Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
niedziela, 28 sierpnia 2016
Im większy jesteś, tym bardziej się uniżaj!

Mądrość Syracha 3,17-18.20.28-29
Psalm 68,4-7b.10-11
List do Hebrajczyków 12,18-19.22-24a
Ewangelia Łukasza 14,1.7.14
„Im większy jesteś, tym bardziej się uniżaj”, powiada Syrach. „Jeśli cię ktoś zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca (...) Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” – wtóruje mu Łukasz. Argumentacja dla tych zasad jest także utylitarna doczesność: bo może przyjść ktoś znamienitszy i poproszą cię, byś ustąpił mu miejsca, co będziesz musiał uczynić ze wstydem (Łukasz). Ale i podobna na pozór, bo mówiąca też o korzyści, ale całkiem inne: „a znajdziesz łaskę u Pana” (Syrach). Czyli podstawowe przesłanie Ewangelii, Biblii, chrześcijaństwa, też oczywiście starszych braci w wierze. A rymują mi się te nauki z awansowaniem przez owe źródła ubogich, słabych w ogóle: „Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych”, pisze trzeci ewangelista, psalmista też dzisiaj o ubogich pamięta: „Twoja rodzina, Boże, znalazła to mieszkanie, które w swej dobroci dałeś ubogiemu”. Owa Boża familia to tutaj nie Święta Rodzina w Betlejem, nie zacytowałem przez omyłkę Łukasza, tylko – jak i przedtem – Biblię Tysiąclecia, dwa wersy, które Poznanianka przetłumaczyła nieco inaczej: „Lud Twój tam się osiedlił; w dobroci swej, Boże, zatroszczyłeś się o biednego”.
A List do Hebrajczyków? Powinienem unikać naciąganych sugestii, że wszystkie cztery teksty mówią o tym samym, nie sugerując jednak tego dodam, że kojarzy mi się tutaj obraz Boga w liście niegroźny, jakby łagodny: „Nie przyszliście do namacalnego i płonącego ognia, do mgły, do ciemności i burzy ani też do grzmiących trąb i do takiego dźwięku słów, iż wszyscy, którzy go usłyszeli, prosili, aby do nich nie mówił”.
Tyle tylko, że polskie powiedzenie pobożne brzmi czasem: „Boże, słyszysz, a nie grzmisz”. Terroryzm...
Wpis niewielki, więc taka też kolubryna, napisana do „Buntu Młodych Duchem”.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Kryterium wiary ortodoksyjne: przyjmowanie uchodźców
FRANCISZEK W POLSCE I W OGÓLE
No i przyjechał do nas, do Polski tak mocno katolickiej. Czy jednak katolickiej w jego stylu? Co zrobił, aby ten styl trochę zmienić?
Ten notatnik ma służyć zgodnie z tytułem sprawie jedności chrześcijan, więc najpierw trochę o tym. W „Magazynie Świątecznym” „Gazety Wyborczej” napisałem jako Jonasz tak oto.
Bracia nasi zapomniani
Papież Franciszek spotkał się ostatniego dnia w Krakowie z przedstawicielami polskiej społeczności żydowskiej, oczywiście z rabinem Michaelem Schudrichem na czele. Dobrze, że starczyło na to czasu w bardzo wypełnionym programie. Podejrzewam, że motorem tego spotkania był przyjaciel Franciszka rabin Skórka, który z nim ojczyznę swych przodków odwiedził. Nie było go już na tamtej audiencji, bo miał też w Polsce program bogaty, ale pewnie tej sprawy pilnował. Nie było natomiast podobnego uhonorowania innych polskich chrześcijan. Zwierzchnicy ich zostali zaproszeni do Krakowa, Częstochowy i Auschwitz, oczywiście przybyli, ale do rozmowy papieża z nimi nie doszło. I tu znowu coś przypuszczam: gdyby Franciszek miał u swego boku jakiegoś chrześcijanina nierzymskokatolickiego, na przykład pastora zielonoświątkowego Jorgego Himitiana, z którym też zaprzyjaźnił się w Argentynie, znalazłaby się choćby chwila. W każdym razie polscy ekumeniści rzymskokatoliccy jako doradcy papieża jednak jakoś zawiedli. Bo on sam jest przecież rzecznikiem ekumenizmu gorącym, jeżeli za rok weźmie udział w obchodach 500-lecia reformacji w szwedzkim mieście Lund.
No właśnie, ta rocznica. Posłanka PSL Lucyna Pasławska, luteranka, wnioskowała do sejmowej Komisji Kultury o ogłoszenie roku 2017 reformacyjnym mianem. Konkurencyjnych pomysłów było sporo, ale szkoda, że ten ekumeniczny nie załapał się nawet na rozważenie przez cały polski parlament. Choć przecież ojcem polszczyzny był podobno niejaki Mikołaj Rej, żadną miarą rzymski katolik. By tylko jego w tym kontekście nieśmiało przypomnieć...    
Z naszym stosunkiem do współwyznawców Chrystusa jest po wierzchu nieźle: gdy popatrzeć na stołeczny szczyt. Nie ma też oporów kołtuńskich jak to bywa w przypadku starszych braci w wierze. Ale czy jest to sprawa duszpastersko priorytetowa, jak polecał Papież Polak? Mamy w Polsce trochę hobbystów, ale przynajmniej tyle samo ekumenistów tylko z urzędowego, nie z osobistego powołania. Statystyka wyznaniowa, że u nas tak mało innych chrześcijan, iż sprawa musi być marginesowa, nie wszystko tłumaczy. Co prawda, Franciszek też do zrozumienia tej oczywistości nie doszedł już dzieckiem w kolebce, ale z owym duchownym zielonoświątkowym zaprzyjaźnił się na całego, duszpastersko skutecznie. Jednak pod Wawelem w tym względzie nie wyszło.
A co w ogóle wyszło? Wizyta poskutkowała? Oczekiwania były wielkie. Jedni liczyli na zmianę prawdziwie dobrą, drudzy bali się zmiany jakiejkolwiek.
Franciszek, jaki jest?
Ten biskup rzymski polskim katolikom duchownym i licznym świeckim nie za bardzo pasował. Jeżeli to raczej do złośliwej szeptanki. Myślę, że nie pasował przede wszystkim swoim antyklerykalizmem. Różne społeczności i instytucje na ogół  uważają, że swego dobrego imienia należy za wszelką cenę bronić, tyle jest na nich przecież ataków, a z samokrytyką trzeba bardzo uważać. A Franciszek raczej nie uważa, mówi na luzie, nie sznuruje ust dyplomacją. Co  prawda, tamten z Asyżu jego patronem, czyli musi być łagodnym barankiem. I bywa, ale dla kogo innego, dla tych, co są na samym dole społecznej hierarchii. Także w Kościele. Jeśli ktoś zaraz na początku powiedział, że chciałby Kościoła ubogiego i dla ubogich, to musi się trzymać za swoje słowa. Dlatego przypomina Franciszka z Asyżu, ale Marcina Lutra trochę również. Na szczęście już nie tamte czasy. Ale jest i druga przyczyna papieskiego języka niewyparzonego. Ten biskup rzymski jest nie tylko proboszczem świata, on jest także prorokiem. Jak tamci biblijni, jak Chrystus, chłoszcze słowem wszystko zło tego świata, także właśnie kościelnego.      
Do dni lipcowych roku bieżącego ambony nie były go pełne, dobrze ukrytego w cieniu Jana Pawła II. Ale kiedy się zjawił, zrobiło się o nim oczywiście głośno. Oficjalnym ludziom i mediom Kościoła naturalnie nie wypadało milczeć. Zaskoczyła jednak wszystkich życzliwość mediów zupełnie niekościelnych, szczególnie „Gazety Wyborczej”, która referowała jego wystąpienia zamieszczając je na ogół w całości. Komentowała je entuzjastycznie mimo wcześniejszego krytycyzmu (ile to będzie kosztowało obywateli niekoniecznie katolickich?). Żartowałem sobie, że jest to moje, tamtejszego adwokata spraw religijnych, przed grobem zwycięstwo, ale było to wiktoria samego Franciszka. Pokonuje skutecznie lęki tak zwanych środowisk lewicowo-liberalnych przed instytucją pyszną, wojowniczą i zamkniętą myślowo na cztery spusty. Taka się ona im widzi, nic dziwnego. Nic dziwnego również, że licznym polskim środowiskom eklezjalnym nie podoba się ten przedziwny papież.
Jaki był w Polsce?
Wracam jednak do tego, co wyszło. Najpierw, co powiedział Franciszek, potem jaki to może mieć skutek. Co do tego pierwszego, na szczęście wiemy już także to, co powiedział biskupom podczas zamkniętego spotkania, bo stenogram opublikował Watykan, a za nim KAI. Mamy pełną wiedzę o tym, co powiedział oficjalnie, choć nie zawsze publicznie.
Mówił delikatnie. Jego sekretarz stanu kardynał Polin, który kilka dni wcześniej też odwiedził Polskę, powiedział publicznie, że postępującemu zeświecczeniu musi przeciwdziałać Kościół twórczy i otwarty. Franciszek nie użył takich terminów. Podczas całej wizyty zachowywał się bardziej dyplomatycznie niż wtedy, gdy mówi z Watykanu. Zapewne zazwyczaj tak bywa, gdy odwiedza jakiś kraj i lokalny Kościół. Gość też musi być uprzejmy, nie tylko gospodarz. Zresztą od Vaticanum Secundum obowiązuje decentralizacja, mogą być różne drogi miejscowe duszpasterskie. W każdym razie u uchodźcach mówił wielokrotnie, bo to dla niego przecież sprawa fundamentalna, jak cnotą fundamentalną jest miłosierdzie. Owszem, trzeba działać roztropnie, „nie wszystkie kraje są równe, nie wszystkie mają takie same możliwości, mają jednak możliwość bycia hojnym”. Tak jest, proszę panów Prawa i Sprawiedliwości! A proszę księży proboszczów, można paść dusze rozmaicie, cenniki na sakramenty to jednak pastoralna granda! Określenie moje, ale w tej przyjacielskiej rozmowie z biskupami pouczenie papieski padło, bo jak mogło  być inaczej.                        
Ale gender, gender, gender...
No i może Franciszek sądzi, że tam, gdzie jest uważany za niebezpiecznie miękkiego doktrynalnie, czyli jak w Polsce po adhortacji rodzinnej robiącej furtkę rozwodnikom, powinien akcentować to, co etykę katolicką odróżnia od liberalnej. O owych różnicach mówi nie często, boi się posądzenia swojego Kościoła o tematyczną obsesję, przed którą w adhortacji „Evangelii gaudium” kaznodziejów przestrzegał, ale nad Wisłą wypowiedział się. Zaraz na początku publicznie o aborcji: termin nie padł, ale sens słów był jasny, choć zaznaczył lekko, że przyjmowanie nowego życia musi być odpowiedzialne. No i samym tylko biskupom powiedział bardzo ostro o  kolonizacji ideologią gender: „Dzisiaj dzieci - właśnie dzieci -naucza się w szkole, że każdy może wybrać sobie płeć. A dlaczego tego uczą? Ponieważ podręczniki nauczają te osoby i instytucje, które dają pieniądze. Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, stworzył świat w konkretny sposób, a my czynimy coś przeciwnego. I to jest straszne.”. Nie można zlekceważyć tej opinii, która tak ucieszyła oczywiście naszych gorliwych antyliberałów. Otóż ja sobie myślę tak: każda teoria ma swoich fanatyków, którzy nie pomagają w jej upowszechnianiu, ale w tych słowach Franciszka zabrakło mi jednak owego szacunku dla cierpiącego człowieka, miłosierdzia po prostu, jakie ten papież okazuje homoseksualistom. Transseksualiści cierpią bodaj jeszcze bardziej, o czym świadczy choćby liczba wśród nich samobójstw. Owszem, człowiek płci nie wybiera, ona sama się określa, niestety zdarza się, że podwójnie: psychikę inaczej niż anatomię.
Napisałem mniej więcej tak w wydaniu internetowym „Gazety Wyborczej”, dałem do przeczytania Michałowi Czajkowskiemu i ten zaoponował. Przekonywał mnie, że papież nie musi mówić wszystkiego na dany temat. Nie musiał zaznaczać swojego szacunku dla transseksualistów, bo to jest jednak inna sprawa, a trudno go o brak szacunku do nich posądzać. Hm. Może mój przyjaciel ma dużo racji, choć gdyby padły podobne słowa, nie byłoby może tyle rozgoryczenia środowisk LGTB po tamtych ocenach.
Tymczasem jednak KAI podała 18 sierpnia br. informację następującą.
„Zaburzenia tożsamości płciowej mają charakter psychiczny, nie są wrodzone i nie mają związku z ciałem danej osoby – wynika z badań przeprowadzonych przez naukowców z Amerykańskiego Kolegium Pediatrów (American College of Pediatricians - ACP). Przeczy to głównym tezom ideologii gender i wskazuje na zagrożenia, jakie może powodować jej propagowanie wśród nieletnich.
Naukowcy amerykańscy powołują się na największe jak dotąd badania wśród transseksualnych bliźniaków jednojajowych. Okazało się, że tylko w co piątym przypadku zaburzenia tożsamości płciowej występują u obu bliźniaków. Nie można więc mówić, że mamy do czynienia z tendencjami wrodzonymi, bo w tym wypadku obie osoby mają identyczne DNA i te same okoliczności rozwoju prenatalnego. Ponadto z innych badań wynika, że zaburzenia tożsamości płciowej są o wiele rzadsze, jeśli dziecko nie było zachęcane do uosabiania się z płcią przeciwną. Okazuje się, że to właśnie zachęta do otwartości na zmianę płci i eksperymentowanie na tym tle są główną przyczyną zaburzeń.Amerykańscy pediatrzy powołują się na te terapie, którym są poddawane dzieci z zaburzeniami tożsamości płciowej. Pokazują one, że istotny wpływ na rozwój i utrzymywanie się takich problemów mają czynniki społeczne, psychopatologie rodzinne oraz presja ze strony mediów głównych nurtów i społecznościowych. Co ciekawe, ogłoszenie wyników badań ACP zbiegło się w czasie z bardzo krytycznymi uwagami Franciszka pod adresem ideologii gender. Choć mówił on o tym w Krakowie podczas spotkania z biskupami, jego słowa wzbudziły też szerokie echo w Stanach Zjednoczonych. Środowiska LGBT nie kryły rozgoryczenia. Raport amerykańskich pediatrów pokazał jednak, że papieskie obawy o dobro dzieci poddawanych ideologicznej kolonizacji znajdują też mocne potwierdzenie w badaniach naukowych.”
Tyle KAI, ale następnie ukazał się numer „Tygodnika Powszechnego” z 28 sierpnia, a w nim ważny artykuł tamtejszego redaktora, Artura Sporniaka, pod tytułem „Natura, ale która?”, również na temat papieża i gender. Bardzo ciekawa jest sama informacja autora wstępna. „Podobno biskupi polscy umówili się, że nie ujawnią, iż Franciszek podczas spotkania z nimi mówił także o ideologii gender, i to mówił językiem jakby wprost wziętym z niedawnej wojny wywołanej  głośnym listem Episkopatu z końca 2013 roku. Nie chcieli znowu budzić demonów. Ta godna pochwały powściągliwość został zniweczona przez Watykan. Na watykańskiej stronie w zakładce o Światowych dniach Młodzieży 2 sierpnia ukazał się zapis rozmowy papieża.”
Artykuł jest bardzo obszerny, lekturę polecam gorąco, wyjmuję zeń tylko trochę twierdzeń. Franciszek jest w sprawie transseksualizmu  bardzo krytyczny, co było widać wcześniej na przykład na spotkaniu z biskupami Austrii. Interpretacja teorii gender, jakoby płeć można było sobie dowolnie wybrać, jest błędna, tak jak podobna w sprawie homoseksualizmu. Tego się właśnie nie wybiera, to się zastaje. Jest to wrodzone i bardzo wyraźne: powoduje wielkie cierpienia, wręcz nieraz samobójstwa. U podstaw sporu tkwi tradycyjna koncepcja prawa naturalnego, zwana biologizmem. Z niej wynika między innymi negacja rozróżnienia płci biologicznej i psychicznej. Oby nie było tak jak z teorią Kopernika. Zostawiam sprawę otwartą, specjalistą nie jestem. Choć bliżej mi znacznie do nowego myślenia.
Co z tego wszystkiego będzie?
No i wreszcie o skutkach słów papieskich. Bardzo trudno je zmierzyć. Niemniej mogę chyba napisać, że państwowe władze, co już zasugerowałem wcześniej, przesłaniem Franciszkowym przejęły się średnio. Najważniejszym elementem tego nauczania była sprawa uchodźców. Przyczepiono się do słów łagodzących; także w rodzaju tych, że jest to kwestia relatywna, bo gościnność zależy od sytuacji każdego kraju – ale pominięto dalszy ciąg wypowiedzi: „absolutne jest serce otwarte na przyjęcie”. To jest zresztą cytat z przemówienia do biskupów, nie do polityków, i ci pierwsi wydają się bardziej słuchać papieża (inicjatywa przywożenia samolotami ludzi potwornie zagrożonych). Ale działający w Polsce dalej sojusz ołtarza z tronem (który niedawno Franciszek ogólnie skrytykował) hamuje takie myślenie i działanie.
Czy zmieni się coś na dobre w stylu duszpasterstwa? Czy parafia, jak tłumaczył naszym hierarchom papież, stanie się ośrodkiem różnych kościelnych ruchów, czyli nie tylko urzędem? I czy przestanie być ośrodkiem handlowym, sprzedawania świętości? Myślę, że po słowach Franciszkowych tzw. trend będzie zdecydowanie pozytywny. Na przeszkodzie jest jednak sama rola proboszcza jako właściwie prywatnego przedsiębiorcy, który jest sam odpowiedzialny za to, żeby były pieniądze. Nie pomoże tu chyba zasadniczo realizowanie wreszcie kanonicznego obowiązku powoływania rad ekonomicznych, bo to już inna sprawa, aktywizacja laikatu, która u nas skądinąd leży. Niewiele bowiem chyba pomogą radni świeccy, jeżeli tak czy inaczej w jednej parafii będzie bogato, bo parafian dużo i bogaci, w innych mało i biedni. Cenników będzie coraz mniej, ale finansowy los parafii dalej rozmaity. Czy nie wprowadzić stosowanej we Francji zasady, że uposażenie księży jest zawsze takie samo, ustalane w biskupich kuriach? Trochę by to może pomogło. Choć nie wiem, w jakim stopniu na duchowną, nie tylko proboszczowską chęć życia w luksusie, mieszkania w pałacyku. Na to jest lekarstwo tylko w głębokim przejęciu się papieskim hasłem „Kościół ubogi dla ubogich”! Taki był biskup Jan Pietraszko, gdy przyjął do swojego mieszkania matkę z dziećmi.
Kościół totalnie miłosierny? To też sprawa fundamentalna, jeszcze trudniejsze, dla spowiedników przede wszystkim: sprawa „rozwodników”, pozwalania niektórym na przyjmowanie sakramentalnej komunii. Ilu polskich księży przejmie się furtką otwartą w adhortacji „Amoris laetitia”? Ilu uzna to w ogóle za problem, choć zgoła niełatwy, bo decyzje zupełnie nowe, w sprawach nie administracyjnych czy finansowych, nieporównanie bardziej święty. Zwierzył się kiedyś z lęku przed taką odpowiedzialnością ks. Adam Boniecki, inni spowiednicy polscy pewnie uważają pomysł Franciszka za doktrynalnie absurdalny.
A wiele innych za bardzo wątpliwe. Pocieszam się jednak polskim przysłowiem, że kropla powolusieńku drąży kamień. Nie ostoi się jej żaden myślowy beton.
Jan Turnau
(publicysta „Gazety Wyborczej”)
PS. A co do redaktora seniora „Tygodnika Powszechnego”, to mimo eklezjalnej decentralizacji po wizycie Franciszka zmieni się jego los w zgromadzeniu księży marianów, zdejmą mu z ust kompromitujący ich knebel? A ksiądz Wojciech Lemański będzie traktowany lepiej niż ksiądz Jacek Międral? Franciszek nie mógł przyjąć kawalera orderu papieskiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego, jeśli przyjął ministra Macierewicza?
Napisałem to wszystko w drugiej połowie sierpnia, tekst ukaże się w „Buncie” nie natychmiast (to nie dziennik),  Czytelnicy wybaczą mi jakieś dezaktualizacje. No i polecam naturalnie Znakowy zbiór polskich tekstów Franciszka pod tytułem „Między kanapą a odwagą”!!!

01:05, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 sierpnia 2016
Geniusz papieża Franciszka. Myszki, sikorki, pies. Fenomen ks. Międlara: katolicyzm bez chrześcijańskiego badziewia

Księga Izajasza 66,18-21
Psalm 117,1b-2
List do Hebrajczyków 12,57.11-13
Ewangelia Łukasza 13,22-20
Różnie można redagować ten wpis, ja skupię się na tym, co Izajasz (trzeci, ostatni z autorów księgi), bo biblijnemu, czyli obrazowo maluje: „Z wszelkich narodów przyprowadzą jako dar dla Pana wszystkich waszych braci – na koniach, na wozach, w lektykach, na mułach i na dromaderach – na moją świętą górę w Jeruzalem – mówi Pan – podobnie jak Izraelici przynoszą ofiarę pokarmową w czystych naczyniach do świątyni Pana. Z nich także wezmę obie niektórych jako kapłanów i lewitów”.
Obraz jest arcyciekawy, bo owi misjonarze pochodzić będą z narodów według niego pogańskich, by innym narodom, także bardzo dalekim, przynosić wieść o Bogu prawdziwym. Skutek zaś owego misjonarstwa będzie wręcz rewelacyjny, ponieważ niektórzy ekspoganie staną się nawet kapłanami i lewitami! Stary Testament jest w niektórych księgach z Izajaszową na czele ewangelicznie uniwersalistyczny.
Króciutki wyimek z Psalmu kontynuuje ten temat: „Chwalcie Pana, wszystkie narody, wysławiajcie Go, wszystkie ludy”.  Także w ostatnim wersecie fragmentu Listu do Hebrajczyków mamy coś z owej sprawy: „Proste ślady czyńcie nogami, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony”.
Rzecz bowiem w tym, że zostawiać można ślady potężnie mylące, narody do chwalenia Boga nieprzekonujące. Moją tutaj radą upartą jest, żeby nigdy nikogo nie nawracać wymyślaniem, obrażaniem, bo skutek bywa wtedy wręcz przeciwny.
W Polsce niedawno dokonał się ewangelizacyjny cud. Środowiska zwane liberalno- lewicowymi odnosiły się najpierw do Światowych Dni Młodzieży ze sporym dystansem, moja „GW” raczej też, ale gdy przyszło co do czego, ona właśnie przodowała w entuzjazmie. Myślałem sobie wtedy, że trochę to moje przed grobem zwycięstwo, ale oczywiście samego papieża tak genialnie ewangelizującego. Przede wszystkim chyba Franciszka, nie ŚDM, dlatego, że to on pokazywał w Rzymie od początku i teraz w Polsce bardzo dobrą twarz naszego Kościoła. Niezagniewaną na cały niekościelny świat, jaką widać u nas na co drugiej ambonie, ale serdecznie życzliwą ludziom, a poza tym – choć nie od razu (czemu? zmęczenie czy może jakieś obawy o to, jak sobie poradzi w kraju, w którym nie jest fanem oficjalnych nurtów) – radośnie uśmiechniętą. Tak jak radosna tam była przybyła ze świata całego młodzież.

Wracam do tekstów na tę niedzielę. Otóż nie wszystkie są bardzo radosne. W liście (nie Pawłowym, choć pisanym pewnie nie bez jego wpływu) jest przede wszystkim mowa o pożytku ze skarcenia. Co prawda, z tłumaczeniem, że „kogo miłuje Pan, tego karci”, ale już u Łukasza dużo słów Jezusa zupełnie dalekich od pocieszenia. „Raz Go ktoś zapytał: - Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni”, a On nie odpowiedział bynajmniej, że liczni. „Wielu będzie chciało wejść, a nie zdołają”, albowiem dopuszczają się niesprawiedliwości: będą płakać i zgrzytać zębami, bo wyrzuceni zostaną. W przeciwieństwie do Abrahama, Izaaka, Jakuba i wszystkich proroków, których zobaczą w Królestwie Bożym. Ważne jednak, że owe groźby dotyczą tutaj najwyraźniej „naszych”, bo inni przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa, i też znajdą się w owym Królestwie, jako że „są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi”.
Nie jestem aż takim ksenofilem, żebym uważał, iż to rozwiązuje po mojej myśli problem nadziei powszechnego zbawienia (nasi nieważni, niektórzy niech męczą się w piekle), ale istotne jest, iż Chrystus gasi tutaj samozadowolenie swoich żydowskich słuchaczy, a nie grozi nieswoim. Jak właśnie Franciszek, który różnych ludzi z „peryferii” traktuje o wiele lepiej niż swoich, np. tych na ambonach właśnie.
Wracam do Izajasza, bo trafiłem tam w tym samym rozdziale na zdanko mi przydatne. O
paskudnych praktykach pogańskich czytamy u proroka: „Zabija się na ofiarę wołu, a morduje też człowieka, składa się ofiarę z owcy, a dławi się i psa. (66,3)”. Pies tu stał się ofiarą niewłaściwą jak człowiek, ale nie za wiele z tego wynika, niewielkie dowartościowanie niezwykłego zwierzaka. W przetłumaczonej u nas „Encyklopedii Biblijnej” wyczytałem, że w Egipcie psy były wysoko cenione, a może nawet czczone, ale Hebrajczycy patrzyli na nie z największym obrzydzeniem. Wyjątkiem oczywiście jest pies, który wiernie towarzyszył Tobiaszowi (Tb 5,16; 11,4). Otóż przypomniało mi to informację kynologiczną tygodnika niemieckiej archidiecezji freiburskiej „Konradsblatt” o muzeum na ten temat w stolicy Kamerunu Yaounde. Zamierza je tam zbudować tamtejszy antropolog Flavien Ndonkos, aby pokazać rodakom z byłej kolonii niemieckiej, jak zupełnie inaczej niż oni traktują psa Niemcy, dla których jest członkiem rodziny (sam ma owczarka Borisa). Wydaje mi się, że Polacy są w tej mierze podzieleni: jednym bliżej do Niemców, innym do Kameruńczyków.
Co do mnie nie mogę się nadziwić tej niezwykłej miłości do ludzi osobników psiego gatunku. To, że został udomowiony jako pierwszy (10 tysięcy lat temu) chyba nie wszystko tłumaczy.
Podobny jest problem kota, też przecież czczonego nad Nilem i też kochanego przez ludzi, choć chyba nie tak bardzo ich kochającego albo może tylko inaczej.
Także coś o innych zwierzątkach. Gdy odwiedzicie warszawskie Łazienki, usiądźcie w kawiarni z samego brzegu, koło pasa malutkich kwiatków. Otóż mieszka tam wielka ilość polnych myszek, które można karmić pijąc kawę, tak jak gdzie indziej  wiewiórki albo sikorki. Tamte myszeczki są przeurocze! Jako niedoszły zoolog i nieustanny zoofil (w sensie tego terminu przyzwoitym) przypominam tutaj podobne uczucia apostoła Pawła ujawnione w Liście do Rzymian 8,18- 22, w Biblii niestety rzadkie.
Na koniec dwie złote myśli moje. Starość różni się od młodości tym, że jest to czas przejmowania się wszystkim, gdy tamten dawny niczym. Niemniej na starość skleroza pochłania powoli psychozę. Tak jest w każdym razie ze mną.
PS. Na tapecie wciąż ksiądz Jacek Międlar, jego występy dzielnie referuje w „GW” Kasia Wiśniewska, oczywiście słusznie twierdząc, że stosunek do niego władz kościelnych jest jak dotąd przeraźliwie różny od traktowania księdza Lemańskiego, nie mówiąc o księdzu Bonieckim. Kościół nasz rzymskokatolicki polski polityczną prawicę miłuje jakoś dziwnie. Jeśli komuś należy się przecież suspensa, to jemu właśnie. Nacjonalkatolicyzm, do tego tak agresywny, zaprawdę katolicyzmem nie jest! Przypomina się anegdotyczne powiedzenie kogoś w takim potwornym rodzaju:  katolicyzm jest słuszny, ale bez tego chrześcijańskiego badziewia...

20:41, jan.turnau
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
W niebie, już zmartwychwstała

Księga Apokalipsy 11,19a.12;12,1.3-6a.10ab
Psalm 45,7.10-12.14-15
1 List do Koryntian 15,20-26
Ewangelia Łukasza 1,39-56
W Kościele moim rzymskokatolickim uroczystość dzisiaj spora: wspominamy wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Święto ma wręcz swoją wigilię, wziąłem jednak teksty z mszy w sam dzień.
Apokalipsa opowiada o niewieście obleczonej w słońce, autor ma tu na myśli jednak w ogóle Kościół, jeśli nie nawet Izrael. Niemniej od VI wieku chrześcijanie widzą tu w szczególności Marię z Nazaretu jako Kościoła symbol wspaniały. Można ją też zobaczyć w obrazie psalmowym „królowej w złocie z Ofiru, stojącej po Bożej prawicy”, choć akcentuje się dzisiaj raczej jej pokorę, ubóstwo, że była jedną z nas, bliską nam szczególnie. Autor mariologiczny Łukasz cytuje jej krewniaczkę (ciotkę, bo starszą o wiele?) Elżbietę, która nazwała ją „błogosławioną między niewiastami”, dalej zaś wkłada w jej usta przesławny hymn „Magnificat”, akcentujący Bożą opiekę nad pokornymi ubogimi: „Wszechmocny strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych”.
Chrześcijaństwo poszło jeszcze dalej w wywyższaniu matki Syna Bożego. Istnieje nawet prastara, choć kontrowersyjna tradycja, że nie umarła ona, ale zasnęła. Tak się nawet nazywa to święto w prawosławiu - Zaśnięcie Bogarodzicy - ale w dziele Paula Evdokimowa „Prawosławie” wyczytałem, że to bynajmniej zakwestionowania jej śmierci nie oznacza (mamy też w ich kalendarzu też na przykład „Zaśnięcie Anny”). Dogmatyzując starą wiarę we Wniebowzięcie w 1950 roku, papież Pius XII przeszedł ponad tą sprawą powiadając ogólnie, że to się wydarzyło „po zakończeniu jej ziemskiego życia”. Wypowiedział się w sprawie istniejącego sporu dopiero Jan Paweł II w roku 1997, tłumacząc, że jeśli Bóg Człowiek zwyczajnie umarł, to przecież Maryja też. Ale jest jeszcze inny problem teologiczny. Dogmat wniebowzięcia przecież oznacza, że matka Jezusa została wzięta „do chwały niebieskiej” (określenie Piusa XII bardziej precyzyjne niż potoczne niebo) z duszą i ciałem. Naucza jednak dzisiaj apostoł Paweł: „Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy, potem ci, co będą z Chrystusem podczas Jego przyjścia”. Czyli na tak zwanym końcu świata, a z dogmatu wynikałoby chyba, że Maryja zaraz po śmierci. Ale pamiętam na szczęście również, co napisał kiedyś w „Concilium” teolog chyba holenderski, że twierdzenie o czasowym wyprzedzeniu nas przez nią (przez Jezusa chyba też) nie ma sensu, ponieważ TAM nie ma czasu. Można natomiast mówić o wyprzedzeniu „ontologicznym”, o niezwykłej jej bliskości wobec do Boga. Bo też kto bliski ludziom, ten (ta) Jemu również.

07:43, jan.turnau
Link Komentarze (27) »
niedziela, 14 sierpnia 2016
Hartowani w błocie. Każdy ma być trochę prorokiem. Ostatnia Wieczerza ucztą paschalną?

Księga Jeremiasza 38,4-6.8-10
Psalm 40,2-4.18
List do Hebrajczyków 12,1-4
Ewangelia Łukasza 12,49-53
Na pewno pasują do siebie fragmenciki Księgi Jeremiasza i Psalmu 40. Ten drugi powtarza obraz człowieka zanurzonego w jakimś obrzydliwym błocie, w tej pierwszej jest to prorok Jeremiasz, którego nie broni oportunistyczny król Sedecjasz, dopóki jego dworzanin, Kuszyta Ebedmelek (czyli nie Izraelita, Etiopczyk, także w Starym Testamencie obcy bywają lepsi od swoich), go do tego nie skłonił. Też można do tego dołączyć (niePawłowy) list do Hebrajczyków, gdy czytamy tam o Jezusie, „który ze strony grzeszników tak wielką wycierpiał wrogość wobec siebie”. Ale Łukasz? Cytuje Jezusa, który sam mówi o sobie, że przyszedł na ziemię rzucić ogień międzyludzkich konfliktów, nie pokój, ale rozłam. On właśnie, nie diabeł („diabolos” to rozłamca): „Pięcioro będzie podzielonych w jednym domu, troje stanie przeciw dwojgu”. Jednak przecież nie zawsze walczą ze sobą z miłości do samych siebie, czasem z miłości do prawdy, do ewangelii, do Jezusa.
On sam też z braku tej miłości cierpiał: „Chrzest mam przyjąć jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. My też czasem właśnie przechodzimy chrzest bojowy, a był on najbliższy tego Jezusowego w przypadku św. Maksymiliana Kolbego, który 75. lat temu oddał życie za bliźniego swego. „Magazyn Świąteczny” wydrukował mój felieton o jego matce, czyli o „Znakowej” książce Natalii Budzyńskiej na jej temat, nie każdy jednak wszystko naszej firmy czyta, więc dołączę tę pisankę na końcu wpisu.
Tak, trzeba walczyć. Choć tak właśnie jak Jeremiasz i Jezus, odważnym słowem prorockim, bez używania przemocy, bez materialnej broni; choć i ona jest czasem potrzebna dla ratowania bliźnich przed nieludzkimi mordercami: pacyfizm ma przecież swoje granice.
Życiorys Jezusa jest dla nas jakoś ważny w każdym szczególe, szczególnie wydarzenia ostatnie, a że to blog przede wszystkim biblistyczny, więc odnotuję publikację z ewangelicko-reformowanej „Jednoty” (nr 2/2016). Jest to mianowicie tekst referatu emerytowanego duchownego tego Kościoła, ks. Romana Lipińskiego, który przedstawił on w kwietniu br. podczas kościelnego Synodu w Kleszczowie. Analizuje tam drobiazgowo kwestię, czy można mówić na podstawie Biblii, że Ostatnia Wieczerza była ucztą paschalną. Rzecz w tym, że sugerują to wyraźnie tzw. synoptycy (Mateusz, Marek i Łukasz), ale Jan równie wyraźnie pisze co innego. Według niego była to – tak to nazywa ks. Lipiński – „braterska uczta uczestników ścisłego grona o charakterze religijnym”, ale święto Paschy poprzedzająca. I nie da się tych dwóch tradycji pogodzić, np. teorią dwóch różnych kalendarzy, co stwierdza także autor rzymskokatolicki Wilibald Bösen w książce przetłumaczonej na polski jako „Ostatni dzień Jezusa z Nazaretu” (Wydawnictwo „Ossolineum”, Wrocław 2002, tłum Wiesława Moniak). A bardzo wiele wskazuje na to, że rację ma Jan. To Lipiński dokładnie udowadnia, a Bösen twierdzi, że Ostatnia Wieczerza została później świadomie przekształcona w wieczerzę paschalną, aby zaznaczyć, że „wieczerzę eucharystyczną należy rozumieć jako nową wieczerzę paschalną,. W której Jezus, prawdziwy baranek wielkanocny, zastępuje starotestamentalnego baranka paschalnego”.
Niech katolicy uczą się od ewangelików zainteresowania tekstem biblijnym, a jedni i drudzy na tym przykładzie lepszego zrozumienia, że literalna lektura Pisma Świętego nieraz nie może się ostać. A teraz to moje o Mariannie Kolbowej.
Natalia Budzyńska napisała książkę pt. „Matka męczennika”, a Znak ją wydał tuż przed
niedzielną, 75. rocznicą jego śmierci
. Bałem się, że to trochę hagiografia, o co łatwo niektórym, gdy piszą o rodzinie świętego - to jednak faktografia rzetelna. A ciekawa, bo
Maksymilian (imię to zakonne: ze chrztu Rajmund) był przecież postacią potężną, warto wiedzieć, skąd ktoś taki się wziął.
Pochodzenie od strony ojca – czeskie. Z czeskich osadników sprowadzonych do łódzkiego ośrodka tkackiego, choć nazwisko „Kolbe” brzmi mi niemiecko, bo też germanizacja tego narodu była przecież niemała. Poza tym początkiem rodzina była bardzo polska i  arcykatolicka, bardzo intensywnie maryjna. Matka Maksymiliana, Marianna z Dąbrowskich, nie marzyła o mężu i dzieciach, ale o klasztorze, o życiu – jak to się dotąd mówi – w czystości, jakby seks zawsze brudził. Nie została zakonnicą z powodów po pierwsze politycznych: w zaborze rosyjskim działała kasata zakonów, a o tym, że ojciec Honorat Koźmiński założył tajnie ponad dwadzieścia, nie wiedziała. Po drugie, jej rodziców, biednych tkaczy, nie było stać na wiano dla zakonnej kandydatki. Modliła się zatem „aby umarła pierwej, zanim przyjdzie czas zamęścia”, a gdyby jednak musiała wyjść za mąż, to aby dostała takiego męża, „który by nigdy nie zaklął, nie pił wódki i nie chodził do szynku na zabawy”.
Została wysłuchana. Jak napisała w swoich wspomnieniach, Juliusz Kolbe nie był tak wybitny jak inni adoratorzy, lecz tamci pewnie nie stronili od alkoholu. Na czym ta niewybitność męża polegała, autorce książki nie wiadomo, mnie tym bardziej. W każdym razie on też ulegał mitologizacji owego ideału czystości, jak taką ascezę nazywa Budzyńska.
Wspólnie z żoną zdecydował się na antyseksualne „wybielenie” ich małżeństwa, a potem wręcz na oddzielne życie. Nie zdawał sobie natomiast sprawy, co znaczy takie rozstanie. Po latach zaczął bardzo źle znosić samotność. Sama Marianna oceniła się kiedyś jako „niezdolną być dobrą żoną i matką”. Co do jej macierzyństwa jednak, to obronię ją zgadzając się z autorką, że służba bliźnim musiała być w domu Kolbów wartością ważną, jeśli mieli syna Maksymiliana. Pobożność Marianny, choć graniczyła z dewocją – znów określenie autorki książki – nie była moralnie bezpłodna. Nieprzyjęta formalnie do żadnego z klasztorów też „ze względu na późny wiek i zamęście”, mieszkała przy jednym z nich, długie lata służąc mu jak mogła.
Portret pani Kolbowej bez retuszów hagiograficznych. Dotyczy to także trochę Maksymiliana. W swoich listach kobiety nazywał „babami”: „najwidoczniej przedstawiała Marianna swoim synom płeć piękną jako jakieś zagrożenie i zło”, a on matce ulegał. Była nieodrodnym dzieckiem swej epoki. Horyzonty myślowe miała wąskie, niemniej etykę raczej wysoką.

16:32, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Nauczanie o czekaniu. Gdzie był Bóg? Nasz polski Franciszek

Księga Mądrości 18,6-9
Psalm 33,1.12.18-20.22
List do Hebrajczyków 11, 1-2.8-19
Ewangelia Łukasza 12,32-48
„Noc wyzwolenia oznajmiono wcześniej naszym ojcom, by nabrali otuchy, wiedząc dobrze, jakim przysięgom zawierzyli. I lud Twój wyczekiwał ocalenia sprawiedliwych, a zatraty wrogów". To Księga Mądrości, a Psalm 33: „Oczy Pana zwrócone na bogobojnych, na tych, którzy oczekują Jego łaski, aby ich życie ocalił od śmierci i żywił ich w czasie głosu. Dusza nasza oczekuje Pana, On jest waszą pomocą i tarczą”.
List do Hebrajczyków konkretnie o Abrahamie „który dzięki wierze przywędrował do Ziemi Obiecanej, jako ziemi obcej, pod namiotami mieszkając i Izaakiem i Jakubem. Oczekiwał bowiem miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg”. A Ewangelia Łukasza: „A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego Pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze”.

Cztery cytaty. A mój komentarz o problemach dwóch. Pierwszy to taki, że zwycięstwo nad wrogiem nie zawsze się zdarza, także ocalenie od śmierci, na przykład głodowej. Nadzieja z wiary wynikająca musi być bardzo cierpliwa, bo pewne jest tylko za grobem zwycięstwo i życie dalsze tam. Ale jest i drugi problem, który już od nas samych zależy, poradzenie sobie z nim: żeby stale oczekiwać, być gotowym na to, że przyjdzie. Nie na końcu świata, ale teraz, w każdej chwili, albowiem „raz wybrawszy, każdej chwili wybierać muszę” (Jerzy Liebert). I można wybrać bardzo głupio. Co zrobić, żeby jednak mądrze? Nic, tylko modlić się, być zawsze w takim stanie ducha, by bliźniemu swemu miłosiernie pomóc. Ale zgadzam się z niewierzącymi: bez wiary religijnej, bez nazwania ducha Duchem też można nie być bezdusznikiem, a czasem nawet bohaterem. Choć z wiarą, że jest Bóg, łatwiej.

Wracam do Franciszka w Polsce. We wpisie poprzednim umieściłem mój komentarz do jego pielgrzymki do Auschwitz, w którym próbowałem podjąć problem, skąd zło, gdzie był wtedy Bóg. Odpowiedziałem czyimiś słowami, że był właśnie we wszystkich tam mordowanych, i podbudowałem to wcześniejszymi słowami papieża, że Bóg w Chrystusie stał się mały, słaby:
chrześcijańska teologia to krzyż. Podczas wieczornej Drogi Krzyżowej Franciszek powiedział to wyraźniej: Bóg jest w tych, którzy cierpią. Nie mogłem tego dopisać w komentarzu, bo numer „GW” już był w drukarni. Nie mogłem tym bardziej odnotować felietonu na ten sam temat w numerze miesięcznika „W drodze” sierpniowym, bo ten z kolei jeszcze z drukarni nie wyszedł. Napisał tam mianowicie Szymon Hołownia, że zacytowane przez ze mnie słowa o Bogu, który był w torturowanym potwornie na szubienicy chłopcu, pochodzą od zmarłego rok temu pisarza amerykańskiego Elie Wiesela, co więcej, rozwinął sam fajnie ten fundamentalny problem wszystkich tekstów. Zacytuję publicystę świetnego obszernie:
„Od strony teologicznej teorii wszystko jest wytłumaczalne. Osią problemu jest wolna wola. Cały rodzaj ludzki (reprezentowany na kartach Księgi Rodzaju przez Adama i Ewę) popsuł ten świat dokumentnie i w całości. Swoją decyzją o przejęciu nad nim kontroli doprowadził do tego, że pojawiła się na nim chęć zawłaszczenia i związana z nią agresja. Człowiek jest głową stworzenia, jego dumna decyzja schrzaniła więc też życie zwierzętom, przyrodzie.
Odtąd świat atakuje człowieka, człowiek próbuje wziąć za twarz świat i koło cierpienia stworzeń kręci się aż do czasu, w którym Bóg zamknie historię, a my ze zdumieniem odkryjemy, że nie będzie żadnego końca świata, tylko jego początek. OK, ale dlaczego Bóg nie podejmuje doraźnych interwencji? Bo jeśli miałby nieustannie anulować skutki naszych złych wyborów, skończyłaby się wolna wola. Z dojrzałych, samostanowiących jednostek, za które chcemy się uważać, przeszlibyśmy na poziom niemowląt. To zresztą jest symptomatyczne, że grzesząc, czujemy się dorośli, a gdy przychodzi zapłacić za to cenę - w mgnieniu oka stajemy się infantylni. Czy to tłumaczenie ukoi ból kogoś, kto żył kryształowo, a został zdradzony, dziecka, które masakruje nowotwór? Jasne, że nie. Tajemnica zła, cierpienia, śmierci nie jest czymś, co można prosto opisać: zrobił źle, więc dostał odpłatę.
Jezus też przecież nie organizował w tej sprawie wykładów. Nie wyjaśnił tajemnicy, On ją - biorąc na siebie cierpienie i śmierć - rozwiązał. Pokazał, że jedyną sensowną odpowiedzią, której można udzielić cierpiącemu, nie jest traktat, a spotkanie w bólu. Jeśli ktoś jest na to gotów, można podprowadzić go do Chrystusa, którego zniszczono i zabito za nic (a może właśnie za to, że leczył, dawał nadzieję, odbudowywał, podnosił). Gdy pada pytanie, dlaczego ktoś, a nie ja, doświadczył cudu - pokazać Boga, któremu zabito Syna. Łez nie osusza się książką, mikrofonem czy ornatem. Jedyną odpowiedzią na pytanie: «Gdzie jest Bóg?», może być moja chusteczka i dziesięć minut wspólnego milczenia.” Fajnie napisane, choć zwykłem snuć wątpliwości dalej i pytać, czy wolna wola człowieka to wartość aż tak kolosalna, by ceną jej mogło być ryzyko, że on się nie nawróci nigdy i spocznie w wiecznym piekle. Na szczęście zwycięża powoli w chrześcijaństwie nadzieja zbawienia powszechnego, czyli wiara w Boga Miłosierdzie absolutne!

A na koniec o innym Franciszku, kardynale Macharskim, zmarłym parę dni temu. Był na kościelnej stolicy krakowskiej bezpośrednim następcą kardynała Wojtyły, wiernym kontynuatorem jego programu duszpasterskiego, jego duchowym uczniem. Kontynuatorem jego duszpasterskiego stylu: na przykład takiego, że biskup przyjmuje każdego, kto do niego przyjdzie do kurii. Bardzo skromny, subtelny, delikatny, chyba pełen kompleksów, swoiście dowcipny. Parę wspomnień o nim. Było kilka lat temu jakieś uroczyste zebranie na Zamku Królewskim, dostojnicy świeccy i duchowni, ci drudzy w pełnym umundurowaniu, purpury, fiolety, a na środku sali stoi kardynał Franciszek tyle, że na czarno, chyba nawet bez sutanny, tylko w tak zwanym clergymanie. Spodobał mi się, bo tamtych archaicznych kolorów zgoła nie uwielbiam. No i jego dowcip na mój i swój temat. Kiedyś przyjął delegację mojej „Więzi” z ówczesnym naczelnym Wojciechem Wieczorkiem na czele. Ja mam zwyczaj przedstawiania się ważnym ludziom, bo nie muszą mnie pamiętać, tak też wtedy zrobiłem na wszelki wypadek, choć kardynała poznałem wcześniej osobiście. Ale on się obruszył, rzecze do Wojtka: - Panie redaktorze, niech pan upomni swego pracownika, bo mnie obraża: przedstawia mi się ciągle, sugerując przez to, że mam kompletną sklerozę...

18:20, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 31 lipca 2016
Marność i mądrość. Abraham, Maria Magdalena. Ksiądz o księżach. Papież w Auschwitz

Księga Koheleta 1,2.2,21-23
Psalm 90,3-6.12-14.17
List do Kolosan 3,1-5.9.11
Ewangelia Łukasza 12,13-21
No i mamy najpierw Księgę Koheleta. Pod nazwą grecką określenia „Eklezjastes” („Eklezjasta”) zadziwiała ona przez wieki różnych czytelników swoimi gorzkimi myślami. Tak bardzo sceptycznymi, że Bóg się tutaj niemal nie pojawia, tylko w zakończeniu, nawet może dopisanym później. Niemniej jest to jeden z tekstów z biblijnych dla Żydów chyba najważniejszych, należy bowiem do pięciu tak zwanych ksiąg Megilot, czytanych podczas kolejnych świąt obrzędowego roku; świadczy to o jakiejś szerokości myślowej tego narodu, bo przecież nie tylko o dobrym guście literackim, jako że księga jest piękna.
No cóż, życie człowieka romansem nie jest. Ktoś, kto odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, przegrywa z niewiele wartym. Wszystkie jego dni są cierpieniem, nawet w nocy nie zazna spokoju. „Wszystko jest marnością” – to nieustanny refren tej księgi, myśl złota, choć tak czarna.
Szukam odniesień do niej, może jakby wyjaśnień jej w dalszych dzisiejszych tekstach. Może mamy coś takiego w psalmie, gdy po słowach o przemijaniu wszystkiego tak zwany podmiot liryczny prosi Boga: „Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca”. Pewnie jest owa mądrość dość głęboka, by pozwalała przezwyciężyć ponurość losu. Osiągniemy ten sukces, jeśli  – poucza List do Kolosan – dążyć będziemy do tego, co w górze, nie co na ziemi. Ewangelia ten drugi działania kierunek nazywa chciwością i podaje krótką przypowieść. O człowieku, który liczył, że dadzą mu szczęście pełne zboża spichlerza, a przecież da mu je tylko bogactwo u Boga. Albowiem życie na ziemi niedługie jest.
Wracam jeszcze do poprzedniej niedzieli, kiedy to czytaliśmy o Abrahamowym targowaniu się z Bogiem: o liczbę mieszkańców wystarczającą, aby Sodoma i Gomora nie zostały ukarane zniszczeniem. Zauważam nawiasem, że troska patriarchy o te miasta nie była czysto altruistyczna, bo w Sodomie mieszkał przecież jego bratanek Lot, przede wszystkim jednak wracam do tamtych tekstów biblijnych po znakomitym kazaniu ks. Jana Konarskiego w warszawskim kościele św. Michała na Puławskiej (polecam mocno tamtejsze msze niedzielne o godzinie trzynastej i osiemnastej przez tego niezwykłego duchownego przewodniczone). Proboszcz tamtejszy porównał tę perykopę z Księgi Rodzaju z przeczytaną także wtedy z Ewangelii Łukasza modlitwą „Ojcze nasz”. Skomentował, że w tej drugiej nie ma już dwóch stanowisk: ludzkiego i Bożego. Jest jedno: „Przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini.” Nie dodał, co prawda (a chyba należało, bo trzeba uczyć właściwego czytania Pisma Świętego), że mamy tutaj wizję Boga oczywiście antromorficzną: jest On w tym tekście w gruncie rzeczy jakby omylny, niepewny swego stanowiska, ulegający doradcy bardziej miłosiernemu. Nie mogła tak wyglądać faktycznie ta rozmowa patriarchy z Najwyższym: Biblia nie jest literalnie nieomylna w swoich opowieściach historycznych. A sens modlitwy przecież nie w tym, że mamy przekonać Boga, aby zmienił swoje plany wobec nas (odsyłam do mego komentarza wtedy).
Wracam też do dnia 22 lipca, poświęconego Marii z Magdali. Trzeba wiedzieć, że Franciszek awansował przed tym dniem ową biblijną postać. Było to dotąd w liturgii rzymskokatolickiej „wspomnienie obowiązkowe”, teraz jest wręcz święto. Była już świętą, ale teraz nawet jej dzień nosi taką nazwę, co nie wszystkim bohaterom Pisma Kościół mój podarował (na przykład nie św. Marcie, patronce przedwczorajszej). Bo też Magdalenę nie tylko Kościół wschodni, ale i Tomasz z Akwinu nazywa apostołką apostołów, ona bowiem pierwsza im o tym, że powstał z martwych oznajmiła. No i nie ma podstaw do utożsamiania jej z „jawnogrzesznicą” z Łk 7,36-50. Miała kłopoty duchowe poważne: opętanie przez demonów aż siedmiu, ale płeć piękna grzeszy nie tylko „de sexto” (jeśli to był w ogóle był grzech, nie choroba psychiczna potworna). W każdym razie Franciszek feminista!

Przeglądzik religijnej prasy: „W drodze”, lipiec 2016, z ks. Krzysztofem Popławskim , dominikaninem, autorem „Oczka”. Miniatur (anty)klerykalnych” rozmawia Katarzyna Kolska. Pyta: Jakie były pierwsze komentarze po ukazaniu się książki?
Nikt nie potępił mnie w czambuł.
I nikt nie powiedział, że demaskuje ojciec księży?

Nie. Niektórzy dziękowali mi, że napisałem o rzeczach trudnych, że postawiłem pytania, nie dając na nie odpowiedzi. Ktoś powiedział, i bardzo mi się to spodobało, że obok smutku przebijającego przez te opowiadania jest też zawsze jakaś nadzieja.
Ksiądz homoseksualista, ksiądz alkoholik, ksiądz współpracownik SB, ksiądz, który popełnia samobójstwo… Dość bolesny obraz kapłana nam ojciec przyniósł.
Nie wiem, czy bolesny, ale na pewno bardzo prawdziwy. Próba zmierzenia się z naszą słabością lub grzechem to tak naprawdę początek zmiany czy nawrócenia.
Ale my świeccy bardzo wysoko stawiamy poprzeczkę księżom i wolimy wierzyć, że jesteście idealni, prawie święci.
Jestem przeciwny stawianiu księdza na piedestale tylko z tego powodu, że jest księdzem. To jest nieprawdziwe i w wielu sytuacjach szkodzi – zarówno księdzu, jak i świeckim.
Jak ojciec myśli, dlaczego tak lubimy idealizować obraz księdza?
To nie dotyczy tylko księdza. Idealizujemy naszych rodziców, dzieciństwo, młodość. Widocznie jest nam to potrzebne, żeby uczynić swoje życie bardziej sensownym, dodać mu blasku. Takie dobre wspomnienia niejednokrotnie pozwalają nam przeżyć.
Chce ojciec, żebyśmy spojrzeli na księdza jak na zwykłego człowieka, tak samo dobrego i złego jak my wszyscy?
Tak, bo tak naprawdę w wielu sytuacjach, które opisuję, nie chodzi o księdza, ale o naszą osobistą więź z Panem Bogiem, a mówiąc „naszą”, myślę i o kapłanach, i o ludziach świeckich. [...]Dlatego zamiast krzyku, że ksiądz jest niewinny, wolałbym usłyszeć, że jest winny, że my o tym wiemy, więc się za niego modlimy - o jego nawrócenie, o przebaczenie i wiarę dla tych, których skrzywdził. (...)
O kapłaństwie napisał ojciec tak: „Jestem dla wszystkich, a nikt nie jest dla mnie”. Tak ojciec myśli? (...)To zdanie przyszło do mnie wiele lat temu, gdy byłem duszpasterzem szkół średnich. Uświadomiłem sobie bardzo wyraźnie, że ja nie mogę od tych młodych ludzi niczego oczekiwać, żadnej wzajemności, że nie mam prawa nikogo zagarniać dla siebie. Przez prowadzenie duchowe, poprzez sakramenty ma się duży wpływ na ludzi i zupełnie nieświadomie można kogoś skrzywdzić, oszukać słowem czy gestem. Ja nie mogę nikogo przywiązać do siebie. A jest w nas taka pokusa.”
Ksiądz mądry ogromnie.

O papieżu w Polsce piszę codziennie w „GW”, do wczorajszej (sobotnio-niedzielnej) napisałem coś takiego.
Młodzi powinni być radośni, niech choć oni się cieszą; zresztą to według Franciszka święty obowiązek chrześcijanina: jemu nie wolno być ponurakiem. No i mają prawo być głośni, jak ci w naszych ŚDM-ach. Niemniej w czwartek wieczorem czekałem niecierpliwie na papieża w Auschwitz także ze względu na spodziewaną ciszę. I była. Przeszkadzały mi w niej nawet głosy komentatorów, choć byli to raczej po prostu informatorzy, pewnie trochę potrzebni.
Wśród ciszy papież. Gdy siedział sam zostawiony przez świtę, milcząc i bez ruchu, patrzyłem cały czas na jego twarz. O czym myślał? Oczywiście modlił się. Gdy wracał samolotem z Armenii, powiedział, że będzie się tutaj modlił, aby Bóg dał mu łaskę płaczu. A może i zrozumienia.
Auschwitz, miejsce teologicznie. A jedyne w swoim rodzaju. Gdzie był wtedy Bóg - pytanie tam nieubłagane. Można jednak odrzec, że przecież podobnych miejsc, wydarzeń było i jest jednak wiele oraz nie bardzo widać, żeby miało być mniej. Szatan to czy sam człowiek przezeń potwornie opętany? Teologowie chrześcijańscy od wieków pytają po łacinie: „unde malum”, skąd zło? Problem pogodzenia wiary we wszechmoc Boga z Jego wszechmiłością: jest specjalna taka dziedzina teologii, zwie się teodyceą.
Myślę, że na to pytanie oświęcimskie i nie tylko jest tylko jedna odpowiedź: ta, której udzielił ktoś pytającemu, gdzie był Bóg, gdy w Auschwitz konał na szubienicy młody chłopak. Bóg był właśnie tym chłopcem. Bóg stał się człowiekiem, czyli jest taki właśnie, jak Go przedstawiał Franciszek w środę na Jasnej Górze: absolutnie wyzbyty wielkości, władzy i bliski innym. Chrześcijaństwo jest religią krzyża.

07:11, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
niedziela, 24 lipca 2016
Proście, a będzie wam dane - jednak. Prorok rzymski Franciszek z Argentyny

Księga Rodzaju 18,18-32
Psalm 138,1b-3, 6-8
List do Kolosan 2,12-14
Ewangelia Łukasza 1,1-13
Dzisiejsze teksty są o modlitwie. Abraham targuje się z Bogiem w obronie Sodomy i Gomory, miast symbolicznie rozpustnych, czyli modli się za nie w sposób handlarski (jak Żydzi... Bo tylko oni mają mentalność kupiecką, żadne inne narody, choć przecież też handlowały i handlują). W Ewangelii mamy modlitwę nad modlitwami, czyli Łukaszową wersję „Ojcze nasz”, ale też zapewnienia, że dostaniemy, co chcemy. A z tym w życiu są spore problemy. Abraham nie mógł mieć pretensji do Boga, bo w jego okolicy nie znalazła się widać owa dziesiątka, ale inni proszący nie mogą się powstrzymać przed żalem. Jedyna odpowiedź apologetyczna może być taka, że On lepiej wie, co dla nas dobre: „Ojcze, odwróć ode mnie ten kielich, ale Twoja, a nie moja niech się stanie wola”. Jest tak, jak w słowach dzisiejszego psalmu: „Pan za mnie wszystkiego dokona”. Albowiem właśnie wie wszystko lepiej albo nie ma Go wcale. A dał dowód, że nas kocha: „Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny, przygniatający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża” (List do Kolosan).

No i wizyta Franciszka już w środę. Radość, nadzieja na jakąś kościelną zmianę.

Zawsze było o nim także w Polsce głośno, ale teraz to temat medialny słusznie obowiązkowy. Wydawnictwo WAM zadbało o bardzo piękny album pod tytułem „Franciszek: spotkania, modlitwy, gesty” (projekt i zdjęcia Grzegorza Gałązki), a tygodnik „Newsweek” poświęcił papieżowi numer specjalny. Należy mu się, szczególnie u nas, gdzie w głównym kościelnym nurcie nie jest bynajmniej na wszystkich językach. Po prostu tam nie za bardzo pasuje, jeżeli, to do złośliwej szeptanki.

Myślę, że nie pasuje przede wszystkim swoim antyklerykalizmem. Swoistym, rzecz jasna, w końcu sam jest kleru reprezentantem arcyprominentnym. Różne społeczności i instytucje na ogół uważają, że swego dobrego imienia należy za wszelką cenę bronić, tyle jest na nich przecież ataków, a z samokrytyką bardzo uważać. A Franciszek w ogóle mówi na luzie, nie sznuruje ust dyplomacją. Co prawda, jest jednak swojego imienia, tamten z Asyżu jego patronem, czyli musi być łagodnym barankiem. I bywa, ale dla kogo innego, dla tych, co są na samym dole społecznej hierarchii. Także w Kościele. Jeśli ktoś zaraz na początku powiedział, że chciałby Kościoła ubogiego i dla ubogich, to musi się trzymać za swoje słowa. Dlatego przypomina Franciszka z Asyżu, ale Marcina Lutra trochę również. Na szczęście już nie tamte czasy, jednak zmieniło się wiele.

Ale jest i druga przyczyna papieskiego języka niewyparzonego. Ten biskup Rzymu jest nie tylko jakby po prostu proboszczem. On jest także prorokiem. Jak tamci biblijni, jak Jezus, chłoszcze słowem wszystko zło tego świata. Tak, także świata pozakościelnego, oczywiście! Pogoń za pieniądzem, niepohamowany kapitalizm nazwał kiedyś „łajnem szatana”. Słowa „szatan” nie boi się, choć widzi go raczej w normalnych medycznie ludziach niż w takich, co tarzają się z pianą bluźnierczą na ustach.

A po trzecie pochodzi z Ameryki Łacińskiej, ojczyzny teologii wyzwolenia. Jan Paweł II pod wpływem kardynała Ratzingera kojarzył tę myśl za bardzo z marksizmem, choć przecież w wersji głębszej nieporównanie inspirował ją inny Żyd, z wieku jeszcze pierwszego, nie dziewiętnastego. Pomysłodawca Franciszków tylokrotny.

11:29, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 18 lipca 2016
Gościnność dobrze przemyślana. „Znak” o przyszłości religii

Wpis na niedzielę 17 lipca 2016

Księga Rodzaju 18,1-10a
Psalm 15, 1b-5
List do Kolosan 1,24-28
Ewangelia Łukasza 10,38-42
Podróżnych w dom przyjąć – uczy dobrze katechizm rzymskokatolicki. A Pismo dla nas chrześcijan najświętsze podaje przykłady. Najpierw Abrahama, któremu Pan ukazał się pod dębami Mamre. Patriarcha dostrzegł trzech ludzi zmierzających do niego i wyszedł do nich najgościnniej, po czym podobnie ich potraktował. Czy zdawał sobie sprawę, że odwiedził go sam Bóg w towarzystwie dwóch aniołów? Być może dochodził do tego wniosku stopniowo, w każdym razie już słowa powitania: „Panie, jeśli zechcesz być łaskaw dla mnie, racz nie omijać swego sługi” (Biblia Poznańska), świadczą o otwarciu dla nich najpokorniejszym. Ludy starożytne Bliskiego Wschodu były bezwzględne w swojej wojowniczości, niemniej miały zasady gościnności, można powiedzieć, staropolskiej. A my, a uchodźcy?
Łukasz opowiada o gościnności Marii i Marty. Ta druga zajęła się Jezusem od strony gastronomicznej, ta pierwsza słuchała Go jako Nauczyciela. Ta druga pewnie też chciała Go posłuchać, ale uważała, że podróżnego trzeba obowiązkowo nakarmić, napoić i ten obowiązek ciąży także na Marii, więc poprosiła Go o interwencję, na co odpowiedział jej słynnymi słowami o najlepszej (inni tłumaczą tylko „dobrej”) cząstce. Ewangelista ten, który nie znał zresztą rodziny betańskiej z autopsji, chciał tu tylko pouczyć czytelników o tym, co najważniejsze, Jan przedstawił Martę w o wiele lepszym świetle (J11). Niemniej Łukaszowy morał jest oczywiście cenny, zastawiony stół nie jest głównym kryterium gościnności.
Dzisiejszy psalm można też odnieść do tego tematu, gdy powiada, że „nigdy się nie zachwieje ten, kto swym językiem oszczerstw nie głosi" (na temat przybyszów). A Paweł? Nie będę oczywiście „ściemniał”, że to i owo odnosi się w tym fragmencie listu werbalnie do gościnności, niemniej zaznaczę, że Apostoł Narodów (albo któryś jego uczeń jako inny przypuszczalny autor listu) na obcych otworzył się najszerzej jak można. Na pogan, czyli „innowierców”, o których tu też mowa. Dołączam felieton napisany dla „MiŚ-a”.

Głośne myślenie
Przetrwa tylko religia dialogu
Jonasz
Czy religia ma przyszłość? Taki jest główny temat numeru lipcowo-sierpniowego „Znaku”, napisany na okładce jubileuszowego, bo w rocznicę 70. miesięcznika, potężnie zasłużonego dla otwierania naszej religii na nowe czasy: gratuluję, trzymajcie tak dalej?
Ale ta religia, każda religia ma przyszłość? Czy w ogóle ma sens takie pytanie? Nie przepadam za futurologią, wydaje mi się ona zawsze wróżeniem z fusów. W naszym życiu osobistym i w historii ogólnoludzkiej widać przecież bez przerwy, że nic nie wiadomo: niespodzianki są regułą. Oczywiście jest tak zwana Opatrzność, Ktoś, kto losem moim i świata rządzi, ale właśnie czy jest? Może Go nie ma, może otwieramy, reformujemy to, co i tak z czasem zginie? Może dzięki naszym reformatorskim wysiłkom, bo w naszym wykonaniu reforma oznacza „reductio ad nihilum”, otwieranie wpuszczaniem powietrza nie świeżego, ale po prostu trucizny?
Wracam do „Znaku”. Otóż myślę, że wykonał, co zamierzył, temat swego numeru jubileuszowego wyczerpał, czytelniczek i czytelników przy tym nie wyczerpując. Jest to odpowiedź na pytanie na okładce rozpisana na głosy wielorakie. Autorami są tacy ludzie, jak teolog muzułmański Tariq Ramadan, filozofowie katoliccy Charles Taylor i Karol Tarnowski, anateista (agnostyk) Richard Kearney, rabin Abraham Skórka, wychowany w islamie ateista, filozof i socjolog Tahar Ben Jelloun, publicystka katolicka Józefa Hennelowa. Ale też kilka mniej znanych postaci.
Co odpowiedzieli? Rabin Skórka: - „Zawsze znajdą się ludzie, którzy wokół transcendencji będą organizować i prowadzić swoje życie. Tak zawsze było i nie mam wątpliwości,że tak będzie również w przyszłości. Nie widzę powodów, dla których poczucie transcendencji miałoby zostać wykorzenione z naszej codzienności. Przeciwnie - bez niego wiele osób żyłoby w poczuciu ogromnego niepokoju i niepewności. Budzić się każdego dnia w przekonaniu, że nasze życie skończy się tak samo,jak żywot liściana drzewie, byłoby czymś naprawdę smutnym.” Mnie jednak z różnych tekstów wynikało, że religie przetrwają, jeśli się zmienią. Jeśli zrozumieją swoje elementarne przesłanie, że trzeba kochać Boga, ale i bliźniego, czyli absolutnie nie wolno go mordować ani w inny sposób zwalczać. Jeśli zaczną dialogować, jeśli wreszcie pojmą, że nie są właścicielami prawdy, muszą uczyć się nawzajem od siebie. Kiedy taki dialog na dobre się zacznie? Na pewno nieprędko. Jest nawet ponury szmonces, który można by chyba odnieść do naszej sprawy. Icek pyta: - Rebe, kiedy religie się otworzą? Rabin: - Na końcu świata. A Kościół katolicki w Polsce? Trzy dni później...
Nie będzie jednak tak źle. Pan Bóg nie po to dopuścił świat tak skłócony, żeby był taki, aż się w ogóle skończy. Bóg nie jest brakorobem – albo nie ma Go wcale. No to nie ma Go wcale? Czyli nie ma sensu, tego przez duże „S”? Można i tak, ale ja wraz z miliardami teistów jestem optymistą. Choćby tylko w owym fundamentalnym sensie.

17:51, jan.turnau
Link Komentarze (13) »
Będziesz miłował bliźniego swego miłosiernie

Wpis na niedzielę 10 lipca 2016

Księga Powtórzonego Prawa 30,10-14
Psalm 69,14.17.30-31.33-34.36-37 albo Psalm 19,8-11
List do Kolosan 1,15-20
Ewangelia Łukasza 10,25-37.

W księdze starotestamentalnej mocny nakaz: „Będziesz słuchał głosu Pana Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa .(...)Polecenie to bowiem, które ja ci dziś daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. (...) Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić”.
Z ewangelii Łukasza wybrano na dzisiaj przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Perykopa zaczyna się od częstego wobec Chrystusa pytania podchwytliwego. Uczony w prawie wystawia Jezusa na próbę: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”. On jednak zgodnie z metodą polemiczną swojego narodu odpowiada także pytaniem: o to, co jest napisane w Prawie. Uczony cytuje przykładnie przykazanie Boga i bliźniego, ale chcąc się usprawiedliwić (stworzyć problem, zresztą niewydumany, bo mieli go liczni jego rodacy), pyta dalej: „A kto jest moim bliźnim?” I Jezus odpowiada tekstem, mam nadzieję, bardzo znanym. Sprawdza jeszcze, czy rozmówca zrozumiał, a otrzymawszy słuszną odpowiedź, że bliźnim człowieka, który wpadł w ręce zbójców, okazał się ten, który okazał mu miłosierdzie, puentuje: „Idź, i ty czyń podobnie”. W pierwszym z polemicznych na dzisiaj psalmów mamy natomiast modlitwę: „Wysłuchaj mnie, Panie, bo miłość Twoja jest łaskawa, spojrzyj na mnie w ogromie Twego miłosierdzia”. Ale jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, oczekujmy miłosierdzia sami go nie skąpiąc.
Paweł (jeśli on sam jest autorem Listu do Kolosan, a nie któryś z jego uczniów) rozwija myśl, że „Chrystus Jezus jest obrazem Boga niewidzialnego”. A że to Jezus, który by nie okazać przemocy, dał się ukrzyżować, to znaczy, że Obrazowany jest miłosierdziem samym. Co trzeba wciąż ludziom tłumaczyć, bo są zaległości ogromne, także w polskim potocznym nauczaniu Kościoła.

I to mi przypomniało ważne publikacje, które spróbowałem omówić w felietonie przeznaczonym do „Magazynu Świątecznego” „GW”. Oto plik.
Głośne myślenie
Miłosierny paragraf trzechsetny
Jonasz
Są w moim polskim Kościele ludzie przytomni. W „Tygodniku Powszechnym” z 3 lipca najpierw Jarema Piekutowski, potem biskup Antoni Długosz kwestionują sensowność sześciu głównych prawd wiary, które wkłada się wciąż do głowy polskim dzieciom. Od dawna tak jak oni myślałem i napisałem w „GW” to samo niedawno, powołując się na męża uczonego trzeciego, jezuitę Dariusza Piórkowskiego. Nie można przedstawiać chrześcijaństwa nie wspominając o zmartwychwstaniu, tylko o duszy nieśmiertelnej, nie można również szkicować obrazu Boga jako sędziego sprawiedliwego, który za dobre wynagradza, a za złe karze. O Bożym miłosierdziu nie mówiąc ani słóweczka!
I teraz o kapitalnej publikacji w letnim numerze kwartalnika „Więź”. Otwiera ją mianowicie tekst teologa habilitowanego ks. Damiana Wąska pt. „Kościół miłosierny, czyli jaki?” A no taki, który daje wiarę papieżowi Franciszkowi, jego adhortacji „Amoris laetitia”. Otóż zdaniem autora przemilcza się w Polsce eklezjalne novum tego dokumentu. Chodzi oczywiście o przypis numer 336. Franciszek nawiązuje tam do swoich słów w paragrafie 300, że przypadki tak zwanych rozwodników są bardzo różne, duszpasterze powinni rozeznawać je odpowiedzialnie, stopień moralnej odpowiedzialności nie jest w nich ten sam, skutki prawne zatem również. I w owym przypisie papież dodaje: „Nawet gdy chodzi o dyscyplinę sakramentalną, ponieważ po rozeznaniu można uznać, że w danej sytuacji nie ma poważnej winy”.
Otóż trudno tych słów Franciszkowych nie zrozumieć jako furtki otwierającej niektórym rozwodnikom sakramentalną komunię. Tak je rozumieją interpretatorzy przeliczni, ale nie wszyscy. Inni albo odczytują je uparcie po swojemu, albo wolą milczeć. W Polsce zdarza się jedno i drugie, raczej chyba drugie. Adhortację wydało dzielnie polskie katolickie Wydawnictwo M, ale zaległa potem dyplomatyczna cisza. No bo jak krytykować kogoś, kto jest mimo wszystko Ojcem Świętym.
Natomiast ks. Wąsek broni papieża wielorako. Teologicznie – miłosierdzie Boże nie jest dodatkiem do sprawiedliwości ani jej pochodną. „Jest jedną z fundamentalnych prawd Objawienia i zasadą hermeneutyczną w odniesieniu do chrześcijańskiej hierarchii wartości”. Prawniczo – „Ludzkie prawa mogą być wyłącznie in pluribus, to znaczy obowiązujące w większości przypadków i ze względu na swój ogólny charakter nigdy nie będą w stanie rozwiązywać wszystkich indywidualnych przypadków, często bardzo złożonych”. To nie są słowa autora polskiego, ale niemieckiego: sławnego kardynała Waltera Kaspera. Dla niektórych jednak osławionego, Franciszkowego złego ducha. No cóż, Polska leży nad Wisłą i Wartą, nie nad Renem, Sekwaną – i nie nad Tybrem. Na szczęście zdarzają się w tej sytuacji geograficznej ludzie, którzy jej myślowe skutki odważnie przezwyciężają. Chwała im za to i cześć.

17:47, jan.turnau
Link Komentarze (10) »
niedziela, 03 lipca 2016
Pokój jak rzeka. I radość

Księga Izajasza 66,10.12-14c
Psalm 66,1b-3a.4-7a.16.20
List do Galatów 6,14-18
Ewangelia Łukasza 10, 1-12.17-20.
Odnotowuję miejsca, skąd wzięto te teksty, z równą dokładnością, jak są oznaczone w biblistycznych źródłach: dla porządku, choć to miłym Czytelniczkom i Czytelnikom nie jest na ogół potrzebne. A tytuł wpisu wziąłem z tekstu Izajasza, bo księga błyszczy poetyckim pięknem (twierdzę, że była czwórca, nie trójca pisarzy największych, do Homera, Dantego i Szekspira dołączam tamtego biblijnego). „Pokój jak rzeka i chwała narodów jak strumień wezbrany”. Napisałem „księga”, nie prorok, bo to dzieło trzech autorów piszących swoje teksty w ciągu paru wieków (od VIII do V przed Chrystusem). Tekst jest radosny: wezwanie do weselenia się wraz z Jerozolimą, do której wracają wygnańcy z babilońskiej niewoli.
Optymizm mamy również w psalmie: „Z radością sławcie Boga, wszystkie ziemie”, ponieważ swoją potęgą nas uszczęśliwia.
Czy również pociesza nas Łukasz? Tak. Opowiada o wysłaniu jeszcze (poza Dwunastoma) siedemdziesięciu dwóch uczniów. Jezus zapowiada, że pójdą jak owce między wilki, ale wracają szczęśliwi, bo nawet złe duchy im się poddają. Studzi może ich entuzjazm powiedzeniem, że widział Szatana, który spadł z nieba jak błyskawica, ale raczej to wtrącenie bez takiego związku z kontekstem. W każdym razie mnie skojarzyło się z Państwem Islamskim, diabelstwem nieoczekiwanym, a przeraźliwym. No i Jezus każe im się cieszyć nie ową wiedzą nad demonami, ale tym, że ich imiona zapisane są w niebie. To oczywiście ważniejsze.
List do Galatów ciągnie swoją rewolucję religijną: „obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie. Na wszystkich tych, którzy się tej zasady trzymać będą, i na Izraela Bożego niech zstąpi pokój i miłosierdzie.” Czyli otwarcie na pogan oczywiście, ale też zaznaczenie Pawłowego szacunku dla Narodu Wybranego (chociaż powinien rozumieć, że nie tylko dla niego zbawienie).
Chrześcijan nie może nie być optymistą: pesymizm, ponuractwo jest sprzeczne z Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną, nie złą. Co nie znaczy, że jest wyjęty z doli człowieczej, która staje się pełnym szczęściem dopiero w niebie. Na ziemi – jak napisał muzycznie wielki teolog, jezuita Karl Rahner – każda symfonia jest niedokończona. Musimy starać się zawsze o uśmiech, ale bywa on nieraz przez łzy, które grzechem bynajmniej nie są.

22:55, jan.turnau
Link Komentarze (60) »
niedziela, 26 czerwca 2016
„Baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli”. Jak czytać Pismo Święte?

1 Księga Królewska 19,16b.19-21
Psalm 16,1b-2a.5.7-11
List do Galatów 5,1.13-18
Ewangelia Łukasza 9,51-62.
Z dzisiejszych tekstów wybrałem w tytule wpisu napomnienie Pawłowe barwnie dosadne, które w całości brzmi: „Bo całe Prawo wypełnia się w tym, jednym nakazie: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego» . A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli.” Jest to reguła moralna uniwersalna, można się jej doszukać w niemal każdym tekście Biblii. Także w urywku Ewangelii Łukasza, w którym „synowie gromu”, Jakub i Jan, pytają Jezusa, czy mogą ukarać piorunem z nieba wieś samarytańską, która nie chciała ugościć Go, bo zmierzał do odrzucanego przez nich Jeruzalem. On ich za to z kolei zgromił oczywiście.
Ale więzi tematycznej między tekstem starotestamentalnym i Ewangelią trzeba szukać raczej w podobieństwie dwóch powołań: Elizeusza na następcę Eliasza oraz jakichś dwóch uczniów którym Jezus powiedział kolejno: „Pójdź za mną”. Żaden z nich nie odmawia, choć proszą o trochę czasu. Gdybyśmy byli pedantami, akcentowalibyśmy różnicę w reakcji powołujących. Eliasz powiada: „Idź i wracaj”, Jezus odmawia obydwu uczniom, nawet i temu, który tłumaczy się pogrzebem ojca (po szczegóły odsyłam do tekstu). Czyżby lekceważył miłość do rodziców? Oczywiście nie, Łukasz również: chodzi tu tylko o niezwlekanie z ogłoszeniem Ewangelii. Zadanie to wszystkich chrześcijan, podobnie jak w Starym Przymierzu było w ogóle chodzenie drogą Bożą. W psalmie czytamy:
„Ty ścieżkę mi życia ukażesz,
pełnię radości przy Tobie
i wieczne szczęście
po Twojej prawicy.”
Szczęście jednak to wieczne, czyli tamto za grobem, przed nim doczesnych trosk legion. Nie traćmy pośród nich ducha, o pomoc do Ducha się modląc.

Dołączam w całości coś, co napisałem do dwumiesięcznika „Bunt Młodych Duchem”, a co pasuje tu bardzo.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Jezus nie był bezczelnym smarkaczem!
O CO CHODZI W PIŚMIE ŚWIĘTYM?
Obiecałem już dawno, że napiszę tutaj trochę, jak rozumieć Biblię. Słyszę bowiem od ludzi pobożnych różnych wyznań, że lekarstwem duchowym na prawie wszystko jest jej lektura, a przecież to nie takie proste. Pobożny, bynajmniej nie hiperkrytyczny, ale uważny czytelnik (i czytelniczka!) może mieć z tym duże trudności.
Odejdę tym tematem od samej sprawy jedności chrześcijan, której jest poświęcony ten notatnik, ale dla wielu czytelników „Buntu” to kwestia równie ważna, jeśli nie ważniejsza praktycznie. W końcu innych chrześcijan u nas niestety malutko, prawosławnego czy protestanta (ewangelika) trudno spotkać. Biblii też można nie spotkać, nie otwierać, ale dotrzeć do niej o wiele łatwiej. A rzecz w tym, że wiara bez wiedzy jednak kuleje. Wiedzy o Piśmie Świętym, jak ją rozumieć, literalnie, dosłownie, czy jednak inaczej.
Nie aż tak zwana demitologizacja, ale...
W tym „inaczej” niektórzy luterańscy teologowie poszli bardzo daleko. Jeden z nich, Rudolf Bultmann (1884-1976), rzucił hasło „demitologizacji”, czyli odrzucenia wszystkiego, co nazwał mitami, a więc dużą część opowiadań biblijnych. Głosił, że chodzi przede wszystkim o wiarę, a nie o akceptację jakiejś doktryny. O zaufanie Jezusowi i pójście Jego drogą duchową. Następni uczeni z tego środowiska byli już mniej radykalni, dogadują się dzisiaj z katolickimi, bo też zresztą nasi pod ich wpływem zrobili się bardziej krytyczni. Tak zwane Magisterium, czyli nasze władze kościelne, są oczywiście ostrożniejsze, hamują nowatorskie zapały, ale dokonała się również w naszym Kościele bardzo duża zmiana.
Rzecz w tym, że bywają w Biblii informacje ze sobą niezgodne. Nie tylko w Starym Testamencie, gdzie na przykład Księgi Kronik oświetlają pewne sprawy inaczej niż Królewskie. Ewangelie różnią się od siebie! Oczywiste jest, że trzy pierwsze (tak zwane synoptyczne) podają inny materiał informacyjny niż czwarta. Ewangelia Jana jest napisana tak, jakby jej autor znał teksty swoich poprzedników i nie chciał ich powtarzać. Jest to zupełnie zrozumiałe, ale na tym nie koniec. W ogóle każdy z czterech autorów pisał po swojemu. Każdy miał na oku ludzi innej narodowości: Mateusz Żydów, Marek Rzymian, Łukasz Greków, Jan myślał także o Samarytanach, z którymi zapewne miał jakiś kontakt (stąd opowieść o Samarytance spotkanej przy studni). Każdy poza tym był po prostu sobą, jak to jest zawsze z piszącymi. Ale – tu napiszę rzecz najważniejszą – każdy z ewangelistów jest sobą nie tylko w swoim stylu (styl to człowiek): także w swojej teologii!
Cztery różne ewangelie
Tak, mają oni swoją własną koncepcję teologiczną. To nie znaczy naturalnie, że każdy ma inną doktrynę. Słowo to w ogóle do Biblii nie bardzo pasuje, trzeba mówić raczej o podstawowym religijnym przesłaniu, a ono u nich wszystkich jest jedno i to samo. Jest to Ewangelia, czyli Dobra Nowina! Ta – przypomnę dawną formułę katechizmową – że Syn Boży zstąpił z nieba i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. No i jeszcze zaznaczę tamto, iż był Żydem (nie Polakiem), skąd głęboka jedność obu części Biblii. W tych jednak ramach każdy z ewangelistów przedstawia sprawę nieco inaczej. Mateusz, jak na dobrego Żyda przystało, swego ludu za bardzo nie lubi. No, może tylko jego ówczesnych przywódców. Otóż tylko on opowiada, że hołd złożyli Dzieciątku pogańscy mędrcy z daleka, nie monarcha Herod, i informuje, że wiadomością z Betlejem przeraziła się wraz z nim cała Jerozolima, oczywiście raczej jej żydowskie szczyty. Marek akcentuje synostwo Boże Jezusa, Łukasz Jego miłosierdzie, szczególnie wobec biedaków, Jan – dobitnie Jego boskość.
Podobne akcenty nie różnią w zasadzie, ale zauważmy na przykład, że Jan pisze sporo o swoim imienniku zwanym (nie w Biblii) Chrzcicielem, ale ani słowa o tym, że Jezus kazał mu Go ochrzcić: niektórzy bibliści widzą w tym niechęć opowiedzenia o tym, co mogło niechcący osłabić przesłanie o Jego boskości.
Tendencyjność w Piśmie Świętym?
Termin ten używany jest jako zarzut, jednak nie w moich ustach. Przede wszystkim dlatego, że ówczesne pisarstwo zawsze było jakoś tendencyjne. Nie przychodziło nikomu do głowy, żeby napisać pracę naukową w sensie dzisiejszym, jakąś biografię albo dzieło historyczne. Dziejopisarstwo kwitło, ale nigdy bez jakiejś tezy, swoistego morału. Tutaj jeszcze co do opowieści o magach ze Wschodu: wielu biblistów powątpiewa w historyczność jej w sensie dzisiejszym: że taki fakt miał rzeczywiście miejsce. Oczywiście inni jej historyczności bronią, a błyszczy ona wspaniale, bardzo ważną naukę niesie, że nie zawsze pod latarnią najjaśniej.
Napisałem tu wcześniej, że bywają w tekstach biblijnych informacje wzajemnie niezgodne. Przykład widać w tejże perykopie (jednostce narracyjnej). Powiada na jej końcu Mateusz, że zamieszkali w mieście Nazaret, ani słowa o tym, że stamtąd pochodzą i stamtąd właśnie przyjechali, o czym natomiast wiemy od Łukasza. Tak zwany fundamentalizm biblijny, głoszony dotąd przez niektórych katolików myślących tradycyjnie, szczególnie zaś przez licznych ewangelików z tak zwanej drugiej reformacji (baptystów, zielonoświątkowców), z tego względu nie wytrzymuje krytyki. Trudno twierdzić, że prawdziwe są dwa zdania przeciwne, widać jednak zapewne można.
Biblia nie jest zbiorem relacji jakoś historycznych także w tym sensie, że niektóre w ogóle nie były pisane z taką ambicją. Albowiem odkryto z czasem, że gatunków literackich jest w Księdze wiele. Są oczywiście listy, jest poezja, może nawet dramat (Księga Hioba) – i nowele. Na przykład opowieść o człowieku, którego połknęła wielka ryba: toż to zapewne właśnie nowela, czyli niewielki utwór literacki, biblijna beletrystyka. A pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju to rodzaj hymnu, nie zapiski któregoś anioła. Rozdziały następne też oczywiście reportażem historycznym nie są: autorzy ich nie korzystali z żadnych dokumentów, w których opowiedziano na przykład o Kainie i Ablu (tu szkolna zagadka: jak się kończy rymowanka „Była sobie wieża Babel, a Kaina zabił...). Ten, co tamtą opowieść ułożył, korzystał po prostu ze swojej znajomości niepięknej ludzkiej natury.
A moralność, etyka?
Najpierw pytanie, czy Pismo Święte może czytelników zgorszyć. Zdarza się, że nie tyle czyni ich mniej moralnymi, ile Boga pokazuje jako wręcz nieetycznego. Kiedy na przykład w Księdze Jozuego każe On swemu ludowi wybijać co do nogi, wraz z kobietami i dziećmi, wszystkich jego przeciwników w walce o Ziemię Obiecaną. Tutaj oczywiście nie On sam jest antywzorem, tylko niektórzy autorzy dzieła, wkładający Mu w usta własne bardzo prymitywne duchowo poglądy. Widać to także na przykład w psalmach zwanych zwyczajnie złorzeczącymi, albowiem demonstrują najdzikszą nienawiść do bliźnich swoich. Jest to niepojęte, jeśli czytamy Pismo fundamentalistycznie właśnie, zakładając, że każde zdanie w nim jest prawdziwe i ma nas moralnie budować. Że każde tam słowo wyszło spod ludzkiego pióra, ale podyktowane zostało przez Świętego Ducha. A przecież tak wcale nie jest. Mówiąc językiem pisarstwa dzisiejszego, które termin „dialog” uwielbia, Biblia to ogromna antologia tekstów przeróżnych, we wszystkich jednak obrazująca właśnie dialog człowieka z jego Stwórcą i Panem. Człowieka oczywiście grzesznego.
Jezus nieskory do skruchy?
Ale zagadek moralnych nie koniec. Było o Ewangelii Mateusza, teraz o Łukaszowej. Święta Rodzina udaje się do Jerozolimy, a tam przygoda: dwunastoletni Jezus jakoś się rodzicom gubi. Nie trzymają Go oczywiście cały czas za rączkę, nawet dzisiaj chłopiec nie zniósłby takiej kurateli, a cóż dopiero w czasach szybszego dojrzewania. Maria i Józef mieli Go słusznie za prawie dorosłego, nie pilnowali bez przerwy, może poza tym zagadali się z przyjaciółmi w drodze powrotnej, w każdym razie zauważyli Jego nieobecność w tej gromadzie dopiero, kiedy przeszli dzień drogi. Wrócili wtedy do miasta i szukali Go tam aż dni trzy. Gdy znaleźli wreszcie w Świątyni, gdzie zadziwiał uczonych w Piśmie jego znajomością, Maria użaliła się pytając, czemu naraził ich na takie zdenerwowanie. A On odpowiedział butnie, zdziwiony, że Go szukali: nie wiedzieli, że powinien być w sprawach Jego Ojca? Otóż komentarz zwykłego czytelnika, który mi się nasuwa, jest taki, iż jednak mógł zawiadomić, że się odłącza, a On całą winę zrzucił na nich. Gdyby choć jednym słówkiem przeprosił, dziwiąc się najwyżej, że tak długo nie zauważyli Jego braku. Otóż w tym rzecz, iż Łukasz nie napisał o Nim reportażu historycznego ani powieści psychologicznej, tylko ewangelię! Powiedział zatem w perykopie, którą usiłuję wyjaśnić, że Jezus nie był rozumiany w pełni nawet przez swoich rodziców, którzy przecież wiedzieli od początku, że nie jest zwyczajnym człowiekiem. Interpretuję tekst biblijny w ten sposób pouczony przez mego przyjaciela, biblistę znakomitego, ks. Michała Czajkowskiego, autora licznych tekstów tłumaczących, jak rozumieć Pismo Święte. Otóż wytłumaczył mi nie tylko to, że ewangeliści nie napisali biografii, ale też, że Duch Święty nie zajmował się redagowaniem tego, co w ogóle napisali. A jacyś nieznani nam redaktorzy, szczególnie właśnie w przypadku Ewangelii Łukasza, postępowali dość swobodnie. Na przykład dopisywali do tekstu inne wypowiedzi Jezusa, które mieli „na składzie”, bez szczególnej troski o to, czy do kontekstu pasują. Chodziło im o to raczej, żeby materiał informacyjny był najbogatszy, a niekoniecznie spoisty.
Biblijnych autorów psychologia
Ksiądz Michał w książce swojej pod tytułem „I ty zrozumiesz Pismo Święte” napisał między innymi tak: „Autor ludzki wcale nie musiał być świadom faktu, że jest obdarzony charyzmatem natchnienia. Nikt nie siadał do pisania z tym przekonaniem, że oto tworzy Pismo Święte”. Dodam od siebie, że nie przypuszczał, iż będzie czytany tyle wieków, przez tylu ludzi bardzo się odeń różniących. Nie miał też takiego poczucia urzędowej odpowiedzialności, jak późniejsi przywódcy Kościoła, jak niektórzy papieże cyzelujący swoje teksty (nie Franciszek, duszpasterz bardzo spontaniczny). Czajkowski tłumaczy dalej: „Zresztą większość ksiąg powstała okazyjnie, z konkretnych potrzeb. Taki np. człowiek czynu, jak św. Paweł, jeśli brał do ręki pióro (lub dyktował list), to tylko dlatego, że potrzebna była jego dotychczasowa interwencja w którymś z jego Kościołów”.
Nie dość powtarzać, że Pismo Święte ma dwóch autorów: Boga i człowieka. Tego drugiego nie trudno zobaczyć, jeśli tylko dopuszcza się myśl, że może się czasem pomylić. Tego pierwszego widzieli i widzą ci wszyscy, którzy od tylu wieków znajdują w Piśmie Świętym drogowskaz, pokrzepienie, nadzieję. Od Pana i Boga samego.

11:19, jan.turnau
Link Komentarze (34) »
niedziela, 19 czerwca 2016
Krzyże, krzyże, krzyże... Twarz wyrażająca sumienie

Księga Zachariasza 12,10-11;13,1
Psalm 63,2-6.8-9
List do Galatów 3,26-29
Ewangelia Łukasza 9,18-24
„Historia krzyżami się mierzy” – komentowała piosenka o Monte Cassino. Chodziło tam o poległych na wojnie, ale dzieje ludzkości są w ogóle naznaczone w ten ponury sposób. „Ils naquirent, ils souffrirent, ils mourirent”, czyli „Urodzili się, cierpieli, umarli” – przedstawia powiedzenie francuskie niedolę człowieczą. W Księdze Zachariasza napisano o pewnym losie opłakanym: „Na dom Dawida i na mieszkańców Jeruzalem wyleję ducha łaski przebłagania. Będą patrzeć na tego, którego przebili, i boleć będą nad nim, jak boleje się nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak płacze się nad pierworodnym.” Ale „wytryśnie źródło na obmycie grzechu i zmazy”. Któż to ten tajemniczy męczennik? Biblia Poznańska wyklucza różne tłumaczenia, kojarzy tu tylko Izajaszową postać sługi Jahwe. Ewangelia Jana kojarzy z tamtym obrazem przebicie boku Ukrzyżowanego. W dzisiejszym tekście Łukaszowym Jezus mówi, że Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć, a my powinniśmy nosić co dzień swój krzyż, w ten sposób Go naśladować. Mamy jednak pomoc w Bogu, ucieczkę w cień Jego skrzydeł – pociesza Psalm 63. Paweł zapewnia, że jesteśmy przez wiarę synami Bożymi w Chrystusie Jezusie. I to wszyscy: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety”, bo w Nim jesteśmy kimś jednym. Gdyby tak jednak było nie tylko w oczach Boga, gdybyśmy tak się widzieli nawzajem, byłoby nam nieporównanie łatwiej krzyże nasze dźwigać. Cóż, kiedy „homo homini lupus sapiens”...

Lektury. Polecam tutaj powieść „Trzydzieści srebrników”, w której jest taki passus: „Nie ma chyba drugiej podobnej twarzy, która u tak różnych ludzi na wszystkich kontynentach tyle razy poruszyłaby wyobraźnię, a dokładnie ten ludzki przymiot, dzięki któremu człowiek jest już nie tylko ssakiem, lecz także człowiekiem: sumienie. Oblicze Nazarejczyka, tak jak je widziała, stworzyła, wyraziła i zachowała ludzkość, jest wizją sumienia (...). W wielkim gabinecie figur woskowych potrzebna była pewna twarz, pewne oblicze, w które ludzkie poczucie winy wpisze rysy miłosierdzia, litości i współczucia.” Napisał pisarz węgierski Sándor Marai (1900-1989) tłumaczyła pięknie Irena Makarewicz, wydały „Zeszyty Literackie”. Polecam!
I „zapodaję”, że w czerwcowym „W drodze”, które zachwaliłem, bo wydrukowało trzy bardzo odważne teksty na temat transseksualistów, także dwa podobne o aborcji: dominikanina Roberta Plicha i świeckiego katolika Marka Andrzejewskiego. Obaj wypowiadają się za utrzymaniem obecnego kompromisu prawnego, tak krytykowanego z obu stron. Ks. Plich pisze jednak poza tym, że „aborcja byłaby moralnie dopuszczalna jedynie wówczas, gdyby istniała absolutna pewność, że ludzki embrion nie jest człowiekiem”. Myślę, że problem jest źle postawiony: mamy już absolutną pewność, że to życie ludzkie, ale czy zaraz człowiek w sensie ludzkiej osoby?

08:50, jan.turnau
Link Komentarze (33) »
środa, 15 czerwca 2016
Prorocy Eliasz i Elizeusz, pastor Mieczysław Kwiecień

2 Księga Królewska 2,1.6-14
Dzisiaj nie niedziela, komentuję tylko pierwszy tekst starotestamentalny. Czytamy w nim o olbrzymim proroku Eliaszu i jego uczniu Elizeuszu. Uczniu szczególnie z mistrzem związanym, niejako synem jego (duchowym) pierworodnym, a to pierworództwo dawało prawo do podwójnej części ojcowizny, skąd Elizeuszowa prośba, aby otrzymał podwójną część jego proroczego ducha. Mistrz jednak, sądząc, że to decyzja Boża, nie ludzka, poddaje ucznia próbie. Jeżeli zobaczy, jak Eliasz jest brany do nieba, otrzyma ową moc. Zobaczył i otrzymał. Otrzymał jeden z charyzmatów prorockich, mianowicie zdolności cudotwórcze. Był w stanie rozdzielić wody Jordanu, by przejść przezeń suchą nogą, ponieważ spadł dla niego z góry Eliaszowy płaszcz. Co do cudów biblijnych, jak pisałem tutaj nieraz, dzisiejsi uczeni w Piśmie są różnego zdania. Wrócę jeszcze kiedyś do tego tematu, a teraz odnotuję pewne dzisiejsze wydarzenie czy raczej dwa.
Otóż dokładnie dzisiaj kończy 80 lat pastor zielonoświątkowy, profesor Starego Testamentu w Warszawskim Seminarium Teologicznym, ks. Mieczysław Kwiecień. Któż to taki poza tym? Otóż przede wszystkim jest on współtwórcą dzieła biblistycznego, nazwanego przez nas Ekumenicznym Przekładem Przyjaciół. Czterech: przede wszystkim trzech biblistów trzech wyznań, czyli ks. Michała Czajkowskiego, arcybiskupa prawosławnego Jeremiasza i właśnie pastora Kwietnia. Także sekretarza organizacyjnego i konsultanta polonistycznego Jana Turnaua. Udział księdza Mieczysława w realizacji tego pomysłu jest szczególny, bo jest on poza tym bardzo pracowitym redaktorem owej książki, także tak zwanym redaktorem technicznym, korektorem... Powodowany patologiczną skromnością nie chciał umieścić owych informacji tam, gdzie się je zwykle umieszcza, niemniej świętą prawdą one są. To wiadomości o nim nieosobiste, teraz moje najwłaśniejsze. Po pierwsze, jest moim długoletnim, serdecznym przyjacielem, po drugie, moim nauczycielem prywatnym biblistyki. Przez długie lata męczyłem go telefonami z zapytaniem o różne sprawy „w tym temacie”, teraz przezwyciężam lenistwo i szukam takiej pomocy w moich książkach, ale gdybym go znów poprosił, posłużyłby mi swoją wielką wiedzą na pewno. Mietku kochany, Bóg Ci zapłać! Oczywiście także w dalszych długich latach, może tylko mniej męczących.
Ale jubileusz ten zbiegł się w czasie z innym faktem radosnym. Otóż niezależnie od drugiego, poprawionego wydania owego EPP, publikacji dokonanej jak i przedtem przez naszego przyjaciela, doktora świętej teologii Henryka Ryszarda Tomaszewskiego, ukazuje się książka ta również w krakowskim katolickim wydawnictwie M i właśnie dzisiaj ma skończyć się jej druk. Wielka to dla nas radość, Bogu niech będą dzięki.

17:20, jan.turnau
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 czerwca 2016
Zbawia wiara, nie prawo, żadne. Towarzystwo Biblijne w Polsce. Transseksualiści!

2 Księga Samuela 12,1.7b-10.13
Psalm 32,1b-2.5.7
List do Galatów 2,16.19-21
Ewangelia Łukasza 7,36-8,6
Główny wątek dzisiejszych tekstów biblijnych to przebaczenie. W psalmie śpiewamy:
„Szczęśliwy człowiek,
któremu nieprawość została odpuszczona,
a jego grzech zapomniany.
Szczęśliwy ten, któremu Pan nie poczytuje winy,
a w jego duszy nie kryje się podstęp.
Grzech wyznałem Tobie
i nie skryłem mej winy
Rzekłem: - Wyznaję mą nieprawość Panu,
A Ty darowałeś niegodziwość mojego grzechu.”
Ilustracjami takich postaw duchowych są urywki ksiąg Testamentu Starego i Nowego. Opowieść o rozmowie proroka Natana z królem Dawidem po ciężkim grzechu tego drugiego: nie dość, że uwiódł swemu podwładnemu żonę, to jeszcze zabezpieczył się, wysyłając tego oficera na pewną śmierć. Ale Dawid wyznaje, że zgrzeszył, więc Bóg mu ten niecny postępek daruje. Tak jak Jezus daruje winy kobiecie obyczajów zwanych lekkimi, gdy ta wyraża skruchę hołdowniczymi gestami wobec Niego jako sędziego moralności. Faryzeusz Szymon, w którego domu to się odbywało, pomyślał, że Jezus nie jest prorokiem, czyli jasnowidzem, bo gdyby nim był, widziałby, co to za kobieta, i nie pozwoliłby jej się dotknąć. Ale Chrystus właśnie jako jasnowidz wie, co tamten pomyślał, i tłumaczy mu, że owa ladacznica więcej warta niż on.
Bóg jest miłosierny, czyli przebacza. Nawet miłosierny nieskończenie, co uparcie podkreśla Franciszek, zalecając wyzwolenie z surowości prawa. Wystarczy tylko pokora, czyli niezadzieranie nosa, nie pycha zadowolonych z siebie.
A ja myślę sobie antropomorficznie, że z kolei Bóg ma jakby wyrzuty sumienia jako stwórca człowieka zdolnego do świństw ogromnych. Ale zaraz koryguję się: Pan wiedział, co robi, najwyraźniej uważał, że pośród stworzeń potrzebny jest homo sapiens, czyli ktoś Jemu podobny, choć nie tak święty jak On. Mający, owszem, tak zwaną wolną rękę, ale nieumiejący tej wolności używać. I tu zapytać można dociekliwie: no dobra, jednak stworzył również aniołów, przecież bezgrzesznych. Co prawda, niektórzy zgrzeszyli, są duchy złe, ale te dobre, co się nie zbuntowały i w tym stanie moralnie czystym trwają, pozostały dowodem na to, że można być wolnym i bez duchowej skazy. Stąd może wątpliwości teologów, czy owi anielscy posłannicy Boga to na pewno byty osobne, osobowe, a nie jakieś Jego "energie” czy jak tam to nazwać. A demony, czyli Szatan – po co Bóg zrobił sobie takiego konkurenta, przecież chrześcijaństwo to nie religia podobna tamtej wschodniej, która widzi w rzeczywistości wręcz dualizm Dobra i Zła? Niezbadane są zaprawdę Boże wyroki.
Wrogiem kazuistyki okazał się papież Bergoglio, który krytykuje ją często w codziennej katechezie. Bo też w ogóle robi raban w doktrynie, w swojej adhortacji rodzinnej „Amoris laetitia”, gdzie w przypisie do paragrafu 300 dopuszcza komunię sakramentalną dla rozwodników. W przypadkach wyjątkowych, ale nie według jakiegoś prawa, tylko oceny człowieka: jego duchowego stanu. Bo on jest ważny, czyli jego wiara, a nie paragrafy.
Ale jest jeszcze dzisiaj tekst Pawła. Teza zawsze rewolucyjna: „Człowiek osiąga usprawiedliwienie nie dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, lecz jedynie dzięki wierze w Chrystusa (...). Jeżeli zaś usprawiedliwienie dokonuje się przez Prawo, to Chrystus umarł na darmo.”
Jednak mentalność jurydyczna trapi nie tylko religię żydowską, gdzie religijność opiera się na rygorystycznym przestrzeganiu przepisów. Od dawna teologowie chrześcijańscy dostrzegają, że sporo tego także w naszej religii. Szczególnie w rzymskim katolicyzmie, w którym dużo jest prawa rzymskiego. Tak zwanej kazuistyki. Teraz już moraliści katoliccy nie rozważają problemów w rodzaju takiego, czy konsumpcja lodów łamie post eucharystyczny, bo to przecież nie za bardzo napój...To przykład komiczny, ale są i poważne, choćby te, o których mówi Franciszkowa adhortacja rewolucyjna.
Mamy w naszym kraju instytucję dla znajomości Pisma Świętego niezwykle zasłużoną: Towarzystwo Biblijne w Polsce. Ma już 200 lat! Powstało w październiku 1816 r., z dużym trudem, bo inicjatywie protestanckiej (nazywało się długo Brytyjskie i Zagraniczne) sprzeciwiał się ostro arcybiskup gnieźnieński Ignacy Raczyński. Ale arystokracja polska, przynajmniej w osobie Adama Jerzego Czartoryskiego, okazała się myślowo otwarta i książę został pierwszym prezesem Towarzystwa. Zaraz w pierwszym roku rozpowszechniono ok. 18 tys. egzemplarzy Biblii Wujka. Wydawano potem dla protestantów Gdańską, dla katolików Wujkową, a w naszych czasach także tak zwaną warszawsko-praską (biskupa Romaniuka) oraz Biblię Ekumeniczną 11 Kościołów. A są to obecnie wszystkie ważniejsze, także rzymskokatolicki: Kościół Adwentystów Dnia Siódmego w RP, Chrystusowy w RP, Chrześcijan Baptystów w RP, Ewangelicko-Augsburski w RP, Ewangelicko-Metodystyczny w RP, Polskoatolicki w RP, Starokatolicki Mariawitów w RP, Zielonoświątkowy w RP oraz Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny. Jubileusz dwustulecia był huczny, świętowany dni trzy, piosenką, dyskusją, modlitwą.
Wracam do spraw, o których napisałem w komentarzu do dzisiejszych tekstów biblijnych: prawo i wiara, czyli system moralny i konkretny człowiek. Omawiam numer czerwcowy miesięcznika dominikanów, czyli zakonników wielce odważnych. Otwierają go trzy wypowiedzi: Barbary Chyrowicz, znanego filozofa, etyka, zakonnicy ze Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego (czyli werbistek), Katarzyny Kolskiej, wicenaczelnej tegoż „W drodze”, oraz profesora bioetyki i teologii, ks. Piotra Morcińca. Kolska opowiada współczująco o życiu Marcina, który urodził się biologicznie jako dziewczynka, ale od najmłodszych lat czuł się chłopcem, Chyrowicz analizuje problem transseksualistów filozoficznie, Morciniec teologicznie.
Marcin przeżył kilkanaście lat cierpienia, ciągłych upokorzeń, ukrywania się, tłumaczenia, odrzucenia. Wścibskich pytań, jakby był trędowaty. Był sam, nikt go nie rozumiał, nawet jego mama. Zrozumiała Marcina dopiero przyjaciółka w podstawówce. Pomagała w różny sposób, przyniosła kolorową gazetkę dla dziewczyn, w której był artykuł o transseksualistach. Poczuł, że nie jest na świecie sam. Studiuje problem w internecie, wybiera liceum daleko od domu z małego miasteczka. Przestaje się ukrywać, w bursie mówi koleżankom, że nie czuje się jedną z nich, nie rozbiera się przy nich, co one przyjęły z dużym zrozumieniem Mając lat 18, znalazł w internecie adres poradni, która diagnozuje transseksualizm. Ma kilkuset pacjentów. Trafił tam na doktor Aleksandrę Rubachę, która pomogła mu fundamentalnie. Sprawdziła rutynowo, czy jego zaburzenia tożsamości płciowej nie są wynikiem choroby psychicznej, jakiegoś uszkodzenia mózgu czy problemów rodzinnych – i doszła do wniosku, że nie. Rozpoczęła kurację hormonalną. Potem sąd zmienił dokumenty. Wreszcie chirurgia (dokonuje się ją w kilku polskich szpitalach, niestety dzisiaj bez refundacji, czyli za kilkanaście tysięcy złotych). Olę poznał w pracy. Od razu zwróciła uwagę na jego wrażliwość i radość życia. Podziwia jego upór, że nie poddaje się. I jeszcze dla nich, wierzących, jeden wielki problem: chcieliby wziąć ślub kościelny. Znaleźli księdza, któremu ufają: obiecał, że sprawdzi wszystkie możliwości. Czekają cierpliwie, wciąż mają nadzieję. Wierzą, że dla Boga nie znikną. Bez względu na to, jaka będzie decyzja, chcieliby się zapisać na kurs dla narzeczonych.
Streściłem opowieść o przypadku, teraz tamte analizy. Profesor Chyrowicz referuje spokojnie debatę światową na ten temat. Podaje, że są dwa zjawiska różne: transseksualizmu i transgenderyzmu. Różnicę tłumaczy się dosadnie: seks jest między nogami, a gender (tylko) między uszami (czyli w mózgu). Co do tego pierwszego, przeciwnicy przemian w etyce twierdzą, że transseksualizm to nie diagnoza, ale życzenie ludzi obciążonych seksualną dewiacją. Można i tak, podobnie wciąż traktuje się przecież homoseksualizm i biseksualizm. Jeśli dobrze zrozumiałem, uczona katoliczka wykazuje dla tych ludzkich spraw więcej zrozumienia. Pisze niemniej: „To prawda, że bycie mężczyzną względnie bycie kobietą nie wyraża się jedynie w cielesności, wyraża się jednak przez cielesność. Nie ma innej możliwości, bo człowiek żyje posiadając ciało. Problem osób transseksualnych pokazuje, jak bardzo cielesność jest dla nich ważna. Czy po operacji są już «razem ze sobą» czy nadal «osobno»? Ponieważ płciowość jest istotnie związana z przekazywaniem życia, najbardziej problematyczną kwestią operacji SRS jest nieodwracalne ubezpłodnienie. Osoby transseksualne nie przekażą życia. W istocie nie zmieniły bowiem swojej płci, zmieniły drugorzędne cechy płciowe, uzyskując odpowiednio wygląd mężczyzny albo kobiety. W tym sensie są «razem» , ale nadal «osobno» . Jeśli osiągnięcia neuronauk pozwolą kiedykolwiek na modyfikację psychiki osób transseksualnych, należałoby zastanowić się nad tym, jak można by im przywrócić «jedność» bez kaleczenia.” Siostra zakonna nie uważa, jak jakiś duchowny, że wystarczy powiedzieć: niech transseksualista niesie cierpliwie swój krzyż. Powiada, że „należy dołożyć wszelkich starań, by takim ludziom pomóc. Pytanie, w jaki sposób to zrobić, trzeba skierować do specjalistów. Operacje typu SRS wydają się bowiem doraźnym rozwiązaniem problemu, potrafią zamaskować jego symptomy, ale czy rozwiążą go dogłębnie?”
No i jako trzeci w rozmowie z naczelnym, ks. Romanem Bieleckim, teolog rzymskokatolicki, czyli ktoś, kto wyrokuje myślowo trzymając się jakoś doktryny (też mojego) Kościoła. Jakoś – bo nie bezdusznie, jednak z troską o zachowanie granic prawowierności. Według księdza Morcińca dramat polega na tym, że bez względu na zaproponowane rozwiązania, które próbują potraktować ciało oddzielnie, a psychikę oddzielnie – mężczyzna transseksualny zawsze pozostaje genetycznie i gonadalnie mężczyzną, a kobieta – kobietą. Minęły jednak czasy, gdy taki człowiek był traktowany jako osoba chora psychicznie i napiętnowany. Może jednak jest tu jak z samobójstwem przez kilkanaście wieków: było ono traktowane jako najgorsze przestępstwo. Synod w Arles z 314 r. mówił, że to jest furor diabolicus, czyli czyn diabelski, i takie rozumienie długo funkcjonowało. Kiedy wyniki badań psychologicznych udokumentowały głębię zaburzeń samobójcy, zmieniła się ocena subiektywna czynu i w Kodeksie prawa kanonicznego z 1983 r. zniesiono kary kościelne za takie czyny, a „Katechizm Kościoła katolickiego” mówi, że nie tracimy nadziei na zbawienie i modlimy się za tych ludzi. Być może taka sama droga jest przed nami w ocenianiu transseksualizmu. Może kiedyś zrozumiemy, że mówimy o czymś, czego nie znamy, i zmienimy nastawienie. Na razie stanowisko Kościoła jest jednoznaczne: normą jest obiektywna jedność psychologiczna człowieka, a wszystko inne jest jej zaburzeniem i nie może być zaakceptowane, a już na pewno nie może być promowane. Ksiądz zaznacza jednak dalej swoje zrozumienie dla dramatu tych osób: żyją ze świadomością, że ja to nie jestem ja. Przeżywają piekło. Nic dziwnego, że wśród nich jest tak wysoki odsetek prób samobójczych: siedem razy wyższy niż w innych grupach społecznych (podaje Kolska).
Wnioski duszpasterskie co do sakramentów: rozgrzeszenie i komunia możliwa, gdy jednak penitent po ingerencji w ciało szczerze tego żałuje. Chrzest możliwy, ale nie wolno zmieniać imienia, nie można też po zmianie płci być ojcem chrzestnym. Także była kobieta i mężczyzna, który stał się metrykalnie kobietą. Ale ostatni akapit rozmowy zaskoczył mnie i pocieszył. „Poza obiektywnym opisem rzeczywistości istnieje jeszcze jej odbiór subiektywny. Być może jakimś rozwiązaniem jest to, co można zaobserwować w sformułowaniach teologów zachodnich. Jeżeli inne formy pomocy nie odnoszą skutku, to może w niektórych przypadkach chirurgiczna zmiana płci jest jedynym sposobem, dzięki któremu taki człowiek mógłby zbudować pozytywny stosunek do własnego ciała. Ich zdaniem z tej perspektywy byłaby to decyzja etyczna akceptowalna. Myślę, że merytoryczna dyskusja dotycząca osób transseksualnych, ich niekrzywdzenia jest dopiero przed nami.”
Albowiem dzieją się rzeczy, o których nie śniło się filozofom ani teologom. Myślę, że w teologii moralnej powinien dokonać się (już się dzieje) przełom podobny jakby do tego, jakim było pojawienie się filozofii podmiotu. Awans myślowy „subiectum”. Tu uznanie decydującego znaczenia takich faktów, jak przecież niepatologiczny pociąg płciowy mężczyzny do mężczyzny i kobiety do kobiety oraz męska świadomość kobiety i na odwrót. Tradycyjny biologizm teologiczny trzeba dalej rewidować. Ecclesia semper reformanda!

11:39, jan.turnau
Link Komentarze (39) »
niedziela, 05 czerwca 2016
Ożywianie umarłych. Ekumenia w miesięczniku „W drodze”. Biskup niestety nie biskup. Biblia czytana przez Jandę!

1 Księga Królewska 17,17–24,
Psalm 30,2.4-6.11-12a.13b,
List do Galatów 11,1-19,
Ewangelia Łukasza 7,11-17.
Temat biblijny tej niedzieli to wskrzeszanie, czyli ożywianie tych, co przekroczyli granicę śmierci. Mówią o tym teksty ze Starego Testamentu i Nowego, ale jest też przerywnik innotematyczny z Pawłowego listu.
Eliasz wspomaga wdowę, u której zamieszkał. Zachorował i umarł jej synek, o co ma jakby pretensję do proroka: „Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie? Czy po to przyszedłeś do mnie, żeby mi przypomnieć moją winę i przyprawić o śmierć mego syna.” Jej winę, bo przecież nieszczęście było dla starożytnych Żydów karą za jakiś grzech. Eliasz wskrzesza: odbywa się to w ten sposób, że na własnym łóżku kładzie się na dziecku, nawet trzy razy, i modli się natarczywie: „O Panie, Boże mój! Czy nawet na wdowę, u której zamieszkałem, sprowadzasz nieszczęście, dopuszczając śmierć jej syna?” Opatrzność Boża nie powinna bowiem unieszczęśliwiać przynajmniej tych, co i tak już bardzo cierpią. W Psalmie mamy zdania, które mogą być rozumiane jako dotyczące wskrzeszenia, kiedy tekst tłumaczy Biblia Tysiąclecia: „Panie, Boże mój, z krainy umarłych wywołałeś moją duszę i ocaliłeś mi życie spośród schodzących do grobu”. Biblia Poznańska przekłada trochę inaczej: „Jahwe, wywiodłeś mnie z Szeolu, przywróciłeś i nie dopuściłeś, bym zstąpił do grobu”. W przypisie rozumie się to tam jako stwierdzenie, że bohater liryczny tekstu był tylko blisko śmierci. W Ewangelii Łukasza wskrzeszony jest też synem wdowy. Jezus dokonuje cudu samym tylko dotknięciem mar, na których niesiono chłopca do grobu.

Cuda. Zjawiska, których interpretacja zależy od stanowiska w sporze między światopoglądem religijnym i ateistycznym. Ateista powie, że to niemożliwe, agnostyk będzie wątpił, a teista będzie twierdził, że Bóg może wszystko. Do tych trzecich zaliczam oczywiście poważnych biblistów czy w ogóle teologów dzisiejszych. Podobnie jak Walter Kasper (ten kardynał uważany przez licznych polskich katolików za niemal heretyka) sądzą, że niektóre cuda trzeba uznać za legendarne, ale nie wszystkie: są w ewangeliach opowieści o cudach Jezusa uzasadnione historycznie. Kasper nie zalicza chyba raczej do nich – jeśli go dobrze zrozumiałem – wskrzeszeń: córki Jaira, właśnie młodzieńca z Nain oraz Łazarza. Ale oczywiście nie jest nieomylny, zresztą znam jego na ten temat poglądy tylko z dzieła wydanego w Niemczech w roku 1981 (w Polsce 2 lata później), czyli 35 lat temu: mógł myśleć dziś co innego, a różne sprawy zwykł raczej wyważać. Choć to on właśnie namówił Franciszka - śmiało, ale słusznie - na adhortację posynodalną robiącą małą furteczkę dla rozwodników.

W dzisiejszym tekście apostoł Paweł jest taki jak zawsze. Twardo broni swojej Ewangelii: nie jest ona wymysłem ludzkim, nie otrzymał jej od jakiegoś człowieka, lecz od Jezusa Chrystusa. Zwalczał ją niezwykle gorliwie, w żarliwości dla judaizmu przewyższał wielu swoich rówieśników, był w tym zapaleńcem największym - aż zmienił się najradykalniej. Bóg powołał go w drodze do Damaszku, aby głosił ewangelię o Jego Synu poganom. Zaczął to robić natychmiast, nie pojechał po instrukcję do Jerozolimy. Udał się tam dopiero po trzech latach, aby poznać Piotra jako Kefasa (opokę), czyli przywódcę Kościoła, a nawet i wtedy zatrzymał się u niego tylko 15 dni. Sam wszystko wiedział wystarczająco dobrze, miał własne zdanie nie wahając się. Gdy - opowiada potem w tym samym liście - Piotr zachowywał się nie dość odważnie, skrytykował go „wobec wszystkich”. Zapaleńcem był zawsze, osobowością olbrzymią. Niektórzy niemal zrównują jego rolę z Jezusową, przesadzają naturalnie, ale historia Kościoła już wtedy paradoksem stała. Tworzyli ją w wielkiej mierze ludzie bez żadnego apostolskiego stażu. Paweł napisał bowiem w dzisiejszym urywku też, że widział wtedy w Jerozolimie spośród innych apostołów tylko Jakuba, brata Pańskiego: otóż liczni bibliści uważają, że nie chodzi tu Pawłowi o żadnego z dwóch Jakubów należących do Dwunastu (apostołami nazywano także niektórych innych uczniów). Na pewno nie o syna Zebedeusza, ale i chyba też nie o syna Alfeusza, faktycznie Jezusowego kuzyna, tylko o jednego z Jezusowych braci, którzy nie wierzyli w Jego misję, aż powstał z martwych. Jakub ten też stał się apostołem, nawet jednym z czterech filarów Kościoła (Ga 2,9)!

Przegląd kościelnej prasy. Odnotowałem poprzednio z majowego „W drodze” rozmowę o prawosławiu z jezuitą Markiem Blazą, ale są w tym numerze jeszcze dwa teksty na temat ekumeniczny, teraz księży dominikanów. Wojciech Surówka napisał o pojednaniu z prawosławiem. Że przeszkody doktrynalne zostały już właściwie usunięte w sprawie Filioque w dokumencie z 1999 r., ale „istnieje jeszcze przestrzeń autorytetu i władzy”. Dla Cerkwi nie jest problemem uznanie, że Piotr był pierwszym wśród apostołów (i że biskup Rzymu jest jego następcą), czyli prymat. Ale to „primatus”, a jest jeszcze „papatus”, to znaczy historyczna (zmienna) forma sprawowania najwyższego urzędu. Czy papież ma władzę jurysdykcyjną nad innymi biskupami? Jak wtedy tłumaczył ks. Blaza, prawosławni bardzo się boją, że pojednanie spowoduje szarogęsienie się władzy rzymskokatolickiej. Niemniej dogadujemy się stopniowo. Surówka wymienia trzy dokumenty: tamten podpisany przez patriarchę Moskwy Cyryla i ówczesnego przewodniczącego Episkopatu Polski Józefa Michalika, ten Cyryla i Franciszka z Hawany, wreszcie dzieło wspólne z marca br. świeckich intelektualistów obu Kościołów na temat zbrodniczej sowieckiej likwidacji w 1945 r. Ukraińskiego Kościoła Grecko-Katolickiego. Autor dominikański komentuje, że w tekście hawańskim widać ogólną troskę o rodzinę, ale pozostały w tej dziedzinie różnice w stosunku do rozwodników i antykoncepcji. No i informuje na koniec, że tamten tekst spotkał się z ostrą krytyką części rosyjskiej hierarchii prawosławnej. Biskup Longin oskarżył Franciszka o herezję, a Cyryla o zdradę. Chociaż papież poszedł tam na spore ustępstwa, co mu wytykali z kolei katolicy, szczególnie unici ukraińscy. Tak to jest na ogół z dogadywaniem się: znajdą się jego przeciwnicy po obu stronach. Poza tym widać na tym przykładzie skrajny konserwatyzm trujący ciągle Cerkiew moskiewską.
Dominikanin Maciej Biskup napisał natomiast o chrześcijańskim Oriencie. Katolicy (i w ogóle chrześcijanie Zachodu) orientują się w tamtej mnogości kościelnej bardzo słabo. Na przykład na ogół nie wiedzą pewnie, że przeszkoda do pojednania ich wspólnot z resztą chrześcijaństwa w postaci tak zwanego monofizytyzmu w zasadzie minęła. Okazało się wreszcie, że ich doktryna na temat natur Chrystusa, boskiej i ludzkiej, nie różni się od zachodniej ortodoksji. Tamte ludy wschodnie nie znały przecież najlepiej greki, języka teologicznych debat. A swoją drogą Biskup napisał też celnie o innym czynniku dzielącym: „apologetyka zwyciężała nad miłością”. Bywa tak niestety nieraz. Co zaś jeszcze do autora ekumenicznego tekstu, to nie jest on niestety biskupem. W nowym „Tygodniku Powszechnym” taka jego myśl szczerozłota: „To w wierze mamy pokładać ufność, a nie w prawach, ustawach, sojuszu tronu z ołtarzem”.

Wracam do tekstu o chrześcijanach orientalnych. Są zewnętrznie bardzo różni od europejskich. Bardzo podobni do muzułmanów. „Wspólnota koptyjska praktykuje też niektóre obrzędy żydowskie: obrzezanie chłopców, święcenie szabatu i koszerność pokarmów. Nowo ochrzczonego tatuuje się znakiem krzyża.” Skądinąd wiem, że Ormianie obowiązkowo witają wizytującego biskupa publicznym zabiciem barana. Ks. Tadeusz Isakowicz miał z tym duży problem w Gliwicach. Zaprotestowaliby ekolodzy i nie tylko, cóż, że muzułmanie uśmiercają w ten sposób byka... Tempora mutantur et nos mutamur in illis – ale z wielkim trudem...
A teraz dobra nowina na temat Ewangelii. Będzie można usłyszeć ją (Stary i Nowy Testament) czytaną przez znakomitych aktorów polskich: Kożuchowską, Jandę, Malajkata, Woronowicza, Reczka, Trelę, Polony, Żaka i wielu innych: w sumie przez około trzynastu aktorów. Także przez Romana Kłosowskiego, który już prawie nie widzi, ale nauczył się swojej kwestii na pamięć. Reżyseruje Krzysztof Czeczot. Słuchowisko będzie dostępne bezpłatnie na stronie internetowej bibliaaudio.pl.
Bardzo fajna to popularyzacja Księgi, ale podkreślam ciągle, że tekst jej nie jest bynajmniej w każdym zdaniu zrozumiały. Nie tylko ekolog zdziwi się niemile, czemu Jezus przeklął drzewo figowe, bo nie mógł się pożywić jego owocami. Przecież, pomijając niewątpliwą bezgrzeszność roślin, sam Marek podaje, że w ogóle „nie był to czas na figi”. Nawet to dla biblistów egzegetyczna zagadka.

08:39, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 29 maja 2016
Innymi nie gardzić

I Księga Królewska 8,41-43,
Psalm 117,1b-2,
List do Galatów 1,1-2.6-10,
Ewangelia Łukasza 7,1-10

Dzisiejsze teksty odnoszą się do sprawy traktowania innych. Ze Starego Testamentu czytamy o przybyszach: „Po poświęceniu świątyni Salomon tak się modlił: - Cudzoziemca, który nie jest z Twego ludu, Izraela, a jednak przyjdzie z dalekiego kraju przez wzgląd na Twe imię i będzie się modlić w tej świątyni, wysłuchaj i uczyń to wszystko, o co ten cudzoziemiec będzie do ciebie wołać. Niech wszystkie narody ziemi poznają Twe imię.” Psalm nawołuje: „Chwalcie Pana, wszystkie narody, wysławiajcie Go, wszystkie ludy”.
W Nowym Testamencie mamy podobne w duchu teksty Pawła z Tarsu, olbrzymiego rzecznika otwarcia się na pogan. W dzisiejszym fragmencie bardzo ostro krytykuje on tych, co tak szybko chcą wrócić do religijnego ekskluzywizmu wobec nieżydów. „Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową.” 
A Łukasz opowiada o oficerze rzymskim wyjątkowo Żydom życzliwym, któremu zachorował sługa i szuka pomocy u Chrystusa. Znajduje, Jezus idzie do niego, ten jednak wysyła do niego swoich przyjaciół z prośbą, żeby się nie trudził. Padają z jego ust słowa, które katolicy znają z mszy: „Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój”. Chrystus komentuje, że tak wielkiej wiary nie znał nawet w Izraelu.
To było wszystko o przyjmowaniu tych, co wierzą podobnie, ale od dzisiejszych chrześcijan, także katolików polskich, można wymagać więcej, do czego przecież wzywa papież Franciszek. Zresztą uciekinierzy z Syrii, tym bardziej z Ukrainy to nie tylko muzułmanie.

15:12, jan.turnau
Link Komentarze (40) »
czwartek, 26 maja 2016
Chleba i wina niezwykła przemiana

Księga Rodzaju 14,18-20,
Psalm 110,1b-4,
I List do Koryntian 11,23-26,
Ewangelia Łukasza 9, 11b-17

Dziś katolicka uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwana mniej oficjalnie Bożym Ciałem. W Polsce to niemal święto katolickie największe: w tym sensie, że widać je najbardziej, wychodzi na zewnątrz kościołów. Przez cały kraj idą procesje: pod baldachimem, podtrzymywani przez dwóch świeckich, księża niosą ciężką, złotą monstrancję, w której umieszczona jest hostia, okrągły kawałek opłatka.

Tekścik z Księgi Rodzaju jest bardzo ciekawy i bardzo ważny. Jego bohater, Melchizedek, to postać wielce tajemnicza. W Księdze Rodzaju występuje jako król Salemu (Szalemu), wita Abrama (z czasem zwanego Abrahamem), który właśnie zwyciężył nad okolicznymi królami pogańskimi. Sam nie jest poganinem? Otóż właśnie z tekstu wynika, że nie: „A ponieważ był on kapłanem Boga Najwyższego, błogosławił Abrahama, mówiąc: - Niech będzie błogosławiony Abram przez Boga Najwyższego, Stwórcę nieba i ziemi! Niech będzie błogosławiony Bóg Najwyższy, który w twe ręce wydał twoich wrogów”. Monoteizm żydowski zaczął się gdzieś równolegle z Abrahamem? W każdym razie król Salemu (utożsamianego później z Jerozolimą) jest przedstawiany jako ktoś niezwykły już w Starym Testamencie: cytowany dzisiaj Psalm 10 nazywa pewnego króla hebrajskiego „kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka”, a w zwojach znad Morza Martwego uważa się go za niebiańskiego sędziego. Nowotestamentalny List do Hebrajczyków czyni z niego wręcz postać nadprzyrodzoną, której cudowne pochodzenie i niezniszczalne życie są zapowiedzią wieczności Syna Bożego. (5,6.10; 6,20-7,17) Ale co do Eucharystii: otóż częstuje on Abrahama chlebem i winem. Posiłek to świąteczny ludu żydowskiego, w tej sytuacji zapowiedź Komunii niebywała!

Apostoł Paweł w tekście dzisiejszym wraz z trzema pierwszymi ewangelistami (Jan też zapowiada uczniom, że da im chleb szczególny - J,6) świadczy o słowach Jezusa, że chleb i wino mogą być Jego ciałem i krwią, czyli Nim samym. Historia chrześcijaństwa pokazała, że można to rozumieć różnie, dzisiaj jednak widać postęp w uzgadnianiu stanowisk. Prawosławni wierzą tak jak katolicy, chodzi natomiast o dialog z ewangelikami. Z luteranami jest łatwiejszy, bo dzielą nas głównie łacińskie terminy (impanacja czy kompanacja?), gorzej jest z ewangelikami reformowanymi, bo Zwingli mówił o obecności symbolicznej, a Kalwin o rzeczywistej, ale duchowej. Nastąpiła jednak zgoda tamtych dwóch Kościołów, że obecność ta jest realna. Pozostał zapewne problem, co się przez to rozumie, myślę jednak, że chrześcijanie dzisiejsi sądzą często, jak ja, że nie musimy wszystkiego rozumieć. Byleby tylko wierzyć, że Chrystus jest obecny w tych postaciach. Przede wszystkim w samym obrzędzie, choć dla katolików nie tylko: w tym punkcie różni nas sprawa przechowywania postaci: ewangelicy tego nie czynią.
A w tekście dzisiejszym z ewangelii Łukasza Jezus rozmnaża cudownie chleb zwyczajny. Niech teraz nie brakuje go dla nikogo, niech się nie marnuje skandalicznie.

PS. Prawosławni mają - by tak rzec - chleba trzy rodzaje: konsekrowany, poświęcony i ten zwyczajny. Odsyłam do Wikipedii, np. do hasła „prosfora”: ciekawe.

17:27, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 maja 2016
Jest takich Trzech, co są jak Jeden

Księga Przysłów 8,22-31, Psalm 9,4-9, List do Rzymian 5 1-5, Ewangelia Jana 16,12-15

U chrześcijan zachodnich dzisiaj święto nie największe formalnie, choć poniekąd najważniejsze, bo całej Trójcy dotyczy (Wschód chrześcijański wspomina Ją szczególnie w sam dzień Zesłania Świętego Ducha). Dotyczy chrześcijańskiej wiary najważniejszej: że Bóg jest jeden, ale w Osobach trzech. Chyba raczej wiary specyficznej, nie ma bowiem drugiej takiej religii (choć zdaniem pewnego indologa Brahma, Wisznu i Sziwa to w hinduizmie trójca porównywalna z chrześcijańską).
Mamy zatem w swoich wierzeniach nie tylko pomysł wątpliwy, że w ogóle jest Bóg, ale na domiar tego, że jest On niby jeden, ale naprawdę trzech? Sprzeczność najoczywiściej logiczna: na samym wstępie arytmetyczny absurd? Otóż jestem w swoich poglądach krytyczny, nieskłonny do apologetyki, ale w tym jednym przypadku nie widzę tu czarnej dziury w normalnym ludzkim myśleniu. Pomijając już to i owo, że fizyka, kosmologia dzisiejsza wszystkie normalności myślowe obala, wydaje mi się, że jeżeli już wiara w Trójcę coś kwestionuje, to - by tak rzec - socjologię etyki. Faktycznie na naszej biednej moralnie ziemi nie widać zupełnie wspólnoty, która byłaby tak absolutnie zgodna we wszystkim, ale nie o ziemię tu chodzi, ale o Niebo właśnie. No i pytanie historyczne, politologiczne: czy aby na pewno już w naszej polskiej historii nie było przypadku głowy państwa wieloosobowej? W jakiej filozofii jest powiedziane, że Absolut musi być jednoosobowy?

Przechodzę wreszcie do Biblii. Nasamprzód mamy tekst o Mądrości. Kojarzy się z Duchem Oświecicielem, który czyni nas, jeśli tylko nie opieramy Mu się nieustępliwie, po prostu mądrzejszymi. Poza tym Mądrość to przecież Logos, czyli zarazem Boży Syn. Czyli poniekąd już cała Trójca, bo Bóg Ojciec jest obecny jakby implicite. Oczywiście tekst jest starotestamentalny, czyli Mądrość nie jest wyraźnie osobą, to swoista personifikacja. Bardzo swoista, bo Mądrość jest tu jakby osobnym bytem. Nie może jednak mylić termin „zrodzona”, użyty dwukrotnie w dzisiejszym fragmencie księgi: to jest jednak Boże stworzenie, choć zaistniałe przed wszystkimi innymi, czyli nie ktoś podobny do nowotestamentalnego Syna, który został „zrodzony, a nie stworzony”, jak wyznajemy w Credo. Mądrość ta udziela innym stworzeniom potrzebnych im rad (wersety księgi tej 8,14.16), co upodabnia ją do wyobrażenia Mesjasza w Księdze Izajasza (11,2): „spocznie na Nim Duch Pana, Duch mądrości i rozumu, Duch rady i mocy, Duch poznania i miłości Pana”. I tak dalej, cytatów biblijnych możliwych więcej: wszystko to prowadzi do wniosku, że w Starym Testamencie świta Nowy, który Mądrość uczyni Duchem Świętym, jak też Mesjasza oraz Mądrość – Synem Bożym.
W Psalmie 8 pytanie swoiście retoryczne: „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” Kwestia w istocie etyczna: żebyśmy my również pamiętali o Bogu. Brzmi to potwornie moralizatorsko, co gorsza, kojarzy się z jakimś nawracaniem religijnym. Ale chodzi o nawracanie moralne. Bo Bóg to Dobro, Dobro absolutne, ideał przyświecający przecież każdemu uczciwemu człowiekowi, choćby kwestionował istnienie realne Kogoś takiego. Pamiętać o Bogu to pamiętać o innych ludziach. Na ikonie Trójcy Rublowa trzy postacie są różnie identyfikowane, ale na pewno dwie zewnętrzne są zwrócone do tej w środku, co można interpretować jako znak łączącej je miłości: być zwróconym ku bliźnim.
W ten sposób skomentowałem psalm trynitologicznie, następne teksty nie wymagają już takich egzegetycznych starań.

Z Listu do Rzymian wybrano na dzisiaj fragmencik mówiący o wszystkich Trzech. „Zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa”: Bóg to tutaj Bóg Ojciec. I dalej: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego”. Podobnie jest w dzisiejszych paru zdaniach z Ewangelii Jana „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi.” Można zastanowić się nad każdym z tych zdań. Na przykład nad tym o „rzeczach przyszłych”: Biblia Jerozolimska wyjaśnia, że „chodzi tu o nowy porządek rzeczy, jaki bierze początek w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa”.

Wrócę jeszcze do kwestii, jaką jest tajemnica (może raczej misterium) Trójcy. Powiada się, że owszem, w tekstach biblijnych są Trzej, wyraźnie trzy Osoby, ale o Trójcy ani słóweczka. Pojęcie to pojawia się dopiero u Tertuliana (żył w latach ok. 145 - 220). Niemniej już apostoł Paweł wymienia wszystkie trzy Osoby Trójcy w jednym zdaniu (2 List do Koryntian 13,13): „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i wspólnota Ducha Świętego niech będą z wami wszystkimi”, a potem czyni to samo Ewangelia Mateusza: „Idźcie więc i czyńcie uczniów wśród wszystkich narodów, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Co nie znaczy, że nie ma tutaj problemu teologicznego. Tertulian był myślicielem niewątpliwie zachodnim i przekonał do swojego pomysłu Zachód, najpierw tylko tę połowę chrześcijaństwa: Wschód miał tutaj poważne opory. Mówi się, że nic dziwnego: przecież tam powstała herezja arianizmu, akcentująca radykalnie różnicę między Ojcem i Synem. Ortodoksja w stylu wschodnim nie idzie naturalnie tak daleko, ale koncepcja trynitarna nie bardzo jej pasowała. Widziała w niej owej różnicy lekceważenie. Do czasu, czego dowodem arcyikona mistrza Rublowa.

Powinienem tu jeszcze wspomnieć, skąd się wziął problem „Filioque”. Zachód martwił się o jedność Trójcy, stąd formuła „od Ojca i Syna pochodzi”, dodanie drugiej Osoby, aby nie wyglądało, że nie są równe. Wschód oburzył się słusznie taką samowolną zmianą Credo, w której czuł tamto lekceważenie. Przecież Duch pochodzi od Ojca i Syna w różny sposób. Na szczęście dziś to już mniejszy problem. Po stronie rzymskokatolickiej przyznaje się, że bez Filioque by się obeszło, Jan Paweł II odprawił w ten sposób kiedyś mszę, a Grecy rzymskokatoliccy czynią tak zawsze. Można twierdzić, że ów dodatek powinien w ogóle zniknąć, ale czy nie mógłby być tutaj jakiś liturgiczny pluralizm, gdyby prawosławni się na niego zgodzili?

I tak zacząłem mój tutejszy przegląd prasy. Informuję, że sprawę opisał także w majowym numerze dominikańskiego „W drodze” jezuita Marek Blaza: ciekawą rozmowę na temat prawosławia zrobił z nim tam Włodzimierz Bogaczyk. Dowiadujemy się, że, owszem, błogosławi się tam kolejne małżeństwa, „ale zawsze jest to związane z pokutą i nikt nie mówi: jak chcecie, to się rozwódźcie.” Czytamy dalej, że „Kościoły prawosławne nigdy też nie wypowiadają się oficjalnie na temat dopuszczalności środków antykoncepcyjnych. Zostawiają więcej wolności samym małżonkom. Jak to kiedyś powiedział patriarcha Bartłomiej, Kościół prawosławny nie wchodzi pod kołdrę. To wynika z teologii negatywnej, apofatycznej, że lepiej czegoś nie dopowiedzieć niż powiedzieć za dużo. Z drugiej strony w takich sprawach, jak aborcja, eutanazja czy związki homoseksualne Kościoły prawosławne są często bardziej zasadnicze niż rzymski.”
Ksiądz Blaza mówi śmiało, krytycznie na obie strony. Bogaczyk pyta: „Czy to w ogóle możliwe, że prawosławie i katolicyzm połączy wspólna eucharystia?” Blaza: „Dziś wydaje się to, po ludzku patrząc, niemożliwe. Prawosławie przejęło po katolikach spuściznę Kościoła ekskluzywistycznego, teologii, która panowała u nas zwłaszcza od czasu Soboru Trydenckiego, wskazującej, że poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia. Śmieję się, że ostatnią ostoją Soboru Trydenckiego w chrześcijaństwie jest Kościół prawosławny. W sensie tego ducha, tej mentalności i bałwochwalstwa Kościoła. Kościół stoi wyżej niż Pan Bóg! Gdy się słucha niektórych prawosławnych hierarchów czy mnichów z Góry Athos… (...) Grecki Kościół prawosławny uważa, że poza prawosławiem jest próżnia eklezjalna.” Słowa mocne bardzo, może za mocne, ale coś jest na rzeczy. Dodam, że w bardzo ciekawej książkowej rozmowie biskupów trzech wyznań pod tytułem „Na początku był Chrystus” katolik Grzegorz Ryś jest tutaj znacznie bardziej otwarty teologicznie niż prawosławny Jerzy Pańkowski. No i że zdecydowany ekskluzywizm eklezjalny to stanowisko również Cerkwi bułgarskiej.
Na koniec taki cytat z jezuity. „Dziś prawosławni wiedzą, że jeśli kiedykolwiek doszłoby do jedności między Kościołami prawosławnym i katolickim, to Sobór Chalcedoński gwarantuje Rzymowi pierwsze miejsce wśród hierarchów. I się obawiają, ze biskup Rzymu, który ma władzę taką, jaką ma, może ją rozciągnąć na całe prawosławie.
”Obawy chyba już dzisiaj niepotrzebne: ekumeniczna reforma mojego Kościoła poszła na to za daleko, ugruntowała się. Owszem, tłumaczył mi to teolog prawosławny, po przywróceniu jedności Wschodu i Zachodu biskup Rzymu ma mieć pierwszeństwo nie czysto honorowe, jego rolę będzie można wtedy porównać do patriarszej w prawosławiu, ma on dbać na przykład o obsadzanie wakujących stolic biskupich, ale to wszystko będzie się odbywało kolegialnie, nie autorytarnie. Oby tylko owa święta jedność nadeszła przed świata końcem...
Wpis kolosalny, ale problemy wielkie. Dalsze będą chyba krótsze.

12:45, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
niedziela, 15 maja 2016
Mamy nowego Pocieszyciela

Dzieje Apostolskie 2, 1-11, List do Rzymian 8, 8-17, Ewangelia Jana 14, 15-16. 23b-26

Dzisiaj w chrześcijaństwie zachodnim (we wschodnim dopiero za przeszło miesiąc) najstarsze święto chrześcijańskie, ogromne. Ma swoją mszę wigilijną z osobnymi tekstami, nawet bardzo licznymi, początkowo było równe znaczeniem świętu Paschy, oczywiście wtedy ważniejsze niż Boże Narodzenie.

Otóż można powiedzieć, że wspominamy dziś liturgicznie również narodzenie Kościoła. Zwane jest w Polsce najbardziej potocznie Zielonymi Świątkami, kościelnie oficjalnie Niedzielą Zesłania Ducha Świętego. Albo Pięćdziesiątnicą: niemieckie krótkie Pfingsten, w ogóle zachodnioeuropejska nazwa święta oraz chrześcijan zieloświątkowców ma rdzeń też wywodzący się od pięćdziesiątki. Tak jest też u Żydów: przede wszystkim to oni mieli takie święto w 50 dni (7 tygodni) po uroczystościach Paschy i to ono właśnie zgromadziło w Jerozolimie mnogie rzesze ludu wybranego z różnych krajów świata śródziemnomorskiego. Usłyszały coś niebywałego: oto ludzie z najbliższego otoczenia Jezusa, apostołowie, kobiety Jego uczennice, Jego matka i bracia mówią do nich jakoś tak, że każdy ich rozumie. Owa tak zwana glosolalia ma z grubsza biorąc dwa różne znaczenia. Może to być ekstatyczna modlitwa, zdarzająca się także dzisiaj, nie zawsze zrozumiała dla słuchaczy albo zrozumiałe dla nich głoszenie Ewangelii przez ludzi obdarzonych takim translatorskim darem, jak to zostało opisane w dzisiejszym tekście Dziejów.

A dar to właśnie Ducha, który zstępuje tutaj na zalążek Kościoła jako szum wiatru (w języku hebrajskim i greckim to też tchnienie, duch) oraz płomyki ognia. Apostołowie przemawiają płomiennie, ogniście, entuzjastycznie, a cudowny charyzmat lingwistyczny ułatwia im działalność ewangelizacyjną potężnie. Kościół staje na nogi, staje się wspólnotą już trzytysięczną.

Oto opowieść Dziejów, a co mówią inne teksty dzisiejsze? Wszystkie mówią o Duchu. W Przekładzie Ekumenicznym 11 Kościołów Psalmu 104 czytamy o Bożych stworzeniach: „Gdy posyłasz swego Ducha, zostają stworzone i odnawiasz oblicze ziemi. W wierze chrześcijańskiej trzecia Osoba Trójcy spełnia rolę również swoiście stworzycielską: ożywia to, co przymarło.

W przeznaczonym na dzisiaj fragmencie Listu do Rzymian mowa jest o całej Bożej Trójcy. Mamy być mieszkaniem Ducha Bożego, Ducha Chrystusowego, czyli też „Ducha Tego, który wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych”. Otóż ten Duch przywróci także nasze ciała do życia po naszej śmierci, jeżeli tylko nie będziemy żyli według ciała, nie ulegali jego popędom (nie chodzi tylko o seks).

No i jest do czytania krótki tekst z Ewangelii Jana, gdzie również występuje cała Trójca. Chrystus poprosi Ojca, by dał nam „innego Parakleta”. Czyli kogo? Słowo greckie zostawiła Tysiąclatka, też nasz EPP, bo to termin bardzo wieloznaczny, każdy jego przekład jakoś jego sens zacieśnia. Oznacza Orędownika (przekład 11 Kościołów polskich), ale też Pocieszyciela (Wujek). „Innego”, bo w 1 Liście Jana (2,1) jest nim Chrystus. A Duch Święty był dla mnie kiedyś kimś jeszcze innym, mianowicie Oświecicielem, i nim przede wszystkim pozostał (pomaga myśleniu mojemu). Niemniej staram się, żeby był również moim Pocieszycielem, owszem. Bo też całe nasze życie romansem raczej nie jest, a ja do różnych zmartwień skory.

13:31, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 08 maja 2016
Niebo zupełnie nie tam. Zamiast atakować PiS nie rozgrzeszać!

Dzieje Apostolskie 1,1-11, Psalm 47,6, List do Hebrajczyków 9,24, Ewangelia Łukasza 24,46-53
Wszystko ma swój kres, także moje biblijne zapiski codzienne. Podobno mam się oszczędzać, postanowiłem zatem „blogować” dalej, ale znacznie rzadziej. Nawet tylko raz w tygodniu, w niedzielę. Ale niech to będzie „pełna” tematycznie „homilia”, komentująca jakoś wszystkie cztery teksty biblijne na ten dzień szczególny przeznaczone: trzy do czytania i jeden do śpiewania, czyli psalm. No i mały przeglądzik prasy.

Dzisiaj mam wraz z całym moim Kościołem wspominać liturgicznie Chrystusowe wniebowstąpienie. Dzisiaj, nie w ubiegły czwartek, bo mój krajowy episkopat podobnie jak niektóre inne zdecydował przenieść to świętowanie na niedzielę. Chodziło o to, żeby więcej ludzi mogło w tym uczestniczyć, i ten sukces arytmetyczny na pewno został osiągnięty, bo niedziela nie dzień powszedni, dla wielu z nas pełen pracy czy nauki. Ale można też kalkulować inaczej: że ogólna liczba biorących udział w mszy w oba dni była jednak w sumie większa. Podejrzewam, że w podejmowaniu tej polskiej decyzji działał również argument: to święto jest „nakazane”, opuszczenie mszy grzechem śmiertelnym, więc lepiej nie narażać wiernych na taką pokusę. Byłoby to myślenie duszpasterskie jurydyczno-moralistyczne, do niedawna praktycznie obowiązujące, wypierane na szczęście przez akcentowanie wartości duchowej uczestnictwa w eucharystii. „Chodzi się na mszę” nie dlatego, że też każą, ale ponieważ warto, tak jak warto posilić się cieleśnie, choćby nikt do tego nie gonił.
Przepraszam za wstępną dygresję i wracam do tekstów na niedzielę. Mamy przede wszystkim dwa przedstawiające to wydarzenia „wstępowania do nieba”, oba napisane przez Łukasza. Mowa o tym zaraz na początku Dziejów Apostolskich. Powiada zatem Łukasz, że Jezus „po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje”. To zdanie bardzo ważne, bo odpowiada na pytanie, po co właściwie było owo wniebowstąpienie: przecież Chrystus był w niebie, czyli u Ojca, już od samego zmartwychwstania. Otóż musiał jednak najpierw przekonać uczniów, że rzeczywiście istnieje nadal, a potem po dniach czterdziestu, że nie tylko jest to istnienie realne, ale i chwalebne, zwycięskie, wejście do chwały niebieskiej.
Tylko że właśnie do chwały niebieskiej, nie do nieba: ogłaszając w 1950 roku dogmat o wniebowzięciu matki Jezusa, papież Pius XII dokonał pewnej, by tak rzec – demitologizacji - używając owego terminu „chwała”. Chodziło mu zapewne o to, by skończyć definitywnie w doktrynie z obrazem rzeczywistości, jaki mamy w Biblii, niewątpliwie przedkopernikańskim: Ziemia jako centrum kosmosu, a mieszkanie Boga gdzieś ponad gwiazdami, daleko, wysoko, wysoko w górze – ale jakby nie poza światem stworzonym, jakby wciąż jeszcze w naszej czasoprzestrzeni. Można zapytać, czemu Chrystus dokonał takiej mylącej inscenizacji: nie jedyny to jednak raz. Robi tylko rewolucję religijną, żadnej innej. Nie zmienia świato-poglądu słuchaczy. Jak by to wszystko wyglądało dzisiaj? Trudno to sobie wyobrazić.
Albowiem Bóg jest absolutnie transcendentny, przekracza całkiem nasze wyobrażenia, co jakoś nie bardzo mieści nam się w naszych ziemskich głowach, także gdy myślimy o tym, co po śmierci. Precz z jakimikolwiek antropomorfizmami! Ale jest też „immanentny”, w sensie, w którym mówił Grekom na Areopagu apostoł Paweł: „Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas”, jak może przeczytaliśmy z Dziejów Apostolskich w środę.

Inne teksty dobrane zostały tak, by mówiły też jakoś o wniebowstąpieniu. Z Listu do Hebrajczyków wybrano fragment zaczynający się tak: „Chrystus wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej świątyni, ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga”. Tu też trzeba uniknąć antropomorfizacji: obrazu Trójcy, w której Bóg Ojciec jest na nas tak zagniewany, że Syn musi nas bronić. Precz z wszelkimi uproszczeniami! A w Psalmie czytamy, że „Pan wstępuje wśród radosnych okrzyków, Pan wstępuje przy dźwięku trąby”. Zajrzałem do Biblii Poznańskiej (cytowałem według Tysiąclatki): chodzi tu może o wstępowanie Arki Przymierza, „którą jako widomy znak obecności Bożej zabierano ze sobą na wyprawę wojenną, a po zwycięstwie wnoszono uroczyście do Przybytku na Syjonie”. Z tekstami nowotestamentalnymi łączy słowa Psalmu właśnie zwycięstwo, także Chrystusa zmartwychwstałego. Choć Jego wiktoria - to też trudno zapamiętać - antymilitarna jest absolutnie.

PS. A w magazynie „Rzeczpospolitej” „Plus Minus” sprzed tygodnia znamienny tekst Ewy Polak-Pałkiewicz, znanej publicystki prawicowej. Tytuł: „Nienarodzeni, ale użyteczni”. Pierwszy akapit stawia od razu problem aborcji w sposób dla mnie nieoczekiwany: „Jak z obrony życia nienarodzonych uczynić narzędzie zwalczania niewygodnej władzy? To proste, scenariusz został przećwiczony już za poprzednich (koalicyjnych) rządów Prawa i Sprawiedliwości.” Niebywała konstrukcja myślowa mająca bronić PiS-u przed politycznymi konkurentami z prawa. Polemika na przykład z „Naszym Dziennikiem”. „Prawa aborcyjnego nie da się nigdzie w sposób idealny przestrzegać bez moralnego uzdrowienia ludzkich dusz. Wprowadzenie go teraz będzie miało natychmiastowe skutki wprost przeciwne do zakładanych przez prawdziwych obrońców życia. Jarosław Kaczyński, któremu zarzuca się (w niektórych katolickich i konserwatywnych mediach), że nie zamierza wprowadzać dyscypliny partyjnej podczas głosowania nad zaostrzaniem prawa karnego w tej sprawie (a więc oczywiście jest »przeciw życiu!«) okazuje się par excellence realistą, nie idealistą. Myśli zdecydowanie tomistycznie. Jego powściągliwa postawa wynika z poczucia odpowiedzialności polityka za państwo. Nie jest sztuką oddać władzę i narazić współrodaków na utratę państwa lub kolejny rozdział jego systemowej grabieży w imię moralnego radykalizmu. Tak jak nie jest sztuką wykrzyczenie dobrych intencji. Sztuką jest, w imię odpowiedzialności, jaką Jarosław Kaczyński dźwiga na swoich barkach, dać przetrwać i rozwinąć się państwu, które jest źródłem dobra doczesnego obywateli.”
Obrona prezesa Polski żarliwa. A zarazem mocna, choć bez nazwisk (papieża Franciszka ani nawet kardynała Kaspera) krytyka tego, co się dzieje na szczytach Kościoła rzymskokatolickiego: „Niektórzy hierarchowie (na szczęście w Polsce nieliczni) nie mają wprost słów, jak bardzo człowiek jest, z natury swej, chodzącą doskonałością. »Świętość osoby ludzkiej« i »nieograniczona godność człowieka« to tylko skromne przykłady retoryki optymistów wychowanych na soborowych deklaracjach, które odrzuciły realistyczną prawdę o człowieku i zaczęły tworzyć literacki słownik pobożnych życzeń i innych wzniosłości, licytując się w uwielbieniu dla człowieczeństwa.”
Zamiast atakować PiS po prostu nie rozgrzeszać!

08:34, jan.turnau
Link Komentarze (30) »
niedziela, 27 marca 2016
Alleluja!

Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzenia paschalne najlepsze! Chrystus zmartwychwstał, żyje i  myśli o nas niezawodnie. Alleluja!
Nie blogowałem długo, bo chorowałem długo. Mniej więcej wyzdrowiałem, ale obawiam się, że nie wrócę do codziennego wpisywania swoich myśli. Może to będzie jakaś forma niecodzienna.

09:28, jan.turnau
Link Komentarze (70) »
piątek, 29 stycznia 2016
Nie zabijaj, owszem. Ale odkładaj oskarżycielski kamień

2 Księga Samuela 11,1-4a.5-10a.13-17
Cudzołóstwo Dawida z Batszebą, połączone z zabójstwem jej męża Uriasza.
We wczorajszym „Dużym Formacie” reportażowa opowieść dziewczyny, która pojechała na Słowację, by tam dokonać aborcji, bo w Polsce się nie da. Rzecz pisarsko bardzo dobra i tylko moje pytanie, czy aby na pewno człowieka, niechby nawet przyszłego człowieka, można tak po prostu pozbawić życia, bo nie ma się ochoty na dziecko. Kod genetyczny jednak ludzki - czy to bez żadnego znaczenia? I tylko moje pytanie, czy moralne jest zadowolenie z „naturalnego” poronienia, kiedy się dziecka nie chce. Nie mój czyn, oczywiście, ale zadowolenie moje. Nie chodzi mi bynajmniej o to, by zamanifestować etyczny superrygoryzm, albo przeciwnie - relatywizm, ale aby osądzając, zaglądać w sumienie własne. Odkładać oskarżycielski kamień.
Wpis jednorazowy, nie bloguję jeszcze codziennie dalej.

21:56, jan.turnau
Link Komentarze (333) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Paweł nawraca się moralnie. Nieochrzczeni nieodwołalnie potępieni?

Dzieje Apostolskie 22,3-16 albo 9,1-22
Ewangelia Marka 16,16
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim, polskokatolickim i starokatolickim mariawitów święto Nawrócenia Św. Pawła. Było to nawrócenie nie tylko religijne, nie tylko przyjęcie wiary w Chrystusa, także nawrócenie moralne ( jeśli w ogóle można te decyzje rozdzielać). W tekstach dzisiejszych Paweł przecież wyznaje, że „głosował za karą śmierci” dla chrześcijan, „dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich”. Nie odnosił się tak później przecież do tych, co nie uznawali Jezusa za Mesjasza.
Również o nawróceniu czytamy dzisiaj w Ewangelii Marka. W ostatnim, dodanym później jej rozdziale są okrutnie brzmiące dzisiaj słowa: „Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (BT). Jak mi podpowiedział Michał Czajkowski, ten późny tekst biblijny powstał już wtedy, gdy spór Kościoła z Synagogą zaostrzał się, padały także z naszej strony słowa ostre, niekoniecznie - jak mówią uczeni bibliści - ipsissima verba Iesu.
Zawieszam blogowanie na czas jakiś.

19:01, jan.turnau
Link Komentarze (24) »
niedziela, 24 stycznia 2016
Jedno Ciało, członki różne

1 List do Koryntian 12,13
„Wszyscy bowiem w jednym Duchu zostaliśmy ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscy też zostaliście napojeni jednym Duchem.”
Dalej czytamy jednak o różnych członkach i charyzmatach, czyli mamy obraz jedności w różnorodności. Trudno zachować taką strukturę, wiemy o tym z historii, przeżywamy teraźniejszość, w której odkręcamy to, co narobili nasi przodkowie. Tydzień (Oktawa) Modlitw o Jedność Chrześcijan...

20:07, jan.turnau
Link Komentarze (62) »
sobota, 23 stycznia 2016
Rodzina Go nie rozumie. Także szmoncesy dwa

Ewangelia Marka 3,20-21
„Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: - Odszedł od zmysłów.” (Biblia Tysiąclecia)

Wersety powyższe przypominają to, co wiadomo z innych przekazów ewangelii, że bracia Jezusa za Jego życia ziemskiego nie wierzyli w Jego misję (Jakub zrozumiał ją po Jego śmierci i zmartwychwstaniu, stając się filarem pierwotnego Kościoła, sądząc z Dziejów Apostolskich 1,14 inni bracia uwierzyli wtedy również). Można przypuszczać, że nie martwili się tylko tym, że ich dziwny brat nie dojadał. A Jego Matka? Z dalszych słów tej ewangelii (3,31-35) wynika, że była wśród owych bliskich (tak jak i Jego siostry, o których też mowa w 3,12), co nie znaczy, że miała do Syna równie sceptyczny stosunek. Raczej po prostu troszczyła się o Jego zdrowie. Niemniej nie widać u Marka szczególnej czci dla Maryi (jest tylko minimum wiedzy o niej), która pojawia się w późniejszych ewangeliach.

PS. Dziś szabat. Coś z całkiem innej beczki, choć też żydowskiej: dwa szmoncesy. Pierwszy opowiada Żydówka, a jakże, są oni wszak bardzo „jajcarscy” oraz samokrytyczni, bez głupiej troski o narodowy wizerunek. Siedzi sobie zatem w Polsce dwóch żebraków, jeden z gwiazdą Dawida, drugi z krzyżem. Przechodzi ksiądz i mówi do pierwszego: - Nic nie zarobisz, tu jest kraj katolicki. Przeszedł, a drugi żebrak mówi do pierwszego: - Mosze, ten ksiądz uważa, że się zna na marketingu lepiej niż my Żydzi... Szmonces drugi: dwóch Żydów poszło na wojnę. Walnął koło nich granat, jeden pyta drugiego: Mosze, czy krew jest żółta? Polecam znowu dwa zbiory szmoncesów Daniela Lifschitza, wydane w Polsce przez mariański PROMIC!

18:44, jan.turnau
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
Archiwum