Czemu pisanki ? Bo to pisanie, mój zawód. I Pismo Święte. I coś trochę podobnego do pisanek wielkanocnych, choć nie całkiem... Jan Turnau
Blog > Komentarze do wpisu
Kto jest owcą, kto kozłem, czyli z czego będziemy sądzeni

Ewangelia Mateusza 25,31-46
„Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie, pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jedne od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: «Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata. Bo byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście mnie; byłem nagi, a przyodzialiście mnie; byłem chory, a odwiedziliście mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie». Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie, spragnionym, a daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię, lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?». A Król im odpowie: «Zaprawdę powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili». Wtedy odezwie się do tych po lewej stronie: «Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom. Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście mnie». Wówczas zapytają i ci: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?». Wtedy im odpowie: «Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i mnie nie uczynili». I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego".

Jedna z najważniejszych perykop ewangelijnych, może nawet ze wszystkich nowotestamentalnych, może nawet w ogóle biblijnych. Nie ma jej w innych ewangeliach: uzupełniają się one sympatycznie. Przesłanie jej można wyprowadzić z całego Nowego Testamentu, może i z całego Pisma Świętego, ale to już jest kwestia interpretacji. Nigdzie chyba nie jest napisane „kawę na ławę”, że kryterium oceny moralnej człowieka jest ostatecznie etyczne, a nie „dogmatyczne”, że nie decydują o jego pośmiertnym losie przynależność wyznaniowa, przekonania religijne czy antyreligijne. Że w końcu najważniejsze jest, jak się człowiek odnosi do bliźniego swego.

Jest to - jak przyznałem - w całej pozostałej treści Biblii kwestia interpretacji. Albowiem przykazanie miłości bliźniego jest jednym z dwóch najważniejszych, ale nie jedynym i nie pierwszym. Następuje po nakazie miłości Boga, wyrażonym zresztą dużo mocniej. Co prawda, miłowanie bliźniego wręcz jak siebie samego to szczyt samozaparcia, heroizmu: instynkt samozachowawczy to siła przeogromna, przemożna, mało kto jest zdolny ją pokonać w sytuacji konfliktu wartości. „Zawsze mamy dość siły, by znieść cierpienia naszych bliźnich” - powiedział mędrzec francuski i miał świętą rację. Bywają bohaterowie w rodzaju ojca Kolbego czy też matek, które ryzykują własne życie, by ocalić życie dziecka, ale to właśnie święte wyjątki.

Biblia nakazuje zatem kochać bliźniego bardzo mocno, ale niekoniecznie bardziej niż siebie samego. Dominuje przykazanie miłości Boga. Co prawda, nie tak bardzo dominuje - znów zrobię dygresyjne zastrzeżenie - żeby tego drugiego nie było jeszcze w ogóle w Starym (Pierwszym) Testamencie: owszem, powiedziano tam: „Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego (Księga Kapłańska 19,18).” Nie sąsiaduje tu z przykazaniem miłości Boga, ale jest. Dotyczy tu tylko „synów twego ludu”, czyli Izraela (innych synów wielokrotnie nakazuje też dobrze traktować, acz w innych miejscach źle - Biblia nie katechizm, nie jest w swoich regułach moralnych jednolita), ale jest. Tyle tylko właśnie, że miłość Boga przede wszystkim. A zatem ktoś, kto nie miłuje Go, nie może być zbawiony. A nie miłuje Go przecież żaden ateista, bezbożnik. Wbrew oczywistości kwestionuje Jego istnienie, co gorsza, nie praktykuje religijnie.

Aż do naszych czasów takie poglądy były niemal oczywistością. każda inna religia przeszkadzała w zbawieniu, a już ateizm szczególnie. Gdy tymczasem w dzisiejszej perykopie powiedziano, że miłość bliźniego wystarczy. Nie tylko, że miłość Boga musi wyrażać się również w miłości bliźniego ale że jakby ona sama zbawia.

Jakby. Bo też wymyślono tymczasem trochę nazw dla owej postawy duchowej, która skłania niewierzącego (religijnie) do miłowania bliźniego swego. „Wiara implicite”, „chrześcijaństwo anonimowe”, „wiara podstawowa”. Najlepsze jest chyba to trzecie, (wziąłem je od Stefana Wilkanowicza), bo dwa pierwsze sugerują - tak mówią niektórzy sami niewierzący - że są oni w istocie też chrześcijanami, co wygląda trochę na kaperowanie współwyznawców. Niemniej trudno zaprzeczyć, że bezinteresowna pomoc bliźniemu wynika zawsze z jakiegoś systemu wartości, nie zawsze w pełni uświadomionego, ale też nie dającego się sprowadzić do samych emocji, choćby najszlachetniejszych. I ów system wartości, może po prostu humanizm (bezprzymiotnikowy), da nam po śmierci nieporównanie lepsze życie.

Co wszakże zrobić z owym ” ogniem wiecznym ” oraz ową „męką wieczną” , która straszy na końcu perykopy? To już inna kwestia, ale głupio byłoby odłożyć komentarz „na zaś”. Zatem stoi pytanie, czy nie mamy tu jednak wyraźnego zakwestionowania nadziei powszechnego zbawienia. Ks. Wacław Hryniewicz, autor wielu książek w obronie owej nadziei, broni jej też innym od potocznego rozumieniem terminu greckiego „aionios”. Nie jest to według niego przymiotnik oznaczający nieskończoność czasową. Czyżby jednak w takim razie i ” życie wieczne„ było tylko czasowe? Hryniewicz odpowiada, że nie ma tu symetrii, przymiotnik znaczy co innego w każdym z przypadków. W odniesieniu do kary ( „kolasis” ) oznacza wieczność jej skutków naprawczych, nie jej samej.

Zainteresowanych bardziej tą sprawą odsyłam do książki „Teraz trwa nadzieja” (Verbinum, Warszawa 2006, s. 161-169). Autor informuje tam zresztą, że owo ostatnie zdanie perykopy uchodzi u niektórych biblistów za dodatek samego ewangelisty. Nie spieszyłem się z tym argumentem. żeby nie wyglądało, że uważam za autentyczne słowa Jezusa tylko te zdania ewangelii, które mi są wygodne. Niemniej nie mieści mi się w głowie, żeby Bóg współcierpiący z ludzkością (Bóg w Trójcy Jedyny, nie tylko Syn - takie są dzisiaj poglądy niejednego teologa katolickiego) dopuszczał możliwość nieskończoności kary choćby jednego człowieka. Żeby będąc wszechmocny, nie umiał sobie poradzić z naszą wolną wolą. Tak jak nie mogę uwierzyć w istnienie Boga, który nie zbawia tych, co nie wierzą w Jego istnienie, ale żyją nieraz piękniej niż wierzący. Dlatego dzisiejsza perykopa jest dla mnie tak ważna. Nie tylko dla mnie. Dla wizerunku społecznego chrześcijaństwa, dla tego, żeby nie było postrzegane jako religia w swej ciasnocie myślowej, w swej niechęci do wszystkich „innowierców” dziwnie antypatyczna.

poniedziałek, 27 lutego 2012, jan.turnau
Komentarze
2012/02/27 20:03:35
Może będzie banalnie w porównaniu z tą obszerną myślą Autora, ale dla mnie ten fragment to najbardziej przypomnienie o tym, żeby szukać Go w Twarzach w których nie spodziewam się Go odnaleźć. Przykazanie czujności.
-
2012/02/27 20:34:30
Tutaj decydują geny, wychowanie, sport, miłość ojczyzny itd.
-
2012/02/27 20:42:45
Problemem Boga jest niesprawiedliwość na Ziemi.
Gdyby Bóg nie pokochał ludzi bardziej niż Siebie i nie oddał za nich życia,
to problem niesprawiedliwości nie istniałby i dla Boga byłoby obojętne
ile jest zła i czy ludzie są krzywdzeni czy nie,i czy ich cierpienie jest do udźwignięcia,
czy płacą zdrowiem, czy traktowani jak zwierzęta odczłowieczają się???

A kiedy wybory Boga były podyktowane bolesną miłością,
a nie kalkulacją na zimno,kiedy równowaga uległa zachwianiu
w relacjach: człowiek - Bóg, a później Bóg - człowiek,
to siłą rzeczy skazał Siebie Bóg na tysiące lat bezsilności wobec zła na Ziemi,
skoro ludzie sami siebie wychowywali od dziecka i byli niesprawiedliwi.

A jak czuł się fizycznie wszechpotężny Bóg
dla którego problemem nie do rozwiązania stali się ludzie?
Jak długo można bezsilnie patrzeć,walczyć z bólem i poskramiać Siebie,
kiedy jedna decyzja rozwiązałaby problem,ale ludzi już by nie było.
Jak długo można patrzeć i nie oszaleć?
Jeden tysiąc lat,dwa tysiące lat,trzy, więcej? Ile więcej?
Wieczność jak pułapka!!!!
Ale też wymusza "zmartwychwstanie" i "kreatywne życie".

A jakie proroctwa mogą wypełnić się?
Któż to wie?
Naprawcza ingerencja Boga w przyszłe wydarzenia w podróży w "Przyszłość"
mogła odmienić zapowiedziane przyszłe losy świata?
Pytanie - na ile?
Które proroctwa są już nieaktualne?
I co dobrego czeka nawróconych ludzi?
A zapowiedziana kara zamieni ludziom życie w piekło?
Będzie to uwolniony "krzyk" Boga skazanego na "ciszę" tysięcy lat?
-
2012/02/27 21:05:57
Niesprawiedliwe jest to że w holiłud kręcą głupie filmy i to rozpowszechniają, ludzie oglądają i do reszty głupieją, adnako...
-
2012/02/28 11:37:42
Panie Redaktorze,
dziekuje, że zechciał Pan poświęcić nieco miejsca postaci wspaniałego twórcy teologii nadziei powszechnego zbawienia, prof.ks.W.Hryniewicza z KULu, a ostatnio również doktora honoris causa Chrzescijańskiej Akademii Teologicznej.
Jest teologiem rownież niezwykle cenionym przez srodowiska protestanckie.

"Nie ma przekonywujacych racji przemawiajacych za tym, że sam Bóg ograniczył możliwość zbawiania ludzi do krotkiego czasu życia na ziemi. Ograniczenia te wprowadziła tradycyjna eschatologia [...] Dlaczego po smierci Bóg miałby okazać sie mniej łaskawy i miłosierny niz za życia doczesnego? Jest Panem czasu i wieczności. Czy wolno nam, choćby tylko w sferze myslenia, ograniczać suwerenność i milosierdzie Boga, ktory pragnie zbawienia wszystkich ludzi? Jesli pragnie, nie jest bezradny, aby urzeczywistnić to pragnienie." /W.Hryniewicz, z wykladu na CHAT, 23.o4.2009/
-
2012/02/28 12:47:06
Zacytowany fragment ewangeliczny przez p. Jana mówi jasno o dobrych uczynkach wobec ludzi - wszystkich a nie tylko tak zwanych "swoich".
Uczynku to pomoc ludziom potrzebującym, których w Polsce dostatek i nie tylko nad Wisłą.

Pytanie zasadnicze:
Dlaczego Kościół chrześcijański wciąż dzieli ludzi na "swoich" i "obcych"?

Wszyscy jesteśmy dziełem Stwórcy i ludzie którzy dokonali i wciąż dokonują podziałów klasowych, ideologicznych, religijnych są odpowiedzialni za brak wspólnotowości ludzkiej, jako całość ludzka. Głównymi winowajcami braku wspólnotowości ludzkiej (bez podziałów przynależności do organizacji religijnych i ideologicznych) są hierarchowie z tych organizacji, które najbardziej tłumią pomoc wobec ludzi tak zwanych "obcych".

Pomagać należy każdemu bez względu na przynależność do jakiejkolwiek organizacji, ale sto razy byłoby lepiej żyć na tym ziemskim padole bez organizacji religijnych i ideologicznych. Tak uważam ja.

Za dużo gęga się o miłości, za mało ludzkiej przyzwoitości.
Miłość można mieć do żony, męża, dziecka itp, ale nigdy nie do wszystkich o czym łaskawie zapominają manipulatorzy słowa.

Poprostu zwykła ludzka przyzwitość bez zastępczego słowa "miłość", które nie jest tym znaczeniem, co ludzka przyzwoitość.
-
2012/02/28 13:01:11
Znam wielu chrzescijan i owszem niosą pomoc, ale tylko "swoim". "Obcych" jak by mogli, utopiliby w łyżeczce wody, ale nie te czasy i PRAWO zabrania.
Dawniej "obcych" nawracano na "swoich" przy pomocy krzyża i miesza. Całe szczęście, że częściowo ciemotę ludzką OSWIECONO przez ludzi sprzeciwiających się organicją religijnym i ideologicznych. Aczkolwiek do całkowitego OSWIECENIA jeszcze bardzo daleka droga, którą wciąż hamują wymienione organizacje.
-
2012/02/28 14:01:37
Uważam, że nie jest dobrze przyjmowane moralizatorstwo od członka organizacji (instytucji) religijnej. Wszyscy wiemy, że każdy członek danej organizacji jest obciążony dogmatami i doktrynami swojej macierzystej organizacji. Wychylanie się z poza dogmatami i doktryny jest przyjmowane negatywnie. Boniecki jest tego dowodem. Najpierw trzeba wyjść z organizacji, aby rzetelnie napisać to o czym naprawdę się myśli dla poprawy kondycji ludzkiej.
Siedzenie w organizacji to tak, jak być niewolnikiem na własne życzenie gdzie trzeba słowa ważyć i przepuszczać przez filtr tejże organizacji.

Myśli są najciekawsze tylko takie, które pochodzą z własnego umysłu i bez przepuszczania przez "włożony" implant programowy na umyśle. Osób, które samodzielnie potrafią myśleć jest niestety bardzo mało. Do wyjątków zaliczam Fajkę i Antychrysta z bardzo licznej grupy różnych osób na tym blogu. Jeszcze ciekawa osobowość to Nanye.

A co, skoro prawie beatyfikowany Emes wali po osobach, to ja jako grzesznik też sobie od czasu do czasu pozwolę.

-
2012/03/01 19:19:34
Spodobało mi się to co Gospodarz pisze i chce uwypuklić tu jeden cytat, by się do niego odnieść:
"Bo też wymyślono tymczasem trochę nazw dla owej postawy duchowej, która skłania niewierzącego (religijnie) do miłowania bliźniego swego. Wiara implicite, chrześcijaństwo anonimowe, wiara podstawowa. Najlepsze jest chyba to trzecie, (wziąłem je od Stefana Wilkanowicza), bo dwa pierwsze sugerują - tak mówią niektórzy sami niewierzący - że są oni w istocie też chrześcijanami, co wygląda trochę na kaperowanie współwyznawców. Niemniej trudno zaprzeczyć, że bezinteresowna pomoc bliźniemu wynika zawsze z jakiegoś systemu wartości, nie zawsze w pełni uświadomionego, ale też nie dającego się sprowadzić do samych emocji, choćby najszlachetniejszych. I ów system wartości, może po prostu humanizm (bezprzymiotnikowy), da nam po śmierci nieporównanie lepsze życie."
Chodzi rzecz jasna o tzw. system wartości, postawę etyczna czy też potocznie mówiąc zasady moralne - wokół których toczy się odwieczny spór (o autorstwo) CZYJE ONE SĄ. W tym kontekście podoba mi się termin "wiara podstawowa" tyle że nie z naciskiem na wiarę jako określoną religię, ale raczej wiarę w to, że rożne światopoglądy sięgają to wspólnego dla większości systemu wartości etycznych. Nie przeszkadza mi, jeśli ktoś wierzy, że dekalog napisał własnoręcznie Jahwe i wręczył Mojżeszowi. Bo to rzecz wtórna w stosunku do treści. Tak i ja mam prawo wierzyć, że treść dekalogu ma za sobą bardzo długi proces historycznego stawania się, nie został wynaleziony w czasach Mojżesza lecz jego rodowód sięga w głąb historii aż poza czasy sumeryjskie. I moja wiara nie wyklucza innej wiary, chyba, że ktoś chce udowodnić (a tego się uczciwie zrobić nie da), że to wyłącznie wynalazek i własność judeo-chrześcijańska. To jest bowiem własność wspólna cywilizacji. Przypomina mi się tu w związku z tym brzydki spór jaki toczono w Polsce w sprawie tzw.preambuły do konstytucji, gdzie koniecznie chciano umieścić wyłącznie chrześcijańskie(a tak naprawdę katolicki, bo inni chrześcijanie w tej sprawie rozsądnie milczeli) odwołanie się do rodowodu Ustawy Zasadniczej. Aż w końcu znalazł się rozsądny katolik, który zaproponował formułę WSPÓLNOTOWĄ, którą jedni przyjęli z zaciśniętymi zębami, inni z westchnieniem ulgi. Spory o to, CZYJ JEST DEKALOG wydają mi się niegodne tego tematu. Bo naprawdę jest dla mnie zupełnie bez znaczenia czy (jak ja wolę) stosowanie się do zasad dekalogicznych daje nam wszystkim satysfakcję przez DOBRO DODANE TU I TERAZ czy też (jak może inni wolą) "bo da nam po śmierci nieporównanie lepsze życie". Każdemu niech da to, na czym mu bardziej zależy, byle się stosował...[moim zdaniem, oczywiście...]