czwartek, 17 maja 2012
Trwajmy. Temat antysemityzmu w teatrze warszawskim
Ewangelia Jana 16,20 „Amen, amen, mówię wam: - Wy płakać będziecie i lamentować, świat zaś będzie się cieszył. Wy będziecie smucić się, ale smutek wasz w radość się obróci.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół z naszym tylko ”amen” zamiast ”zaprawdę”.
Ewangelia to - jak mówią po swojemu teologowie - nie tylko imperatyw etyczny, także indykatyw zbawczy. Nie tylko przykazanie miłości, także zapewnienie szczęścia. Cnota nadziei: trwania w świętym optymizmie mimo szaleństw losu.
Coś ze sceny. Warszawski Teatr na Targówku RAMPA zaciekawił mnie swoim ostatnim spektaklem. Rzecz zwie się krótko a węzłowato „Żyd" i trafia w sedno naszych problemów mentalnych. W każdym razie niektórych środowisk. O tej sztuce Artura Pałygi powiedział ktoś, że jest plakatowa. Ktoś inny, że edukacyjna, i to drugie określenie jest właściwsze. Nie została napisana dla widzów z „salonu", którym nic „w tym temacie" nie trzeba tłumaczyć. Kilku nauczycieli szkoły w pewnym polskim miasteczku dyskutuje kłótliwie, jak powitać pewnego Żyda z Izraela, który przyjeżdża do swej pierwszej ojczyzny. A jest gościem ważnym, bo bogatym. Ma zamiar wesprzeć upadającą szkołę, chciałby jednak, by nosiła imię jego ojca, który tu padł ofiarą Zagłady. Zatem konfrontacja różnych poglądów i postaw, łącznie z kołtuńsko antysemicką, prowadząca w głąb najnowszej historii Polski, drążąca sumienia kłótników.
Wśród nauczycieli jest ksiądz katecheta. Ucieszyłem się, że to postać daleka od karykatury. Duchowny miota się między nauczaniem Jana Pawła II a myślowymi odruchami innego gatunku, to pierwsze zostawiło w nim jednak spory ślad. Wykręca się od zajęcia stanowiska, ale do ojca Rydzyka mu dosyć daleko.
Czy jest to kościelna średnia krajowa? Śmiem myśleć, że jednak tak, choć księża to grupa społeczna zarażona szczególnie antysemityzmem. No i przypomniał mi się dowcip przedwojenny. Też szkoła w małej miejscowości, nawet wręcz gdzieś na Polesiu. Przedsięwzięto zakup cennej pomocy szkolnej: globusa. Na nauczycielkę, która go przywiozła, spadają jednak gromy, bo rzecz wygląda na wybrakowaną: jakoś dziwnie skrzywiona. Ksiądz katecheta triumfalnie: - A mówiłem, żeby u Żydów nie kupować! W każdym razie tak źle już dziś na pewno nie jest w żadnej Pipidówku...
środa, 16 maja 2012
Andrzej Bobola, męczennik rozłamu. Myśli o wojnie religijnej
1 List do Koryntian 1,10 „Upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów". Ewangelia Jana 17, 21 „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a ja w Tobie, aby i oni stanowili w nas jedno." Dziś takie wezwania ekumeniczne, bo patronem dnia jest św. Andrzej Bobola. Różnie można pisać jego życiorys, mnie najbliższa jest taka oto formuła. Według mnie oczywiście był męczennikiem, ale ofiarą rozłamu chrześcijaństwa. Został okrutnie zamordowany przez prawosławnych Kozaków bo widzieli w nim przedstawiciela Kościoła „łacinników", którego potwornie nienawidzili. Nic tu nie pomogła unia brzeska, bo była raczej wyrywaniem z rodziny cerkiewnej paru jej cząstek niż dogadywaniem się z jej całością: prawosławie unię znienawidziło. Zresztą stan ducha i myśli po obu stronach był taki, że uważano się nawzajem za paskudną schizmę i herezję. Do tego czynnika czysto religijnego doszedł w Polsce polityczny, militarny: wojna Kozaków z Rzeczpospolitą.
Wojny religijne są straszliwym szaleństwem, toczą się w imię tej samej idei, tylko różnie rozumianej. W imię różnie rozumianego Boga albo nawet tak samo rozumianego, ale w imię szczegółów tej ogólnej idei. Chrześcijanie nie mogą się tłumaczyć tym, że także wyznawcy islamu nienawidzą się nawzajem, oczywiście to żadne usprawiedliwienie. Nie jest nim również fakt, że motywy owych wojen nie są nigdy czysto religijne: „brudzą" je bowiem czynniki zgoła ziemskie, walka o władzę. Tym gorzej. To jakieś podłe oszustwo. Nie usprawiedliwia „teistów" nawet i to, że i ateizm bynajmniej nie zawsze służy pokojowi: państwa antyreligijne również wojują ze sobą aż miło.
Nie jakiś laicyzm jest zatem niezawodnym remedium na wojenkę religijna, ale najgłębiej pojęty humanizm. A jest nim dla mnie Ewangelia. Ze szczególnym naciskiem nie tylko na te słowa jej wersji Janowej, ale i tamte Mateuszowej: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci najmniejszych..." Albo i nie uczyniliście mu nic złego, ponieważ ów brat to przecież sam Chrystus.
wtorek, 15 maja 2012
Paweł w okowach, potem cudem bez nich, czyli wciąż pytanie największe. Cenny głos księdza
Dzieje Apostolskie 16, 22-34 Paweł i Sylas sieczeni rózgami, po czym uwięzieni. Ale ziemia się trzęsie, okowy spadają, drzwi się otwierają. Strażnik wpada w rozpacz, chce się zabić myśląc, że więźniowie uciekli. Gdy jednak zobaczył ich cudem wolnych, sam się nawrócił, a więźniów ugościł u siebie w domu. Nie oznaczało to jeszcze ocalenia, jednak czytamy w Dziejach dalej, iż nazajutrz urzędnicy zwalniają aresztowanych, a nawet przepraszają, gdy dowiedzieli się, że tak postąpili z obywatelami rzymskimi. Jedni wychodzą z więzienia w sposób mniej lub bardziej niezwykły, inni tam kończą życie. Taka jest dola człowiecza. Można uważać, że rządzi nią ślepy los, albo też ufać, że jest on „widomy", ponieważ empiria to całkiem nie wszystko.
A w „Gościu Niedzielnym" stały felietonista ks. Tomasz Horak powiada, że warto czytać antyklerykałów Boya i Haszka, choć nie zawsze przyznając im rację. „Warto stanąć oko w oko z tą karykaturą, by rachunku sumienia dokonać. Jak nie osobistego, to takiego »stanowego«. A jeśli nie rachunku sumienia - to choć pomedytować, jak mogą nas widzieć ci, dla których powinniśmy być świadectwem. A bywamy antyświadectwem". Niestety.
poniedziałek, 14 maja 2012
Myśl apostoła Macieja słuszna niestety. Poniedziałkowy przegląd prasy katolickiej
Dzieje Apostolskie 1,26 „I dali im losy, a los padł na Macieja. I został dołączony do jedenastu apostołów.” Takie dwa zdania na dzień tego patrona. Chodziło o zapełnienie miejsca po Judaszu, na które kandydował także Józef zwany Barsabą. Różnie pojmuje się działanie Opatrzności: czy większej wiary w nią dowodzi taka loteria, czy jest to wiara pobożniejsza niż ta, która ufa bardziej zasadzie „vox populi, vox Dei”? Tak się wybiera od wieków biskupa Rzymu.
O Macieju potem słuch w Biblii zaginął, zajrzałem natomiast do „Apokryfów Nowego Testamentu” pod redakcją ks. Marka Starowieyskiego i tam znalazłem trochę informacji o starożytnych pismach przypisywanych temu apostołowi. Zapewne jest to zresztą jeden tekst pt. „Ewangelie Macieja” lub „Tradycje (Przekazy) Macieja”, wg ks. Starowieyskiego gnostycki, jak wiele wczesnych apokryfów. Tak czy inaczej myśl, którą podobno przy każdej sposobności wygłaszał Maciej, jest oczywiście słuszna: „Jeśli sąsiad wybranego męża zgrzeszył, to zgrzeszył także ów wybrany, bo gdyby ten wybrany wiódł życie tak, jak wskazuje Słowo Boże, to jego życie w tak wielkim miałby poszanowaniu sąsiad, że i sam by nie zgrzeszył.” Rzecz oczywista: być na świeczniku rola bardzo trudna, zgorszyć, ”ściemnić” dziwnie łatwo. Lektury apokryficzne (ale ortodoksyjne) wieku XXI: najpierw miesięcznik dominikański poznański „W drodze”. Napisałem sobie kiedyś felieton wierszowany o miesięcznikach godnych polecenia, w którym jest rym takowy: „Na pewno natnie się srodze ten, co nie czyta «W drodze».”
Pismo ma jak na periodyk katolicki rewelacyjnie dużo czytelników: numer majowy wydrukowano w nakładzie 7700 egzemplarzy, gdy tymczasem „Znak” i „Więź” mają po 2100! Chyba wiem, dlaczego: pismo jest bardziej „życiowe”, mniej „studialne”. W owym numerze majowym wywiad mariologiczny z siostrą Małgorzatą Borkowską, benedyktynką, pisarką całą gębą (by rzec bardzo niegrzecznie...), jej esej historyczny „Mniszki” był wręcz kapitalny. O Marii z Nazaretu zakonnica mówi tak: „(...) w popularnym kaznodziejstwie prawie o niczym innym się nie słyszy, tylko o Maryi i o polityce. Najzabawniejsze jest, jeśli ktoś twierdzi, że Maryja nie zatrzymuje tej czci na sobie, bo przecież Ona jest tylko bramą. Zgoda, ale czemu ty ciągle stoisz w tej bramie?” Wejdź do środka - radzi siostra Małgorzata. Moje doświadczenia słuchacza kazań, skądinąd też niedobre, są jednak inne. Maryi bardzo mało, nawet i polityki niewiele (był radiomaryjnik, to go wyciszyli), problem jednak z poziomem intelektualnym: banał na banale. Ale i u protestantów też oryginalnych myśli raczej nie słychać. No cóż, nie każdy jest zaraz Małgorzatą Borkowską... Nie chodzi o ostrość - o elementarną pomysłowość! W numerze miesięcznika też jego dominikanie: Maciej Zięba broni kościelnych finansów, ale nie prowokacyjnie, spokojnie, warto poczytać, a Maciej Soszyński podobnie kartek od spowiedzi: kiedyś się na nie oburzał, teraz już nie. Ważna informacja, że świadek ślubu może być nawet niewierzący (nie mylić z chrzestnym). Wracając do mariologii: redaktor naczelny, ks. Roman Bielecki, chyba myli w edytorialu niepokalane poczęcie samej Maryi z jej dziewiczym poczęciem Jezusa. Chyba się okropnie „rąbnął”, to szkolny błąd wszystkich dziennikarzy „laickich” w podwójnym sensie.
Teraz o jezuickim „Przeglądzie Powszechnym”. Przydałaby mu się koniecznie zmiana szaty graficznej: strasznie mało urozmaicona. Ale treści śmiałe. Ciekawy i ważny tekst ks. Zbigniewa Kubackiego SJ o wolności religijnej w islamie i Kościele katolickim. O tym, że ten drugi też powoli wychodził z nietolerancji. Oczywiście na długo przedtem nikt apostazji nie karał śmiercią, jak to się dzieje do dzisiaj w islamie, wojen religijnych też już nie było od dawna, ale dopiero Vaticanum Secundum akceptowało w pełni zasadę wolności religijnej. Przed tym artykułem dyskusja redakcyjna o miejscu kobiety w Kościele. Nie słychać narzekania na ideologię feministyczną, raczej na konserwatyzm w polskim Kościele (katolickim) - i to z ust zakonnicy, Anny Bodzińskiej ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej z Syjonu (syjonistki...), Zawitało ono do Polski z Zachodu pełne reformatorskich myśli, nie tylko co do dialogu z judaizmem (to jego główne zadanie). Zaprawdę bardzo się u nas przyda!
Żywot człowieka myślącego
Wpis na niedzielę 13 maja Dzieje Apostolskie 10,35-36 „Otworzywszy usta, Piotr rzekł: - Naprawdę przekonuję się, że nie ma u Boga względu na osobę. Ale w każdym narodzie ci, którzy boją się Go i czynią sprawiedliwość, są przez Niego przyjmowani.” Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Oczywiście żadne „względy nie na osobę” nie mogą nikogo wykluczać przez Boga, a więc i przez nas z racji narodowościowych: nacjonalizm pseudoreligijny mamy już doktrynalnie za sobą (co nie znaczy, że praktycznie: neoendek wyklucza nieraz również religijnie). Ale co ten uniwersalizm oznacza, gdy chodzi o ludzi z innych Kościołów, religii, formacji światopoglądowych? Znów oczywistość: mogą być zbawieni, gdy „czynią sprawiedliwość”; jednak pozostaje problem przyjmowania ich poglądów, nieodrzucania niczego, bo to nie nasze, tak jednak, aby nie być panem Potakiwaczem . Dialog konieczny, ale rodzi pytania. Jak zresztą w ogóle żywot człowieka myślącego...
sobota, 12 maja 2012
Pytania dzisiejszego chrześcijanina
Ewangelia Jana 15,18-21 „ Jeżeli was świat nienawidzi, to wiedzcie, że mnie pierwej znienawidził. Gdybyśmy byli ze świata, świat by was miłował jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie na słowo, które to was powiedziałem: sługa nie jest większy od swego pana .Jeżeli mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać. Ale to wszystko będą wam czynić z powodu mego imienia, bo nie znają Tego, który mnie posłał.”
Oczywistość, ale i pytania. Czy wszystko, co jest w dzisiejszych środowiskach pozakościelnych, to świat w znaczeniu ewangelijnym: jakiś „antykościół”? Czy wrogi stosunek do wszystkiego, co jest poza moją wspólnotą, nie uniemożliwia ewangelizacji? Co jest wręcz prześladowaniem uczniów Chrystusa, na przykład czy są nim szaleństwa poprawności politycznej na tak zwanym Zachodzie, które nieraz zabraniają chrześcijanom demonstrować w jakikolwiek sposób swoją wiarę?
Umieć wyważyć: odróżnić sekciarskie czarne okulary od elementarnej wierności swojej wierze, odmowę dialogu od potakiwania każdej „światowej” myśli. Oto dola człowiecza dzisiejszego chrześcijanina.
piątek, 11 maja 2012
Życie jest falą
Psalm 57,8-12 „Serce moje jest mocne, Boże, mocne jest moje serce, zaśpiewam psalm i zagram. Zbudź się, duszo moja, zbudź, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę. Będę Cię chwalił wśród ludów, Panie, zaśpiewam Ci psalm wśród narodów, bo Twoja Łaska sięga aż do nieba, a wierność Twoja aż po chmury. Wznieś się, Boże, ponad niebiosa, nad całą ziemią Twoja chwała.”
Psalm optymizmu? Albowiem widać wysoką samoocenę, od razu też - by tak rzec - wysoką ocenę Boga: chwali się Go tu zamiast narzekań, że dopuszcza nieszczęścia. Tak już jest w ludzkim życiu, że los lubi falować. Wszyscy mędrcy zalecają zatem spokój, chrześcijańscy zapewniają, że los nie ślepy, na imię mu Opatrzność. Jeśli nawet jesteśmy pewni, że On wie wszystko lepiej i pisze po liniach krzywych, to smutek jest rzeczą ludzką. Byleby tylko nie martwić się byle czym.
czwartek, 10 maja 2012
Jakub, języczek u wagi?
Dzieje Apostolskie 15, 7-21 Zakończenie tzw. Soboru Jerozolimskiego: przemówienia Piotra a potem Jakuba z wnioskiem reformatorskim, że nie należy nakładać na pogan ciężarów, których „ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać". Chodzi oczywiście nie o obrzezanie, które było znakiem na stałe, ale o inne przepisy Prawa. Został tylko zakaz spożywania pokarmów ofiarowanych bożkom, tego, co tylko uduszone, i krwi oraz nierządu (zapewne sakralnego). Ostatnie zakazy ostały się tylko u Świadków Jehowy.
Ciekawa jest rola Jakuba, brata Jezusa, bardzo ważnej osobistości w ówczesnym Kościele, najważniejszej w samej Jerozolimie. Paweł sugeruje w Liście do Galatów, że ludzie z otoczenia Jakuba byli ówczesnymi konserwatystami, on sam jednak widać, że był w każdym razie konserwatystą umiarkowanym, dającym się przekonać. Oby podobnych nigdy nie zbywało.
środa, 09 maja 2012
Dobry przykład sprzed wieków
Dzieje Apostolskie 15, 1-5 Zaczyna się problem: nawróceni poganie muszą się obrzezać czy nie? „Zebrali się więc Apostołowie i starsi, by rozpatrzyć tę sprawę" (też zresztą w ogóle przestrzegania Prawa Mojżeszowego). „Niektórzy nawróceni ze stronnictwa faryzeuszów" okazują się, rzecz zrozumiała, zwolennikami obowiązywania dawnych rygorów, Paweł jednak na przykład jest zdecydowanie innego zdania, choć też były faryzeusz, a jakże.
Pytanie, które zadaję od prawie pół wieku: czy mój rzymskokatolicki Kościół nie powinien pójść śladem Pawła, a potem całej wspólnoty chrześcijańskiej i zdobyć się na rewizję swojej doktryny moralnej w dziedzinie jakby podobnej do tamtej i wycofać się z zakazu antykoncepcji. Nastąpi to prędzej lub później, tak jak zresztą minął dawniejszy, choć nie tak wyraźny, zakaz stosowania tak zwanych metod naturalnych.
wtorek, 08 maja 2012
Stanisław nie zdrajca, Bolesław nie wilk. ”Gość Niedzielny” o ojcu Rydzyku
Ewangelia Jana 10, 11-16, Dzieje Apostolskie 20, 17 -18a, 28-32.36
Czytamy dzisiaj w tekstach biblijnych o dobrych pasterzach, a nie wilkach drapieżnych, ponieważ dziś uroczystość głównego patrona Polski św. Stanisława, biskupa krakowskiego zamordowanego przez króla Bolesława Śmiałego. Sprawa interpretacji owego wydarzenia ciągnie się już tysiąc lat i końca dyskusji nie widać. Zaangażowały się w nią konfliktowo takie siły społeczne, jak hierarchia rzymskokatolicka i świecka nauka historyczna. Widać, co prawda, światełko w tunelu skrajności. Są różne hipotezy niuansujące sprawę jego męczeństwa. Jest nawet taka, wbrew pozorom może nie całkiem absurdalna, że w owym sporze chodziło o liturgię: Stanisław byłby zwolennikiem obrządku słowiańskiego, który Bolesław zwalczał. O wiele prawdopodobniejsze jest jednak, że szło o jakieś sprawy mniej ekumeniczne (tamto przypuszczenie wysunął był wybitny teolog prawosławny ks. Jerzy Klinger). Być może Bolesław nie kierował się wyłącznie urażoną dumą (na miano wilka drapieżnego jednak nie zasługuje), a Stanisław nie tylko walką z jego okrucieństwem. Zapewne nie była to też walka państwa z Kościołem (bo - jak słusznie zauważył ks. Jan Kracik - król był też „Kościołem", namaszczony sakralnie). Być może trudno biskupa uważać jedynie za „obrońcę chrześcijańskiego ładu moralnego", jak go nazwał Jan Paweł II, ale za zdrajcę nie można również, choć go tak określano za Gallem Anonimem. Jeśli nawet Stanisław spiskował przeciw królowi z jego bratem, to nie był wrogiem ojczyzny, tylko jednego monarchy. No i oczywiście nikogo nie należy mordować. Jest wreszcie hipoteza ks. Henryka Małeckiego, że u podstaw sporu dwóch dostojników leżała chęć Stanisławowa wyzwolenia Kościoła spod władzy świeckich monarchów, którzy wręcz mianowali biskupów.
Lektury. Bogumił Łoziński napisał ostatnio w ”Gościu Niedzielnym” tak oto: ”Marsz w obronie Telewizji Trwam ujawnił instrumentalne traktowanie wiary. Jaskrawym przykładem tego negatywnego zjawiska było wykorzystanie manifestacji przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i lidera Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry do politycznych przemówień. To właśnie one zdominowały przekaz z marszu, spychając na dalszy plan, a nawet całkowicie przykrywając, jego główny cel, jakim była obrona pluralizmu w mediach. Manifestacjom katolików w obronie wartości nie powinny towarzyszyć przemówienia polityków, którzy w ten sposób chcą zbić partyjny kapitał. W Marszach dla Życia i Rodziny często brali udział politycy, np. Marek Jurek czy Roman Giertych jeszcze jako wicepremier, ale na nich nie przemawiali, tylko szli jak każdy inny uczestnik. Instrumentalne podchodzenie do wartości przez polityków widać przy okazji sporów w sprawach światopoglądowych. Gdy dwa lata temu ówczesna pełnomocnik ds. równości Elżbieta Radziszewska stwierdziła w wywiadzie dla GN, że katolicka szkoła ma prawo odmówić zatrudnienia czynnej lesbijce, została ostro zaatakowana przez środowiska liberalno-lewicowe, które domagały się jej dymisji. Gdy spytałem jednego z posłów PiS, dlaczego jej nie bronią, odpowiedział - bo ona jest z PO. Polityka rządzi się logiką sporu, a nawet, jak obecnie w Polsce, wojny między największymi partiami. Upolitycznienie warszawskiego marszu w obronie Telewizji Trwam wynikało także ze stosunku do polityki głównego organizatora - o. Tadeusza Rydzyka. Kościół dopuszcza popieranie przez duchownych konkretnych inicjatyw zgodnych z jego nauczaniem, ale nie partii politycznych. Żadne ugrupowanie polityczne nie jest reprezentantem Kościoła, nawet jeśli deklaruje wierność chrześcijańskim wartościom.”
Miło mi to było przeczytać , bo już myślałem, że ”Gość” popiera ojca Rydzyka bez zastrzeżeń.
poniedziałek, 07 maja 2012
Czy dzieją się dziś cuda? Lektury: „Więź” o kiczu, „Niedziela” o religii w szkole
Dzieje Apostolskie 14,5-18 Dwa wydarzenia z historii zalążku Kościoła. Najpierw Paweł uzdrawia człowieka o bezwładnych nogach, potem - jako skutek tamtego cudu - Likaończycy deifikują Barnabę i Pawła; wywołuje to ich ostry protest i wezwanie do czci Boga prawdziwego. Komentarz na temat pierwszego wydarzenia: kaleka miał „wiarę potrzebną do uzdrowienia”, czyli nie był to żaden cud, tylko silne, ale naturalne oddziaływanie psychiki na „somatykę”? Owszem, było to silne, bardzo rzadko spotykane, oddziaływanie „duszy” na ciało, ale nie użyłbym wyrażenia „naturalne”, bo coraz mniej wiem, co ono oznacza. Pasowało, gdy wydawało nam się, że wiemy wszystko o „naturze”, dziś już tak nie jest, fizyka dzisiejsza to nie ta Tomasza z Akwinu i Newtona. Co jednak też nie znaczy, że wali się dzisiaj światopogląd teistyczny.. Można by nawet powiedzieć, że „za każdym krokiem w tajniki stworzenia coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia i większym staje się Bóg” (Asnyk).
To prawda. Bóg stworzył świat tak misternie zbudowany, że nie trzeba jakiejś specjalistycznej Jego interwencji, by działy się czasem rzeczy nadzwyczajne. Nadzwyczajny jest sam ów świat (Augustyn). Niemniej takie rzeczy są dla niektórych ludzi znakami Jego obecności. Dla jednych tak, dla innych nie. Niektórzy - ja do nich się raczej zaliczam - nie potrzebują koniecznie takich znaków, bo z innych powodów uważają, że istnieje jakaś Pierwsza Przyczyna wszystkiego i to im wystarcza. Jeszcze inni nie dają się do tego przekonać żadnym rozumowaniem ani owymi znakami: zawsze mogą powiedzieć, że co jest dzisiaj niewytłumaczalne naukowo, będzie takim jutro. A co do owego ubóstwienia ludzi niezwykłych, to ono „humanum est”, a jakże. Potrzebujemy czegoś takiego jak powietrza. Stąd między innymi bliski niegdyś deifikacji kult papieży, ale i, nieraz przecież spontaniczne, wynoszenie pod niebiosa różnych religijnych albo i antyreligijnych przywódców. Mamy już taką nieodpartą skłonność.
Lektury: najpierw kwietniowa „Więź”. Mógłbym omówić szerzej wstępny blok tematyczny na temat kiczu w Kościele, na pewno ważny, wydaje mi się jednak, że wiele zawiera się w takich zdaniach profesora Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, Janusza Górskiego, wypowiedzianych w rozmowie z Ewą i Marcinem Kiediami: „Oczywiście, bardzo bym chciał, żeby uczono księży wrażliwości na nowoczesną sztukę. Ale to nie takie proste, bo musi iść w parze z otwartością umysłu, z odwagą intelektualną, z gotowością przyjmowania rzeczy niezrozumiałych, czasem takich, które budzą sprzeciw. Obawiam się, że stoi to w sprzeczności z systemem edukacji w seminariach, który, jak sądzę, stawia głównie na posłuszeństwo i zniechęca do odważnych poszukiwań. Mówi się o religii »piękno i dobro«. A »odwaga i dobro«? Mam tu na myśli odwagę intelektualną. Wydaje się, że ona w oczach Kościoła katolickiego w Polsce nie jest potrzebna, a nawet jest postrzegana jako przeciwna dobru.” Myśl trafiająca w samiutkie sedno: odwaga w moim Kościele (w jego polskiej gałęzi w każdym razie) bynajmniej nie tanieje, wciąż jest droga, wciąż kosztuje, czego przykładów mamy całkiem sporo. Jeśli chodzi o kicz kościelny, to jest jeszcze inna przyczyna jego popularności, którą też bardzo celnie punktuje profesor Górski: „To, że kościół będzie brzydki, nie spowoduje odpływu wiernych, co może dałoby komuś do myślenia. Wiadomo, że i brzydki, i ładny kościół będą jednakowo służyć funkcjom sakralnym w sensie technicznym; że i w jednym i w drugim będzie można odprawić Mszę czy przeprowadzić spowiedź.” Po co zatem jakieś „pikasy”...? Tak myślą odgórni decydenci kościelni, ale oddolni, zwykli wierni im na ogół wtórują. Zauważa to również Górski; mówiąc o szacie graficznej czasopism, ale odnosi się to również do świątyń: „(...) w Kościele jest procentowo więcej niż w całym społeczeństwie ludzi starszych, mniej wykształconych, osób pochodzenia wiejskiego”. Im kicz bynajmniej nie szkodzi. Wiem skądinąd o niejednym proboszczu, który ulega naciskowi świeckich, co chcą ozdabiać wnętrza kościelne po swojemu. Tyle tylko, że ulegać nie powinien w sprawie piękna, tak jak przecież nieugięcie walczy o dobro. A teraz przeskakuję na koniec numeru, do stałego felietonu Jerzego Sosnowskiego. Tekst zwie się „Ćwiczenia z teodycei” i porusza jak rzadko w prawie katolickiej problem kościelny zgoła zasadniczy, bo dotyczący właściwie istnienia Boga. Reaguje na zamieszczony dość już dawno w „Gazecie Wyborczej” felieton Krzysztofa Vargi „My, ateiści”. Tamten autor twierdził mianowicie, że argumenty przeciwko Bogu są miażdżące: „Skoro ten wasz Bóg jest taki wszechwiedzący, wszechmocny i miłosierny (...), to czemu od tysięcy lat pozwala, by ludzie i zwierzęta tak bezgranicznie cierpieli”. No cóż , to jest istotnie teodycea, bo tak się nazywa fachowo ta problematyka filozoficzno-religijna, której sporo u mnie w tym blogu. Sosnowski sądzi również, że On jest, ale próbuje uzasadnić ów sąd inaczej. Zaznacza, że jego „odpowiedź nie zadowoli kogoś, kto prawdę rozumie jako precyzyjną konstrukcję zdań oznajmiających, na podobieństwo systemu twierdzeń matematycznych”. A najważniejsze czy raczej najjaśniejsze w jego bardzo błyskotliwych wywodach jest dla mnie odwołanie się do doświadczenia. Nie on jeden tak uczynił, nie tylko Błażej Pascal.
Z kolei w tygodniku katolickim „Niedziela” z 6 maja bardzo śmiały głos ks. Janusza Goraja SDB (salezjanina): katecheta pisze o katechezie w szkole. Bardzo, jak na te łamy, pesymistycznie. Nie są to zresztą opinie oryginalne, sam pisałem o tym nieraz. Nauka jest dla niektórych katechetów męczarnią, młodzież jest obojętna religijnie, zwłaszcza w dużych miastach, wulgarna, na tych lekcjach robi wszystko, co chce. „Innym problemem jest miejsce, w których odbywają się lekcje. Większość uczniów za szkołą nie przepada, traktuje ją jako zło konieczne. W tej sytuacji wejście religii do szkoły spowodowało »uszkolnienie« katechezy. Z drugiej strony błędem było przerzucenie całej katechezy parafialnej dzieci i młodzieży do rzeczywistości szkolnej, ale taki był kiedyś wymóg historyczny. Skutkiem ubocznym tego kroku jest dzisiaj wyraźny rozbrat młodzieży z parafiami miejsca zamieszkania, a co za tym idzie - wyraźny spadek uczestnictwa gimnazjalistów i uczniów szkół średnich w praktykach religijnych”. Ks. Goraj zaznacza, co prawda, że szkoła ma wychowywać, zatem lekcje religii albo etyki są bardzo potrzebne, ale katecheta musi być nie tylko przygotowany merytorycznie, powinien mieć także w tym celu odpowiednią osobowość: przykład takiej zakonnicy uczącej religii autor podaje. Jak też napisał o dziewczęciu, które powiedziało duchownemu uczącemu religii: „ja się na księdza religii nawróciłam do Pana Boga”, dając mu tym siłę do dalszej pracy. Podobnej siły życzy autor wszystkim katechetom szkolnym: „Nie zniechęcajcie się. Róbcie, co możecie, a resztę proszę, abyście zostawili Bożemu działaniu”. Wszelako strzeżonego Pan Bóg strzeże, czyli wszyscy ludzie odpowiedzialni za wychowanie religijne powinni bardzo odważnie myśleć, co robić dalej Bo ma rację ów cytowany przez autora ksiądz, gdy pyta: „Jak to jest? Mamy dzieci i młodzież od tylu lat na religii, a w dorosłe życie wchodzą jako poganie.”
niedziela, 06 maja 2012
Szaweł, Manaen, Joanna...
Dzieje Apostolskie 9,26-30 „Kiedy Szaweł przybył do Jerozolimy, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do Apostołów, i opowiedział im, jak w drodze Szaweł ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania przemawiał w Damaszku w imię Jezusa. Dzięki temu przebywał z nimi w Jerozolimie. Przemawiał też i rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić. Bracia jednak dowiedzieli się o tym, odprowadzili go do Cezarei i wysłali do Tarsu”.
No cóż, mieli go po prostu za TW, pożyteczną wtyczkę i poniekąd trudno im się dziwić. Bardziej należy się dziwić owym hellenistom, ale przecież to też Żydzi z diaspory zamordowali Szczepana, więc widać nasiąknięcie inną kulturą zgoła nie zawsze chroni przed fanatyzmem, zamknięciem, tępą ortodoksją. Szaweł zaś musiał mocno podpaść uczniom Chrystusa, jeżeli - jak twierdzą bibliści - siedział w owym Tarsie rodzinnym całkiem sporo lat.
Nie on jeden jednak pochodził całkiem skądinąd. Dowiemy się później z Dziejów, że w Antiochii byli prorokami i nauczycielami obok Szawła różni ludzie, też niejaki Manaen, „który wychowywał się z Herodem tetrarchą”, a wśród kobiet towarzyszących Jezusowi w Jego podróżach misyjnych była „Joanna, żona Chuzy, zarządcy domu Heroda”(Ewangelia Łukasza 8,3). Najwyraźniej środowisko kościelne miało jakieś związki personalne z dworem cynicznego władcy, a wywodzący się stamtąd chrześcijanie mogli się czuć podejrzani o dwulicowość.
sobota, 05 maja 2012
Jaki jest Bóg chrześcijan?
Ewangelia Jana 14,9 „Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca”
No właśnie, taki jest Ojciec, a raczej taka jest właściwie cała Trójca. Taki jest chrześcijański Bóg. Bo to nie było tak, że Syn posłuchał Ojca i dał się zamordować czyli jest istotnie łagodnym barankiem, ale Ojciec jest okrutnikiem, wynaturzonym synobójcą, nieporównanie straszniejszym aniżeli Jahwe, by o Allachu nie wspomnieć. Teoria (całego) Boga cierpiącego przyjęła się już trochę w teologii zachodniej i każda inna byłaby w gruncie rzeczy sprzeczna z Ewangelią, jeśli rzeczywiście Ojciec jest jak Syn. A Duch też nie może być inny.
Niebo ogromne jak Pan Bóg, bo On potężniejszy niż człowiek
Wpis na piątek 4 maja 2012 Ewangelia Jana 14,1-2 „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce.”
To może najmocniejszy argument biblijny za nadzieją powszechnego zbawienia, którą głoszę wszem i wobec, zawsze i wszędzie, gdzie i kiedy się da i nie da. Oczywiście można twierdzić, że Chrystus mówi to do swoich uczniów, czyli do duchowej elity: reszta ludzkości niechaj się trwoży potężnie. Mam jednak dla niej argument uspokajający, pewnie tu już nieraz wykładany, niemniej nie czyta mnie przecież stale każdy Polak. Otóż świat wygląda i tak już bardzo kiepsko urządzony, jeśli dodamy do tego jeszcze mękę wieczną niektórych, to wiara w Boga wszechmocnego i miłosiernego stanie pod znakiem zapytania, który ją zupełnie przykryje. Ksiądz Hryniewicz dowodzi na szczęście, że wyraz grecki „ainios” nie musi oznaczać czasowej nieskończoności, może znaczyć także długie trwanie. Piekło jest, owszem, ale to tylko czyściec bardzo, bardzo długi. Wolna wola człowieka? Owszem, ale Bóg wszechmocny i miłosierny zarazem radzi sobie z nią przed śmiercią denata albo i po niej, jeśli się łajdak tak mocno upiera.
Nie, to nie jest obraz Boga słodziutki jak paczka landrynek. On nie uśmiecha się do nas słodko, ale płacze, żeśmy tacy owacy. I nie są to łzy wściekłości, lecz litości zwanej miłosierdziem. „Jezu, ufam Tobie” - mają się modlić wszyscy, nie tylko garstka wybrańców. Niechaj to będzie hasło ewangelizacji naprawdę nowej: ta stara z Bogiem bezradnym raczej się nie powiodła.
czwartek, 03 maja 2012
Maryja i fatalni papieże
Księga Apokalipsy 11,19a; 12,1.3-6a.10ab Dziś w całym Kościele co innego, u nas zaś znaczne święto: Maryi, Królowej Polski. Kiedyś irytowało mnie nazywanie tak Marii z Nazaretu. Kojarzyło to mi się z wiadomością, że w Hiszpanii czy Portugalii dano jej stopień generała dywizji, śmieszyło mnie takie ”upaństwowienie” kogoś, kto z żadną instytucją świecką nie ma nic wspólnego, a jeżeli już, to dlaczego z polską (raczej z izraelską). W ogóle raczej nie jest od rządzenia. Teraz jestem bardziej tolerancyjny. Co innego elekcja Chrystusa na Króla Polski: jest w tym pomyśle jakaś polityka, oczywiście obłędna, gdy w tamtym tylko swoista poezja. Nie wynika z tamtego żaden konkret poza uroczym, choć dziwnie staroświeckim religijnym uwielbieniem.
Dano nam dzisiaj do czytania obraz niesamowity, bo z najdziwniejszej Księgi, właściwie jedynej dziwnej w Nowym Testamencie: Apokalipsy św. Jana. ”Niewiasta obleczona w słońce” walczy tam ze smokiem ognistym, co posiada aż siedem głów i dziesięć rogów, jak też ogon bardzo potężny, którym ”zmiata trzecią część gwiazd z nieba”. Smok ów ”stanął przed mającą urodzić Niewiastą, ażeby gdy tylko urodzi, pożreć jej dziecko”. I porodziła Syna - mężczyznę, który będzie pasł wszystkie narody rózgą żelazną.” Tradycja chrześcijańska odnosi Niewiastę oczywiście do matki Jezusa, choć według biblistów możemy tu widzieć raczej rysy całego Izraela, ale też właśnie Niewiasty z tak zwanej Protoewangelii, czyli z Księgi Rodzaju 3,14n.
Jedno wydaje mi się pewne: Maryja nie jest królową świata w tym sensie, żeby rządziła nim jak jakaś imperatorowa ogólnoziemska. A tak ją chyba widzi dziennikarz włoski Antonio Socci. Krakowskie Wydawnictwo AA udostępniło nam jego książkę ”Czwarta tajemnica fatimska?”, którą przeczytałem z rosnącym zdumieniem. Może jednak nie powinienem się dziwić, ponieważ niedawno z kolei Znak uraczył nas włoskim dziełem mariologicznym napisanym w podobnym duchu, chyba niekoniecznie świętym: Andrei Torniellego i Saveria Gaety ”Czy nadchodzi koniec świata?” Mamy tam podobnie jak u Socciego obłędne mniemanie o Maryjnej omnipotencji politycznej, połączone z bardzo krytycznym stosunkiem do kilku ostatnich papieży.
Chodzi o wizje Maryjne w portugalskiej Fatimie, tamtejsze ”tajemnice”. Najgorszy był papież Jan XXIII, bo tak zwaną trzecią tajemnicę postanowił po prostu ukryć. Miał w głowie zupełnie coś wręcz przeciwnego: zwołanie Soboru Watykańskiego II, inspirowane zgubnym optymizmem w ocenie współczesnego świata. Ani mu się śniło poświęcenie Rosji niepokalanemu sercu Maryi, wymagane przez nią w fatimskich wizjach: przeciwnie, zaprosił na ten sobór prawosławnych duchownych rosyjskich, będących sowieckimi agentami. Sobór ateizm komunistyczny w ogóle przemilczał. Co prawda, dokonał owego poświęcenia po długim ociąganiu się poprzednik Jana XXIII, Pius XII, ale nie w pełni: nie uwzględnił wymagania Maryi, by ustanowić odprawiane w każdą pierwszą sobotę miesiąca ku jej czci. Zresztą równie fatalny był jeszcze wcześniej Pius XI, który rządził Kościołem przed wojną. Gdyby wtedy Rosja została poświęcona Maryi, ”nawróciłaby się i nie doszłoby do drugiej wojny światowej, nie nastąpiłaby też porażająca eksplozja komunizmu”.
Nie trzeba dawać Biblii do czytania niektórym ludziom, w każdym razie nie polecać Księgi Apokalipsy. Zauważmy choćby to, że ze Smokiem walczy tam zwycięsko nie tyle Niewiasta, ile przywódca aniołów Michał. Maryja wojownicza nie jest, nie jest też w Biblii od rządzenia. Cieszę się jednak, że Socci nie Polak: że nie u nas powstały takie dyrdymały. Rymem tym dzisiejszy wpis do mego blogu bardzo optymistycznie kończę.
środa, 25 kwietnia 2012
Szczeniak, co z czasem dojrzał, czyli ile mnie łączy z ewangelistą Markiem
1 List Piotra 5,13 „Pozdrawia was (...) Marek, mój syn”. Są synostwa biologiczne i duchowe, te drugie bywają nawet nieraz serdeczniejsze. O dzieciach apostoła Piotra nic nam jednak nie wiadomo, w każdym razie z Biblii, bo też nie były potrzebne dla autorskiego zamysłu. Żonę miał Piotr niewątpliwie, bo nie sposób jej nie mieć posiadając teściową, o jej uzdrowieniu przez Jezusa patron dzisiejszy Marek pisze jako jedyny z ewangelistów. Ma tę informację właśnie dlatego, że jest to ewangelia jakby Piotrowa: duchowy syn wie dużo od duchowego ojca. Marek miał w kierownictwie pierwotnego Kościoła innego też opiekuna: Barnabę. Ów jego krewniak, wuj (brat matki) zapewne, pokłócił się kiedyś w jego obronie z Pawłem. Rozpieszczony być może młodzieniaszek nie wytrzymał trudów podróży odbywanej z Barnabą i Pawłem, czym zapaleńca z Tarsu tak oburzył, że odmówił zabrania go w wyprawę kolejną, w którą zatem i wuj się nie wybrał. Potem jednak przebaczył mu owo wygodnictwo wielki podróżnik i wędrowali razem. Przebaczył widząc pewnie, że chłopak mężnieje: ludzie dojrzewają z czasem. Miał dwa imiona: zwał się także Janem. Jak i ja, bom z bierzmowania Marek. Jeszcze dwa podobieństwa: pierwsze, że ja też szczeniakiem dość długo byłem (nie poznaję się w tamtym głupim Jasiu), drugie, że jak ten ewangelista lubię pisać krótko a węzłowato.
Na koniec informacja osobisto-biblijna: muszę pilnie napisać artykuł na temat Paruzji w 2 Liście Piotra do miesięcznika „Biblia-Krok po Kroku”, zatem zawieszam blog do 3 maja.
wtorek, 24 kwietnia 2012
Szczepan, wróg Szawła, ale prekursor Pawła
Dzieje Apostolskie 7,51-59;8,1 No i mamy pierwszego męczennika spośród uczniów Chrystusa: diakona Stefana, którego polska tradycja translatorska nazywa bardziej słowiańsko Szczepanem. Jako żywo nie zajmuje się on tylko wspomaganiem biednych wdów, zdaniem zhellenizowanych Żydów zaniedbywanych przez Żydów mówiących po hebrajsku. Angażuje się ostro w spór elity żydowskiej z zalążkiem Kościoła i ściąga na siebie śmierć. W przytoczonej przez Dzieje Apostolskie mowie, raczej oskarżycielskiej niż obrończej, przedstawia historię Izraela jako nieustanne dokuczanie przezeń prorokom w szerokim znaczeniu tego słowa. Są nimi Józef, którego „patriarchowie z zazdrości sprzedali do Egiptu”, a potem Mojżesz, którego nie posłuchało już w Egipcie dwóch Żydów, gdy usiłował ich pojednać, a potem cały lud, gdy zrobił sobie złotego„cielca” jako swój przedmiot kultu. Ów legendarny przywódca Izraela jest przez Szczepana przedstawiany jako „figura” Jezusa, co więcej mówca kwestionuje faktycznie kult świątynny: „Ale Najwyższy nie mieszka w domach zbudowanych ręką ludzką”.
Szaweł pilnuje szat Szczepana, gdy odbywa się lincz, niedługo jednak potem sam staje się Pawłem, czyli naśladowcą tamtego chrześcijanina w jego reformatorskim zapale. Rzecz ciekawa: oskarżycielami diakona hellenisty są Żydzi z diaspory, a więc, wydawałoby się, bliscy mu myślowo. Dawne podziały jednak ustępują miejsca nowym: powstanie nowej religii dokonało się, przypieczętowane krwią. Dziś w kalendarzu liturgicznym Kościoła rzymskokatolickiego dzień świętego Jerzego. Myślę o wszystkich ludziach tego imienia, których tak dobrze znałem. Wszyscy walczyli dzielnie z jakimiś smokami, co na pewno widział dobry Bóg, u którego teraz odpoczywają po swojej walce w niebieskim szczęściu i pokoju.
To w Biblii, a w Polsce badanie CBOS-u: 60 procent respondentów dobrze ocenia mój Kościół, 28 - źle. Niewielka zmiana: we wrześniu ubiegłego roku było 62 procent - nie lekceważyłbym jej jednak. Chodzi oczywiście o Kościół w Polsce: zastanawiam się, czy nie widać w tych drobnych różnicach liczbowych niechęci do dziwnej postawy mojego Episkopatu i wielu księży, broniących mediów ojca Rydzyka jak niepodległości. A widzę w ogóle wzrastanie potęgi kościelnego betonu. Feniks dla Grzegorza Brauna to tego ostatni przejaw.
Zostanie samo
Wpis na poniedziałek 23 kwietnia 2012
Ewangelia Jana 12, 24 „Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity".
Zostanie tylko samo: nie chodzi tu o samotność, tylko bezpłodność. przyszło mi jednak do głowy, że można by napisać coś, co skądinąd jest oczywiście w duchu Ewangelii. Że egoista bywa coraz bardziej samotny, a na starość izolacja od bliźnich męczy nieraz jeszcze mniej niż to było w młodości. Ślepota, głuchota to pół biedy, najgorszy jest głuchy czy raczej niemy telefon. Jedni przyjaciele umierają, inni jednak przestają się odzywać jeszcze na tym świecie. Komentarz do aktualności. Icek uciekł kiedyś za granicę, spotkał tam Moszka. - No i jak tam w tym komunizmie: nie ma co jeść? - Nie można narzekać! - Mieszkania drogie potwornie? - Nie można narzekać. - Samochody? Nie można narzekać? - To po cholerę uciekłeś? - Bo tu u was można narzekać. Oj, można, można teraz także w Polsce. Można modlić się nawet w niezwykłym kościele sióstr wizytek nie mówiąc o innych: ”Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". Albo ogłaszać straszliwy brak wolności religijnej, bo Telewizja Trwam nie dostała, czego jej się znowu zachciało. Można robić z premiera i prezydenta zbrodniarzy przy nieugiętym milczeniu Episkopatu. Można wszystko. Icek mógł się nie śpieszyć, doczekać się wraz ze mną szczerozłotej wolności.
Lektury: Andreas Englisch: „Uzdrowiciel Jan Paweł II", tłumaczyła (świetnie) Paulina Filippi-Lechowska, WAM. Tytuł niemiecki jest jeszcze mocniejszy: „Der Wunderpapst", czyli jakby „Papież cudotwórca". Rzecz czyta się jak kryminał, ale akcja jest potężnie apologetyczna: papież czynił cuda. Autorowi łatwiej uwierzyć nie tylko dlatego, że czaruje nas wartką i barwną narracją. Sama eklezjalna instytucja bynajmniej go nie zachwyca. Duchowni zapełniający książkę wydają mu się mało sympatyczni. Sam papież początkowo też: ot, ultrakonserwatysta i tyle. Jako niezmordowany towarzysz jego podróży, obserwujący go z bliska tyle razy, jest nim jednak coraz bardziej zafascynowany. Tym, że żenował go zwyczaj klękania i całowania go w rękę, że nie cierpiał luksusu, że każdy spotkany człowiek był dlań najważniejszy, że wręcz tonął w modlitwie. Nic to zresztą dziwnego, tym zadziwiał wszystkich, co go znali. Dziennikarza niemieckiego naszła jednak pasja niesamowita: weryfikować plotki na temat cudów, które Jan Paweł II czynił już za życia. Autor niezmordowanie poszukuje świadka podobnych wydarzeń. Cudu eucharystycznego: pewnej Koreance podana przez papieża hostia zamienia się w ustach w kawałeczek ludzkiego ciała. Uzdrowień: i to ludzi, do których papież zmierza wiedziony jakąś nieziemską siłą.
W przeciwieństwie do Englischa nie musiałem się nigdy przekonywać do wiary chrześcijańskiej. Nie są mi do tego potrzebne cuda. Może raczej przeszkadzają: cuda, cudeńka... Sprzeczność z naturą? Ale co my o niej wiemy? Właściwie coraz mniej. Nawet i z samej książki Englischa dowiadujemy się, że niezwykłych uzdrowień jest o wiele więcej niż te, które służą wynoszeniu na ołtarze. Tylko tyle, że tam mamy tak zwany „kontekst religijny": świadectwo, że ktoś się modlił o to do „obiektu", beatyfikacji czy kanonizacji. Czyż jednak nie są bardziej oczywiste właśnie cuda zdziałane znacznie wyraźniej z pomocą samego świętego już za jego ziemskiego życia? Gdyby jednak miały służyć ”sanktyfikacji" papieża, to byłaby z nim najcięższa sprawa. Bo on kazał je chować pod korcem żelaznym. To właśnie czyni książkę swoiście sensacyjną: autor docierał do prawdy z najwyższym trudem. Musiał przysięgać, że ujawni fakty dopiero, gdy cudotwórca umrze. Taki już był ten JP II.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Boże, wysłuchaj tę modlitwę moją! Dziękuję Ci bardzo za ojca Puciłowskiego
Psalm 4,2 „Kiedy Cię wzywam, odpowiedz mi, Boże, który wymierzasz mi sprawiedliwość. Tyś mnie wydźwignął z utrapienia, zmiłuj się nade mną i wysłuchaj moją modlitwę."
Dźwigasz mnie, Boże, od przeszło pół wieku, dając mi stale sensownych księży, ukazujących mi zawsze dobrą, jasną, pociągającą twarz Kościoła. Świecą mi podobnie środowiska w rodzaju mojej od początku „Więzi", również „Znaku", „Tygodnika Powszechnego", „Przeglądu Powszechnego", „Listu", „W drodze", KIK-u warszawskiego i wielu innych. Zmiłuj się jednak nie tylko nade mną, także nad tyloma innymi katolikami polskimi, skazanymi praktycznie na swego proboszcza, który nic nie czyta, a słucha nie tego, co trzeba, i swoim owieczkom robi wodę z mózgu albo wystrasza ich z Kościoła skuteczniej niż jakikolwiek mason. Czemu tak jest, czy tak być musi? Boże, wysłuchaj tę modlitwę moją.
Ale oprócz tamtych tak mądrych środowisk jest jeszcze na szczęście zakon dominikański i wielu tam duchownych przemądrych. W najnowszym krakowskim „Liście", poświęconym problemowi władzy w Kościele, mój znakomity przyjaciel, dominikanin, doktor historii Józef Puciłowski, tak o historii Kościoła napisał był:
”Religia była instrumentem władzy, gdy hołdowano zasadzie cuius regio, eius religio (czyje państwo, tego religia), by nie rzec: religio glebae (religia do ziemi przypisana). Sposób wyznawania wiary w Boga, Ojca wszystkich, utożsamiany był wtedy z jednym narodem, oczywiście lepszym niż inne. Tak było, by nie sięgać daleko, z państwem krzyżackim. Powstało stworzone przez katolicki zakon, ale w XVI w., wraz z przejściem wielkiego mistrza zakonu Albrechta Hohenzollerna na luteranizm, stało się protestanckie. Wszyscy mieszkańcy musieli zmienić wyznanie. W Polsce echa tej zasady słychać było jeszcze całkiem niedawno. Członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga", którego przywódcą był Bolesław Piasecki (po II wojnie światowej twórca Stowarzyszenia PAX i członek Rady Państwa w PRL), w latach 30. ubiegłego wieku twierdzili, że obywatelem RP może być tylko Polak katolik!
Szczególnym przykładem państwa, w którym religia łączyła się ze sprawowaną władzą, było Państwo Kościelne. Czasem mam wrażenie, że i dziś niektórzy katolicy w Polsce chętnie zaprowadziliby w naszym kraju porządek tegoż państwa z czasów papieża Leona XII (1823-1829). Za jego czasów mieszkańcy tejże monarchii, «poddani ścisłej inwigilacji policyjnej, mogli opuszczać dom tylko w określonych godzinach, co czternaście dni musieli meldować się na policji, co cztery tygodnie odbywać spowiedź, z czego musieli legitymować się kartką policyjną; każdego roku musieli odbywać trzydniowe rekolekcje w wybranym klasztorze. Za niedopełnienie tych powinności szło się na trzy lata ciężkich robót» (cytuję ks. Zygmunta Zielińskiego). Grzegorz XVI podtrzymywał policyjny charakter państwa, w którym nikt nie miał żadnych praw. Było to oczywiście jawne nadużycie władzy, wszak Państwo Kościelne kojarzyło się ludziom niemal z Państwem Bożym, bo rządy sprawował Ojciec Święty i kardynałowie. Jaka była jednak różnica między znanym z historii Polski carskim samodzierżawiem a systemem władzy Państwa Kościelnego? Żadna. Tu i tu panował absolutyzm, a interes władcy był interesem państwa. Tyle, że w tym drugim przypadku odbywało się to ze szkodą dla chrześcijaństwa, bo ze swej natury władza w państwie kościelnym powinna być władzą miłości. (...).
Nadużycia w Państwie Kościelnym, które zajmowało znaczną część Półwyspu Apenińskiego, z czasem - raczej krótszym, niż zdawało się to współczesnym - doprowadziły do powstania ruchów antypapieskich, antykościelnych i antychrześcijańskich. Włoski ruch zjednoczeniowy zyskał na sile w okresie Wiosny Ludów. W odpowiedzi Pius IX starał się początkowo robić wszystko, by zneutralizować antykościelne ostrze ruchu (mianował świeckiego premiera Państwa Kościelnego, nadał państwu nową konstytucję, odsuwając część kardynałów od władzy), ale z czasem stawał się coraz bardziej zachowawczy. Państwo Kościelne ostatecznie zlikwidowano, co było rzekomo wielkim ciosem dla papiestwa. Niezależność i silną pozycję papieża w świecie utożsamiano bowiem z posiadaniem państwa. Takie były wtedy realia. (...) Wiele się zmieniło od czasów Leona XII. Nie ma już Państwa Kościelnego pokaźnego obszarem, ale z opinią papieży liczą się politycy na całym świecie, a sam Kościół stał się wielkim obrońcą praw człowieka.” Święte słowa uczonej Jegomości!
sobota, 21 kwietnia 2012
Diakoni, słudzy ciała i ducha
Dzieje Apostolskie 6,1-7 Opowieść o siedmiu mężach, których pewnie słusznie nazwano diakonami, choć nie określił ich tak autor Dziejów: termin ten pada natomiast w 1 Liście do Tymoteusza 3,8-13, gdzie jest o tym słudze (dosłowne znaczenie terminu greckiego diakonos) sporo. Zostali powołani do „obsługiwania stołów" tylko dla jednej społeczności pierwotnego Kościoła, czyli dla tak zwanych hellenistów: Żydów greckojęzycznych, mieszkających w diasporze, którzy czuli się w tej pomocy pokrzywdzeni przez Żydów mówiących po hebrajsku. Tak to niemal od razu zaczynają się waśnie. Jak to zwykle bywa między ludźmi, tyle tylko, że ci mieli wzór szczególny.
A diakoni byli nie tylko od spraw ciała. Zobaczymy to w przyszłym tygodniu, gdy poczytamy o pierwszym z siedmiu, Szczepanie, który zginął w walce o kwestie zgoła duchowe.
piątek, 20 kwietnia 2012
Gamaliel, autorytet też dla Szawła
Dzieje Apostolskie 5,34-42 Opowieść o faryzeuszu Gamalielu, który przekonał Sanhedryn, by uwolnił Apostołów, „jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem”. Jak wiadomo, sprawa się nie rozpadła, choć po dwudziestu wiekach potomkowie tamtych Żydów nie uważają na ogół, że ich przodkowie walczyli z Bogiem. Nie wiem, co współcześni historycy żydowscy myślą o Gamalielu, mnie wydaje się, że słusznie - jak powiadają Dzieje - był „poważany przez cały lud”, bo na przykład tutaj wykazał dużą mądrość. No i trzeba go tu skojarzyć z uczniem jego Szawłem: może jakoś po trosze wpłynął na jego nawrócenie?
czwartek, 19 kwietnia 2012
Po czyjej stronie Bóg?
Dzieje Apostolskie 5,29 „Odpowiedział Piotr i Apostołowie: - Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.”
Zwracam uwagę na formułę „Piotr i Apostołowie”: Piotr też był Apostołem, ale jako najważniejszy z nich jest w ten sposób wyodrębniony z grona Dwunastu, podobnie jak teraz powiada się „papież i biskupi”, choć biskup Rzymu też biskupem jest. Myślę, że jego rola w pierwotnym Kościele była rzeczywiście wielka (raz tylko Paweł w Liście do Galatów 2,9 wymienia przed nim Jakuba), co nie znaczy, że monarchiczna, jak jest wciąż jeszcze u dzisiejszych papieży.
A odpowiedzieli apostołowie w ten sposób arcykapłanowi, który ich zapytał, czemu nie są posłuszni Sanhedrynowi. Nauczają „w to imię”, napełniają Jerozolimę swoją nauką, chcą ściągnąć na władze żydowskie krew tego człowieka. Czyli uczynić je odpowiedzialnymi za jego śmierć: wyrażenie, które pada w ewangelii Mateusza 27,25, gdy ”cały lud” odpowiedzialność tę bierze na siebie (gdyby był to rzeczywiście cały lud żydowski, jak by się tam zmieścił? Wątpi w to także Benedykt XVI w swojej książce „Jezus z Nazaretu”).
No cóż, Dwunastu miało sytuację zupełnie dla nich jasną: wiedzieli, po czyjej stronie jest Bóg, przy których jest mianowicie ludziach. Gdy jednak owi ludzie są podzieleni wściekłymi konfliktami, ciężko jest tym, co starają się nie być w takiej sytuacji stronniczy.
środa, 18 kwietnia 2012
Moje wyznanie o zaufaniu. Jubileusz Tadeusza Mazowieckiego
Ewangelia Jana 3,16-18 „Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby nikt wierzący w Niego nie zginął, lecz miał życie wieczne. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, ale aby świat był przez Niego zbawiony. Wierzący w Niego nie jest sądzony, niewierzący zaś już został osądzony, albowiem nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół. Wspaniałe słowa, krzepiące. Krzepią, bo Jezus mówi Nikodemowi, że Bóg Go nie posłał na świat, aby ów świat sądził, ale po to, by go zbawił. Zaraz jednak potem są słowa, które trochę trwożą: o tym, że jednak w tym cały jest ambaras, iżby dwoje chciało na raz. To, co prawda, nie Biblia, tylko Boy, ale tu akurat są jakby zgodni: nikogo się nie zbawi wbrew Jego woli. Niby to jednak oczywiste, ale jak tu nieraz wyznawałem, nie mogę uwierzyć, żeby ktokolwiek smażył się w piekle na wieki wieków. Nie ma tu, co prawda, u Jana ani słowa o potępieniu wiecznym, nawet w naszej wersji translatorskiej jest mowa tylko o sądzeniu, nie potępieniu, niemniej rzecz wygląda groźnie. Chyba że właśnie przyjmiemy, iż Bóg jest nieskończenie miłosierny, więc taki los człowieka byłby dla Niego nie do zniesienia, i że jest rzeczywiście wszechmocny, to znaczy radzi sobie jakoś z każdą ludzką wolą, z każdym wściekłym uporem, choćby niemal demonicznym. Sądzi, ale nie skazuje.
Idę tu nie tylko za księdzem Hryniewiczem, kardynałem Ursem von Balthasarem i Sergiuszem Bułgakowem, nie mówiąc o teologach poprzednich wieków, którzy szli dzielnie pod prąd niemiłosiernych wyobrażeń. Pomocą w takiej nadziei jest mi również święta Faustyna. Jezus kazał jej ufać, mnie również. Myślała, co prawda, że w momencie śmierci klamka zapada, ale ufam, że w tej ostatniej chwili każdy obrzydliwiec daje się złamać. A jeśli nie, to złamie go Duch już tam w zaświatach. Na Sądzie Ostatecznym piekło okaże się absolutnie puste.
(uaktualnienie notki, przez pomyłkę nie zostało wklejone do bloga) Wydarzenia: u prezydenta RP jubileusz Tadeusza Mazowieckiego. Genialnie świętowany, bo imprezę prowadził Jacek Fedorowicz. Tak nienudnie, że gdy okazało się, że zapomniał dopuścić do głosu samego Jubilata, to myślałem, że zrobił tak specjalnie, żeby było zabawniej. A Mazower, jak go nazywaliśmy go w ”Więzi” wyśmiewając antysemityzm, wyznał coś, co chyba z pożytkiem usłyszało trzech biskupów, w tym jeden kardynał i jeden prymas. Że jego wierze przydawali się ludzie niewierzący, dialog z nimi, na przykład z Michnikiem, dla Kościoła naprawdę zasłużonym. Natomiast w opowieści Fedorowicza o byłym premierze było o jego ekumenizmie wewnątrzchrześcijańskim (miał wuja mariawitę, na szczęście teraz już stosunki tego Kościoła z katolikami ”rzymskimi” są o niebo lepsze).
niedziela, 15 kwietnia 2012
Czy komunizm jest możliwy?
Dzieje Apostolskie 4,32 „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.”
Czyli jednak taki ustrój jest możliwy? Owszem, ale tylko w małej grupie społecznej, złączonej szczególnymi więzami. Dziś jedynie we wspólnotach zakonnych czy innych ożywianych rzeczywiście jakimś ogólnym ideałem życia. Nie jest to, jak się jawnie okazało, system dla zwykłych śmiertelników. Pewien ideowy komunista marksistowski zobaczywszy, co się stało z jego ideologią, powiedział mi, że ustrój był dobry, tylko ludzie niedobrzy. I poniekąd miał rację, ale nie przyznał się samokrytycznie, że popełnił zasadniczy błąd myślowy.
Nie popełnię natomiast błędu, jeżeli zawieszę blogowanie na poniedziałek i wtorek: wyjeżdżam, nie dam rady.
sobota, 14 kwietnia 2012
Poza historią
Ewangelia Marka 16,12 „Potem ukazał się w innej postaci dwóm z nich, gdy szli na wieś.”
Nawet w tak lakonicznej informacji zaznaczono, że Zmartwychwstały już jakby wyglądał inaczej. „Jakby”, bo przecież nie zmienił się po prostu, po „ziemsku”, tak jak człowiek postarzały czy po jakichś wielkich przejściach. Zmienił się zasadniczo, co Biblia wyraża takim językiem, ułomnym, nieporadnym, jak wszystko, co ludzkie. Istnieje, żyje, ale już w „czwartym wymiarze”, poza naszą doczesną historią.
|
Zakładki:
Autor bloga
Polecam
Wydawnictwa - ich książki czasem opisuję
|