Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
RSS
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Pociecha botaniczno-religijna. Oraz inna: ks. Krzysztof Grzywocz, duszpasterz na medal

Wpis na niedzielę 17 czerwca 2018

Księga Ezechiela 17,22-24
Ewangelia Marka 4,26-34
U Marka czytamy: „Z Królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię” . Trzeba zacząć od wyjaśnienia, co ta monarchia w słowach Jezusa oznacza. W „Encyklopedii Biblijnej” wyczytałem, że to „panowanie Boga lub sfera, w której Bóg sprawuje lub będzie sprawował swoją władzę”. W tamtym cennym dziele znalazłem też informację, iż do końca XIX wieku katolicy i protestanci uważali, że Królestwo Boże można utożsamiać z Kościołem. Że to interpretacja błędna, głosił według „Encyklopedii” francuski teolog rzymskokatolicki Alfred Loisy, za co był za to ekskomunikowany i przez kilkadziesiąt lat jego prace były zakazane. Niemniej są dzisiaj wciąż problemy egzegetyczne: czy Jezus ogłosił, że Jego królestwo nadeszło już, czy że dopiero nadejdzie, czy już wtargnęło w historię, czy już w niej wzeszło. Mogę chyba powiedzieć, że już wzeszło w tym samym, że On przyszedł na świat.
Dalej mamy w tekście Markowym o tym, co z tego wynika. Inaczej niż u wszystkich trzech synoptyków, np. u tegoż Marka 4,1-8, gdzie mamy także o możliwościach efektu pesymistycznego: że z jakichś przyczyn roślina z nasienia nie wyrosła. Jednoznacznie optymistyczny obraz jest też u Ezechiela: mowa tam nie o sianiu, tylko sadzeniu, ale również tylko o tym, że owa działalność rolnicza się powiodła. W naturze już u nas prawie lato, więc obrazy botaniczne na czasie. Nastrajają optymistycznie, gdy się przeczyta w dzisiejszym tekście Ezechielowym, że wszystkim rządzi nie tyle biologia, ile Bóg, Pan historii całej. No i morał z tego taki, że niech żywi nie tracą nadziei, przede wszystkim chrześcijanie, ale też inni ludzie religijni. Można by też skomentować, że jest jakiś powód do optymizmu: Królestwo Boże to nie Kościół, to było jawne samochwalstwo, Kościół jest jakoś święty, ale i grzeszny, co widać coraz jaśniej, niemniej z gromadki uczniów rozwinęła się największa wspólnota naszego globu i w końcu ma to coś wspólnego z urzeczywistnianiem Królestwa. Można wszakże między innymi zapytać, czy ten sukces liczbowy jest trwały. Goni nas islam i chyba dogania. Kolebka chrześcijaństwa Europa raczej się wyludnia i laicyzuje. Przede wszystkim w Afryce, ale i Azji chrześcijan przybywa, w Ameryce może nie ubywa, ale nie wiadomo, co będzie dalej. Na co zawsze powinniśmy odpowiadać: „A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Czyli zawsze nadzieja. Przyszłość jest przed nami zakryta, nawet i każde jutro niepewne, niemniej wiara nadzieję rodzi. Taką mocną bardzo, jak nic innego chyba.
A na koniec kropla optymizmu: w felietonie Jonasza przeznaczonym dla „Magazynu Świątecznego” „GW”, a prezentującym duszpasterza na medal.
Świeccy nie gęsi, ...też swój rozum mają. O czym jeszcze mocniej niż dotąd napisał opolski teolog i duszpasterz, ks. Krzysztof Grzywocz w swojej książce „Na początku był sens” (Biblioteka „Więzi” 2018). Jest tam pośród innych bardzo ważna rozmowa z nim Zbigniewa Nosowskiego pod tytułem „Magiczna norma i nadopiekuńczy Bóg”. Ów odważny duchowny zachęca tam wierne owieczki do dużo większej samodzielności myślowej. I to w sprawach bardzo delikatnych: żeby samemu rozstrzygać, co jest moim grzechem, a co nie.
Cytuję: „Trzeba się wybijać na samodzielność chrześcijańską! Pewien dojrzały, wykształcony mężczyzna z długim stażem małżeńskim spytał mnie, czy może całować swoją żonę w miejsca intymne. I natychmiast okazało się, że jej samej nigdy wcześniej o to nie pytał! Przyszedł z tym pytaniem do księdza, który miał dać mu gotowe rozstrzygnięcie. A dlaczego ja, celibatariusz, mam rozstrzygać, gdzie i jak on będzie całował żonę? Takie pytanie bierze się z infantylnego rozumienia norm moralnych. Istnieje
jakaś magiczna norma – stworzona przez nadopiekuńczego Boga – która nie ma żądnego związku z realnym życiem, ale jak człowiek jej nie będzie przestrzegał, to mu się małżeństwo zepsuje. Tyle że nie patrzy się na to w kontekście relacji, np. czy taka forma wyrazu seksualności zbliża te dwie osoby, czy nie.
Niestety, dość często księża dają się wciągać w takie dywagacje i niepotrzebnie odpowiadają na takie pytania. Dają się wtedy wciskać w rolę wszystkowiedzącego narcystycznego guru i pozwalają traktować spowiedź jako spotkanie z normą, a nie z miłującym Bogiem. (...)Takie rozumienie Boga i moralności może ludzi wyprowadzać nawet poza Kościół. Niedawno pewna studentka powiedziała mi, że odeszła od Kościoła Spytałem, dlaczego: - Bo chcę być samodzielna.”
Zaznaczam, że ks. Grzywocz nie twierdzi, iż każda decyzja spowiadającego się jest poprawna, niemniej takie rozeznawanie etyczne jest decyzją w pewnym procesie, do zrozumienia pewnych norm trzeba dojrzeć. Napisał także: „Zdarza się, że słyszę w konfesjonale: - Współżyłem z narzeczoną. Gdy pytam, dlaczego jest to grzech, zdarza się, że szybko słyszę: - Co się ksiądz czepia, przecież uważacie to za grzech.” A przecież „ w nauczaniu Kościoła grzech to zło uczynione świadomie i dobrowolnie. A świadomie - to znaczy, że nie tylko wiem o istnieniu takiej normy, ale też potrafię ją, na ile mi rozum pozwala, uzasadnić”.
Jeszcze jeden cytat, równie ważny: „Na początku adhortacji [tej o małżeństwie, Amoris laetitia] Franciszek pisze, żeby nie zbiegać się do Magisterium Kościoła jak do nadopiekuńczej matki. «Nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygane interwencjami Magisterium».” Ba! Franciszek robi, co może, ale może nie wszystko. Monarchą jest pewnie, ale nie absolutnym. Ks. Grzywocz zaś duszpasterzem arcymądrym. Raczej był, bo zaginął w Alpach i najpewniej już nie żyje.

22:49, jan.turnau
Link Komentarze (9) »
niedziela, 10 czerwca 2018
Jak się zaczęło to nasze paskudztwo? Kardynał Hlond kandydatem na ołtarze

Jak się zaczęło to nasze paskudztwo? Kardynał Hlond kandydatem na ołtarze
Księga Rodzaju 3, 9-15
Oto, co dzisiaj poleca nam między innymi do czytania mój rzymskokatolicki Kościół: kawałek tekstu o grzechu pierworodnym (przekład, jak tu najczęściej, Biblii Tysiąclecia). Nie należy tego oczywiście rozumieć dosłownie, jako jakby faktu historycznego. Są w Biblii tego rodzaju informacje, ale ta jest innego gatunku literackiego. Nie rozumiem, czemu kiedyś bardzo dawno temu, oburzyłem się na kolegę, kiedy mi powiedział, że to symbol. Miał przecież rację, choć może jest tutaj określenie bardziej fachowe. Owszem, to fakt, ale jest nim to, żeśmy - ludzie - mniej lub bardziej moralnie świniowaci. Tłumaczy się tutaj w języku narracyjnym, skąd się to wzięło, jak się zaczęło. Naturalnie postacie literackie Adama i Ewy są literackie właśnie, Bóg jest przedstawiony jak w Biblii w ogóle nieraz, antromorficznie, ale inni bohaterowie opowieści bardzo realistycznie. Są jak żywi w tym swoim zwalaniu winy na innych: Adam na Ewę, Ewa na węża. No cóż, diabeł jest jakoś naszego grzechu winien, bo nas kusi potężnie, ale w końcu decyzja należy do nas. Owszem, jesteśmy uwarunkowani wielorako, jest w ogóle pytanie, czy Bóg musiał nas stworzyć takim, czy koszt wolnej woli nie jest za wielki, ale grzech, świństwa nasze, gołym okiem widać. Myśląc dalej, można powiedzieć rzecz oczywistą, że pojęcia moralne ewoluują: co kiedyś było oczywistością, na przykład kara śmierci, jawi się jednak niektórym jako okrucieństwo, z kolei homoseksualne związki, uważane za amoralne, za dopuszczalne tak jak heteroseksualne uważane są przez niektórych. Można również zauważyć w moim Kościele mocniejsze akcentowanie roli decyzyjnej własnego sumienia także świeckich. Wspomnę tutaj  raz jeszcze znakomitą książeczkę ks. Krzysztofa Grzywocza „Na początku był sens”, w Bibliotece „Więzi” niedawno wydaną, gdzie owa niesamodzielność myślowa laikatu wyśmiana jest niemal. Rozwinę to wspomnienie w felietonie Jonasza kolejnym. To wszystko o rozwoju etyki święta prawda, atoli również tamo, iż ułomność etyczna natury naszej wciąż ciąży przeraźliwie. Można sobie żartować, jak Konstanty Ildefons w którejś chyba swojej „Zielonej gęsi”, że Ewa nie dała Adamowi ugryść choć trochę zakazanego jabłka, zatem cała Biblia na nic - ale niestety stało się inaczej, Księga się nie myli.
Wracam do tekstu. Do tego zwierzaka, bez którego byłoby cudownie. Tu ciekawa biblistyczna egzegeza: dopiero w ostatnim dziele Starego Przymierza, Księdze Mądrości, mamy utożsamienie tego gada z szatanem. Potem w Nowym Testamencie są podobne przekazy w Ewangelii Jana (8, 44) oraz w Apokalipsie (12, 9 i 20,2), według mnie dopiero w ostatniej księdze całkiem wyraźne. Najpierw nie jest to tylko zwykłe zwierzę, to - powiada Biblia Poznańska - jakby pseudonim istoty wrogiej człowiekowi i Bogu. Choć i nie zawsze wrogiej: wąż miedziany z Księgi Liczb 21, 9 symbolizuje coś przeciwnego. A na  końcu dzisiejszego przydziału tekstowego słowa o wężu, niewieście i ich odmiennych potomstwach, czyli tak zwana Protoewangelia, pierwsza prorocza wieść o Mesjaszu.
Dołączam felieton nie o grzechach już, ale cnotach. Kardynał Hlond na ołtarze?
Katolicka Agencja Informacyjna doniosła, że pozytywną opinię o heroiczności cnót prymasa Augusta Hlonda wyraziła Komisja Komisja Kardynałów i Biskupów z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Hm... Dziwna to dla mnie decyzja. Budzi podejrzenia, że na drodze na ołtarze z urzędu pierwszeństwo mają hierarchiczni prominenci. No bo nie rozumiem, jakie są argumenty na rzecz takiej oceny moralnej tego duchownego. Na pewno biskupa dużej klasy, jak na tamte czasy i miejsce myślowo otwartego, ale w czym widać u niego aż heroizm?  Domyślam się, że ów termin kościelny nie oznacza bohaterstwa w sensie świeckim, narażania życia w obronie innych, a w każdym razie szczególnego poświęcenia dobru innych, ofiarności wykazywanej na przykład  przez liczne matki. Co można by może powiedzieć również o prymasie Wyszyńskim, który decydując się ostatecznie na opór wobec komunistycznego reżymu, brał pod uwagę to, co go za to z tamtych rąk czeka. Hlondowi się przecież zarzuca, że wyjeżdżając z Polski z rządem sanacyjnym, po prostu uciekł zostawiając swoją owczarnię. Nie wiem, czy słusznie, w każdym razie mam z tą sprawą problem.
Tyle że raczej nie taki, jaki ma na  przykład Stanisław Obirek („Beatyfikacja antysemityzmu”, „Gazeta Wyborcza” z 6 czerwca). Chodzi mu, podobnie jak rabinowi  Rosenowi, dyrektorowi Amerykańskiego Żydowskiego Komitetu do Spraw Relacji Międzyreligijnych, o wypowiedzi Hlonda na temat Żydów właśnie. W tej sprawie jestem naprawdę uczulony, pochodzeniem z tego narodu wręcz  się chwalę, ale mam wątpliwości, czy to jest tutaj akurat najważniejsza sprawa. Szczególnie po przeczytaniu obszernego tekstu na ten temat arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, który przeczytałem w Internetowym Dzienniku Katolickim KAI z 5 bm.. Jest to przecież hierarcha jak na biskupa polskiego w dialog z judaizmem wyjątkowo  zaangażowany.  Otóż ten były prymas swego poprzednika broni. Oczywiście nie wszystkich jego sądów, ale nie wyjmuje ich z kontekstu, cytuje je w całości, przytacza różne, a te na tamtym polskim tle historycznym wydają mi się bardzo umiarkowane. O tamten kontekst historyczny właśnie mi przede wszystkim chodzi. Zresztą Obirek przyznaje sam, że Hlond „nie był agresywnym antysemitą, jednak szczególną sympatią do Żydów nie pałał, można więc powiedzieć, że był dzieckiem swego czasu”. Otóż to, było to jeszcze przed Holokaustem oraz Soborem Watykańskim II, niemal powszechna opinia była przecież taka, że Żydzi są  w ogóle bogobójcami i cześć. Chyba można by poglądy na Żydów kardynała Hlonda porównać do tychże ojca Maksymiliana Kolbego. Poglądy, nie postawę, bo ten drugi poszedł na śmierć za bliźniego swego.

09:14, jan.turnau
Link Komentarze (29) »
sobota, 02 czerwca 2018
Szabat znaczy odpoczynek. Pokora zwyciężyć musi!

Wpis na niedzielę 3 czerwca 2018 r.
Księga Powtórzonego Prawa 5,12-15
Ewangelia Marka 2,23-3,6
Szabat... Obraz tego dnia w ewangeliach piękny nie jest. Oczywiście jednak Jezus mówi o jego rozumieniu rygorystycznym absurdalnie, superlegalistycznym. Owszem, nakaz biblijny jest twardy, mocny, ale przecież nie oznacza, że nie wolno zaspokoić głodu kłosami zboża, gdy się przechodzi przez pole, bo taka czynność to zabroniona praca, przestępstwem jest też nawet uzdrowienie człowieka w szabat. Można chyba podejrzewać ówczesnych faryzeuszy, że interpretowali tak Prawo nie dlatego, że byli takimi rygorystami, tylko z nienawiści do proroka z Nazaretu, który im podpadł w ogóle, w każdym razie odpoczynek jest wręcz obowiązkiem człowieka, nie tylko jego prawem. „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” to dla wierzących religijnie obowiązek czynności ściśle religijnych, ale dla wszystkich ludzi jest oczywistą także medycznie zasadą, że tak zwany pracoholizm zabija. Przykazanie dekalogu jedenaste: ODPOCZYWAJ! Choćby porządnie się wyśpij! Ks. Krzysztof Grzywocz wraz z psychoterapeutą Adamem Jawińskim tłumaczy to między innymi bardzo ciekawie w swojej książeczce Biblioteki „Więzi” po tytułem „Na początku był sens”. Polecam ją jako lekturę po pracy, a może i wręcz na plaży, gdy nadejdzie ochota na taką też rozrywkę.
A teraz felieton taki. Pokora zwyciężyć musi!
W niedzielę rocznica nieokrągła, ale warta uwagi. 55 lat temu zmarł papież Jan XXIII. Postać na tronie najwyższym niebywała. Kościół rzymskokatolicki stracił swe Państwo Kościelne, pozostała mu tylko watykańska resztka, niemniej biskupi rzymscy czuli się wyniesieni już pod same niebiosa, nieomylni w każdym calu. A tu papieżem został filuterny grubasek, zwykły chłopek roztropek, prostaczek, ale ewangeliczny. Pełen zawsze dobrego humoru, ale wiedzący świetnie, jaki jest jego Kościół, widzący wady straszliwe. Na teologii się znał się słabo, niemniej na tyle, żeby doskonale rozumieć , co jest w Kościele najważniejsze. Zainicjował wydarzenie ogromne pod tytułem Sobór Watykański II, puścił w ruch reformatorską machinę. Rozpoczął korowód papieży, którzy pozwalali jej się kręcić. Nawet i bardzo ostrożny Benedykt XVI, bojący się jak ognia odnowicielskiej przesady, decyzją o przejściu na emeryturę błysnął po prostu pokorą. Zrozumiał, że Kościoła pełnego pychy potężnej, a brodzącego w grzechach okropnych, sam odrodzić nie zdoła. Nastał po nim zapatrzony w Jana XXIII Franciszek, antyklerykał na miarę Lutra, świadomy grzeszności własnej, ale i swego aparatu. W Polsce go księża nie lubią, jednak i tamten Jan nie był ich ulubieńcem. Taka już polska uroda kościelna. Nie rozpaczajmy natomiast: albowiem panta rei - powiedziano w języku w języku ewangelii, wszystko się zmienia naprawdę.

21:27, jan.turnau
Link Komentarze (52) »
czwartek, 31 maja 2018
Posiłek duchowy najlepszy

Ewangelia Marka 14,22 -26
„To jest ciało moje, to jest moja krew.” W Kościele rzymskokatolickim dzisiaj święto Bożego Ciała (Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa). U innych synoptyków mamy w opisie Ostatniej Wieczerzy słowa podobne do tych u Marka. Nie ma ich w Ewangelii Jana, niemniej w rozdziale 6 jest Jezusowe stwierdzenie: „ Ja jestem chlebem życia”. Jest tam też natomiast o tym, że to powiedzenie słuchaczy wzburzyło. Można rzec, że nic dziwnego, nam się to też mieści w głowie z trudem. Żeby stało się mniej niepojęte, warto napisać, że każdy szabatowy oraz sederowy (paschalny) posiłek rodzinny miał już sens religijny. Chyba można powiedzieć, że jest tam obecny w sposób szczególny Bóg - jak w każdej modlitwie. Zostało to jednak w chrześcijaństwie w obrzędzie mszy zmaksymalizowane myślowo niebywale. I tutaj od razu problem, jak słowa Biblii rozumieć. Czy mowa jest o obecności Chrystusa rzeczywistej, realnej, chociaż nie materialnej, jak wierzą katolicy i luteranie, chociaż ci drudzy zaznaczają, że chodzi o obecność tylko w obrzędzie: nie przechowują zatem konsekrowanego chleba i wina, udzielają choremu takiego posiłku konsekrując je przy jego łóżku. Ewangelicy reformowani kalwinistami zwani wolą mówić o obecności tylko duchowej, a pozostali protestanci (na przykład baptyści, zielonoświątkowcy) idą często za jeszcze innym reformatorem szesnastowiecznym Zwinglim, czyli wierzą w obecność Chrystusa tylko symboliczną. Wynika tak w każdym razie z moich długoletnich lektur i rozmów, jeśli nie całkiem, proszę o precyzację PT komentatorów.
Oczywiście poza chrześcijanami zachodnimi są jeszcze wschodni. O ich doktrynie eucharystycznej napisał obszernie w „Encyklopedii Katolickiej” wielki polski teolog rzymskokatolicki ksiądz Wacław Hryniewicz, prawosławia świetny znawca, według złośliwców wręcz wyznawca, w każdym razie ekumenista kapitalny. Nie przedstawię oczywiście wszystkich jego informacji o tej wyznaniowej doktrynie, zresztą tam ci teologowie trzymają się mocno tradycji, oczywiście wierzą w obecność rzeczywistą, lecz zarazem, tak jak i różni wschodni, nie tylko wierzą, ale i myślą. Ciekawy jest na przykład pogląd rosyjskich teologów XVIII- i XIX-wiecznych (dodam, że może potem nie tylko ich samych?), iż „przemiana eucharystyczna i sposób obecności Chrystusa pozostają tajemnicą wiary, dokonującą się mocą Ducha Świętego i dlatego nie należy dociekać, w jaki sposób przemiana ta się urzeczywistnia. Nie należy też koncentrować zainteresowań na momencie przeistoczenia ani na przemianie eucharystycznej jako dokonującej się w jednej określonej chwili, gdyż eucharystia jest skutkiem całego procesu liturgicznego, uobecniającego życie Chrystusa od Jego wcielenia do uwielbienia.” Ten cytat z tekstu ks. Hryniewicza obudził we mnie różne myśli. Przypomina mi się przede wszystkim obserwacja stara, ale jara, że myśl wschodnia różni się od zachodniej brakiem skłonności do myślowego „dopinania”, precyzacji, wręcz dogmatyzacji wszystkiego. 
W prawie, także w teologii. Język grecki jest w ogóle mniej precyzyjny niż łaciński i to wywoływało problemy teologiczne, ale pewnie owa myślowa niedokładność bardzo przydaje się w międzywyznaniowym dialogu. Wyjaśnię też, że owe słowa o sposobie i momencie przeistoczenia skierowane są oczywiście do teologów katolickich, a wynikają z tego, że w liturgii prawosławnej szczególnie ważna jest modlitwa do Ducha Świętego o dokonanie owej przemiany, co właśnie nie znaczy, że to ta chwila, a nie wypowiedzenia słów Chrystusa. No i przypominam o owej luterańskiej wierze w to, że Chrystus jest obecny tylko podczas obrzędu, czyli jednak też w obrzędzie, a nie w samych słowach. Natomiast naturalnie przechowują konsekrowane prosfory, by nakarmić nimi chorych, niemniej nie adorują ich, tylko ikony. Na koniec wiadomość o takiej dawnej teorii eucharystycznej teologów wschodnich, operujących platońskimi pojęciami pierwowzoru, obrazu, symbolu, podobieństwa czy też odbicia, które w jakimś stopniu są pierwowzorem, uczestniczą w jego rzeczywistości. Ale może, tak też to było odbierane przez niektórych w prawosławiu, brzmi to jednak nazbyt „symbolistycznie”.
Wracam do protestantów, korzystając z kolei z tekstu o dialogu ekumenicznym, napisanym „w tym temacie” dla cytowanej encyklopedii przez innego wybitnego teologa KUL-owskiego, ks. Stanisława Napiórkowskiego. W dokumencie z Paderborn luteranie (zapewne niektórzy) uznali nawet, że Chrystus jest obecny w eucharystii prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie (gdy luterański termin brzmiał dotychczas „konsubstancjalnie”). Nie da się jednak tego ująć - przyznali wspólnie z katolikami - że obecności tej nie da się ująć wyczerpująco za pomocą jakichkolwiek wyrażeń. Tamci luteranie orzekli również, że choć katolicka doktryna o przeistoczeniu zbyt racjonalizuje tajemnicę eucharystii, to jednak termin „przeistoczenie” można uznać za określenie tej przemiany.
No i wreszcie obecny spór ekumeniczno- teologiczno- duszpasterski między rzymskokatolickimi biskupami niemieckimi. Czy dopuszczać do komunii eucharystycznej ewangelików z małżeństw mieszanych, nieabsolutnie wyjątkowo, tylko zawsze, gdy są w kościele katolickim z rodziną. Większość biskupów jest za, mniejszość przeciw i odwołała się do papieża. Franciszek im powiedział, żeby się jakoś dogadali. Chodziło oczywiście o tych „heretyków”, co jednak wierzą w tej sprawie po katolicku. Otóż ja jestem za, bo myślę sobie, że jeżeli eucharystia jest tajemnicą (inny termin: słowo „misterium” nieprzetłumaczone na polski), to może wystarczy wiara, że jest w tym sakramencie Chrystus. Jak? Z tego, co napisałem wyżej, wynikać by mogło może, że nie jest to jednak najważniejsze.

18:45, jan.turnau
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 maja 2018
Bóg jeden, w osobach trzech: jeżeli sprzeczność, to raczej etyczna

Ewangelia Mateusza 28,19
„Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Świętego Ducha.” Tłumaczenie EPP, moich trzech biblistów trzech wyznań, jest tutaj bardzo wierne, bo ma właśnie: „czyńcie uczniami” zamiast „nauczajcie” - to nie to samo, bo skutek nauczania może być różny, a uczeń to człowiek już nauczony skutecznie - poza tym Duch Święty to tutaj Święty Duch. Pochwalam taką dosłowność.
Te wersety wybrano na dzisiaj w Watykanie, albowiem tydzień po święcie tego Bożego Ducha wspominamy w tę niedzielę całą Trójcę Najświętszą. My, chrześcijanie zachodni. Nie tylko katolicy „rzymscy”, także niektórzy starokatolicy (na przykład mariawici), ewangelicy (na przykład luteranie).
Natomiast prawosławni, o ile wiem, takiego święta nie mają, ponieważ sam termin teologiczny „Trójca” jest według nich niebezpieczny (choć sławny jest obraz Rublowa „Trójca”) . Grozi niedoakcentowaniem odrębności boskich osób. Chodzi szczególnie o tak zwany problem „Filioque”: czy wyznawać wiarę w Ducha Świętego (w Credo mszalnym) wyrażeniem „od Ojca pochodzi”, czy tak jak w liturgii rzymskokatolickiej, czyli „od Ojca i Syna”. Formuła pierwsza, prawosławna, zgodna jest z tekstem Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego, dopóki Kościół rzymskokatolicki nie zdecydował się dopisać właśnie owo „Filioque”. Pomysł tego dopisku był co prawda świecki, cesarz Karol Wielki chciał takiej różnicy, by mieć własną teologię dla rywalizacji zgoła politycznej z cesarstwem wschodnim. Papieże opierali się temu, ale w końcu ulegli. Przyczyna sporu była oczywiście głębsza, nawet nie tylko wierność tekstowej tradycji, przede wszystkim samo pojmowanie podstawowej prawdy wiary. Tak to zbyt ścisły sojusz ołtarza z tronem zaciążył potężnie. No i nie rozumiano wtedy i długo potem po obu stronach, że chrześcijaństwo nie musi być na jedno teologiczne kopyto, jedność nie znaczy jednolitość.
Dzisiaj zatem w tej konkretnej sprawie zwycięża chyba mediacyjna formuła, że Duch pochodzi od Ojca przez Syna. Ojciec jest zasadą pierwszą wszelkiego pochodzenia i wszelkiej misji, Syn natomiast otrzymuje od Ojca tak władzę posłania, jak i wiekuistego „tchnienia” Ducha ( por. między innymi J 15,26, 14,26).Tamta formuła jest zresztą stara, ale nie mogąca jakoś dotąd nas w pełni pogodzić.
Niemniej dialog robi swoje. Anglikanie i starokatolicy rezygnują na ogół z „Filioque”, a katolicy, szczególnie obrządku wschodniego, skłonni są do opuszczania tego zwrotu w liturgii. Przede wszystkim jednak sam papież Jan Paweł II opuścił owo kontrowesyjne wyrażenie odprawiając mszę w 1700-lecie tamtego tak ważnego soboru!
Z Trójcą Świętą jest jednak o wiele większy kłopot, nie ekumeniczny, ale - by tak rzec - apologetyczny. Dla zwyczajnych chrześcijan, nie żadnych teologów po prostu arytmetyczny: jak jeden może znaczyć trzy? Otóż ja nie przyjmuję mojej wiary chrześcijańskiej, konkretnie katolickiej bez wysiłku tej wiary oraz umysłu, na przykład wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii (wnet święto Bożego Ciała), tutaj jednak nie mam rozumowych oporów, choć wiem, że na przykład dla św. Augustyna był to problem ogromny. Myślę sobie, ja, prostaczek, tak oto. Skąd właściwie założenie filozoficzne, że Absolut musi być jednoosobowy? Można przecież chyba uważać, że nie jest w ogóle osobą. Oraz wydaje mi się, że przyczyną naszej niedowiary jest sprzeczność, jeżeli to raczej etyczna. Nie mieści nam się w głowie, nam wojującym ze sobą bez przerwy, jak mogą istnieć trzy osoby tak idealnie zgodne.

20:09, jan.turnau
Link Komentarze (20) »
niedziela, 20 maja 2018
Duch Święty, istota nieznana. Katolicyzm autokrytyczny

Dzieje Apostolskie 2,1-11
Dzisiaj tak zwane w Polsce Zielone Świątki, uroczystość Zesłania Ducha Świętego, ewentualnie Pięćdziesiątnica (bo tyle dni po Wielkanocy).
Zacznę od wspomnienia z dzieciństwa. Od wspomnienia o jedynym kazaniu, jakie z tamtych czasów pamiętam. Było to w któreś z okupacyjnych Zielonych Świąt. Ksiądz Maruszewski, skądinąd pułkownik Armii Krajowej, zaczął homilię od słów: „Tak mało wiemy o Duchu Świętym...” Co mówił dalej, zapomniałem. Zostało mi w pamięci tylko wrażenie, że nie można było lepiej, celniej zacząć kazania na ten temat. Proboszcz w  Przybysławicach koło moich rodzinnych Wlonic powiedział rzecz w istocie oczywistą. No bo faktycznie: o trzeciej Osobie Bożej nie wiemy prawie nic. Mówiąc ściślej, nie odgrywa Ona niemal żadnej roli w naszej codziennej pobożności. W naszej: katolickiej, a po trosze w ogóle zachodniej. Bo w prawosławiu jest inaczej.

Duch Święty nie był nigdy w Kościele zachodnim tak uprzywilejowanym partnerem ludzkiego życia, jak Syn Boży. Przynajmniej pośród najbardziej znanych świętych, nie ma chyba nikogo „od Ducha Świętego”. Jest to poniekąd zrozumiałe: Osoba Boża wcielona przez sam fakt wcielenia jest nam szczególnie bliska i wiemy o Niej znacznie wię¬cej. Czyż jednak nie powinien nam być równie, choć inaczej bliski Duch, który - jak powinniśmy wierzyć - działa od wewnątrz w całym bycie, także w nas? Oczywiście, w katolickiej teologii i liturgii trzecia Osoba Boża nie jest  ignorowana. Trzeba zresztą  zauważyć, że wskutek odnowy posoborowej stała się bardziej „pneumacentryczna” (duch nazywa się po grecku pneuma, co w naszych uszach brzmi mało duchowo, choć chyba bardziej niż łaciński termin spiritus...). Nawet i nasza prywatna pobożność zna przecież modlitwę do Ducha o oświecenie umysłu w trudnych chwilach. Co jednak nie znaczy, że modlitwy tego rodzaju współtworzą poboż¬ność przeciętnych katolików. Naprawdę czasem można odnieść wrażenie, że osoby w Bogu są według nas dwie, a nie trzy. Z tego też punktu widzenia trzeba uznać tzw. ruch charyzmatyczny, wywodzący się z ewangelickiego ruchu zielonoświątkowego, za zjawisko godne uwagi, choć może  kontrowersyjne w niektórych swych przejawach.

Myślę, że dziedziną, w której szczególnie byłaby pożądana pobożność bardziej w tym sensie duchowa, jest nasz codzienny etos. Zachodni model etyczny chrześ¬cijanina był inspirowany rzymskim legalizmem oraz ideą naśladowania Chrystusa. Otóż wydaje mi się, że model ten zawsze będzie kulał (szczególnie w sytuacjach trudnych wyborów, wyborów, w których ani prawo nie daje instrukcji, ani owa idea naśladowcza nie daje się skonkretyzować), jeśli nie będziemy wspomagali się modlitwami do Ducha Świętego Oświeciciela.
 
Duch tchnie, kędy chce... Przecież owo pneuma to także tchnienie, to wręcz wiatr i to nawet w tym przypadku Huragan! Nie daje się „skanalizować”, „ująć w ramy”, lubi być nie „po linii”. Przemawia przez proroków i w ogóle robi bałagan. Na szcz꬜cie dzięki Vaticanum II zrozumieliśmy, że Kościół powinien być wzorem nie tylko w utrzymywaniu porządku, ale też w twórczym korzystaniu z owego nieładu, bez którego nie byłoby w ogóle rozwoju. Równoważność tych dwóch czynników kościelnych - instytucjonalnego, hierarchicznego i spontanicznego, charyzmatycznego - uzasadnia się dziś przez odwołanie się do teologii Trójcy. Mówi się, że z misji Chrystusa wynika cała rzeczywistość widzialna, instytucjonalna Kościoła, a z misji Ducha świętego rzeczywistość mistyczna i charyzmatyczna. W innych ujęciach Duch to nie tylko „wieczny rewolucjonista”, ale i wieczny indywidualista. Powiada się bowiem również, że z misji Syna wynika jedność Kościoła jako Jego jednego ciała, z misji Ducha zaś wielość, a więc zaprzeczenie wszelkiego uniformizmu. Wychodząc z tego założenia, określa się chrzest jako sakrament jedności w Chrystusie, bierzmowanie natomiast wielości w Duchu Świętym. Podkreśla się przy tym zawsze, że jedność Trójcy powinna inspirować do równowagi tego rodzaju przeciwstawnych tendencji. Czyli że jednostronne akcentowanie czynnika charyzmatyczno-pluralistycznego jest takim samym błędem, jak „hierarchistyczny” uniformizm.
 
Oczywiście wszystkie tego rodzaju ujęcia są dyskusyjne; trzeba również pamiętać, że oświetlają tylko jeden aspekt nieskończenie bogatej Rzeczywistości. Czytelnik powyższego zapyta również  może: czy już samo różnicowanie misji Syna i Ducha nie jest sprzeczne z zasadą jedności Trójcy? Myślę, że jest sprzeczne tylko z pewnym rozumieniem tej jedności, do jakiego przywykliśmy na Zachodzie. Wschód bowiem zawsze bardziej „indywidualizował” poszczególne Osoby Boże. Do czego miał i ma prawo. Prawo to daje mu właśnie sama Trójca przez swoją wielość, inspirującą do tolerancji dla różnych stylów teologicznego myślenia. A osobliwie Duch Święty - wieczny pluralista...

To wszystko było o samym Duchu, a teraz cokolwiek o dzisiejszym tekście z Dziejów Apostolskich. Otóż czytamy tam o tak zwanym mówieniu językami. To są dwa różne zjawiska: owo opisane w tekście biblijnym, cudowne, rozumienie się ludzi nawzajem, choć każdy mówił w swoim języku ojczystym, oraz zdarzające się dzisiaj takie wpadanie w entuzjazm religijny, że ogarnięty nim człowiek (tak mi to wytłumaczył  któryś ksiądz temu bliski) trochę jakby śpiewał bezsłownie „tra la la”.
     
A felieton Jonasza taki dzisiaj. Katolicyzm autokrytyczny. Czyje to słowa?

„Wiara w «jeden, święty, powszechny,  apostolski Kościół« wystawiona jest na niełatwą próbę w konfrontacji z rzeczywistością, kiedy to, czego doświadczamy na co dzień - tak z życiu publicznym, jak i zwykłym, «parafialnym» - ani jednością, ani świętością nadmiernie nie grzeszy. Ten stan napięcia prowadzić może do dwóch biegunowo różnych postaw. Jedni, bardziej czy mniej szczerze zgorszeni czy zniesmaczeni, odsuwają się na margines wspólnot, usiłując przeżywać swoją wiarę obok widzialnych struktur Kościoła, w których zostali ochrzczeni. Inni, przeciwnie, swoje zadanie zdają się upatrywać w obronie za wszelką cenę wizerunku Kościoła jako niepokalanej wspólnoty świętych i instytucji bez skazy, a priori  uznając wszelką krytykę za bezpodstawne ataki ludzi jeśli nie  złej woli, to przez takowych zmanipulowanych. O ile pierwsi członkami Kościoła pozostają jedynie nominalnie - bo zwykle nie dochodzi do aktów apostazji - o tyle drudzy nieraz samych siebie uważają  za jedyny PRAWDZIWY Kościół”. Cytat ze świeżo wydanej  książki Biblioteki „Więzi” pt. „Po co Kościół”, z rozdziału pt. „Wierzyć «pomimo» Kościoła”.
 
Otóż to nie ojciec Wiśniewski ani siostra Borkowska: to jeszcze inny arcymądry katolik mundurowy, znany teolog Grzegorz Strzelczyk z Katowic. Do jego obserwacji oczywiście celnej dodam tylko, że bywają u nas jeszcze inni katolicy: ci, co w takiej sytuacji zmieniają kościelną wspólnotę: na jedną z ewangelickich najczęściej.
 
Co ja na to? Co do zmiany wspólnoty wyznaniowej, to wyznaję zasadę, że należy ją zmieniać, ale inaczej: pozostawszy w niej, próbując ją zmienić od wewnątrz według własnego sumienia. Nie twierdzę jednak wcale, że to droga każdemu dostępna. Ja mam środki działania jako publicysta gazety o sporej sile rażenia, przekonanie o jakiejś skuteczności swojego pisania, spore zasoby cierpliwości, wreszcie zapewne wymagania nie zasadnicze: doktryna rzymskokatolicka po dzisiejszych niebagatelnych poprawkach całkiem mi odpowiada, bardziej niż inne konfesyjne. No i wreszcie dobrze mi w moim Kościele „egzystencjalnie”:  mam wokół siebie dużo ludzi podobnie jak ja czujących i myślących, a na jego szczycie papieża na mój gust idealnego, bo też krytycznego wobec tego, co jest, nieprawdopodobnie. A niżej też, w Polsce również, takich krytykantów hierarchicznych trochę. Prymas Polak na przykład, o którym tydzień temu napisałem, chyba za słabo go chwaląc.
 
A na zupełny koniec napiszę eklezjologiczny truizm: Kościół to my, to ja jakoś także. Kościół grzeszników właśnie, więc i ja grzesznik, a jakże. Mam na sumieniu nie tylko taki drobiazg, że polski urząd prymasowski odmłodziłem o sto lat: ma już sześć wieków a nie pięć. Nie tylko to, że jestem może czasem za bardzo krytyczny, a kiedy indziej za mało. Wszystko to jednak temat nie na felieton, w każdym razie nie na ten.

PS. Dopisane w poniedziałek 21 maja
Popełniłem w powyższym wpisie błąd okropny. Napisałem, że zjawisko mówienia językami jest współczesne. To zresztą prawda, ale sugerowałem w ten sposób, że nie występowało dawniej, w przeciwieństwie do tego opisanego w Dziejach Apostolskich 2.
W KUL-owskiej "Encyklopedii Katolickiej" mamy na ten temat spore hasło "Glosolalia". Podane są tam liczne wersety w Dziejach Apostolskich i listach Pawłowych, gdzie mowa jest wyraźnie o modlitwie ekstatycznej, w której pod działaniem Ducha Świętego wypowiada się wierzący w języku niepojęciowym.  Zdarzało się to i w czasach późniejszych, na przykład w doświadczeniu karmelitanki Teresy z Avila, a i potem coraz częściej w różnych wyznaniach, szczególnie w ruchu zielonoświątkowym. Jest to jakiś stan "upojenia duchowego", w którym - czytamy w tej "Encyklopedii" - , w którym boskie pocieszenie ogarnia człowieka z taką siłą, że musi to wyrazić, a nie może inaczej. Trzeba też jednak powiedzieć tutaj za" Encykopedią", że Paweł  odnosił się do tego duchowego daru, chociaż sam go posiadał, z pewnym dystansem (1 Kor14). Nie zabraniał go używać, ale występował przeciwko przecenianiu go, taki bowiem hermetyczny język nie służy budowaniu i konsolidacji wspólnoty. Pouczał, że dar ów należy badać, kontrolować oraz ograniczać takie wypowiedzi do sytuacji, w których obecny jest charyzmatyk zdolny do ich tłumaczenia. Poza tym można korzystać z tego daru tylko prywatnie. Co prawda, nie bardzo rozumiem, co ów charyzmatyk mógłby zdziałać, jeżeli jest to mowa ze swej istoty niezbyt zrozumiała dla postronnych, ale sprawa jest w ogóle bardzo skomplikowana. W każdym razie gdzie indziej w Nowym Testamencie, u Marka 16,17 i właśnie tam w Dziejach 2 chodzi jakoś o języki "normalne", Tyle że oczywiście w sposób cudowny mówienie w swoim języku staje się zrozumiałe dla słuchaczy innojęzycznych.

20:50, jan.turnau
Link Komentarze (28) »
niedziela, 13 maja 2018
Odszedł, ale pozostał. Prymas trochę jak papież

Dzieje Apostolskie 1,1-11
„Uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: - Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od Was do nieba, przyjdzie do Was tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”.
Dzisiaj uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. W niektórych Kościołach krajowych, także polskim, przeniesiona z czwartku na niedzielę, bo nie każdy przyjdzie do kościoła w dzień powszedni. Zaraz jednak pytanie fundamentalne: czy Jezus rzeczywiście „wstąpił na niebiosa”? Znów coś kwestionujecie, nie uszanujecie żadnego dogmatu — zakrzyknie, być może, jakiś nerwowy czytelnik. Uszanujemy, uszanujemy...
Co najmniej od czasów Kopernika wiemy natomiast, że niebiosa nie są nad nami, że Bóg „mieszka” poza czasoprzestrzenią. A jak rzecz wygląda w Biblii? O wniebowstąpieniu mówią Marek oraz Łukasz w obu swoich dziełach. Wprawdzie tylko Dzieje Apostolskie powiadają wyraźnie, że Jezus uniósł się w górę, a Ewangelie poprzestają na określeniu: został wzięty do nieba, ale wszędzie tu mamy do czynienia z obrazem rzeczywistości, w którym ziemia jest po środku: nad nią raj, pod nią piekło. Sam Jezus używa czasem takich jakby „geocentrycznych” określeń (por. J 20,17). Sprawa wygląda analogicznie, jak z wersetami o ruchu słońca wokół ziemi. Nie żyjemy jednak w czasach Galileusza i nie boimy się pewnej „demitologizacji”. Tak jak nie bało się jej Magisterium Kościoła, używając w definicji dogmatu o Wniebowzięciu ogólnego sformułowania: została wzięta do chwały niebieskiej. Z radykalną zmianą światopoglądu, jaką przyniosły nam czasy nowożytne, wiąże się jednak potrzeba nieco głębszej reinterpretacji wiary w owo wstąpienie w niebo. Z relacji Biblii wynika, że Jezus zmartwychwstały przebywał tu na ziemi czterdzieści dni, czyli przez jakiś czas (czterdzieści jest w Piśmie jedną z liczb symbolicznych: oznacza nie określony dokładnie, ale dość długi okres czasu), po czym zasiadł po prawicy Bożej. Otóż obraz taki jest nierozdzielnie związany ze światopoglądem, w którym rzeczywistość „niebieska” niejako sąsiaduje z naszym ziemskim światem, stanowi po prostu inną część jakiejś większej całości. Dziś uważamy raczej, że Jezus przez sam fakt zmartwychwstania w ciele innym niż ziemskie, ciele „uwielbionym” właśnie, przeszedł do chwały Bożej, czyli do owej całkowicie innej rzeczywistości, do innego „wymiaru”. 
Po co więc było wniebowstąpienie? Przede wszystkim po to, żeby powiedzieć, że już więcej nie będzie się Jezus uczniom ukazywał. Ale chyba również po to, by unaocznić im Jego zwycięstwo, Jego wejście do chwały. Napisałem: unaocznić. Bo wprawdzie mogło być i tak, że żadne realne uniesienie się w górę nie miało miejsca. Jezus po prostu zniknął, ale autor Dziejów przedstawił to w sposób „geocentryczny”, żeby lepiej zobrazować czytelnikowi Boże uwielbienie Jezusa. Mogło być tak, ale mogło też być inaczej: sam Bóg w taki sposób unaocznił uczniom swoje uwielbienie Syna, dał im znak jedynie zrozumiały w ramach ówczesnej wizji świata. Nie odrzucajmy dogmatycznie podobnej możliwości. „W dziełach naukowych znaleźć można bardziej szczegółowe dane na temat stopnia dosłowności różnych opowiadań. Najbardziej wyspecjalizowana nauka wykazuje jednak w tych sprawach jeszcze mnóstwo niepewności. W obrębie obcego gatunku literackiego nie da się wszystkiego dokładnie wyznaczyć i wykreślić. Być może w naszych czasach przesadzamy w innym kierunku niż przed pięćdziesięciu laty i uważamy wiele opowiadań za mniej dosłowne, niż domagałby się tego faktyczny stan rzeczy. Możliwe, że wówczas działo się również więcej rzeczy zewnętrznie niezwykłych, niż dziś to sobie wyobrażamy. Dlaczego podobne zdarzenia miałyby się dziać tylko w Lourdes, a w ówczesnym. Izraelu nie? Jest rzeczą możliwą, że przemawiając do człowieka tamtych czasów Bóg rzeczywiście sprawiał, że głos Jego rozbrzmiewał w powietrzu, a Objawienie dokonywało się w taki sposób, że niejedno opowiadanie należałoby jednak pojmować w sensie dosłownym.” Cytat ten pochodzi ze sławnego niegdyś „Katechizmu holenderskiego” i odnosi się do Starego Testamentu. Z zachowaniem wszelkich proporcji można by chyba te słowa odnieść również do Nowego. I można by stwierdzić - również za „Katechizmem” - że kwestia dosłownego czy przenośnego rozumienia tego rodzaju szczegółów nie jest najistotniejsza. Bo przecież ostatecznie nie o to chodzi, ale o Boga, który zabiega o ludzkie serce.
I jeszcze oryginalne i śmiałe jak zwykle myśli na ten temat ojca Wacława Oszajcy w „Tygodniku Powszechnym”. „Jezusowe wstąpienie do nieba do nieba nie oznacza odejścia poza horyzont kosmosu, jeśli taki istnieje, ale wstąpienie w Kościół, w rzeczywistość materialną. (...). Od chwili poczęcia Jezusa przez Maryję nie można już przeciwstawiać naturalnego nadnaturalnemu, ziemi nieb u, ciała duszy, doczesności wieczności, nie można uważać, że Syn Boży tylko chleb i wino przemienia w swoje ciało i krew, czyli w siebie.
Jezus w siebie przemienia również Kościół. Stąd dla chrześcijanina istnieje tylko jedno sacrum: Bóg, który - mówiąc obrazowo - wypełnia sobą wszystko. Dla Boga kosmos jest najprawdziwszym tabernakulum. I tak wcielenie dopełnia się we wniebowstąpieniu.”Na koniec takie dwie myśli. Co do dalszej obecności Chrystusa na „tym świecie”, szczególnie w Kościele, to jest On tam rzeczywiście obecny, rzecz jasna, przede wszystkim w Duchu Świętym, którego nam zesłał, co też będziemy wspominać za tydzień. No i jak przyjdzie na końcu czasów, to owszem, jak dziś też przeczytaliśmy w Dziejach Apostolskich, będzie to tak, jak do nieba wstępował, co jednak nie znaczy naturalnie, że stamtąd niby jak jakiś ptak sfrunie. Amen. 
Dołączam tradycyjnie felieton Jonasza. Prymas trochę jak papież.
500 lat tego urzędu kościelnego. I państwowego, a jakże: prymas był przecież kiedyś interreksem, podczas bezkrólewia jakby monarchą. Potem przyszła PRL i nie było już szlachty, ale i rzeczywistej demokracji, wtedy królem był raczej prymas niż pierwszy sekretarz. W końcu i to minęło, co więcej, nie ma już personalnej unii Gniezna z Poznaniem ani Warszawą. Teraz arcybiskup gnieźnieński jest wyłącznie gnieźnieńskim metropolitą. Jeśli nawet należy z urzędu do episkopalnej rady stałej, to nie przewodniczy jej z urzędu. Liczy się wyłącznie splendor historii.
Moim zdaniem jednak ważna jest sama osoba Wojciecha Polaka. Jego poglądy własne. W Episkopacie Polski na pewno nie powszechne, w narodzie polskim jeszcze mniej. Samo nazwisko arcynarodowe to jeszcze nie wszystko. W internecie przeczytać było można, że to pseudo-Polak, lewak, prymasina, że to nie chrześcijaństwo, ale proislamska, antypolska sekta, że jest mułłą, a nie księdzem katolickim. Prymas się chyba temu nie dziwi, bo najpierw w ”Tygodniku Powszechnym” w roku 2017 wypowiedział się jednoznacznie za przyjmowaniem uchodźców, a teraz w książkowej rozmowie z Markiem Zającem (Znak) mówi bardzo brzydko o nacjonalizmie. Ot tak: „To jest nasz, jako Kościoła, grzech zaniedbania. Nie mamy ludzi, którzy byliby gotowi iść, stanąć przed nacjonalistami i odważnie zmierzyć się z wyzwaniem. Nie tak, jak niektórzy ich obecni duchowni, którzy często - mówię to powiedzieć szczerze, z wielkim bólem - tylko przyklaskują herezji”. Znalazł się inkwizytor, powiedziałby nacjonalista, alem ducha wręcz przeciwnego i prymasa Polaka chwalę za jego polskość dobrze rozumianą.
Po drugie za potraktowanie sprawy księży pedofilów. Też padają słowa mocne. Może mogłyby być mocniejsze, wyraźniejsze o odpowiedzialności kościelnych instytucji za czyny konkretnych duchownych, ale ja stosuję zasadę: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A ja tego hierarchę bardzo lubię i cenię. Kolega redakcyjny Krzysztof Varga nie podziela mojego gustu (patrz „Duży Format” z 7 bm), ale on już w ogóle taki: kogoś ze zgoła niekościelnej półki za przedstawienie pt. „Klątwa” zwyczajnie zmieszał z błotem. Nie jest prymas nowatorem radykalnym, przede wszystkim w sprawach zwanych doktrynalnymi, antykoncepcji, homoseksualizmu, co więcej, krytykowania innych hierarchów nie lubi, nawet gdy chodzi o bezfioletowego arcybiskupa z Torunia. No cóż, jest biskupem Gniezna, nie Rzymu, tamtemu wolno przecież nieporównanie więcej. Upolitycznienia Kościoła w Polsce też prymas jakby nie dostrzega. Natomiast papieża Franciszka, również w obchodzeniu się z tradycyjną doktryną bardzo uważającego, przypomina w tym, co zgrabnie wyraża książki tytuł: „Kościół katoludzki”. Realne współczucie wobec ludzi po prostu. Szczególnie wobec ofiar ksenofobii, pedofilii, katolików skrzywdzonych przez spowiednika także.

21:10, jan.turnau
Link Komentarze (63) »
niedziela, 06 maja 2018
Ilu zatem teologów? Alfie Evans, Polacy i papież. Polska bez antyhinduizmu. Trochę o strategii odnowy

I List Jana 4,7-8
„Ukochani, kochajmy się wzajemnie,
bo miłość jest z Boga
i każdy, kto kocha, z Boga narodził się
i zna Boga.
Kto nie kocha, nie poznał Boga, gdyż Bóg jest miłością” (EPP).
No tak, mamy się kochać. Nie tylko w sensie węższym, erotycznym, ale i szerszym, „agapicznym”.
Agape to miłość braterska, siostrzana, agapa to spotkanie chrześcijan przy wspólnym stole, wspólne zaspokajanie głodu nie tylko fizycznego, także psychicznego, zapotrzebowania na miłość właśnie. Wyrażaną także w słowach, lecz przede wszystkim w czynach. W staraniu się, by także innym było coraz lepiej. W tym fragmenciku mówi się przy tym o sprawie nie tylko etycznej, intelektualnej jakby. Kto nie kocha, nie p o z n a ł Boga. W mentalności hebrajskiej poznanie ma sens co prawda egzystencjalny, także wręcz erotyczny, bo Maria z Nazaretu powiedziała zwiastującemu aniołowi, że jeszcze nie zna męża, w sensie najbardziej intymnym. Niemniej można by powiedzieć, że niekochanie bliźnich czyni z nas ignorantów w teologii, także tych niby w tej dziedzinie uczonych.
Powiedziałem coś o owej największej duchowo Żydówce, a maj to dla katolików miesiąc maryjny, więc chociaż jeszcze bardziej różańcowy jest październik, to niech będzie już teraz coś o owej szczególnej modlitwie. Mamy o niej ślicznie wydaną przez Znak książkę . arcybiskupa Grzegorza Rysia. Język w niej raczej nie tradycyjny: „Otóż Pan Bóg nie wymaga od Maryi, żeby ona poczęła to dziecko, lecz jej o biecuje, że pocznie syna. Normalnie to się nie dzieje. A Pan Bóg mówi: to ci się stanie. Pan Bóg nie wymaga od Abrahama, żeby stanął na rzęsach i z niepłodną żoną miał dziecko, mając lat sto. Pan Bóg nie robi z siebie wariata”. Z nas naturalnie też.
Teraz aktualia. Polacy katolicy i Franciszek z Argentyny: różnice widać teraz na przykład w komentarzach do sprawy śmierci angielskiego dwulatka Księża i politycy (niektórzy) szaleją w zbolałych słowach, świat bez Boga, cywilizacja śmierci i tp., a papież też z bólem i pytaniami, ale bez takich ataków, o nadziei na postęp w medycynie i we wspólnych naradach. Cóż, kiedy niektórzy muszą się chwalić krzyżykiem na piersi, jak pewna pani sędzia trybunalska. Na deser anegdota: pytają Hindusa, czy w Polsce takich nie biją. Odpowiada, że jego to nie spotkało. Owszem raz, ale przeprosili i wytłumaczyli, że wzięli go za Żyda... Głośne myślenie. Czy nie trzeba krzyczeć?
Mieszka w podwarszawskiej wsi, z dala od stołecznych sporów kościelnych, ale zajmuje w nich stanowisko radykalne, umiarkowanie mu nie w smak. Henryk Makowski, publicysta i poeta, autor szesnastu niewielkich książek, wydawanych we własnym nakładzie, ostatnia pod tytułem „Suplikacje polskie”. Z wykształcenia prawnik, dzisiaj na emeryturze. Niedoszły zakonnik, ale bez żadnych złych wspomnień, jakie mają byli „’mundurowi”. W klasztorze było mu bardzo dobrze: łagodne metody wychowawcze, „wspaniały mistrz nowicjatu, pełen otwartości i swobody”. Tam nauczył się naprawdę modlitwy. Sam nie wie, dlaczego wystąpił. W każdym razie pozostał człowiekiem najgłębiej religijnym. Mimo to, a raczej może dlatego bardzo ostro ocenia obecną polską rzeczywistość kościelną. Owszem, zachwyca się takimi ludźmi jak oczywiście papież Franciszek, również ks. Tomasz Halik, w Polsce arcybiskupi Życiński i Nossol, księża Heller, Boniecki, Wiśniewski, Lemański, z zakonnic Małgorzata Chmielewska, wspomina księdza Zieję i naturalnie Tischnera. Niemniej jest przecież ojciec Rydzyk i są miesięcznice smoleńskie, które go oburzały do tego stopnia, że pisał list po liście do kardynała Nycza, bez odpowiedzi. Napisał w „Suplikacjach”: „Po wielekroć błagam, wiele na ten temat piszę, proszę, skomlę, żeby mój Kościół, szczególnie polski, publicznie z żalem przeprosił za mieszanie się do polityki”. Jest jak ksiądz Lemański religijnym gwałtownikiem, bez karnych konsekwencji na szczęście, bo nie ma nad sobą w tej mierze kurii, przeżywa jednak bardzo ojczyźniane realia, jak też trochę swoje osamotnienie, bo nawet na listy do osób, które wychwala, nie ma na ogół responsu.
Otóż takich katolików, duchownych i świeckich, jest bardzo wielu, tylko odzywają się raczej całkiem prywatnie. Albo też również publicznie, ale w słowach ostrożniej. Wybierają inną strategię odnowicielską. Wychodzą z założenia, że kropla drąży kamień powoli, eklezjalnego betonu nie skruszy się zaraz. W Kościele rzymskokatolickim jednak decydentami są w zasadzie biskupi, a w Polsce większość z nich nie czuje potrzeby radykalniejszej reformy. To się zmienia, prymasem rozumiejącym sens takiej odnowy jest Wojciech Polak, Grzegorz Ryś nie został arcybiskupem krakowskim, ale Łódź też wielkie miasto i bardzo potrzebujące ewangelizacji. To nie Kraków, który trudno oddalić od Kościoła, niezależnie od tego, kto tam obecnie rządzi. Ale to są episkopalne jednostki, trzeba jednak uważać, nie zrażać do swoich zamierzeń demonstrowanym radykalizmem. Bo bardzo łatwo zasłużyć sobie na miano rozrabiacza, z którym nie warto się liczyć. Żeby nie stwarzać wrażenia, że ponoszą emocje albo brak rzeczywistej troski o upowszechnianie Ewangelii.
Co do mnie, jestem raczej zwolennikiem głosu spokojnego, nie jestem pewien jednak, czy i z tą sprawą nie jest jak ze wszystkim w życiu. Że czasem trzeba krzyknąć.

21:42, jan.turnau
Link Komentarze (73) »
niedziela, 29 kwietnia 2018
O dominikaninie Ludwiku Wiśniewskim, benedyktynce Małgorzacie Borkowskiej i krytykowaniu kościelnej władzy

Dzieje Apostolskie 9,26-30
Kościół rzymskokatolicki przeznacza dzisiaj swoim wiernym do czytania opowieść o konsekwencjach sławnej zmiany poglądów: przyjęcia wiary w Chrystusa przez Pawła z Tarsu, który wyznawców tej wiary dotąd potężnie prześladował. A była to konwersja zgoła historyczna. Trudno powiedzieć, co by było, gdyby się coś nie zdarzyło, w każdym razie późniejsza rola Pawła okazała się kolosalna. Owszem, otwarcie nowo powstałego Kościoła na świat pozażydowski zaczęło się nie od Pawłowej wizji mistycznej
w drodze do Damaszku, ale tamtej apostoła Piotra, w której zrozumiał, że nie musi przestrzegać żydowskich zasad religijno-gastronomicznych i może usiąść do stołu z poganami (Dzieje Apostolskie 10,11-18, potem 11,5-10). Paweł przyjął chrześcijaństwo już potencjalnie zdolne do odrzucenia religijnego ekskluzywizmu, ale okaże się jego przeciwnikiem bardziej zdecydowanym niż Piotr (List do Galatów 2), w nawracaniu pogan jestniewątpliwym przywódcą. Na razie jednak uchodzi za wroga chrześcijan bardzo niebezpiecznego: w tak wielką zmianę poglądów, w jej szczerość uwierzyć było niełatwo. Czytamy dzisiaj, że groziła mu z ręki jego nowych współwyznawców wręcz nawet śmierć: „Przemawiał też i rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić”.
Dlaczego jednak właśnie ci, którzy powinni byli uważać go za kogoś im bliskiego? Trudno mi powiedzieć, bibliści dyskutują.
Przecież pochodził tak jak i tamci z kraju dalekiego od Palestyny, ów jego Tars był miastem w Cylicji, dzisiejszej południowej Turcji. Język grecki, którym się posługiwali, nie aramejski Jezusa i Jego apostołów, nie powinien był mu bardzo przeszkadzać. Tak jak i ich swoboda w interpretowaniu Tory oraz życzliwość wobec pogan właśnie. Może jednak on jako wówczas jeszcze ortodoksyjny faryzeusz wtedy jeszcze brzydził się ich „rewizjonistycznymi” skłonnościami myślowymi, a „hellenizm” szedł w
otwarciu na religijność grecką naprawdę daleko? Podobnie niejasna jest przyczyna, dla której prowodyrami w konflikcie, tamtym śmiertelnym, Stefana (Szczepana) też byli owi helleniści, choć tamten pasował do nich jak ulał jako sam hellenista, nawet według niektórych ich zwierzchnik. W każdym razie bracia w nowej wierze wysłali Pawła przezornie do rodzinnego Tarsu i to na długo, na lat około dziesięciu. Zupełnie nie wiadomo, co się tam z nim działo. Na przykład to, czy się ożenił, jak przystało na rabina, w ogóle Żyda, choć nic o jego żonie nie wiadomo. Może rzuciła go jako nawróconego na ową okropną sektę? Postać apostoła równie sławna, jak tajemnicza trochę.
A teraz felieton niejakiego Jonasza. Mundurowi dzielnie niepokorni
„Przez kilkanaście wieków zakonnice słuchały kazań, konferencji, rekolekcji, pouczeń, a zawsze w pokornym milczeniu, jak te nieme bydlątka: cokolwiek im mówiono, umiały tylko potakiwać. Czasem się któraś wyłamała, ale bardzo rzadko! Założenie ze strony kaznodziejów było niewątpliwie takie, że zawsze, w każdej sprawie i w każdych okolicznościach oni wiedzą lepiej; zakonnice zaś nauczyły się to akceptować, najpierw dlatego, że potrzebują celebransa i muszą przyjmować jego warunki, a potem już z
tradycji i przyzwyczajenia. To była forma pokory, której od nich oczekiwano.”
To najpierwsze słowa benedyktynki Małgorzaty Borkowskiej z książeczki „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”. „Mundurowi” ludzie Kościoła bywają zatem równie krytyczni, jak tak zwany laikat, który miewa przecież o kierowanych do nich kazaniach i innych sprawach zdanie nieraz podobne.
Trzeba zresztą zaznaczyć, że rzecz wydali też jednak „panowie”, bo benedyktyni tynieccy. Podobnie zachowuje się dominikanin Ludwik Wiśniewski. W „Tygodniku Powszechnym” z 22 kwietnia walnął w popierany przez Episkopat polski projekt poselski „Zatrzymaj aborcję” oceną, że jest wręcz antychrześcijański. Paragraf prawny nic nie pomoże, tylko rozeźli ludzi do reszty. Trzeba stworzyć fundusz pomocy rodzicom dzieci upośledzonych z datków, na który mogłyby się składać ofiary pieniężne czynione na ręce księży z okazji ślubów czy chrztów (referowałem tamten tekst w moim blogu jan.turnau.blox.pl). Ciekawe, że podobnego zdania jest posłanka PiS-u Joanna Lichocka: na spotkaniu z wyborcami w Bochni nazwała tamten projekt „nieludzkim”.
Co zaś jeszcze do ojca Ludwika, to właśnie jezuicki WAM wydał mu zbiór dotychczasowych publikacji (bez tej ostatniej, ukazała się na to za późno) pod tytułem „ Nigdy nie układaj się złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę”. Ten znakomity pasterz młodych dusz zmagał się arcyodważnie z „komuną” oraz ze swoimi współwyznawcami, którzy byli mniej w owej materii odważni. Na przykład w artykule „Chrześcijanie wobec walki o sprawiedliwość”, wydrukowanym w piśmie „podziemnym” „Spotkania” z r. 1978. Otóż pod tamtym tekstem jest w książce fundamentalny przypis: „Trzydzieści pięć, czterdzieści lat temu stawialiśmy sobie pytanie, czy chrześcijanie z racji swego chrześcijaństwa ma obowiązek walczyć z niesprawiedliwością i bronić krzywdzonych. To pytanie jest zawsze aktualne, także dziś. Ale stają przed chrześcijaninem także inne pytania, choćby takie - czy ma on prawo i obowiązek krytykować ludzi Kościoła, którzy nie postępują po chrześcijańsku? Dawniej wielu odpowiadało - nie. I dziś także wielu mówi - nie.”
No właśnie: oto jest wielki problem wewnątrzkościelny. Czy istnieje prawo, nawet jeśli trzeba obowiązek krytyki nawet i kościelnej władzy, nawet i samych biskupów? Ja też uważam, że istnieje. Amen!

23:20, jan.turnau
Link Komentarze (90) »
niedziela, 22 kwietnia 2018
Pasterz, owce i barany. O. Wiśniewski: projekt „Zatrzymaj aborcję” antychrześcijański

Ewangelia Jana 10,11-18
Perykopa o dobrym pasterzu. Jezus przedstawia się jako opiekun owiec troskliwy radykalnie: taki, który jest gotów oddać za nie własne życie - i tak się rzeczywiście stało. Oto model międzyludzkich relacji dla wszystkich, którzy nazywają się dusz-pasterzami albo nawet arcypasterzami. Taka duchowa opieka musi być głęboko przemyślana, oparta na doskonałej znajomości podopiecznych. Jezus powiedział, że zna swoje owce i one Go znają, papież Franciszek powiedział nawet, że pasterze powinni czuć ich zapach. 

Otóż mam pytanie, czy decyzja moich biskupów, by poprzeć projekt „Zatrzymać aborcję”, była właściwa. W nowym „Tygodniku Powszechnym” ojciec Ludwik Wiśniewski ocenia tę propozycję jako faryzejską, nieludzką, wręcz antychrześcijańską. Przyjście na świat takiego dziecka to w rodzinie trzęsienie ziemi. Proponując takie rozwiązanie dba się jedynie „o poprawną formułę prawną, a nie o człowieka. Gdyby w chrześcijańskim narodzie, a takim podobno jest polski naród, uchwalono ustawę, że opiekun nieuleczalnie chorego dziecka otrzymuje comiesięczne wynagrodzenie równe przeciętnej pensji, a lata opieki nad chorym dzieckiem wliczają się do świadczeń emerytalnych, gdyby ponadto ustawa gwarantowała bezpłatne lekarstwa i bezpłatną terapię dla takich dzieci - byłaby to prawdziwa troska o nienarodzonych, godna Dumnej Polski.” Owczy gatunek to przecież także barany ostro trykają rogami: biskupi swoim stanowiskiem wywołali gniew ludu, który - powiada duszpasterz dominikański - my sami, gorliwi katolicy, kapłani i biskupi sprowokowaliśmy można było przewidzieć. Owszem, „popłynęły haniebne okrzyki, których nie godzi się tu powtarzać”, ale nie można komentować ich biskupimi epitetami «chorzy z  nienawiści», «czarownice», «ludzie bez sumienia» , bo wydawały je nasze siostry i bracia, w większości przyznający się do chrześcijaństwa. Teraz są pretensje do PiS-u, że zwleka z uchwaleniem: no cóż, kiedy słupki ostrzegają... Dziwne, że i tego nie przewidziano. Ojciec Wiśniewski komentuje: „Jeden z biskupów powiedział nawet: «Nie można dłużej zwlekać, tego domaga się zdrowe sumienie». A ja chciałbym zapytać, czyje sumienie domaga się uchwalenia takiej ustawy zamiast podania ręki zrozpaczonym rodzicom? Każde życie jest święte! I skoro państwo nie zapewnia warunków do przyjęcia i wychowania nieuleczalne chorych dzieci, a sprawa jest arcyważna, ba, najważniejsza, to powinien to uczynić Kościół. Nasz polski potężny Kościół może to zrobić i powinien! Trzeba stworzyć ogólnopolski fundusz, z którego będą wypłacane świadczenia dla takich rodzin. Stworzenie takiego funduszu jest bajecznie proste. Wystarczy, że jura stolae ze ślubów i chrztów, czyli ofiary składane przy okazji tych sakramentów, będą przesyłane z całej Polski na konto takiego funduszu. Albo można wybrać inną drogę - ofiary składane przy okazji odwiedzin wiernych w okresie Bożego Narodzenia tworzą taki fundusz. Nie trzeba się obawiać, że duchowieństwo oddając te pieniądze umrze z głodu. Trzeba wierzyć w Opatrzność, a także w hojność wiernych, którzy potrafią docenić prawdziwie ludzkie gesty.” Ojciec Ludwik kończy stwierdzeniem, że taka troska o nienarodzonych mogłaby być „wręcz manifestem, że ludzkie życie jest naprawdę święte”.
Po takim obszernym odniesieniu do współczesności wracam jeszcze do ewangelijnego tekstu dzisiejszego. Są tam też słowa Jezusa: „Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz”. Któryś egzegeta wyjaśnił mi, że te inne to narody nieżydowskie, co jest zresztą chyba oczywiste, bo przecież nie nierzymskokatolickie. Czyli to logion pasujący do czwartkowych obchodów rocznicowych. Jak na razie, jedności powyższej raczej nie widać, oby tylko nie zdarzył się tylko Holokaust następny. Pewnie jednak głupio kraczę: od czasów, gdy możliwa była Zagłada, dokonała się w światowym chrześcijaństwie rewolucja. To już nie bogobójcy, parchy zresztą, ale starsi bracia w jednej monoteistycznej wierze! Amen! 
Natomiast mój sobowtór Jonasz napisał do „Magazynu Świątecznego” o księżej pedofilii tak oto. Żeby nie było zgorszenia. Taki jest mianowicie tytuł niewielkiego tomu „Wydawnictwa Krytyki Politycznej” na temat pedofilii (podtytuł: „Ofiary mają głos”). Otóż owo zdanie tytułowe można rozumieć różnie. Ironicznie albo jednak serio. Gorszeniem jest według jednych ujawnianie księżych podłości i trudno z taką mentalnością nie walczyć, lecz według innych, również kochających Kościół, właśnie ich zakrywanie. Odkrywa się je po to, żeby następnych ofiar było mniej. Żeby przestano gorszyć maluczkich, deprawując je, a w inny sposób resztę społeczeństwa takim kościelnym zachowaniem. Albowiem Ewangelia powiada, że „nie może się ukryć miasto położone na górze”, a przecież Kościół widać z bardzo daleka. Żadne zło nie ukryje się zresztą na wieki wieków, a co jest brudne, musi oczyszczać się dla własnego dobra.   
Autorzy książki to adwokat Artur Nowak i Małgorzata Szewczyk-Nowak, psycholog, seksuolog. Chcieli także kościelnej odnowy. Napisali we wstępie: „ Nie chcemy dokładać kolejnych argumentów zacietrzewionym wrogom Kościoła, którym śnią się po nocach puste świątynie. Chcemy, by Kościół wysłuchał ofiar. Indywidualne przeproszenie każdej z nich i zadośćuczynienie  za krzywdy jest bardzo ważne. Zło należy nazwać złem, to istotny element procesu terapeutycznego”. Niemniej to ma być także moralna terapia instytucji kościelnej. Podobnie myśli jeden z kilku rozmówców autorów. „Wśród kapłanów i zakonników jest wielu wspaniałych ludzi. Kapitalna większość to ludzie głębokiej wiary. Mają powołanie, to widać (...). W związku z tym nie rozumiem, czemu Kościół tuszuje te sprawy. W oczach ludzi wiele by zyskał, gdyby stanął w słońcu prawdy”. Ciekawe, że wśród występujących w książce są także inni, których potworne przeżycia nie odgoniły od Kościoła. To również powoduje, że publikację państwa Nowaków trudno uważać za atak na Kościół. Na to jednak trzeba się radykalnie wyzbyć przekonania o jego nieskazitelności, zrozumieć, że największym wrogiem Kościoła jest on sam. A ów wstęp do książki zaczyna się od informacji rodzinnej. Para autorska napisała tak: „Nasza córka ma za kilka miesięcy po raz pierwszy przystąpić do komunii. Zastanawialiśmy się, czy to, że zajmujemy się tematem pedofilii wśród duchownych, jakoś jej nie zaszkodzi, nie zmąci jej obrazu świata. Umie już czytać. Gdy ukaże się ta książka, na pewno będzie się chciała dowiedzieć, czym jej rodzice zajmowali się przez tyle miesięcy. Na razie jest dumna, że książkę będzie można kupić w księgarni. Choć pewnie niekiedy brak nam czasu i cierpliwości, staramy się ją wychowywać najlepiej, jak potrafimy. (...) Widziała wiele kreskówek: o świętym Antonim z Padwy, o ojcu Pio, o Franciszku z Asyżu. Sporo słyszała od cioć i babci o Janie Pawle II. Te postacie są dla niej archetypami dobra.” Nie wątpię, że państwo Nowakowie z rodziną poradzą sobie z owym problemem wychowawczo-religijnym znakomicie. 
Ukazała się tymczasem również publikacja książkowa na ten potworny temat, wydana przez uczelnię kościelną. Nie zdążyłem jeszcze jej zdobyć i przeczytać, póki co, taka była o niej wiadomość Katolickiej Agencji Informacyjnej. Oto jej tekst.
„Książka «Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele. Problem – odpowiedź Kościoła – doświadczenie polskie» pod redakcją ks. Adama Żaka SJ i Ewy Kusz stanowi cenną publikację, najszerzej jak dotąd omawiającą problem seksualnego wykorzystywania małoletnich w Kościele oraz zasady prewencji wobec tego typu przestępstw. Publikacja jest owocem międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie z 2014 roku.
Książka ta – jak podkreśla we wstępie o. Józef Augustyn SJ - ofiaruje czytelnikowi rozległą orientację w problematyce wykorzystywania dzieci i młodzieży w Kościele. Pokazuje długotrwałe skutki i głębię krzywdy wyrządzoną małoletnim oraz sposoby pomagania im. Publikacja wyjaśnia i precyzuje pojęcia wykorzystywania seksualnego małoletnich w ogóle oraz specyficznie w Kościele. Kreśli też bolesną historię wykorzystywania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych w Kościele katolickim w różnych krajach w ostatnich dziesięcioleciach. Podaje też typologię sprawców i charakteryzuje ich reakcje i postawy, w tym odsłania zróżnicowane i złożone motywy, jakimi się ci sprawcy kierują. Prezentuje stosowaną przez sprawców czynów pedofilskich taktykę, mechanizmy stosowanej przez nich manipulacji i przemocy. Prezentuje ponadto metody identyfikacji sprawców, co wcale nie jest łatwe. Cenne jest to, że prezentowana publikacja dokładnie przedstawia zaangażowanie Stolicy Apostolskiej i wybranych Kościołów lokalnych, w tym i Kościoła w Polsce, w kwestię rozwiązania problemu przestępstw pedofilskich i wdrażania profilaktyki w tym zakresie. Szczegółowo więc przedstawia przebieg postępowania kanonicznego, od dochodzenia wstępnego po wykryciu przestępstwa, aż do wydania wyroku wobec przestępcy. Określa tez ramy współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości. Publikacja jest też wymownym świadectwem cierpienia i upokorzenia Kościoła, jaki został spowodowany zarówno przez same przestępstwa osób duchownych, jak i chęć ich ukrywania przez własne środowisko, co często mylone jest z «obroną Kościoła».
Książka «Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele» - podkreśla o. Augustyn - może pomoc osobom odpowiedzialnym za duszpasterstwo dzieci i młodzieży w zdobywaniu: pełniejszej świadomości potrzeby sformułowania jasnych norm i zasad ochrony w pracy duszpasterskiej z nieletnimi; wrażliwości na krzywdę, jaka spotyka małoletnich wykorzystywanych seksualnie; realnej oceny zachowań księży mających kontakt z nieletnimi. Publikacja może być również pomocą w odzyskiwaniu nadwerężonego zaufania u wiernych do Kościoła i jego pasterzy. Publikacja zawiera też cenny aneks, w którym publikuje m.in. „Wytyczne Konferencji Episkopatu Polski dotyczące wstępnego dochodzenia kanonicznego w przypadku oskarżeń duchownych o czyny przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu z osobą niepełnoletnia poniżej osiemnastego roku życia”.
«Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele. Problem – odpowiedź Kościoła – doświadczenie polskie», redakcja Adam Żak i Ewa Kusz, Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignacjanum w Krakowie, 2018.”
Dodam na koniec zupełny, że ksiądz Żak, jezuita zresztą, występuje w książce, o której sam tu napisałem, jako jeden z ekspertów. A sprawa jest dla duchownego trudna, bo słowa musi ważyć, skłonność do ukrywania owych świństw potężna i niełatwo ją niedyplomatycznie piętnować.

19:29, jan.turnau
Link Komentarze (135) »
Nie wiedzieli, co czynią. Ojciec Święty o świętości

Wpis na niedzielę 15 kwietnia 2018
Dzieje Apostolskie 3,17
„Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak zwierzchnicy wasi.” Termin grecki „agnoja” tłumaczą też inni jako „niewiedzę”. Ale to słowa Piotra bardzo zagadkowe, choć mające potwierdzenie w słowach Jezusa, które powiedział do Boga, gdy znalazł się na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Ewangelia Łukasza 23, 24a). Nie chodziło Mu chyba tylko o żołnierzy rzymskich, bo to oni, nie straż żydowska, wykonywali wyrok Piłata. Jak to, to tylko on był winien, nawet nie arcykapłan Kajfasz, nie większość ówczesnej religijno-politycznej elity żydowskiej? Dzisiaj także teologowie katoliccy w dialogu z żydowskimi przyznają, że ciężar tej winy trzeba rozkładać inaczej niż dawniej, nie usprawiedliwiać Piłata, co widać nawet jakby w ewangeliach Mateuszowej i Janowej. Ale tutaj autor, zresztą też najpewniej Łukasz, cytuje słowa Piotra, który usprawiedliwia jakby wszystkich ludzi w tę sprawę zamieszanych. Co na to dzisiejsi uczeni w Piśmie? Otóż mówią, że tu niewiedza nie znaczy niewinność. Myślę, że należy to tłumaczyć tak: oczywiście Piłat, ale również tamta elita naprawdę nie wiedziała, kim był Jezus. Że był wysłannikiem Boga, czyli dla Żydów Mesjaszem, wręcz Bożym Synem. Nie uwierzyli w to, bo zaślepiała ich żywiona do Niego pogarda (co może być dobrego z Galilei...), zazdrość z powodu Jego popularności i wręcz nienawiść. Tak wielka, że podjęli decyzję zabójczą. A już ona sama jest przecież poważnym grzechem.
A oto, jak tutaj często, felieton Jonasza, może ktoś nie czytał go w „MiŚ”-u sprzed tygodnia.
Świętość znaczy łagodność Franciszek napisał swoje dzieło kolejne. Nazwał je adhortacją, nie encykliką, bo to rzecz mniej doktrynalna, bardziej duszpasterska, i opatrzył łacińskim tytułem: „Gaudete et exsultate”, czyli „Cieszcie się i radujcie”, wezwanie z Ewangelii Mateusza 5,12. Podtytuł wyjaśniający, o jaki temat radosny chodzi, brzmi: „O powołaniu do świętości w świecie współczesnym”. No cóż, Ojciec Święty na niej znać się musi...
Radość to hasło tego pontyfikatu, już w tytułach jego dokumentów widoczne, ale tu Franciszek rozwija myśl Chrystusa zawartą w owym cytacie z Ewangelii: mamy być radośni mimo prześladowań. Tak, o tym - jak rzadko u tego papieża - aspekcie życia chrześcijanina jest mowa w tej adhortacji. Albowiem „prześladowania nie są rzeczywistością z czasów minionych, ponieważ również dzisiaj je znosimy, czy to w sposób okrutny, jak wielu współczesnych męczenników, czy to w sposób subtelniejszy, przez oszczerstwa i fałszerstwa”. Franciszek zaznacza jednak, że mówi „o prześladowaniach nieuniknionych, a nie o tych, które możemy sami sprowadzić na siebie przez niewłaściwy sposób traktowania innych. Święty nie jest osobą ekscentryczną, oddaloną, która staje się nie do zniesienia z powodu swojej próżności, swojego negatywnego podejścia i urazów”. 
No właśnie: papież nie omija tego tematu, ale traktuje go inaczej niż niektórzy Polacy, którzy sugerują, że u nas bywa prawie jak państwach arabskich czy komunistycznych, albo nie rozumieją, że nikt nikogo nie nawrócił złością. „Nawet w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic, tolerowania obmowy i oszczerstwa” - Oj tak... Hasłem Franciszkowym jest właśnie łagodność. Mam być taki nawet za cenę ryzyka, że zostanę uznany za głupca, naiwnego albo słabego. Papież komentuje na ten użytek ewangelijne osiem błogosławieństw, przypominając, że cisi posiądą ziemię. Krytykę naszego Kościoła musimy łagodnie znosić, choćby grzeczna nie była. Na przykład ta na manifestacjach kobiecych, a tam widniały słowa mało dialogowe, co wiem od mojej znakomitej wnuczki Marysi, nie radiomaryjnej zgoła.
W ogóle to „kryterium oceny naszego życia stanowi przede wszystkim to, co uczyniliśmy dla innych”. Ważna jest modlitwa, Franciszek kładzie na nią wielki akcent, ważne są normy etyczne, ale stosunek do innych ludzi jest weryfikacją wszystkiego. „Choć miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości i prawdy, to trzeba przede wszystkim powiedzieć, że miłosierdzie jest pełnią sprawiedliwości i najjaśniejszą manifestacją prawdy Bożej . Jest ono kluczem do nieba”. No cóż, jakiś ksiądz powiedział arcybiskupowi Rysiowi, że już rzyga tym miłosierdziem, mnie się jednak zbiera na wymioty, gdy słyszę coś wręcz przeciwnego. Bardzo niekatolickie są dla mnie opory wobec papieskiej rewolucji teologicznej, kwestionującej wielowiekowy obraz Boga, okrutnika bez granic.

19:24, jan.turnau
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 kwietnia 2018
Tomasz, apostoł wierny. Więźnia Komendy droga zaprawdę krzyżowa. Franciszek, kowadło i młot

Ewangelia Jana 20,19-31
I znowu wnet po niedzieli Zmartwychwstania, perykopa o dwóch, mówiąc z grecka, chrystofaniach. Jezus ukazuje się najpierw dziesięciu apostołom, bo oczywiście bez Judasza, ale i bez Tomasza. Gdy mu powiedzieli potem, że Go widzieli, wypowiedział słowa, które mogą być rozumiane niemal jako manifest osobistego „empiriokrytycyzmu”: nie można dawać wiary opowieściom o zjawiskach niezwykłych, jeśli się ich nie sprawdzi własnym zmysłami, wzrokiem i dotykiem. Potem już jest na spotkaniu z Mistrzem
także ten sceptyk i Chrystus wzywa go do owej weryfikacji, ale Tomaszowi wystarczają już oczy, wyznaje: „Pan mój i Bóg mój”. Na co padają słowa o błogosławionych, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
Komentarz mój będzie tutaj taki: po pierwsze, Tomasz niewierny, jak się go nazywa krzywdząco, zgoła nie był, gotów był z Jezusem umrzeć (J,11-16). Termin grecki można tłumaczyć jako „błogosławieni” albo też jednak „szczęśliwi”. Druga wersja tu bardziej mi pasuje: dla mnie ci „empiriokrytycy” to ludzie, którzy czegoś ważnego od Stwórcy nie otrzymali. To się nazywa po teologicznemu „łaska wiary”. Nie mógł jednak na pewno Chrystus ukazać się wtedy na przykład Kajfaszowi i Piłatowi, nie tylko swoim wybrańcom, chociaż potem licznym, bo aż pięciuset (1 Kor 15,6)? Czemu tego świętego daru jakoś dziwnie skąpi? Problem jest oczywiście przepastny, tłumaczony już przez tysiąc lat i tyluż teologów, na przykład tak, jak zrobił to wielki Yves Congar, że ci niektórzy zobaczyli Go po prostu oczami wiary właśnie, ale ja napiszę tu tylko o tym, co sam zobaczyłem w telewizorze. W Wielki Piątek Drogę Krzyżową w rzymskim Koloseum, a w sobotę w opowieści człowieka, który przesiedział się niewinnie w więzieniu jako potworny morderca 18 lat. Skojarzyło to mi się teraz, bo na pytanie dziennikarza, czy jest wierzący, Komenda odpowiedział, że niestety nie. Acz, jak zrozumiałem, pomoc w tej potwornej niedoli zawdzięcza papieżowi Janowi Pawłowi II, chyba raczej jakoś „pozazmysłowo”: chce pojechać na jego grób.
Dołączam coś o człowieku, któremu dana jest wiara radykalna, papieżu Franciszku, czyli tekst, który przeznaczyłem do „Magazynu Świątecznego”.
Głośne myślenie
Franciszek, kowadło i młot
Jonasz
Papież na ustach wszystkich. Zaprawdę arcycelebryta. Książkowe wywiady jeden po drugim, tłumaczone także grzecznie u nas. Po tamtej głośnej rozmowie Dominique’a Woltona dwie śliczne Znakowe książeczki: „Ojcze nasz” i „Bóg jest młody”. W pierwszej pytał Franciszka kapelan więzienny, Marco Pozza, w drugiej też Włoch, dziennikarz Thomas Leoncini. Niektóre odpowiedzi były trochę do przewidzenia. Bóg jest ojcem najdobrotliwszym, tatusiem po prostu, potężnym w swej bezradności, żebrakiem proszącym o uwagę. Obok różnych wykluczanych Franciszek broni także młodych, dla których brak miejsca w dzisiejszych społeczeństwach.
Wracam do papieskiej popularności: może jak na człowieka wzywającego do pokory ten za bardzo dba o rozgłos? Na pewno chce być słyszany, pewnie ma trochę egocentrycznych ambicji, przede wszystkim jednak zrozumiałe poczucie swej nauczycielskiej roli. A wywiadowcy cisną, bo liczą na arcynowatorstwo i na ogół nie czują się zawiedzeni. Co prawda, przeciwstawianie Franciszka Janowi Pawłowi II jako po prostu konserwatyście wynika z braku pamięci: ile tamten papież zrobił choćby dla dialogu z judaizmem, nie mówiąc o islamie, o innych chrześcijanach. Niemniej Franciszek pędzi dalej.
Owszem, aborcję potępia bardzo mocno bez zmian, owszem, nie zauważa, że antykoncepcja jest dziwnie podobna do tak zwanych metod naturalnych. Polecam tutaj bardzo cenny artykuł Andrzeja Paszewskiego w magazynie „Plus Minus” z 10-11 marca, przedstawiający kościelną historię tej kwestii moralnej. A co do aborcji, to jest duszpastersko istotne, że pozwolił Franciszek wszystkim księżom na rozgrzeszanie z niej, nie tylko specjalnym „penitencjarzom”. Co do prezerwatywy, to bardzo ostrożnie dopuścił jej stosowanie, gdy grozi AIDS, co jednak zrobił już Benedykt XVI. W sprawach uważanych za doktrynalne, czyli niepodlegające ewolucji, Franciszek bardzo uważa, nie tylko z przyczyn taktycznych, naprawdę tak myśli. Zarazem jednak jest naprawdę duszpasterzem, czyli zajmuje się nie tylko zasadami, także samym konkretnym człowiekiem, jego winą albo jednak niewinnością subiektywną. Tak jest ze stosunkiem do „rozwodników”, którym w „Amoris laetitia” otwiera furtkę do sakramentu komunii, co jest doktrynalną nowością ogromną. I z tego nie wycofuje się ani o kroczek, chociaż w ten sposób podzielił nieźle Kościół. Nie mówi ludziom, że nie grzeszą, ale powstrzymuje ich kamienowanie, za przykładem wiadomo czyim. No i wobec rygorystów obrzydliwych jest jak Chrystus bezlitosny: porównałem go z Lutrem, ale jeszcze bardziej przypomina mi ewangelijnego krytyka faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Tacy prorocy podpadają jednak nieraz bardziej niż nowatorzy teoretyczni.
Jest Franciszek z Argentyny między młotem tych, co narzekają, że nic realnie nie zmienia, a kowadłem kościelnego betonu. Tylko Bóg wie, co będzie w moim Kościele dalej.

21:24, jan.turnau
Link Komentarze (285) »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Pascha to nie prima aprilis

Ewangelia Jana 20,8
„Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.” Prima aprilis spotkał się kiedyś ze śmigusem dyngusem, ale żeby z Wielkanocą, tego moja już, co prawda sklerotyczna, pamięć nie zanotowała. W tej niezwykłej sytuacji planowałem napisać w poniższym tekściku, że jednak Jezus nie zmartwychwstał. Że znaleziono Jego rzeczywisty grób, nie ten, który dotąd uważano za owo miejsce święte, i tam było jednak zabalsamowane ludzkie ciało, które najlepsi w tej
dziedzinie specjaliści uznali definitywnie za doczesne Jego szczątki. Nie wiem, czy ktokolwiek dałby się na taką moją informację nabrać, nie wiem też, czy byłby to dowcip taktowny. Zrezygnowałem zatem, pomyślałem sobie natomiast, że problem jest oczywiście fundamentalny. Na imię mu nie tylko prawdziwość chrześcijańskiej części Biblii, wiary wszystkich wyznawców tej religii i pewnie większości innych. To po prostu pytanie zasadnicze egzystencjalne, również „esencjalne” czy jak je uczenie nazwać: istnieje jedynie świat empirycznie stwierdzalny albo jednak jest coś jeszcze, nawet sporo, to coś, co zobaczymy dopiero po śmierci. Tamto coś inne od tego „ziemskiego” absolutnie, ale rzeczywiste, nie mniej niż owo doczesnym zwane. Otóż by wywód myślowy szybko, nieźle upraszczając, skończyć: jesteśmy zatem, a jakże, nieśmiertelni czy to niestety ułuda. Otóż chrześcijanie upatrują na naszą nieśmiertelność dowód w tym, że Jezus z Nazaretu „powstał z martwych”, więc my za Nim również.
Mamy rację albo nie, pokaże się to każdemu z ludzi po śmierci, my jednak, chrześcijanie, do podobnego optymizmu, do takiej nadziei wszystkich nieśmiało zachęcamy, w to nasze największe święto osobliwie. Ze mną naturalnie na czele! Amen!
PS. No i informacja egocentryczna: ukazała się właśnie w Wydawnictwie Książkowym „Agora” moja książka pt. „Moja Arka”. Potężny zbiór moich tekstów dawnych, w szczególności dużo tych z tego blogu w formie „alfabetowej”, także niektóre na tematy ekumeniczne oraz moje glosy komentarzowe do tak zwanego Składu Apostolskiego, przede wszystkim jednak dziennikarskie rozmowy ze mną Doroty Wodeckiej oraz Konrada Sawickiego. Wiadomości takowej pod korcem nie skryłem...

08:58, jan.turnau
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 marca 2018
Opuścił Go Bóg. Aborcja, etyka, polityka

Ewangelia Marka 15,34

Niedziela zwana Palmową albo jednak już Męki Pańskiej: w dzisiejszych tekstach biblijnych są podstawy do obu nazw. Samą mszę poprzedza bowiem procesja, a przed nią czyta się z Ewangelii Marka 11, 1-10 lub też Jana 12, 12-16 opis triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, podczas którego życzliwy Mu wtedy entuzjastycznie tłum wielbi Go gałązkami palmowymi czy jakimiś innymi. Natomiast podczas samej mszy mamy dzisiaj z Ewangelii Marka  elację o dalszych, już całkiem innych wydarzeniach. Tylko u Mateusza i Marka jest zapis Jego słów z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Słowa zaskakujące: Syn Boży czuje się przez Boga Ojca opuszczony? Biblia Paulińska przyznaje, że Ukrzyżowany „odczuwał bolesne ludzkie opuszczenie także ze strony Boga”, ale zaraz dodaje, że „słowa te należy interpretować w kontekście całego psalmu 22 [są na samym jego początku], z którego bije głęboka nadzieja ostatecznego zwycięstwa Boga i wdzięczność za okazane miłosierdzie”. Uważałbym to może za niepotrzebne wygładzanie ewangelijnego tekstu, ale podobny komentarz przeczytałem kiedyś w wydanym także w Polsce dziele „Jezus Chrystus” ks. Waltera Kaspera, teologa niemieckiego, a ci przecież na ogół nie boją się śmiałych interpretacji. Wyjaśnił, że słowa Jezusa, pochodzące może od redaktorów tekstu, „ wcale nie są krzykiem rozpaczy, lecz modlitwą, modlitwą, która ma pewność, że będzie wysłuchana, i wierzy, że królestwo Boże jest bliskie”. Można dodać, że ówczesny czytelnik Ewangelii Mateusza, a pewnie i Marka znał dobrze Biblię i całą treść tamtego psalmu. A modlitwa jest nieraz jakąś dyskusją: „Ojcze, odwróć ode mnie ten  ielich”. Co zaś jeszcze do Kaspera, tego dzisiejszego kardynała, to daje przecież dowody myślowej odwagi, gdy wspiera radą papieża Franciszka w jego kościelnej rewolucji. 
Na koniec coś bardzo aktualnego, felieton do „Magazynu Świątecznego”, już teraz jeszcze uaktualniony dopiskiem.  
Głośne myślenie 
Aborcja, etyka, polityka 
Jonasz
Jak można było przewidzieć, dyskusja o aborcji rozgorzała w mediach na nowo. Włączę się do niej. Otóż pisze się, że zakwestionowanie przesłanki eugenicznej mogłoby oznaczać zakaz tej operacji w ogóle, bo jej najczęstsza przyczyna to właśnie ta oto: „gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. I tu właśnie nie tylko moja wątpliwość pierwsza: czy w praktyce nie tracą w ten sposób życia płody, z których urodzą się dzieci z zespołem Downa? Trudno powiedzieć o nich, jak się mówi ogólnie o przypadkach owych chorób: że powodują one, iż ci urodzeni do końca życia  wymagają  całodobowej opieki: są to przecież ludzie zdolni na przykład do twórczości artystycznej. Niezwykle serdeczni, iloraz inteligencji mają niski, iloraz serca jak szczyt K2. Przesłanka eugeniczna jest zatem sformułowana bardzo nieprecyzyjnie i to przede wszystkim winno być przedmiotem dyskusji. 
Kwestia następna jest filozoficzna jakby. Otóż spór jest także o to, jak nazwać ów dyskusyjny embrion: człowiek to czy nie człowiek? Słowo to jest bowiem wieloznaczne: oznacza, że można mówić od razu o osobie ludzkiej czy jednak tylko w ogóle o ludzkim życiu. Mamy tu jakiś problem semantyczny: bo czy na przykład larwa jest motylem? Już embrion stanowi jakieś stadium rozwoju jednostki ludzkiego gatunku i pogardliwe mówienie o nim, że to tylko parę komórek, precyzyjne nie jest. Jest to duże upraszczanie poważnej sprawy etycznej. 
Ale myślę sobie także, że po pierwsze, człowiekowi niosącemu ogromny ciężar trzeba zawsze oddawać głos przed tym, który idzie sobie obok leciutki. Sprawa aborcji jest przede wszystkim sprawą kobiet! Jeżeli wymaga heroizmu, to od nich, nie od nas. Po drugie, jest nieodzownie sprawą polityczną, nic więc dziwnego, że w partyjnych celach przez rządzonych ochoczo wykorzystywaną. Prawu i Sprawiedliwości opłaca się bardzo mieć dobre stosunki z hierarchią kościelną i z polityczną prawicą, więc zrobi wiele, żeby wykoncypowane przezeń prawo było zgodne z ich postulatami. Ale liczą się też słupki poparcia, więc nie jestem pewien, czy zaryzykuje PiS, że obniżą się mocno. Po trzecie, ryzykuje niebezpiecznie swoim naleganiem Episkopat Polski. Naraża się na zarzut, że wtrąca się do polityki, a skutek nowego zapisu prawnego może być taki, że liczba aborcji realnie nie spadnie, natomiast liczba obywateli na Kościół rozwścieczonych wzrośnie całkiem sporo. Liczy się sam zapis prawny czy raczej ten w ludzkich umysłach i sercach? Będą jego nauczanie lekceważyć jeszcze bardziej niż dotąd. Jeżeli taka linia ewangelizacyjna jest jednak słuszna, bo nie należy ulegać w ten sposób światu, to na pewno Franciszkowa nie jest. Biskupi niechaj odłożą swój bat duszpasterski do eklezjalnego lamusa. 
PS. A partia Kaczyńskiego już prace nad ustawą wstrzymała.

20:04, jan.turnau
Link Komentarze (127) »
niedziela, 18 marca 2018
Prawo Boże jest najgłębiej w nas

Księga Jeremiasza 31,33b
„Złożę Prawo moje w ich wnętrzu
i wypiszę je w ich sercu!
I będę ich Bogiem,
a oni będą mi ludem!”
Tak to przetłumaczyła Biblia Poznańska i nie ma tu raczej problemów translatorskich, ja mam natomiast interpretacyjny. Mam własne, choć też prawowierne rozumienie tych słów Pisma Świętego w taki oto sposób. Autor mówi tutaj o ludzie żydowskim, ale należy jego „narrację” odnosić do całej ludzkości. Bo wszyscy mamy coś, co nazywa się sumieniem, jakiś radar moralny wewnętrzny, który kieruje naszym postępowaniem. Jednak nie tylko coś, co podpowiada nam, jak się w tym życiu najlepiej urządzić: także wewnętrzne urządzenie pozwalające nam na przykład zauważać innych ludzi nie tylko jako instrumenty własnego szczęścia, również może tamtego „ichniego”. Żeby im, bliźnim przynajmniej nie szkodzić.
Jedni mają ten drugi radar bardziej rozwinięty, inni mniej, jeszcze inni w stanie szczątkowym, wręcz jakiegoś uśpienia (albo i diabelskiego opętania jak Hitler i Stalin), ale chyba każdy ma w sercu pewien podobny zapis. Niemniej różnimy się w kwestii owego boskiego pisarza. Czy on aby na pewno istnieje? Przez bardzo długie wieki dla wszystkich, może prawie wszystkich oczywiste raczej było istnienie stwórcy świata, Pierwszej Przyczyny wszystkiego, co jest. Tak jak i to, że ci, co w Boga nie wierzą, nie tylko błądzą myślowo, ale i moralnie, ponieważ nie są przez ten najwyższy autorytet przynaglani do dobrego życia.
Historia pokazała z czasem, że sprawa nie jest żadną miarą prosta. Są przecież ludzie, którzy deklarują ateizm czy w każdym razie agnostycyzm, a żyją równie moralnie, jak ci religijni. Heroiczne postawy zdarzają się niezależnie od myślowego środowiska. Owszem, ludzie spoza Kościołów miewają inne poglądy na niektóre kwestie etyczne, głównie te dotyczące jakoś życia seksualnego, na przykład rozwodów, aborcji, stawiają w podobnych sprawach mniej ostre wymagania, ale nawet papieże przyznają dzisiaj, że po stronie katolickiej wiele było tutaj przesady, Franciszek mówi wręcz o neurotycznej tematycznej obsesji. A jeżeli chodzi o etyczną praktykę, to coraz wyraźniej widać, że deklarowany „teizm” nie zabezpiecza przed podłością także w sprawach „poniżej pasa”. Molestują seksualnie dzieci także duchowni i takie zachowania były przez władze kościelne praktycznie tolerowane, księży deprawatorów nie pozbawiano kontaktów umożliwiających podobne okropności. Religia i etyka to zatem sprawy odrębne, choć nie zupełnie inne. Już sporo lat temu wymyślono zatem po stronie katolickiej takie określenia jak „chrześcijaństwo anonimowe”, wiara (religijna) „implicite” itp., po to, żeby od tamtych osądów moralnych  radykalnie się odciąć. Co zaś do tego, czy Bóg istnieje, czasem wydaje mi się, że dla niektórych ludzi ważna jest tutaj nie tyle filozofia lub kościelna apologetyka, ile socjologia osobista: jestem ateistką, bo Kościół okropny.

20:22, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
środa, 14 marca 2018
Woda, żywioł życiodajny. Pięciolecie pontyfikatu

Wpis na wtorek 13 marca

Księga Ezechiela 47, 1-9.12
Psalm 46,2-3.5-6.8-9
Ewangelia Jana 5,1-16
Przeznaczone na dzisiaj przez mój Kościół teksty łączy woda. Żywioł nieopisanie życiodajny, warunek powstania życia i jego trwania. W Księdze Ezechiela jest to poniekąd bohater perykopy, bo anioł prowadzi narratora przez wypływające spod świątyni potoki coraz głębsze. Zaznaczono, że woda ta zapewnia urodzajność, bo pochodzi z sanktuarium. Mamy o owym żywiole wzmiankę także w psalmie: „Nurty rzeki rozweselają miasto Boże”, a w Ewangelii Jana Jezus uzdrawia paralityka, któremu nie udaje uleczyć się w sadzawce Betesda. Nadmiar czegokolwiek szczęściu nie służy (o powodziach, bo o potopie jest także w Biblii), niemniej woda służy zawsze czystości, także duchowej (sakrament chrztu). 
Trzynasty dzień marca to imieniny licznych Krystyn. Otóż imię to w języku niemieckim kojarzy się mocno z samym chrześcijaństwem (Christine - Krystyna, Christin - chrześcijanka), a mnie przyszło do głowy, żeby to asocjacją przejść z kolei do dzisiejszej bardzo ważnej rocznicy. Pięć lat temu kardynałowie wybrali na papieża arcybiskupa Bergoglia z Argentyny i ten zaczął chrystianizować swój Kościół. Jeżeli przez to słowo rozumie się sięganie do samego sedna naszej religii.
Kościół ubogich, bo sam ubogi. Papieski przykład: mieszkanie i buty zwyczajne, samochód też bez luksusu. Powiedzenia w rodzaju, że pieniądz to łajno szatana. Ewangeliczna pokora: Franciszek podkreśla nieraz, że sam jest grzesznikiem, a jeszczeczęściej krytykuje kościelne karierowiczostwo, także oczywiście biskupie. Chrześcijańska miłość bliźniego: W marcowym „Znaku”, zredagowanym bardzo ciekawie na tę rocznicę, Janusz Poniewierski cytuje opinię ratownika imigrantów płynących nielegalnie do Europy, Oscara Campsa, że „papież jest jedynym światowym przywódcą, który konkretnie i w sposób odpowiedzialny zajmuje się dziś problemem uchodźców”.
Niemniej Franciszek rozrabia w różnych kierunkach. Dokonała się przecież w tak krótkim czasie niezła rewolucja. Stała się dziwna zmiana ról. Papieża wychwalają „postępowcy”, zwolennicy zmian, wielu zresztą spoza jego Kościoła, krytykują go natomiast ci, co niedawno świętego urzędu z oburzeniem bronili. Owszem, tak było już za Jana XXIII, który głęboką reformę zainicjował, Jan Paweł II też podpadał czasem konserwie, ale Franciszek idzie nieporównanie dalej. Niektórzy kardynałowie buntują się jawnie, nawet do niedawna urzędowy strażnik doktryny dystansuje się od nauczania Ojca Świętego, za co ten nie przedłuża mu mandatu szefa najświętszej kongregacji. Kościół wre.
O co chodzi? Może w istocie o kwestię teologiczną z najwyższej półki: kim jest właściwie Bóg? Mówili to poprzedni papieże, ale biskup rzymski dzisiejszy mocniej akcentuje ów Boży obraz. Bóg jest miłosierny absolutnie, On wręcz jest Miłosierdziem. Kościół powinien leczyć ludzkie rany raczej niż moralizować, a jeżeli już, to nie bez ustanku na temat życia seksualnego: podobną monotematyczność nazywa Franciszek neurotyczną obsesją. Stąd też bierze się, nie tylko z ewangelicznej miłosierności, jego otwartość wobec „rozwodników” w słynnej już adhortacji „Amoris laetitia”.
Papież zmienia doktrynę? Zależy, co się przez to słowo rozumie, w każdym razie gdzie indziej słyszymy, że nie można jej trzymać w naftalinie, a główny doradca papieski kardynał Kasper tłumaczy, że doktryna jest jak rzeka. Może właśnie jak ta woda dzisiejsza, która jak może, to płynie. Według Franciszka pasterze powinni pachnieć swoim owcami, które nie są przecież głupimi baranami, rozumieją czasem chrześcijaństwo lepiej niż ich przewodnicy. 
Słyszy się w Watykanie pomysł, że trzeba Kościół mocno zdecentralizować, przyznać episkopatom krajowym także jakiś autorytet doktrynalny. Komentatorzy z prawa ostrzegają, że wyniknie z tego sytuacja, w której „rozwodnik” w jednym kraju będzie mógł przystąpić doKomunii, w innym nie. Pewnie tak będzie, nawet bywa tak już i Franciszek to dopuszcza, tyle że powstaje fundamentalne pytanie, czy Kościół musi być na jedno kopyto. Nie było tak przecież „ab Ecclesia condita”, zanim centralizacja osiągnęła szczyt na Soborze Watykańskim Pierwszym: w dogmacie o prymacie i nieomylności papieża, rozumianym potem tak, jakby tylko biskup rzymski był naprawdę biskupem, a reszta to po prostu jego podwładni.
Vaticanum Secundum musiało to potem mocno doprecyzować. Ale przecież - wojował będzie ktoś - nie może być różna tu i tam sama doktryna. Odpowiem tutaj tak: za decyzją lokalnego biskupa, że nikogo z „rozwodników” nie można dopuścić do tego sakramentu, chyba że nowe małżeństwo obywa się bez seksu (a tak stawiają sprawę za Janem Pawłem II przeciwnicy Franciszka) kryje się sporo teologii i antropologii innej od tej papieskiej. 
Gdy jestem przy tym sporze fundamentalnym, pochwalę polskie pisma katolickie zasadniczo propapieskie, które potraktowały poważnie tę rocznicę, powiedziały także, co się Franciszkowi zarzuca. „W drodze” lutowe, „Znak” marcowy, „Tygodnik Powszechny” z datą 11 marca pokazały wspólnie dużą wątpliwość. Mniej więcej taką, jaką wyraził amerykański autor, redaktor naczelny konserwatywnego miesięcznika „First Things” Russel Ronald Reno: „Martwię się o atmosferę dezorientacji i wieloznaczności, która otacza papieża Franciszka. W większości przypadków rodzi ona podziały i konflikt, a nie prowadzi do rozstrzygających i jasnych świadectw jego papieskiej władzy”. No cóż, chyba w tym właśnie rzecz, że Franciszek nie jest zupełnie dyktatorem. Choć czasem on albo raczej jego kurialni współpracownicy zachowują się jakby inaczej. A w ogóle to sytuacja wymaga właśnie ujawniającej podziały dyskusji, bo tylko w niej uda się znaleźć sposób, by natchnąć chrześcijańską wiarą i nadzieją świat laicki tak bardzo od nich daleki. Na koniec jeszcze dwie wypowiedzi w serwisie Katolickiej Agencji Informacyjnej, w tamtejszym cyklu wypowiedzi na temat „Czy(m) papież Franciszek odmienił Kościół?”.
Biskup Wiesław Śmigiel, ordynariusz toruński: Niewątpliwie papież Franciszek odmienił Kościół, zresztą jak jego wielcy poprzednicy. Przyszedł przecież z dalekiego kraju, z otrzymanymi charyzmatami i własnym doświadczeniem wspólnoty Kościoła.
Nie można mówić o rewolucyjnej zmianie, która zakłada zerwanie z tradycją, raczej jest to kontynuacja nauczania i misjipoprzedników – św. Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. W jednym wszakże przypadku jest to papież zerwania, a mianowicie odcinasię od tryumfalnej wizji Kościoła. 
Po prostu nasz Ojciec Święty nieco inaczej rozkłada akcenty.
Przede wszystkim podkreśla ewangelizację, która jest głoszeniem Dobrej Nowiny. Ponadto zwraca uwagę na peryferie, czylidowartościowanie tego, co słabe, skromne, pokorne, często zapomniane lub zagubione. Stąd troska papieża Franciszka o nowyzapał misyjny, bo poszukiwać, odnajdywać, towarzyszyć i pomagać w powrocie tym, którzy się z różnych powodów zagubili.Papież Franciszek otwiera drzwi Kościoła na poranionych i poszukuje dróg ich powrotu. Stąd troska o duszpasterstwo związków niesakramentalnych. Jest to również papież szerzący Miłosierdzie Boże, w tym nawiązuje do przesłania św. Jana Pawła II. 
Jednak w misji miłosierdzia podkreśla, że jedną z jego istotnych form jest pomoc biednym, zmarginalizowanym i potrzebującym.To papież rozdający chleb ubogim!
A teraz teolog paulin ojciec Michał Legan: „Mam wrażenie, że bardzo wielu z nas, wiernych Kościoła w Polsce, przyjęło prostą strategię: przeczekać, ten pontyfikat, przecież (wkrótce/kiedyś) się skończy… Niektórzy postulują pilne wprowadzenie dogmatu o omylności papieża w samolocie, inni wściekają się za promowanie polityki otwartych drzwi dla uchodźców, środowiska Tradycji nie cierpią Franciszka programowo, obrońcy małżeństwa widzą (niesłusznie) zagrożenie dla dziedzictwa i nauczania JPII. Podczas, gdy angielsko- i włoskojęzyczny Youtube po wpisaniu frazy «papież Franciszek» wyświetla w pierwszych dziesięciu wynikach «podróże apostolskie» i «audiencje środowe», w polskim YT pierwsze dziesięć filmików to montażówki na temat przynależności papieża do masonerii, jego herezji i czci oddawanej lucyferowi. 
Wszystko bzdury, ale popularne bzdury. Jednym słowem: dzieje się dokładnie to, co obiecywał swoim uczniom Jezus Chrystus. Papież Franciszek jest oskarżany, osądzany, odrzucany we własnym domu jak niechciany prorok, obrażany, ignorowany, wyśmiewany i biczowany. Tak właśnie realizuje się najważniejszy rys każdego pontyfikatu – znak sprzeciwu. Od czasów Piotra przybitego do odwróconego krzyża.
Czym Franciszek odmienił Kościół? Sobą. Swoim przenikliwym rozumieniem rdzenia Ewangelii. Papieże nie są od odmienianiaKościoła, bo co (na miły Bóg) może uczynić jeden – nawet tak uprawniony - człowiek wobec tej gigantycznej Instytucji, w której poruszenie kolejnych hierarchicznych struktur i poziomów jest niemalże niemożliwe? Jak przemieniać Kościół sobą uczy nas Franciszek, gdy na oczach całego świata klęka przy kratkach konfesjonału, gdy przytula przeraźliwie zniekształcone twarze, gdy głaszcze jasnogórską ikonę, gdy wybija nas z dobrego samopoczucia i gdy powtarza: miłosierdzie, miłosierdzie!”

10:17, jan.turnau
Link Komentarze (73) »
niedziela, 11 marca 2018
Ktoś nas bardzo kocha. Moje tajemnice żydowskie. „Więź” ma już 60 lat! Przeprośmy także wszystkie kobiety

List do Efezjan 2,4
Napisał główny doradca papieża Franciszka, kardynał Walter Kasper, że mamy dzisiaj w teologii do czynienia ze zmianą paradygmatu: należy na nowo zadać najbardziej fundamentalne ze wszystkich pytań teologicznych: kim naprawdę jest Bóg. Zacytowałem potężnie kontrowersyjnego nie tylko w Polsce teologa niemieckiego za Januszem Poniewierskim, który w marcowym „Znaku” napisał o Franciszku już na pięciolecie pontyfikatu (13 marca br.). Tak, rzeczywiście: mówi się dzisiaj, że jest nie tylko problem, czy jest Bóg, ale i jaki jest, w jakiego Boga mamy wierzyć. Czy w owego bardzo groźnego Sędziego, który karze za każdą grzeszną myśl, czy jednak raczej tego „bogatego w miłosierdzie”, jak Go nazywa poetycko polecony nam dzisiaj List do Efezjan. Nie tylko bogatego w to dobro duchowe, ale wręcz będącego tym właśnie dobrem. Samym miłosierdziem, miłością absolutną! Można z kolei zadać inne pytanie równie fundamentalne, a pewnie i równie stare: „unde malum”, skąd zło? Jak pogodzić wiarę w Bożą dobroć z tamtą w Jego wszechmoc? Kiedy to jedno tsunami potworne goni przecież drugie, a Boże stworzenia mordują się, ile wlezie. W każdym niemniej razie On taki miłosierny jest albo nie ma Go wcale. W innego uwierzyć dzisiaj nie sposób.
Lecą dni wspomnień o Marcu 68`. Ja też miałem swoje tajemnice żydowskie. Pierwsza: jestem trochę Żydem. Dowiedziałem się o tym, dopiero gdy dorosłem, nie dlatego, że moi rodzice nie chcieli mnie uświadomić za wcześnie. Nie wiedzieli. Nie mógł wiedzieć mój ojciec, że jego ojciec był półkrwi Żydem, bo był gadułą i gdyby wiedział, nie robiłby z tego tajemnicy. Dowiedziałem się o tym później od trochę dalszej rodziny, która to odkryła w genealogii familijnej, gdy ojciec już nie żył. Takie pochodzenie było ukrywane. Ziemianin i Żyd ...?
Tajemnica druga: rodzice przechowywali zaprzyjaźnionych Żydów w swoim majątku ziemskim we Wlonicach w rejonie Sandomierza. Nie bardzo chyba długo, w stogach siana. Starsze rodzeństwo nosiło im jedzenie, ja byłem jeszcze za mały. Chyba to przede mną ukrywano, w każdym razie dowiedziałem się o tym też długo po wojnie. Ale jest to tajemnica, która trochę trwa dotąd. Gdyby teraz rodzice żyli, zapytałbym ich, czy na przykład nie bali się denuncjacji przez kogoś z tak zwanej służby folwarcznej. Nikt by z niej o tym nie wiedział? Niemożliwe.
Tajemnica trzecia, też długotrwała. Dopiero po śmierci rodziców od starszej siostry dowiedziałem się, co zawdzięczam Żydom, których rodzice ukrywali. Zaraz po wojnie dzięki nim zapewne miałem z bratem wspaniałe wczasy na wsi w majątku PGR na Dolnym Śląsku. Ja, wciąż głupi smarkacz, nie wiedziałem, od kogo ten dar. To w związku z tym, co było pół wieku temu, ale minęła rocznica jeszcze jedna. 60 lat temu ukazał się pierwszy numer warszawskiego katolickiego miesięcznika „Więź”. Moi tamtejsi przyjaciele, koledzy z pracy dawnej, przeszło 30-letniej, wydali swój numer nazwany wiosennym (bo to już teraz, by było taniej, kwartalnik, mam nadzieję, że przejściowo). Dołączyli doń tamten prastary, najpierwszy, w pomysłowym także graficznie skrócie. Jako zbiór cytatów z niektórych artykułów tamtejszych, a jeden tekst w całości: programowy wstępny pod tytułem „Rozdroża i wartości” . Otóż w numerze dzisiejszym nawiązanie do tamtego historycznego: rzecz pt. „Inne rozdroża, te same wartości”. Rozdroża inne i inni redaktorzy, inne pokolenie, ale wartości nie zmieniły się: katolicyzm otwarty, choć nie rozwarty, patriotyzm, choć nie nacjonalizm, dialog, nie pyskówka.  Temat aktualny jeszcze jeden: ten z 8 bm., na czasie naszym zresztą od dawna. I trudno się dziwić, bo patriarchalizm przeraźliwy, dzisiaj zgoła niepojęty, panował tak bardzo długo. I trudno się dziwić, że nasze panie wychodzą na ulice. Że wołają, co wołają, nieraz zbyt ostro, przesadnie: feminizm w każdej formie jest naturalnym wynikiem tego, co było. I za co my, mężczyźni, przepraszać powinniśmy na duchowych klęczkach najserdeczniej.

22:27, jan.turnau
Link Komentarze (32) »
niedziela, 04 marca 2018
Dziesięć Bożych przykazań

Księga Wyjścia 20,1-17
Do tego biblijnego Dekalogu mój komentarz taki oto. Przyjąłem wersję przykazań katolicko-katechizmową, bo Pismo jest święte, co nie znaczy, że takie jest każde jego słowo.
I. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną. Kontrolujmy się stale: może nasz Bóg jest już w gruncie rzeczy Bogiem cudzym, może nie jest to już ten, którego objawił nam Jezus Chrystus. Może jest Bogiem na nasz własny obraz i podobieństwo, np. na podobieństwo naszej ciasnoty albo też naszego neurotycznego lęku? Czy nie jest to ciągle jeszcze starszy pan z siwą brodą, w jakiego wierzyliśmy jako dzieci? Co gorsza, z ogniem gniewu zamiast największej miłości w oczach. Czy w ogóle nasz Bóg jest jeszcze Bogiem naprawdę żywym?
W obu wersjach dekalogu biblijnego (także z Księgi Powtórzonego Prawa 5) mamy po pierwszym przykazaniu zakaz tworzenia i kultu obrazów. Szanując inne interpretacje, nie rozumiem jednak tego prawa dosłownie. Choć nie neguję w zaparte niebezpieczeństwa ikonolatrii, straszy mnie ono mniej, odkąd znam nieco lepiej prawosławnych, tamtejszą cześć dla ikon. Bałwochwalcy to przecież nie są. Istnieją natomiast w chrześcijaństwie dwie wrażliwości w tej dziedzinie. I bardzo dobrze, że tak jest. Na różnorodności zyskuje nie tylko kultura, także w pewnej mierze religia. Ja jestem ciągle w tej mierze raczej protestancki (nawias: cieszyłbym się, gdyby zniknął zwyczaj dodatkowego ubierania Maryi z Dzieciątkiem w korony i królewskie suknie. Przecież jest to faktyczne zasłanianie jej wizerunku, jakieś w praktyce minimalizowanie go). Zastanówmy się natomiast tutaj nad jakimś sensem przenośnym biblijnego przykazania. Odnieśmy go np. do obrazów Boga, jakimi są sformułowania teologiczne: o ileż mniej byłoby sporów i rozłamów, gdybyśmy pamiętali, że owe sformułowania to zawsze tylko nieudolne obrazy Rzeczywistości, a nie ona sama, że zatem z natury rzeczy mogą być różne.
II. Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno. Cytat z „Przygodyżycia” Luise Rinser, powieści, która dała mi wiele do myślenia: „ (...) językzrutynizowany, zużyta, zakurzona, stęchła mowa (...). Niektóre wyrazy tego językapowtarzają się za często, jak na mój gust: Bóg, ofiara, miłość, cnota, krzyż,cierpienie, pokora. Nie znaczy to, że odczuwam wstręt do tych słów. Lecz mieszcząone w sobie wszystkie tajemnice i aczkolwiek pojmuje się je zaledwie w postaci domysłów, nie można używać ich tak sobie zwyczajnie, jak wymawia się np. słowa:ścierka, szczotka, łóżko czy samolot (...). To wszystko, w czym byłam biegła, przezswoje spowszednienie stało się niezrozumiałe.”Cenne jest to wyznanie bohaterki powieści. Nie będziesz nadużywał imienia PanaBoga... Nie mówiło się kiedyś w Polsce o Nim publicznie, teraz jest na ustach wielu, z niektórymi politykami na czele. Opłaca się to im, tylko czy na pewno w Niebiesiech.
III. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. W Dekalogu biblijnym jest to oczywiście szabat, sobota. Szanując inne zwyczaje, czcimy jednak jako cotygodniowe święto niedzielę - dzień Zmartwychwstania. Niemniej nie wybór dnia jest tu najważniejszy, ale to, żeby w ogóle były stale takie dni w naszym życiu. Dni, w których jesteśmy beztroscy, odprężeni, weseli. Czy wolno w niedzielę pracować? Zapytajmy może raczej, czy wolno w niedzielę być ponurym, zatroskanym codziennością. Oczywiście nie jest to propozycja nowego jurydyzmu: nie lansuję idei śmiechu na komendę! Po prostu zastanawiam się nad tym, jak moglibyśmy autentycznie przeżywać ów dzień niepowszedni.
IV. Czcij ojca swego i matkę swoją. Z ojcami gorzej, bo lubią przecież odchodzić w całkiem siną dal. Czy dzisiaj w rodzinach partnerskich tak samo często jak dawniej? Bo przecież na mojej codziennej trasie do pracy, gdzie jest po drodze przychodnia lekarska, widzę tylu młodych ludzi z wózkami, czasem z dwójką potomstwa. Czcij poza tym również dzieła poprzednich pokoleń, także idee, którymi żyły. Nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść - napisał Adam Asnyk. Z czasem zresztą zrozumiesz, że doskonałość ta jest względna; historia kultury zna już tyle powrotów! Tak jak poszczególny człowiek dochodzi nieraz do wniosku, że jego rodzice mieli rację w niejednym, tak i każde pokolenie przeżywa swoje rewaloryzacje.
V. Nie zabijaj. Bądź konsekwentny: czy można być bardzo liberalnym wobec tzw. przerywania ciąży, jeśli się rygorystycznie zabrania eutanazji? Odpowiesz być może tak jak ja – że nie. Twoja wrażliwość moralna w tych sprawach musi jednak również przejawiać się jakoś w sprawie kary śmierci i udziału w wojnie. Dla wielu ludzi o innej tradycji etycznej dopiero wtedy staniesz się w pełni wiarygodny.
VI. Nie cudzołóż. Najkrótsza recenzja ze sławnego filmu „Sceny z życia małżeńskiego”: olbrzymie łóżko niemal wypełniające ekran. Trochę tak jak w niektórych tradycyjnych ujęciach teologii moralnej. Nihil novi sub Jove. Łożnica wciążna piedestale.
VII. Nie kradnij. Etyka zawodowa, obywatelska: ileż może tu zdziałać Kościół! Siódme przykazanie niby zaraz po szóstym, a w duszpasterstwie jakby sto mil po nim. Podatki. Który spowiednik pyta o nie jak o regulację poczęć? Trzeba tu czasem naprawdę heroizmu, by nie dać się zdemoralizować – ale któż jest powołany do heroizmu, jeżeli nie chrześcijanin?
VIII. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Przykazanie to – i w Biblii, i w katechezie - brzmi tak właśnie. Czyli że w przykazaniu rozumianym potocznie jako „nie kłam” najważniejsze jest, by nie krzywdzić bliźniego. Oczywiście, wierność prawdzie sama przez się jest wartością, lecz przecież nie absolutną. Pamiętając o tym sensie biblijnego zakazu, nie będziemy sobie zaprzątali głowy problemami w rodzaju, czy walcząc o dobrą sprawę (np. z okupantem), można okłamywać policję w czasie tzw. przesłuchania, a zajmiemy się raczej np. kwestią, ile razy mówimy prawdę przeciw bliźniemu swemu, obgadując go na prawo i lewo.
IX. Nie pożądaj żony bliźniego swego. Jest taki szmonces ironiczny: Icek pyta rabina, jaka musi być żona. Ładna? – Niekoniecznie. Mądra? – Nie zawadzi, ale obejdzie się. A zatem dobra? – Przydałoby się, oczywiście, ale i to nie jest konieczne. Obowiązkowo natomiast musi być cudza...
X. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. Z takiego pożądania brały się i biorą też różne wojny. Zawsze zazdrość piekielna, że on ma, a ja nie.

17:34, jan.turnau
Link Komentarze (47) »
czwartek, 01 marca 2018
Kto był w niebie już za ziemskiego życia... Noblista napisał o Jezusie

Ewangelia Łukasza 16,19-31
Perykopa o bogaczu i Łazarzu. Przesłanie takie, jak w „Dziadach”, Mickiewicz czytał Biblię: „Kto za życia chociaż raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi tam od razu”. Tu majętnemu szczęściło się nawet permanentnie, nie może się zatem w Otchłani (piekle może nie wiecznym, niemniej niewątpliwie ognistym) doprosić u Boga o kroplę litości, Łazarz natomiast spoczywa na łonie Abrahama. W domyśle jest najpewniej założenie, że samo bogactwo nie grzech, ale niewrażliwość na nędzę bliźniego, i to w istocie mówi też tutaj Ewangelia. Łukasz „socjaldemokratyzował”, ale nie aż tak radykalnie. Zauważał przecież dobrych, a majętnych, i łajdaczków, którym się nie przelewa, los im w ogóle już za życia nie sprzyja. Mnie natomiast napisało się do „GW” taki felieton o dwóch literackich nowościach. Współczesnych apokryfów sporo, zaliczę do nich również „Dzieciństwo Jezusa” i „Lata szkolne Jezusa” J.M. Coetzeego, wydane właśnie przez Znak. Taka kwalifikacja tych książek noblisty jest oczywiście dyskusyjna. Ryzykuję ją, choć jako publicysta religijny mogę być posądzony łatwo o tego rodzaju misjonarstwo. Że zasugerowałem się informacją Anny Sak w miesięczniku „Znak” (nr 631/2007), iż urodzony w Polsce pradziadek autora Baltazar Dubiel, zanim wyemigrował do Afryki, kształcił się chyba na misjonarza. Pisarz zresztą odwiedził, a jakże, swoją praojczyznę, prarodzinny Odolanów i swego przyjaciela Ryszarda Kapuścińskiego. Wracam do mojej egzegezy powieści.Apokryf to naturalnie w sensie słowa szerokim. Można by nawet upierać się, że sześcioletni bohater nie ma z tą religijną postacią właściwie nic wspólnego. Tyle że jest dzieckiem dosyć niezwykłym, jednak zwyczajnie nieznośnym, wiedzącym wszystko lepiej niż jego przybrani rodzice, upierającym się przy swoich pomysłach. Ja wszelako, nie tylko dlatego, że to moja tematyczna inklinacja, obstaję przy poglądzie, że tytuły tych książek mają zasadnicze znaczenie. Moim zdaniem ów David to jednak jakoś dziecię Jezus. Jego opiekunowie też są postaciami dziwnymi. Uchodźcy, to normalne w dzisiejszym świecie, ale zupełnie nie wiadomo, skąd, bez pamięci o przeszłości. Nie przypominają raczej Maryi i Józefa, Dawidek natomiast podkreśla sam swoją szczególność. Owszem, nie swoją boską osobowość, trzeba wszelako wiedzieć, że bibliści dzisiejsi nie twierdzą wcale, że Chrystus czuł się Synem Bożym już dzieckiem w kolebce: „Czynił postępy w mądrości, w łasce u Boga i u ludzi” - powiada Łukasz (2,52). To dziecko ma u Coetzeego samoświadomość niejasną, ale całkiem niezwykłą. Autor zaznacza to, głównie w drugim tomie, wielokrotnie. Nie twierdzę, rzecz jasna, że jest to tak zwana powieść katolicka czy chrześcijańska, nie wciskam tu żadnego apologetycznego kitu. Dodam tylko, że zachowanie Dawidka, choć nie przypomina on zgoła łagodniutkiego baranka, świadczy o jego niezwykłej duchowej wrażliwości na cudzą niedolę. Nie dowodzę swojego dalej, odsyłam do tekstu, radzę własną lekturę. Można natomiast zapytać, czy David jest opowieści bohaterem głównym. Najwięcej niewątpliwie jest o jego opiekunie Simonie. Ten człowiek znalazł chłopca, opiekuje się nim niezmiernie troskliwie, w drodze jakiegoś dziwnego natchnienia znajduje mu matkę, uznaje za nią niejaką Ines i skutecznie przekonuje ją do tej roli. Niezwykłości podobnych, w tej skądinąd „normalnej”, wręcz staroświeckiej narracji, sporo. Co zaś do Simona, to on nadzwyczajności podopiecznego chyba nie rozumie, choć zakończenie drugiego tomu jest dla mnie wieloznaczne. Religia jako taniec? Poczekajmy na tom trzeci, bo to podobno trylogia.

14:27, jan.turnau
Link Komentarze (18) »
niedziela, 25 lutego 2018
Bóg nie chciał tej ofiary

Księga Rodzaju 1-2.9-13.15-18
Sławna perykopa o tym, jak Abraham chciał złożyć swemu Bogu ofiarę z człowieka: ze swojego syna ukochanego. Bóg bowiem wystawił patriarchę na próbę: czy będzie aż tak swemu Panu posłuszny. Abraham chciał wykonać to polecenie, już sięgał po nóż w tym ofiarnym celu, aż tu nagle został zatrzymany przez Anioła Pańskiego, bo zdał egzamin z Bożej bojaźni. Co więcej, otrzymał obietnicę, że zostanie nagrodzony potomstwem przelicznym oraz pokonującym swoich nieprzyjaciół. Opowieść ta była komentowana kościelnie jako w istocie zakaz ofiar z ludzi, które były w on czas na porządku dziennym, ale w kręgach pozakościelnych w takie tłumaczenie raczej mało kto wierzył i perykopa budziła
moralny niesmak. No i faktycznie Bóg mógłby żądać czegoś tak moralnie potwornego, nawet gdyby okazało się, że to nie jest potrzebne? Może raczej tekst biblijny jest tutaj na miarę ludzi ówczesnych, odpowiada ich wyobrażeniom Boga. W Starym Testamencie jest podobnych obrazów Boga sporo, żąda On nawet wymordowania całego osiedla z kobietami i dziećmi. Na szczęście ksiądz Tischner w książkowej rozmowie z Eweliną Puczek wyjaśnił, że patriarcha myślał po swojemu, ale my też wiemy swoje. Boga trzeba się bać, ale Tego, który jest Dobrem - i tyle teologicznej egzegezy. Aż tyle!

21:43, jan.turnau
Link Komentarze (41) »
niedziela, 18 lutego 2018
Wszelkie istoty żywe

Księga Rodzaju 9,8-15
1 List Piotra 3,20
„Oto ja zawieram przymierze z wami i waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi.”
Oczywiście to opowieść o potopie. W liście przypisywanym samemu apostołowi Piotrowi jest także mowa o Arce Noego, owym statku zbawiennym, w którym uratowała się od utopienia reprezentacja różnych gatunków zoologicznych, nie tylko człowieka. W dzisiejszym przydziale tekstowym z Księgi Rodzaju jest także o tym, że na obłoki położył Bóg na znak przymierza łuk (świetlny): to ten, który nazywamy tęczą, meteorologiczny znak optymistyczny. Obiecując, że nie ukaże już nigdy całego „jestestwa” (tak właśnie Tysiąclatka, dosłownie „ciała”; „istoty cielesnej”, jak w Poznaniance) w tak potworny sposób, okazuje Bóg wtedy, że - by tak rzec - jakoś „zmiłosierdział”. Co prawda, nie byłoby chyba tego, gdyby Noe nie podziękował Bogu za ocalenie ofiarą całopalną ze wszystkich zwierząt czystych i takichże ptaków, niemniej  jest tu mowa jakby o jakiejś Bożej skrusze. Antropomorfizmów tu w bród, można też zapytać o niejedno, ale ja pomyślałem sobie o owych stworach żywych  jak my, które mają z nami wspólną historię. Starajmy się dla nich o los mniej okrutny. Na szczęście już nie uważamy, że Bogu potrzebna jest ich śmierć ofiarna.

21:32, jan.turnau
Link Komentarze (38) »
czwartek, 08 lutego 2018
Dobry dotyk

Księga Kapłańska 13,1-2.45-46
Ewangelia Marka 1,40-45
W obu tych księgach czytamy dzisiaj, zresztą w kościelnym Dniu Chorego, o trądzie, strasznej chorobie krajów raczej pozaeuropejskich. Księga Kapłańska wskazuje sposoby walki z zarazą: trędowaci muszą mieszkać z dala od innych ludzi, odstraszać od siebie też swoim wyglądem (rozerwane szaty, rozczochrane włosy). A Jezus nie tylko chorego nie odgonił, ale wręcz dotknął go uzdrawiając.
O dobrym dotyku jest także w moim napisanym dla „Magazynu Świątecznego” felietonie o nowej książce papieskiej.
Głośne myślenie. Franciszek reformuje dalej
Jonasz
Nowa książkowa z papieżem rozmowa: Dominique’a Woltona, wybitnego intelektualisty francuskiego. W tłumaczeniu polskim nazywa się to „Otwieranie drzwi. Rozmowy o Kościele i świecie”, a wydawcą jest WAM. W książce też fragmenty Franciszkowych dokumentów, ale w rozmowie jest oczywiście śmielszy.
Napisał o publikacji miło, bo szczerze, Tomasz Terlikowski, że mu się niezbyt podoba. Mnie natomiast bardzo i tak już musi być, bo -napisał tenże autor słusznie - Kościół nasz wspólny jest podzielony i tak już być musi. Byle tylko - i tu też ma Terlikowski rację - nie doszło do schizmy. Mam nadzieję, że nie dojdzie, jak nie doszło kiedyś do rozłamu, gdy jedni trwali przy obrzezaniu i rytualnym rozróżnianiu pokarmów, inni już nie.
Powiedziano o nim celnie, że jest biskupem ulic. To znaczy ludzi najzwyklejszych, szczególnie tych niemajętnych, ale w ogóle różnych „maluczkich”, których najłatwiej skrzywdzić. Zgadza się z rozmówcą, specjalistą od społecznej komunikacji, że jest to sprawa fundamentalna. Ale w niej z kolei chodzi o to, by znikło wszelkie poczucie wyższości. Wtedy osiąga się duchową bliskość. Ważna jest - termin papieski ulubiony - czułość. Też czuły dotyk: zaznacza Franciszek potrzebę również takiego międzyludzkiego kontaktu. Nie wyczytałem sformułowania, że międzyludzką bliskość wytwarza między innymi seks, ale może dlatego, że papież to doskonale rozumie, jest w tych sprawach „liberalny”. Nie żeby zniósł zakaz sztucznej antykoncepcji, ale w sprawach „poniżej pasa” obsesję na ten temat wręcz wyśmiewa. Powołuje się na  pewnego kardynała, który gdy penitent zaczyna od tych grzechów, mówi:  - Zrozumiałem, przejdźmy do innego tematu, czy masz coś ważniejszego? Gdy ten mówi że nie wie, pyta go, czy się modli, szuka Boga, czyta Ewangelię. Bo moralność to w ogóle żaden rygoryzm, tylko naśladowanie Chrystusa. A doktryna nie jest niezmienna, tradycja to nie naftalina, tylko ruch, ona wzrasta w dialogu ze światem. No i różnice poglądów nie są wcale niedobre, lęk przed nimi zubaża.O wojnie mówi, że to rak, o pieniądzu, że to łąjno szatana. Niektórzy duchowni, także biskupi, to karierowicze i  aferzyści. O reformie Kurii Rzymskiej żartuje, że najlepiej ją zlikwidować. Dawne grzechy Kościoła wyznaje ochoczo.
Co nie znaczy, że lekceważy sprawę aborcji, ostatnio martwił się coraz większą w tej sprawie obojętnością polityków włoskich, choć nie wypowiedział się na temat konkretnych regulacji prawnych. Dziwi się pomysłem małżeństw jednopłciowych, co innego dlań to prawna legalność takich związków. Dla mnie też, wydaje mi się, że „nie wsio ryba”. Zgadzam się też z papieżem, że płci się nie wybiera samemu, ale psychiczna bywa od biologicznej różna.
Streściłem, jak umiałem, książka jest już na szczęście od 12 bm. w księgarniach, polecam zaraz tam polecieć i wnet czytać. Amen, czyli polsku ”zaprawdę”!

19:15, jan.turnau
Link Komentarze (59) »
niedziela, 04 lutego 2018
Życie zmienne, bardzo zmienne jest

Księga Hioba 7,1-4.6-7
„Życie człowieka na ziemi - to żołnierska służba,
a dni jego bytowania - to dni najemnika.
Jak niewolnik wzdycha do cienia,
jak najemnik oczekuje zapłaty,
tak udziałem moim są miesiące męki,
a przeznaczeniem noce [pełne] cierpienia.
Kładąc się, mówię: - Kiedyż dzień nastąpi,
a ledwie wstanę, myślę: - Czemu wieczór się spóźnia?
Dni moje biegną szybciej niż czółenko [tkackie]
i kończą się bez nadziei.
Wspomnij, że życie moje tchnieniem tylko,
a moje oko nie wróci już, aby widzieć szczęście.”
Przekład Biblii Poznańskiej. Wybrałem go, choć jest ten samego Miłosza, bo ciekawy ze względu na tę „służbę żołnierską” zamiast tradycyjnego bojowania. Bohater miał życie na początku tragiczne, stracił niemal wszystko, dzieci i majątek. O tym prawie cała księga, wraz z debatą, czy nieszczęścia są zawsze konsekwencją grzechu. Na samym końcu jednak los Hioba (czy też „Joba”, jak nietradycyjnie, choć mniej elegancko, chce Poznanianka) odmienia się radykalnie: rodzi mu się nowe, liczniejsze potomstwo i wraca majątek jeszcze większy. Czyli mamy przesłanie, że życie nasze bardzo zmienne jest i trzeba zawsze ufać Opatrzności. Co jeśli się wierzy, że On istnieje, jest wyjściem myślowym jedynym, byleby tylko też wierzyć, że miłosierdzie Boże granic nie zna i nikt w piekle na wieki nie skończy.

16:56, jan.turnau
Link Komentarze (50) »
sobota, 03 lutego 2018
Nie mieć czasu dla siebie

Ewangelia Marka 6,30-34
Czytamy znowu, że On i Jego uczniowie nie mają czasu nawet na jakiś posiłek, nie mówiąc o wypoczynku. Taka jest dola ludzi działających społecznie czy zawodowo bardzo aktywnie. I nikt nie powie, w zasadzie słusznie zresztą, że nieregularne odżywianie się i sen niedostateczny nie służą zdrowiu; nie doda że to grzech, choćby i powszedni. Bliźni ważniejsi są i tyle. Doradzać nawet nie warto, raczej o wikt dla nich zadbać równie aktywnie oraz podsunąć go im jakoś. A o emerytów zatroszczyć się także w ten sposób, że dostarczać im zajęcia na miarę ich sił. Przecież tyle lat przywykali do pracy z tak dobrym skutkiem.


10:31, jan.turnau
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 lutego 2018
Tamta Anna, ta biblijna. Kościelny dzień cichych kobiet...

Ewangelia Łukasza 2,22-40
Dzisiaj w Kościele rzymskokatolickim, starokatolickim mariawitów, polskokatolickim oraz Cerkwiach prawosławnych tam, gdzie stosuje się nowy kalendarz, wspomina się ofiarowanie maleńkiego Jezusa w jerozolimskiej świątyni. Na Zachodzie nazywa się to świętem Ofiarowania Pańskiego (potocznie, przynajmniej w Polsce, Matki Bożej Gromnicznej), u prawosławnych - Spotkaniem. Podstawa biblijna jest tylko w Ewangelii Łukasza. Zwało się to u nas kiedyś świętem Oczyszczenia NMP, a przekonanie, że kobieta jest po porodzie nieczysta, co wiemy z pierwszych słów dzisiejszej perykopy (gdzie jest powiedziane „ich oczyszczenia”, nie bardzo wiadomo, dlaczego, Poznanianka ten zaimek w ogóle opuszcza), zachowało się na długo także w chrześcijaństwie: moja matka wspominała mi, że był w naszym Kościele dzisiaj jakiś obrzęd zwany chyba „wywodem”. Napisałem to, żebyśmy pamiętali, że wszystko płynie, w Kościele raczej też. Bohaterami tekstu poza Świętą Rodziną są napotkani przez nią w świątyni dwaj święci ludzie, Symeon i Anna. Ta druga, zwana w tekście wręcz prorokinią, rozpoznała w Dzieciątku oczekiwanego Mesjasza, bo „sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy”. Cóż jednak to wyzwolenie oznaczało dla niej? Także dla Symeona, który „oczekiwał pociechy Izraela”. Można tak przypuszczać dalej, zauważając, że powiedział Maryi, iż Jezus jest „znakiem, które sprzeciwiać się będą”, a potem, że jej duszę „przeniknie miecz”, czyli miał wizję Mesjasza zwycięskiego nie politycznie. Ale pewnie dotyczyło to także Anny: Łukasz nie pokazywałby przecież jako tak świętych ludzi tak po staremu myślących. W każdym razie ta Anna, córka Fanuela, to ważna postać biblijna (obok starotestamentalnej matki proroka Samuela), choć w kalendarzu liturgicznym znaleźć ją niełatwo (1 września?), gdy natomiast patronka przeróżnych pań Anna, matka Marii z Nazaretu, występuje tylko w apokryfach.
Na koniec napiszę o tym, że dzisiaj także w moim rzymskokatolickim Kościele Dzień Życia Konsekrowanego, przede wszystkim zakonników i zakonnic, ale też różnych świeckich osób konsekrowanych. Myślę o siostrach zakonnych, których niestety ubywa szybko. Czemu? Czy też nie dlatego, że przy księżach to wciąż kobiety do prac „przynieś, podaj”, czynności wyłącznie służebnych. Maskulinizm tradycyjny jest ciągle mocny.

21:01, jan.turnau
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 130
Archiwum