dał mu ustną obietnicę, ale nawet pod przysięgą zapewnił go, że jeżeli odwróci się od ojczystych praw, uczyni go bogatym i szczęśliwym, a nawet zamianuje go przyjacielem i powierzy mu ważne zadania. Kiedy zaś młodzieniec nie zwracał na to żadnej uwagi, król przywołał matkę i namawiał ją, aby chłopcu udzieliła zbawiennej rady. Po długich namowach zgodziła się nakłonić syna. Kiedy jednak nachyliła się nad nim, wtedy wyśmiewając okrutnego tyrana, tak powiedziała w języku ojczystym: - Synu, zlituj się nade mną. W łonie nosiłam cię przez dziewięć miesięcy, karmiłam cię mlekiem przez trzy lata, wyżywiłam cię i wychowałam aż do tych lat. Proszę cię, synu, spojrzyj na niebo i na ziemię, a mając na oku wszystko, co jest na nich, zwróć uwagę na to, że z niczego stworzył je Bóg i że ród ludzki powstał w ten sarn sposób. Nie obawiaj się tego oprawcy, ale bądź godny braci swoich i przyjmij śmierć, abym w czasie zmiłowania odnalazła cię razem z braćmi. Zaledwie ona skończyła mówić, młodzieniec powiedział: - Na co czekacie? Jestem posłuszny nie nakazowi króla, ale słucham nakazu Prawa, które przez Mojżesza było dane naszym ojcom. Ty zaś, przyczyno wszystkich nieszczęść Hebrajczyków, nie uciekniesz z rąk Bożych"

Opowieść podobna do wczorajszej, też o niezłomnej etyce Żydów, odmawiających zjedzenie mięsa zakazanego religijnie (geneza zakazu niejasna). Ta odmowa wzbudza w królu Antiochu IV Epifanesie podejrzenie, że się nim gardzi. Bezwzględni, pozbawieni skrupułów władcy bywają dziwnie nadwrażliwi na punkcie swojej osoby: uważają, że się nimi gardzi, gdy odmawia się im bezwzględnego posłuszeństwa. Niszczy ich wewnętrznie własna podejrzliwość, prowadząc do niszczenia innych.

17:36, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
wtorek, 17 listopada 2009
Poddani sumienia

2 Księga Machabejska 6,18-31
”W czasie prześladowań lzraela przez króla Antiocha Eleazar, jeden z pierwszych uczonych w Piśmie, mąż już w podeszłym wieku, szlachetnego oblicza, był zmuszony do otwarcia ust i jedzenia wieprzowiny. On jednak wybierając raczej chwalebną śmierć aniżeli godne pogardy życie, dobrowolnie szedł na miejsce kaźni, a wypluł mięso, jak powinni postąpić ci, którzy mają odwagę odrzucić to, czego nie wolno jeść nawet przez miłość do życia. Ci, którzy byli wyznaczeni do tej bezbożnej ofiarnej uczty, ze względu na bardzo dawną znajomość z tym mężem wzięli go na osobne miejsce i prosili, aby zjadł przyniesione przez nich i przygotowane mięso, które wolno mu jeść. Niech udaje tylko, że je to, co jest nakazane przez króla, mianowicie mięso z ofiar. Tak postępując uniknie śmierci, a ze względu na dawną z nimi przyjaźń skorzysta z miłosierdzia. On jednak powziął szlachetne postanowienie, godne jego wieku, powagi jego starości, okrytych zasługą siwych włosów i postępowania doskonałego od dzieciństwa, przede wszystkim zaś świętego i od Boga pochodzącego prawodawstwa. Dał im jasną odpowiedź mówiąc, aby go zaraz posłali do Hadesu: - Udawanie bowiem nie przystoi naszemu wiekowi. Wielu młodych byłoby przekonanych, że Eleazar, który ma już dziewięćdziesiąt lat, przyjął pogańskie obyczaje. Oni to przez moje udawanie, i to dla ocalenia maleńkiej resztki życia, przeze mnie byliby wprowadzeni w błąd, ja zaś hańbą i wstydem okryłbym swoją starość. Jeżeli bowiem teraz uniknę ludzkiej kary, to z rąk Wszechmocnego ani żywy, ani umarły nie ucieknę. Dlatego jeżeli mężnie teraz zakończę życie, okażę się godny swojej starości, młodym zaś pozostawię piękny przykład ochotnej i wspaniałomyślnej śmierci za godne czci i święte prawa. To powiedziawszy, natychmiast wszedł na miejsce kaźni. Ci, którzy go przyprowadzili, na skutek wypowiedzianych przez niego słów zamienili miłosierdzie na surowość. Sądzili bowiem, że one były szaleństwem. Mając już pod ciosami umrzeć, westchnął i powiedział: - Bogu, który ma świętą wiedzę, jest jawne to, że mogłem uniknąć śmierci. Jako biczowany ponoszę wprawdzie boleści na ciele, dusza jednak cierpi to z radością, gdy Jego się boję. W ten sposób więc zakończył życie, a swoją śmiercią pozostawił nie tylko dla młodzieży, lecz także dla większości narodu przykład szlachetnego usposobienia i pomnik cnoty.”

Mamy tu opowieść o męczeństwie. Stało się bowiem tak, że rodacy Sokratesa postanowili oświecać religijnie ciemnych Żydów. Akcja 2 Księgi Machabejskiej (dla katolików i prawosławnych deuterokanonicznej, dla protestantów i Żydów apokryficznej) rozgrywa się mniej więcej w latach 180-160 przed Chrystusem, jednak samo dzieło zostało napisane kilkadziesiąt lat później. Nie jest oczywiście dzisiejszym studium historycznym, Biblia Paulińska powiada, że „o wydarzeniach autor mówi obszernie i pięknie, ale nieprecyzyjnie", wprowadza elementy legendarne. Autor wstępu zaznacza też jednak - ciekawe - że rzecz napisana jest na wzór literatury greckiej, że odwołuje się do greckich ideałów i pojęć: bohaterstwa, cnoty, szlachetności, wytrwałości w cierpieniu.

Tak już jest na tym nie najlepszym ze światów, że grzeszymy wszystkim, tylko nie tolerancją. Każemy być bliźnim na nasze kopyto. Od tak zwanego zarania dziejów różni władcy chcą być królami naszych sumień, mordują tych, co wierzą inaczej, bo te inne wierzenia uważają za zamach na ich autorytet. Od Antiocha IV Epifanesa wiedzie w istocie prosta droga do totalitaryzmów dwudziestowiecznych i tegowiecznych: do skrajnej nietolerancji wyznawców islamu a także hinduistów. Gdy chrześcijanie wreszcie właściwie zrozumieli Ewangelię, wyznawcy innych religii jakby biorą odwet za naszą dawną pogardę dla duchowej inności. Gdy Sobór Watykański II stwierdził, że „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy", muzułmanie szaleńczo narzucają swój szariat. Gdy Europa dopatruje się wszędzie u siebie nietolerancji, na innych kontynentach króluje krwiożerczy nieraz przymus.

Na szczęście jednak zawsze i wszędzie są ludzie sumienia. Zawsze bywają tacy, jak ów Eleazar, którzy nie idą na kompromisy. Można bowiem przecież nieraz wyważać wartości, tłumaczyć sobie i innym, że życie ludzkie jest przecież wielką wartością, a przepis religijny nie może być od niego ważniejszy. Tamta radykalna postawa zwie się jednak pryncypializmem i jest godna wielkiego szacunku, choć często zakrawa na szaleństwo. Przypomina mi się podczas takich lektur opowiadanie Żeromskiego „Echa leśne", gdzie chłopak idzie na śmierć, ponieważ „nam, skautom, kłamać nie wolno". Czy to oczywista, jedyna możliwa interpretacja zasady mówienia prawdy, czy też raczej jej wersja heroiczna, ideał osiągalny tylko dla herosów? Jednak to drugie - a nawet czasem są sytuacje, kiedy mówienie prawdy jest „świadectwem przeciw bliźniemu swemu", gdy rozmówcą jest na przykład wymuszający zeznania policjant.

No i - naśladując mężnego Eleazara - trzeba zawsze zastanawiać się nad zewnętrznymi skutkami swoich decyzji. Albowiem łatwo zgorszyć tych, co mają nas za wzór. Czasem nie wolno udawać.

18:35, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Księga naszych braci. Inne książki też pobożne

Psalm 119,53.61,134.150.155.158
”Gniew mnie ogarnia z powodu grzeszników 
porzucających Twe Prawo. 
Oplotły mnie więzy grzeszników,
nie zapomniałem o Twoim Prawie.
Wyzwól mnie z ludzkiego ucisku,
a będę strzegł Twych postanowień. 
Zbliżają się niegodziwi moi prześladowcy, 
dalecy są oni od Twojego Prawa.
Daleko od występnych jest zbawienie,
bo nie dbają o Twoje ustawy.
Na widok odstępców wstręt mnie ogarnia,
bo słowa Twojego nie strzegą.”


To tylko fragmenciki tego utworu, który jest bardzo długi, liczy sobie 176 wersetów. Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia w czwartym wierszu trochę niejasne; poprawiam według przekładu ekumenicznego 11 Kościołów i Towarzystwa Biblijnego (tłumaczył tam Psałterz luteranin ks. Alfred Tschirschnitz): „Oplotły mnie więzy bezbożnych, lecz nie zapomniałem Twojego Prawa" (pasuje spójnik „lecz", bo jest przecież przeciwstawienie).

Postawa moralna „podmiotu lirycznego" psalmu razi mnie. Scharakteryzuję ją tak: ja jestem dobry, Prawa nie łamię, moi wrogowie są religijnie paskudni. Wiem, jak można skomentować to moje biblistyczne wyznanie: powiedzieć po prostu, że to w psalmach (i w ogóle w Biblii) nic dziwnego: są wśród nich teksty o wiele moralnie gorsze, wręcz straszne. Zgadzam się. Na przykład Psalm 139 kończy się skandalicznie (tłumaczenie ks. Tschirschnitza): 
„Góro Babilonu, niszczycielko,
szczęśliwy ten, kto ci odpłaci
za zło, która nam wyrządziłaś,
szczęśliwy ten, kto pochwyci
i roztrzaska twoje dzieci o skałę"
.

Owszem, są w Biblii tak zwane psalmy złorzeczące. Ich autorzy (podmioty liryczne) używają sobie na wrogach swoich, ile wlezie. Nieśmiertelne pytanie: skąd zatem takie teksty w dziele zwanym Piśmie Świętym? Ano po prostu stąd, że Biblia nie jest zgoła „Katechizmem Kościoła i Synagogi". Jest ogromnym zbiorem (raczej wyborem) pism ludu żydowskiego (Nowy Testament też stworzyli Żydzi, choć już nowej religii - tylko dwie księgi napisał Syrogrek Łukasz). Pism religijnych? Tak, bo Kohelet i nawet Pieśń nad Pieśniami to utwory w jakimś sensie religijne: należą do pięciu ksiąg Megilot czytanych w pięć głównych świąt żydowskich. Niemniej zbiorem pism różnych literacko i myślowo, duchowo. Nie chodzi tylko o różnice między Starym (raczej Pierwszym) a Nowym Testamentem, zresztą wyolbrzymiane. Już starotestamentalne niosą różne treści. Antynacjonalistyczna Księga Jonasza i nacjonalistyczne akcenty w innych.

”Jednak - pisze ks. Michał Czajkowski w książce „I ty zrozumiesz Pismo Święte" (Oficyna ”Adam”1996) - ta wielość i różnorodność, to bogactwo i zróżnicowanie wcale nie znaczą, iż Biblia rozpada się na zupełnie niezależne kawałki. Mimo tej mozaiki epok, krajów, piór, gatunków, stanowi Biblia prawdziwą jedność tematyczną, teologiczną i religijną. Jedność dzięki Bogu - ale prawdziwie ludzką. Biblia - to zestawienie doświadczeń życiowych ludu Izraela i młodego Kościoła. Przeważnie autorzy biblijni znali już - w części lub w całości - księgi biblijne powstałe przed nimi. I każda nowa księga na nowo kształtowała duchowy świat Izraela. Echem każdego wielkiego czynu Boga (przymierze, Dawid, niewola, Jezus Nazaretu) są nowe księgi biblijne, które za każdym razem dają nową, całościową interpretację egzystencji ludu Bożego. Można powiedzieć, że Pismo Święte jest rozmową prowadzoną przez wieki: jeden rozmówca wnosi coś innego, inny sprzeciwia się, jeszcze inny akcentuje to, co było już powiedziane, dając nowy punkt widzenia... Czwarty rozmówca próbuje dokonać syntezy, następny stawia pytanie, a inny wygłasza tezę prowokującą, czekając, czy się obroni w toku dalszej rozmowy... Albo użyjmy innego obrazu: jakiś aktyw odbywa zebranie, by po dyskusji przekazać społeczeństwu jakąś uchwałę: Pan Bóg przekazał nam jako swoje słowo nie ostateczną uchwałę, lecz protokół z dyskusji. Ale wczytując się w ten „protokół" wyczuwamy, iż całą tą wieloraką i wielogłosową „dyskusją" Ktoś jeden kierował - od początku do końca.”
Wracam wreszcie do psalmów. Ks. Czajkowski celnie tłumaczy sens modlitwy tymi poetyckimi tekstami. ”Modlitwa psalmisty i chrześcijanina wyrasta z jego konkretnego, ziemskiego losu, z jego i ludzi jemu współczesnych radości i nadziei, smutku i trwogi. Dlatego psalmista jest towarzyszem mej drogi i inspiratorem mojej modlitwy w drodze. Jest on niedoskonały jak ja, zmysłowy jak ja, krzywdzony jak ja, pamiętliwy jak ja - i uznaje się za takiego. Ale oczerniany, wiedziony przez ludzki trybunał, niszczony - wyznaje głośno swą niewinność i nie życzy nieba swym oskarżycielom, wręcz odwrotnie! I właśnie dla swej niedoskonałości został on nam dany przez Kościół za towarzysza drogi, a jego słowa nie zawsze wzniosłe i budujące zostały przez Boga włożone w nasze usta. Psałterz dlatego odrzuca i gorszy tylu chrześcijan, że spoglądamy na psalmistę, jako na model, gdy został on nam dany na brata.”
I jeszcze jedno: są to właśnie teksty poetyckie. Biblia w ogóle jest zbiorem głównie utworów literackich (prawnicze są nieliczne), a psalmy to już literatura całą gębą. Niestety mamy skłonność do traktowania sztuki jak kaznodziejstwa. Opowiadał mi mój wuj, benedyktyn Bernard Andrzej Turowicz, że nie mógł się dogadać z innym mnichem na temat jakiegoś świeckiego liryku: tamten mówił mu, że się nie zgadza z autorem... Przy takim (nie) rozumieniu poezji jaszcze gorzej jest z psalmami.

Sygnały bibliograficzne.
Znak wydał właśnie tom homilii dominikanina, naczelnego doskonałego miesięcznika „W drodze", Pawła Kozackiego, pt. „Szczęśliwe wariactwo. Medytacje biblijne". Są to pisane kazania na wszystkie niedziele trzech lat: tak, trzech a nie jednego, bo po Soborze Watykańskim II czyta się w Kościele rzymskokatolickim fragmenty Biblii codziennie inne w cyklu trzyletnim. Teksty Kozackiego są tylko na niedziele, ale dobre i to, nawet bardzo dobre, bo gość jest mądry. Próbka prawdopodobnie w najbliższą niedzielę. Do przeczytania! Jeszcze dwie książki, nie tyle biblistyczne, ile ekumeniczne, ale to podobna sprawa. Najpierw Leonida Uspienskiego „Teologia ikony", przełożona z francuskiego przez Marię Żurowską (Wyd. Neriton): dzieło historyczne i teologiczne fundamentalne. Po prawosławiu „lewosławie": „Zwykły niezwykły. Pamięci ks. Jerzego Stahla" (Wyd. Semper) Dzieło zbiorowe poświęcone pięknemu duchem duchownemu ewangelicko-reformowanemu (1939-1997). Wspomnienia o nim ludzi różnych wyznań (też katolicko-reformowanego Jana Turnaua), jego kazania, inne teksty historyczne i teologiczne warte lektury. A Kościół ów bardzo sympatyczny!

15:15, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
piątek, 13 listopada 2009
Nie ma głupich

Księga Mądrości 13,1-9
”Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy, lecz ogień, wiatr, powietrze chyże, gwiazdy dokoła, wodę burzliwą lub światła niebieskie uznali za bóstwa, które rządzą światem. Jeśli urzeczeni ich pięknem wzięli je za bóstwa, winni byli poznać, o ile wspanialszy jest ich Władca, stworzył je bowiem Twórca piękności; a jeśli ich moc i działanie wprawiły ich w podziw, winni byli z nich poznać, o ile jest potężniejszy Ten, kto je uczynił. Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę. Ci jednak na mniejszą zasługują naganę, bo wprawdzie błądzą, ale Boga szukają i pragną Go znaleźć. Obracają się wśród Jego dzieł, badają i ulegają pozorom, bo piękne to, na co patrzą. Ale i oni nie są bez winy: jeśli się bowiem zdobyli na tyle wiedzy, by móc ogarnąć wszechświat, jakże nie mogli rychlej znaleźć jego Pana?”

Warto zaglądać do nowych przekładów Biblii, bo czasem są jaśniejsze, a i tamtejsze komentarze nieraz sporo wyjaśniają. W powyższym tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia nie rozumiałem stwierdzenia, że „ci jednak na mniejszą zasługują naganę": a którzy na większą? „Paulistka" przekłada zrozumiale: „Nie należy zbytnio ganić tych..." Poza tym w komentarzu jest ważna myśl: „Taki sposób myślenia był dotąd obcy Staremu Testamentowi, występował natomiast u filozofów pogańskich i to prawdopodobnie od nich zaczerpnął go autor Księgi Mądrości". Co resztą można wydedukować z najpłytszej choćby znajomości historii filozofii: trudno przypuścić, żeby Platon i Arystoteles byli bałwochwalcami. Zresztą zapewne nie tylko ci luminarze traktowali mity swego ludu z przymrużeniem oka.

Co zaś do meritum takiego dowodzenia, że jest Stwórca: chyba już dzisiaj potrafimy - teiści i ateiści - spokojnie spojrzeć na tą podstawową sprawę. Ze spokojem właśnie filozoficznym: bo kwestia jest przecież filozoficzna. Od czasów autora Księgi Mądrości, jak też Pawła z Tarsu (List do Rzymian 1,19-32), minęło 20 wieków, ateizm rozwinął się ogromnie, choć ośmielam się twierdzić, że i teizm nie zwinął się całkiem (ze wstydu, iż jest ciemnogrodzki). Natomiast wyznawcy obydwóch filozofii zgadzają się chyba, że to problem nie nauk empirycznych, tylko (aż!) filozofii. Dlatego też nie można głosić, że teoria ewolucji powinna mieć w nauczaniu biologii tylko te same prawa, co koncepcja „inteligentnego projektu", bo ten drugi nie jest biologiczny, jeżeli już, to filozoficzny. Zarazem jednak z nauk empirycznych nie wynika w mojej dzisiejszej filozoficznej kwestii nic. Oni nie głupi, na pewno, ale my też nie.

Kończę biorąc urlop na weekend. Ja sobie trochę odpocznę i dam odpocząć moim tutejszym krytykom. Kochać bowiem trzeba bliźniego swego jak siebie samego, czyli jak się wagaruje, to i bliźnim coś podobnego należy się.

16:05, jan.turnau
Link Komentarze (14) »
czwartek, 12 listopada 2009
Mądrym być. Chrystus, czyli Mądrość. Kain i Abel

Księga Mądrości 7,22-8,1
”Jest bowiem w Mądrości duch rozumny, święty, jedyny, wieloraki, subtelny, rączy, przenikliwy, nieskalany, jasny, niecierpiętliwy, miłujący dobro, bystry, niepowstrzymany, dobroczynny, ludzki, trwały, niezawodny, beztroski, wszechmogący i wszystko widzący, przenikający wszelkie duchy rozumne, czyste i najsubtelniejsze. Mądrość bowiem jest ruchliwsza od wszelkiego ruchu i przez wszystko przechodzi i przenika dzięki swej czystości. Jest bowiem tchnieniem mocy Bożej i przeczystym wypływem chwały Wszechmocnego, dlatego nic skażonego do niej nie przylgnie. Jest odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci. Jedna jest, a wszystko może, pozostając sobą, wszystko odnawia, a przez pokolenia zstępując w dusze święte, wzbudza przyjaciół Bożych i proroków. Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słońce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością, uzyska pierwszeństwo, po tamtej bowiem nastaje noc, a Mądrości zło nie przemoże. Sięga potężnie od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią.”

Mądrość: bardzo ciekawe jest to pojęcie myśli starożytnej, dość obce naszej europejskiej, choć już nie współczesnej azjatyckiej, która kontynuuje tradycję różnych guru. Jeszcze Kochanowski pisał „Kupić by cię, mądrości, za drogie pieniądze...", odwołując się do stoickiego ideału mędrca panującego nad człowieczymi żądzami. Myśl europejska poszła przede wszystkim w stronę poznania świata zewnętrznego. Kwestię, jak radzić sobie w życiu praktycznym, pozostawiono religii. Etykę świecką oczywiście rozwijamy, ale chyba jakoś inaczej. Tradycję klasycznie mądrościową kontynuują chyba głownie przysłowia.
Pisarstwo „mądrościowe" czasów biblijnych było oczywiście powiązane z religią, bo w on czas ateizm stanowił zupełny margines. Co więcej, był na Bliskim Wschodzie synonimem amoralności, co chyba przetrwało aż do czasów Pascala, który go kojarzył z libertynizmem. W kulturze greckiej ateizujący kierunek filozoficzny był bardziej możliwy niż na Wschód od Hellady. A już na pewno bardziej niż w środowisku hebrajskim, które miało Boga trudniej wyśmiewalnego niż greckie postaci mitologiczne.

A jednak „Encyklopedia biblijna" powiada że „literaturę mądrościową cechuje brak odniesień do typowych wierzeń dotyczących zbawienia, takich, jak obietnice dane patriarchom Wyjście (z Egiptu - JT], zawarcie przymierza na górę Synaj itp.". W tymże cennym dziele mamy dalej charakterystykę mędrca; cechuje go - czytam - samokontrola, szczególnie w mówieniu. Co mi przypomniało, że uchodziłem kiedyś w środowisku pracy za gadułę i uznałem, że muszę się zmienić. Dodatkowym bodźcem, już wewnętrznym, był właśnie pewien ideał może nie tyle mędrca, ile „alterocentryka", człowieka interesującego się nie tylko sobą, zatem więcej słuchającego niż nadającego własną gadkę. Bodźcem do pracy nad sobą w tej sprawie jest mi opowiastka z książki pisarza nazwiskiem chyba Carneggie o pewnym panu, który uchodził za niezwykle utalentowanego towarzysko, ponieważ właśnie głównie słuchał. A u Karola Wojtyły to chyba było wypracowane raczej niż wrodzone: nie był przecież milczkiem z natury.

Z rzeczonej encyklopedii dowiedziałem się też, że tradycja mądrościowa nie zanikła bynajmniej w Nowym Testamencie. Ewangelie synoptyczne przedstawiają Jezusa jako mądrościowego nauczyciela, rabiego. W tym stylu są Jego powiedzenia („logia"), porównania, przypowieści. Parę razy Jezus jest tam wręcz nazwany Mądrością, również w 1 Liście do Koryntian 1,24. W ten sposób starotestamentalna personifikacja Mądrości osiąga pełnię w Nowym Przymierzu. Tak jak i Logos ówczesnej myśli grecko-żydowskiej, Słowo Boga, odczytali chrześcijanie w rabim z Nazaretu. A przywołany werset z 1 Listu do Koryntian stwierdza, że Chrystus jest „Mesjaszem, mocą Boga i Mądrością Boga". Trzeba wiedzieć, że w myśli żydowskiej Mesjasz nie zawsze był zwyczajnym człowiekiem. Przed pismami Nowego Testamentu idea Wcielenia jeszcze nie zaistniała, ale podłoże myślowe było. I myślę sobie całkiem prywatnie, że może gdyby Mesjasz chrześcijański nie był jakimś przybłędą z Galilei, ale (arcy) kapłanem z Judei, Żydzi uwierzyliby w niego o wiele liczniej...

Lektury:
Stowarzyszenie Ewangelizacji przez Media „List" kontynuuje wydawanie drugiego obok „Listu" periodyku, zatytułowanego „Biblia krok po kroku". Krokiem w numerze październikowym redakcja krąży wokół konfliktu Kaina i Abla. No cóż, sprawa warta wielu słów, bo to przecież - pada takie określenie - mord założycielski. Termin pochodzi od sławnego dzisiaj francuskiego filozofa i teoretyka literatury René Girarda. Według niego każdy człowiek jest istotą pożądającą. Pragnie zawsze czegoś tym więcej, im bardziej rzecz pożądana jest przez innych ludzi. Prowadzi to do rywalizacji, w rezultacie do agresji. Aby zapobiec jej niekontrolowanym aktom, kultury i religie wypracowywały sobie rytuały składania ofiary. U ich początków jest dokonany na niewinnej ofierze („koźle ofiarnym") akt przemocy, który jest właśnie owym mordem założycielskim. Przemoc można oszukać tylko wtedy, gdy znajdzie się dla niej ujście np. przez składanie ofiar ze zwierząt. W rywalizacji między Kainem a Ablem zabił ten, co nie mógł wyżyć się w mordowaniu, czyli rolnik Kain. Ale pasterz Abel jest niewinny. Biblia zdaniem Girarda demaskuje cały ten mechanizm pożądania i przemocy, przez co go osłabia. Tym zaś, co całkowicie odsłonił działanie mechanizmu kozła ofiarnego, jest Jezus Chrystus. Ujawnił ukrytą przemoc oraz przełamał ją przez to, że będąc niewinny sam złożył siebie w ofierze.

„Relata refero": streściłem (nie wiem, czy mądrze) streszczenie przeczytane w periodyku.
Po psychologii religii - etnologia. Dziwne jest w Biblii ukazanie rolnika Kaina jako agresora, ponieważ w historii było raczej na odwrót: pasterskie ludy koczownicze napadały na osiadłe rolnicze. Nie jest to zatem dobry trop egzegetyczny. Możliwe są inne. Na przykład lingwistyczny. Dziwna jest w Księdze Rodzaju 4,1 wypowiedź Ewy po urodzeniu Kaina: „Otrzymałam mężczyznę od Pana (JHWH)". W targumach, czyli aramejskich parafrazach tekstu biblijnego, ale także w tekstach talmudycznych, gnostyckich, apokryficznych, a nawet w 1 Liście Jana 3,8-12, oznaczałoby to pochodzenie Kaina od anioła Pana (upadłego), czyli byłby on synem szatana. Interpretację przeciwną uprawiali gnostycy, sekta kainitów. Kain był dla nich właśnie synem Boga, jednak nie JHWH, złego Demiurga, ale Boga dobrego; synem JHWH byłby natomiast Abel.
Opowieść o owym pierwszym morderstwie nie jest też jasna psychologicznie: dlaczego właściwie Pan nie przyjął ofiary Kaina, a przyjął Ablową. Jeden z targumów tłumaczy to tym, że Kain, syn Samuela, wodza złych duchów, ofiarował Bogu najgorszą część swoich plonów, a Abel najlepszą.

Jeszcze coś na temat Kainowych motywów: Biblia Paulińska przekłada werset 4,8 nie: „Kain powiedział do swojego brata Abla: - Chodźmy na pole", ale „powiedział coś". Ks. Piotr Kot uznaje tę zmianę za arbitralną, ale informuje, że ma ona podstawę w innym targumie, który sugeruje, że między braćmi wybuchła ostra dyskusja teologiczna. Wnioskując z nieprzyjęcia jego ofiary, rozżalony Kain twierdzi, że „świat nie został stworzony w miłości. (...) Nie istnieje sąd i nie istnieje sędzia, nie ma też innego świata. Nie ma nagrody dla sprawiedliwych, jak również nie ma w przyszłym świecie kary dla zło czyniących". Abel odrzuca to rozumowanie, wynikiem sporu jest jego śmierć.

Różne są interpretacje i eksplikacje, ale podstawowe przesłanie opowieści jest oczywiste: morderstwo jest zbrodnią. Zwracam uwagę na słowa Boga, że kto z kolei zabiłby Kaina, poniesie karę siedmiokrotną. Niemniej początek został dany, mamy, co mamy.
Żeby było na koniec mniej ponuro, przytoczę dowcip arcybiskupa Życińskiego, że nie może nazywać swego lubelskiego odpowiednika, prawosławnego Abla bratem, bo nie jest Kainem... Ja dopowiadam, że jednak może Setem.

14:57, jan.turnau
Link Komentarze (46) »
środa, 11 listopada 2009
Słuchajcie, władcy!

Księga Mądrości 6, 1-11
”Słuchajcie, królowie, i zrozumiejcie, nauczcie się, sędziowie ziemskich rubieży. Nakłońcie ucha, wy, co nad wieloma panujecie i chlubicie się mnogością narodów, bo od Pana otrzymaliście władzę, od Najwyższego panowanie: On zbada uczynki wasze i zamysły wasze rozsądzi. Będąc bowiem sługami Jego królestwa, nie sądziliście uczciwie aniście prawa nie przestrzegali, aniście poszli za wolą Boga, przeto groźnie i rychło natrze On na was, będzie bowiem sąd surowy nad panującymi. Najmniejszy znajdzie litościwe przebaczenie, ale mocnych czeka mocna kara. Władca wszechrzeczy nie ulęknie się osoby ani nie będzie zważał na wielkość. On bowiem stworzył małego i wielkiego i jednakowo o wszystkich się troszczy, ale możnym grozi surowe badanie. Do was więc zwracam się, władcy, byście się nauczyli mądrości i nie upadli. Bo ci, co świętości święcie przestrzegają, dostąpią uświęcenia, a którzy się tego nauczyli, ci znajdą słowa obrony. Pożądajcie więc słów moich, pragnijcie, a znajdziecie naukę.”

Wspaniała lektura biblijna na nasze święto państwowe: nic dodać, nic ująć, teologia polityczna w pigułce.

11:37, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
wtorek, 10 listopada 2009
Pan Bóg nie jest brakorobem!

Psalm 34,2
„Będę błogosławił Pana po wsze czasy, Jego chwała będzie zawsze na moich ustach".

Nie wydaje mi się, żebym mógł kiedyś złorzeczyć Bogu. Nie wiem, może dlatego, że mam z Nim nie dość osobiste relacje, ale wydaje mi się, że nigdy nie będę obciążał Boga odpowiedzialnością za nieszczęścia, które mnie jeszcze spotkają. Po prostu jest On dla mnie Absolutem Dobra albo Go nie ma: każda inna Jego definicja trąci dla mnie jakimś politeizmem. Ale to wcale nie znaczy, że łatwo przychodzi mi pogodzić wiarę w Jego bezwzględną dobroć z Jego wszechmocą. Potrafię jakoś z najwyższym trudem to uczynić, jednak przy założeniu, że cały Wszechświat zostanie w końcu zbawiony, nikt nie będzie się smażył w piekle na wieczność. Pan Bóg nie jest brakorobem, nie mógł stworzyć świata w sposób tak fatalny!

13:38, jan.turnau
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
Świątynia - mamona - polityka - minilaikat

Ewangelia Jana 2, 13-17
„Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie, oraz siedzących za stołami bankierów. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: - Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska.”

Dziś w Kościele rzymskokatolickim święto Świątyni. Chrześcijaństwo nie jest tak „sanktuariocentryczne", jak judaizm czy islam (Mekka), niemniej ma swoje miejsca kultu szczególnie ważne. Ma katedry, czyli najważniejsze świątynie diecezjalne, oraz scentralizowany Kościół rzymskokatolicki ma swoją katedrę główną. Jest nią poniekąd bazylika laterańska, poświęcona przez papieża Sylwestra I w r. 324 właśnie 9 listopada. Napisałem, że jest w moim Kościele katedrą główną poniekąd, bo mamy przecież i tą watykańską św. Piotra: chyba podział ról jest taki, że ta druga jest świątynią papieża, a ta pierwsza biskupa Rzymu. Różnica to pewnie niuansowa, ale rzeczywista, bo co innego diecezja rzymska, co innego cały Kościół, którego papież jest zwierzchnikiem, na szczęście coraz mniej autokratycznym (choć taką tendencję wciąż widać). 

Przesłanie dzisiejszego fragmentu Ewangelii jest oczywiste: miejsce sakralne powinno być wolne od czynności tak przyziemnych, jak handel, choćby korzyść zeń miały władze świątynne. Podobna scena jest i u synoptyków, ale tam słowa Jezusa są mocniejsze: zamiast targowiska mamy wręcz „jaskinię zabójców". 

Sacrum i profanum maximum, czyli mamona. Nieśmiertelny temat pazerności księży. W ostatnim „Tygodniku Powszechnym" sympatyczny, ewangeliczny komentarz tamtejszego stałego kaznodziei, ojca Wiesława Dawidowskiego, do cytowanej przeze mnie wczoraj opowieści o wdowie, która nie pożałowała prorokowi pożywienia. O pieniądzach dawanych na Kościół, o tym, że jak ktoś przeszedł na emeryturę i zbiedniał, to nie powinien mierzyć się z ubogą wdową i dawać tyle, ile kiedy pracował. Ks. Wiesław uważa, że to rada duchowna oryginalna i pewnie ma rację. Chociaż ja w niejednej już parafii żyłem i nie trafiłem na zdziercę. Może dlatego, że przez długie lata były to parafie zakonne: nie wiem, czy działał w nich ślub ubóstwa, którego nie składają księża „normalni", czy też działała świadomość proboszcza, że nie jest samotnym przedsiębiorcą, ma oparcie w zakonie - w każdym razie ja nie mogę narzekać. 

Można jednak naruszyć sacrum świątynne także w inny sposób. Teza już banalna, choć niebezpieczeństwo stale realne: że budynek kościelny stanie się miejscem agitacji politycznej; partyjnej. Co jest niekościelne, bo Kościół nie jest od dzielenia, ale łączenia. Powinien troszczyć się o dobro wspólne, ale unikać zaangażowania jednostronnego.
Zgadzam się: nie jest to łatwe. Niełatwo na przykład zachować bezstronność w obliczu wojny. Przeczytałem właśnie bardzo dobre studium historyczne Michała Horoszewicza „Papiestwo wobec Polski w roku 1939" w „Forum klubowym". „Lewicowy dwumiesięcznik idei" piórem znakomitego znawcy spraw kościelnych bardzo spokojnie przedstawia tamte czasy. Horoszewicz jest w ogóle nie tylko znawcą, ale i wyznawcą: nie wiary chrześcijańskiej, bo określa się jako wolnomyśliciel, ale ewangelicznej zasady „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni". Wyznawcą wyważania w szczególności sądów historycznych, ocen postępowania postaci historycznych. Bogato dokumentuje (niemal same cytaty, oceny dopiero na końcu tekstu) swoją diagnozę. Napisał kończąc: 
«Niewątpliwie Pius XII bardzo intensywnie dążył najpierw do zachowania i umocnienia pokoju, później - w radykalnie odmiennej już sytuacji politycznej - do jego trwałego przywrócenia. Można przypuszczać, że pacellańska znajomość społeczeństwa niemieckiego z końca epoki cesarskiej i z lat dwudziestych, gdy stopniowo wyłaniał się hitleryzm, właśnie uczulała papieża na zagrożenia wnoszone dla Europy przez zmilitaryzowaną Trzecią Rzeszę. Na to wskazywałoby jego stwierdzenie na konferencji przeprowadzonej 6 marca dla czterech kardynałów niemieckich przybyłych na konklawe: 'Problem niemiecki jest dla mnie najważniejszy. Zastrzegam sobie zajmowanie się nim". Nie było w tym żadnej predylekcji do Trzeciej Rzeszy, która dla papieża jawiła się jako obca i chyba odrażająca: problem niemiecki stawał się dlań najważniejszy właśnie pod kątem zagrażania pokojowi.
Z pewnością głęboko ubolewał nad losem Polski dwustronnie zmiażdżonej. Tyle że naród ujęty w mocarne kleszcze nie mógł zadowolić się pontyfikalną emocją, co wydobył prałat Meysztowicz w pobudzającej relacji o zderzeniu „miłości" z oczekiwaniem „sprawiedliwości". Nasuwa się wrażenie, iż po pierwszym miesiącu wojny dla Stolicy Apostolskiej Polska poczęła stawać się kłopotliwym obciążeniem, zbywanym uczuciowymi, choćby niewątpliwie szczerymi, zapewnieniami.

Wskazanie z sierpniowego orędzia „Nic nie jest stracone z pokojem. Wszystko może być stracone z wojną" pozwala mniemać, że dla Piusa XII pokój choćby kulawy, przez potężnego „nałożony" na słabszego - pokój za bardzo dużą, po prostu za wszelką cenę - zachowywał zasadniczą wartość. Kontrastowało to z sejmowymi słowami Becka „nie znamy pokoju za wszelką cenę”. Oczywiście była zasadnicza różnica w pozycjach wyjściowych: optykę ministra wyznaczały uwarunkowania jego kraju - papież rozważał konfigurację mnogości zarówno państw, jak i Kościołów.

Doceniając cel najwyższy: pokój świata - przecież wolno wnieść zastrzeżenia do papieskich posunięć, mających ów cel przybliżać. Miłość papieska okazywana poszczególnym narodom nie może przesłaniać wymogu sprawiedliwości, jaki winien być kierowany do państwa, które swoją polityką narusza zasadniczo porządek międzynarodowy i zasługuje na napiętnowanie, jeśli nie wręcz na potępienie.

Bezsprzecznie, w niektórych poczynaniach Piusa XII Polska była „pozytywnie obecna" czy to bezpośrednio (choćby na sposób odczuwalnie niepełny), czy też tylko pośrednio. Wszakże równolegle inne posunięcia składały się na orientację całkiem odmienną.
Obroną pokoju za wszelką cenę było przekazanie Warszawie w ostatniej nocy przedwojennej postulatów Mussoliniego. Przecież w Sekretariacie Stanu widziano celowość zasygnalizowania Warszawie potrzeby jej swoistego poświecenia się dla dobra wspólnego... 28 sierpnia papież uznał, że jego gest na rzecz zagrożonej Polski mógłby spowodować represjonowanie katolików niemieckich - jak można sądzić, w jego mniemaniu uchodzących za „kościelnych zakładników". Czy więc katolicy Trzeciej Rzeszy „więcej ważyli" wówczas w Watykanie niż tak zagrożony - jeszcze potencjalnie - w swym bycie państwowym cały naród polski? Czy w oparciu o prestiże „za Bramą Spiżową" przydawane poszczególnym katolicyzmom krajowym dopuszczalne jest wyprowadzanie hierarchii „obligów moralnych"? (...)

Nie ma potrzeby doszukiwania się jakiejś antypolskości u Piusa XII: z pewnością jej nie było. Pozostaje utrzymywać, że w pierwszych dziesięciu miesiącach pontyfikatu pacellańskiego zarysowały się pokrętności watykańskiej polityki wobec Polski. Po prostu na kościelnej euroszachownicy Piusa XII sprawy naszego kraju poczęły zajmować - zapewne z konieczności taktycznej - miejsce raczej poślednie...»

Gdy zaś jeszcze chodzi o świątynię, to nie mogę nachwalić się mszy, na którą chodzę z żoną co niedzielę: u warszawskich księży zmartwychwstańców na Chełmskiej, nie w kościele, tylko w sali w sąsiednim budynku odprawiana jest od godz. 11 do 11.45 msza dla małych dzieci z rodzicami. Aktywizacja minilaikatu coraz większa, komizm (niezamierzony) minikaznodziejów rozkoszny, żadnej polityki, nawet żadnej „moraliny"! Dzieciaczki, które uczestniczyły w takiej mszy, będą miały na całe życie wspomnienie czegoś ciekawego, nie potwornej kościelnej nudy.

20:42, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 listopada 2009
Cuda nie w Sokółce

1 Księga Królewska 17,10-16
”Prorok Eliasz poszedł do Sarepty. Kiedy wchodził do bramy tego miasta, pewna wdowa zbierała tam sobie drwa. Więc zawołał ją i powiedział: - Daj mi, proszę, trochę wody w naczyniu, abym się napił. Ona zaś zaraz poszła, aby jej nabrać, ale zawołał na nią i rzekł: - Weź, proszę, dla mnie i kromkę chleba. Na to odrzekła: - Na życie Pana, twego Boga, już nie mam pieczywa, tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi strawę. Zjemy to, a potem pomrzemy. Eliasz zaś jej powiedział: - Nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i wtedy mi przyniesiesz. A sobie i twemu synowi zrobisz potem. Bo Pan, Bóg Izraela, rzekł tak: «Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię». Poszła więc i zrobiła, jak Eliasz powiedział, a potem zjadł on i ona oraz jej syn, i tak było co dzień. Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się według obietnicy, którą Pan wypowiedział przez Eliasza.”

Cud. Cuda się dzieją, a jakże. Nie myślę o tym w Sokółce, nie chcę komentować tamtego, bo brak mi dostatecznej wiedzy o tej sprawie wielce dziwnej. Jeśli to „pobożna" mistyfikacja, to właśnie w wielkim cudzysłowie, bo gdy się wyda, kompromitacja Kościoła będzie okropna. Myślę natomiast oczywiście o wielu wydarzeniach niezwykłych w Lourdes i gdzie indziej, ale też o wiele łatwiej wytłumaczalnych, które też można nazwać cudami zmieniwszy definicję. Sprzeczność z prawami natury? Ależ poznanie „natury" to dziś mrzonka, im dalej w las, tym więcej drzew - cały świat energii na przykład! Wraca się dzisiaj w teologii do pojmowania cudu jako znaku: sygnału od Boga dla kogoś, kto tak interpretuje nawet i zjawisko dość łatwo wytłumaczalne zbiegiem okoliczności. Pamiętam np. takie wydarzenie opowiedziane przez siostrę Małgorzatę Chmielewską, osobę przecież bardzo krytyczną: nie miała już ani bochenka chleba dla swoich bezdomnych, aż tu nagle, niespodziewanie zjawia się obfity dar od jakiegoś nieznanego piekarza. Albo inne fakty, jeszcze dziwniejsze: dające Nadzieję.

11:00, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 listopada 2009
Spór o apostołkę Junię

List do Rzymian 15,7
„Pozdrówcie Andronika i Junię, moich krewnych i współwięźniów moich, którzy są bardzo szanowani wśród apostołów i przede mną narodzili się w Chrystusie”.

Tłumaczenie znów naszego zespołu. Z ową Junią mają egzegeci i w ogóle „eklezjałowie" kłopot. Płeć bowiem owej osoby nie jest oczywista: tradycja widziała w niej mężczyznę, Juniasa (biernik „Junian" nie przesądza sprawy gramatycznie). Podejrzewa się jednak tutaj swoisty antyfeminizm: jakże by mogła jakaś kobieta być apostołem... Poza tym męska forma tego imienia nie występuje w innych tekstach greckich, a żeńska ponad 250 razy. Zresztą - to już mój argument - chyba jest bardziej prawdopodobna tutaj para małżeńska Andronik i Junia niż dziwna para dwóch mężczyzn.

11:14, jan.turnau
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 listopada 2009
Pouczalstwo

List do Rzymian 15,14
„I ja sam, bracia moi, jestem pewien co do was, że sami też jesteście pełni dobroci, napełnieni wszelkim poznaniem, że możecie jedni drugich pouczać."

Tłumaczenie ekumenicznej bandy czworga. Niestety do pouczania innych nie trzeba prawie nikogo zachęcać. Pomijam już duchowną skwapliwość kaznodziejską w tej dziedzinie, co gorsza, prawie każdy z nas czuje się kaznodzieją powołanym do prawienia bliźnim morałów bez opamiętania. Bez zajrzenia w lustro, czy przypadkiem nie ma w swoim oku sporej belki i nie powinien przede wszystkim pouczyć samego siebie. To niecnota też niejednego publicysty, szczególnie gdy stał się sługą jednej partii.

16:37, jan.turnau
Link Komentarze (36) »
czwartek, 05 listopada 2009
Nie straszyć owcy

Ewangelia Łukasza 15,1-10

Przypowieść o zgubionej owcy i takiejże drachmie, ważniejszych niż te niezgubione. Jest cała książka Biblioteki „Więzi" pod tytułem „Zgubiona drachma": to dialogi księdza z pisarzami będącymi mniej lub bardziej na bakier z Kościołem. Zrobił je kiedyś świętej pamięci Janusz Stanisław Pasierb dla prasy katolickiej, a Biblioteka „Więzi" zebrała i opatrzyła wstępem Stefana Frankiewicza, dodając rozmowę Tomasza Królaka z samym księdzem Januszem. Byli to mianowicie pisarze głośni: Kazimierz Brandys, Gombrowicz, Herbert, Jastrun, Kijowski. Duchowny rozmówca, sam zresztą przecież pisarz, nie kłania się im w pas pełen kompleksu intelektualnej niższości, ale i nie poucza pełen kompleksu klerykalnej wyższości. Przesłanie książki to może słowa Frankiewicza o pysze naszego potężnego instytucjonalnie Kościoła, która utrudnia mu dialog z ludźmi spoza jego formalnych struktur.

A jeśli to nie instytucjonalna pycha, to w każdym razie przekonanie, które tu ciągle krytykuję, że ewangelizacja polega na polemice. Jakoś naszym biskupom a i niekolorowym duchownym nie przychodzi do głów, że żeby kogoś zbliżyć do Kościoła, nie można go odeń oddalać chłoszcząc publicznie. No bo co z tego, że pani Alicja Tysiąc wygląda na zaciekłą aborcjonistkę, prawującą się ponad sądami polskimi? Po pierwsze, taką nie jest, jej impet jest raczej skutkiem rad feministycznych działaczek, by nie wspomnieć o niektórych działaczach Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ona jest chyba po prostu półniewidomą trojga dzieci. Gdyby jednak nawet była taką ostrą bojowniczką, to elementarny rozsądek psychologiczny nakazuje jakąś delikatną perswazję, nie atak, jakiego dopuścił się „Gość Niedzielny", wsparty potem przez Prezydium Episkopatu.

Analogiczna jest dzisiejsza sprawa włoska. Tam też skarżący podobno mają oparcie w organizacji antykościelnej, cóż jednak właściwie z tego wynika? Trzeba robić wszystko, żeby zatrzeć obraz Kościoła katolickiego jako instytucji bardzo pysznej, panoszącej się od wieków okropnie. Owszem, krzyż jest dla mnie symbolem wszystkiego, co najlepsze w ludzkiej kulturze i moralności. Przypomniałem wczoraj instytucję całkiem świecką przecież, Czerwonego Krzyża, ten znak symbolizuje również państwo szwajcarskie - ale czy można negować fakt, że ludzie kojarzą krucyfiks z Kościołem katolickim? Szczególnie, że chodzi chyba właśnie o krucyfiks, czyli krzyż z figurą Chrystusa, nie do przyjęcia dla większości protestantów (poza luteranami, kompromisowymi w sprawie obrazów i rzeźb), a i dla prawosławnych, którzy mają tylko ikony malowane, rzeźb nie czczą. Polecam jednak lekturę wywiadu na ten włoski temat z byłym prezesem Trybunału Konstytucyjnego RP, profesorem Jerzym Stępniem w najbliższej ”Arce Noego”. 

Nie myślę jednak kategoriami prawnymi ani politycznymi. Zamyśliłem się nad tekstem Ewangelii o zgubionej owcy, której pasterz szuka nie wymachując groźnie pastorałem.

PS. Bardzo ciekawy najnowszy numer „Tygodnika Powszechnego" na temat Medziugorie. Edytorial naczelnego ks. Bonieckiego, artykuł Artura Sporniaka, reportaż Aleksandry Cholewy, wywiad ze zwolenniczką tych objawień Maryjnych Dorotą Szczerbą. Sprawa kontrowersyjna, warto poznać racje za i przeciw. Moja własna racja „za": na kilka lat przed wybuchem jugosłowiańskiej wojny domowej Gospa (Maryja w Medziugorie) zapowiadała ją wyraźnie. Wtedy uznaliśmy to z żoną za wariactwo (taki spokojny teren...), teraz oczywiście zmieniliśmy zdanie.

18:33, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
środa, 04 listopada 2009
Jak nieść krzyż

Ewangelia Łukasza 14, 27

„Kto nie nosi swego krzyża, a nie idzie za mną, ten nie może być moim uczniem"
. Nieść swój krzyż: swoje stałe obowiązki, ale także coś, co przychodzi nagle, niespodziewanie, na ulicy: ktoś całkiem obcy, ale też całkiem bezbronny, zagubiony, pod wozem. Pomóc mu, choćby było nam naprawdę bardzo spieszno gdzie indziej. Krzyż to mówiąc najogólniej etyka radykalnej solidarności.

Ale krzyż to też znak materialny: symbol. Wczoraj doniosły media, że Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał zdejmowanie tego znaku ze ścian w miejscach publicznych, gdy razi on choć jedną osobę. (Taką minimalistyczną interpretację wyczytałem dzisiaj w komentarzu Ewy Siedleckiej: że nie chodzi o zdejmowanie krzyży w ogóle, tylko wtedy, gdy to komuś przeszkadza). Prawo do wyrażania własnych przekonań zdaniem Trybunału powinno w takim przypadku ustąpić prawu do niebycia urażonym. Jeden człowiek ma być w pewnym sensie ważniejszy niż wielu. I to w sprawie krzyża, który dla mnie jest symbolem nie tylko chrześcijaństwa. Przecież Czerwony Krzyż jest w naszym kręgu kulturowym znakiem wartości ogólnoludzkich. A czasy, w których krzyż szedł w parze z mieczem, był znakiem bojowym, naprawdę odeszły w przeszłości: dziś chrześcijanie raczej są prześladowani niż prześladują. Ale - tak zrozumiałem uzasadnienie Trybunału - decydujące jest to, że krzyż (krucyfiks) jest kojarzony z katolicyzmem.  

Trzeba bowiem zapytać, co komu znaczy ten znak. Co komu znaczy poza naszym kręgiem kulturowym, na przykład dla muzułmanów, którzy pamiętają wyprawy krzyżowe. Trzeba też przyjąć do wiadomości, że w Europie komuś krzyż kojarzyć się może naprawdę nie z Ewangelią, ale z potęgą kościelną.

Trzeba wreszcie zapytać, czy w samym znaku krzyża nie zawiera się sugestia, by schować go, gdy choćby komuś jednemu dokucza. Pamiętam komentarz (w formie króciutkiej refleksji, wiersza niemal) Joanny Jurewicz w sytuacji, gdy na oświęcimskim Żwirowisku stawiano krzyż po krzyżu wbrew protestom Żydów): napisała wtedy, że gdyby Chrystus znalazł się w takiej sytuacji, sam zszedłby z krzyża, wziął go z powrotem na ramiona i zaniósł w inne miejsce.

Nieść krzyż wiedząc, że on znaczy przede wszystkim wezwanie dla mnie. Innych ewangelizujmy dobrze pamiętając, jakie jest sedno Ewangelii: absolutne wyzbycie się chęci jakiegokolwiek przymusu.

21:17, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
wtorek, 03 listopada 2009
Pokornym być

List do Rzymian 12,16a

Psalm 131,1

”Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne.”

”Panie, moje serce się nie pyszni

i nie patrzą wyniośle moje oczy.”


Kto może powiedzieć o sobie tak jak Psalmista?

22:49, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Zaduszki i zamyślenia o wszystkim

Ewangelia Jana 14,1-6

”Jezus powiedział do swoich uczniów: - Niech się nie tworzy serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem. Znacie drogę, dokąd ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: - Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: - Ja jestem drogą, prawda i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie"

W tak zwany bardziej popularnie Dzień Zaduszny, czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, mamy aż trzy msze, tak jak w Boże Narodzenie i Wielkanoc, choć dzień ten nie jest nawet świętem, ma tylko rangę liturgiczną „wspomnienia". Oczywiście w prawie każdej polskiej parafii rzymskokatolickiej msza jest odprawiana nawet i w dzień powszechni, a już zawsze w niedzielę parę razy, ale tu chodzi o trzy różne rytuały, w szczególności różne teksty biblijne. Wybrałem ewangelię z mszy trzeciej. 

Mamy tu uspokojenie: Niebo jest obszerne, pomieści wielu. Można też ową wielość mieszkań rozumieć jakościowo: że są to mieszkania rozmaite. Tak jak Jezus jest jedną drogą, ale nie jest to ciasna uliczka, raczej szosa wielopasmowa. Idą Jego drogą także ludzie zgoła pozakościelni, ale też zgoła heroiczni, od Buddy i Sokratesa do Bonhoeffera i Korczaka.

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz": w „Gościu Niedzielnym" wyczytać można, że te słowa biblijne nie bardzo pasują do kremacji zwłok, bo wyprzedza ona czas przecież przyszły owego stwierdzenia. Niepojęte są jednak dla mnie takie opory polskich duchownych wobec urny, na szczęście prymas Glemp w sobotnim wystąpieniu telewizyjnym potraktował ją na równi z trumną. Pewnie że nasze „doczesne szczątki" to też rodzaj relikwii, ale mamy bardziej - by tak rzec - estetyczne: na przykład listy zmarłych, fotografie, filmy. Oraz coś bardziej ulotnego, ale też bardziej obecnego wewnątrz nas: obraz zmarłych we wspomnieniach. Często na szczęście coraz sympatyczniejszy: czas leczy także te rany, goi je, zasłania niebieską mgłą. Zaczyna ich nam brakować, także tych, których za ich życia mieliśmy całkiem dosyć.

Co zaś jeszcze do czci cmentarzy: pochodzi ona chyba z wyobrażenia, że z tych konkretnych „prochów" zmartwychwstaniemy, gdy tymczasem sprawa jest zupełnie inna. Taka konkretyzacja - nie muszę dowodzić - jest praktycznie niemożliwa, a ciało nasze zmartwychwstałe będzie zupełnie inne. Jakie? Pytanie ze swej istoty bez odpowiedzi, bo niebieska kurtyna jest szczelniejsza od jakiejkolwiek ziemskiej. Jedyna możliwa odpowiedź to, że jest TAM ”TOTALITER ALITER” - Całkiem Inaczej. I tu czas na coś, co już nieraz napisałem: że TAM nie ma przecież naszej czasoprzestrzeni, a więc i czasu naszego. Zatem czas przyszły w mówieniu o tej przyszłości nie ma sensu: nasi zmarli już TAM są, nie będą dopiero „na końcu świata", bo to pojęcie zakłada upływ czasu, a on jest tylko TUTAJ. Kardynał Ratzinger miał opory przeciw tej innowacji teologicznej, ale ona nasuwa mi się nieodparcie. Razem z wnioskiem, że nie ma żadnego czasu przejściowego między śmiercią a zmartwychwstaniem, żadnych dusz bez ciała snujących się między ziemią i niebem.

Wracam na ziemię. Nasze przedsionki nieba: świątynie. Książeczka „Architektura i liturgia" ojca Louisa Bouyera, spolszczona przez benedyktyna Piotra Włodygę i krakowskie wydawnictwo ”Astraia”, w oparciu o szkic historii projektuje kościół w ścisłym związku z synagogą. Zapamiętałem z lektury dwie myśli. Pierwsza, że po ostatecznym zniszczeniu Świątyni odpowiednikiem tamtejszych ofiar krwawych staje się w synagodze posiłek sakralny: łamanie chleba i błogosławieństwo nad kielichem. Nie jest to - zaznacza Bouyer - substytut tamtej ofiary świątynnej, ale jej udoskonalenie (w dzisiejszych synagogach ortodoksyjnych szabat zaczyna się od błogosławienia wina w synagodze, potem jest maca i wino w domu). Podobieństwo do Eucharystii jest tym większe, że jest to „zapowiedź i bezpośrednie przygotowanie na przyjście królestwa mesjańskiego", czyli dokładnie to, co w kościele, tylko tu mowa jest o jakiejś już aktualnej obecności Chrystusa, czyli Mesjasza, o jakimś już urzeczywistnieniu Powtórnego Przyjścia, czyli Paruzji.

Jakim? Nie tylko katolicy („rzymscy" i starokatolicy), także prawosławni i luteranie wierzą w rzeczywistą, prawdziwą, nawet - wyrażenie scholastyczne - substancjalną obecność Chrystusa w chlebie i winie. W tym kierunku idą w ogóle uzgodnienia międzywyznaniowe. Europejscy luteranie dogadali się na temat obecności „realnej" z kalwinistami (ewangelikami reformowanymi) i metodystami. Ci drudzy i trzeci szli dotąd za Kalwinem mówiąc o obecności realnej, ale duchowej. A to dogadanie się jest możliwe, gdy nie „materializuje się" już eucharysycznej wiary katolickiej (i prawosławnej), nie wpada się już w jakiś komunijny „kanibalizm". Wyjściem „pomiędzy" jest symbolistyczna interpretacja tej obecności, ale nie w duchu teologii Zwingliego, tylko symbolizmu eucharystycznego starożytnego, gdzie symbol - w duchu platońskim - partycypuje już jakoś w rzeczywistości, do której się odnosi. A w ogóle to przydaje się bardzo w każdej dziedzinie teologii prawosławna niechęć do „dokręcania" intelektualnego każdej kwestii: mniej racjonalizmu, więcej mistycyzmu! Eucharystyczne misterium, czyli tajemnica: nie zgadujmy, czego zgadnąć się nie da.

Druga myśl z książeczki Bouyera: ksiądz twarzą do ludu albo nie, nie w tym rzecz, najważniejsze, by nie było to przedstawienie dla ludu, ale modlitwa wspólna z ludem! Cały lud ”mszy” (wyrażenie ks. Pasierba). Czego nie ma w rycie trydenckim - ale przecież także i w prawosławiu. Tam jest to cudowny, ale koncert, tyle że śpiewa też chór. Ale śpiewa chór, a nie cała wspólnota, skąd powiedzenie, że Cerkiew rosyjską zgubiły chóry. ”Zdezaktywizowały” laikat, przez co go zlaicyzowały. Niechcący pomogły komunizmowi.

A propos laikatu informacja o kolejnej książeczce, małej, ale ważnej. Ks. Leszek Slipek, proboszcz warszawski (z kościoła na Chłodnej), wydał w Wydawnictwie Archidiecezji Warszawskiej wraz ze świeckim Wojciechem Rogozińskim „Rozmowy księdza z wierzącym grzesznikiem" (świetne rysunki ks. Pawła Dudzińskiego!) Na szczęście w „Słowie wstępnym" arcybiskup Kazimierz Nycz precyzuje, że chodzi o dialog między „księdzem (też grzesznym) a wierzącym grzesznikiem świeckim", bo księża nie są niepokalanie poczęci, a też są wierzący. Arcybiskup warszawski ustawia problem jeszcze dobitniej pisząc, że obie te strony są Kościołem, obie są odpowiedzialne za Kościół. Co zresztą oczywiście autorzy świetnie rozumieją. 
A w tej rozmowie laik Rogoziński pozwala sobie na przykład tak: ”Nawiązując do tego, co mówisz: mam wrażenie, że polski Kościół powinien w końcu zdobyć się na konkretną lustrację, otrząsnąć się z tych wszystkich pasożytów, które na nim żerują, ogrzewają się w cieple Kościoła, czerpią poczucie bezpieczeństwa z jego potęgi, ale per saldo ten nasz Kościół kompromitują. Załatwiają sobie przy jego pomocy jakieś własne sprawy. Nie są autentyczni. A ludzie, którzy ich widzą i którzy utożsamiają ich z Kościołem, czym prędzej od nas uciekają. Kościół to nie jest - kurczę blade - cicha przystań! Czy możesz mi wytłumaczyć, dlaczego tak rzadko otwiera się na ludzi krnąbrnych, niepokornych? Przecież jeśli ci ludzie są, jacy są - to znak, że myślą. Że przeszli jakąś drogę. Że możemy mieć z nich wielki pożytek. Tylko człowiek, który coś w życiu przeszedł, może tłumaczyć innym, czy dana droga jest dobra, czy nie.” 

Ksiądz Slipek mówi wcześniej to samo i w ogóle nie czuje się w obowiązku bronić Matki Kościoła w zaparte, więc rzecz jest do czytania. A problem owych pasożytów jest zgoła niewąski! Niebezpieczna jest ta eklezjalna tendencja do szukania przyjaciół tylko wśród klakierów. Krytyków posądza się o najgorsze. Wydawnictwo katolickie krakowskie M wydało właśnie grubą powieść znanego dziennikarza i pisarza kanadyjskiego Michaela D. O`Briena pt. „Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy". Moje wrażenie po uważnej lekturze jest takie, że jest to „Kod Leonarda da Vinci" do góry nogami. Autor również obsmarowuje przeciwnika piekielną smołą, tyle że widzi go nie w Kościele rzymskokatolickim, ale we współczesnej „laicy". Bohaterem absolutnie negatywnym, antychrystem wręcz jest prezydent Unii Europejskiej. Elegancki, bardzo sympatyczny sławny intelektualista profesor, w istocie łajdak, ba, bandyta wręcz, morderca! Zaprawdę rydzykizm szaleje nie tylko nad Wisłą.

Na koniec piękny cytat z książeczki Henryka Makowskiego „Msza dla maluczkich". 

”Wierzę w Niewidzialnego i dotąd nigdy nie widzianego Boga, prawdziwie wierzę. Wierzę poobijany przez życie, wierzę prawie bez argumentów. Wierzę, by mieć ostatnią nadzieję w ciemności, żeby pogadać, rękę przyjaźnie podać, przytulić się i zapłakać. Wierzę nie dla nagrody i dla świętości biurokratycznie ogłoszonej. Wierzę do ostatniego ziarenka zdrowaśki, by łatwiej innych zrozumieć i uśmiechnąć się łatwiej. Wierzę, gdyż uznaję prawdę o Twoim istnieniu. Zależność między Bogiem a mną tworzy więź, człowieczo potrzebną świadomość, że ktoś jest jako ostateczne ogniwo Hiobowego odwołania”.

17:34, jan.turnau
Link Komentarze (21) »
niedziela, 01 listopada 2009
Święci całkiem wszyscy

Ewangelia Mateusza 5,1-12a

”Błogosławieństwa”. Pasują znakomicie do dojrzewającego w moim Kościele przekonania, że metryka katolicka nie jest warunkiem uznania za świętego (są już różne znaki zapowiadające jakby jakieś katolickie akty formalne w sprawie różnych Korczaków i Bonhoefferów). A o 1 i 2 listopada napisałem w „Metrze" tak oto. 

Święta Zmarłych: tak się potocznie nazywa w Polsce pierwsze dni listopada. Ktoś narzekał, że to terminologia komunistyczna, że przecież są to dwa różne święta: 1 listopada wspominamy ludzi oficjalnie uznanych za świętych, dzień później ”wszystkich wiernych zmarłych”. Ja jednak nie mam nic przeciwko tej akurat swoistej laicyzacji. Niech katolicy będą bardziej precyzyjni, ja jednak cieszę się, że są każdego roku takie dwa dni , kiedy myślimy o tych, co kiedyś byli blisko nas. Zastanawiamy się, czy nie są jednak dalej gdzieś bardzo daleko, i wspominamy ich obecność na tym świecie.

Zresztą może te dwa święta rzymskokatolickie są trochę na podobny temat. W moim Kościele mówi się coraz mocniej, że świętych jest znacznie więcej: wielcy duchowo nie są tylko ci, których wartość moralną stwierdzono oficjalnie. Są nieraz poza formalnymi granicami tej akurat społeczności religijnej: męczennik agnostyk Janusz Korczak nie jest tu jedynym argumentem. Na szczęście ciasnota powoli przestaje być cnotą. Widać ją jakby co prawda w oficjalnej nazwie ”Zaduszek”: modlimy się przecież na cmentarzach nie tylko za ”wiernych zmarłych”, nie tylko za ”dobrych katolików”.

Ale nad grobami wyzbywamy się również naszej najprywatniejszej ciasnoty. Nasi zmarli bliscy jakby z czasem zbliżają się do nas. Byli za życia dalecy: lubiliśmy ich, ale jak ich nie było, mieliśmy ich po dziurki w nosie. Czas jednak leczy rany, które zadawaliśmy sobie nawzajem. Im dalej, tym wydają się nam sympatyczniejsi, bo przybywa nam wyrzutów sumienia. 

10:43, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
sobota, 31 października 2009
Wywyższyć Reformatorów

Ewangelia Łukasza 14,11

„Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony".

Formuła syntetyzująca Ewangelię. Odniosę ją do tematyki dzisiejszego Święta Reformacji, Do Lutra i Kalwina przez katolików przez wieki poniżanych, teraz wreszcie wywyższanych . Odsyłam do dzisiejszej „Arki Noego" (jest także w internecie: wyborcza.pl/swiateczna), do wywiadu z luteraninem księdzem Hintzem, profesorem Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej (i proboszczem u stóp Jasnej Góry - Polska jest jednak pluralistyczna!). Mówi o dwustronnie nowym spojrzeniu na Lutra, stereotypach luterańskich i katolickich, także o dzisiejszych luteranach, ich rzeczywistych poglądach teologicznych i etycznych (antykoncepcja, aborcja, eutanazja, homoseksualizm).

To o rehabilitacji Lutra - wyważonej: też luteranie nie wynoszą go na ołtarze, nie tylko dlatego, że w ogóle nie lubią takiego wywyższania ludzi (nie ma u nich sformalizowanej czci świętych - choć w ich kalendarzu liturgicznym pod datą 1 listopada mamy napisane tak: „Pamiątka Świętych Pańskich. Pamiątka Umarłych".) Ale był też Jan Kalwin. Urodzony 500 lat temu, wydawnictwo SEMPER dało nam do czytania po polsku jego biografię pióra uczonego Alistera E. Mc Gratha, profesora Oksfordu. Książka (księga - 400 stron!) rewelacyjna! Autor podważa w szczególności obraz Kalwina jako potwornie surowego moralnie teokraty. Pisze np. tak w rozdziale pt. „Genewa: umocnienie władzy":

”Wokół okresu tego narosło również mnóstwo mitów odzwierciedlających głęboki niesmak, z jakim postrzegano Kalwina w XIX i XX w. Warto może wspomnieć o kilku z nich, by wskazać, jak głęboko mit «wielkiego dyktatora Genewy» zakorzenił się w popularnej literaturze religijnej i historycznej. 

Balzac w Komedii ludzkiej informuje czytelnika, że natychmiast po przybyciu Kalwina do Genewy w 1541 r. «zaczęły się egzekucje i religijny terror». Być może francuski powieściopisarz używając daleko posuniętej licentia poetica pomylił Kalwina z Robespierrem; w żadnym razie w Genewie nie panował terror, a Kalwin nigdy nie cieszył się pozycją pozwalającą mu wszcząć podobną kampanię, nie wspominając nawet o tym, by mógł nią kierować. Od powtórnego przybycia reformatora do Genewy aż do jego śmierci, w Genewie odbyła się tylko jedna egzekucja z powodów religijnych, związek zaś Kalwina z tą sprawą był - jak się przekonamy - dosyć peryferyjny [chodzi o spalenie Serweta - JT]. 

Bliżej naszych czasów usiłował zdyskredytować Kalwina Aldous Huxley twierdząc - bez żadnego udokumentowania tej tezy - że «za czasu teokratycznych rządów wielkiego Kalwina w Genewie, publicznie ścięto głowę dziecku, które poważyło się podnieść rękę na swych rodziców». Po pierwsze, nie znajdujemy żadnej wzmianki o podobnym wydarzeniu w genewskich archiwach (kompletnych i dostępnych na każde życzenie), po drugie, w genewskich kodeksach prawa, zarówno karnego, jak i cywilnego, brakuje podstawy prawnej uzasadniającej podobne oskarżenie, nie wspominając nawet o tak drakońskiej karze; po trzecie, ani treść, ani egzekucja panującego w Genewie prawa nie zależały od Kalwina. Owszem, jako prawnik z zawodu, brał on niekiedy udział w tworzeniu prawa, np. ok. 1543 r. poproszono go o opracowanie zbioru praw dotyczących straży miejskiej. Nie były to jednak jego prawa, lecz prawa miejskie. Po czwarte, można Huxleyowi wytknąć dyletanckie użycie sformułowania «rządy teokratyczne». Istotnie, często sugerowano głęboko teokratyczny charakter myśli politycznej Kalwina. Należy jednak wyjaśnić znaczenie tego subtelnego terminu. Powszechnie przyjmuje się, że oznacza on ustrój polityczny, w którym władza cywilna znajduje się pod wpływem duchowieństwa bądź innego kościelnego instrumentu władzy. Nietrudno więc wykazać, że Kalwinowi nigdy nie udało się ustanowić - nigdy też zresztą, mimo zapewnień Huxleya, nie zamierzał ustanawiać - teokracji w Genewie.”

No, fajnie! Takie to było brzydkie poniżanie wielkiego człowieka przez niekalwinistów. Czy jednak tylko przez nich?

Zajrzałem do „Encyklopedii Katolickiej" i o Kalwinie przeczytałem, że „1536 (...) przeniósł się do Genewy, aby zaprowadzić tam porządek i karność kościelną; bezkompromisowość w ewangelizowaniu społeczeństwa przez narzucanie surowych praw i obyczajów, a zwłaszcza próby regulowania szczegółowymi przepisami życia prywatnego obywateli i nadzorowania ich moralności metodami policyjnymi, doprowadziły go do konfliktu z władzami miasta. (...) W następnych latach Kalwin wprowadził w mieście rządy teokratyczne."

Otóż napisał to hasło nie żaden katolik, jeno ewangelik reformowany, czyli kalwinista śp. ksiądz Jerzy Stahl! Ciekawe!

07:53, jan.turnau
Link Komentarze (11) »
piątek, 30 października 2009
Żal też Żyda

List do Rzymian 9,1-5

”Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa dla zbawienia braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierze i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim. Bóg błogosławiony na wieki. Amen.”

Nuta bardziej osobista. Zdecydowany, święcie przekonany o własnej racji, porywczy Paweł bywa inny: pokłócony śmiertelnie ze swymi współplemieńcami i do niedawna współwyznawcami, wyznaje jednak swoją więź z nimi. Mówi nie tylko o uczuciach, także „teologizuje": zapewnia, że Żydzi, którzy nie przyjęli Chrystusa, nie przestali być narodem wybranym. Zwraca uwagę owa „klątwa": w oryginale jest „anatema", którą sam chciałby być Paweł, oczywiście nie jako ją rzucający, ale właśnie jako nią ukarany.

Daleko Apostołowi do dalszych pokoleń wyznawców Chrystusa, którzy przyjęli tylko Pawłową krytykę Prawa, zapominając zupełnie, co ciepło pisał o tych, którzy przy Prawie pozostali.

Kalambur (antyantysemicki): ob-żyd-liwy. Paweł z Tarsu taki nie był.

21:37, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
czwartek, 29 października 2009
Jeśli Bóg z nami

List do Rzymian 8, 31b-39
”Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i nam wszystkiego nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej, zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i wstawia się za nami? Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: «Z powodu ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź». Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani potęgi, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.”

Paweł pisze rozmaicie. Często, na mój gust za często, są to zawiłe wywody teologiczne i pastoralne, nie zawsze zrozumiałe, a w każdym razie nużące, może dlatego, że po prostu dyktowane, nie pisane. Czasem jednak, za rzadko, mamy w jego epistołach perły literatury religijnej. Hymn o miłości nie jest wyjątkiem, są inne cudowne teksty w rodzaju tego dzisiejszego.

Można by rzec, że jest to z kolei hymn o nadziei. Mamy tu obraz Boga zatarty przez różne inne wizje, owszem, też biblijne. Zresztą sam Paweł nieczęsto tak mocno pociesza. Raczej gani, niemal wymyśla nawet, moralizuje zawzięcie. Tu jednak krzepi i to fantastycznie. Nadzieja powszechnego zbawienia...

PS. A ta wyliczanka czynników działających przeciwko nam rzeczywiście dość dziwna, te wysokości i głębokości, nawet i aniołowie jakby nam niechętni (chyba jednak nie demony). Ale to mało ważne: ważna jest naprawdę tylko tej perykopy myśl główna: miłość Boża do nas jest absolutna! 
Nie przejmujmy się też tym „nieoszczędzeniem" Syna, „wydaniem" Go. To tylko taki język - nie dość powtarzać, że to ludzie nie oszczędzili Jezusa, nie Jego Ojciec! On tylko chciał, by Syn podjął dolę człowieczą ze wszystkimi jej dramatami, niemożliwością obrony przed nienawiścią innych ludzi. By szedł przez życie nie skrywając swoich poglądów, ukrywając jednak jakby swoją moc, rezygnując ze swojej nadziemskiej siły. By był do końca barankiem, nigdy wilkiem. By zło dobrem zwyciężył.

18:52, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
środa, 28 października 2009
Judasz nie zdrajca

Ewangelia Łukasza 6,13-16

„A kiedy nastał dzień, przywołał swoich uczniów i wybrał z nich Dwunastu, których nazwał apostołami:
Szymona, którego nazwał Piotrem,
i Andrzeja, brata jego,
i Jakuba,
i Jana,
i Filipa,
i Bartłomieja,
i Mateusza,
i Tomasza,
i Jakuba Alfeuszowego,
i Szymona zwanego Zelotą,
i Judę Jakubowego,
i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą”
.

Zatytułowałem wpis przekornie, ale jeden i drugi apostoł zwie się w oryginale greckim Judą, dopiero przekłady zaczęły przekładać oceny etyczne na ortografię. A piszę o Judzie sprawiedliwym, bo dziś ma swój dzień wespół z Szymonem nie Piotrem. O obu tych apostołach wiemy mało wiele, ale o każdym na tyle, by dwoje naszych luminarzy kościelnych, profesor Świderkówna i biskup Pieronek, mogli napisać o nich do zrobionej przeze mnie kiedyś książeczki Znaku „Dwunastu apostołów”. Pani Anna napisała o Zelocie (Gorliwcu?), biskup o Judzie. Przepisuję poniżej tekst drugi, bo Autora właśnie imieniny. Ma na imię Juda? Niekoniecznie, choć i jemu również żydostwo zarzucano - ale apostoł był jakby dwuimienny. Oto o nim wiedza podstawowa.

”«Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca» (J 14, 23-24). Dzięki relacji św. Jana, zawartej w jego Ewangelii, wiemy, że słowa te wypowiedział Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy, zwracając się bezpośrednio do Apostoła Judy Tadeusza. Wśród Dwunastu figuruje on dwukrotnie pod imieniem Tadeusz (Mt 10, 3 i Mk 3, 18), raz jako Juda, syn Jakuba (Łk 6, 16), raz jako Juda, brat Jakuba (Dz 1, 13), i raz jako Juda, ale nie Iskariota (J 14, 22). To właściwie wszystko, czego o tym popularnym w Polsce świętym i patronie spraw beznadziejnych dowiadujemy się z Pisma Świętego. Współcześni bibliści nie mają pewności, czy Juda Tadeusz to brat Apostoła Jakuba Mniejszego i czy to właśnie on był autorem jednego z listów wchodzących w skład ksiąg kanonicznych Nowego Testamentu, o czym była przekonana cała plejada dawnych egzegetów, m.in. takie powagi jak św. Atanazy i św. Augustyn. Według Paulina z Noli, Juda Tadeusz apostołował w Libii, a według Wenancjusza Fortunata, głosił Ewangelię w Mezopotamii i zginął wraz z Apostołem Szymonem w Persji, zabity pałkami. Tradycja kościelna mówi nam o Judzie Tadeuszu znacznie więcej, ale i te wiadomości nie są pewne i giną we mgle. Legenda, w którą zdaje się wierzyć św. Hieronim, jest piękna i opowiada o współczesnym Chrystusowi królu Edessy (dzisiejsza Urfa w Turcji) - Abgarze V. Zarażony trądem król miał napisać do Chrystusa list z prośbą o uzdrowienie, zaś dostarczycielem listu został malarz, któremu król polecił sportretować Chrystusa. Jednak dzieło malarza okazało się tak nieudolne, że sam Chrystus wziął pędzel i uzupełnił je. Spojrzenie na wizerunek Mistrza uwolniło króla z choroby, doznał też łaski nawrócenia, a Juda Tadeusz udzielił mu chrztu. Ten cudowny autoportret Chrystusa został umieszczony na bramie Edessy, przez co stała się ona niezdobytą twierdzą. Tyle legenda, która zresztą ma kilka wersji, zaś listy Abgara V do Chrystusa i Chrystusa do Abgara można znaleźć u Euzebiusza z Cezarei. Z legendy zostało tyle, że Juda Tadeusz przedstawiany jest zawsze z portretem Chrystusa w ręku.

Ilekroć słyszałem, że mój Patron, bo i ja jestem Tadeusz, potrafi orędować w sprawach beznadziejnych, oburzałem się, chyba podświadomie myśląc o wszechmocy Bożej. U Boga bowiem nie ma spraw beznadziejnych i wszystko jest możliwe. Z czasem zrozumiałem, że tu przecież chodzi o ludzką słabość. Tyle jest problemów, wobec których człowiek staje bezradny, i jeżeli nikt mu nie może pomóc, pozostaje zwrócić się do Boga za pośrednictwem Judy Tadeusza, który jako Apostoł, najbliższy współpracownik Chrystusa, po prostu zna się z Nim dobrze i tak jak każdy porządny Tadeusz zlecanie mu sprawy skutecznie załatwia.
W wielu polskich kościołach św. Tadeusz cieszy się dużym kultem, co zapewne wiąże się z wielością ludzkich spraw beznadziejnych. Z całą pewnością jednak przebija w tym Polaków czeska Praga, gdzie swaty Tadeaszek jest szturmowany przez wierzących i niewierzących, którzy zasypują go prośbami o pomoc spisywanymi na kartkach i wkładanymi w każdą szparę w drzewach w pobliżu kapliczki z jego figurą. Nie wiem, czy z tak obszerną korespondencją sam daje sobie radę, czy może zatrudnia kilkunastu aniołków, ale nic nie zapowiada, by chciał się wycofać z tej trudnej, lecz jakże ludziom potrzebnej posługi.”

13:31, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 października 2009
O beatyfikację kociej mamy!

List do Rzymian 8, 18-25
„Sądzę, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności nie z własnej chęci, ale ze względu na tego, który je poddał, w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy oczekując przybrania za synów, odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, której spełnienie już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda? Jeżeli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy"

Fragment Biblii unikalny ze względu na zdanie o „całym stworzeniu". Nigdzie tak wyraźnie (choć bardzo skrótowo i przez to tajemniczo) nie zostało powiedziane w Piśmie Świętym, że nadzieja lepszego losu dotyczy również innych gatunków zwierząt. Tylko zwierząt? Rośliny też żyją i nawet jakoś czują. Na wspominanych w Biblii ”nowej ziemi i nowym niebie” będą jakoś obecne.  

Wrażliwość na cierpienie reszty stworzenia nie jest oczywiście obca poszczególnym duchownym. Podobno pewien polski biskup kochał swoją wilczycę bardziej niż zakonnicę, która go obsługiwała... Niemniej przesłanie zoologiczne" świętego Franciszka z Asyżu wciąż czeka na dowartościowanie w duszpasterstwie katolickim. Benedykt XVI w niedawnym dokumencie otworzył się na ruch ekologiczny idąc śladem patriarchy Konstantynopola Bartłomieja I, ale nie widzę podobnej nowości w Episkopacie Polski. Szczególnie ucieszyłbym się listem pasterskim wzywającym do ewangelicznego współczucia dla tylu gatunków zwierząt katowanych przez „homines sapientes": poczynając od psów i kotów, kończąc na karpiach wigilijnych. Niektórzy franciszkanie przodują w różnych mszach dla zwierząt, nawet i te zakony (a samych męskich jest przecież aż trzy) nie spieszą jednak z jakąś mocną inicjatywą z okazji swojego 800-lecia. Przeszkadza w tym zapewne pobożne przekonanie , że pozakościelny ruch ekologiczny (mający nawet swoją sekciarską gałąź) troszczy się o ziemię z wielkim impetem, ale ignoruje człowieka (aborcja, eutanazja). Otóż można przecież pogodzić te dwie wrażliwości. Tak jak kocha się własne dziecko jeszcze przed urodzeniem, ale własnego psa również, nie dywagując, którego życie jest świętsze. 

A różne kocie i psie mamy niech cieszą się naszym szacunkiem, wręcz kościelnym - a jakże! Między innymi Ariana z podświdnickich Gołoszyc vivat!

17:05, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 października 2009
Ojcowanie. Co to jest ciało?

List do Rzymian 8,15

„Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: - Abba, Ojcze"
.
„Encyklopedia biblijna" powiada, że to słowo aramejskie znaczy „ojciec", ale słusznie tłumaczone jest też jako „mój ojciec" lub „nasz ojciec". Jezus zwrócił się tak do swego Ojca w Ewangelii Marka w momencie szczególnym: w ogrodzie Getsemani, gdy prosił: „Ty wszystko możesz, zabierz ode mnie ten kielich. Lecz niech się stanie nie to, co ja chcę, ale to, co Ty". Paweł upoważnia do takiego zwrotu również czytelników Listu do Galatów (4,6), a jest to zwrot - zauważa „Encyklopedia" - sugerujący rodzinną bliskość. Tamże wyczytałem też, że „wielu uczonych znajduje potwierdzenie takiego użycia w judaizmie starożytnym, ale inni dowodzą, że pochodzi ono od Jezusa". Kiedyś gdzieś znalazłem nawet wyjaśnienie, że „Abba" to właściwie „Tatusiu".

Rewolucja religijna. Oddzielanie „grubą kreską" Starego Testamentu od Nowego to już myślowy przeżytek, niemniej obraz Boga w Biblii Hebrajskiej jest niewątpliwie bardziej groźny. Pomijając wszystko inne, nie jest to Bóg, który „Syna swego jednorodzonego dał, aby nikt wierzący w Niego nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16). Paradoksalnie jednak groźny bywał również Jego obraz w chrześcijaństwie. Sędziwa już jest myśl, że z owej groźności wynikła mało prawowierna mariologia, zsyntetyzowana w słowach pieśni katolickiej: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze". Dziś znaleziono nawet w Biblii hebrajskiej nazwanie Boga Matką, a w każdym razie przestaje On być strasznym Sędzią. Chociaż właśnie powoli. Wizja grożącego każdemu wiecznego potępienia wciąż robi swoje.
Ojcostwo. Być ojcem: temat modny dzisiaj, szkoda, że nie wcześniej. Wstrząsająca ankieta „Gazety Wyborczej", cenna także książeczka ewangelickiego pisarza religijnego Henryka Wiei pt. „Moc błogosławieństwa ojca" (wydawnictwo KOINONIA w Ustroniu). Jestem tu umiarkowanym optymistą. Gdy porównuję siebie i mojego syna, myślę sobie, że dzisiejsi mężczyźni w małżeństwach partnerskich są o wiele lepszymi ojcami niż byli ich płodziciele. Po prostu więcej czasu są z dziećmi, a często też więcej okazują im umysłu i serca.

List do Rzymian 8,12-13
„Jesteście, bracia, dłużnikami, ale nie ciała, byśmy żyć mieli według ciała. Bo jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy ducha uśmiercać będziecie popędy ciała, będziecie żyli. Albowiem wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi".
Wracam do tekstu listu, bo w warszawskim KIK-u spotkałem kogoś, kto mi ponarzekał na Pawłową „antycielesność". Jest to istotnie problem. Bardzo łatwo o interpretacje sugerujące, że mamy u Apostoła neoplatońską nienawiść do naszej ziemskiej powłoki, które to uczucie owocowało potem przez długie wieki chrześcijaństwa, a nie było bynajmniej zakorzenione w Biblii. W przeciwieństwie do potężnego nurtu filozofii greckiej, myśli Platona i Plotyna, Pismo Święte, czyli antropologia żydowska, pojmuje w ogóle człowieka jako jedność: nie ma tu rozdzielenia go na duszę i ciało. Słowo „dusza" występuje wielokrotnie, ale chodzi o zasadę życia, czynnik ożywiający (Bóg tchnął duszę czy też właśnie życie - jedno słowo - w glinę, by powstał Adam). Tylko w bardzo późnej, wyraźnie grecyzującej Księdze Mądrości dusza jest przeciwstawiona śmiertelnemu ciału, które ją przygniata (3, 1-3, 9,15). Tego dualizmu nie ma też w księgach Nowego Testamentu. 

No właśnie - ale u Pawła? Otóż bibliści upierają się, że u tego myśliciela pogardy dla ciała nie ma. Paweł przeciwstawia ciału nie duszę, ale ducha. Grzechy (tak cielesne, jak i duchowe) są uczynkami ciała, cnoty owocem ducha. Może trochę tak - to już pomysł mój - jak w zawołaniu: „W zdrowym ciele zdrowy duch!". Ciało jest tym elementem, który wymaga duchowego ożywienia, bo samo z siebie ciąży.

Pewien problem jest jednak też z rozumieniem słowa „duch". Czy - na przykład właśnie tutaj - chodzi o ducha z małej litery, naszego własnego, czy wręcz o Ducha Bożego? W cytowanym tu przekładzie Tysiąclatki mamy ducha małego, w naszym, bandy czworga, tłumaczeniu też, ale np. Biblia ekumeniczna 11 Kościołów ma Ducha (Świętego), który zresztą pojawia się bezspornie zaraz dalej.

No i wreszcie w tej samej perykopie jest trzeci rodzaj ducha, wręcz negatywny: ów duch niewoli, przeciwstawiony duchowi usynowienia. Ta niewola to życie duchowe pod Prawem: Paweł jest przeciwnikiem duchowości swej pierwotnej religii zaprawdę niezmordowanym.

15:28, jan.turnau
Link Komentarze (16) »
środa, 21 października 2009
Grzech nie śmiech

List do Rzymian 6,12

„Niech grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom.”

Z kontekstu wynika, że nie chodzi tu tylko o grzechy „cielesne”, o głównie szóste przykazanie katechizmowe. Chodzi w ogóle o uchybienia moralne, nazywane w języku religijnym grzechami. Niezależnie od języka są one faktem. Można by rzec, że grzech nie śmiech. Ale może zarazem śmiech? Czy w swoim zapatrzeniu we własny pępek nie jestem po prostu komiczny?

Tyle refleksji dzisiejszej, którą wróciłem do „pisankowania”, tylko jednak dzisiaj: grypa twarda jak kamień.

17:51, jan.turnau
Link Komentarze (119) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44