Usłyszeć myszki. Arcybiskup Żydziński
Ewangelia Marka 7,31-37
Uzdrowienie głuchoniemego. Jezus „wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: - Effatha, to znaczy: „Otwórz się.” Po cóż tyle różnych gestów? Moja ukochana Poznanianka próbuje wyjaśnić: „Usunięcie się od tłumu mogło mieć na celu zapobieżenie sensacji lub zapewnienie spokoju kalece, który może nie był jeszcze dostatecznie przygotowany na przyjęcie Łaski. Łatwiej było o przygotowanie go do niej przez znaki. Bo właśnie uzdrowienie głuchego, który miał także niewyraźną wymowę (niektórzy egzegeci sądzą powołując się na wiersz 37, że nie mówił on wcale) dokonuje się przy pomocy znaków, o jakich Marek nigdy dotąd przy uzdrowieniach nie wspominał. (...) Po co jednak te gesty i posłużenie się śliną? Nie można dopatrywać się tutaj magicznych znaków. Oba gesty, które kaleka zapewne uważnie śledził, mogły zmierzać do pobudzenia jego wiary i nadziei.”
Odnotowałem skracając: kto chce, niech sądzi inaczej. Ja tylko myślałem, że na pewno w ogóle nie mówił - ale czy to ważne? No i mam skojarzenie ekumeniczne: „Effatha” to nazwa warszawskiego stowarzyszenia, które pod wodzą pani Danuty Baszkowskiej zajmuje się pomocą ludziom wieloraką, ostatnio głównie otwieraniem na głos innych wyznań chrześcijańskich. Co miesiąc, na pamiątkę międzykościelnego porozumienia polskiego o wzajemności sakramentu chrztu, które zawarto 23 stycznia 2000 roku, w warszawskim kościele rzymskokatolickim przy ulicy Lindleya przedstawiciele różnych Kościołów modlą się, żeby się pojednały, a najpierw zaczęły się w ogóle słyszeć. Żeby zaczęły się nawzajem słuchać i żebyśmy zaczęli słyszeć nie tylko o tym jednym wielkim, słoniu przy malutkich myszkach (metafora z pewnego tekstu świętej pamięci ks. Bogdana Trandy).
Pierwsza rocznica śmierci świętej pamięci arcybiskupa Życińskiego. Zacznę zupełnie niepatetycznie. Miał nieprzeciętne poczucie humoru, co u hierarchów, nieraz dość hieratycznych, bardzo cenię. Beatyfikowałbym Jana Pawła II już za sam dowcip z grą słów: papież - łupież. Otóż ks. Michał Heller opowiedział w KAI, że kiedyś telefon od duchownego zwanego „Żytem” odebrali jego siostrzeńcy. Przywykli, że dowcipkuje, więc zdziwili się, że tym razem jest jakiś poważny. Bo też nie był to on sam, ale jego brat o podobnym głosie (też ksiądz, profesor teologii). Co do mnie, usłyszałem po raz pierwszy o przyszłym arcybiskupie od ks. Bronisława Bozowskiego, skądinąd jeszcze większego „jajcarza”. Wszedłem do jego pokoju, gdy żegnał się z jakimś księdzem przed podróżą do Ameryki (powiedział później, że był to Życiński). Dowcipkowali sobie swobodnie. A dużo później było tak, że zgorszył kogoś mój artykuł o patriarsze Bartłomieju. Między innymi początek tekstu, gdzie wyjaśniałem różnicę między tym dostojnikiem a papieżem: bo mój znajomy spotkał patriarchę w toalecie, co w przypadku biskupa Rzymu byłoby niemożliwe. Arcybiskup bronił zgorszonej osoby, która mnie wkurzyła swoją wyłączną miłością do patosu, ale dodał również: - Bo przecież patriarchowie nie siusiają wcale... Była to aluzja do znanego dowcipu o katechetce. Jaś: - Proszę siostry, czy księża siusiają? - Tak, ale rzadziej...
Lubił dowcipy również na swój temat. Na przykład ten jakiegoś księdza, że słyszy i czyta Życińskiego wszędzie, zajrzał jednak do tabernakulum, a tam już arcybiskupa nie było. Z przezwiska „Żydziński” był na pewno dumny. Tak jak i ze swego kalamburu, że nie może prawosławnego arcybiskupa lubelskiego Abla nazywać bratem, bo Kainem jednak nie jest. A przeszkoda dla takiego nazewnictwa była tylko ta jedna, bo był to jeden z polskich hierarchów katolickich naprawdę ekumenicznych. Zrobił coś w naszym kraju zupełnie wyjątkowego: napisał z arcybiskupem Ablem wspólny list pasterski.
Jeszcze jeden szczegół, bardzo osobisty. Był dla mnie zawsze nad wyraz uprzejmy, raz jednak na szczęście nieco skrytykował („przez posły”). Za napastliwy komentarz po wyborze prymasa Glempa na przewodniczącego Episkopatu. Że piszę tak pięknie o ekumenizmie, a tu nie umiem zdobyć się na trochę zrozumienia dla cudzych poglądów. Tamten komentarz na przykład Tadeusz Mazowiecki ocenił nieporównanie dosadniej. Dotąd tekstu się wstydzę.
Tyle wątków humorystycznego i egocentrycznego. Poświęciłem im tyle miejsca, bo żaden patos nie wyrazi straty. Niestety jeszcze nie ukazała się kapitalna książka o arcybiskupie pióra Aleksandry Klich (Agora opublikuje ją za kilka dni, jutro w ”GW” fragment): rozmowa z nim o wielu sprawach: aborcji, antykoncepcji, in vitro, lustracji (też jego własnej). Dziennikarka „Gazety” jest w niej pełna najwyższego szacunku, ale dociekliwa, nieustępliwa. A arcybiskup jest, jaki był: równie otwarty (słowo już wytarte do imentu, ale nie mam innego) na świat pozakościelny, na każdego rozmówcę, lecz niedający zgody na każdy pogląd reformatorski, próbujący sięgać głębiej, szanujący również mocno tradycję swego Kościoła.
Po jego śmierci dowiedziałem się o nim czegoś dla mnie nowego. Miałem go wyłącznie za błyskotliwego intelektualistę, wyróżniającego się wśród eklezjalnych notabli nie tylko poglądami, także stylem bardzo dalekim od kościelnej sztampy. A tymczasem zabrzmiał chór opinii, że był to poza tym bardzo dobry człowiek. Oczywiście też, że miał w naszym Kościele życie niełatwe - ale to było dla mnie jasne. Nie pasował.
Umarł młodo biskup Jan Chrapek, potem Józef Życiński. Bóg pisze po liniach krzywych - godzę się z tym, bo weń wierzę i Mu ufam. Wierzyli też Mu bardzo ci dwaj ludzie niezwykli. Oni jednak już wiedzą, czemu tak być musiało. Ja wciąż żyję, zatem krzywizna Opatrzności także w tych ludzkich przypadkach przechodzi moje ziemskie pojęcie.